Złośliwe licho
Jako dwunastolatka postanowiłam, że gdy dorosnę, to się wysterylizuję.
Rok wcześniej moi rodzice trochę przypadkiem zafundowali sobie trzeciego
potomka, a tym samym mnie małego braciszka. Mateusz, to ja nadałam mu to
piękne imię, został przywitany w naszej rodzinie z radością i z otwartymi ramionami. Jako dojrzewająca panienka miałam okazję codziennie
obserwować, na czym polega cud macierzyństwa. Muszę przyznać, że matka
spadająca ze zmęczenia z taboretu, chodząca na czworakach z bólem
pleców, wykończona, niewyspana i sama radząca sobie z trójką dzieci
średnio do mnie przemawiała w kategoriach zachęty do prokreacji.
Niedługo po narodzinach Mateuszka mój tata wylądował w szpitalu z powodu
komplikacji z sercem. Nie wiem, czy aż tak przejął się swoją rolą, czy
też komunistyczny reżim dał mu tak mocno w kość jako prywatnemu
przedsiębiorcy, że odbiło się to na jego zdrowiu - teraz to mało ważne.
Z opowieści mamy wiem, że podczas kiedy ona całe dnie spędzała u boku
męża, ja w wieku jedenastu lat niańczyłam mojego braciszka, karmiąc go
ściągniętym przez mamę mlekiem, przewijając, podcierając mu dupkę i robiąc wszystko to, co powinna robić matka. Kompletnie tego nie
pamiętam, chyba wyparłam tamte dni ze świadomości. Moja pamięć jednak
zakodowała wzorzec, jak zajmować się niemowlakiem, bo jako
czternastolatka zostałam prawdziwą gwiazdą w świecie dziecięcych
opiekunek. A, zapomniałam nadmienić, że w międzyczasie tata wyzdrowiał,
a rodzice postanowili ewakuować naszą rodzinę do Kanady, gdzie mieliśmy
wieść spokojne i dostatnie życie...
Nie jest to jednak książka o rozczarowaniach emigranta, tylko o moich
wybitnych zdolnościach macierzyńskich, które w jedną noc uczyniły ze
mnie królową kanadyjskich nianiek. A stało się to po tym, jak pewien
bobas pozostawiony pod moją opieką zarzygał się od stóp do głów, nie
oszczędzając przy tym swojego łóżeczka. Dzięki mojemu braciszkowi
dziecięce rzygi nie były dla mnie żadną nowością, więc dzieciaka umyłam
i przebrałam, a jego brudne bety zaprałam. Zmierzyłam mu temperaturę i obejrzałam go w poszukiwaniu wysypki. Uznałam, że przeżyje, dlatego nie
dzwoniłam po jego rodziców, świetnie bawiących się w tym czasie u znajomych. Kiedy wrócili, łamaną angielszczyzną zrelacjonowałam
wydarzenia, przyjęłam sowitą zapłatę w wysokości szesnastu dolarów
kanadyjskich (cztery dolary za godzinę) i poszłam do domu spać. Nie
sądziłam, że moje pragmatyczne podejście do dziecięcych wymiocin
wyniesie mnie na wyżyny kariery - stałam się oto najbardziej pożądaną
nianią w sąsiedztwie. Od tego dnia większość weekendów spędzałam,
zarabiając dolary podczas mamusiowania obcym dzieciom. Nie, nie nabrałam
ochoty na macierzyństwo, ale o sterylizacji jakoś zapomniałam...
Pierwszy był Aleks. Poczęty przepisowo cztery miesiące po ślubie.
Projekt Bobas rozpoczęłam odpowiedzialnie, bo od badań. W trakcie USG
lekarz uśmiechnął się i rzucił:
- O, mamy jajeczkowanie...
Pospieszyliśmy z mężem do domu, a trzy tygodnie później świętowaliśmy
dwie kreski na teście ciążowym. Była recesja początku tysiąclecia, a my
prowadziliśmy wspólnie agencję reklamową. Z pracą było ciężko.
Zwolniliśmy więc większość pracowników i zajęliśmy się firmą we dwoje:
mąż odpowiadał za kompleksową administrację i księgowość, ja za kreację
i produkcję materiałów reklamowych. Przeprowadziliśmy się do teściów i zmieniliśmy lokal firmowy na mniejszy, położony bliżej domu. Czułam się
świetnie, wyniki miałam idealne. Codziennie biegałam do pracy,
projektowałam po kilkanaście godzin na dobę, wygrywałam przetargi, a w wolnych chwilach mościłam gniazdko dla bobaska.
Ani się obejrzałam, a był już piątek, 31 sierpnia 2001 roku, czyli
dzień, który dziewięć miesięcy wcześniej ginekolog wyznaczył na poród.
Wody odeszły mi o piątej rano. Skurcze były rzadkie i bardzo słabe, więc
założyłam pieluchę i pojechałam do pracy, bo musiałam dokończyć projekt.
O godzinie dziesiątej skończyłam i wylądowałam na porodówce. Akcja
trwała do czternastej, kiedy to lekarz podjął decyzję o cesarskim cięciu
z powodu zbyt wąskiej miednicy. Pół godziny później mój idealny synek
rozdarł swoją cudowną paszczę, obsikał pielęgniarkę i w nagrodę dostał
dziesięć punktów w skali Apgar.
Liczyłam, że w poniedziałek wrócę do pracy, bo miałam od cholery roboty.
Przeklęta żółtaczka zatrzymała nas w szpitalu do wtorku. Opuszczając
oddział, czule żegnałam pielęgniarki słowami: "Do zobaczenia za dwa
lata", bo taki miałam plan. Do domu wróciłam z synkiem około szesnastej,
gdzie czekała na nas moja mama, która przyleciała z Kanady, by pomóc mi
w pierwszym miesiącu życia pierworodnego wnuka. Po przyjeździe do
mieszkania nakarmiłam synka piersią, która zmieniła swój rozmiar z miernego A do gigantycznego D, ululałam, a potem, przez większość nocy,
układając kostki lodu na ranie po cesarce, projektowałam kampanię
reklamową dla znanej firmy produkującej ciasteczka z galaretką oblane
czekoladą.
Aleks był zdrowy, jadł świetnie. Miał wielki nos, konkretne, lecz
przylegające uszka i darł się, regularnie żądając cyca i mojej uwagi. Po
wyjeździe mamy zatrudniłam opiekunkę i pracowałam z domu. Tym sposobem
home office przećwiczyłam dwadzieścia lat przed pandemią. Byłam w domu
z synkiem i karmiłam piersią przed komputerem. Trzymając na lewym
ramieniu dziecko, prawą ręką wygrywałam kolejne przetargi. Firma
zwycięsko wyszła z recesji. Kupiliśmy działkę pod dom i lokal dla firmy.
Narodziny Aleksa jednak coś we mnie zmieniły. Wraz z pojawieniem się
synka wróciło natarczywe marzenie o adopcji. Karmiąc Aleksa, oglądałam w telewizji serial o domach dziecka. Krystyna Czubówna czytała tekst, a ja
szlochałam. Serce mi pękało i czułam, że adopcja jest mi pisana, że
pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego... Jednak kiedy przyznałam
się do tego marzenia mężowi, on podszedł do tematu sceptycznie i zamknął
go deklaracją, że najpierw urodzimy drugie, a potem zobaczymy...
Cztery lata minęły jak jeden dzień, kiedy podjęliśmy z mężem decyzję, że
czas na kolejnego potomka. Wiem, że miały być dwa, ale jakoś tak
zleciało. Chcieliśmy córeczkę do kompletu, potem jeszcze po małym
mieszkanku dla obojga na dobry start i będziemy mogli iść na emeryturę.
Bóg musiał mieć niezły ubaw, kiedy snuliśmy te wizje, bo drań wiedział
już, co dla nas uknuć. To był czas, kiedy moja arogancja sięgała zenitu:
uważałam, że jestem najmądrzejsza, a cały świat należy do mnie. Byłam
tak pewna siebie, że nie przemknęło mi nawet przez myśl, że coś może
pójść niezgodnie z moim planem. Dotychczas świat nie śmiał mi się
sprzeciwiać. Byłam pracowita i pewna siebie, zdyscyplinowana i doskonale
zorganizowana. Wierzyłam, że nadludzkim wysiłkiem można osiągnąć
absolutnie wszystko. Nic dziwnego, że szłam przez życie jak burza,
zorientowana na sukces. Wszystko ma jednak swoją cenę.
Miałam trzydzieści trzy lata, doskonale prosperującą firmę, wielki dom
na wykończeniu, udanego synka i męża. Byłam sterana, sfrustrowana i zdezorientowana. Wszystko szło gładko, nic złego nam się nie
przydarzało, zdrowie i fortuna dopisywały. A ja? Ja zaczęłam się gubić...
Teraz pewnie myślisz, że w głowie mi się poprzewracało. Ja też tak
sądziłam. Dlatego usilnie starałam się sama siebie przekonać, że mój
problem polega na tym, że nie umiem docenić tego, co mam, jestem podłą
babą obdarowaną przez los niezwykłą fortuną i szczęściem, z którego
zwyczajnie nie umiem się cieszyć. Jakieś podłe, złośliwe licho szeptało
mi do ucha, że coś mi umyka, że to nie tak powinno wyglądać. Że
faktycznie ogarniam wszystko i jestem w tym genialna, ale cena, którą
płacę, jest wyższa niż to, co w zamian otrzymuję. Wydawało mi się, że
tak świetnie daję sobie radę. Aleks jest szczęśliwy, mąż również, żyjemy
w dostatku, tylko... No właśnie: tylko co?
