Przewodnik lesbijki po katolickiej szkole - Sonora Reyes

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: The Lesbiana's Guide to Catholic School

 

Copyright ? 2022 by Sonora Reyes

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

Copyright ? for the Polish translation by Dominik Górka, 2022

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Anna Fiałkowska, Aleksandra Kotlewska, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Iga Wiśniewska, Katarzyna Chmielecka, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji okładkowej: ? Be Fernández

Projekt okładki: Jessie Gang

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67054-71-3

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci,

miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

NIE BĘDZIESZ UFAŁA DWULICOWEJ SUCE

 

 

W dupie mam te siedem lat nieszczęść.

Już od dawna w nic nie przywaliłam, a lustro mojej toaletki samo się prosiło o cios między ramki. Kretyńskie lustro. Kretyńska Yami.

Poza tym niby dlaczego nie powinno się rozbijać luster? Zwłaszcza kiedy - tak jak ja - nie przepada się za swoim odbiciem. Nie żeby nie było na czym oka zawiesić - bo jest, obiektywnie patrząc. Ale nawet nie o to chodzi, nowe odbicie po prostu podoba mi się zdecydowanie bardziej. Pęknięcia sprawiają, że trudno mi rozpoznać siebie samą, a w dodatku zasłaniają wszystko, czego wolę nie widzieć. I pomyśleć, że zrobiłam to własną pięścią. Że niby nie jestem twardzielką?

Potrafię przywalić, ale powstrzymuję się, kiedy mój cel też ma pięści i może ich użyć. Stan lustra może sugerować, że nie uderzyłam w nie zbyt mocno, ale nieustępujące mrowienie w dłoni zdaje się temu zaprzeczać. Patrzę na swoje dzieło i puchnę z dumy. Dosłownie.

Cholera. Sporo tej krwi.

No dobra, może i nie powinnam była rozbijać tego lustra. W niczym mi to nie pomogło. Straciłam trochę krwi i zadałam sobie ból, tylko tyle. W dalszym ciągu nie mogę przestać myśleć o Biance... i o czymś, czego naprawdę nie powinnam była robić.

Bo kto odchodzi z pracy tylko po to, by przypadkiem nie wpaść na swoją eks? Żeby nie było - nie taką znowu zwyczajną eks. Mówię o eks-tremalnie dwulicowej suce. Eksprzyjaciółce, której nigdy nie powinnam była obdarzyć żadnymi uczuciami.

Bianca nigdy nie radziła sobie za dobrze w roli powierniczki sekretów. Tym bardziej się dziwię, jak mogłam być tak naiwna, by przypuszczać, że akurat ten zatrzyma tylko dla siebie. Sama jestem sobie winna. Nie widziałam jej już nigdy więcej po tym, jak wyoutowała mnie w drugiej klasie liceum. Byłam szczęśliwa, myśląc, że zniknęła z mojego życia na zawsze. Dopóki nie postanowiła wparować do kawiarni, w której pracuję. A raczej pracowałam.

Ta to dopiero musi mieć tupet, żeby konfrontować mnie przed wszystkimi w pracy. Chociaż, w sumie, miejsce nie ma tu żadnego znaczenia, bo nawet w bardziej intymnych okolicznościach nie dałabym rady się przed nią obronić. Zawsze byłam wobec niej zupełnie bezbronna. Przez nią nie udało mi się nawet utrzymać pracy wakacyjnej, chociażby na kilka tygodni.

Szkoła katolicka? Serio? Zrobisz wszystko, żeby tylko się na mnie nie natknąć?

Jej słowa odbijają się echem w mojej głowie.

Wszystko. Dosłownie. Pracę też zmienię. Zrobię, co będzie trzeba, byle nie zobaczyć jej już nigdy więcej.

- Yami, wszystko okej? - pyta Cesar, pukając do drzwi mojego pokoju. Nie czekając na odpowiedź, zagląda do środka. - Oddzwonię do ciebie - mówi do osoby, z którą rozmawia przez telefon. Pewnie zwabił go odgłos tłuczonego lustra. Na widok mojej pięści otwiera szerzej oczy, więc postanawiam zbić go z tropu.

- Czyżby to była twoja dziewczyna?

- Powiedzmy. - Wzrusza ramionami.

- Co za bajerant - komentuję, kręcąc głową.

- Nieważne, wszystko okej? - Brat wpatruje się w moją pokaleczoną dłoń i zrujnowaną toaletkę, licząc na jakieś wyjaśnienie. Ode mnie go nie usłyszy. Na dobrą sprawę to ja powinnam martwić się o niego. Strupy na jego rękach wyglądają zdecydowanie bardziej niepokojąco niż moje zadraśnięcia. Do tego znowu ma podbite oko. Może i kombinacja odniesionych obrażeń jest trochę inna niż ostatnio, ale wpisuje się w normę.

- To ja powinnam zadać to pytanie - rzucam.

Cesar zerka na pęknięte lustro, przenosi wzrok na mnie, po czym ładuje się do środka. Omija stertę brudnych ubrań leżących na podłodze i z szerokim uśmiechem rzuca się na moje łóżko.

- Moje oceny to jakiś absolutny sztos! - Szybko zmienił problematyczny dla nas dwojga temat. Mamy niepisaną zasadę, która mówi, że każde z nas może zadać osobiste pytanie tylko raz. Jeśli odpowiedź nie padnie natychmiast, nie drążymy. Dzięki temu udaje nam się żyć w zgodzie. Niepokaleczoną dłonią zbijam piątkę z bratem i idę do łazienki zmyć krew. Drzwi zostawiam otwarte, żebyśmy mogli dalej rozmawiać.

- Nic dziwnego, że dostałeś stypendium do Slayton.

Z naszej dwójki Cesar jest zdecydowanie lepszym uczniem. Przeskoczył jedną klasę i od nowego roku razem idziemy do trzeciej. Większość ludzi myśli, że jesteśmy bliźniakami, ale mnie to w ogóle nie przeszkadza. Dzięki temu czuję się trochę mniej zażenowana, że mój młodszy brat jest dużo mądrzejszy ode mnie. Może i nie dostaję wyróżnień jak on, ale i tak radzę sobie całkiem nieźle.

Jeśli nie przyznają mi stypendium, będę musiała jak najszybciej znaleźć nową pracę, żeby opłacić połowę swojego czesnego. Tylko w ten sposób mama będzie w stanie wysłać nas oboje do Slayton Catholic. Chętnie wspomogę ją finansowo, bylebym tylko nie musiała wracać do Rover High. Umarłabym ze wstydu po tym, co zrobiła Bianca. Szkoła katolicka i nowa praca to mała cena, którą muszę zapłacić, by już nigdy więcej nie zobaczyć pięknej, aczkolwiek zdradzieckiej twarzy swojej eks. Żegnaj, Rover! Nie będę tęsknić.

Zanim wrócę do pokoju, bardzo dokładnie zmywam krew z dłoni i nakładam na rany cienką warstwę maści Cesara, która rzekomo działa cuda. Teraz praktycznie nie widać, że kilka chwil wcześniej mocno się pokaleczyłam. Dobrze, że chociaż z utrzymywaniem pozorów radzę sobie wyśmienicie.

Brat rozwalił się na moim łóżku i wpatrzony w sufit, bawi się zawieszonym na szyi krzyżykiem.

- Serio chcesz iść do Slayton? - dopytuje.

Wzruszam ramionami i kładę się obok niego.

Bianca nie jest jedynym powodem, dla którego zmieniam szkołę, ale Cesar nie może się o tym dowiedzieć. Na razie uważa, że mama uparła się na Slayton z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że chce zapewnić nam edukację najwyższych lotów - w prestiżowej szkole, z najlepszą kadrą i dostępem do różnych zajęć dodatkowych. I po drugie, bo tylko w taki sposób zrekompensuje nam brak wspólnych wyjść do kościoła, na które nie ma już czasu.

Nie możemy mu przecież powiedzieć, że ja i on idziemy do nowej szkoły między innymi z powodu problemów, w które wpakował się w Rover, ani że według mamy w Slayton będzie bezpieczniejszy (ze względu na panujące tam wysokie poszanowanie wartości katolickich). Nie wie też, że nalegałam, by przenieść się razem z nim, bo chcę mieć na niego oko. Choć jest to katolicka szkoła pełna snobistycznych lamusów, pozwoli nam ona zacząć wszystko od nowa. Tylko tym razem muszę pamiętać, żeby trzymać swoje crushówy w tajemnicy. Moja orientacja wraca do szafy, i to najlepiej pancernej. Innymi słowy, będę żyć jak Kristen Stewart.

Cesar obraca się przodem do mnie.

- Tam podobno są sami biali.

- Być może. - Uczniowie Rover to w dużej mierze imigranci z Meksyku i czarnoskórzy. Natomiast Slayton znajduje się w północnej części Scottsdale, czterdzieści minut autem od nas, gdzie - ujmę to w ten sposób - mieszkają ludzie mniej szczodrze obdarzeni melaniną. Prawdopodobnie mogłabym uzbierać na czesne, sprzedając kremy z filtrem na przerwach.

- I mają dramatycznie beznadziejną drużynę futbolową - dodaje Cesar.

- Przecież ty nawet nie grasz w futbol.

- I już na pewno nie zacznę! - odpowiada ze smutkiem w oczach, jak gdyby dowiedział się, że jego odwieczne marzenie nigdy się nie spełni. Przysięgam, w kręceniu dramy nie ma sobie równych.

- Och, pobrecito[1]. - Próbuję powyciągać go za policzki, jak to zawsze robią ciocie, ale szybko powstrzymuje moje natarcie. Co prawda jest tylko dziesięć miesięcy młodszy, lecz dla mnie już zawsze będzie dzieciuchem. Nie pozwolę mu o tym zapomnieć.

- Z tego, co słyszałem, zadają tam tyle pracy domowej, że ślęczy się nad nią po dziesięć godzin dziennie - zaczyna lamentować. - To podchodzi pod znęcanie. Kiedy będziemy spać? Nie mówiąc o jedzeniu. Padniemy z wycieńczenia! - wykrzykuje, machając ramionami.

Wymierzam mu uspokajający cios poduszką.

- Damy radę! - Postanawiam przemilczeć fakt, że tylko on będzie miał tyle pracy domowej przez te wszystkie zajęcia dodatkowe i warsztaty na uczelni. - Poza tym alternatywa jest chyba jeszcze mniej kusząca, co?

- Jaka alternatywa?

- No wiesz... - wskazuję na jego podbite oko - regularny łomot? - Widzę, jak zaciska szczękę, i od razu żałuję, że zaczęłam ten temat. - Lub spleśniałe nuggetsy podawane na obiad - odwracam jego uwagę. - To jest dopiero znęcanie. W Slayton przynajmniej nie serwują odpadów.

- Może masz rację. - Nie brzmi na rozbawionego. Cesarowi brakuje instynktu samozachowawczego. Odnoszę nieodparte wrażenie, że on wręcz lubi, jak go oklepują.

Obejmuję go ramieniem.

- Luzik, jak zatęsknisz za jedzeniem z Rover, to wystarczy, że poliżesz swoją podeszwę. Poczujesz się, jakbyś nigdy się stamtąd nie wyniósł.

Lekko prycha i podstawia mi stopę pod nos.

- No chyba ty... Moje buty są tak czyściutkie, że ekskluzywne restauracje mogłyby podawać w nich egzotyczne zupy.

- Mówię o podeszwie, tonto[2]. - Zbliżam się do niego z zamiarem pstryknięcia go w ucho, ale wyczuł, co się święci, i pierwszy wyprowadził atak. - Aua! - Łapię się za ucho. Niech to szlag, muszę popracować nad swoim refleksem.

Chociaż może i lepiej wyszło. Gdyby to Cesar oberwał, musiałabym znosić jego dąsy.

Mój telefon zaczyna wibrować, a na ekranie wyświetla się zdjęcie mamy. Nie wiem, dlaczego dzwoni, zamiast po prostu mnie zawołać. Nasz dom nie jest na tyle duży, żebym nie usłyszała. Odbieram, bo co mam zrobić...

- Hejka, mami.

- Ven pa' acá[3], Yami.

- Już idę. - Rozłączam się. Zanim wyjdę z pokoju, na szybko próbuję ogarnąć jakieś wytłumaczenie dla rozbitego lustra.

- Powiedz mamie, że ja je zbiłem. - Cesar przejrzał moje myśli, chociaż nawet na mnie nie patrzył. Jest w tym dobry.

- Czemu?

- Ty unikniesz kłopotów, a mnie mama nic nie zrobi. - Ma rację. Jest pupilkiem mamusi. Kiedy on stłucze lustro, mama martwi się, czy nic mu się nie stało. Kiedy ja to zrobię, w najlepszym wypadku dostaję szlaban. Ciągle się sobie dziwię, że nie wepchnęłam go jeszcze pod koła pędzącego autobusu.

