Przedmowa
Badając historię i kulturę średniowiecznych podróży, spędziłem wiele lat
w towarzystwie ówczesnych podróżników, ludzi przemieszczających się w pozornie odmiennym od naszego świecie. Czytając ich diariusze i relacje,
poznawałem praktyczne aspekty podróży, przyjemności, których
dostarczały, i niebezpieczeństwa czyhające po drodze. Przesiadywałem w cichych bibliotekach klasztornych i pałacowych od Oxfordu po Stambuł,
oddając się lekturze opisów ich wędrówek. Potem pakowałem torby i podążałem ich tropem przez ulice i kościoły Rzymu i Jerozolimy. Mokłem w deszczu w Akwizgranie i Ulm, a pewnego razu zgubiłem się nocą w Pekinie.
W miejscach, które ledwie znałem, walczyłem z zatruciem pokarmowym,
spływałem potem z upału i zmęczenia, panikowałem po ukąszeniu kleszcza i zmagałem się z koronawirusem. Gdy spóźniłem się na ostatnią łódź
odpływającą z atolu na Malediwach, czułem się opuszczony i przygnębiony.
Płaciłem grzywny i mandaty, przypływałem do portów podczas trwających w nich strajków, wielokrotnie musiałem w ostatniej chwili zmieniać plany i kupować różne pozwolenia, zaświadczenia i inne dokumenty.
Źródłami, z których korzystam w niniejszej książce, są przewodniki i relacje średniowiecznych obieżyświatów. Czytelnik zobaczy całą galerię
postaci, które pojawiają się na kolejnych stronach i znikają jak
przypadkowi towarzysze podróży. Mogą one wywrzeć na nas duże wrażenie,
ale nie pozostają z nami długo. Przedstawiam tu świat taki, jakim
wyobrażali go sobie ludzie średniowiecza, miejsca, o których często
pisano, ale które nie zawsze odwiedzano. Zapewne nie wszyscy podróżnicy,
których spotkamy, wydadzą się nam sympatyczni, ale to samo można
powiedzieć o tych, z którymi stykamy się w drodze.
Podróżowanie po szerokim świecie odgrywało dużą rolę w wyobraźni
europejskich chrześcijan. Odzwierciedlenie tego widzimy w tworzonych w klasztorach mappae mundi (mapach świata), w pielgrzymkach do grobów
świętych, w idei podążania duszy do ziemskiego i niebiańskiego Jeruzalem
i w obrotach globusa. Podróż to otwarcie się na nową wiedzę, którą
jednak oglądamy przez pryzmat własnych przeświadczeń. Siedząc w domowym
zaciszu, często marzymy o podróżach i odległych lądach, i właśnie tam
przyjemności i pożytki płynące z podróży wydają się najbardziej
oczywiste. Podróżowanie jest bardzo kuszące, ale opowieści o miejscach,
które zwiedziliśmy, rzadko przystają do rzeczywistości.
Relacje średniowiecznych podróżników są mieszaniną różnych gatunków
literackich: autobiografii, książek przyrodniczych, encyklopedii,
literatury konfesyjnej, historii, diariusza, prac etnograficznych i wielu innych. Dzieła te często zawierają wzmianki o fantastycznych
stworzeniach (mrówkach wielkości psa, kobietach, które mają kamienie
szlachetne zamiast oczu, czy gryfach - skrzydlatych lwach o głowach i szponach orłów - tak silnych, że mogą unieść z ziemi konia) i miejscach
(Źródle Młodości, wyspie amazonek, a nawet Raju Ziemskim), o których
słyszano, ale których nigdy nie widziano. W średniowieczu podróż była
nieustannym oscylowaniem między prawdą i fikcją. Poza tym opisy podróży
są z konieczności bardzo subiektywne, po części dlatego, że często
dochodzi podczas nich do spotkania z czymś niespodziewanym, a po części
dlatego, że ich autorzy wyruszają w drogę z całym bagażem błędnych
przekonań i negatywnych obrazów innych, które są ich kulturowym
dziedzictwem i wynikają z ich indywidualnych założeń.
Podróż jako zjawisko kulturowe jest czymś więcej niż tylko
przemieszczaniem się w przestrzeni. Termin "wędrowiec" obejmuje każdego,
kto jest w drodze - podróżnego, obieżyświata, włóczęgę czy pielgrzyma.
Przymusowa migracja, wygnanie z miasta czy państwa, wyjazd służbowy czy
wyprawa wojskowa mieszczą się w pojęciu ruchliwości czy mobilności, ale
nie podróży. Ta bowiem jest z reguły celowym przedsięwzięciem obliczonym
na spotkanie z odmiennością, dobrowolną mobilnością. Jest ona
przemieszczeniem się z jednego miejsca w inne z planem czy nadzieją na
powrót do domu, z zamiarem wyrwania się (na pewien czas) ze swojego
świata i pragnieniem zdobycia jakiejś wiedzy.
Kodeks kalikstyński (ok. 1138-1145) jest jednym z najwcześniejszych
przewodników dla podróżnych, zbiorem rad dla pielgrzymów zmierzających
do Santiago de Compostela: które miejsca należy odwiedzić, gdzie można
znaleźć wodę pitną, jak się chronić przed osami i gzami końskimi, jak
się prawidłowo modlić u grobów świętych. Około 1200 roku przewodniki
turystyczne były już dobrze znane w Europie, a od około roku 1350, gdy
pielgrzymki się upowszechniły, literatura tego typu (czasami zwana ars
apodemica, czyli poradnikami dla podróżnych) stała się dominującym
sposobem opisywania wrażeń ciekawego nowych miejsc wędrowca.
Średniowieczne relacje z podróży należą do tych dzieł literackich, w których po raz pierwszy pojawia się "ja" narratora, w których ciekawość
świata znajduje wyraz w opowieściach o obejrzanych miejscach i osobistych doznaniach autora. Opis podróży nie był w średniowieczu
utrwalonym gatunkiem stosującym się do ustalonych zasad, lecz
kształtował się w miarę rosnącej popularności podróżowania, a adresowany
był głównie do osób, które z jakichś względów nigdy nie przejawiały tej
formy aktywności. Tego rodzaju teksty przeznaczone były dla tych, którzy
łaknęli egzotyki i odmienności, którzy pragnęli usłyszeć o odległych
zakątkach świata.
