Przez dziki Kurdystan - Karol May

Kup ebooka

12.50 zł
8.65 zł (8,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Śmierć ofiarna świętego

Wracaliśmy z odwiedzin u naczelnika Kurdów Badinan. Kiedyśmy weszli na ostatnie wzgórze i objęli wzrokiem dolinę czcicieli djabła, zauważyliśmy wpobliżu domu beja olbrzymią kupę chróstu, którą kilku Dżezidów ciągle powiększało. Obok stał Pir Kamek i dorzucał od czasu do czasu po kawałku żywicy ziemnej. - Oto jego stos ofiarny - rzekł Ali Bej. - A co pójdzie na ofiarę? - Nie wiem. - Czy jakie zwierzę? - Tylko poganie palą zwierzęta. - Więc może owoce? - Dżezidzi nie palą ani zwierząt, ani owoców. Pir nie powiedział mi, co spali, ale on jest wielkim świętym i grzechu nie popełni żadnego. Z przeciwległego wzgórza brzmiały wciąż jeszcze salwy nadciągających pielgrzymów i wciąż jeszcze odpowiadano im zdołu. Zauważyłem jednak, kiedy zeszliśmy na dół, że dolina już chyba niewielu ludzi ponadto objąć potrafi. Oddaliśmy nasze konie i udaliśmy się do grobowca. Na wiodącej tam drodze znajdował się wodotrysk, ujęty w płyty kamienne. Na jednej z nich siedział Mir Szejk Chan i rozmawiał z kilku pielgrzymami, stojącymi w pełnej uszanowania postawie i oddaleniu od niego. - Ta studnia jest święta i tylko Mirowi, mnie i kapłanom wolno siadać na tych kamieniach. Nie gniewaj się więc, że będziesz stać - rzekł do mnie Ali. - Uszanuję wasze zwyczaje. Gdyśmy się zbliżyli, dał Chan znak otaczającym go, poczem ci rozstąpili się tak, że mogliśmy dostać się do niego. Podniósł się, podszedł ku nam kilka kroków i podał nam ręce. - Witajcie w swym powrocie! Usiądźcie po mojej prawicy i lewicy! Wskazał bejowi stronę lewą tak, że mnie pozostała prawa. Usiadłem na jednym z tych poświęconych kamieni i nie zauważyłem u nikogo z obecnych niechęci z tego powodu. Jakżeż bardzo odbijało to, od zachowania, które się spostrzega u muzułmanów. - Czy rozmawiałeś z wodzem? - zapytał Chan. - Tak jest. Wszystko już w największym porządku. A pielgrzymów powiadomiłeś już? - Nie jeszcze. - Czas już, żeby ci ludzie zebrali się. Daj rozkaz do tego. - Ja rządzę tylko w sprawach, dotyczących wiary, a wszystko inne należy do ciebie. Nie umniejszę ci nigdy sławy, jako obrońcy wiernych i zwycięzcy nieprzyjaciół. To było także skromnością, jakiej nie spotyka się nigdy u mahometańskich imamów. Ali Bej podniósł się i odszedł. Podczas mojej rozmowy z Chanem zauważyłem wśród pielgrzymów ruch, który wzrastał z każdą chwilą. Kobiety i dzieci pozostały na swoich miejscach, mężczyźni zaś ustawili się wzdłuż strumienia, a dowódcy poszczególnych plemion, szczepów i miejscowości otoczyli kręgiem Ali Beja, który obwieścił im zamiary mutessaryfa z Mossul. Panował przytem spokój i porządek, jak podczas parady europejskiego wojska, bez tej hałaśliwej krętaniny, jaką zwykle się widzi i słyszy u wojowników Wschodu. W jakiś czas potem, gdy dowódcy zawiadomili swoich ludzi o rzeczy i powtórzyli im rozkazy Ali Beja, rozeszło się zgromadzenie, bez żadnego nieporządku; każdy udał się na miejsce zajmowane poprzednio. Ali Bej powrócił do nas. - Co nakazałeś? - spytał Chan. Zapytany wyciągnął rękę i wskazał na oddział z dwudziestu może ludzi, wchodzący na tę samą ścieżkę, którą niedawno myśmy zeszli. - Patrz, oto są wojownicy z Airam, Hadżi Dso i Szura Chan, którzy doskonale znają tę okolicę. Wychodzą naprzeciw Turków i zawiadomią nas o ich nadejściu zawczasu. W stronie Baadri stoją moje straże tak, że nas niepodobna zaskoczyć. Noc nastanie dopiero za trzy godziny, a to wystarczy, aby wszystko, co tu zbyteczne, przenieść do doliny Idiz. Ci ludzie wyruszą teraz, a Selek wskaże im drogę. - Czy wrócą, nim się zaczną święte obrzędy? - Tak, to pewne. - Niechaj więc idą. Niebawem kroczył obok nas długi korowód ludzi, prowadzących ze sobą zwierzęta, lub niosących rozmaite rzeczy. Powoli, jeden za drugim, znikali za grobowcem, a potem pojawiali się znowu ponad nim na skalnej ścieżynie. Siedząc, mogliśmy obserwować całą drogę aż tam, gdzie niknęła w gęstym, wysokim lesie. Musiałem teraz pójść z Ali Bejem, aby spożyć obiad. Potem przystąpił do mnie Baszybożuk i rzekł: - Panie, mam ci coś powiedzieć. - Co takiego? - Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo. - Ach! Jakie? - Ja nie wiem, ale ci ludzie djabła patrzyli na mnie od pół godziny oczyma, które były okropne. Wygląda to całkiem tak, jakgdyby nas chcieli zabić. Widząc turecki mundur buluka emini, mogłem sobie łatwo wyjaśnić zachowanie się względem niego Dżezidów, zagrożonych przez Turków. Mimo to byłem przekonany, że nic mu się nie stanie. - To źle! - rzekłem. - Jeżeli ciebie zabiją, to kto potem będzie obsługiwał ogon twojego osła? - Panie, oni zakłują osła wraz ze mną. Czyż nie widziałeś, że pozabijali już