Przewracam oczami i bez pośpiechu ruszam do pokoju mamy. Idąc korytarzem, staram się ignorować jej kolekcję krzyży i portretów Jezusa, którymi obwiesiła całą ścianę. Jak gdyby jeden Jezus był niewystarczająco święty, aby wypędzić ze mnie lesbijstwo. Nie żeby mama wiedziała, że jest co wypędzać. Szkoda, że Cesar też dał się omamić obietnicami życia wiecznego, bo nawet jemu nie mogę się pożalić, że mama robi z domu kaplicę. Największy z portretów wywołuje we mnie niepokój. Odnoszę wrażenie, że ten z Jezusów nie tylko śledzi każdy mój ruch, lecz także przejrzał mnie na wylot. Ma smutne spojrzenie. Pewnie wie, że Belzebub już rozgrzewa dla mnie kocioł. W żadnej szafie się przed nim nie ukryję. Jeszcze do tego mama ciągle męczy, że "Jezus widzi wszystko". Na tym etapie mam wrażenie, jakby wnętrzności płonęły mi żywym ogniem. To chyba te krzyże usiłują przeprowadzić na mnie lesborcyzm. Nie podnosząc wzroku z podłogi, w pośpiechu pokonuję tę Galerię Upokorzenia i wchodzę do pokoju mamy.

Prawie wbiłam sobie w nogę niedokończony kolczyk z koralików walający się przy wejściu. Nie wiem, czy taka była intencja, ale jego trójwymiarowy design sprawia, że przypomina gailardię (taki czerwono-pomarańczowy kwiat). Podłoga w pokoju mamy, jak zwykle, pokryta jest grubą warstwą koralików, sznurków, żyłek i innych dupereli składających się na wyposażenie tego typu warsztatu pracy chałupniczej. Mama tworzy inspirowaną Meksykiem biżuterię i ozdoby, które sprzedaje w wolnym czasie. Trzeba przyznać, że wie, co robi. I zdecydowanie nie może narzekać na brak zajęć, ponieważ łączy to z pracą w telefonicznym centrum obsługi klienta i wychowywaniem dwójki dzieci. Zerkam na nią i próbuję wybadać, czy zauważyła, że prawie rozdeptałam jeden z kolczyków, ale jest pochłonięta pracą do tego stopnia, że kompletnie nie zwraca na mnie uwagi.

Klepnięciem dłoni wskazuje mi wolne miejsce obok siebie na łóżku. Włosy ma zebrane w niechlujny kucyk, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Te same, które nosi zawsze w celu ukrycia zapuchniętych od płaczu oczu. Nie wiem, co się wydarzyło tym razem, ale mam przeczucie, że wcale nie chodzi o lustro. Zawsze kiedy ukrywa się przed światem za ciemnymi szkłami, chce rozmawiać ze mną. Cesara woli nie obarczać swoimi zmartwieniami.

Przechodząc przez pokój, uważnie stawiam stopy, szukając wolnych od koralików przestrzeni na podłodze. Wskakuję na łóżko i wtulam się w mamę. Przyjmujemy naszą rytualną pozycję. Jej łóżko jest znacznie wygodniejsze od mojego i niezależnie od tego, ile aktualnie mam lat, zawsze czuję się w nim dużo bezpieczniej. Przytula mnie mocniej i gładzi po włosach. Zamykam oczy i przez chwilę leżymy w ciszy.

Nie mówi nic na temat lustra. Musiała w takim razie nie słyszeć, że je potłukłam. Wiem, że to ja powinnam teraz wspierać ją i pozwolić jej się wygadać, ale czuję się na maksa winna. Muszę się jej najpierw przyznać.

- Rzuciłam pracę - wypalam. Zrywam przysłowiowy plaster za jednym pociągnięciem. Przecież i tak by w końcu zauważyła. - Ale znajdę inną, obiecuję.

- Ay Dios mío...[4] - Przeżegnała się, wzdychając. - Tylko mi nie mów, że Bianca cię do tego namówiła. Ona ma na ciebie zły wpływ.

Na samo wspomnienie jej imienia cała sztywnieję.

- Nie, mami. To moja decyzja. My już nawet ze sobą nie rozmawiamy. - Próbuję się nie skupiać na tym, że przecież powinna była to zauważyć. Z drugiej strony minęło jedynie kilka tygodni, od kiedy Bianca mnie wyoutowała, a mama ma zbyt wiele na głowie i na pewno dlatego jeszcze nie wie.

- Aj, aj, aj... W takim razie porozmawiamy o tym później. - Z jakiegoś powodu nie wydaje się zła. Nie takiej reakcji się spodziewałam. - No dobrze... - Nieśpiesznie przechodzi do tematu, dla którego mnie tutaj zawołała. - Muszę cię prosić o przysługę, skarbie - mówi zachrypniętym głosem.

- O co konkretnie, mami?

- Wiesz, że chcę dla was jak najlepiej...

- No pewnie, że wiem.

- Nie mam pojęcia, co mam zrobić z tym chłopaczyskiem. - Obraca się na plecy. - Wasz ojciec nadawał z nim na tych samych falach, a ja zupełnie nie potrafię znaleźć z nim wspólnego języka.

Milczę. Tatę deportowano do Meksyku, jak miałam dziesięć lat. Czasami rozmawiamy przez telefon i czat wideo, ale na żywo nie widzieliśmy się od lat. Od kiedy wyjechał, mama przeszła istne piekło, próbując sprowadzić go z powrotem tutaj, a do tego wydała wszystkie swoje oszczędności na pomoc prawną oraz sprawy sądowe. Wszystko na marne, bo system nas zawiódł i tata już nigdy do nas nie wróci.

Tata i Cesar to jedyni ludzie, którzy naprawdę mnie rozumieją. Szkoda, że jednego z nich widzę tylko raz na jakiś czas przez kilka minut na ekranie telefonu.

- Rozmawiałam z nim dzisiaj. Tęskni za tobą i Cesarem. - Wyciera łzę wypływającą spod okularów. - Cesar słuchał taty zdecydowanie bardziej niż mnie.

Trochę mi lżej, gdy wiem, że zły nastrój mamy spowodowany jest Cesarem, a nie rozbitym lustrem czy moim odejściem z pracy. Ale jestem pewna, że i tak ostatecznie to mnie się oberwie. Zawsze tak jest.

- Cesar da sobie radę, mami.

Ściskam jej dłoń. Cesar zawsze zgrywa twardziela i nigdy się nie skarży. Sam fakt, że potrafi się obronić, nie oznacza, że możemy tolerować te jego bójki. Razem z mamą próbowałyśmy się dowiedzieć, dlaczego ciągle się z kimś tłucze, ale gdy tylko poczuje się przesłuchiwany, od razu na nas naskakuje i zamyka się w sobie. W związku z tym najlepsze, co mogę dla niego zrobić, to mieć na niego oko, ale najwyraźniej nawet z tym nie daję sobie rady. Wygląda na to, że za każdym razem kiedy odwrócę wzrok, on albo prowokuje rozróbę, albo dostaje łomot. Nic chyba dziwnego, że czuję się zupełnie bezradna. Nie mam pojęcia, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby rzadziej wyglądał jak posiniaczony bandzior.

- On ciebie słucha. - Mamie drżą wargi, a ja nie wiem, jak powinnam zareagować. Chowam pokaleczoną pięść w kieszeni bluzy. Jeśli zauważy moje rany, pomyśli, że Cesar bije się z mojego powodu. Jeden fałszywy ruch i cała wina spadnie na mnie. Żyję pod olbrzymią presją, próbując świecić dobrym przykładem dla mojego brata, podczas gdy sama ledwo daję sobie radę.

Po wyjeździe taty powstała niepisana zasada, że to ja zajmę jego miejsce i zatroszczę się o młodszego brata. Dlatego też mama obwinia mnie za każdą tragedię, która wydarza się w życiu Cesara.

Jestem tym zmęczona.

- Co mam zrobić?

- Daj mu dobry przykład. Przekonaj go, że to jest świetna szansa dla was obojga - zaczyna. - Pilnuj go. W nowej szkole będzie mniej uczniów, to może pomóc. - Do złudzenia przypomina to sugestię, że do tej pory słabo radziłam sobie z opieką nad nim. A przecież właśnie po to poszłam do pracy, żeby móc mieć go na oku w szkole pod wezwaniem Jezusa. Mam ochotę jej wygarnąć, że to, co przytrafia się Cesarowi, wcale nie jest moją winą, ale ona tego w życiu nie skuma.

- Dobrze, mami.

- Jeszcze jedno. Masz szlaban.

- Że co? - Podnoszę się. Jak śmie prosić mnie o przysługę, jednocześnie dając mi szlaban? W dodatku nadal mnie przytulając. Tak szybko wyrwałam się z jej uścisku, że prawie skręciłam sobie kark.

- Szlaban minie, jak znajdziesz nową pracę. Wiesz, że nie stać mnie na twoje czesne.

- Znajdę ją - zapewniłam. Przecież taki miałam zamiar. A szlaban i tak niezbyt mnie rusza, bo nie widuję się z nikim poza Cesarem.

- I zatroszczysz się o brata.

- Tak będzie, mami - odpowiadam, wytaczając się z łóżka.

Cesarowi powiem, że rozmawiałyśmy o lustrze.

 

 

 

[1] Pobrecito (hiszp.) - biedactwo (wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumacza).

[2] Tonto (hiszp.) - głupku.

[3] Ven pa' acá (hiszp.) - Przyjdź do mojego pokoju.

[4] Ay Dios mío... (hiszp.) - Mój Boże...

 

 

NIE BĘDZIESZ MIAŁA BOGÓW CUDZYCH PRZED KAPITALIZMEM

 

 

Powinnam zajmować się teraz wakacyjnym projektem na zajęcia z kompetencji językowych, ale większym priorytetem w tej chwili jest dla mnie znalezienie pracy. Swoją drogą powiedzcie sami, w jakiej normalnej szkole zadają pracę domową na LATO? Jak już przestanę być bezrobotna, to chyba swój referat przygotuję na temat nieetyczności i życioupierdliwości prac domowych.

Niezależnie od tego, jak bardzo pochłonie mnie wypełnianie zgłoszeń, domowy areszt wywołuje we mnie poczucie samotności. Zazwyczaj Bianca dodawała mi w takich sytuacjach emocjonalnej otuchy lub służyła radą, ale teraz już wiem, że tak naprawdę były to tylko pozory przyjaźni.

Jakaś część mnie jest jej wdzięczna za to, że powiedziała o mojej orientacji tylko (albo aż!) trzem osobom - dwójce naszych wspólnych znajomych: Stefani i Chachi, a także swojej mamie - ale ta część mnie jest żałośnie naiwna. Nie powinna była mówić o tym nikomu. Rozmyślając nad naszą relacją z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że dziewczyny, z którymi się trzymałam, tolerowały mnie tylko ze względu na Biancę. To ona była przewodniczącą naszej ekipy, a my byłyśmy jej wiernymi naśladowczyniami.

Chociaż mam wrażenie, że nazwanie jej "przewodniczącą" nie oddaje w pełni funkcji, jaką pełniła. Ona była główną gwiazdą, a ja jej supportem - coś bardziej w ten deseń.

Może nawet odrobinę przysłodziłam sobie tym określeniem. Fanka w opałach, wiecznie ratowana przez swoją bohaterkę - taki opis lepiej charakteryzuje naszą więź. Wszyscy mają gdzieś tę postać. Tak więc, serio, jestem wdzięczna Biance za rozwalenie tego związku-iluzji, bo przynajmniej nie muszę już dłużej grać tej durnej roli. Teraz to ja jestem główną bohaterką, a ona - czarnym charakterem.

Tak sobie myślę, że już wtedy byłam bardzo naiwna. Na własne oczy widziałam, jaką okropną osobą jest Bianca. Potrafiła obrabiać dupę każdemu bez żadnej konkretnej przyczyny. Patrzyła z góry na każdego, kto nie należał do naszej ekipy. Czułam się wyjątkowa pod parasolem Bianki, ogrzewałam się trochę w cieple jej popularności. Powinnam była przewidzieć, z jaką łatwością obróci się przeciwko mnie i zrobi ze mnie swój nowy cel.

Przez jakiś czas poszukiwanie pracy skutecznie odwraca moją uwagę od tematu Bianki. Chociaż na chwilę mogę oderwać się od myślenia o tym, jak bardzo jej nienawidzę, i skupić się na odpowiadaniu na oferty pracy lub kompulsywnym przepisywaniu mojego CV. Jednak jedyne, co udało mi się znaleźć na przestrzeni czerwca i lipca, to kilkoro kierowników działu personalnego gotowych zmiażdżyć mi serce odmową. Co prawda nie da się ukryć, że mój życiorys nie robi wielkiego wrażenia, niezależnie od tego, jak bardzo go koloryzuję. Miałam tylko jedną pracę - jako baristka, ale nawet tej nie udało mi się utrzymać przez całe lato, a na więcej ofert zatrudnienia w najbliższej okolicy nie mam co liczyć.

Teoretycznie wolno mi używać telefonu tylko do szukania pracy i jeśli coś mi się stanie, ale kto mi zabroni gapić się na pusty ekran w przerwach od odpowiadania na ogłoszenia. Tapeta w telefonie trochę poprawia mi zepsuty brakiem powiadomień humor. Jest nią zdjęcie, na którym razem z tatą pozujemy, jakbyśmy mieli zamiar zgłosić się do najnowszej edycji Top Model. Miałam wtedy osiem lat, więc papi musiał klęknąć, żeby zrównać się ze mną wzrostem; z rękami opartymi na biodrach patrzymy w obiektyw. Uśmiecham się do zdjęcia i zastanawiam się, czy nie zadzwonić do taty, ale przypominam sobie, że przecież mam szlaban, i rezygnuję z tego pomysłu. Nie pozostaje mi nic innego jak dalej gapić się na brak powiadomień.

Mam cichą nadzieję, że zobaczę wiadomość od Bianki, przez co czuję do siebie ogromne obrzydzenie. Nie powinnam za nią tęsknić. Powinnam być wściekła. I niby jestem, ale...

- Ech... - wzdycham i wlokę się do pokoju mamy, gdzie przeskakuję nad stertami biżuterii prosto na łóżko. Zabiłaby mnie z zimną krwią, jeśli zmiażdżyłabym stopą którąś z jej prac. Z intencją ukrycia się przed światem naciągam kołdrę na głowę i zaczynam rozmyślać.

Skoro mama może pokryć tylko połowę mojego czesnego, oznacza to, że jeśli nie znajdę pracy i nie zarobię na drugą połowę, będę musiała wrócić do Rover. Sama. Nie mogłabym wtedy zajmować się Cesarem tak, jak chciałaby tego mama. I tak już jest wystarczająco wkurzona za to, że nie udało mi się dostać razem z nim na zajęcia dla geniuszy. Jeśli wpakuje się w jakiekolwiek kłopoty i straci stypendium, to ja będę temu winna.

O to tu tak naprawdę chodzi. Nie o moją "ucieczkę" przed Biancą. Fakt, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, będzie tylko dodatkową zaletą całej tej sytuacji. No, o ile uda mi się znaleźć pracę i zarobić na czesne. Problem w tym, że nikt nie chce zatrudnić szesnastolatki bez samochodu i doświadczenia. Muszę zacząć myśleć nieszablonowo. Siadam i pozwalam, aby kołdra sama się ze mnie zsunęła. Myśl. No myśl.

To łóżko jest zbyt wygodne, by móc w nim porządnie pomyśleć, więc zeskakuję na podłogę. Niestety tutaj też nie mogę się skupić. Rozprasza mnie biżuteryjny pieprznik mamy. Zostawia na wpół skończone produkty rozrzucone po całej podłodze i nie trudzi się nawet na tyle, by oddzielić gotową biżuterię od tej niedokończonej. Zaczynam ogarniać jej bałagan z nadzieją, że pomoże mi to uporządkować myśli. Szczerze mówiąc, mogłaby zarobić dużo więcej, gdyby tylko trochę tu posprzątała i włożyła odrobinę wysiłku w rozreklamowanie swojego wirtualnego sklepu Etsy. Z ciekawości odpalam neta i obczajam, co ona w nim ma.

Muszę przyznać, że ten jej sklepik to jakaś totalna żenada. Zdjęcia wyglądają, jakby były zrobione telefonem z klapką, a do tego ten ohydny, sprany ciemnoniebieski dywan mamy w tle... Jak by to ująć? No za cholerę nie współgra on z wyrazistymi kolorami biżuterii.

Mama kompletnie nie ogarnia social mediów i jakiejkolwiek technologii. Tak więc zrobię jej niespodziankę - przeprowadzę drobną modernizację jej sklepu Etsy i założę firmowego Instagrama. To powinno pomóc zmienić jej wizerunek w sieci. Skrupulatnie przetrząsam jej prace i wybieram najlepsze z każdego rodzaju - kilka prostych świecidełek, jak kolczyki z paciorków lub naszyjniki z kryształem na łańcuszku, na których zarabia grosze, jej ręcznie plecione bransoletki, które zawsze robią furorę na wiejskich rynkach, i to, co lubię najbardziej - robótki z koralików.

Wybrane przez nią kolory nabierają głębi, kiedy są splecione, jak gdyby to sam wzór budził w nich życie. Jej naszyjniki, kolczyki i bransoletki z koralików przypominają mi Meksyk. Ostatni raz byłam tam w pieluszce, ale tylko tam naprawdę czuję się jak w domu.

Wygładzam białe prześcieradło, którym mama przykryła łóżko, i układam na nim jej skończone prace. Prezentują się całkiem nieźle, ale nie tak dobrze, jak by mogły. Znacznie lepiej wyglądałyby na modelce. Tak się składa, że ja zawsze jestem chętna na drobną i szybką metamorfozę. Paznokcie, twarz i włosy zrobione. Czas nałożyć biżuterię i pstryknąć kilka oszałamiających fotek.

- Cesar! ?Ayúdame![5] - krzyczę.

- Z czym? - odkrzykuje.

- No przyjdźże, no!

- Idę, już idę. - Cesar przychodzi i wpatruje się we mnie i biżuterię mamy rozłożoną na łóżku. - Eee... co ty odwalasz?

- Zarabiam... - Uśmiecham się. - A ty będziesz moim fotografem.

- Jeśli obiecasz, że pójdziesz ze mną po takisy.

Ciekawe. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak przekonywał jakąś dziewczynę przez telefon, że jest chory i nie da rady się spotkać. Takisy to tylko wymówka, żeby wyciągnąć mnie z chaty. Nigdy się nawet nimi ze mną nie dzieli, co akurat by mnie bardzo drażniło, gdybym je faktycznie lubiła. Wydaje mi się, że Cesar przepuszcza spotkania towarzyskie, żeby sprawdzać, jak się trzymam.

Nie wie dokładnie, co się stało, ale jestem pewna, że roztrzaskane lustro i brak Bianki mogły naprowadzić go na odpowiedni trop. Od dzieciństwa spędzałyśmy razem całe dnie - czy to u mnie, czy u niej - tymczasem lato prawie dobiega końca, a jej nie było ani razu od zakończenia roku.

- Ale ja mam szlaban - jęczę.

- Mama jest w pracy. - Mruga, ale ewidentnie nie wie, jak to zrobić bez wykręcania głowy i rozdziawiania japy. - Poza tym i tak chciała, żebyśmy zanieśli tamales[6] pani Violecie. Nie musi wiedzieć, że poszliśmy też po takisy.

Nie musi mnie długo namawiać, bo osobiście uważam, że niesłusznie dostałam ten szlaban. Jestem pewna, że mama go cofnie, jak tylko usłyszy o moim superpomyśle na jej biznes. Prawdę mówiąc, wolałabym też, żeby Cesar nie szwendał się sam po osiedlach. Mama na pewno też by tego nie chciała. Przysięgam, on ma nad sobą jakieś fatum, które ściąga na niego kłopoty zawsze, kiedy nie ma mnie w pobliżu, a chłopak, z którym wiecznie się tłucze, mieszka w okolicy. Wolałabym nie ryzykować, że się spotkają, nawet jeśli na zewnątrz jest tak gorąco, że można by usmażyć jajko na ulicy.

- Zgoda, ale najpierw fotki. - Wręczam Cesarowi swój telefon, a ten bez żadnego ostrzeżenia zaczyna strzelać serie.

- Nie jestem gotowa! - W pośpiechu wsuwam bransoletkę i prężę nadgarstek do kamery, ale Cesar kręci głową.

- Nałóż też te. - Wskazuje parę brązowo-niebieskich kolczyków, które tworzą zestaw z bransoletką.

Zakładam kolczyki i przybieram pozę, w której łapię się za ucho, aby zademonstrować wszystkie artykuły.

- Odpuść ten dzióbek. Twoich ust nawet nie widać - sugeruje brat, a ja rozluźniam zaciśnięte wargi.

Cesar robi fantastyczne zdjęcia, ale strasznie się przy tym panoszy. Reżyserskim tonem dyktuje mi pozy i wskazuje, która biżuteria pasuje do którego zestawu ubrań. Jednak nie trwa to zbyt długo, bo po chwili zaczyna się nudzić i postanawia się na mnie wypiąć. Zostawia mnie samą z arcytrudnym wyborem nazwy sklepu i nicku na Insta. Po jakiejś godzinie dywagacji zdecydowałam się na JoyeriaFlores dla obu. Do tej pory sklep mamy na Etsy nosił nazwę: Maria749 i - co tu dużo mówić - zmiana była konieczna. Teraz potrzebuję trochę kasy na opłatę za wystawienie produktów na sprzedaż. Usuwam wszystkie dotychczasowe, bo trudno ogarnąć, co tak naprawdę można tu kupić. I z tego, co widzę w apce, mama nie sprzedała nic od dłuższego czasu. Ale to się niebawem zmieni. Pokażę mamie jej nowy sklep dopiero, jak go porządnie rozbujam. Łatwo nie będzie, ale dam z siebie wszystko.

Jedyny problem jest taki, że oddałam jej wszystkie pieniądze, które zarobiłam w ostatniej pracy, żeby mogła z nich pokryć koszty mojego czesnego. Na szczęście jest ktoś jeszcze, kogo mogę poprosić o gotówkę. Wysyłam krótką wiadomość do taty, w której opisuję cały biznesplan, załączam kilka fotek i informuję o wysokości opłat za wystawienie produktu. Kilka chwil później rozlegają się wibracje zwiastujące odpowiedź.

Papi: Ay, que linda[7] <3 Mama na pewno się ucieszy. Nie mogę się doczekać jej reakcji.

Ledwie zdążyłam doczytać wiadomość, kiedy dostałam powiadomienie o przelewie. Przysłał mi wystarczająco pieniędzy na pokrycie opłaty za wystawienie pierwszych dwudziestu przedmiotów, a także dodatkowe dwadzieścia dolarów i kolejną emotkę serca.

Jak tu go nie kochać?

Kiedy pokryłam już koszty wystawienia towaru, dokładnie wszystko wyliczam, tak żeby uwzględnić w każdej cenie opłatę za dodanie oferty, opłatę transakcyjną i opłatę manipulacyjną, aby na niczym nie stracić. Jak to możliwe, że nikt nie chce mnie zatrudnić pomimo tak ewidentnej smykałki do biznesu? Ich strata.

Po wystawieniu wszystkich najlepszych produktów udostępniam na swoim Twitterze zdjęcia wraz z linkami. Opatruję je dopiskiem o tym, że mama ciężko pracuje, żeby zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy. Dodaję też, że bardzo ją kocham, takie tam. Kicz na maksa, ale ludzie się na to nabierają.

- To idziemy w końcu czy nie? - Cesar wraca do pokoju z poważną miną.

Jeszcze kilkukrotnie czytam opis, zanim post trafi do sieci. Kiedy nareszcie schodzę na dół, Cesar czeka już na mnie przy drzwiach, z zamrożonymi tamales w rękach. Zawinął je w papierowe talerzyki, żeby zanieść pani Violecie. Kiedy rok temu zmarł jej mąż, bardzo się załamała i od tamtej pory przestała o siebie dbać, ale sąsiedzi pilnują, żeby nie padła z głodu. Zawsze była osiedlową babcią i opiekowała się wszystkimi dzieciakami z sąsiedztwa, bo niczyi rodzice nie mogli pozwolić sobie na niańkę. Nierzadko siedzieliśmy w ósemkę w jej dwupokojowym mieszkaniu i świetnie dawała sobie z nami radę. Ona kiedyś opiekowała się nami, więc teraz to my opiekujemy się nią.

Jak tylko wyszliśmy z domu, usłyszeliśmy smutną muzykę w wykonaniu mariachi niosącą się echem po okolicy. Jej źródłem jest dom pani Violety. Kiedyś puszczała więcej żywej muzyki ludowej, do której śmiało można by potańczyć, a teraz na jej playliście królują tylko depresyjne kawałki. Przesiaduje całe dnie w ogródku przed domem i zamęcza sąsiadów zapętloną muzyką żałobną.

Całą drogę sprawdzam telefon. Zero powiadomień. Stworzyłam sklep i profil na Insta jakieś kilka minut temu, więc to pewnie za wcześnie, żeby się przejmować. Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni, mając nadzieję, że przy kolejnym sprawdzeniu będzie trochę lepiej. Minęliśmy zaledwie dwa domy, a moje buty nagrzały się od chodnika tak, że czuję się, jakbym była przypiekana na comalu[8]. Przeszliśmy jakieś półtora metra, a jestem już cała mokra. Uroki mieszkania w Phoenix. Ale czego się nie robi dla rodziny, prawda?

Po drodze do pani Violety mijamy dom, w którym mieszka Bianca, ale staram się go ignorować i patrzę wyłącznie przed siebie. Nie chcę widzieć ogrodu kwiatowego, którego nie dane nam było dokończyć. Wolałabym nie widzieć malowanych przez nas ceramicznych donic. A nuż przypomniałyby mi o wszystkich miłych chwilach, które wspólnie przeżyłyśmy, podczas gdy ja próbuję przekonać samą siebie, że to okrutna, pozbawiona uczuć suka. Gdy zbliżamy się do jej domu, Cesar gapi się na niego, przez co ja robię dokładnie to samo.

W doniczkach są kwiaty. I to całkiem nieuschnięte. Ściska mi żołądek, a słońce zdaje się parzyć ze zdwojoną siłą. Posadziła resztę roślin beze mnie.

- Co tak w zasadzie się między wami wydarzyło?

Naprawdę liczyłam na to, że przemilczy sprawę, ale wiedziałam, że prędzej czy później poruszy ten temat.

- Nic, ta dziewczyna jest dla mnie martwa. - Wycieram pot z czoła.

- To nie mogło być nic, skoro tak reagujesz - kpi Cesar.

- Nie chcę o tym rozmawiać. - Rana na sercu po wbitym przez Biancę nożu jeszcze się nie zabliźniła. Ale Cesar nie może o niczym wiedzieć. Skoro Bianca przestała dla mnie istnieć, nie muszę się zastanawiać nad tym, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nigdy nie powiedziała jej prawdy o swojej orientacji. Skoro Bianca nie żyje, mogę raz na zawsze o niej zapomnieć i żyć dalej. Uwielbiam tę naszą zasadę, która pozwala na zadanie pytania tylko raz, ponieważ dzięki niej nie muszę nad tym zbyt długo rozmyślać.

Doceniam też to, że Rover było na tyle duże, że plotki nigdy nie wychodziły poza grono najbliższych znajomych. Cokolwiek mówiono o mnie za moimi plecami, do Cesara nigdy to nie dotarło, tak jak do mnie nie docierały komentarze na temat Cesara. I chciałabym, żeby tak pozostało.

Wyciągam telefon, żeby odgonić jakiekolwiek myśli o Biance. Na Instagramie przybyło kilka lajków i obserwujących, ale nie jest to na tyle zawrotna liczba, żebym mogła zacząć zajmować się sklepem na pełen etat. Z lekkim jęknięciem wypuszczam z siebie powietrze. Zdaję sobie sprawę, że to wymaga czasu, ale cierpliwość nie jest moją mocną stroną.

- Przestań to sprawdzać. Zaoszczędzisz sobie trochę nerwów - upomniał mnie Cesar; zdążył, jeszcze zanim pitbull pani Violety wyczuł nas z odległości kilku domów i zaczął ujadać. Tyle wystarczyło, by Cesar przestał prawić mi morały. Ale muszę mu przyznać rację. Upominam się w duchu, by przestać sprawdzać telefon przynajmniej do powrotu do domu. Wyciszam go, żeby żadne powiadomienia nie przeszkodziły mi w tym postanowieniu.

Cesar podchodzi do metalowej siatki i wita się ze szczeniaczkiem, który liże mu dłonie przez oczka w ogrodzeniu. Biedny piesek. Ma zakaz wchodzenia do domu i jest dożywotnio skazany na ostrzyżony do gołej ziemi trawnik przed domem pani Violety. Większość z nas pomaga jej, przynosząc jedzenie, a jakieś dzieciaki w ramach wolontariatu dbają o jej trawnik, który trochę wymknął jej się spod kontroli. Trawa może i jest zawsze ścięta, ale biednego pitbulla pozbawili ostatniej rozrywki, jaka mu została.

Cesar nigdy nie przechodzi obok tego domu obojętnie. Poza wspólnym wysiłkiem całego sąsiedztwa jeszcze szczeniaczek trzyma panią Violetę przy życiu. Suczka ma tylko rok i jest wystarczająco słodka, by odwrócić uwagę Cesara od moich problemów. Widzę, że mój brat próbuje wypełnić pustkę, którą zostawiła Bianca, mimo że wie bardzo niewiele na temat naszego rozstania. Bardzo go za to kocham.

Pani Violeta wydaje się nas nie zauważać, dopóki nie staniemy z nią buty w buty, nie wyprzytulamy się i nie wycałujemy. Uśmiecha się do nas ze łzami w oczach, ale nic nie mówi.

- Przynieśliśmy tamales! - Cesar przekrzykuje muzykę i wskazuje na talerze, które trzymam w rękach. Starsza pani nie odpowiada, więc wchodzimy do środka, by je dla niej podgrzać. Inaczej nigdy ich nie zje. Podczas gdy Cesar zajmuje się jedzeniem, ja trochę ogarniam w salonie. Wszystkie meble przykrywają plastikowe narzuty chroniące przed niczym innym niż wygodą. Jako dziecko bardzo ich nienawidziłam i do tej pory nie rozumiem ich funkcji. Narzuta na jednej z naszych kanap nadal nosi lekko wyblakłe ślady markera z czasów, kiedy razem z Biancą jako małe dziewczynki chciałyśmy "nadać wystrojowi trochę smaku". Twarz zaczyna mi płonąć na samo wspomnienie. Odnoszę wrażenie, że dokądkolwiek bym nie poszła, Bianca już tam na mnie czeka, by ze mnie drwić.

Kiedy jedzenie jest już ciepłe, razem z Cesarem siadamy na tarasie pani Violety i czekamy, aż zje. Umilamy jej ten czas różnymi historyjkami wymyślonymi w celu poprawienia jej humoru. Im dłużej z nią jesteśmy, tym mniej smutne wydają się jej oczy. Zanim się pożegnamy, upewniamy się, że raczy nas niewymuszonym uśmiechem i że nie spędzi reszty dnia, płacząc.

- Bardzo wam dziękuję. Los quiero muchísimo[9] - wyszeptuje, całując mnie w czoło, a potem powtarza to samo z Cesarem.

- My panią też - odpowiadamy jednogłośnie i ściskamy ją mocno, po czym wychodzimy do pobliskiego spożywczaka kupić takisy dla Cesara i wracamy do domu. Pomarańczowy dom, który wspólnie z tatą pomalowaliśmy któregoś lata, zdecydowanie odróżnia się od pozostałych. Chcieliśmy zrobić mamie miłą niespodziankę, bo pomarańczowy to jej ulubiony kolor. Myślę, że jesteście w stanie sobie wyobrazić, że ekipa malarzy składająca się z ośmiolatka i dziewięciolatki nie poradziła sobie z tą fuchą zbyt dobrze. Mama twierdzi, że nie chce przemalować domu, bo nas na to nie stać, ale ja uważam, że nie robi tego ze względu na sentyment do taty.

Kiedy już wróciliśmy do domu, cali spoceni i bez takisów (tylko w moim przypadku), pozwalam sobie na krótkie zerknięcie w telefon. JoyeriaFlores bynajmniej nie stała się viralem, ale ma już kilkaset powiadomień z Twittera i Instagrama i niemałą liczbę entuzjastycznych komentarzy. Szybko wchodzę w apkę Etsy.

Nie. Do. Wiary.

Sprzedała się już połowa produktów. Rzucam się na łóżko, trzęsąc się i piszcząc z radości. Zaniepokojony odgłosami Cesar przychodzi sprawdzić, co się stało.

- No dobra... Chyba nie chcę wiedzieć. - Przerażony moim atakiem radości i ogłuszony piskiem powoli wycofuje się z mojego pokoju.

Jak już się uspokoiłam, wrzuciłam post z podziękowaniami za tak ciepły odbiór i z obietnicą szybkiego uzupełnienia asortymentu. Następnie zabieram się do pracy i próbuję sprzedać to, co zostało. Wracam do pokoju mamy, zakładam na siebie biżuterię i nagrywam kilka tiktoków. Wrzucam tylko jednego, a resztę zapisuję z zamiarem zamieszczenia ich później. Mam nadzieję, że któryś z tych filmików trafi do zakładki "Dla Ciebie" wszystkich użytkowników aplikacji i każdy dowie się o naszym sklepie. Otwierają się drzwi wejściowe, więc pędzę przywitać się z mami, nastawiając się na natychmiastowe cofnięcie szlabanu.

- Mami, mam dla ciebie niespodziankę! - oświadczam, przytulając się do niej.

- Niespodziankę? - Podnosi brwi.

Wyciągam telefon z kieszeni i pokazuję jej mój ostatni post, który właśnie podbija Twittera. Wstrzymując oddech, uważnie obserwuję jej wyraz twarzy i próbuję odgadnąć, ile przeczytała. Nie zmieniając miny, klika w link do Etsy.

- Co myślisz o nazwie? Spójrz na liczbę zamówień! Czy to nie wspaniałe? Właśnie to będzie moją nową pracą! Pomogę ci z tworzeniem nowej biżuterii i w pełni zadbam o nasze media społecznościowe oraz sklep. - Mam wrażenie, że za chwilę poryczę się ze szczęścia. Mami na pewno pęka z dumy, że jej córka jest takim rekinem biznesu. Oddaje mi telefon.

- Natychmiast to usuń.

Wryło mnie. Jaja sobie robi.

- Słucham?

- Natychmiast to usuń.

- Ale dlaczego? - Mimowolnie łamie mi się głos. Naprawdę sądziłam, że to superpomysł.

- Bo tak mówię.

Wpatruję się w nią z otwartą ze zdziwienia buzią. Czy ona zdaje sobie sprawę, jak ogromna to dla niej szansa? Dla nas wszystkich. Przecież sama chce zarabiać więcej pieniędzy! Mnie uziemiła, bo nie przynoszę do domu kasy! Czemu jest tak cholernie uparta? To był świetny pomysł i, szczerze mówiąc, nic lepszego nie wymyślę. Cokolwiek bym zrobiła, jej to nie pasuje.

- Mija, za mną ciężki dzień, nie mam ochoty teraz o tym rozmawiać. - Przechodzi obok mnie i bez słowa kieruje się w stronę swojego pokoju. Ja do swojego wpadam jak burza, rzucam się z powrotem na łóżko i wrzeszczę w poduszkę.

Tacie bardzo spodobał się mój pomysł i gdyby to on decydował, na pewno pozwoliłby mi go zrealizować. Może poproszę go o pomoc. A może po prostu się wyżalę. Wysyłam mu głosówkę.

- Paaaaaapi, strasznie za tobą tęsknię. Mama zachowuje się jak ostatnia świnia - nagrywam, po czym usuwam i zaczynam raz jeszcze.

- Papiiiiii, powiedz swojej żonie, żeby przestała być takim okropnym knurem! - Usuwam.

Przy nagrywaniu siódmej głosówki zeszła ze mnie cała złość. Ostatecznie wysyłam raczej stonowaną wiadomość, w której spokojnie wyjaśniam mu całą sytuację. Liczę na to, że on zaczaruje mamę i przemówi jej do rozumu.

Mój telefon nie przestaje wibrować od powiadomień, aż w końcu zdjęcie-tapeta, na którym pozuję z tatą, zaczyna blednąć, po tym jak rozładował mi się telefon. Chyba daruję sobie podłączanie go do ładowarki, bo bardzo nie chcę informować wirtualnej klienteli o tym, że zamykam sklep w dniu jego otwarcia.

 

Rano podłączam telefon do ładowania; powiadomienia w dalszym ciągu nie ustają. Jestem wkurzona, bo cały mój wysiłek poszedł na marne. Ale wtedy dostrzegam dwie wiadomości. Jedna od mamy...

Mami: Nie usuwaj sklepu...

I jedna od taty.

Papi: Pogadałem z nią ;)

 

 

 

 

 

[5] ?Ayúdame! (hiszp.) - Pomóż mi!

[6] Tamales (hiszp.) to danie meksykańskie - nadziewane ciasto kukurydziane.

[7] Ay, que linda (hiszp.) - Bystrzacha.

[8] Comal (hiszp.) to tradycyjne naczynie meksykańskie, przypominające wklęsłą patelnię.

[9] Los quiero muchísimo (hiszp.) - Bardzo was kocham!