Podróże są często narzędziem autorefleksji albo - jak je nazywa autor
książek podróżniczych Alain de Botton - "akuszerkami myśli". Z jednej
strony myśli rodzą się podczas wewnętrznych monologów, które prowadzimy,
siedząc bezczynnie w powozie czy łodzi, w długich chwilach introspekcji,
kiedy trwamy w zawieszeniu między odjazdem a przyjazdem. Z drugiej
strony podróż, poprzez spotkania z tym, co jest dla nas przyjemne albo
przykre, z nowością lub dziwnością, która nas pociąga lub odpycha, z tym, co jest dla nas obce, pobudza do myślenia. W kolejnych rozdziałach
tej książki będziemy podróżować po średniowiecznym świecie i poznawać
wartości, przyjemności, obawy i pragnienia związane z podróżami.
Zobaczymy, jak podróże stymulowały rozwój umysłowy i duchowy, jak ludzie
reagowali na bodziec do pisania i sporządzali ze swoich wędrówek relacje
dla przyszłych pokoleń.
Nawet w XXI wieku, kiedy tylu ludzi odważa się na pokonywanie wielkich
odległości, czasami z konieczności, czasami z wyboru, podróż nie jest
nigdy prostym przedsięwzięciem i zwykle oscyluje między podnieceniem i wyczerpaniem. Co więcej, z powodu różnic we współzależności finansowej,
struktur rasizmu i wyzysku oraz ogólnego niezrozumienia wszyscy
podróżnicy pozostają w nierównym związku z miejscami, do których się
udają. Jak pisze Elizabeth Bishop w wierszu Pytania w związku z podróżą:
Kontynent, miasto; kraj, społeczność:
Wybór nie jest nigdy szeroki i nigdy swobodny.
Dokądkolwiek jedziemy, zabieramy ze sobą nasze wartości i potrzeby,
które nas ograniczają i powstrzymują nawet wtedy, gdy szukamy wolności.
Zapraszam czytelnika do podróży przez krajobrazy, które czekały na
średniowiecznego wędrowca. Czasami są to miejsca materialne, które można
dzisiaj zlokalizować i zidentyfikować, a niektóre nawet zwiedzić, a czasami krajobrazy stworzone w umyśle. W większości podaję
transliterację rzeczowników własnych, w tym nazw miejsc, w ich
najpowszechniej używanych formach. Tam, gdzie średniowieczna nazwa
znacznie odbiega od współczesnej, podaję tę obecną w nawiasie, np.
współczesny Azow (Rosja) obok średniowiecznej weneckiej Tany. Nie
ujednoliciłem odległości, ponieważ były wówczas różne miary mili. Mam
nadzieję, że podczas podróży przez przeróżne krainy czytelnik wybaczy mi
pewne nieścisłości w tym względzie. Dla celów tej książki opieram się
głównie na źródłach z późnego średniowiecza, z grubsza z lat 1300-1500,
okresu bujnego rozkwitu sposobów i kultur podróży. Był to w szczególności okres, w którym podróże stały się dogłębnie powiązane z czytaniem i pisaniem. Innymi słowy, kultura podróży rozwijała się wraz z jej historią.
Przewodnik średniowiecznego obieżyświata początkowo skupia się na
kulturze zachodnioeuropejskiej, a potem na wyrastających z tego pnia
gałęziach, które sięgają do różnych części świata znanego ówczesnym
Europejczykom, od Anglii po Antypody. Nie proponuję tu wędrówki po całym
średniowiecznym świecie; równie dobrze moglibyśmy udać się w inną stronę
- do Santiago de Compostela, Salamanki czy Toledo, Nowogrodu Wielkiego i Samarkandy, Zanzibaru i Wielkiego Zimbabwe - ale zawsze trzeba wybrać
kierunek. Na dalszych stronach pielgrzymka do Rzymu i Ziemi Świętej
daje, jak często w tamtych czasach bywało, sposobność do eksploracji i zaspokojenia ciekawości. Zapraszam w podróż w czasie i przestrzeni po
świecie przedstawionym w pismach ówczesnych podróżników, które zarazem
naruszają i poszerzają granice rozumienia człowieczeństwa, doświadczenia
i wiedzy.
1. Kształt świata w 1491 roku, czyli wstęp z Martinem Behaimem
Norymberga
Żelazne pręty. Drewniane obręcze. Kubły pulpy papieru płótnowanego.
Farby i tusz w wielu kolorach. Ręce i kunszt mistrzów rzemiosła -
kowali, drukarzy i ludwisarza. Z tych materiałów wyłania się kula o średnicy około sześćdziesięciu centymetrów. Jest rok 1491, w niemieckim
mieście Norymberdze powstaje wspaniałe i niezwykłe dzieło.
Rzemieślnicy pracują w pocie czoła nad globusem - modelem znanego im
świata. Posiłkują się przy tym mapą wydrukowaną specjalnie w tym celu.
Pustą kulę pokrywają gipsowym bielidłem, kredą malarską. Na tę okrągłą
skorupę naklejają paski pergaminu. Potem miejscowy ilustrator rysuje i maluje na niej przez piętnaście tygodni mapę świata wzorowaną na
drukowanym wzorze. Za całe dzieło, w tym za wino i piwo spożywane przez
majstrów podczas pracy, płaci skarbiec miejski. Po ukończeniu globus
zostaje umieszczony w sali obrad norymberskiego ratusza, majestatycznej
gotyckiej budowli w centrum miasta, gdzie ma cieszyć oczy rajców i służyć ich oświeceniu. Zapowiada przyszłe zyski, jako że pokazuje
miejsca, gdzie znajdują się drogocenne kamienie, perły, egzotyczne
drewno i najlepsze przyprawy - bogactwa, których eksploatacją mogą się
zająć obywatele Norymbergi.
Pomysłodawcą tego żmudnego przedsięwzięcia jest Martin Behaim
(1459-1507), kupiec, podróżnik i nawigator. Od końca lat
osiemdziesiątych był on nadwornym geografem króla Portugalii Jana II
(zm. 1495). Jan II chce rozszerzyć strefę portugalskiego handlu i swoje
rodzące się imperium na Atlantyk, Afrykę i Wschód, a Behaim uważa siebie
za kogoś, kto odgrywa w tych zabiegach kluczową rolę. Jakoż słynie on w Norymberdze z tego, że - wedle własnych chełpliwych słów - "opłynął
jedną trzecią świata".