Pracowałam od dziewiątej rano do drugiej w nocy. Czasem kończyłam o piątej nad ranem, a kiedy odnosiłam klucz do recepcji budynku, w którym
mieściła się nasza agencja, ochroniarz śmiał się ze mnie, że powinnam
zostać, bo przecież nie opłaca się wracać do domu na te kilka godziny.
Ale ja chciałam zobaczyć się z synkiem. Wracałam cichutko i padałam na
łóżko. Wstawałam o siódmej razem z Aleksem. Witałam go ledwo przytomna,
ale szczęśliwa, że jestem, kiedy otwiera oczy. O ósmej trzydzieści
przychodziła opiekunka. Aleks cieszył się na jej widok bardziej niż na
mój. Bolało. Kiedy wychodziłam pół godziny później, to ona tuliła go w ramionach, a ja w mojej idealnie dopasowanej sukience, stukając
niebotycznie wysokimi obcasami, zmierzałam do pracy. Odbierałam klucze
od ochroniarza, który patrzył na mnie z politowaniem, i otwierałam w firmie nowy dzień, który wyglądał tak samo jak poprzedni i wszystkie
następne.
Bolało mnie to, że Aleksa wychowywała opiekunka. Zmieniłam więc
koncepcję i wracałam do domu jak normalny człowiek, czyli koło
osiemnastej. Na dysku przynosiłam pracę do domu, ale nie siadałam do
komputera, póki nie położyłam synka spać. Te parę godzin wieczorem
spędzałam w całości z nim. Stawiałam wielki kubek kawy na biurku i razem
wycinaliśmy zwierzątka, lepiliśmy ludziki z plasteliny i układaliśmy
puzzle. Aleks kochał dinozaury i przyrodę. Za motoryzacją nie przepadał,
sport też go średnio interesował. Uwielbiał wodę. Od czwartego miesiąca
życia w każdą sobotę jeździłam z nim na basen. Wtedy zajęcia dla
maluszków były jeszcze rzadkością, więc musiałam jeździć na drugi koniec
miasta, ale byłam szczęśliwa, widząc, jak on się cieszy.
Moje szczęście miało jednak skazę. Byłam jedynym rodzicem, który
przyjeżdżał na basen sam ze swoim dzieckiem. Kiedy wchodziłam do wody,
podawałam dziecko instruktorce. Inni rodzice przybywali parami. Jedno
siedziało w wodzie z dzidziusiem, drugie wykonywało komiczny taniec na
brzegu, robiąc pamiątkowe zdjęcia, ćwierkając do swojego dzidziusia i uśmiechając się od ucha do ucha do współmałżonka. Ja byłam sama.
Dlaczego? W tej książce będę pisała niewiele o moim mężu, bo to nie jest
tego typu opowieść. On zapewne mógłby sporo napisać na mój temat, ale
ponieważ tu na jego wynurzenia miejsca nie ma, więc i ja sprowadzę moje
do niezbędnego minimum. Z perspektywy czasu widzę to nieco inaczej niż
wtedy, bo jestem w zupełnie innym punkcie swojego życia. Wtedy jednak
czułam się samotna i opuszczona. Skrzywdzona i bardzo niesprawiedliwie
oszukana przez los.
Mój dom
Moi rodzice byli razem i tworzyliśmy normalną, a w sumie pewnie, nawet
jak na tamte czasy, zdrową rodzinę. Jednak mojego taty nigdy nie było w domu, a kiedy był, zamykał się w swoim pokoju za przeszklonymi drzwiami.
Żeby nasz widok mu nie przeszkadzał, przeszklenie zostało osłonięte
kwiecistym płótnem. Być może powód był inny, ale jako dziecko
wiedziałam, że te płócienne kwiaty oddzielają mnie od ojca. Kiedy tata
pracował, mój brat i ja musieliśmy być cichutko, żeby mu nie
przeszkadzać. Terror milczenia przełamałam dopiero w wieku czterdziestu
paru lat. W moim rodzinnym domu tata był widmem, któremu wieczorem
zostawiało się kawałek czekolady. To były czasy, kiedy czekolada była
rarytasem i jedna tabliczka była dzielona sprawiedliwie pomiędzy
wszystkich członków rodziny. Mama nauczyła nas, by zawsze zostawiać
kawałek dla taty. Ojciec i czekolada byli niczym Święty Mikołaj i ciasteczka. Rano nie było ani jednego, ani drugiego. Wiedzieliśmy, że
tata ciężko pracuje i często wyjeżdża. Jego nieobecność była
usprawiedliwiona, co nie oznacza, że nam go nie brakowało.
Na wakacje tata wywoził nas do leśniczówki do swoich rodziców i tam
spędzałam z braćmi najcudowniejsze chwile mojego życia. Od rana do nocy
biegałam po łąkach i lasach. Hodowałam motyle, uprawiałam chwasty,
kolekcjonowałam krzemienie i szyszki. Byłam szczęśliwym dzieciakiem,
ubłoconym, pogryzionym przez komary, z kleszczem za uchem i strupami na
kolanach. Znałam wszystkie gatunki grzybów, owadów i jaszczurek, a moim
największym marzeniem było schwytanie traszki. Strzelałam z pistoletu i sztucera, trenowana przez dziadka leśniczego i weterana Armii Krajowej,
który zawsze występował w pełnym umundurowaniu. Tak go zapamiętałam.
Dziadek w mundurze Wojska Polskiego i wypolerowanych oficerkach na
nogach, nawet w trzydziestostopniowym upale. Uczestniczyłam w polowaniach, patrzyłam, jak oprawia się zwierzynę, i jadłam kotleciki z jelenia. Nigdy nie postrzegałam tego jako coś okrutnego. Zwierzynę
trzeba było selekcjonować i do tego służyły polowania. Upolowaną
zwierzynę oddawało się do skupu lub jadło. Proste, bez dopisanych teorii
spiskowych i wydumanych konsekwencji emocjonalnych. Nie zostałam
psychopatycznym mordercą, nie straciłam empatii do ludzi i zwierząt.
Hodowałam króliki, które potem jedliśmy. Kurczaki chodziły za mną jak za
kwoką. Rosół lubię do dziś. Te doświadczenia nie zostawiły w mojej
psychice szkodliwych śladów. Nie musiałam się z nich leczyć. Jedyne, z czego się leczyłam, to głód ojca.
Dlatego szukając partnera na całe życie, pragnęłam takiego, który będzie
obecny w codzienności mojej i moich dzieci. Kiedy piszę, że chciałam
partnera na całe życie, to tak naprawdę miało to wyglądać. Nigdy nie
brałam pod uwagę, że jeśli się nie uda, to zawsze można go wymienić na
nowszy model. Rozwód nie wchodził w grę. Kilkanaście lat później
doświadczyłam, jak bardzo się myliłam.
Po prostu chciałam, żeby moja rodzina była inna niż ta, w której się
wychowałam. Pragnęłam, by ojciec moich dzieci był obecny w ich życiu
codziennie. Problem polegał na tym, że nie do końca wiedziałam, jak to
miało wyglądać. Dlatego dosyć nieśmiało prosiłam tatę Aleksa o obecność
na basenie, a kiedy się okazało, że bynajmniej ta sprawa nie jest dla
niego priorytetowa, postanowiłam sama ogarnąć temat.
To był tak dobrze znany mi schemat, że szybciutko poczułam się jak w domu. Dosłownie. Przyznaję, że przez chwilę czułam rozczarowanie i smutek, ale szybko uznałam, że wszystkie małżeństwa tak wyglądają, a moje marzenia były jedynie mrzonką naiwnej smarkuli. Przyszedł czas, by
dorosnąć, a to oznaczało wzięcie na siebie obowiązków i ich wypełnianie,
bez oglądania się na innych i proszenia ich o pomoc. Nauczyłam się z tym
żyć i być szczęśliwa. Chyba. Ciężko powiedzieć, bo zazwyczaj byłam tak
zmęczona, że nie miałam siły ani czasu, by rozpamiętywać, czego nie mam.
Miałam rodzinę, doskonale prosperującą firmę, zdrowego syna i już
niebawem także ogromny dom, w którym mieliśmy wszyscy żyć długo i szczęśliwie. Jednak coraz więcej wysiłku wymagało ode mnie cieszenie się
tym, co mam. Coraz częściej czułam się więźniem własnego sukcesu. Coraz
trudniej mi się wstawało rano i coraz mniej radości sprawiały mi
projekty, które kiedyś były całym moim życiem, moją pasją i źródłem
mojej satysfakcji. Chodziłam niewyspana i sfrustrowana, a jadąc rano do
pracy, powtarzałam modlitwę: "Boże, zrób coś, bo ja nie potrafię... Proszę
Cię, zrób coś, by moje życie się zmieniło, bo ja zmienić go nie umiem,
nie wiem nawet, gdzie zacząć...".
Nauczyłam się liczyć na siebie i wiedziałam, że jeśli tylko
wystarczająco się postaram i przyłożę, to wszystko się uda. Postanowiłam
nawet wyręczyć Boga i pójść na terapię, by odszukać zagubione szczęście.