większą część przyprowadzonych owiec i bawołów? - Twój osioł jest pewny, a ty także. Należycie do siebie i nie rozerwą was nigdy. - Przyrzekasz mi to? - Przyrzekam. - Bałem się jednak, kiedy nie było ciebie poprzednio. Odejdziesz znowu? - Zostanę, ale nakazuję ci nie wychodzić wcale z domu i nie mieszać się między Dżezidów, inaczej nie mógłbym cię ochronić. Poszedł na pół pocieszony bohater, dany mi przez mutessaryfa dla obrony. Nadeszło jednak ostrzeżenie z innej jeszcze strony. Oto wyszukał mię Halef i rzekł: - Zihdi, czy wiesz, że będzie wojna? - Wojna? Z kim? - Między Osmanli a ludźmi djabła. - Kto to powiedział? - Nikt. - Nikt? Słyszałeś zapewne, co mówiliśmy o tem w Baadri już dzisiaj rano. - Nic nie słyszałem, gdyż mówiliście po turecku, a ci ludzie tak wymawiają ten język, że ich nie mogę zrozumieć. Widziałem jednak, że odbyło się wielkie zebranie i że potem wszyscy mężczyźni poprawiali swoją broń. Następnie wyprowadzili zwierzęta i wynieśli swoje mienie, a gdy przyszedłem na platformę do Mohammed Emina, widziałem, jak wyjmował ze swych pistoletów stare naboje, a wkładał nowe. Czyż nie dość oznak, że oczekuje się niebezpieczeństwa? - Masz słuszność, Halefie. Jutro z brzaskiem dnia wpadną na Dżezidów Turcy od strony Baadri i Kaloni. - A Dżezidzi wiedzą o tem? - Wiedzą. - Ilu będzie Turków? - Tysiąc pięciuset. - Wielu z nich padnie, gdyż plan ich zdradzony. Komu będziesz pomagać, zihdi, Turkom czy Dżezidom? - Wcale walczyć nie będę. - Nie? - odparł z rozczarowaniem. - A ja nie mogę? - Komu chcesz pomagać? - Dżezidom. - Halefie, chcesz pomagać tym, o których sądziłeś, że przyprawią cię o utratę raju? - O zihdi, nie znałem ich, lecz teraz ich kocham. - Przecież to niewierni. - A czyż sam nie dopomagałeś zawsze tylko dobrym, nie pytając o to, czy wierzą w Allaha, czy też w innego Boga? Mój dzielny Halef chciał mnie przerobić na muzułmanina, a obecnie widziałem ku wielkiej mojej radości, że serce swoje otworzył całkiem dla uczuć chrześcijańskich. Odpowiedziałem mu: - Zostaniesz ze mną! - Podczas gdy inni będą walczyć odważnie? - Będziemy może mieli sposobność być jeszcze waleczniejszymi i odważniejszymi niż oni. - Więc zostanę z tobą. Buluk emini także? - On także! Wyszedłem na platformę do Mohammed Emina. - Hamdullillah, chwała Bogu, że przychodzisz - rzekł. - Tęskniłem za tobą, jako trawa za rosą nocy. - Byłeś cały czas tu na górze? - Ciągle. Nikt mnie nie śmie poznać, gdyż inaczej mógłby mnie kto zdradzić. Dowiedziałeś się czego nowego? Powiedziałem mu wszystko, a gdy skończyłem, wskazał na broń, przed nim leżącą. - Przyjmiemy ich. - Nie będziesz potrzebował tej broni. - Nie? Czyż nie mam bronić siebie i moich przyjaciół? - Są na to dość silni. Czyż chcesz może wpaść w ręce Turków, którym ledwie umknąłeś, czy też ma cię trafić kula lub ostrze noża, aby syn twój dłużej jeszcze męczył się w więzieniu? - Emirze, mówisz, jak człowiek rozsądny, lecz nie jak waleczny. - Szejku, wierz, że nie boję się żadnego wroga. To nie trwoga mówi przezemnie. Ali Bej zażądał od nas, abyśmy się wstrzymali od walki. Ma on zresztą to przekonanie, że do walki wcale nie przyjdzie, a ja sądzę tak samo. - Myślisz, że Turcy poddadzą się bez oporu? - Jeżeli nie uczynią tego, zostaną wystrzelani. - Oficerowie tureccy nic nie warci, ale żołnierze są waleczni. Przypuszczą szturm do wzgórz i wyswobodzą się. - Tysiąc pięciuset ludzi przeciwko sześciu tysiącom. - Jeżeli uda się ich otoczyć. - Nie uda się. - Musimy więc iść z kobietami do doliny Idiz? - Ty tak. - A ty? - Ja zostanę tutaj. - Allah kerim! Poco? To byłaby twoja śmierć. - Nie przypuszczam. Znajduję się w gielgieda padyszahnin, mam polecenia mutessaryfa, oraz buluka emini ze sobą, którego już sama obecność wystarczyłaby, by mię ochronić. - Ależ, co chcesz tu robić? - Zapobiec nieszczęściu, o ile to będzie możliwe. - Czy Ali Bej wie o tem? - Nie. - A może Mir Szejk Chan? - Także nie. Dowiedzą się o tem jeszcze na czas. Był to istotnie trud wielki namówić szejka do aprobaty mojego postanowienia. Udało mi się wkońcu jednak. - Allah il Allah! Drogi ludzkie zapisane są w księdze - rzekł - nie chcę cię namawiać do porzucenia tego zamiaru, ale pozostanę z tobą tutaj. - Ty? To niemożliwe. - Czemu? - Nie powinni cię tutaj zastać. - Ciebie także nie. - Wytłumaczyłem ci już, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo, ciebie jednak czekałby inny los, gdyby cię tak poznali. - Koniec człowieka zapisany jest w księdze. Jeżeli mam umrzeć, to umrę, a wówczas wszystko jedno, czy to się stanie tu, czy w Amadijah. - Rzucisz się w niebezpieczeństwo, a zapominasz przy tem, że wikłasz w to także mnie. Wydało mi się to jedyną drogą do zachwiania jego uporu. - Ciebie? Jakto? - zapytał. - Jeżeli tu będę sam, ochronią