Rozdział pierwszy
Pierwsi goście
W listopadzie 1989 roku skończyła się zimna wojna. Dwubiegunowy porządek świata, który panował przez ponad czterdzieści lat, od końca drugiej wojny światowej, opierający się na podziale Wschód-Zachód, uległ fundamentalnemu przesunięciu.
Wojny się kończą. Nikt jednak nie spodziewał się tak szybkiego finału militarnej konfrontacji między Wschodem i Zachodem. Rozległe imperium radzieckie, choć nadkruszone przez wyniszczającą wojnę w Afganistanie, przygniecione budżetem na zbrojenia, upadającymi sektorami rolnictwa i produkcji przemysłowej oraz rosnącym w siłę, zwłaszcza wśród elit intelektualnych, ruchem dysydenckim, wydawało się nie do ruszenia. Ilekroć któryś z krajów położonych w bezpośredniej strefie interesów podejmował próbę reform lub stawiał opór radzieckiemu zwierzchnictwu, wjeżdżały czołgi sowieckie lub czołgi Układu Warszawskiego, jak było na Węgrzech w 1956, a później znów w Czechosłowacji w 1968 roku. Wszyscy spodziewali się, że ta groźba reakcji będzie dalej scalała to gargantuiczne imperium.
W Polsce zaczynał się jednak skomplikowany taniec między komunistycznymi przywódcami a robotnikami budującymi niezależny związek zawodowy "Solidarność", pierwszy taki za żelazną kurtyną. Choć rząd podpisał porozumienia z robotnikami, zarówno on, jak i doradcy radzieccy uznali rodzącą się "Solidarność" za zbyt groźną. Uliczne protesty zgromadziły w pewnym momencie dziesięć milionów ludzi w ponad trzydziestopięciomilionowym kraju. W 1981 roku rząd wprowadził stan wojenny, internując ponad dziesięć tysięcy związkowców.
Ale tym razem sankcji nie wprowadzono z pomocą obcych czołgów. Pogrążony w kryzysie Związek Radziecki próbował stanąć na nogi, decydując się na restrukturyzację. W 1985 roku Michaił Gorbaczow, reformator, który miał uratować imperium przed tym, co okazało się - jak wiemy z perspektywy czasu - nieuchronnym upadkiem, został wybrany na pierwszego sekretarza partii. Jego nowe programy - większa otwartość polityczna (głasnost) i szereg reform gospodarczych (pierestrojka) - obnażyły strukturalną słabość niemożliwą do naprawienia.
W Polsce, gdzie wprowadzenie stanu wojennego dodatkowo osłabiło gospodarkę i tak już znajdującą się w stanie zapaści, unicestwiając resztki zaufania do istniejącego systemu politycznego, autorytarny reżim zgodził się zasiąść do rozmów ze swymi poddanymi przy Okrągłym Stole. Po sześciu tygodniach negocjacji obywateli z rządzącą partią, którym z zapartym tchem przyglądał się cały naród, komunistyczny rząd zgodził się na przeprowadzenie wyborów, pierwszych prawdziwych wyborów w Polsce i bloku wschodnim po bez mała pół wieku. Stan wojenny upadł1.
Niczym klocki domina kolejne kraje Europy Środkowo-Wschodniej odrywały się w 1989 roku od imperium radzieckiego. Niemcy Wschodnie przestały bronić muru dzielącego Berlin Wschodni i Zachodni, który przez dekady był symbolem bezwzględnego podziału. W 1991 roku rozpadł się Związek Radziecki, państwa członkowskie oddzielały się niczym krnąbrne dzieci, z których każde miało swoją własną historię do opowiedzenia przyglądającemu się ze zdumieniem Zachodowi, czego żaden z jego ekspertów nie przewidział.
W tamtych czasach mój partner i ja nie mieliśmy telewizora, tak więc nie oglądaliśmy upadku muru berlińskiego. Zawsze żałowałam, że nie widziałam na własne oczy tłumu burzącego ten mur, ludzi przedzierających się przez jeszcze niedawno ufortyfikowane granice, by połączyć się z zagubionymi od dawna przyjaciółmi i krewnymi - po to, by zamieszkać w zupełnie nowej rzeczywistości.