Podstawowym kryterium poszukiwania terapeuty była odległość od miejsca
pracy. Chodziło o to, żebym na spotkania z nim przeznaczyła jak najmniej
czasu. Potrzebowałam szybkiej naprawy. Pragnęłam pigułki szczęścia,
która pozwoli mi cieszyć się tym, co mam, zamiast marnować czas na
poszukiwanie dziury w całym. Gdzieś pod skórą czułam, że chcę w życiu
zrobić coś wielkiego, że mam do spełnienia jakąś ważną misję, tylko nie
umiem jej jeszcze określić. Na szczęście trafiłam na dobrego terapeutę,
który szybciutko wyleczył mnie z manii wielkości. Zwarłam pośladki i z bananem na twarzy ruszyłam dalej harować po kilkanaście godzin na dobę,
robiąc to, co już nie sprawiało mi radości, jednak przed oczami malowała
mi się zamglona wizja wyższego dobra. Jakie było to wyższe dobro? Teraz
jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Byłam coraz bardziej zmęczona, czułam,
że się starzeję. Aleks miał cztery lata, więc w temacie rodzeństwa byłam
już nieco spóźniona względem pierwotnie zaplanowanych dwóch lat różnicy.
Trzeba było zacząć działać. Jak się postaram, a mąż pomoże, to wiadomo,
uda się. Bo mnie zawsze wszystko się udaje.
Poszłam do ginekologa. Na szczęście jego gabinet znajdował się w tym
samym budynku co nasza agencja reklamowa, więc nie trzeba było marnować
czasu na dojazdy. Obejrzał, co trzeba, zrobił badania, kazał regularnie
próbować i życzył powodzenia. Wykupiłam zapas testów owulacyjnych i ciążowych, zażywałam witaminy i kwas foliowy. Nie zwalniałam w pracy, bo
po co, przecież poprzednim razem poszło jak z płatka. Byłam pewna, że i tym razem zajdę, przejdę i wyjdę ze szpitala na czas, by zrobić kolejny
projekt. Tymczasem zapas testów się kurczył, a ja się nie powiększałam.
Regularnie doświadczałam ciąż urojonych. Bolały mnie piersi, miałam
nudności i czułam się dziwnie, ale wszystko kończyło się wraz z kolejną
miesiączką. W końcu, po wielu miesiącach bezproduktywnych prób, udało
się! Byłam w ciąży! Życie nabrało sensu, Aleks się cieszył, mąż również.
Liczyliśmy na dziewczynkę, ale co tam płeć, byle dziecko było zdrowe.
Pojechaliśmy zrobić pierwsze zakupy dla dzidziusia i wtedy zaczęło mi
się robić słabo. Wróciliśmy do domu, a po wizycie w toalecie natychmiast
udaliśmy się na ostry dyżur w szpitalu położniczym. Dziecko owszem było,
ale nie słychać było bicia jego serca. Ciąża wczesna, więc lekarz
pocieszał, że być może to tylko efekt kiepskiego sprzętu do badań
ultrasonograficznych. Miałam wrócić do domu i leżeć. Leżałam. Rano mąż
pojechał do pracy, a ja nadal leżałam, zawiązując sobie nogi na supeł.
Nie pomogło. Następnego dnia i ja pojechałam do pracy. Sama poszłam do
ginekologa, tego tuż obok. Zrobił mi USG. Po ciąży nie było śladu.
Lekarz poradził odczekać trzy cykle i próbować ponownie. Wyszłam,
zalewając się łzami. Przed wejściem do biura spotkałam naszą pracownicę
i to jej wypłakałam się w mankiet.
Co poszło nie tak? Dlaczego tym razem się nie udało? Nikt nie był w stanie udzielić mi satysfakcjonującej odpowiedzi. Słyszałam tylko, że to
się czasem zdarza, a nawet częściej niż czasem, że niektóre ciąże są
skazane na poronienie, że niekiedy organizm kobiety pozbywa się w ten
sposób ciąży chorej, uszkodzonej czy upośledzonej.
Przestaliśmy próbować. Urządzaliśmy dom, biegaliśmy po sklepach z wyposażeniem wnętrz, projektowaliśmy ogród. Nie było czasu na użalanie
się nad sobą. Uznaliśmy, że jak się przeprowadzimy, to wtedy zaczniemy
wszystko od nowa. Do domu wprowadziliśmy się w listopadzie. Miesiąc
później ze zdumieniem odkryłam, że jestem w ciąży. Tym razem jednak
zamiast radości, poczułam lęk.
Dziecko w szufladzie
Lęk stał się nowym towarzyszem mojego życia. Wieczorem układał mnie do
snu i rano budził, zaciskając macki na mojej szyi. Byłam przekonana, że
wynika to z traumy po poronieniu. Pobiegłam do lekarza (tego tuż obok
firmy) i natychmiast dostałam leki na podtrzymanie ciąży. Czułam się
kiepsko, byłam zmęczona i puchły mi nogi. Mój brzuch niemal natychmiast
zmienił się w pokaźną bańkę. Z dumą pokazywałam go światu, choć nie było
we mnie tej iskry i energii co przy pierwszej ciąży, kiedy to
wydzwaniałam do koleżanek z dawnej redakcji i chciałam pakować się na
okładki magazynów dla kobiet. Uznałam, że to starość. W końcu miałam już
trzydzieści cztery lata. Był to w moim mniemaniu wiek podeszły jak na
ciążę, a i lekarz kazał mi wykonać więcej badań profilaktycznych, w tym
test PAPP-A, którego wynik może być wskazaniem do amniopunkcji.
Zaczęłam mieć obsesję na punkcie badań. Zmieniłam ginekologa. Zapisałam
się na USG do "najlepszego specjalisty w Polsce". U niego też zrobiłam
test PAPP-A. Wyszedł wzorowo. Nie było żadnych wskazań do dalszej
diagnostyki. Przezierność fałdu karkowego u płodu była zdaniem
"najlepszego specjalisty w Polsce" bez zarzutu. Nieco pocieszona, choć
nie do końca uspokojona, wróciłam do pracy i codziennych obowiązków.
Brzuszek rósł, moje włosy stały się gęste i puszyste, Aleks chodził do
przedszkola, wszystko się układało.
Wczesną wiosną odszedł mój ukochany pies. Dogi niemieckie były moją
wielką miłością od szóstego roku życia, kiedy to ujrzałam pierwszego w życiu arlekina. Po obejrzeniu filmu W pustyni i w puszczy Saba stał
się moim marzeniem, które spełniłam, kończąc studia. Niestety tamten
pies odszedł gwałtownie na skręt żołądka. Zastąpiła go Tigra, pręgowany
dog niemiecki, pies tak mądry, spokojny i przyjazny, że nawet mój mąż go
polubił, choć generalnie za psami nie przepada. Tigra zaczęła utykać tuż
po przeprowadzce do nowego domu. Sądziłam, że w lesie skręciła nogę.
Ponieważ noga nie puchła, nie bolała przy dotyku, odpuściłam. Na wiosnę
suczka zaczęła się pokładać nawet na spacerze. Któregoś ranka pojechałam
do pracy, a mąż udał się z psem do weterynarza. Wrócił już sam. Rak
kości. Przeżyłam to tak okropnie, tak głęboko i boleśnie, że nawet
teraz, kiedy o tym piszę, łzy stają mi w oczach. Jestem mężowi wdzięczna
za to, że oszczędził mi żegnania się z ukochanym psem. Z poprzednim
rozstawałam się, trzymając jego wielki łeb na kolanach. W moich
ramionach wydał ostatni oddech. W zaawansowanej ciąży tak silne
wzruszenie mogłoby być niebezpieczne dla dziecka. Ta strata była dla
mnie wielką tragedią. Jednak nie pozwoliłam sobie na jej przeżywanie z obawy o zdrowie rosnącego we mnie dzidziusia. Zabawne jest to, że jakiś
czas temu Krystian wygrzebał stare zdjęcie Tigry, włożył je do ramki i od tej pory nigdy się z nim nie rozstaje. Zabiera tę fotkę nawet na
wyjazdy i stawia obok swojego łóżka. To jedna z niewytłumaczalnych
rzeczy, które za jakiś czas miały stać się moją i mojego synka
codziennością...
W czasie ciąży moje obawy o zdrowie maleństwa nasilały się. To był on.
Synek. Szybko zmieniłam koncepcję pokoju z różowego na niebieski.
Któregoś dnia zaczęłam plamić. Pojechałam na ostry dyżur, gdzie zostałam
potraktowana jak histeryczka i wysłana do domu. Podziałało. Krwawienie
ustało. Znowu zmieniłam lekarza. Niepokoiły mnie wyniki badań
ultrasonograficznych. Pomiary wydawała się charakteryzować zbyt duża
rozbieżność. Wielkość kości udowej sugerowała wiek odmienny od długości
kręgosłupa. Zadzwoniłam do mamy w Kanadzie, która miała tam znajomego
specjalistę od USG. Po konsultacjach mama oddzwoniła z pocieszającą
wieścią, że pomiary podczas badań są szacunkowe, bo dziecko się rusza i stąd mogą wynikać rozbieżności. Wcale mnie to nie uspokoiło.
Postanowiłam powtórzyć badanie USG u kolejnego "najlepszego specjalisty
w Polsce". Oferował wariant 4D full color. Odmówiłam w obawie, że
jakieś promieniowanie, wiązki fal, Bóg jeden wie co jeszcze, mogą mojemu
dziecku zaszkodzić. Nie zależało mi na trójwymiarowym portrecie
maleństwa, tylko na potwierdzeniu, że jest zdrowe. Potwierdzenie
dostałam, ale wątpliwości pozostały.