mnie moje firmany, jeżeli jednak zastaną u mnie ciebie, wroga mutessaryfa, zbiegłego jeńca, wówczas stracę tę obronę i zaprzepaszczę ją. Wówczas zgubieni jesteśmy obydwaj, ja i ty. Patrzył w zamyśleniu przed siebie. Wiedziałem, co buntowało się w nim przeciwko drodze do doliny Idiz, ale dałem mu czas do powzięcia postanowienia. Wreszcie rzekł niepewnym półgłosem: - Emirze, masz mię za tchórza? - Nie! Wiem, że jesteś waleczny i nieustraszony. - Co pomyśli sobie Ali Bej? - Myśli tak samo jak ja, a tak samo myśli też Mir Szejk Chan. - A inni Dżezidi? - Znają twą sławę i wiedzą, że nie umykasz przed żadnym nieprzyjacielem. Możesz zdać się na to zupełnie. - A gdyby zwątpiono w moją odwagę, czy obronisz mnie wówczas? Czy powiesz publicznie, że poszedłem z kobietami do Idiz jedynie dlatego, żeby ciebie posłuchać? - Powiem to wszędzie i publicznie. - Więc dobrze; uczynię, co mi poleciłeś. Odsunął flintę od siebie z rezygnacją i zwrócił znowu twarz ku dolinie, poczynającej już otulać się w mroki wieczorne. Właśnie wracali ludzie, którzy wyszli byli poprzednio do Idiz. Tworzyli szereg idących pojedyńczo ludzi, który rozwiązał się przed nami w dole. Wtem zagrzmiała z grobu świętego salwa, a równocześnie wszedł Ali Bej ze słowami: - Nad grobem zaczyna się wielka uroczystość. Nie było przytem dotąd nigdy jeszcze obcego, lecz Mir Szejk Chan pozwolił mi w imieniu wszystkich kapłanów zaprosić was. Był to w każdym razie zaszczyt wysoki, ale szejk Mohammed Emin odmówił. - Dziękuję ci, panie! Muzułmaninowi nie wolno uczestniczyć w czci dla kogoś innego, niż Allaha. Był muzułmaninem, mógł jednak odmowę swoją ubrać w inne słowa. Został, a ja poszedłem z bejem. Kiedy wyszliśmy z domu, przedstawił się oczom naszym widok osobliwy i piękny, nie do opisania. Jak daleko sięgała dolina, migotały światła pod drzewami i na nich, nad wodą w dole i na każdej skale w górze, dokoła domów i na ich platformach. Najbardziej ożywiony ruch panował przy grobowcu świętego. Mir zapalił światło wiecznej lampy i wyszedł z nią na wewnętrzny dziedziniec. Od tego światła zapalili szejkowie i kawa e swoje lampy, od nich brali sobie światło fakirzy, poczem wszyscy wyszli nazewnątrz, a tysiące płynęły ku nim, aby oczyścić się w świętym ogniu.7 Kto tylko mógł się zbliżyć do świateł kapłanów, przesunął rękę przez płomień i pociągał nią potem po czole i po okolicy serca. Mężczyźni przesuwali potem powtórnie ręce przez płomienie, aby zanieść błogosławieństwo swoim żonom i dzieciom. Matki czyniły to samo dla dzieci, które nie mogły przecisnąć się przez zbite tłumy. Panowała przy tem uciecha i radość, które jednak nie miały w sobie nic zdrożnego. Świątynia była także iluminowana. W każdą z licznych nisz wstawiono lampę, a ponad dziedzińcami ciągnęły się długie girlandy lampionów i płomieni. Każda gałąź rosnących tam drzew była niejako ramieniem olbrzymiego świecznika, a setki świateł biegły po obydwu wieżach aż do ich szczytów, tworząc jakby dwa żyrandole, których widok był wprost czarujący. Kapłani usiedli teraz wewnątrz, we dwa szeregi. Po jednej stronie siedzieli szejkowie w swoich białych strojach, a naprzeciwko nich kawale. Ci ostatni trzymali instrumenty; na przemian: jeden flet, a drugi tamburyn. Siedziałem z Ali Bejem w winnej altanie. Nie mogłem zauważyć, gdzie się znajdował szejk Chan. Wtem zabrzmiał okrzyk z wnętrza grobu, a kawale podnieśli swe instrumenty. Flety rozpoczęły powolną melodję jakby jakiejś skargi, a tainburyny wybijały do tego takt. Potem nastąpił długo wytrzymany czterogłosowy akord, jak mi się zdaje w tercji, kwarcie i sekscie, połączony z drobnym trylem, wykonanym palcami na tamburynach; spoczątku pianissimo, potem piano, coraz silniej i silniej aż do fortissimo. Następnie wpadły flety w jakąś dwugłosową arję, której nie odpowiada żadna z naszych nazw muzycznych, a której wrażenie jednak było miłe i zadowalające. Po przegraniu tego kawałka wyszedł z wnętrza Mir Szejk Chan. Towarzyszyli mu dwaj szejkowie. Jeden z nich niósł przed nim drewniany postument, podobny do pulpitu na nuty, który ustawiono następnie na środku dziedzińca. Drugi niósł jedno małe naczynie z wodą, a drugie otwarte, krągłe, w którem znajdował się jakiś gorejący płyn. Oba te naczynia postawiono na postumencie, do którego przystąpił Mir Szejk Chan. Dał znak ręką i muzyka rozpoczęła się na nowo. Grano wstęp, w który kapłani wpadli hymnem unisono. Niestety, nie mogłem sobie zanotować jego treści, gdyż wpadałoby to zbyt w oko, a istotne jego brzmienie uleciało mi z pamięci. Było to ułożone w języku arabskim wezwanie do czystości wiary i czujności. Po nim wygłosił Mir Szejk Chan krótką przemowę do kapłanów. W treściwych słowach określił, jak koniecznem jest utrzymać żywot wolnym od