Jesienią 1988 roku zadzwoniła znajoma: czy moglibyśmy przenocować dwoje jugosłowiańskich przyjezdnych, parę studentów z Bostonu, którzy chcieli zwiedzić Nowy Jork, ale nie mieli ani grosza przy duszy? Nasze mieszkanie na Manhattanie rzeczywiście często bywało noclegownią dla wędrownych działaczek feministycznych i muzyków specjalizujących się w muzyce eksperymentalnej, co stanowiło mieszankę, która czasem eksplodowała dziwną atmosferą w kuchni przy śniadaniu. Pomyślałam jednak: "Naprawdę, Ann, musisz postawić jakąś granicę. W życiu nie słyszałaś o tych osobach, Sonji Licht i Milanie Nikolicu. Nie masz bladego pojęcia o życiu w Jugosławii". Czy Jugosławia nie miała specjalnego statusu? Czy jej dyktator Tito nie chronił kraju przed całkowitą kontrolą Stalina? Cieszyli się chyba pewną swobodą gospodarczą? Moja ignorancja skłoniła mnie do odmowy.
Nie potrafię dziś wyjaśnić, jakim cudem sprawiła, że zmieniłam zdanie, ale Myrna Kostash po prostu nie przyjęła do wiadomości mojej odmowy. Było dla niej nie do pomyślenia, że ja - z moim wieloletnim aktywizmem politycznym - miałabym nie pomóc tym dwojgu bohaterom podziemnej opozycji. "Pokochasz ich" - powiedziała. Zadzwoniłam pod numer, który mi podała, żeby się umówić; zachrypnięty głos powiedział, że przekaże słuchawkę żonie, która zajmuje się wszystkimi praktycznymi sprawami. O nie! Nie znoszę, kiedy żony zajmują się "wszystkimi praktycznymi sprawami". Przewróciłam oczami. Usłyszałam inny zachrypnięty głos mówiący z tym samym twardym akcentem, ustaliłyśmy szczegóły.
Przyjechali kilka dni później. Mój partner Daniel i ja otworzyliśmy drzwi mężczyźnie wielgachnemu jak góra i krągłej kobiecie połowy jego wzrostu. Wypełnili sobą cały przedpokój. Myrna miała rację. Prawie natychmiast pokochaliśmy ich z całego serca. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, że następne cztery dni mogły być zaledwie początkiem.
Powrót do tamtej chwili wymaga trudnej mentalnej podróży do świata, który zniknął. To byli studenci prawie bez grosza przy duszy. On siedział dwa lata w więzieniu, najpierw jako jeden z przywódców ruchu studenckiego w 1968 roku, a później jako jeden z Belgradzkiej Szóstki, grupy dysydentów, których profesorowie zostali wyrzuceni z państwowego uniwersytetu w 1975 roku i w 1976 założyli wolny uniwersytet. W pokoju przesłuchań, w piwnicy, Milan poczuł, że jego serce zamiera. Kiedy wyszedł na wolność, solidarnie czekała na niego Sonja, jego długoletnia przyjaciółka - od tamtego czasu byli razem, z trudem wiążąc koniec z końcem, imając się zleceń w instytutach badawczych lub ubiegając się o stypendia gdzie popadnie.
W swoich badaniach oboje zajmowali się politycznym patem w Jugosławii. Rozprawa doktorska Milana na temat niestabilnego i niepewnego życia, jakie wszyscy tam wiedli, została wykorzystana przeciwko niemu jako dowód w jego drugim procesie. Kiedy jednak tak siedzieliśmy razem, śmiejąc się, objadając i pijąc, nie mieliśmy bladego pojęcia o skali zmian, jakie nadchodziły.