Rzadko śniłam. Byłam zbyt zmęczona, by cokolwiek pamiętać. Jednak tego
snu nie zapomnę nigdy. Śniło mi się, że rozdzielam uprasowane i poskładane pranie, nosząc jednocześnie nowo narodzonego synka. Spiesząc
się jak zawsze, wchodzę do garderoby Aleksa ze stertą ubrań w lewej ręce
i synkiem na prawym ramieniu. Stoję przez chwilę, zastanawiając się, jak
rozłożę ciuchy, trzymając jednocześnie malucha. W końcu wysuwam szufladę
z bielizną i tam delikatnie układam synka. Rozkładam koszulki i skarpetki Aleksa, po czym wychodzę z jego pokoju bez dziecka, kompletnie
o nim zapominając. W trakcie dnia nagle przypominam sobie, że zostawiłam
dziecko w szufladzie! Pędzę na górę, wpadam do szafy, a mój synek nadal
tam leży. Nie płacze, nie stęka, nie kwili, tylko patrzy na mnie mądrymi
błękitnymi oczkami, a wianuszek diamencików wokół jego źrenic skrzy się
jasno, przydając jego spojrzeniu magicznego blasku.
Rodzice, którzy mają dziecko z zespołem Downa, wiedzą, co to oznacza.
Ja, będąc w szóstym miesiącu ciąży, nie wiedziałam. Niby skąd miałam
wiedzieć, że wianuszek diamencików wokół źrenic to jedna z cech
świadcząca o dodatkowym chromosomie... Ale to nie oczy dziecka zrobiły
wtedy na mnie największe wrażenie. Najbardziej przeraziło mnie to, że
ten sen był odzwierciedleniem mojego życia. Taka sytuacja mogła mieć
miejsce. To naprawdę był czas, kiedy tak pędziłam przez życie, robiłam
tyle rzeczy naraz, że często zdarzało mi się o czymś zapomnieć, i wcale
bym się nie zdziwiła, gdybym zapomniała, że zostawiłam dziecko w szufladzie. Brzmi absurdalnie, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy,
jakim absurdem było moje życie. Fakt, że dziecko nie płakało, oraz
znaczenie magicznych kropeczek w jego oczach zrozumiałam po narodzinach
Krystiana, kiedy się okazało, że on właśnie taki jest. W takich chwilach
nadprzyrodzone przenika do ludzkiego życia. Niewytłumaczalne wdziera się
bez ostrzeżenia i napawa lękiem, że jednak istnieje coś kompletnie poza
naszą kontrolą.
Łudzimy się, że wiedza, fakty i rozum uchronią nas przed złem. Zdaje nam
się, że jeśli będziemy kontrolowali własną rzeczywistość, to uda nam się
również kontrolować cały świat i zaprojektować go tak, by spełnił nasze
oczekiwania. Jesteśmy przekonani, że jeśli statystyki mówią o przypadku
jednym na osiemset, to ja z pewnością zmieszczę się w tych siedmiuset
dziewięćdziesięciu dziewięciu. Nigdy nie przychodzi nam do głowy, że to
ja (albo ty) mogę (możesz) być tym jednym przypadkiem na sto, tysiąc czy
milion. Mnie wtedy też nie przyszło to do głowy. Nie wpadłam na to, że
tak naprawdę nie mam kontroli nad niczym, a moim życiem rządzą siły tak
potężne, że taki mały żuczek jak ja jest zaledwie kroplą w oceanie, małą
gwiazdką na rozgwieżdżonym, bezkresnym niebie.
W czerwcu wyjechaliśmy nad morze. Kocham nasz polski zimny Bałtyk. Nie
wchodzę do wody, bo nie znoszę chłodu, ale uwielbiam siedzieć na
rozgrzanym piachu i słuchać szumu fal. Pojechaliśmy ze znajomymi, którzy
mają córeczkę w wieku Aleksa. Plan był taki, że dzieciaki będą się razem
bawić, a my plażować. Pogoda dopisywała, słońce świeciło, żar lał się z nieba. Rano szliśmy na śniadanie, a raczej Aleks i jego tata szli, a ja
toczyłam się za nimi. Potem szykowałam siebie i synka na plażę i ruszaliśmy całą rodziną nad wodę. Na szczęście obiekt, w którym
mieszkaliśmy, dumnie stoi nad samiutką plażą, zerkając z góry na
bałtyckie fale. Aby uchronić mój gigantyczny brzuch przed skwarem,
siedziałam w wiklinowym koszu i obserwowałam, jak Aleks buduje zamki z piasku, zasiedla je meduzami i przywiezionymi z domu, nieodłącznie
towarzyszącymi mu dinozaurami.
Upał był nieziemski, szybko opróżnialiśmy butelki wody, nic więc
dziwnego, że synkowi zachciało się siusiu. Nigdy nie mówię dziecku: "Idź
się wysikać do wody". Nie pomyślałam też wtedy, by wysadzenie
sześciolatka zlecić ojcu. W końcu od urodzenia to ja się nim zajmowałam,
więc siedzący obok tata nawet nie zauważył, że pierworodny potrzebuje
zaznaczyć terytorium. Dzisiaj wysłałabym dwóch samczyków razem na
poszukiwanie toi toia, wtedy jednak bez mrugnięcia okiem bujnęłam się
kilka razy i za trzecim czy czwartym razem udało mi się wstać z kosza.
Trzymając Aleksa za rączkę, brnęłam przez rozgrzany piach, a skwar lał
się nam na głowy. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Okazało się, że młody
chce więcej niż siusiu. Po wszystkim wróciłam po śladach w piachu do
kosza. Czułam się źle. Było mi gorąco i słabo. Napiłam się wody, ale nie
pomogło. Powinnam była iść do pokoju, ale przecież nie mogłam zostawić
Aleksa samego. Pewne sprawy były wtedy dla mnie tak oczywiste, że nawet
nie podawałam ich w wątpliwość. Moja mama zawsze się zajmowała nami
sama. W ciąży czy z anginą, w pionie czy na czworakach, to ona zawsze o nas dbała. Jaki wzorzec, taka rzeczywistość. I takie było też moje
podejście. Nie prosiłam, nie miałam żalu ani pretensji.
Wieczorem Aleks bawił się z koleżanką u naszych znajomych dwa piętra
wyżej i trzeba było iść go odebrać. Rzadko poddaję się kiepskiemu
samopoczuciu, ale tego dnia byłam bardzo wyczerpana i naprawdę źle się
czułam. O proszę, nawet teraz się tłumaczę. Nieśmiało napomknęłam
mężowi, żeby poszedł odebrać Aleksa, bo to drugie piętro bez windy, a my
jesteśmy na parterze. Odparł, że nie ma nastroju na pogawędki ze
znajomymi, a jeśli tam pójdzie, to będzie musiał posiedzieć. Dlatego
poszłam ja. Pamiętam każdy stopień tych dwóch pięter w górę, a potem w dół. Kiedy wróciłam, krwawiłam. Wpadłam w panikę. Wtedy i mąż się
przestraszył. Miałam do niego żal, ale nie przyszło mi do głowy robić mu
wyrzutów. To już nie miało znaczenia. To, co miało znaczenie, to fakt,
że byłam pięćset kilometrów od Warszawy i nie chciałam rodzić na plaży,
nawet jeśli była to plaża najbardziej luksusowego hotelu na Wybrzeżu.
Zadzwoniłam do lekarza. Kazał leżeć i następnego dnia przyjechać do
szpitala, gdzie był ordynatorem. Niestety ordynatorem na urlopie. Rano
mąż z Aleksem przynieśli mi śniadanie do łóżka. Ale ja nie potrafiłam
być wdzięczna. Byłam rozżalona. Mąż mówił, że wszyscy o mnie pytają i pozdrawiają. A ja oczami wyobraźni widziałam tych "wszystkich" i wizerunek czułego małżonka, który przynosi żonie śniadanko do łóżka, bo
ta źle się czuje. Tyle że wczoraj nikt nie widział, jak toczyłam się z wysiłkiem na drugie piętro, by odebrać syna, bo mąż nie miał nastroju.
Tak, miałam żal i winiłam go za to, co się działo. A przecież mogłam się
położyć i powiedzieć, że nigdzie nie idę, jestem w ciąży, źle się czuję
i nie ruszam się z miejsca. Poszedłby na górę. Ale ja wtedy nie umiałam
o siebie dbać. Nie potrafiłam o siebie walczyć ani samej siebie
szanować. Czułam więc, że mam nietroskliwego męża i muszę sobie ze
wszystkim poradzić samodzielnie. W końcu moja mama sama siebie zawiozła
maluchem do porodu, więc co ja tu narzekam...
Na własne życzenie
Na izbie przyjęć krwawiłam już mniej. Nie byłam pilnym przypadkiem, więc
odczekałam dwie godziny na plastikowym krzesełku. Zabrali mnie na USG i badanie ginekologiczne. Personel był opryskliwy i miał ochotę się mnie
pozbyć, ale powołując się na ordynatora, od którego kiedyś wynajmowałam
mieszkanie, uparłam się, że chcę zostać przyjęta na oddział. Z obrazą
majestatu, ale przyjęli mnie na patologię ciąży. Wkrótce zrobiono mi
komplet badań i KTG.