grzechu, czynić dobrze wszystkim ludziom, pozostać wiernym swej wierze i bronić jej od wszystkich nieprzyjaciół. Następnie cofnął się i usiadł przy nas pod winną latoroślą. Jeden z kapłanów przyniósł żywego koguta, którego sznurkiem przywiązano do postumentu. Po prawej jego stronie postawiono ogień, po lewej wodę. Muzyka zaczęła się znowu. Kogut siedział zagłębiony w sobie; cichych tonów fletów zdawał się nie zauważać. Wtem zabrzmiały tony silniej i kogut jął nadsłuchiwać. Wyciągnąwszy głowę z pierza, oglądnął się dokoła jasnemi, rozumnemi oczyma i zauważył wodę. Szybko sięgnął do niej dziobem, aby się napić. Radosne to zdarzenie obwieszczono uderzeniem w tamburyny. To widocznie podnieciło muzykalne zainteresowanie ptaka. Przekrzywił szyję i nadsłuchiwał uważnie. Dostrzegł przytem, że znajduje się w niebezpiecznem sąsiedztwie z ogniem. Chciał się cofnąć, lecz nie mógł, bo był na uwięzi. Rozgniewany tem, podniósł się i zapiał głośno "kukuryku", któremu zawtórowały natychmiast flety i tamburyny. To wzbudziło w nim widocznie mniemanie, że tu idzie o turniej muzyczny. Obrócił się odważnie ku muzykantom, uderzył skrzydłami i krzyknął jeszcze raz. Na to otrzymał znowu tę samą odpowiedź i tak rozwinęła się walka na tony, która tak wkońcu rozgniewała koguta, że z wściekłem gdakaniem oderwał się od pulpitu i uciekł do wnętrza grobu. Muzyka towarzyszyła temu bohaterstwu w najsilniejszem fortissimo, głosy kapłanów wpadły w nią radośnie i nastąpiło finale, zdolne istotnie zmęczyć muzykantów i śpiewaków. Po odegraniu kawałka ucałowali kawale swoje instrumenty. Czyżby to głośne, grzmiące finale dało w jakikolwiek sposób sposobność do pomieszania Dżezidów z nieobyczajnymi Cheragh Sonderan, albo, jak to brzmi w języku kurdyjskim: Czerah sonderan? [2] . Uczucie religijne chrześcijanina mogło się wprawdzie buntować przeciwko wprowadzaniu tego ptaka, lecz pozatem nic niemoralnego nie mogłem zauważyć. Obecnie nastąpić miała sprzedaż kulek, o których już wspominałem. Przedtem jednakże zeszli się kapłani i dali Ali Bejowi i mnie po siedem kulek. Były zupełnie okrągłe i opatrzone arabskim napisem, wyrytym na nich jakimś śpiczastym przyrządem. Cztery z moich kulek nosiły napis: "El Szems", słońce. Sprzedaż odbywała się na dziedzińcu zewnętrznym, podczas gdy z wewnętrznego brzmiały jeszcze tony instrumentów i głosy ludzkie. Opuściłem świątynię. Przypuszczałem, że dolina musi z góry przedstawiać widok cudowny i poszedłem, aby wziąć sobie Halefa do towarzystwa. Zastałem go siedzącego obok buluka emini na platformie domu. Jak mi się zdało, pogrążeni byli obaj w bardzo ożywionej rozmowie, gdyż usłyszałem, jak Halef rzekł: - Co? Powiadasz, że to był Rosjanin? - Tak, Russikow, któremu oby Allah obciął głowę. Żeby nie on, posiadałbym jeszcze mój nos. Rąbałem dokoła siebie, jak wściekły, ten hultaj jednak zamierzył się na moją głowę; chciałem uniknąć ciosu i cofnąłem się. Cięcie, które miało paść na głowę, trafiło tylko.... - Hadżi Halefie! - zawołałem. Bawiło mię to istotnie, że mogłem także raz przerwać słynną historję o nosie. Zerwali się obaj i przystąpili do mnie. - Będziesz mi towarzyszyć, Halefie; chodź! - Dokąd, zihdi? - Tam na wzgórze, aby zobaczyć, jak wygląda iluminacja doliny. - Emirze, pozwól mi pójść z sobą! - prosił Ifra. - Nie mam nic przeciw temu. Naprzód! Wyszliśmy na wzgórze, położone ku Baadri. Wszędzie spotykaliśmy mężczyzn, kobiety i dzieci z pochodniami i świecami, a wszędzie witano nas i przemawiano do nas z dziecięcą radością. Kilku Dżezidów poszło za nami, aby nam świecić, prosiłem jednak, żeby wrócili lub pogasili pochodnie. Kto chciał w pełni użyć widoku, musiał sam znajdować się w ciemności. Na dole w dolinie kołysał się płomień przy płomieniu. Tysiąc świecących punktów krzyżowało się, podskakiwało, tańczyło, wystrzelało w górę i przemykało obok siebie: małe, całkiem małe, głęboko w dole, a coraz to większe w miarę, jak były bliżej nas. Świątynia gorzała niemal w blasku i świetle, a obie wieże strzelały w ciemną noc ku górze, jak hymny płomienne. Równocześnie brzmiało z dołu ku nam głuche wrzenie i poszum głosów, przerywany często donośnym, bo bliskim okrzykiem radości. Mógłbym był stać tu godzinami i napawać się tym widokiem. - Co to za gwiazda? - zabrzmiało tuż obok mnie pytanie w kurdyjskim języku. Wymówił je któryś z Dżezidów. - Gdzie? - zapytał inny. - Patrz na rea kadizan tu, na prawo! - Widzę ją. - Pod nią zabłysnęła jasna gwiazda. Teraz znowu! Widzisz ją? - Widziałem. To jest Kjale be szeri. Te cztery gwiazdy, które w naszej grupie gwiazd tworzą grzbiet Niedźwiedzicy, nazywają Kurdowie "Stara". Sądzą oni, że głowa jej kryje się za grupą sąsiednią. Te trzy gwiazdy, które u nas tworzą ogon Wielkiej Niedźwiedzicy (albo dyszel "Wozu", jak