Globus Behaima jest świadectwem jednej z najstarszych zachowanych
europejskich prób przedstawienia całego świata w formie materialnej
kuli. Pokazuje on, jak grupa podróżników, rzemieślników, uczonych i kupców wyobrażała sobie świat na początku lat dziewięćdziesiątych XV
wieku, w przeddzień spotkania Europy z Amerykami.
Globus Behaima, który obecnie znajduje się w Germańskim Muzeum Narodowym
w Norymberdze, wygląda jak współczesny. Jest wielobarwny, z wyraźnie
zaznaczonymi krajami, rzekami, nazwami ludów i miejsc, górami,
zwierzętami i misternie wykaligrafowanymi tekstami. Znajduje się na nim
około dwóch tysięcy nazw geograficznych, sto ilustracji i ponad
pięćdziesiąt długich opisów, a więc jest on zarazem przedstawieniem
Ziemi i swoistą encyklopedią. Z czasem pociemniał i pokrył się
pęknięciami (a także został kilka razy nieudolnie odrestaurowany).
Początkowo trudno jest się zorientować, co się znajduje na jego
powierzchni, ale gdy wzrok się dostosuje, wyłaniają się kontynenty,
wyspy i morza oraz małe rysunki - świat pełen szczegółów.
Martin Behaim urodził się w Norymberdze, a jego globus jest wytworem
tamtej epoki i miejsca. Gdy Behaim kierował pracami nad stworzeniem
globusa, Norymberga była jednym z największych ośrodków handlowych w Europie, opływającym w bogactwa. Dochody rodziny Behaimów pochodziły z handlu luksusowymi tkaninami - bawełną, bławatami, złotogłowiem,
adamaszkiem i dywanami z Bliskiego Wschodu, Persji, a nawet Chin -
sprowadzanymi do Europy przez Wenecję, handlu na wskroś
międzynarodowego. Norymberga, podobnie jak Augsburg, Brugia, Kolonia,
Florencja, Frankfurt, Londyn, Lubeka i Paryż, była szybko rozwijającą
się składnicą zamorskich towarów dla średniowiecznej Europy, otwartą i ustosunkowaną. Zamożny ojciec Martina, również Martin, był kupcem w Wenecji, podówczas najbardziej kosmopolitycznym mieście w Europie; jego
nazwisko znaczy "z Bohemii". Bogactwo średniowiecznej Norymbergi brało
się stąd, że była głównym rynkiem w Europie Środkowej, na którym można
było nabyć dobra pochodzące ze Wschodu, zwłaszcza przyprawy, w tym
niezwykle ceniony i bardzo drogi szafran, używany nie tylko w kuchni,
ale także w medycynie, farbiarstwie i produkcji pachnideł. Norymberscy
kupcy działali na ogromnym obszarze, od Szkocji po Krym, i utrzymywali
stosunki handlowe z konstantynopolitańskimi Genueńczykami i Tatarami z Tany.
Nic zatem dziwnego, że życie samego Behaima toczyło się w miejscach
odległych od Norymbergi. Na początku kariery, zgodnie z ówczesnym
zwyczajem, przeszedł roczny okres bycia wędrownym czeladnikiem
(Wanderjahr). Czeladnik (który otrzymywał dniówkę, journée, skąd
angielskie określenie journeyman) przemieszczał się z miasta do miasta
i pracował pod okiem różnych mistrzów, a po nabyciu uprawnień do
samodzielnego wykonywania zawodu i przystąpieniu do cechu osiadał w jednym miejscu. Nie była to bezcelowa włóczęga, lecz kształcące podróże.
Jako młodzieniec z patrycjuszowskiego norymberskiego rodu o bogatych
tradycjach w tej dziedzinie zajmował się handlem bławatnym w wielkich
ośrodkach - Mechelen, Antwerpii i Frankfurcie. Odwiedził również Lizbonę
i właśnie Portugalia stała się jego miejscem zamieszkania w późniejszym
okresie życia. Ożenił się z kobietą o flamandzko-portugalskich
korzeniach, Joanną de Macedo, córką gubernatora wyspy Faial na Azorach.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych XV wieku Martin odbył wiele
morskich podróży, między innymi wziął udział w wyprawie do zachodniej
Gwinei w Afryce i na Zielony Przylądek, może też dalej, i przez wiele
lat mieszkał na Azorach. Zmarł w 1507 roku w Lizbonie. Zwiedził część
najdalszych zakątków znanego wówczas świata, miejsc, które pojawiają się
na jego globusie.
Behaim i jego globus znajdują się w centrum Europy, między wschodem i zachodem, zwróceni na wschód dzięki handlowi, który przyniósł majątek
jego rodzinie i miastu, i na zachód dzięki jego działalności w Portugalii i twierdzeniach, że opłynął wybrzeże Afryki i Azory.
Informacje wypisane na globusie Behaima są połączeniem rzeczywistych
danych uzyskanych podczas podróży handlowych i wyssanych z palca
opowieści. I tak dowiadujemy się, że na Seilanie (Sri Lance) ludzie
chodzą nago, a mieszkańcy leżących na wschód od Indii Wysp Neukurańskich
(Nikobarów) mają psie głowy. Czytamy tam, że na Islandii mieszkają
urodziwi biali ludzie, którzy drogo sprzedają psy, w celu
niedopuszczenia do nadmiernego wzrostu liczby ludności oddają swoje
dzieci zamorskim kupcom, zamiast chleba jedzą suszone ryby (jako że nie
rośnie tam zboże) i mogą dożyć osiemdziesięciu lat, nigdy go nie
zakosztowawszy. Przekonuje się nas, że to oni łowią dorsze, które
wędrują na niemieckie stoły. Skąd mamy wiedzieć, co z tego jest prawdą,
a co zmyśleniem, co faktem, a co bujdą? Gdybyśmy - tak jak mieszkańcy
piętnastowiecznej Norymbergi - nigdy nie byli na Sri Lance, w Indiach
czy na Islandii, moglibyśmy polegać jedynie na relacjach innych.
W następnych rozdziałach zwiedzimy wiele miejsc wymienionych na globusie
Behaima, trzymając się z grubsza marszruty nakreślonej w jednym z jego
głównych źródeł, Księdze dziwów i podróży1, przypisywanej
Johnowi Mandeville'owi (ok. 1356). Mandeville pozostaje tajemniczą
postacią, ale jego Księga była jedną z najbardziej popularnych
średniowiecznych relacji z podróży, została przełożona na wiele języków
i krążyła w licznych odpisach i przedrukach. Opisuje on podróż, która
zaczęła się jako pielgrzymka do Jerozolimy, a przerodziła się w pełną
zaskakujących odkryć wyprawę na Daleki Wschód. Jego duch przenika
poniższe rozdziały. Poza tym, że cieszyło się wielką popularnością, jego
dzieło przedstawia jeden z kluczowych aspektów średniowiecznych podróży.