Ku naszemu zaskoczeniu w rok po tej cudownej wizycie, w 1989, wszystkie kraje znajdujące się dotychczas pod ścisłą kontrolą Związku Radzieckiego miały się wyzwolić. Te dwie tak drogie nam, dotychczas prześladowane, istoty stały się sławnymi działaczami i ekspertami - znanymi w świecie, kontrowersyjnymi, podejmującymi trud walki w nowej, kształtującej się rzeczywistości, co przyniosło im sławę i niesławę w rozpadającej się postkomunistycznej Jugosławii. Teraz, kiedy minęły już czasy, gdy donikąd nie mogli jeździć, podróżowali wszędzie. W prasie i raportach na temat praw człowieka śledziliśmy ich zadziwiającą nową trajektorię. Jednocześnie musieli się zastanowić, jak żyć tym nowym życiem, wypełnionym nieznanymi dotąd codziennymi nawykami i zadaniami. Fundamentalnie zmieniły się uwarunkowania podejmowania nawet najbłahszych działań. Dla Sonji i Milana, a także wszystkich ludzi w połowie Europy oraz w całym dawnym Związku Radzieckim ta wszechobecna odmiana losu, początkowo odczuwana jako coś niezwykłego, choć powszechnego, była wspólnym doświadczeniem. Upadek komunizmu rozproszył wszystkich. Wkrótce jednak talię kart przetasowano, zaś ludzie znaleźli się w zupełnie nowym położeniu w świecie, który każdemu dał do ręki inny los. Choć - o dziwo! - prawie nie doszło do rozlewu krwi, zmieniło się wszystko: jeśli chodzi o sens i horyzont oczekiwań.
W 1989 roku po prostu się przyglądaliśmy. To inne życie, kiedy oglądało się je pod lupą, zawsze wydawało się odległe, dalej patrzyliśmy na nie jak na coś, co się dzieje bardzo daleko stąd. Wraz z moim partnerem, kompozytorem Danielem Goode'em, w zasadzie tylko raz, przelotnie, byliśmy za żelazną kurtyną - w 1984 roku. Jestem wdzięczna za to przypadkowe zdarzenie, za ten mały "ówczesny" ogląd tego, co było przedtem. Daniel został zaproszony z koncertem do Budapesztu przez Grupę 180, undergroundowy kolektyw muzyczny. (Mogli grać najdzikszą, jaką tylko chcieli, muzykę, lecz nie używali słów, ponieważ te skrupulatnie cenzurowano). Po drodze zatrzymaliśmy się w Berlinie i przeszliśmy przez punkt kontroli granicznej Checkpoint Charlie - byliśmy po raz pierwszy na Wschodzie.
Rozbawiło nas, kiedy zostaliśmy przeszukani w autobusie i skonfiskowano nam zachodnie czasopisma. W tamtych czasach nie mieliśmy w ogóle pojęcia o tych codziennych mechanizmach kontroli. Pewnie pomyśleliśmy wtedy, że nie da się uchronić dziewictwa Wschodu przed deprawacją Zachodu za pomocą tak niezdarnych metod. Dziś, patrząc wstecz bez cienia uśmiechu, wiem, że blokada idei i obrazów rzeczywiście odniosła skutek - i to w zdumiewającym stopniu. Jednak to nie zadziałało. Powstała próżnia, którą wszyscy wyczuwali. Zachód to lśnił, to patrzył wilkiem, ale był, być może istniejąc przede wszystkim w rygorystycznie podtrzymywanym dramacie nieobecności. Dysydenci natomiast, których mieliśmy później poznać, wytrwale dziurawili kurtynę ostrym stukotem maszyny do pisania, na której przepisywali podziemne samizdaty, przynosząc Wschodowi zakazane słowa z Zachodu.
Po przybyciu do Budapesztu doświadczyliśmy tych wszystkich, dziś już mitycznych, wrażeń, jakie były udziałem Amerykanów przy pierwszym kontakcie ze Wschodem. Jeden z przyjaciół Daniela, również kompozytor, przyjechał po nas na dworzec trabantem, w którym ledwo zmieścił się nasz zachodni bagaż pokaźnych rozmiarów, w tym luksusowy, podwójny futerał na klarnet Daniela. Kopnął w samochód i roześmiał się. "To plastik". Faktycznie, wydobył się dźwięk jak po uderzeniu w karton mleka. Potem ujrzeliśmy piękne szare budynki, bez żadnych reklam, pokryte dziurami po kulach z czasów drugiej wojny światowej i powstania 1956 roku. Zamieszkaliśmy w akademiku, w pokoju z nieustannie wypluwającym z siebie ogłoszenia głośnikiem, którego nie umieliśmy wyłączyć; mieliśmy trudności ze znalezieniem ręcznika czy restauracji - i tak dalej, klasyczne wspomnienia Amerykanów stosunkowo rzadko wówczas przyjeżdżających.
Postanowiliśmy pójść na pochód pierwszomajowy, który w fantazji zachodnich działaczy lewicowych jawi się jako dzień ludzi pracy. Maszerowaliśmy w tłumie robotników niosących jaskrawo pomalowane transparenty. Ten nasz sentymentalizm, by świętować razem z "ludem", wzbudził pogardę zepchniętych na margines i źle usposobionych muzyków, do których poszliśmy z wizytą. Czy nie rozumiemy, jak bardzo zmanipulowane są te masowe manifestacje? Rozumieliśmy. Jak jednak wytłumaczyć życie po drugiej stronie lustra, gdzie ruch związkowy stale topniał? Pierwszy Maja! Święto, które w Ameryce przestało znaczyć cokolwiek, tutaj - choć z innych przyczyn - nie miało nic wspólnego ze swobodą zrzeszania się robotników. Nie zważając - nawzajem - na swoje racje, i my, i nasi gospodarze zderzyliśmy się w próżni, która się między nami wytworzyła.
Krewni rodziców Daniela pochodzili z Debreczyna położonego we wschodniej części Węgier. Uciekając przed komunistycznymi pochodami i pogardą dysydentów, pojechaliśmy tam, żeby odkryć nazwisko Guttman na tablicy upamiętniającej pierwszą wojnę światową, wmurowanej w ścianę zamkniętej synagogi. (Znaleźliśmy to miejsce dzięki księdzu: powiedział, że zna zakonnicę, która wie, gdzie jeszcze mieszkają Żydzi - dwóch, niczym starodawne gnomy, siedziało i strzegło swego spiętrzonego aż pod sufit archiwum). Czterej synowie Guttmana zginęli na froncie w pierwszych tygodniach 1915 roku; piąty - dziadek Daniela - wyemigrował do Ameryki.
Dzięki przyjaciołom przyjaciół zaproszono nas na wieś, gdzie mieliśmy spędzić popołudnie w towarzystwie pewnego małżeństwa i ich nastoletniego syna, pary muzyków będących członkami jednej z wielu finansowanych przez państwo orkiestr, z powodu których Budapeszt stał się przedmiotem zawiści wygłodniałych filharmoników w Nowym Jorku. Małżonkowie nie okazali nam, ignorantom z Ameryki, żadnej pogardy. Zazdrościli jedynie legendarnego amerykańskiego konsumenckiego raju. Ci ludzie nie potrafili chyba odpowiedzieć na żadne z pytań Daniela na temat muzyki; byli technikami uszczęśliwionymi, że mają dość przyzwoitą pracę. Chcieli nam natomiast opowiedzieć o tym, jak musieli się nagimnastykować, żeby zdobyć samochód - nie był to trabant, lecz jakiś luksusowy i zachodni pojazd; mówili też o cudzie, jakim było zdobycie domku letniskowego - daczy; a także o tym, ile czasu minie, zanim będzie ich stać na kupno pralki. Ponieważ im współczuliśmy, czuliśmy się przede wszystkim zażenowani ciasnotą tych obsesyjnych tematów, a poza tym winni, że mamy ten luksus, iż nie musimy tyle czasu poświęcać na myślenie o ich przedmiotach pożądania; stawaliśmy na głowie, byle tylko uprzedzić każdą ich myśl czy życzenie, co skończyło się tym, że poprosili nas, żebyśmy przez cały dzień rozmawiali z ich dziesięcioletnim synem po angielsku, żeby mógł poćwiczyć język, do nauki którego go zmuszali. Może pewnego dnia ucieknie na Zachód. Oszołomieni i wyczerpani mówieniem przez tyle godzin w naszym języku, chwiejnym krokiem wróciliśmy do akademika i zasnęliśmy głębokim snem.
Przed wyjazdem z Węgier udaliśmy się na ostatnie spotkanie towarzyskie: kolację z młodymi muzykami i artystami, których podziwialiśmy. Jeden na dziko mieszkał na poddaszu, które zbudował (abnegat bez daczy, odmawiający udziału w kulturze konsumpcjonizmu), a pozostali, którym tego wieczoru złożyliśmy wizytę, zajmowali okazałe pokoje o wysokich stropach, zamieszkiwane wspólnie przez kilka czteroosobowych rodzin, najwyraźniej jednak było to kiedyś jedno mieszkanie - salon i jadalnia, gdzie unosił się duch burżuazyjnego domostwa.