Wyniki analiz miały być gotowe następnego dnia. Czekałam, ale nikt się
nie pojawił. Żadnego obchodu, żadnych odpowiedzi. Odchodziłam od
zmysłów. Byłam zakwaterowana w sali z dwiema pacjentkami, które musiały
leżeć plackiem, żeby utrzymać ciążę. Kiedy dzwoniły po pielęgniarki,
nikt się nie pojawiał. Zostałam więc kurierem pomiędzy moimi
towarzyszkami niedoli a leniwymi i opryskliwymi pielęgniarkami, które za
każdym razem kiedy mnie widziały, wznosiły oczy ku niebu, albo
zwyczajnie mnie opierdalały, że im zawracam dupę i przyjdą, jak będą
mogły. Udałam się więc do tych samych pielęgniarek, by spytać o moje
wyniki, a że zdążyłam już sobie u nich nagrabić, to teraz mogły się
odegrać, zbywając mnie niezbyt czule. Postanowiłam pójść wyżej, czyli do
lekarza. Tak jak wspomniałam, mój lekarz był na urlopie. Na oddziale
rządziła jego zastępczyni. Zapukałam i zajrzałam do gabinetu. Lekarka
rozmawiała przez telefon i gestem ręki wygoniła mnie na korytarz.
Czekałam, aż skończy. W końcu drzwi się otworzyły.
- Słucham - rzuciła pani doktor bez zbędnych wstępów.
- Chciałam się dowiedzieć o wyniki moich badań. Zostałam wczoraj
przyjęta, dzisiaj miałam otrzymać jakieś informacje, ale nadal nic nie
wiem.
- A co pani oczekuje, że ja będę z wynikami do każdej pacjentki
biegała?!
Nadmienię, że nie zostałam zaproszona do gabinetu, więc rozmowa odbywała
się na korytarzu.
- Nie, dlatego to ja przychodzę do pani. Chciałam się dowiedzieć, co mi
jest i czy moje dziecko jest zdrowe.
- Czy wam się w głowach poprzewracało?! Pani myśli, że ja nie mam nic
lepszego do roboty, niż udzielać informacji każdej pacjentce z osobna
wtedy, kiedy ta sobie zażyczy?!
- A czy to, gdzie pani pracuje nie nazywa się przypadkiem służba zdrowia
i czy nie jest pani obowiązkiem służyć zdrowiu pacjentów, którzy
zgłaszają się do pani po pomoc?! Tu chodzi o życie mojego dziecka! -
Teraz to ja się darłam na nią, a ludzie na korytarzu gapili się na nas,
omijając nas szerokim łukiem.
- Dobrze, proszę wejść - skapitulowała.
Weszłyśmy do gabinetu.
- Nazwisko.
- Komorowska.
- Ma pani niski poziom żelaza.
- Niski, to znaczy jaki?
- Jedenaście.
- Czy to zagraża mojemu dziecku?
- Dostanie pani żelazo dożylnie.
- Kiedy?
- Nie wiem.
- Czy coś jeszcze jest w tych badaniach niepokojącego?
- Nie widzę.
- W takim razie proszę o wypis na życzenie. Wychodzę stąd, bo przy pani
życzliwej pomocy prędzej mi się coś tutaj stanie niż w domu. Dziękuję za
taką służbę zdrowia.
Wyszłam tak roztrzęsiona, że na korytarzu musiałam usiąść. Zadzwoniłam
po męża. Szlochając ze złości i rozżalenia, streściłam mu rozmowę.
Powiedział, że zaraz przyjedzie. Poszłam do sali i spakowałam swoje
rzeczy. Lekarka się nie pojawiła. Mąż przyjechał i poszedł do niej po
wypis. Nie było go dosyć długo, wrócił czerwony ze złości. Po wypis
musiał wrócić za parę dni. To był jeszcze jeden sposób, w jaki mogła nas
upokorzyć.
Wróciłam do domu i zaczęłam szukać nowego lekarza. Nie zamierzałam
rodzić w tym szpitalu. Rozczarowała mnie też rozmowa z ordynatorem,
który stanął po stronie podwładnej. "Prędzej urodzę w domu niż u tej
baby" - pomyślałam i zaczęłam przeglądać internet.
Czasu nie było wiele, bo według prognoz pozostał miesiąc do rozwiązania.
Aby dodać sytuacji pikanterii, przypomnę, że wówczas pielęgniarki w całej Polsce zaczęły strajkować. Zamiast na oddziałach spędzały czas w namiotach rozstawionych pod siedzibą rządu. Prześladowały mnie wizje, w których wtaczam się na oddział, a tam pusto - ani jednej pielęgniarki.
Zwróciłam się więc ku prywatnej służbie zdrowia. Kliniki prywatne
przyjmowały wyłącznie zdrowe ciąże, a moja była traktowana właśnie jako
taka. Niemniej jednak zostałam poddana dodatkowym badaniom i zapisana na
cotygodniowe USG i KTG. Jako dzień narodzin naszego syna mój mąż wybrał
27 lipca 2007 roku, bo cyferki (siódemki!) ładnie wyglądały.
Od tej pory byłam pod wzmożoną opieką lekarską. Dziecko zostało
obejrzane za pośrednictwem ultrasonografu kilkakrotnie. Tylko raz
usłyszałam, że ma duży pęcherz moczowy, "ale pewnie jak się wysika, to
będzie normalny". I tyle. Żadnego zlecenia na dodatkowe badania po
porodzie, żeby sprawdzić, czy faktycznie wszystko będzie w normie.
Wielka szkoda, bo te badania miały szansę wiele zmienić.
Pani Krystyna
Krystian miał własne zdanie odnośnie do daty swoich narodzin. Miał w nosie ładne cyferki, i przyszedł na świat 24 lipca 2007 roku. Nie było
tak różowo jak przy pierwszym porodzie. Czerwona lampka zapaliła mi się,
kiedy obudziłam się zakrwawiona. Wpadłam w panikę i zaczęłam płakać. Mąż
zadzwonił do szpitala. Walizka na szczęście była już spakowana. Była
siódma trzydzieści rano. Korki. Boże, jak ja się bałam. Miałam jednak
nadzieję, że właśnie nadchodzi kres moich lęków, że jeszcze parę godzin
i zobaczę zdrowego synka, a wszystkie moje obawy odejdą w niepamięć.
Chciałam poczuć ulgę, słysząc: "Dziesięć punktów w skali Apgar".
Marzyłam, by móc już śmiać się ze swoich pokracznych demonów, które
uprzykrzały mi życie przez ostatnie dziewięć miesięcy. Zjeżdżaliśmy
ślimakiem na Wisłostradę, a jakiś mały złośliwy chochlik szeptał mi do
ucha: "A co, jeśli to nie jest koniec? A co, jeśli to dopiero
początek...".
Do szpitala na szczęście dojechałam w jednym kawałku. Po krótkim badaniu
lekarze podjęli decyzję o zorganizowaniu narodzin trzy dni wcześniej.
Wiedziałam, że będzie to cesarskie cięcie, bo poprzednim razem też tak
się skończyło. Cesarka była z góry zaplanowana, tyle że teraz musiała
zostać przyspieszona. Znieczulała mnie przecudowna anestezjolog, pani
Krystyna. To ona dzień później wypowiedziała słowa, które były punktem
zwrotnym w mojej nowej, krystalizującej się właśnie rzeczywistości.
Przewieziono mnie na salę operacyjną. Byłam przytomna, mąż nagrywał
kamerą pamiątkowy film. Poród odbierało dwóch lekarzy. Nic nie czułam od
pasa w dół, ale byłam świadoma tego, co się dzieje. Wiedziałam, że syn
jest już na świecie, ale jego pojawieniu się towarzyszyła podejrzana
cisza. Nikt nie położył mi go na brzuchu, nie usłyszałam gratulacji.
Lekarze zniknęli razem z nim za drzwiami, a ja leżałam zdezorientowana.
Pomyślałam, że te piękne powitania z dzidziusiem na piersi to ściema,
mydlenie oczu rodem z amerykańskich seriali i nawet w prywatnym szpitalu
zabierają dziecko, kiedy powinno być z mamą i tatą. Zostałam pozszywana
i zawieziona do pokoju, w którym czekał już mój mąż razem ze szczelnie
opakowanym dzidziusiem. Synek spał cichutko. Była dziewiąta trzydzieści.
Mąż rozsyłał SMS-y o pojawieniu się nowego członka rodziny. Do sali
weszła lekarz pediatra i bez żadnych wstępów wygłosiła słowa, których
nie zapomnę do końca życia:
- Państwa dziecko ma cechy morficzne, które sugerują wadę genetyczną.
Byłam otumaniona po operacji, nafaszerowana lekami przeciwbólowymi i te
słowa docierały do mnie powoli. Nie rozumiałam, co mówi lekarka, ale
miałam wrażenie, że nagle w pokoju zrobiło się ciemno.
- Co to znaczy, bo nie rozumiem? - dopytałam.
- Zespół Downa.
- Zespół Downa?! To niemożliwe! Mam badania, które potwierdzają, że
dziecko jest zdrowe! - Tu przywołałam zapewnienia dwóch "najlepszych w Polsce specjalistów od ultrasonografii" oraz kilka badań wykonanych w placówce, w której akurat się znajdowałam. - Czy jest pani pewna? - W sytuacjach kryzysowych przechodzę w tryb rzeczowy. Mój mózg natychmiast
zaczyna racjonalizować i szukać konkretnych rozwiązań.
- Nie, to mogą wyjaśnić tylko badania genetyczne.
- To proszę je zrobić.
- Tutaj nie możemy. Dostanie pani skierowanie do poradni genetycznej i po wyjściu ze szpitala uda się pani wraz z dzieckiem na badanie krwi.
- Jak długo czeka się na wyniki?
- Obecnie około pół roku.