Najważniejsze jest chyba to, że opisuje ono coś, o czym często czytano,
ale co nigdy się nie wydarzyło. Sir John utrzymuje, że odbył podróż z Anglii do Chin, i twierdzi, że jego relacja została uznana przez papieża
za prawdziwą. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Książka Mandeville'a,
napisana raczej w klasztornej bibliotece niż w drodze, jest zbiorem
fantastycznych opowieści, tak niewiarygodnych, że nie mogą się na nie
nabrać nawet najbardziej łatwowierne osoby; miejscem, od którego
najbardziej się oddala, jest królestwo prawdy. Nie znaczy to, że należy
je zdyskredytować jako źródło zrozumienia ówczesnego pojęcia podróży.
Mandeville'owi i jego czytelnikom, takim jak Behaim, cały świat jawił
się jako encyklopedyczny zbiór przeróżnych krajobrazów i społeczeństw,
żywy atlas fantastycznych stworzeń, z którego można było wyciągnąć
antropologiczne i naukowe wnioski oraz nauki moralne.
"Wiele osób czerpie niezwykłą przyjemność i uciechę" ze słuchania i czytania o nieznanych rzeczach, pisze Mandeville. Podziwianie odległych
krain miało wzbudzać zachwyt dla Bożego dzieła stworzenia i cudowności
świata (chociaż zadziwienie światem świadczy o tym, że nie w pełni się
rozumie to, co się widzi). Podróżowanie było czytaniem, czytanie
podróżowaniem - miejsca i opisy podróży poznawano za pośrednictwem
starszych książek, relacji innych podróżników albo odległych świadków,
którzy dawno temu napisali coś o świecie. W średniowiecznej literaturze
podróżniczej prawda mieszała się z fikcją, opowieści ludzi, którzy
widzieli coś na własne oczy, sąsiadowały z antycznymi fantazjami.
Zarówno Księga Mandeville'a, jak i globus Behaima dawały
czytelnikowi/widzowi możliwość "zwiedzenia" odległych miejsc poprzez ich
opisy i obrazy. Dla norymberskich rzemieślników i dla rodziny Behaima -
choćby dla jego sióstr Elsbeth i Magdaleny zamkniętych w norymberskich
klasztorach - były jedynym sposobem zobaczenia świata, a zatem to, czy
przedstawione tam miejsca rzeczywiście istniały, było mniej ważne od
tego, jak do nich przemawiały.
Kształt Europy na globusie Behaima można rozpoznać jeszcze dzisiaj.
Widnieją na nim delikatnie narysowane kontury Wysp Brytyjskich, ze
Szkocją rozciągającą się niemal do szczytu globusa. Francja sięga w morze długim ramieniem Bretanii, pojawia się też, za Finist?re,
przesadnie duża wyspa Jersey, jedno z wielu miejsc, które zwano końcem
świata. Dobrze oznaczone są Półwysep Iberyjski oraz Baleary, Azory i Wyspy Kanaryjskie, z flagami ich władców niczym chorągiewkami na mapie
sztabowej. W Danii siedzi na tronie król z berłem w ręku. Półwysep
Apeniński sięga głęboko w Morze Śródziemne, obok znajdują się Sycylia,
Korsyka i Sardynia. Są też morza Bałtyckie i Czarne, Cypr i Islandia.
Skandynawia jest zdeformowana i znika tuż przed północnym krańcem
globusa, a to, co jest teraz Rosją, wydaje się w większości pustkowiem,
jeśli nie liczyć rzek.
Mimo to w XXI wieku Europę Behaima rozpozna każdy, kto przywykł do
patrzenia na mapę. Dla współczesnego widza znajomo wyglądają także linie
brzegowe Środkowego Wschodu i Afryki Północnej - przepływający przez
Egipt Nil, Morze Czerwone, półwyspy Synajski i Arabski.
Jednak dla Martina Behaima i ludzi pracujących nad jego globusem kształt
świata był zupełnie odmienny od naszego. Gdy spojrzymy poza Europę, jego
globus bierze rozbrat z naszą wiedzą.
Najbardziej rzuca się w oczy to, że są na nim tylko trzy kontynenty:
Europa, Afryka i Azja. Na biegunach nie ma prawie nic. W Arktyce, za
północnymi krańcami Rosji, jest tylko otwarte morze. Na południu, w miejscu, gdzie leży Antarktyda, zatrudnieni przez Behaima artyści
wypełnili przestrzeń norymberskim orłem - symbolem miasta - głową Matki
Boskiej oraz flagami, herbami i sztandarami Norymbergi i Europy. Za
kresami Tatarii i Kataju (z grubsza biorąc Rosji, Azji Środkowej i Chin)
świat Behaima rozpada się na sznur wysp, z których wiele nie ma nazw,
jakby kontynenty stały się ładunkiem wyrzuconym za burtę podczas żeglugi
po ogromnych morzach reszty świata. W świecie Behaima są dwa główne
oceany - Ocean Zachodni, który rozciąga się od Europy do "Cipangu"
(Japonii), i Ocean Indyjski, który zaczyna się gdzieś pod Arabią i "Taprobane" (Sri Lanka), a kończy w pobliżu Jawy. Za nią i na południe
od Japonii zaczyna się kolejny Ocean, Wschodni, który łączy się z Oceanem Zachodnim (czyli tam, gdzie teraz umieścilibyśmy Pacyfik).