to się jeszcze inaczej nazywa), zwie się u nich: "Dwaj bracia i ślepa matka starej". - Kjale be szeri? Ona ma jeszcze cztery gwiazdy - zauważył pierwszy z pytających. - To będzie Kumikji sziwan. - Ta stoi wyżej. O, błysnęło znowu. Ach, pomyliliśmy się; to południe. To będzie Meszin. - Meszin ma także więcej gwiazd. Jak pan sądzi, co to jest? Pytanie to zwrócono do mnie, a samo zjawisko uderzyło i mnie także szczególnie. Pochodnie i świece rzucały w górę tyle światła, że niepodobna było gwiazd dobrze rozpoznać. Blask jednak, który roziskrzał się tam po drugiej stronie, aby zniknąć natychmiast, był intensywny. Wyglądał, jak błędny ognik, rozświecający się nagle i gasnący w mgnieniu oka. Przypatrywałem się przez jakiś czas, a następnie zwróciłem się do Halefa: - Hadżi Halefie, spiesz natychmiast do Ali Beja i powiedz mu, żeby jak najprędzej przybył tu do mnie. Idzie o coś ważnego. Służący zniknął szybko, ja zaś posunąłem się jeszcze naprzód, częścią, aby rzekomą gwiazdę lepiej obserwować, a częścią, żeby uniknąć wszelkich dalszych zapytań. Szczęściem, słyszał Ali Bej, że poszedłem na górę, i postanowił pójść za mną. Halef spotkał się z nim nieopodal pod nami i przyprowadził go do mnie. - Co chcesz mi pokazać, emirze? Wyciągnąłem rękę. - Patrz dobrze tam! Zobaczysz, jak zabłyśnie tam gwiazda.... Teraz! - Widzę ją. - Już zniknęła. Czy znasz ją? - Nie. Leży bardzo nisko i nie należy do żadnej grupy. Przystąpiłem do pobliskiego krzaku i wyciąłem zeń kilka prętów. Jeden z nich wetknąłem w ziemię i stanąłem potem o kilka kroków przed Ali Bejem. - Uklęknij równo za tym prętem; w kierunku, gdzie gwiazda błyśnie ponownie, wetknę drugi pręt. Widziałeś ją teraz? - Tak, całkiem wyraźnie. - Gdzie ma być pręt? Tutaj? - Stopę na prawo. - Tutaj? - Tak, to już dokładne. - A więc obserwuj dalej. - Teraz znów ją ujrzałem - zauważył po krótkiej chwili. - Gdzie? Wetknę trzeci pręt. - Gwiazda nie była na dawnem miejscu. Posunęła się daleko na lewo. - Powiedz, jak daleko? - O dwie stopy od poprzedniego pręta. - Tutaj? - Tak jest. Wetknąłem trzeci pręt, a Ali Bej badał w dalszym ciągu. - Teraz znów ją widziałem - rzekł niebawem. - Gdzie? - Już nie nalewo, lecz naprawo. - Dobrze! Oto, co ci chciałem pokazać. Teraz możesz już powstać. Reszta obecnych ze zdziwieniem przypatrywała się mojemu zachowaniu, nawet sam Ali Bej nie rozumiał jeszcze jego przyczyny. - Czemu kazałeś wołać mię spowodu tej gwiazdy? - Bo to nie gwiazda! - A cóż innego? Światło? - No, gdyby to nawet było tylko jedno światło, to już byłoby dość szczególne, ale tu jest świateł cały szereg. - Z czego to wnosisz? - Gwiazdą to być nie może, bo jest o wiele niżej od szczytu góry, leżącej poza nią. Że jest więcej świateł, to mogłeś rozpoznać na podstawie zrobionego przez nas eksperymentu. Tam po drugiej stronie idzie lub jedzie wielu ludzi z pochodniami, albo z latarniami; światło którejś z nich błyska ku nam od czasu do czasu. Ali Bej wydał okrzyk zdziwienia. - Masz słuszność, emirze! - Ktoby to mógł być? - Pielgrzymi to nie są, gdyż przybywaliby tu drogą z Baadri do Szejk Adi. - To pomyśl, że to Turcy! - Panie! Byłobyż to możliwe? - Nie wiem tego, bo nie znam okolicy. Opisz mi ją, beju! - Prosto stąd idzie droga do Baadri, a tu dalej nalewo do Ain Sifni. Podziel tę drogę na trzy części i przejdź pierwszą część, a wtedy będziesz miał te światła po lewej ręce, ku wodzie, płynącej z Szejk Adi. - Czy można jechać wzdłuż tej wody? - Można. - I w ten sposób dostać się do Szejk Adi? - Tak. - Popełniono zatem wielki błąd! - Jaki? - Rozstawiłeś forpoczty ku Baadri i ku Kaloni, a nie ku Ain Sifni. - Tamtędy Turcy nie nadejdą. Ludzie z Ain Sifni zdradziliby nam to zaraz. - A jeżeli Turcy nie pójdą przez Ain Sifni, lecz przejdą pod Dżeraijah przez Khausser i zechcą dostać się do doliny pomiędzy Ain Sifni a tem miejscem? Zdaje mi się, że obraliby w takim razie ten sam kierunek, w którym poruszają się tamte światła. Patrz, posunęli się znowu nalewo. - Emirze, przypuszczenie twoje jest może słuszne. Wyślę zaraz straże w tę stronę. - A ja przyjrzę się zbliska tym gwiazdom. Czy masz człowieka, znającego dobrze okolicę? - Nikt jej nie zna lepiej od Seleka. - Jest dobrym jeźdźcem; niech mnie prowadzi! Zeszliśmy wdół, jak można było najszybciej. Ostatnią część rozmowy prowadziliśmy po cichu tak, że nikt zwłaszcza Baszybożuk, nic z niej nie słyszał. Selek wnet się znalazł; dostał konia i wziął z sobą broń. I Halef musiał pójść razem. Mogłem mu więcej zaufać, niż komukolwiek innemu. W dwadzieścia minut po pierwszem dostrzeżeniu gwiazdy przezemnie pędziliśmy drogą do Ain Sifni. Zatrzymaliśmy się na najbliższej wyżynie. Starałem się rozróżnić przedmioty w ciemności i ujrzałem znowu błysk. Zwróciłem na niego uwagę