NIE BĘDZIESZ MIAŁA BOGÓW CUDZYCH PRZED KAPITALIZMEM
Powinnam zajmować się teraz wakacyjnym projektem na zajęcia z kompetencji językowych, ale większym priorytetem w tej chwili jest dla mnie znalezienie pracy. Swoją drogą powiedzcie sami, w jakiej normalnej szkole zadają pracę domową na LATO? Jak już przestanę być bezrobotna, to chyba swój referat przygotuję na temat nieetyczności i życioupierdliwości prac domowych.
Niezależnie od tego, jak bardzo pochłonie mnie wypełnianie zgłoszeń, domowy areszt wywołuje we mnie poczucie samotności. Zazwyczaj Bianca dodawała mi w takich sytuacjach emocjonalnej otuchy lub służyła radą, ale teraz już wiem, że tak naprawdę były to tylko pozory przyjaźni.
Jakaś część mnie jest jej wdzięczna za to, że powiedziała o mojej orientacji tylko (albo aż!) trzem osobom - dwójce naszych wspólnych znajomych: Stefani i Chachi, a także swojej mamie - ale ta część mnie jest żałośnie naiwna. Nie powinna była mówić o tym nikomu. Rozmyślając nad naszą relacją z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że dziewczyny, z którymi się trzymałam, tolerowały mnie tylko ze względu na Biancę. To ona była przewodniczącą naszej ekipy, a my byłyśmy jej wiernymi naśladowczyniami.
Chociaż mam wrażenie, że nazwanie jej "przewodniczącą" nie oddaje w pełni funkcji, jaką pełniła. Ona była główną gwiazdą, a ja jej supportem - coś bardziej w ten deseń.
Może nawet odrobinę przysłodziłam sobie tym określeniem. Fanka w opałach, wiecznie ratowana przez swoją bohaterkę - taki opis lepiej charakteryzuje naszą więź. Wszyscy mają gdzieś tę postać. Tak więc, serio, jestem wdzięczna Biance za rozwalenie tego związku-iluzji, bo przynajmniej nie muszę już dłużej grać tej durnej roli. Teraz to ja jestem główną bohaterką, a ona - czarnym charakterem.
Tak sobie myślę, że już wtedy byłam bardzo naiwna. Na własne oczy widziałam, jaką okropną osobą jest Bianca. Potrafiła obrabiać dupę każdemu bez żadnej konkretnej przyczyny. Patrzyła z góry na każdego, kto nie należał do naszej ekipy. Czułam się wyjątkowa pod parasolem Bianki, ogrzewałam się trochę w cieple jej popularności. Powinnam była przewidzieć, z jaką łatwością obróci się przeciwko mnie i zrobi ze mnie swój nowy cel.
Przez jakiś czas poszukiwanie pracy skutecznie odwraca moją uwagę od tematu Bianki. Chociaż na chwilę mogę oderwać się od myślenia o tym, jak bardzo jej nienawidzę, i skupić się na odpowiadaniu na oferty pracy lub kompulsywnym przepisywaniu mojego CV. Jednak jedyne, co udało mi się znaleźć na przestrzeni czerwca i lipca, to kilkoro kierowników działu personalnego gotowych zmiażdżyć mi serce odmową. Co prawda nie da się ukryć, że mój życiorys nie robi wielkiego wrażenia, niezależnie od tego, jak bardzo go koloryzuję. Miałam tylko jedną pracę - jako baristka, ale nawet tej nie udało mi się utrzymać przez całe lato, a na więcej ofert zatrudnienia w najbliższej okolicy nie mam co liczyć.
Teoretycznie wolno mi używać telefonu tylko do szukania pracy i jeśli coś mi się stanie, ale kto mi zabroni gapić się na pusty ekran w przerwach od odpowiadania na ogłoszenia. Tapeta w telefonie trochę poprawia mi zepsuty brakiem powiadomień humor. Jest nią zdjęcie, na którym razem z tatą pozujemy, jakbyśmy mieli zamiar zgłosić się do najnowszej edycji Top Model. Miałam wtedy osiem lat, więc papi musiał klęknąć, żeby zrównać się ze mną wzrostem; z rękami opartymi na biodrach patrzymy w obiektyw. Uśmiecham się do zdjęcia i zastanawiam się, czy nie zadzwonić do taty, ale przypominam sobie, że przecież mam szlaban, i rezygnuję z tego pomysłu. Nie pozostaje mi nic innego jak dalej gapić się na brak powiadomień.