Z takich "błędów" łatwo wyciągnąć wniosek, że Europejczycy mieli nikłe
pojęcie o naszej planecie. Jednak globus Behaima jest zwieńczeniem setek
lat odkryć geograficznych i rozważań o kształcie świata oraz dziwach,
które się na nim znajdują. Trzeba bardzo wyraźnie stwierdzić, że ogólnie
średniowieczni ludzie nie wierzyli, że Ziemia jest płaska; wiedzieli, że
jest okrągła, ale nie wiedzieli jeszcze, jak ją opłynąć. Każdemu
wykształconemu mieszkańcowi Europy Zachodniej znane było dzieło Jana z Holywood (Sacrobosco) Tractatus de sphaera (Traktat o sferze). Praca
ta, na którą wywarły wpływ zwłaszcza dzieła Arystotelesa, Ptolemeusza i przekłady pism arabskich astronomów, była od XIII wieku
najpowszechniejszym elementarnym podręcznikiem astronomii (używanym w quadrivium, na wyższym poziomie nauki w średniowiecznych szkołach). Jan
Sacrobosco na podstawie obserwacji, że Słońce, Księżyc i gwiazdy ukazują
się "ludziom Orientu i Zachodu" o różnych godzinach, dowodził, że Ziemia
ma kształt kulisty. Opisał też "z grubsza zaokrągloną" powierzchnię
mórz. Poza tym potwierdzał istnienie Antypodów i w ślad za wpływowym
schematem Makrobiusza (ok. 400) przyjmował teorię stref klimatycznych.
Według tej koncepcji Ziemia podzielona była na pięć stref albo kręgów:
zimne - północną i południową (Arktyka i Antarktyka), gorącą -
równikową, która nie nadawała się do zamieszkania i przez którą "z powodu żaru słońca" z trudem można się było przedostać, oraz umiarkowane
- północną i południową. Na globusie Behaima strefa gorąca jest
oznaczona linią równikową i opatrzona notą wyjaśniającą, że "przez cały
rok dzień i noc trwają tam zawsze po dwanaście godzin". Afryka na
południe od równika jest "strefą zwaną gorącą, rzadko zaludnioną,
piaszczystą, spaloną słońcem". A zatem można było zasadnie przypuszczać,
że na leżących na północ i południe od niej ziemiach strefy
"umiarkowanej" panują znośne warunki. Pogłoski o odległych lądach,
takich jak umieszczone na globusie, i szczegółowe opisy kontaktów
handlowych z wyspami i królestwami w rejonie Jawy i Sumatry świadczyły o tym, że nie tylko nadają się one do zamieszkania, ale także są
zamieszkane. Kulisty świat Behaima i zasięg osadnictwa pokazują, że
twórcy globusa mieli aktualną wiedzę na ten temat.
Wiele starożytnych autorytetów z zakresu geografii i filozofii snuło
spekulacje o istnieniu za strefą gorącą nadającego się do zamieszkania
lądu, czwartego kontynentu, odrębnego od znanych im Afryki, Azji i Europy. Sen Scypiona pióra Cycerona (54-51 p.n.e.) z komentarzem
Makrobiusza, który był szeroko znany w średniowiecznej Europie, opisywał
mieszkańców dalekich południowych lądów wschodzącego lub zachodzącego
słońca, świata leżącego daleko za zamieszkanym przez Rzymian małym
północnym skrawkiem Ziemi (tj. basenem Morza Śródziemnego). Według
Cycerona ludzie strefy południowej ("którzy chodzą obróceni [do nas]
stopami") nie mogli mieć żadnego kontaktu z mieszkańcami strefy
północnej (Europy), ale globus Behaima nowatorsko łączy ze sobą
wszystkie lądy, umieszczając je na jednej kuli. Święty Augustyn
(354-430) wprawdzie dopuszczał w Państwie Bożym możliwość istnienia
Antypodów, ale uważał, że "trudno jest pogodzić się z twierdzeniem, że
ludzie jacyś z tej części ziemi, i przebywszy niezmierzone przestrzenie
oceanu, mogli żeglując, dotrzeć tam, aby i tam rozszerzyć rodzaj ludzki
od Adama pochodzący"2.
Wielu geografów i kartografów przypuszczało, że Ocean Indyjski jest
"jeziorem" otoczonym przez ziemię, z nieznanym kontynentem, który
stanowi jego południowy brzeg. W XIV wieku powszechnie przyjmowano, że w sąsiadującej ze znanymi miejscami strefie południowej istnieje terra
incognita, gdzie można było jakoś dotrzeć, chociaż jej wygląd i położenie były przedmiotem sporów. Rozumiano, że przez strefę gorącą
można się przedostać. Na globusie Behaima pojawia się informacja, że z Antypodów nie widać gwiazdy przewodniej, czyli Gwiazdy Polarnej. Została
ona przejęta od Jana Sacrobosco za pośrednictwem Mandeville'a, a zamieszczona na przedstawieniu leżącej na wschód od Jawy wyspy "Candyn".
Natomiast z obu tych wysp widać południową gwiazdę polarną, zwaną
"Antarcticus". Jest tak, ponieważ kraina ta leży "stopa naprzeciw stopy"
naszych ziemi, czyli na antypodach Europy3. Wilhelm Fillastre
(zm. 1428), francuski kardynał i zapalony geograf, napisał, że "ci,
którzy żyją w najdalszych częściach Wschodu, są antypodami względem
tych, którzy żyją w najdalszych częściach Zachodu". A zatem w czasach
Behaima powszechnie przypuszczano, że istnieją dostępne, ale jeszcze
nieznane zakątki Ziemi, potencjalnie pełne ludzi czekających na
przyjęcie Ewangelii i handel z Zachodem.
Jednocześnie układ lądów na globusie Behaima powiela standardowy
średniowieczny schemat przedstawiania świata jako trzech kontynentów
wpisanych w okrąg, zwany obecnie mapą T-O. Ten zgodny z chrześcijańskimi
poglądami układ kontynentów - litera T wewnątrz O - był do około 1500
roku dominującym ujęciem. Na górze znajdowała się Azja, na dole z lewej
strony Europa, a z prawej Afryka. Literę T tworzyły rozdzielające
kontynenty wody (zwykle Don, Nil i Morze Śródziemne), natomiast O oznaczało Wielki Ocean otaczający znany świat, ekumenę (cały zamieszkany
świat). Również na globusie Behaima dominują trzy połączone oceanami
kontynenty.
W Niemczech globus nazywany był Erdapfel - ziemskie jabłko.
Odzwierciedla to średniowieczne ujęcie planety w postaci owocu, żywego
organizmu. Jest to ukazanie szczodrości Boga w Jego doskonałym dziele
stworzenia, świata poprzecinanego szlakami, którymi podążali podróżni, w tym sam Behaim, i wszystkich terytoriów, które mogli znaleźć za morzami.
Jest ono podobne do małej kuli T-O, którą trzyma w ręku Dzieciątko Jezus
na czternastowiecznym fresku we Florencji (podobnie jak Norymberga,
ośrodku "światowego" handlu i bogactwa). Mały Chrystus ma cały świat w dłoni. Tutaj litera T jest odwrócona, być może po to, by pokazać świat z Bożej perspektywy, z góry.