Seleka. - Emirze, to nie jest gwiazda, ale też inie pochodnie, gdyż rzucałyby szerszy krąg światła. To są latarnie. - Muszę więcej przybliżyć się do nich. Znasz dobrze okolicę? - Poprowadzę cię; znam każdy kamień i każdy kierz. Trzymaj się tylko tuż za mną i ściągnij krótko cugle. Zwrócił się od wody wprawo i ruszyliśmy przez wertepy. Była to jazda bardzo przykra, ale już w dobry kwadrans mogliśmy rozróżnić kilka świateł. Po następnym kwadransie, w ciągu którego poznikały nam z oczu te światła za leżącem przed nami wzgórzem, dotarliśmy na jego grzbiet i ujrzeliśmy już całkiem wyraźnie, że mamy przed sobą wcale długi korowód. Kto go tworzył, tego stąd nie można było rozpoznać; zauważyliśmy tylko, że zniknął nagle i nie ukazał się już potem. - Czy tam znowu znajduje się jaki pagórek? - Nie, tu już równina - odparł Selek. - A może jest tam jakie zagłębienie, dolina, w której mogły poznikać światła? - Nie. - Albo las... - Tak jest, emirze! - wtrącił prędko. - Tam, gdzie zniknęły, znajduje się lasek oliwny. - Aha! Zostaniesz więc z końmi tutaj i będziesz na nas czekać, Halef zaś będzie mi towarzyszyć. - Panie, weź mnie także ze sobą! - prosił. - Zwierzęta zdradziłyby nas. - Uwiążemy je. - Mój karosz jest zbyt cenny, ażebym miał zostawiać go bez nadzoru. Zresztą nie umiesz naprawdę skradać się. Usłyszanoby cię lub nawet zobaczono. - Emirze, umiem to! - Bądź cicho! - wtrącił Halef. - Ja także sądziłem, że umiem zaczołgać się w sam środek duaru i zabrać stamtąd najlepszego konia, kiedy jednak przyszło popisać się tem przed effendim, musiałem się zawstydzić, jak chłopiec. Pociesz się jednak tem, że Allah nie chciał, aby z ciebie była jaszczurka. Pozostawiliśmy strzelby i ruszyliśmy naprzód. Światła było właśnie na tyle, że można było o pięćdziesiąt kroków jako tako rozpoznać człowieka. Przed nami wynurzył się niebawem ciemny przedmiot, którego rozmiary rosły z każdym krokiem - był to lasek oliwny. W odległości, którą mogliśmy przejść w pięć do sześciu minut, zatrzymałem się przed lasem i nadsłuchiwałem z wytężoną uwagą. Nie słychać było najmniejszego szmeru. - Postępuj za mną tak, żeby nasze osoby tworzyły jedną linję. Miałem na sobie tylko ciemną bluzę i takież spodnie, na głowie zaś tarbusz, z którego odwinąłem chustę turbanu. Dzięki temu nie łatwo było odróżnić mnie od ciemnego terenu. Z Halefem było to samo. Bez szmeru posuwaliśmy się dalej. Wtem doszedł nas trzask łamanych gałęzi. Położyliśmy się na ziemi i czołgaliśmy się powoli naprzód. Trzask i łamanie były coraz głośniejsze. - Zbierają gałęzie, może na ognisko. - To dobre dla nas, zihdi - szepnął Halef. Niebawem dostaliśmy się do skraju lasu. Dało, się słyszeć prychanie zwierząt i głosy męskie. Leżeliśmy właśnie tuż obok gęstego krza. Wskazałem nań i rzekłem po cichu: - Ukryj się tu i czekaj na mnie! - Panie, ja cię nie opuszczę; pójdę za tobą. - Zdradziłbyś mnie. Trudniej jest skradać się niedosłyszalnie przez las, niż w czystem polu. Wziąłem cię z sobą tylko dlatego, aby sobie zabezpieczyć odwrót. Pozostaniesz tu, chociażbyś nawet strzał usłyszał. Jak cię zawołam, pospieszysz ku mnie jak najszybciej. - A jeżeli ani nie przyjdziesz, ani nie zawołasz? - To za pół godziny przyczołgasz się bliżej, aby zobaczyć, co ze mną się stało. - Zihdi, jeżeli ciebie zabiją, to ja pozabijam ich wszystkich. Doleciało mię tylko to zapewnienie, gdyż oddaliłem się. Nie uszedłem jeszcze daleko, kiedy usłyszałem, jak głos jakiś zawołał rozkazująco: - Et atesz - zapal ognisko. Głos ten pochodził z odległości jakich stu stóp. Mogłem więc bez obawy czołgać się dalej. Wtem usłyszałem trzeszczenie ognia i dostrzegłem zarazem światło, dochodzące między drzewami niemal aż do mnie. To utrudniło mi oczywiście znacznie mój zamiar. - Taszlar atesz czewrezinde - poobkładaj kamieniami ognisko! - rozkazał ten sam głos. Rozkaz ten spełniono widocznie natychmiast, gdyż zdradzieckie promienie światła zniknęły i mogłem żwawiej posuwać się naprzód. Czołgałem się od drzewa do drzewa i czekałem za każdem z nich, dopóki nie przekonałem się, że mnie nie spostrzeżono. Szczęściem ostrożność ta była zbyteczna. Nie były to dziewicze lasy amerykańskie, a poczciwcom, których miałem przed sobą, ani przez myśl nie przeszło, żeby ktoś ich miał podsłuchiwać. Tak posuwałem się ciągle coraz to dalej, aż dostałem się do drzewa, mającego korzenie o tylu odnogach, że spodziewałem się za niemi znaleźć niezłą kryjówkę. Było to o tyle pożądane, że tuż obok drzewa siedziało dwu ludzi, o jakich mi właśnie chodziło - dwaj oficerowie tureccy. Przy pewnej ostrożności udało mi się między odnogami położyć się wcale swobodnie tak, że mogłem objąć okiem całą scenę. Zewnątrz lasku stały cztery działa górskie, albo raczej dwa działa i dwie haubice, a