- Pół roku?! Przez pół roku nie będę wiedziała, czy mój syn ma zespół
Downa?!
- Nic więcej nie mogę zrobić - tłumaczyła się lekarka. - Zbadaliśmy
serce dziecka, jest zdrowe. Macie państwo szczęście.
Szczęście?! Jakie, kurwa, szczęście?! Co ta baba wygaduje? Wysunęła
bezpodstawne zarzuty wobec mojego dziecka, odebrała mi prawo do
cieszenia się z jego narodzin, zrujnowała pierwsze godziny po porodzie,
a teraz ma czelność twierdzić, że mamy szczęście?! Zapałałam do niej tak
intensywną nienawiścią, że gdybym mogła zabijać na odległość, to lekarka
padłaby trupem bez szans na reanimację. Znienawidziłam ją za to, że
odebrała mi radość z chwil, które już nigdy nie wrócą, za bezduszny
sposób, w jaki przekazała mi złą wiadomość, i za to kretyńskie
stwierdzenie, że mamy szczęście. Mój mąż siedział na krześle z twarzą
ukrytą w dłoniach. Rynienka z dzieckiem stała w nogach łóżka, a ja
siedziałam oparta o poduszki z nadzieją, że to jakiś idiotyczny sen i zaraz się obudzę.
I faktycznie, po otrzymaniu leków uspokajających obudziłam się parę
godzin później. Bałam się spojrzeć na mojego syna. Nadal miałam
nadzieję, że to był tylko senny koszmar. Jedno spojrzenie mogło rozwiać
wątpliwości. W końcu skierowałam wzrok na rynienkę i śpiącego w niej
chłopczyka, który lekko pochrapywał. Był w żółtych śpioszkach, które dla
niego przygotowałam przed porodem. Widziałam je, zanim odpłynęłam w farmakologiczny sen. To działo się naprawdę. Zaczęłam odtwarzać
wydarzenia tego dnia. Minuta po minucie nabierałam pewności, że oni się
mylą. To była jakaś totalna diagnostyczna porażka. Przecież mam wyniki z USG, testu PAPP-A i rozmaitych innych badań. Wszystkie wzorowe. To jest
niemożliwe!
Ponownie zamknęłam oczy. Pod powiekami zaczęły mi się wyświetlać obrazy
osób niepełnosprawnych i z zespołem Downa, które spotkałam w trakcie
trzydziestu pięciu lat życia. Widziałam niepełnosprawnego chłopczyka,
który przez całe moje dzieciństwo mieszkał w bloku naprzeciwko i,
siedząc na balkonie od rana do wieczora, machał sobie przed oczami białą
chusteczką. W sennym koszmarze na jawie obserwowałam dwóch chłopców z zespołem Downa, którzy byli w mojej drużynie biegów długodystansowych w szkole średniej. Jeden był chudy i miał na imię Joe, drugi gruby i nie
pamiętam jego imienia. Zawsze trzymali się razem. Czasem wszystkim
przeszkadzali, ale traktowaliśmy ich z przymrużeniem oka. Jeździli z nami na maratony i byli częścią drużyny szkolnej. Przybiegali na końcu,
ale cała drużyna im kibicowała, a oni cieszyli się, dobiegając do mety.
Czy tak będzie wyglądało moje dziecko? Czy to będzie taki Joe albo
grubasek, którego imienia nikt nie będzie pamiętał? Potem pojawił się
obraz wielkiego, ociężałego dorosłego mężczyzny z zespołem Downa,
rozlanego w hotelowym fotelu. Byliśmy tam z Aleksem rok czy dwa
wcześniej. Zwalista sylwetka dziwnie zachowującego się osobnika
wzbudzała zainteresowanie. Ludzie odwracali wzrok, udawali, że nie
widzą, ale zerkali z ukosa na leżące w fotelu dziwadło. Dzieci gapiły
się bez zażenowania, a goszczący na ich twarzach wyraz obrzydzenia jasno
dawał do zrozumienia, że czują dezaprobatę. Czy taki los czeka moje
dziecko? Łzy spływały mi dwoma strumyczkami po policzkach i wsiąkały w poduszkę. Leżałam odrętwiała. Chciałam znowu zasnąć i nigdy się nie
obudzić. Chciałam nie urodzić. Chciałam cofnąć czas i nigdy nie zajść w ciążę. Mój umysł zaczął produkować abstrakcyjne scenariusze poradzenia
sobie z nieakceptowaną rzeczywistością. Oddam go mamie na wychowanie i będę udawała, że nic się nie stało, że go nie ma i nigdy nie było. Mama
mieszka w Kanadzie. Udawanie będzie łatwe.
Moje rozmyślania przerwała pani Krystyna, anestezjolog, która cichutko
weszła do sali.
- Jak się pani czuje? - spytała ze szczerą troską w głosie.
Nic nie odpowiedziałam, spod powiek płynęły mi łzy. Kiedy otworzyłam
oczy, pani Krysia rozejrzała się po sali, spojrzała na mnie, a potem na
noworodka śpiącego cichutko w rynience na kółkach stojącej nadal w nogach mojego łóżka. Wzięła maleństwo na ręce, przytuliła i wypowiedziała zdanie, które trafiło niczym strzała prosto w moje serce:
- Niech pani go nie odrzuca.
Do tej chwili nie wiedziałam, że właśnie to robię. Nie dotknęłam synka
ani razu, nie przytuliłam, nie przystawiłam do piersi. Byłam odrętwiała,
przeżywając rozpacz i złość. Podświadomie pragnęłam wyprzeć jego
istnienie. Poczułam wstyd. Teraz, kiedy to piszę, łzy rozmazują mi
literki na ekranie. W gardle mam gulę...
- Jak on ma na imię? - spytała pani Krystyna.
- Krystian - odparłam.
Anestezjolog podeszła bliżej i delikatnie ułożyła Krystiana na mojej
klatce piersiowej.
- Piękne imię. Trochę jak męska wersja Krystyny. Jestem zaszczycona. -
Roześmiała się łagodnie.
Poczułam ciepło maleńkiego ciałka. Położyłam jedną dłoń na jego plecach,
a drugą dotknęłam jedwabistych włosków na główce. Po raz pierwszy
poczułam zapach mojego synka. Ten niepowtarzalny zapach noworodka, który
sprawia, że matczyne serce topi się jak ser na zapiekance, a mleko w piersiach zaczyna wrzeć. Krystian był inny w dotyku niż Aleks. Miękki i malutki. Leżał na mnie krzyżem z rozpostartymi ramionami. Jego miękkie
ciałko wlało się w zagłębienia mojego, zespalając ze mną w niewyobrażalny sposób. Pani Krystyna cichutko opuściła pokój.
Do sali weszła pielęgniarka. Pomogła mi przystawić dziecko do piersi.
- Niech się pani nie martwi - pocieszała. - To są kochane dzieci. Zawsze
było nam bardzo smutno, kiedy któreś umierało. Bo wie pani, ja przedtem
pracowałam w szpitalu na kardiologii, a te dzieci często mają różne
wady, mają uszkodzone serduszka. Niektóre nie przeżywają...
Wolałabym, żeby się nie odzywała, żeby mi nie opowiadała, jak "te
dzieci" umierają i jakie to są bardziej kochane niż te zwykłe. Bałam się
śmierci. Bałam się, że mój syn umrze, a ja nawet tego nie zauważę. Bałam
się, bo nie wiedziałam, kim ani czym jest i co jest w nim popsute. Czy
to jest naprawialne, czy też za dzień, miesiąc, rok czy dwa po prostu
przestanie działać? Zatrzyma się jak zegarek, w którym wyczerpała się
bateria. Bez ostrzeżenia, bez krzyków i wołania o pomoc. Po prostu
zgaśnie... Dlatego bałam się go kochać. Czułam, że jeśli go pokocham, a on
odejdzie, moje serce pęknie i nie będę w stanie dłużej żyć. A przecież
musiałam żyć dla Aleksa, który teraz mnie potrzebował bardziej niż
kiedykolwiek. Perspektywa powiedzenia mu, że jego brat jest chory,
przerażała mnie w takim samym stopniu jak cały ten cholerny zespół
Downa.
Krystian nie chciał ssać piersi, więc pielęgniarka zabrała go na
karmienie. Czułam się lepiej, kiedy go ze mną nie było. Wieczorem
poprosiłam, żeby pielęgniarki zabrały go do siebie na noc. Krystian
wydawał dziwne dźwięki. Charczał i chrzęścił. Nie wiedziałam, czy się
dusi, umiera, czy tylko tak głośno oddycha. Przecież Aleks tak nie
charczał. Kiedy Krystian był ze mną, słuchałam tych dźwięków z przerażeniem i zastanawiałam się, co w nim szwankuje i kiedy to
wysiądzie na amen. Kiedy charczał, bałam się, że się dusi. Kiedy
przestawał chrzęścić, bałam się, że już nie oddycha. Czułam bezustanne
napięcie i lęk.
Przyszła lekarz pediatra. Spytałam, co ja mam z nim robić.
- Nic - odparła i zabrała Krystiana na kolejne badania.
Jak to "nic"?! Powiedzenie matce chorego dziecka, że ma siedzieć i nic
nie robić, to jak skazanie jej na powolną śmierć. Ja czuję, że żyję,
kiedy działam. Gdyby ktoś dał mi listę telefonów do wykonania, badań do
zrobienia czy książek do przeczytania, to miałabym cel i znalazłabym
sposób na zajęcie myśli. Chciałam móc coś zrobić dla mojego dziecka!