Mapy T-O przedstawiały świat jako trójcę podzieloną przez Boga na
zgrabne porcje - kontynenty. Było to zgodne z biblijnym przekazem, że
wszyscy ludzie pochodzą od Adama (Rdz 9) i są potomkami trzech synów
Noego4. Według tej teorii etnograficznej potomkowie Sema żyli w Azji, Chama w Afryce, a Jafeta w Europie. Skoro zgodnie z nakazem Jezusa
(Mt 28,16-20) chrześcijaństwo miało się rozprzestrzenić na "wszystkie"
narody, to taki globus jak Behaima był sposobem przedstawienia całego
nadającego się do zamieszkania świata, w którym Ewangelia i handel mogły
dotrzeć do miejsc znajdujących się za strefą gorącą, dawniej uważanych
za niedostępne.
Na rachunku z norymberskiego skarbca, który zapłacił za globus Behaima,
widnieje adnotacja, że został on wykonany dla przyjemności potężnej rady
miejskiej (w Norymberdze to ona, a nie gildie, zarządzała handlem).
Kręcąc globusem, bogaci mieszczanie wspominali być może własne podróże.
Rajca Georg Holzschuher (zm. 1526), który zainicjował pracę nad globusem
i nadzorował związane z nią wydatki, sam w 1470 roku wyruszył na
pielgrzymkę i wyprawę kupiecką do Egiptu i Jerozolimy. Georg Glockenthon
(zm. 1514), autor ilustracji na globusie, sporządzał wcześniej dla
niemieckich pielgrzymów mapy przedstawiające Romweg, drogę do Rzymu.
Inni mogli myśleć o bardziej egzotycznych miejscach, które odwiedzili
albo pragnęli odwiedzić. Mogli dumać o pochodzeniu towarów, które
przyniosły im majątek. Mogli też zastanawiać się nad wiadomościami o portugalskich odkryciach w Afryce, które z miesiąca na miesiąc
radykalnie zmieniały wiedzę Europejczyków o świecie (i w których w nadchodzących latach mieli brać aktywny udział różni członkowie rodzin
Behaima i Holzschuhera). Być może widok globusa pobudzał ich ciekawość i rodził marzenia o fantastycznych krainach, które znali tylko z książek i obrazów.
W miejscu, gdzie na globusie powinna pojawić się nazwa Norymberga,
znajduje się napis "Behaim". Globus był symbolem statusu norymberskiego
nawigatora posiadającego wiedzę o całym świecie. Globus pozwalał
Behaimowi i poczciwym ludziom z Norymbergi spojrzeć na świat z boskiej
perspektywy. Świadczy więc o przeszłości Behaima i przyszłym panowaniu
nad przestrzenią, ukazując świat oczami jednego człowieka w konkretnym
momencie dziejów.
Patrząc na globus, możemy łatwo zapomnieć o tym, gdzie się obecnie
znajdujemy. Podobnie jak zdjęcia z wakacji, globus może stać się punktem
wyjścia dla opowieści o tym, co widzieliśmy podczas podróży, dokąd się
udaliśmy i jaką drogą. Mógłby być przydatny w nawigacji i eksploracji,
ale jego rozmiary - to przecież duży, luksusowy przedmiot -
uniemożliwiają zabranie go w podróż. Jest raczej pamiątką, która
przypomina, gdzie byliśmy. Może sprawić, że oglądane przez nas miejsca
odżyją w naszej wyobraźni. Łatwiej jest wyobrazić sobie panowanie nad
przestrzenią niż panowanie nad czasem - możemy wierzyć, że posiadamy
jakieś miejsce, ale wiemy, że nie mamy władzy nad czasem. Świat
przedstawiony na globusie przemyka przed naszymi oczami, miasta stają
się małymi punkcikami, a imponujące wybrzeża podobnymi do wstążek
liniami. W takiej chwili wymiar czasowy staje się mniej ważny niż
przestrzenny i zdajemy się to wszystko widzieć i znać.
Globus Behaima pojawił się w punkcie zwrotnym historii, w momencie,
kiedy przynajmniej w Europie to, co często określa się mianem
"średniowieczne", zaczyna wyglądać na "wczesnonowożytne", to jest w przededniu europejskiego osadnictwa w Amerykach po 1492 roku. W średniowiecznej historii podróżowania jest więcej podobnych punktów
zwrotnych, które znacznie zmieniły jego charakter, na przykład pierwsza
wyprawa krzyżowa w 1096 roku, zdobycie w 1453 roku Konstantynopola przez
Imperium Osmańskie czy wprowadzanie od lat dwudziestych XVI wieku
protestanckich obostrzeń dla pielgrzymów. Ale czy podróż da się w ogóle
zdefiniować?
W średniowieczu mobilność najczęściej polegała na udaniu się do
konkretnego miejsca - ograniczała się do dotarcia na rynek w celu
sprzedaży lub kupna towarów, przemieszczania się w sieci klasztorów czy
wzięcia udziału w wyprawie wojennej na sąsiada. Dominującą formą
podróży, która wyłoniła się na średniowiecznym Zachodzie, była
pielgrzymka, zazwyczaj z pewnym elementem turystyki. Pielgrzymka
oznaczała, że człowiek wyruszał, zwykle ustaloną trasą, do upragnionego
celu, a potem powracał do domu doskonalszy, odnowiony i odmieniony. W pielgrzymkę wyruszano z różnych powodów - czasami dobrowolnie, czasami
za karę, niekiedy ze względów medycznych albo w intencji swojej
społeczności - ale zawsze była ona podróżą do szczególnego miejsca. Do
takich miejsc należały Walsingham, Canterbury, Akwizgran, Wilsnack,
Kolonia, Santiago de Compostela, Rzym, Bari i Jerozolima. Otaczała je, a także wiele innych miejsc, aura świętości, ponieważ znajdowały się w nich najważniejsze dla chrześcijan świątynie. Ale od około roku 1350
takie podróże zaczęły nabierać cech, które możemy uznać za
charakterystyczne dla turystyki masowej, a nawet zorganizowanych
wycieczek: grupy podróżnych płaciły agentom i dostawcom za zapewnienie
pewnych wygód, bezpieczeństwa i towarzystwa, a oni z kolei pomagali im
pokonać oczywiste przeszkody, takie jak obcy język, transport, wymiana
walut i zakup żywności. Podróżnych łączono w nieprzewidywalne grupy
społeczne, co prowadziło do tarć, ale również do nawiązywania
przyjaznych stosunków. Lęk przed nieznanym łagodziła wiedza o tym, dokąd
się zmierza, i w pewnym stopniu o tym, z kim się jest.
Podróż to poszukiwanie - szczęścia, odkupienia czy bogactwa - ale
składają się na nią zarazem żmudne i nudne czynności: przejazd, wymiana,
choroby, niewygody, opóźnienia i odwołane połączenia. Podróż to
podążanie do wyznaczonego celu, w czym pomagają infrastruktura drogowa i różne branże. To bagaż i jego pakowanie, łodzie i muły, paszporty,
zezwolenia i ubezpieczenia, zaskakujące potrawy i budzące nieufność
napoje, bezwzględna gościnność, spotkania ze starożytną i nowoczesną
architekturą, obcymi toaletami i okropnymi drogami. To gapienie się na
ubiory i zwyczaje innych ludzi. To zdanie się na łaskę i niełaskę pogody
i przewodników. To przyjazne chwile spędzane z ludźmi, którzy nie znają
naszego języka, albo głaskanie bezpańskich kotów czy oswojonych ptaków,
jakby miały nam towarzyszyć przez całe życie. Podróż daje złudne
poczucie równości, gdyż łączy ludzi różnych profesji i o różnym
wykształceniu albo zmusza ich do poufałości. Uzależnia ich od różnych
branż, które powstały po to, by im pomagać albo skubać wszystkich
podróżnych po równo. Rodzi bezzasadną ekscytację nieznanym i zapowiada
ujrzenie świata, jakiego wcześniej nie widzieliśmy. Wywołuje
niespodziewane uczucie dyslokacji i niepokojące doznania déja vu. Być
turystą to unikać odpowiedzialności, dryfować po kontynentach i językach, unikać błędów i wad wiążących się z pobytem w domu. Podróż
bywa przygodą tylko momentami, ale zawsze zdarzają się podczas niej
chwile uniesienia, które trudno wyrazić słowami, a później wspomina się
jako niezwykłe. Skłania do pospiesznych uogólnień, niezbyt subtelnych
uwag, daje powody do pojawiających się ni z tego, ni z owego, ale
dziwnie przewidywalnych uczuć litości, zazdrości i tęsknoty. Budzi
pragnienie zobaczenia miejsc znanych nam jedynie z relacji, które brzmią
wiarygodnie, ale niekoniecznie muszą być prawdziwe. Angażuje umysł i ciało, choć nie zawsze jednocześnie. Zmusza nas do aktywności, a zarazem
paradoksalnie obfituje w długie okresy bierności, kiedy siedzimy i czekamy, jesteśmy chorzy lub znużeni. Z większości podróży czerpiemy
jakiś zysk czy przyjemność, ale nieraz po drodze zmienia się ich cel. W podróży często usilnie staramy się zdobyć "właściwe" doświadczenie,
odnieść z niej korzyść i pożytek. Zapominamy jednak, iż te starania
niewiele dają; postawa czy nastawienie podróżnika często prawie się nie
zmienia, ponieważ miarą jest nieskończoność.
Nie sposób jednoznacznie zdefiniować podróży, gdyż - czy to zgodnie z zamiarem, czy wskutek nieprzewidzianych okoliczności - każda podróż jest
unikatowa. To, że podróżni obierają tę samą drogę, nie znaczy, że
wynoszą takie same doświadczenia. "Podróż" to nie tylko trudy
przemieszczania się po powierzchni planety, ale również opowieści, które
snujemy po powrocie do domu. Przewodniki turystyczne często przypominają
raczej podręczniki surwiwalu - podają, jak najlepiej przetrwać w danym
miejscu, niż jak się nim cieszyć. Ale opisy niefortunnych zdarzeń są
bardziej przydatne dla przyszłych podróżników niż chełpienie się udanymi
wojażami. Jak się niejednokrotnie przekonamy, im gorsza podróż, tym
bogatsza proza.
RADA DLA PODRÓŻNYCH: "ten, kto w podróży podziwia piękną łąkę, a zaniecha podróży, zapomniawszy, dokąd miał zamiar jechać, będzie uznany
za bardzo głupiego".
przysłowie, Egbert z Li?ge, Fecunda ratis (ok. 1023)
Ilustratorzy globusa Behaima stanęli przed wyzwaniem, którego uniknęło
wielu wcześniejszych kartografów - musieli przedstawić wielkość
Atlantyku rozciągającego się od Portugalii do Japonii, zamiast
pozostawić ten bezmiar wód wyobraźni widza. Oglądając wiele
średniowiecznych map, trzeba było sobie wyobrazić, że Ocean Atlantycki
jest ukazany na ich odwrocie, natomiast globus pozwalał na
przedstawienie wszystkich, w dużej części jeszcze nieznanych mórz
oddzielających Europę od Azji i Afryki.
Na globusie Behaima pośrodku Atlantyku, gdzieś na zachód od Zielonego
Przylądka, widnieje wyspa "Sant Brendan". Obok niej umieszczono krótki
tekst: "W 565 roku po Chrystusie na tę wyspę przypłynął statkiem Święty
Brendan. Widział tu wiele dziwów, a po siedmiu latach powrócił do
swojego kraju". Jest to nawiązanie do legendarnej Wyspy św. Brendana, na
którą ów żyjący w VI wieku irlandzki święty przybył w poszukiwaniu raju
i Ziemi Obietnicy Świętych. Ten, kto zamieścił tam tę informację, znał
legendę o Brendanie Żeglarzu, ale asekuracyjnie nie podał, gdzie
dokładnie leży ta wyspa.
W tej szeroko znanej opowieści (która została prawdopodobnie napisana w IX wieku w Irlandii, ale krążyła w przekładzie łacińskim i na inne
języki) Wyspa św. Brendana jest porośniętą bujnym lasem utopią, gdzie
panuje wieczny dzień, gdyż nigdy nie zachodzi słońce. Drzewa obficie
rodzą smaczne owoce, każdy kamyk jest cennym klejnotem, a rzeki są pełne
świeżej wody.
Święty Brendan wraz ze swoimi towarzyszami odpłynął z niej po
dwutygodniowym pobycie i od tamtego czasu nigdy już jej nie widziano.
Mimo to nadal czytano o niej w opowieściach i kronikach podróży jako o niemiejscu, które być może któregoś dnia będzie można jeszcze odwiedzić.
Na globusie Behaima na północ od Wyspy św. Brendana cztery statki
kierują się na zachód, co świadczy o poszukiwaniu przez Europejczyków
nieznanych lądów. Jednak obok nich płynie hippokampos, fantastyczny
potwór morski, pół koń, pół ryba, z grecko-rzymskiej mitologii.
Towarzyszy on Europejczykom w tej wyprawie, gdyż zabierali oni ze sobą w podróż swoje wyobrażenie o świecie, mity, legendy i przesądy.
Z włączenia Wyspy św. Brendana do miejsc zaznaczonych na globusie
Behaima jasno wynika, że pokazuje on więcej, niż znajdowało się w relacjach osób, które widziały je na własne oczy. Są tam informacje ze
średniowiecznych i starszych przewodników, z klasycznych pism
Ptolemeusza, Pliniusza i Strabona, z wcześniejszych opisów Marca Pola i Johna Mandeville'a oraz portolanów, czyli szczegółowych map morskich z XV wieku. Wszystkie były ważnymi źródłami wiedzy dla twórców tego
globusa. Połączenie tych źródeł wskazuje, że opisy średniowiecznych
podróży należy traktować jako zlepek starożytnych opowieści i naocznych
świadectw podróżników, urzekającą mieszaninę folkloru, historii,
geografii, antropologii i pogłosek.
W podróży zwykle przejawia się jakiś element interesu: dążenia do
władzy, podboju czy dominacji. Dla Behaima takie miejsca jak Japonia i Sumatra określają ich obfite zasoby "moscat" (gałki muszkatołowej) i "pfeffer" (pieprzu), pożądanych luksusowych towarów sprowadzanych przez
Norymbergę dla zachłannych warstw kupieckich średniowiecznej Europy. Na
jego globusie zamieszczono nawet szczegółowy opis drogi, którą muszą
pokonać przyprawy, zanim dotrą do "naszego kraju": "przechodzą przez
wiele rąk" w "orientalnych Indiach" (Indiach Wschodnich), przewożone z małych wysp na Jawę, stamtąd na Sri Lankę, a potem do Adenu, Kairu i Wenecji, po drodze zostają dwunastokrotnie obłożone cłami. A zatem różne
miejsca są tu połączone łańcuchem produkcji i handlu, ale jednocześnie -
w czym nie ma nic zaskakującego - świat pokazany jest z eurocentrycznego
i chrześcijańskiego punktu widzenia. Mieszkańcy Tatarii i Azji są
przedstawieni jako "poganie", którzy oddają cześć bożkom. W odróżnieniu
od białych chrześcijańskich władców europejskich, których widzimy tu
siedzących w okazałych szatach na tronach, w Afryce rządzą mieszkający w namiotach nadzy ciemnoskórzy mężczyźni.
Łatwo jest zdeprecjonować ograniczone postrzeganie geografii przez
średniowiecznych podróżników i ich błędne przekonania o różnych
miejscach. Ale świata nigdy nie można pojąć w pełni. W chwili, gdy to
piszę, wygląd naszej planety zmieniają ustawiczne powodzie, pożary
lasów, erozja, urbanizacja i trzęsienia ziemi. Rzeki zmieniają bieg,
morza wysychają. Poza tym nasza opinia o tym, jakie miejsca są warte
zobaczenia, zmienia się z zawrotną szybkością. Kiedy około roku 1491
sporządzano w południowych Niemczech globus Behaima, nikt w Norymberdze
nie miał pojęcia o istnieniu Ameryk. Kolumb wylądował w "nowym świecie"
(prawdopodobnie na Bahamach) dopiero w październiku następnego roku.
Podobnie jak prace kartografów i autorów przewodników we wszystkich
czasach, globus Behaima był przestarzały już przed jego ukończeniem. Nie
zostały na nim uwzględnione niedawne odkrycia portugalskich żeglarzy w Afryce Południowej, a dziesięć lat później na podobnej mapie można
byłoby przedstawić Amerykę Północną i Południową, Przylądek Dobrej
Nadziei i Wyspy Korzenne (Moluki) na Dalekim Wschodzie.
Twórcy globusa Behaima nie grzeszyli dokładnością i niezbyt uczciwie
przedstawili podróże jego pomysłodawcy. Tekst na globusie sugeruje, że
podczas wyprawy portugalską karawelą w latach 1484-1485 sporządził on
jako pierwszy mapę dużej części Afryki Południowej, odkrył Wyspy
Świętego Tomasza i Książęcą i przetarł szlak wokół Przylądka Dobrej
Nadziei. W rzeczywistości znaczną część tej trasy wytyczono na długo
przed Behaimem, a w dodatku na globusie nie ma żadnej wzmianki o szeroko
kolportowanej w Europie sensacyjnej wiadomości, że w 1488 roku
Bartolomeu Dias (zm. 1500) opłynął Przylądek Dobrej Nadziei.
Globus wyolbrzymia ku chwale Behaima i Norymbergi jego znaczenie i sławę
jako nawigatora i odkrywcy. Żaden autor opisu podróży nie może się
oprzeć pokusie ukazania świata swoimi oczami i na swoich warunkach oraz
dopasowania go do mniemania o sobie. Kto nie podkoloryzował odwagi, jaką
wykazał się podczas podróży? Kto nie upiększył opowieści o niewiarygodnych miejscach, które zobaczył? Nosząca ślady relacji wielu
pokoleń podróżników, tradycji i pragnienia podróży powierzchnia globusa
Behaima zachowuje uwodzicielski urok. Żelazna oś z osadzonymi na niej
drewnianymi obręczami napawa nadzieją, że po jego obróceniu ukażą się
nowe światy, które staną się odskocznią od inercji i ograniczeń
codziennego życia.
Polski przekład nosi tytuł Podróże Jana z Mandeville, przeł. Bartosz Marcińczak, Wrocław 2013 (przyp. tłum.). [wróć]
Święty Augustyn, Państwo Boże, De Civitate Dei, tłum. Władysław Kubicki, Jan Jachowski, Poznań 1937, s. 90 (przyp. tłum.). [wróć]
Z greki, gdzie anti znaczy "naprzeciw, po przeciwnej stronie", a pous, pod - "stopa". [wróć]
Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne i sigla za: Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2003 (przyp. tłum.). [wróć]