na skraju stało przywiązanych około dwudziestu mułów, potrzebnych do transportu dział. Do jednej armaty potrzeba zwykle cztery do pięciu mułów; jeden musi nieść lawetę, jeden lufę, a dwa do czterech niosą jaszczyki. Artylerzyści porozkładali się wygodnie na ziemi jak dłudzy i gwarzyli z sobą. Oficerowie chcieli pić kawę i palić swoje fajki; w tym celu rozniecono ogień, a nad nim ustawiono na dwóch kamieniach mały kociołek. Jeden z tych dwu bohaterów był kapitanem, drugi porucznikiem. Kapitan miał wcale dobroduszne wejrzenie; wyglądał mi właściwie całkiem na poczciwego, grubego niemieckiego piekarza, który w teatrze amatorskim ma grać dzikiego Turka, i wypożyczył sobie w tym celu za parę marek odpowiedni kostjum. Z porucznikiem było prawie to samo. Zupełnie tak samo musiała wyglądać sześćdziesięcioletnia miłośnica kawy z mlekiem, która wpadła na panieński pomysł ubrania się w szarawary i bluzę turecką, aby tak pójść na redutę. Leżałem tak blisko, że mogłem wszystko usłyszeć. - Działa nasze są dobre! - mruknął kapitan. - Bardzo dobre - zapiszczał porucznik. - Będziemy strzelać, wszystko wystrzelamy! - Wszystko! - zabrzmiało echo. - Weźmiemy łup! - Wielki łup! - Będziemy waleczni! - Bardzo waleczni! - Zaawansujemy! - Wysoko, nader wysoko! - Potem będziemy palić tytoń z Persji. - Tytoń z Szirasu! - I pić kawę z Arabji! - Kawę z Mokki! - Dżezidzi wszyscy muszą wymrzeć! - Wszyscy! - Hultaje! - Łajdaki! - Nieczyści, bezwstydni. - Psy! - Pozabijamy ich! - Zaraz jutro rano! - Oczywiście, to się rozumie! Widziałem i usłyszałem już dość, cofnąłem się więc, spoczątku wolno i ostrożnie, potem jednak coraz prędzej. Podniosłem się nawet z ziemi, czemu nie mało zdziwił się Halef, gdy się doń zbliżyłem. - Kto to, zihdi? - Artylerzyści. Chodź, nie mamy czasu! - Pójdziemy w postawie wyprostowanej? - Tak. Niebawem dostaliśmy się do koni, dosiedliśmy ich i wrócili. Przestrzeń do Szejk Adi przebyliśmy teraz oczywiście prędzej niż poprzednio. Zastaliśmy tam jeszcze to samo ożywienie. Słyszałem, że Ali Bej znajduje się obok świątyni i spotkałem go wraz z Mir Szejk Chanem na wewnętrznym dziedzińcu. Wyszedł nam na spotkanie pełen oczekiwania i zaprowadził mnie do Chana. - Co widziałeś - zapytał. - Armaty! - Och! - zawołał przestraszony. - Ile? - Cztery małe działa górskie. - Jakie ich przeznaczenie? - Mają tem zburzyć Szejk Adi. Podczas gdy piechota przypuści ataki od strony Baadri i Kaloni, będzie artylerja gnać tu wdół, nad wodę. Plan niezły, bo stamtąd można istotnie razić strzałam i całą dolinę. Szło tylko o to, żeby działa przeprowadzić niepostrzeżenie przez wzgórza. I udało się; użyli mułów, a z ich pomocą można armaty przenieść w godzinę z obozu aż do Szejk Adi. - Cóż uczynimy, emirze? - Daj mi natychmiast sześćdziesięciu jeźdźców i kilka latarń, a za dwie godziny zobaczysz te działa tutaj w Szejk Adi. - Wzięte do niewoli? - Wzięte. - Panie, dam ci stu jeźdźców. - No, dobrze, daj mi natychmiast osiemdziesięciu i powiedz im, że ich czekam na dole przy wodzie. Poszedłem i zastałem Halefa i Seleka jeszcze przy koniach. - Co uczyni Ali Bej? - spytał Halef. - Nic. Zrobimy sami, co trzeba. - Co takiego, zihdi? Ty się uśmiechasz! Panie, znam twe oblicze; zabierzemy działa? - W każdym razie! Chciałbym jednak mieć armaty bez rozlewu krwi i dlatego bierzemy z sobą osiemdziesięciu jeźdźców. Podjechaliśmy ku wylotowi doliny, gdzie niedługo czekaliśmy na przybycie owych osiemdziesięciu jeźdźców. Wysłałem Seleka naprzód z dziesięciu ludźmi, a sam z resztą jechałem za nimi w pewnem oddaleniu. Nie widząc nieprzyjaciela, dojechaliśmy na wzgórze, na którem Selek czekał na nas poprzednio i zsiedliśmy z koni. Najprzód wysłałem ludzi, którzy mieli dbać o nasze własne bezpieczeństwo. Następnie pozostawiłem dziesięciu ludzi przy koniach i nakazałem im nie opuszczać tego miejsca bez mojego rozkazu. Wreszcie jąłem się z pozostałymi skradać ku laskowi. W odpowiedniem oddaleniu zatrzymaliśmy się, a ja sam poszedłem naprzód. Jak przedtem, tak i teraz dostałem się bez przeszkody do drzewa, pod którem leżałem. Turcy leżeli grupkami obok siebie i gawędzili. Sądziłem, że będą spali. Czujność wojskowa i oczekiwanie bitwy nie dały im zasnąć. Naliczyłem ich razem z podoficerami i oficerami do trzydziestu czterech ludzi i powróciłem do swoich. - Hadżi Halefie i Seleku, weźcie swoje konie. Pojedziecie łukiem dokoła lasku i po tamtej stronie przejedziecie tuż obok niego. Zatrzymają was. Powiecie, że zabłądziliście i, że chcecie zdążyć na święta do Szejk Adi. W ten sposób odwrócicie od nas uwagę Ottomanów, a zwrócicie ją na siebie. Reszta, to nasza rzecz. Idźcie! Pozostałym kazałem stanąć we dwa długie szeregi mające na celu otoczenie lasku z dwóch stron. Po wydaniu potrzebnych zarządzeń, położyliśmy się na ziemi i poczołgaliśmy się dalej. Ja oczywiście posuwałem się najprędzej. Byłem już od dwu minut pod mojem drzewem, kiedy zadudniły uderzenia kopyt końskich. Ognisko płonęło jeszcze więc mogłem nieźle objąć okiem całą scenę. Obaj oficerowie palili widocznie i pili kawę podczas mej nieobecności. - Szejk Adi, to złe gniazdo! - usłyszałem, jak mówił kapitan. - Całkiem złe - odpowiedział porucznik. - Tam ludzie oddają cześć djabłu. - Djabłu; niechaj ich Allah rozsieka i zmiażdży! - My to zrobimy! - Tak, rozszarpiemy ich! - Do szczętu! Aż do tych słów słyszałem rozmowę; potem doleciał mnie wspomniany tętent. Porucznik podniósł głowę. - Ktoś nadchodzi! - rzekł. Kapitan także jął nadsłuchiwać. - Ktoby to mógł być? - zapytał. - To dwaj jeźdźcy; słyszę to. Powstali, a żołnierze uczynili to samo. W świetle ogniska widać było Halefa i Seleka. Kapitan zastąpił im drogę i dobył szabli. - Stać! Kto wy?! - zawołał do nich. Turcy otoczyli ich natychmiast. Mój mały Halef przypatrywał się z konia oficerom, z miną, po której poznałem, że zrobili na nim podobne wrażenie, jak na mnie. - Kto wy, pytałem! - powtórzył kapitan. - Ludzie! - odparł Halef. - Jacy ludzie? - Mężczyźni! - Jacy mężczyźni? - Mężczyźni konni! - Niech was djabeł połknie! Odpowiadajcie lepiej, albo dostaniecie bastonadę. Więc kto wy? - Dżezidzi - odpowiedział teraz Selek cichym głosem. - Dżezidzi? Aha! A skąd? - Z Mekki! - Z Mekki? Allah il Allah. Czy i tam są czciciele djabła? - Równo pięćkroć stotysięcy. - Aż tylu? Allah kerim; pozwala, żeby tyle chwastu rosło wśród pszenicy. Dokąd dążycie? - Do Szejk Adi. - Aha, mam was! Czego tam chcecie? - Obchodzą tam wielkie święto. - Wiem o tem. Tańczycie i śpiewacie z djabłem i modlicie się przytem do koguta, wygrzanego w ogniu Dżehenny. Zsiądźcie! Jesteście moimi jeńcami. - Jeńcami? Cóż uczyniliśmy takiego? - Jesteście synami djabła. Należy was bić, dopóki was nie opuści wasz ojciec. Z koni! Zabrał się do nich sam, i obu zwleczono formalnie z koni. - Oddajcie broń. Wiedziałem, że Halef nie uczyniłby tego nigdy, nawet w obecnych warunkach. Patrzył ku ognisku, jakby szukał tam kogoś; wzniosłem więc głowę tak wysoko, że mnie mógł dostrzec. Po szeleście za mną poznałem, że moi ludzie osaczyli już obóz zupełnie. - Naszą broń? - zapytał Halef. - Słuchaj jis baszi, pozwól sobie coś powiedzieć. - Co takiego? - Możemy to powiedzieć jedynie tobie i milazimowi. - Nie chcę od was nic wiedzieć! - Ale to ważne, bardzo ważne! - Czego dotyczy? - Posłuchaj! Szepnął mu do ucha kilka słów, które wywarły skutek natychmiastowy. Kapitan cofnął się o krok i badał mówiącego z miną pełną szacunku. Potem dopiero dowiedziałem się, że chytry Halef szepnął mu: "dotyczy to waszej kiesy!" - To prawda? - spytał oficer. - Prawda. - I będziesz o tem milczał? - Jak grób. - Przysięgnij mi. - Jak mam przysięgać? - Na Allaha i brodę... lecz nie, wy jesteście Dżezidami. Przysięgnij mi więc na djabła, któremu oddajesz cześć. - Dobrze więc! Djabeł wie, że nic potem nie powiem. - Ale on cię rozszarpie, jeżeli mówisz nieprawdę. Chodź, milazimie; chodźcie wy obaj. Wszyscy czterej przystąpili do ognia tak, że mogłem usłyszeć każde ich słowo. - Więc mów! - rozkazał kapitan. - Wypuść nas na wolność! My ci zapłacimy. - Pieniądze macie? - Mamy pieniądze. - A czy wiecie, że te pieniądze już do mnie należą? Wszystko, co macie z sobą, należy do nas. - Nie znajdziesz ich nigdy. Wracamy z Mekki, a kto taką podróż odbywa, ten potrafi już ukryć swoje pieniądze. - Ja je znajdę. - Nie znajdziesz, choćbyś nas zabił nawet i kazał najdokładniej przeszukać. Czciciele djabła mają doskonałe sposoby robienia pieniędzy niewidzialnemi. - Allah jest wszechwiedzący! - Lecz ty nie jesteś Allah! - Nie mogę was puścić wolno. - Czemu? - Zdradzilibyście nas. - Zdradzilibyśmy, a to jak? - Czyż nie widzicie, że jesteśmy tutaj spowodu wyprawy wojennej? - Nie zdradzimy cię! - Ależ chcecie iść do Szejk Adi! - Nie wolno nam? - Nie. - Więc wyślij nas, dokąd ci się podoba. - Poszlibyście do Baaweiza i zaczekalibyście tam przez dwa dni? - Dobrze! - Ile chcecie nam zapłacić za swoją wolność? - Ile żądasz? - Po piętnaście tysięcy pjastrów za każdego. - Panie, jesteśmy biednymi pielgrzymami i nie mamy tyle ze sobą. - Ile macie? - Pięćset pjastrów dalibyśmy ci może. - Pięćset? Hultaju, chcecie nas oszukać! - Może zbierzemy i sześćset. - Dacie dwanaście tysięcy pjastrów i ani pary mniej. Przysięgam wam to na Mahometa. Jeżeli nie chcecie, to każę was dopóty ćwiczyć, dopóki nie dacie. Powiedzieliście, że znacie środki zrobienia pieniędzy niewidzialnemi; macie dużo z sobą, a ja znowu mam środki na zjawienie się waszych pjastrów. Halef udał przerażonego. RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.