Cokolwiek. A najlepiej coś, co je uzdrowi.
Mąż wrócił z dobrymi wieściami. Moja mama załatwiła badania genetyczne.
Pobrano Krystianowi krew, którą mąż osobiście zawiózł do Zakładu
Genetyki w Warszawie. Teraz pozostało czekać na wynik. To były najgorsze
dwa tygodnie w historii. Dwa tygodnie czyśćca, kiedy to losy naszej
rodziny ważyły się pomiędzy niebem beztroskiego rodzicielstwa z dwoma
zdrowymi chłopcami a piekłem życia z niepełnosprawnym synem do końca
naszych dni. Tak to wtedy postrzegałam. Wiedziałam, że jeśli Krystian
okaże się chory, to nasze życie wywróci się do góry nogami. Ta diagnoza
zrujnuje życie moje, męża i sześcioletniego Aleksa, który przez dziewięć
miesięcy co wieczór przed snem składał swoje małe rączki i klęcząc przy
swoim łóżeczku, prosił Boga o zdrowego braciszka.
Dzisiaj nie ośmielam się oceniać kobiet, które zrzekają się
niepełnosprawnego dziecka tuż po porodzie. Ból diagnozy jest tak
przejmujący i tak obezwładniający, że nikt, kto przez to nie przeszedł,
nie ma prawa wypowiadać się, co by zrobił gdyby. Nie wiesz, co byś
zrobił/zrobiła. Uwierz mi, że naprawdę nie wiesz. Byliśmy rodziną
wierzącą i praktykującą. Chodziliśmy do kościoła w każdą niedzielę i wszystkie święta. Modliliśmy się co wieczór. W ciąży, pomimo komplikacji
wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, bo przecież kto jak kto, ale Bóg
musi wysłuchać modlitw sześcioletniego chłopca, który co wieczór
pokornie prosi o zdrowego braciszka. Bóg przecież nie byłby taki
okrutny... Cóż, ja może nie zasłużyłam. Może zrobiłam w życiu coś, co się
Bogu nie spodobało, co zasługiwało na taką właśnie karę. Każdego dnia
robiłam rachunek sumienia i przepraszałam Boga za istniejące i nieistniejące przewinienia. Nikogo nie zabiłam ani nie okradłam, ale być
może nie szanowałam wystarczająco tego, co od Boga dostałam. Być może
byłam niewdzięcznicą. W końcu doszłam do wniosku, że bardziej mogłam
zawinić tym, czego nie zrobiłam, niż tym, co zrobiłam. Byłam bowiem
chodzącym ideałem, który nie kłamie, nie oszukuje, nie przechodzi na
czerwonym świetle i nie wyrzuca papierków na ulicę. Ale być może nie
mówiłam moim rodzicom, że ich kocham, nie zatrzymałam się przy wypadku,
bo się spieszyłam, nie dałam pieniędzy żebrakowi, chociaż miałam,
wydawałam kasę na pierdoły, zamiast zasilać hospicja i akcje
charytatywne. Jednak Aleks nie zdążył narazić się Bogu wystarczająco,
żeby ten aż tak go pokarał. No więc dlaczego? Za co? Brak odpowiedzi na
te pytania dawał mi nadzieję, że lekarze się mylą i jeszcze kiedyś będę
mogła wrócić i rzucić tej babie w białym fartuchu wyniki badań
potwierdzające idealny stan zdrowia mojego dziecka. Przetrwałam kolejne
dni, dopracowując w najdrobniejszych szczegółach scenariusz tego właśnie
spotkania. W wyobraźni cofałam taśmę setki razy i odtwarzałam przebieg
takiej rozmowy w niezliczonej ilości wariantów.
W szpitalu spędziłam cztery dni. Krystian miał trochę żółtaczki. Był
naświetlany, dostawał kropelki do oczu, które sama mu zakraplałam.
Chciałam wszystko robić przy nim sama. Jedyne, czego nie byłam w stanie
robić, to przy nim spać, dlatego noce spędzał u pielęgniarek.
Pielęgniarki pomagały mi przystawiać syna do piersi. W końcu zaczął
trochę ssać, ale wymagał dokarmiania, bo ze stresu traciłam pokarm.
Robiłam wszystko, co zalecali lekarze. Z dokładnością zegarmistrza
odmierzałam czas karmień i naświetlań. Ktoś mógłby pomyśleć, że
nastąpiła we mnie jakaś niewiarygodna przemiana, że zaakceptowałam moje
dziecko, poczułam miłość, która objawiała się właśnie tak skrupulatną
troskliwością. Nigdy wcześniej się do tego nie przyznałam, ale to nie
była troska. To był lęk. Zwykły strach, że jeśli on umrze, to chcę mieć
czyste sumienie, że zrobiłam dla niego wszystko, że go nie zaniedbałam,
że jego śmierć nie będzie wynikać z mojej winy... Okrutne, prawda? Możesz
mnie oceniać, tak jak i ja siebie oceniałam przez lata. Zajęło mi sporo
czasu, żeby samej sobie wybaczyć. Wiem jednak na pewno, że nikt nie jest
w stanie przewidzieć, jak by się zachował na moim miejscu. Nikt. Bo nikt
nie był mną w tamtym momencie. Nikt nie patrzył na to popsute maleństwo
moimi przerażonymi oczami. Nikt nie wsłuchiwał się w jego bezdechy i charczące oddechy. Nikt nie miał świadomości, że w domu czeka na nas
Aleks. Nikt nie myślał, jakie to będzie dla niego rozczarowanie. Nawet
jeśli jesteś rodzicem dziecka niepełnosprawnego, to twoje emocje mogły w tym czasie być skrajnie inne. Mogłaś/mogłeś przywitać swoje dziecko z otwartymi ramionami albo pragnąć, by umarło, zanim wrócicie do domu.
Każde z tych uczuć jest zupełnie normalne. Każde jest uzasadnione i żadne z nich nie określa nikogo jako człowieka czy rodzica. Ja zostałam
rozgrzeszona dopiero lata później w trakcie terapii, która uświadomiła
mi, że przeżywałam wówczas pierwszy etap żałoby zwany WYPARCIEM. W dramatycznych okolicznościach, które przerastają nasze możliwości
zdroworozsądkowego reagowania, nasz mądry umysł wypiera zdarzenie w całości. Mózg tworzy alternatywną rzeczywistość, podsuwa argumenty
dlaczego to, co się dzieje, nie może się dziać. Ja wypierałam istnienie
Krystiana. Obsługiwałam go, ale jednocześnie zaprzeczałam jego
istnieniu. Odcięcie emocji pozwalało mi przetrwać i działać jak
zaprogramowany robot.
Wyparcie to pierwszy etap żałoby po druzgoczącej stracie, a narodziny
niepełnosprawnego dziecka oznaczają niewyobrażalną stratę. Tracisz
dziecko, o którym marzysz przez wiele miesięcy, a niekiedy lat, ale to
nie wszystko. W zamian od losu dostajesz dziecko uszkodzone i masz
świadomość, że tak już będzie zawsze. Śmierć bliskiego człowieka, w szczególności dziecka, jest potwornym przeżyciem, ale jest też końcem.
Wyznacza pewną granicę, po której przekroczeniu następują miesiące
rozpaczy, a potem zdrowienia. W przypadku narodzin dziecka
niepełnosprawnego przeżywasz zgon wizji dziecka wyczekiwanego, ale nie
masz możliwości poddać się żałobie. Nie ma mogiły, na której możesz
składać kwiaty, nie wypada zapalać znicza ku jego pamięci, bo w ramionach masz istotę, która to upragnione dziecko zastąpiła. Jesteś za
nią odpowiedzialna, choć czujesz się oszukana, wściekła i rozżalona.
Jeśli dziecko zabiłby pijany kierowca, miałabyś na kim skupić swoją
żądzę zemsty, na kim wypalać żar nienawiści. Twoje dziecko żyje, choć
nie takie, jakiego pragnęłaś, jakiego oczekiwałaś. I musisz z nim żyć.
Na zawsze... Twój umysł rozpaczliwie pragnie wrócić do stanu sprzed
tragedii, dlatego podsuwa ci najróżniejsze - czasem okrutne, czasem
absurdalne - rozwiązania pozwalające wrócić do równowagi sprzed
zdarzenia. Do głowy przychodzą ci różne pomysły, od porzucenia,
zrzeczenia, oddania po śmierć - twoją lub dziecka. I to jest NORMALNE.
Tak działa nasz umysł w trosce o nasze zdrowie psychiczne i fizyczne.
Wyparcie przygotowuje nas do przyswojenia informacji o tragedii i podjęcia adekwatnych do sytuacji działań. W kolejnych etapach
przechodzimy przez targowanie się, złość, smutek i dopiero na końcu
docieramy do akceptacji. Ta podróż może zająć kilka miesięcy albo całe
życie. Niektórzy zatrzymują się na złości, inni spadają na dno depresji.
Doświadczyłam wszystkich tych etapów. Na powierzchnię wyszłam po siedmiu
latach. Nie miałam pojęcia, że mam prawo doświadczać wszystkiego tego,
czego doświadczyłam. Walczyłam, wstydziłam się, udawałam, wypierałam i ukrywałam. Między innymi dlatego zdecydowałam się napisać tę książkę.
Abyś wiedziała/wiedział, że masz prawo czuć to, co czujesz, że jest to
naturalne i konieczne, by wyzdrowieć.