Mam cichą nadzieję, że zobaczę wiadomość od Bianki, przez co czuję do siebie ogromne obrzydzenie. Nie powinnam za nią tęsknić. Powinnam być wściekła. I niby jestem, ale...
- Ech... - wzdycham i wlokę się do pokoju mamy, gdzie przeskakuję nad stertami biżuterii prosto na łóżko. Zabiłaby mnie z zimną krwią, jeśli zmiażdżyłabym stopą którąś z jej prac. Z intencją ukrycia się przed światem naciągam kołdrę na głowę i zaczynam rozmyślać.
Skoro mama może pokryć tylko połowę mojego czesnego, oznacza to, że jeśli nie znajdę pracy i nie zarobię na drugą połowę, będę musiała wrócić do Rover. Sama. Nie mogłabym wtedy zajmować się Cesarem tak, jak chciałaby tego mama. I tak już jest wystarczająco wkurzona za to, że nie udało mi się dostać razem z nim na zajęcia dla geniuszy. Jeśli wpakuje się w jakiekolwiek kłopoty i straci stypendium, to ja będę temu winna.
O to tu tak naprawdę chodzi. Nie o moją "ucieczkę" przed Biancą. Fakt, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, będzie tylko dodatkową zaletą całej tej sytuacji. No, o ile uda mi się znaleźć pracę i zarobić na czesne. Problem w tym, że nikt nie chce zatrudnić szesnastolatki bez samochodu i doświadczenia. Muszę zacząć myśleć nieszablonowo. Siadam i pozwalam, aby kołdra sama się ze mnie zsunęła. Myśl. No myśl.
To łóżko jest zbyt wygodne, by móc w nim porządnie pomyśleć, więc zeskakuję na podłogę. Niestety tutaj też nie mogę się skupić. Rozprasza mnie biżuteryjny pieprznik mamy. Zostawia na wpół skończone produkty rozrzucone po całej podłodze i nie trudzi się nawet na tyle, by oddzielić gotową biżuterię od tej niedokończonej. Zaczynam ogarniać jej bałagan z nadzieją, że pomoże mi to uporządkować myśli. Szczerze mówiąc, mogłaby zarobić dużo więcej, gdyby tylko trochę tu posprzątała i włożyła odrobinę wysiłku w rozreklamowanie swojego wirtualnego sklepu Etsy. Z ciekawości odpalam neta i obczajam, co ona w nim ma.
Muszę przyznać, że ten jej sklepik to jakaś totalna żenada. Zdjęcia wyglądają, jakby były zrobione telefonem z klapką, a do tego ten ohydny, sprany ciemnoniebieski dywan mamy w tle... Jak by to ująć? No za cholerę nie współgra on z wyrazistymi kolorami biżuterii.
Mama kompletnie nie ogarnia social mediów i jakiejkolwiek technologii. Tak więc zrobię jej niespodziankę - przeprowadzę drobną modernizację jej sklepu Etsy i założę firmowego Instagrama. To powinno pomóc zmienić jej wizerunek w sieci. Skrupulatnie przetrząsam jej prace i wybieram najlepsze z każdego rodzaju - kilka prostych świecidełek, jak kolczyki z paciorków lub naszyjniki z kryształem na łańcuszku, na których zarabia grosze, jej ręcznie plecione bransoletki, które zawsze robią furorę na wiejskich rynkach, i to, co lubię najbardziej - robótki z koralików.
Wybrane przez nią kolory nabierają głębi, kiedy są splecione, jak gdyby to sam wzór budził w nich życie. Jej naszyjniki, kolczyki i bransoletki z koralików przypominają mi Meksyk. Ostatni raz byłam tam w pieluszce, ale tylko tam naprawdę czuję się jak w domu.
Wygładzam białe prześcieradło, którym mama przykryła łóżko, i układam na nim jej skończone prace. Prezentują się całkiem nieźle, ale nie tak dobrze, jak by mogły. Znacznie lepiej wyglądałyby na modelce. Tak się składa, że ja zawsze jestem chętna na drobną i szybką metamorfozę. Paznokcie, twarz i włosy zrobione. Czas nałożyć biżuterię i pstryknąć kilka oszałamiających fotek.
- Cesar! ?Ayúdame![5] - krzyczę.
- Z czym? - odkrzykuje.
- No przyjdźże, no!
- Idę, już idę. - Cesar przychodzi i wpatruje się we mnie i biżuterię mamy rozłożoną na łóżku. - Eee... co ty odwalasz?
- Zarabiam... - Uśmiecham się. - A ty będziesz moim fotografem.
- Jeśli obiecasz, że pójdziesz ze mną po takisy.
Ciekawe. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak przekonywał jakąś dziewczynę przez telefon, że jest chory i nie da rady się spotkać. Takisy to tylko wymówka, żeby wyciągnąć mnie z chaty. Nigdy się nawet nimi ze mną nie dzieli, co akurat by mnie bardzo drażniło, gdybym je faktycznie lubiła. Wydaje mi się, że Cesar przepuszcza spotkania towarzyskie, żeby sprawdzać, jak się trzymam.
Nie wie dokładnie, co się stało, ale jestem pewna, że roztrzaskane lustro i brak Bianki mogły naprowadzić go na odpowiedni trop. Od dzieciństwa spędzałyśmy razem całe dnie - czy to u mnie, czy u niej - tymczasem lato prawie dobiega końca, a jej nie było ani razu od zakończenia roku.
- Ale ja mam szlaban - jęczę.
- Mama jest w pracy. - Mruga, ale ewidentnie nie wie, jak to zrobić bez wykręcania głowy i rozdziawiania japy. - Poza tym i tak chciała, żebyśmy zanieśli tamales[6] pani Violecie. Nie musi wiedzieć, że poszliśmy też po takisy.
Nie musi mnie długo namawiać, bo osobiście uważam, że niesłusznie dostałam ten szlaban. Jestem pewna, że mama go cofnie, jak tylko usłyszy o moim superpomyśle na jej biznes. Prawdę mówiąc, wolałabym też, żeby Cesar nie szwendał się sam po osiedlach. Mama na pewno też by tego nie chciała. Przysięgam, on ma nad sobą jakieś fatum, które ściąga na niego kłopoty zawsze, kiedy nie ma mnie w pobliżu, a chłopak, z którym wiecznie się tłucze, mieszka w okolicy. Wolałabym nie ryzykować, że się spotkają, nawet jeśli na zewnątrz jest tak gorąco, że można by usmażyć jajko na ulicy.
- Zgoda, ale najpierw fotki. - Wręczam Cesarowi swój telefon, a ten bez żadnego ostrzeżenia zaczyna strzelać serie.
- Nie jestem gotowa! - W pośpiechu wsuwam bransoletkę i prężę nadgarstek do kamery, ale Cesar kręci głową.
- Nałóż też te. - Wskazuje parę brązowo-niebieskich kolczyków, które tworzą zestaw z bransoletką.
Zakładam kolczyki i przybieram pozę, w której łapię się za ucho, aby zademonstrować wszystkie artykuły.
- Odpuść ten dzióbek. Twoich ust nawet nie widać - sugeruje brat, a ja rozluźniam zaciśnięte wargi.
Cesar robi fantastyczne zdjęcia, ale strasznie się przy tym panoszy. Reżyserskim tonem dyktuje mi pozy i wskazuje, która biżuteria pasuje do którego zestawu ubrań. Jednak nie trwa to zbyt długo, bo po chwili zaczyna się nudzić i postanawia się na mnie wypiąć. Zostawia mnie samą z arcytrudnym wyborem nazwy sklepu i nicku na Insta. Po jakiejś godzinie dywagacji zdecydowałam się na JoyeriaFlores dla obu. Do tej pory sklep mamy na Etsy nosił nazwę: Maria749 i - co tu dużo mówić - zmiana była konieczna. Teraz potrzebuję trochę kasy na opłatę za wystawienie produktów na sprzedaż. Usuwam wszystkie dotychczasowe, bo trudno ogarnąć, co tak naprawdę można tu kupić. I z tego, co widzę w apce, mama nie sprzedała nic od dłuższego czasu. Ale to się niebawem zmieni. Pokażę mamie jej nowy sklep dopiero, jak go porządnie rozbujam. Łatwo nie będzie, ale dam z siebie wszystko.
Jedyny problem jest taki, że oddałam jej wszystkie pieniądze, które zarobiłam w ostatniej pracy, żeby mogła z nich pokryć koszty mojego czesnego. Na szczęście jest ktoś jeszcze, kogo mogę poprosić o gotówkę. Wysyłam krótką wiadomość do taty, w której opisuję cały biznesplan, załączam kilka fotek i informuję o wysokości opłat za wystawienie produktu. Kilka chwil później rozlegają się wibracje zwiastujące odpowiedź.
Papi: Ay, que linda[7] <3 Mama na pewno się ucieszy. Nie mogę się doczekać jej reakcji.
Ledwie zdążyłam doczytać wiadomość, kiedy dostałam powiadomienie o przelewie. Przysłał mi wystarczająco pieniędzy na pokrycie opłaty za wystawienie pierwszych dwudziestu przedmiotów, a także dodatkowe dwadzieścia dolarów i kolejną emotkę serca.
Jak tu go nie kochać?
Kiedy pokryłam już koszty wystawienia towaru, dokładnie wszystko wyliczam, tak żeby uwzględnić w każdej cenie opłatę za dodanie oferty, opłatę transakcyjną i opłatę manipulacyjną, aby na niczym nie stracić. Jak to możliwe, że nikt nie chce mnie zatrudnić pomimo tak ewidentnej smykałki do biznesu? Ich strata.
Po wystawieniu wszystkich najlepszych produktów udostępniam na swoim Twitterze zdjęcia wraz z linkami. Opatruję je dopiskiem o tym, że mama ciężko pracuje, żeby zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy. Dodaję też, że bardzo ją kocham, takie tam. Kicz na maksa, ale ludzie się na to nabierają.
- To idziemy w końcu czy nie? - Cesar wraca do pokoju z poważną miną.
Jeszcze kilkukrotnie czytam opis, zanim post trafi do sieci. Kiedy nareszcie schodzę na dół, Cesar czeka już na mnie przy drzwiach, z zamrożonymi tamales w rękach. Zawinął je w papierowe talerzyki, żeby zanieść pani Violecie. Kiedy rok temu zmarł jej mąż, bardzo się załamała i od tamtej pory przestała o siebie dbać, ale sąsiedzi pilnują, żeby nie padła z głodu. Zawsze była osiedlową babcią i opiekowała się wszystkimi dzieciakami z sąsiedztwa, bo niczyi rodzice nie mogli pozwolić sobie na niańkę. Nierzadko siedzieliśmy w ósemkę w jej dwupokojowym mieszkaniu i świetnie dawała sobie z nami radę. Ona kiedyś opiekowała się nami, więc teraz to my opiekujemy się nią.
Jak tylko wyszliśmy z domu, usłyszeliśmy smutną muzykę w wykonaniu mariachi niosącą się echem po okolicy. Jej źródłem jest dom pani Violety. Kiedyś puszczała więcej żywej muzyki ludowej, do której śmiało można by potańczyć, a teraz na jej playliście królują tylko depresyjne kawałki. Przesiaduje całe dnie w ogródku przed domem i zamęcza sąsiadów zapętloną muzyką żałobną.
Całą drogę sprawdzam telefon. Zero powiadomień. Stworzyłam sklep i profil na Insta jakieś kilka minut temu, więc to pewnie za wcześnie, żeby się przejmować. Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni, mając nadzieję, że przy kolejnym sprawdzeniu będzie trochę lepiej. Minęliśmy zaledwie dwa domy, a moje buty nagrzały się od chodnika tak, że czuję się, jakbym była przypiekana na comalu[8]. Przeszliśmy jakieś półtora metra, a jestem już cała mokra. Uroki mieszkania w Phoenix. Ale czego się nie robi dla rodziny, prawda?
Po drodze do pani Violety mijamy dom, w którym mieszka Bianca, ale staram się go ignorować i patrzę wyłącznie przed siebie. Nie chcę widzieć ogrodu kwiatowego, którego nie dane nam było dokończyć. Wolałabym nie widzieć malowanych przez nas ceramicznych donic. A nuż przypomniałyby mi o wszystkich miłych chwilach, które wspólnie przeżyłyśmy, podczas gdy ja próbuję przekonać samą siebie, że to okrutna, pozbawiona uczuć suka. Gdy zbliżamy się do jej domu, Cesar gapi się na niego, przez co ja robię dokładnie to samo.
W doniczkach są kwiaty. I to całkiem nieuschnięte. Ściska mi żołądek, a słońce zdaje się parzyć ze zdwojoną siłą. Posadziła resztę roślin beze mnie.
- Co tak w zasadzie się między wami wydarzyło?
Naprawdę liczyłam na to, że przemilczy sprawę, ale wiedziałam, że prędzej czy później poruszy ten temat.
- Nic, ta dziewczyna jest dla mnie martwa. - Wycieram pot z czoła.
- To nie mogło być nic, skoro tak reagujesz - kpi Cesar.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - Rana na sercu po wbitym przez Biancę nożu jeszcze się nie zabliźniła. Ale Cesar nie może o niczym wiedzieć. Skoro Bianca przestała dla mnie istnieć, nie muszę się zastanawiać nad tym, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nigdy nie powiedziała jej prawdy o swojej orientacji. Skoro Bianca nie żyje, mogę raz na zawsze o niej zapomnieć i żyć dalej. Uwielbiam tę naszą zasadę, która pozwala na zadanie pytania tylko raz, ponieważ dzięki niej nie muszę nad tym zbyt długo rozmyślać.
Doceniam też to, że Rover było na tyle duże, że plotki nigdy nie wychodziły poza grono najbliższych znajomych. Cokolwiek mówiono o mnie za moimi plecami, do Cesara nigdy to nie dotarło, tak jak do mnie nie docierały komentarze na temat Cesara. I chciałabym, żeby tak pozostało.
Wyciągam telefon, żeby odgonić jakiekolwiek myśli o Biance. Na Instagramie przybyło kilka lajków i obserwujących, ale nie jest to na tyle zawrotna liczba, żebym mogła zacząć zajmować się sklepem na pełen etat. Z lekkim jęknięciem wypuszczam z siebie powietrze. Zdaję sobie sprawę, że to wymaga czasu, ale cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
- Przestań to sprawdzać. Zaoszczędzisz sobie trochę nerwów - upomniał mnie Cesar; zdążył, jeszcze zanim pitbull pani Violety wyczuł nas z odległości kilku domów i zaczął ujadać. Tyle wystarczyło, by Cesar przestał prawić mi morały. Ale muszę mu przyznać rację. Upominam się w duchu, by przestać sprawdzać telefon przynajmniej do powrotu do domu. Wyciszam go, żeby żadne powiadomienia nie przeszkodziły mi w tym postanowieniu.
Cesar podchodzi do metalowej siatki i wita się ze szczeniaczkiem, który liże mu dłonie przez oczka w ogrodzeniu. Biedny piesek. Ma zakaz wchodzenia do domu i jest dożywotnio skazany na ostrzyżony do gołej ziemi trawnik przed domem pani Violety. Większość z nas pomaga jej, przynosząc jedzenie, a jakieś dzieciaki w ramach wolontariatu dbają o jej trawnik, który trochę wymknął jej się spod kontroli. Trawa może i jest zawsze ścięta, ale biednego pitbulla pozbawili ostatniej rozrywki, jaka mu została.
Cesar nigdy nie przechodzi obok tego domu obojętnie. Poza wspólnym wysiłkiem całego sąsiedztwa jeszcze szczeniaczek trzyma panią Violetę przy życiu. Suczka ma tylko rok i jest wystarczająco słodka, by odwrócić uwagę Cesara od moich problemów. Widzę, że mój brat próbuje wypełnić pustkę, którą zostawiła Bianca, mimo że wie bardzo niewiele na temat naszego rozstania. Bardzo go za to kocham.
Pani Violeta wydaje się nas nie zauważać, dopóki nie staniemy z nią buty w buty, nie wyprzytulamy się i nie wycałujemy. Uśmiecha się do nas ze łzami w oczach, ale nic nie mówi.
- Przynieśliśmy tamales! - Cesar przekrzykuje muzykę i wskazuje na talerze, które trzymam w rękach. Starsza pani nie odpowiada, więc wchodzimy do środka, by je dla niej podgrzać. Inaczej nigdy ich nie zje. Podczas gdy Cesar zajmuje się jedzeniem, ja trochę ogarniam w salonie. Wszystkie meble przykrywają plastikowe narzuty chroniące przed niczym innym niż wygodą. Jako dziecko bardzo ich nienawidziłam i do tej pory nie rozumiem ich funkcji. Narzuta na jednej z naszych kanap nadal nosi lekko wyblakłe ślady markera z czasów, kiedy razem z Biancą jako małe dziewczynki chciałyśmy "nadać wystrojowi trochę smaku". Twarz zaczyna mi płonąć na samo wspomnienie. Odnoszę wrażenie, że dokądkolwiek bym nie poszła, Bianca już tam na mnie czeka, by ze mnie drwić.
Kiedy jedzenie jest już ciepłe, razem z Cesarem siadamy na tarasie pani Violety i czekamy, aż zje. Umilamy jej ten czas różnymi historyjkami wymyślonymi w celu poprawienia jej humoru. Im dłużej z nią jesteśmy, tym mniej smutne wydają się jej oczy. Zanim się pożegnamy, upewniamy się, że raczy nas niewymuszonym uśmiechem i że nie spędzi reszty dnia, płacząc.
- Bardzo wam dziękuję. Los quiero muchísimo[9] - wyszeptuje, całując mnie w czoło, a potem powtarza to samo z Cesarem.
- My panią też - odpowiadamy jednogłośnie i ściskamy ją mocno, po czym wychodzimy do pobliskiego spożywczaka kupić takisy dla Cesara i wracamy do domu. Pomarańczowy dom, który wspólnie z tatą pomalowaliśmy któregoś lata, zdecydowanie odróżnia się od pozostałych. Chcieliśmy zrobić mamie miłą niespodziankę, bo pomarańczowy to jej ulubiony kolor. Myślę, że jesteście w stanie sobie wyobrazić, że ekipa malarzy składająca się z ośmiolatka i dziewięciolatki nie poradziła sobie z tą fuchą zbyt dobrze. Mama twierdzi, że nie chce przemalować domu, bo nas na to nie stać, ale ja uważam, że nie robi tego ze względu na sentyment do taty.
Kiedy już wróciliśmy do domu, cali spoceni i bez takisów (tylko w moim przypadku), pozwalam sobie na krótkie zerknięcie w telefon. JoyeriaFlores bynajmniej nie stała się viralem, ale ma już kilkaset powiadomień z Twittera i Instagrama i niemałą liczbę entuzjastycznych komentarzy. Szybko wchodzę w apkę Etsy.
Nie. Do. Wiary.
Sprzedała się już połowa produktów. Rzucam się na łóżko, trzęsąc się i piszcząc z radości. Zaniepokojony odgłosami Cesar przychodzi sprawdzić, co się stało.
- No dobra... Chyba nie chcę wiedzieć. - Przerażony moim atakiem radości i ogłuszony piskiem powoli wycofuje się z mojego pokoju.
Jak już się uspokoiłam, wrzuciłam post z podziękowaniami za tak ciepły odbiór i z obietnicą szybkiego uzupełnienia asortymentu. Następnie zabieram się do pracy i próbuję sprzedać to, co zostało. Wracam do pokoju mamy, zakładam na siebie biżuterię i nagrywam kilka tiktoków. Wrzucam tylko jednego, a resztę zapisuję z zamiarem zamieszczenia ich później. Mam nadzieję, że któryś z tych filmików trafi do zakładki "Dla Ciebie" wszystkich użytkowników aplikacji i każdy dowie się o naszym sklepie. Otwierają się drzwi wejściowe, więc pędzę przywitać się z mami, nastawiając się na natychmiastowe cofnięcie szlabanu.
- Mami, mam dla ciebie niespodziankę! - oświadczam, przytulając się do niej.
- Niespodziankę? - Podnosi brwi.
Wyciągam telefon z kieszeni i pokazuję jej mój ostatni post, który właśnie podbija Twittera. Wstrzymując oddech, uważnie obserwuję jej wyraz twarzy i próbuję odgadnąć, ile przeczytała. Nie zmieniając miny, klika w link do Etsy.
- Co myślisz o nazwie? Spójrz na liczbę zamówień! Czy to nie wspaniałe? Właśnie to będzie moją nową pracą! Pomogę ci z tworzeniem nowej biżuterii i w pełni zadbam o nasze media społecznościowe oraz sklep. - Mam wrażenie, że za chwilę poryczę się ze szczęścia. Mami na pewno pęka z dumy, że jej córka jest takim rekinem biznesu. Oddaje mi telefon.
- Natychmiast to usuń.
Wryło mnie. Jaja sobie robi.
- Słucham?
- Natychmiast to usuń.
- Ale dlaczego? - Mimowolnie łamie mi się głos. Naprawdę sądziłam, że to superpomysł.
- Bo tak mówię.
Wpatruję się w nią z otwartą ze zdziwienia buzią. Czy ona zdaje sobie sprawę, jak ogromna to dla niej szansa? Dla nas wszystkich. Przecież sama chce zarabiać więcej pieniędzy! Mnie uziemiła, bo nie przynoszę do domu kasy! Czemu jest tak cholernie uparta? To był świetny pomysł i, szczerze mówiąc, nic lepszego nie wymyślę. Cokolwiek bym zrobiła, jej to nie pasuje.
- Mija, za mną ciężki dzień, nie mam ochoty teraz o tym rozmawiać. - Przechodzi obok mnie i bez słowa kieruje się w stronę swojego pokoju. Ja do swojego wpadam jak burza, rzucam się z powrotem na łóżko i wrzeszczę w poduszkę.
Tacie bardzo spodobał się mój pomysł i gdyby to on decydował, na pewno pozwoliłby mi go zrealizować. Może poproszę go o pomoc. A może po prostu się wyżalę. Wysyłam mu głosówkę.
- Paaaaaapi, strasznie za tobą tęsknię. Mama zachowuje się jak ostatnia świnia - nagrywam, po czym usuwam i zaczynam raz jeszcze.
- Papiiiiii, powiedz swojej żonie, żeby przestała być takim okropnym knurem! - Usuwam.
Przy nagrywaniu siódmej głosówki zeszła ze mnie cała złość. Ostatecznie wysyłam raczej stonowaną wiadomość, w której spokojnie wyjaśniam mu całą sytuację. Liczę na to, że on zaczaruje mamę i przemówi jej do rozumu.
Mój telefon nie przestaje wibrować od powiadomień, aż w końcu zdjęcie-tapeta, na którym pozuję z tatą, zaczyna blednąć, po tym jak rozładował mi się telefon. Chyba daruję sobie podłączanie go do ładowarki, bo bardzo nie chcę informować wirtualnej klienteli o tym, że zamykam sklep w dniu jego otwarcia.
Rano podłączam telefon do ładowania; powiadomienia w dalszym ciągu nie ustają. Jestem wkurzona, bo cały mój wysiłek poszedł na marne. Ale wtedy dostrzegam dwie wiadomości. Jedna od mamy...
Mami: Nie usuwaj sklepu...
I jedna od taty.
Papi: Pogadałem z nią ;)
[5] ?Ayúdame! (hiszp.) - Pomóż mi!
[6] Tamales (hiszp.) to danie meksykańskie - nadziewane ciasto kukurydziane.
[7] Ay, que linda (hiszp.) - Bystrzacha.
[8] Comal (hiszp.) to tradycyjne naczynie meksykańskie, przypominające wklęsłą patelnię.
[9] Los quiero muchísimo (hiszp.) - Bardzo was kocham!