Spóźniliśmy się i kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, wkroczyliśmy w sam środek pełnej zakłopotania ciszy. Czy to z powodu naszego spóźnienia? Przeprosiliśmy, wytłumaczyliśmy się, błagaliśmy o przebaczenie. Okazało się, że podczas naszej nieobecności ośmioro osób zgromadzonych przy stole rozprawiało o książce, którą podarowałam jednej z członkiń kolektywu, niedawno opublikowanej feministycznej antologii tekstów o seksualności, wydałam ją z dwiema przyjaciółkami - Powers of Desire: The Politics of Sexuality (Siły pożądania. Polityka seksualności). Nie zaprzątając sobie głowy uprzejmością, niezależne i błyskotliwe towarzystwo jasno dało do zrozumienia, że nie ma nic głupszego od feminizmu.
Tym razem była to przynajmniej sytuacja, którą znałam dość dobrze z własnego doświadczenia z początku lat siedemdziesiątych, z rozmów z nieznajomymi, kiedy przekonywałam ich, że może warto poświęcić chwilę feminizmowi, jak również ze współczesnych realiów antyfeministycznej reakcji w moim własnym, rozdartym podziałami kraju. Poniekąd rozumiałam ich sceptycyzm. Był symboliczny rok 1984, my zaś jedliśmy skromną kolację w totalitarnym kraju. Pogarda była tarczą naszych nowych przyjaciół, chroniącą ich przed absurdem, że Amerykanie mieliby na co narzekać. Sączyli jadowitą ironię, ilekroć wspomniało się o życiu politycznym w jakiejkolwiek postaci. Polityka zasługiwała wyłącznie na pogardę, była zajęciem, któremu oddawało się represyjne państwo i jego pachołkowie, podczas gdy oni walczyli o sens i piękno w sferze prywatnej. Tam, przy tamtym stole, rozpościerały się przede mną wszelkie sprzeczności i wątpliwości, które dane mi było później poznać - chociaż nie miałam wówczas pojęcia, że tego rodzaju konfrontacje będą miały dla mnie znaczenie i że przez wiele kolejnych lat będę próbowała zrozumieć istotę doświadczenia kryjącego się w tego rodzaju rozmowach.
Wiedziałam, że nie ma sensu przyjmować postawy obronnej ani wchodzić w spór. Rozmawialiśmy natomiast o naszym odmiennym położeniu. Kobiety przebywały na trzyletnim urlopie wychowawczym, mężczyźni zaś - głusi na obawy swych żon, czy należy poruszać ten temat, i w skrytości ducha krytykujący moją bezdzietność - poradzili, byśmy naprawili alkowę małżeńską dla dobra dziecka. Zrobiłam to, co tyle razy w wielu różnych okolicznościach: słuchałam, pytałam, przyznawałam, że mam swoje prywatne powody, by zgłębiać sens mojego niezadowolenia. Czy coś z tego rozumieli? A może nie? Atmosfera stopniowo się ocieplała - nie wobec groteskowego feminizmu, lecz wobec mnie. Udało nam się chyba w końcu w pełnej szacunku rozmowie wypłynąć na polityczne wody, w których wszyscy swobodnie się poruszaliśmy.
Wieczór zakończył się dobrze. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, że - kiedykolwiek - moglibyśmy mieć sobie coś więcej do powiedzenia ani że niebawem tu wrócę. Dlaczego miałabym marzyć o powrocie do tego przeintelektualizowanego, dysydenckiego świata, w którym moje życie, moją pracę, feminizm traktowano z takim szyderstwem? Albo o ponownym przyjeździe do tego zwariowanego świata owładniętego materialną tęsknotą, gdzie nie sposób dyskutować o jakichkolwiek ideach? Świata rozśpiewanych, maszerujących w pochodzie robotników? O czym myśleli? Wydawało się, że to już rzecz bezpowrotnie stracona. Wróciliśmy do domu, artystom, z którymi jedliśmy kolację, wysłaliśmy wszystkie upragnione książki (pamiętam, że na liście był Edgar Allan Poe) i już więcej nie mieliśmy z nimi kontaktu. Te książki chyba nigdy do nich nie dotarły, pewnie wylądowały na regale u jakiegoś aparatczyka. A może nasi przyjaciele z tamtego pamiętnego wieczoru nie mieli na znaczki, żeby nam odpisać. Pomyśleliśmy: finito. Patrząc wstecz, sądzę, że patronować temu musiał chichot historii.
1 Ściśle rzecz biorąc, stan wojenny został zniesiony 22 lipca 1983 roku. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.