Stosunek przerywany
Powrót ze szpitala do domu nie był wydarzeniem radosnym. Nawet go nie
pamiętam. Grzebię w czeluściach pamięci, by odszukać jakieś szczegóły z pierwszych dni po powrocie, i nie znajduję absolutnie nic. Wiem, że mąż
codziennie wychodził do pracy, mama przyleciała z Kanady, żeby mi pomóc,
a ja żyłam jak robot. Wykonywałam zakodowane wcześniej czynności, a cała
moja uwaga była skupiona na tym, co mogę zrobić, żeby ten koszmar jakoś
odkręcić. Zadzwoniłam do "najlepszego w Polsce specjalisty od USG".
- Dzień dobry, panie doktorze. Nazywam się Agata Komorowska. Byłam u pana parę miesięcy temu na badaniach prenatalnych w pierwszym trymestrze
ciąży. Robiłam u pana test PAPP-A. Nie stwierdził pan żadnych wskazań do
amniopunkcji. Więcej, uznał pan wyniki badań za wzorowe. Urodziłam
właśnie dziecko z zespołem Downa. Co chce mi pan powiedzieć?
- No cóż, to się czasem zdarza - rzucił beztrosko. - Niech pani trochę
odczeka i zajdzie w kolejną ciążę, a wtedy zrobimy komplet badań. Będzie
pani miała pewność.
- Ja nie pytam o kolejną ciążę, tylko jak pan mógł przegapić taki
SZCZEGÓŁ jak zespół Downa?! Co ja mam teraz zrobić?! - Chyba brzmiałam
lekko histerycznie, ale trudno.
- Proszę pani, to są badania przesiewowe, co oznacza, że jest pewien
margines błędu. Amniopunkcja jest o wiele pewniejsza, więc następnym
razem ją zrobimy. Pani wybaczy, ale muszę wracać do pracy. Do widzenia.
- Rozłączył się.
Stałam sparaliżowana. Liczyłam na to, że ten "najlepszy specjalista w Polsce" powie, że skoro on zespołu Downa u dziecka nie widział, to go
tam nie ma, a wszelkie podejrzenia niedouczonych lekarzy z porodówki są
bezpodstawne. Tymczasem nie dość, że nie zaprzeczył podejrzeniom, to w ramach antidotum poradził zafundowanie sobie kolejnego potomka, którego
tym razem lepiej przebada.
Znajomi, którzy wiedzieli, że spodziewam się dziecka, nie doczekawszy
się SMS-a ze stosowną wiadomością, zaczęli dzwonić. Rozmowy zwykle
wyglądały podobnie:
- Cześć, Agata!
- No hej...
- Jak tam? Urodziłaś już?
- Urodziłam...
- I jak? Wszystko w porządku?
Tu oczekiwali zwyczajowego potwierdzenia, które powinno brzmieć: "Tak,
wszystko w porządku", a potem krótkiej gadki poprzedzającej zaproszenie
na oględziny za parę tygodni, jak już się ogarnę. Tymczasem moja
odpowiedź brzmiała:
- Nie, nie jest w porządku.
W tym miejscu następowała konsternacja i w słuchawce zapadała niewygodna
cisza, po czym padało niepewne pytanie:
- A co się stało?
- Podejrzenie zespołu Downa...
Od tej chwili rozmowa przestawała się kleić. Jeśli miałam lepszy
nastrój, sama ją kończyłam, zapewniając, że "muszę już lecieć", i tym
samym wybawiałam biednego rozmówcę z opresji. Jeśli humor miałam w ciemniejszym odcieniu czerni, to z zamierzonym okrucieństwem
przysłuchiwałam się, jak mój rozmówca wije się pod ciężarem zrzuconej
nań bez pardonu informacji. Nieliczni przechodzili test "bomby
genetycznej" i oferowali pomoc. Podawali numer telefonu do mamy, która
"miała to samo", albo do jakiegoś specjalisty, rehabilitanta czy innego
czarodzieja. Jedną z tych osób była Asia, która poleciła mi Joannę
Surowińską, specjalistkę od rehabilitacji metodą Vojty.
Zanim przejdę do rehabilitacji, krótka rada dla tych, którzy kiedyś na
taką lub podobną rozmowę trafią. Kiedy słyszysz o tragedii, NIE
pocieszaj, że wszystko będzie dobrze, bo być może nie będzie, NIE mów:
"Dasz radę", bo być może ktoś wcale nie da rady, NIE współczuj, bo to
spycha do roli ofiary. Nie zapewniaj: "Jakby coś, to dzwoń", bo niby co
znaczy to "jakby coś"? To coś już jest i właśnie o tym rozmawiamy.
Jedyne magiczne zdanie, które możesz wypowiedzieć, to: "Co mogę dla
ciebie zrobić?". Nie wiesz, co może mi w tym momencie pomóc. Tylko ja to
wiem, choć też nie zawsze. Ale być może potrzebuję czegoś banalnego jak
pieluchy w nietypowym rozmiarze. Albo SMS-a z pytaniem, czy jeszcze
żyję. I nawet jeśli powiem, że teraz nic nie możesz dla mnie zrobić, to
zapamiętam twoją otwartość na moje potrzeby i kiedy coś przyjdzie mi do
głowy, nie będę obawiała się zadzwonić. Nie będę musiała wysłuchiwać,
jaka to jestem dzielna i wyjątkowa, bo wcale tak się nie czuję. Nie będę
musiała bronić się przed absurdalnymi, z mojego punktu widzenia,
pomysłami pomocy. Nie będę musiała odpowiadać na dziesiątki wścibskich
pytań. Po prostu będę wiedziała, że jesteś gotowa/gotowy mnie wysłuchać
i zrobić dla mnie to, co jest mi akurat potrzebne.
Weszłam do internetu i zaczęłam szukać informacji na temat rehabilitacji
metodą Vojty. Dowiedziałam się, że jest skuteczna/nieskuteczna,
okrutna/jedyna właściwa, że boli/absolutnie nie boli. Niektórzy
powoływali się na szatana, inni na doświadczenie tak zwanej
zaprzyjaźnionej mamy, pozostali na wyniki pracy po roku czy dwóch
latach, nieliczni na niepodważalne autorytety. Jednoznacznej odpowiedzi
nie było. I tak rozpoczęła się moja samotna mordęga z lawiną
wykluczających się informacji. Rozwiązania szukałam w tytułach
specjalistów, do których zaczęłam regularnie chodzić z moim maleństwem.
Kosztowna pielgrzymka po prywatnych gabinetach docentów, profesorów,
szamanów i znachorów uszczuplała portfel i nie przynosiła żadnych
konkretów. Jedynie słuszne i wypowiadane z niepodważalnym autorytetem
diagnozy i zalecenia stały w sprzeczności z równie autorytatywnymi
diagnozami i zaleceniami poprzednika. Każdego dnia czułam się coraz
głupsza i bardziej sfrustrowana. Marzyłam o jakiejś instrukcji obsługi
mojego popsutego syna, o liście ujednoliconych zaleceń dla rodziców
dziecka z zespołem Downa. Od bratowej z Kanady otrzymałam ekspresem
pakiet powitalny z kanadyjskiego stowarzyszenia dla rodziców dzieci z zespołem Downa. Otworzyłam białą teczkę. W środku przywitał mnie
uśmiechnięty chłopczyk o migdałowych oczach i nieco pyzatej buzi.
Zamknęłam teczkę i zaczęłam płakać. Nie mogłam na to patrzeć. Widok
dziecka z zespołem Downa wywoływał u mnie przenikliwy ból fizyczny w całym ciele. Ból nie do wytrzymania.
Patrzyłam na mojego synka i jedną po drugiej odrzucałam cechy świadczące
o obecności dodatkowego chromosomu w jego komórkach. Bo tym właśnie jest
zespół Downa. O wyglądzie, rozwoju, zdrowiu, talentach i cechach
charakteru każdego z nas decydują niedostrzegalne chromosomy, czyli
formy, w których skupia się materiał genetyczny. Jest ich dwadzieścia
dwa. Każdy z chromosomów podczas pierwszego podziału komórkowego po
zapłodnieniu dzieli się na pary i kontynuuje ten podział w trakcie
całego naszego życia. Jednak czasem chromosom 21 podczas tego felernego
pierwszego podziału nie dzieli się na dwie, a na trzy części (stąd też
nazwa trisomia). I to ten pierwszy podział determinuje, że osoby z zespołem Downa w każdej lub prawie każdej komórce swojego ciała mają
jeden dodatkowy chromosom. Ci, co twierdzą, że od przybytku głowa nie
boli, nie wiedzą, o czym mówią. Ten jeden mikroskopijny, pieprzony,
diabelny chromosom miał zdecydować o tym, że mój syn będzie nienormalny,
upośledzony, chory. Wtedy poprawność polityczna nazewnictwa mnie nie
obchodziła. W sumie teraz też mam ją gdzieś, chociaż przechodziłam przez
najróżniejsze etapy i był czas, że miałam ochotę przegryźć tętnicę
szyjną każdemu, kto by opatrzył moje dziecko etykietą
"niepełnosprawności". Jak zwał, tak zwał, ale faktów zmienić się nie da.
Jeśli ten dodatkowy chromosom zostanie znaleziony w próbce krwi mojego
syna, to zrujnuje to życie jego samego, jego brata, taty i moje. Ten
wyrok zaszufladkuje Krystiana jako dziecko "niepełnosprawne" czy, jak to
się mówi obecnie, "z niepełnosprawnością". Co za różnica.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki