Przetrwaj dla mnie. Pacific Shores. Tom 4 - Sarah A Bailey

Reflow text when sidebars are open.
Fiołek
Cztery lata temu
hoax Taylor Swift
Zawsze uważałem marzec za początek wiosny - kojarzył mi się z kwitnącymi kwiatami, słońcem, nadzieją na nowe i tego typu bzdurami.
Lodowaty podmuch wiatru, który szczypie mnie w policzki, gdy wychodzę ze stacji metra West Fourth Street - Washington Square, wydaje się jednak raczej zapowiedzią rozpaczy niż zwiastunem nowego początku.
Powiększam mapę na ekranie telefonu dwoma palcami, próbując się rozeznać, w którą stronę mam iść, żeby dotrzeć do zaznaczonej na niej pinezki. Muszę przejść trzy przecznice na północ, a potem skręcić w prawo w Dziesiątą Ulicę, co powinno mnie doprowadzić prosto pod jej drzwi. Tylko że dziś już trzy razy się zgubiłem, dlatego trudno mi teraz o optymizm. Adres wyciągnąłem od Moniki: udałem, że chcę niby wysłać Elenie jakąś kartkę. Na szczęście nie dopytywała, z jakiej niby okazji, skoro do jej urodzin jest jeszcze daleko, podobnie jak do jakichkolwiek świąt, które zasługiwałyby na taki gest.
To było trzy tygodnie temu. W tym czasie potajemnie zarezerwowałem tu lot i powiedziałem moim przyjaciołom (tak się składa, że są także członkami jej rodziny), że spędzę weekend z rodzicami w Palm Springs. Wiedziałem, że nie będą o nic dopytywać, bo moi rodzice już nawet z nimi nie rozmawiają. Właściwie to nie utrzymują kontaktu z nikim, nawet ze mną.
W końcu jakoś udaje mi się dotrzeć pod adres, który podała mi Monica. To uroczy budynek z czerwonej cegły ze schodami prowadzącymi tylko do jednego wejścia. Liczne czarne schody przeciwpożarowe i białe ramy okienne wychodzące na ulicę zdradzają, że w środku są same lokale mieszkalne.
Podchodzę do drzwi wejściowych i zauważam metalowy panel z numerami mieszkań i okrągłymi przyciskami. Sprawdzam ponownie adres, upewniam się, że mieszka pod numerem trzysta trzynaście, i naciskam odpowiedni przycisk.
Żadnej odpowiedzi.
- No dalej, Eleno. Ty pieprzony tchórzu - warczę pod nosem, gdy po minucie dzwonię ponownie.
Wiatr się wzmaga, więc otulam się szczelniej płaszczem. Zdecydowanie powinienem był się cieplej ubrać. Nie spakowałem się na dłuższy pobyt, bo hotele na Manhattanie są cholernie drogie, a ja nie mam pojęcia, jak potoczy się to spotkanie. Na wszelki wypadek wolałem się przygotować mentalnie na ból - większy niż ten, który mi zadała, kiedy obudziłem się sam tamtego ranka miesiące temu. Uznałem, że jeśli będę miał przy sobie tylko bagaż podręczny, to może jakoś lepiej zniosę powrót do Kalifornii z podkulonym ogonem.
Chociaż spodziewam się najgorszego, to jednak nie mogłem nie zaryzykować i tu nie przyjechać. Dałem jej już wystarczająco czasu i przestrzeni - w sumie aż sześć miesięcy. Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie, dlatego dobrze wiem, że tłumi wszystko w sobie i pozwala emocjom narastać. A w końcu miejsce początkowego wstrząsu zajmą przecież żal i poczucie winy, o ile już się nie pojawiły.
Jakaś część mnie wścieka się na nią, że się ode mnie odcięła, inna cholernie obawia, że mnie obwinia i już nigdy więcej nie spojrzy mi w oczy, nie widząc w nich ducha. Ale i tak wygrywa we mnie desperackie pragnienie poznania, co się dzieje w jej głowie, żebym mógł jej jakoś w tym pomóc. Zawsze rozumiałem ją jak nikt inny. Potrafiłem nawet wyczytać w jej myślach to, czego sama nie umiała wypowiedzieć. I jestem przekonany, że właśnie dlatego ode mnie uciekła: dobrze wie, że gdy tylko popatrzy mi w oczy, jej tłumione uczucia wypłyną na powierzchnię. I nie jest gotowa się z tym zmierzyć.
Zatem tak - jestem na nią wściekły. Ale przede wszystkim po prostu potwornie za nią tęsknię. Bez niej jestem wrakiem człowieka. I choć przeraziło mnie poczucie winy, które ożyło we mnie na jej widok i które czułem tamtej ostatniej nocy, gdy spała w moich ramionach, to jednak nie boję się go na tyle, żeby nigdy więcej nie spojrzeć jej w twarz.
Dałem jej całe trzy miesiące na ukrycie się w Nowym Jorku, a teraz przyszedłem po swoje. Zobaczy mnie, porozmawia ze mną i mnie wysłucha. Naprawię to. Naprawię nas. Bo po tym wszystkim nadal wierzę, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Trudno mi jednak poczuć, że los jest po mojej stronie, kiedy dociera do mnie, że najwyraźniej nie ma jej w domu.
Wzdycham ciężko, schodzę po schodach i postanawiam się przejść po okolicy. Kupuję szalik, kanapkę i colę w bodedze na rogu, po czym wracam pod jej budynek. Dzwonię jeszcze trzy razy - żadnej odpowiedzi. Siadam więc na najniższym stopniu schodów i czekam.
A może jednak jest tam w środku, tylko mnie ignoruje? Jeśli tak, przeczekam to. A jeżeli nie, to też zamierzam tu poczekać, aż się wreszcie pojawi. Nawet gdybym miał tu przesiedzieć całą noc. Mówi się, że Nowy Jork to miasto, które nigdy nie śpi, więc ja też nie muszę. Wiem tylko, że nie przeleciałem pięciu tysięcy kilometrów, żeby nie zobaczyć jej pieprzonej twarzy.
Wkładam AirPods do uszu, a gdy słońce znika za horyzontem i temperatura spada jeszcze niżej, owijam szalik wokół szyi i brody i chowam ręce w kieszeniach płaszcza. W uszach rozbrzmiewają mi dźwięki muzyki Hoziera, a w kościach czuję dreszcz niepokoju, ale rozsiadam się i czekam, po raz pierwszy od tamtej styczniowej nocy czując jakiś cień nadziei.
Po chwili znajomy śmiech przywraca mnie do rzeczywistości. Otwieram oczy, prostuję się i uświadamiam sobie, że musiałem się zdrzemnąć oparty o poręcz schodów. Sprawdzam, czy mój plecak nadal leży między moimi nogami, i z ulgą stwierdzam, że nikt mi go nie ukradł.
Słońce już dawno zaszło, ale przy tak intensywnym miejskim oświetleniu jest niemal tak jasno jak w dzień. Chodniki wciąż są pełne przechodniów: dziesiątki osób wchodzą do budynków, barów i restauracji na ulicy przede mną albo z nich wychodzą. Atmosfera jest gwarna i radosna. Chyba rozumiem, dlaczego ludzie tak kochają Nowy Jork, choć nie wiem, czy potrafiłbym żyć w miejscu, gdzie nie widać gwiazd na niebie.
Zastanawiam się, czy to dlatego Elena przyjechała właśnie tutaj. Może próbuje uciec od nieba, które jej o mnie przypomina?
Ten śmiech rozbrzmiewa ponownie, tym razem bliżej. Znam go lepiej niż bicie własnego serca. Nadal pamiętam, jak podskoczyło mi tętno, gdy usłyszałem go pierwszy raz, jeszcze jako dzieciak. Poczułem wtedy, że jestem gotów zrobić wszystko, żeby tylko znów go usłyszeć.
Wstaję i rozglądam się za nią. Nie wiem, jak zareaguje, gdy mnie zobaczy, ale mam nadzieję, że przynajmniej wpuści mnie do środka i da mi szansę wytłumaczyć, dlaczego tu przyjechałem.
W końcu dostrzegam ją wychodzącą zza rogu pobliskiej alejki. Zupełnie nie zwraca uwagi na otoczenie, więc mnie też nie zauważa. Trzyma się za ręce z dwiema osobami: dziewczyną o krótkich platynowych włosach z niebieską czapeczką na głowie oraz wysokim szczupłym mężczyzną, który patrzy na Elenę, jakby to ona zawiesiła na niebie księżyc.
Jej ciemne loki unoszą się i opadają, gdy podskakuje między nimi, a piękna twarz rozjaśnia się od beztroskiego śmiechu.
Co to ma znaczyć, do cholery?
Za nimi idzie jeszcze dwoje innych ludzi. Wysoki facet mówi coś, co wzbudza u nich wszystkich salwę śmiechu. Elena puszcza dziewczynę i pozwala mu obrócić nią w kółko na chodniku. Chichocze jak pieprzona nastolatka, a on przyciąga ją do siebie, obejmując w talii.
Zbiera mi się na wymioty.
Zeskakuję ze stopnia, chowam się za schodami prowadzącymi do jej budynku i przysłuchuję dalej, jak rozmawia z tą grupką obcych mi osób. Z każdą sekundą jej głos staje się coraz wyraźniejszy. Mam zupełny mętlik w głowie i czuję nieznośny ciężar w żołądku, bo... Elena brzmi zupełnie normalnie. Wydaje się wręcz szczęśliwa.
Miesiącami izolowała się nie tylko ode mnie, ale też od braci i rodziców - w zasadzie każdego, kto ją kocha. Nie jadła, nie spała i do nikogo się nie odzywała. Nie przyszła nawet na przeklęty pogrzeb mojego brata, na litość boską.
Z tego, co mówił Everett, podobno nie wyrabiała się z terminami i potrzebowała zmiany otoczenia, żeby skupić się bardziej na pisaniu. A czy istnieje lepsze miejsce dla pisarza niż Nowy Jork? Sądziłem, że to tylko wymówka, żeby dalej gnić w samotności, bo choć Elena potrafi się rozpaść na kawałki, to jednak nie znosi, gdy inni się o nią martwią. Myślałem, że znów założyła tę samą maskę co zawsze i udaje, że wszystko z nią w porządku, podczas gdy w środku się rozpada. Byłem przekonany, że bez nas wszystkich pogrąży się tu w mroku i przez ostatnie trzy miesiące - od chwili, gdy wsiadła do samolotu - zamartwiałem się o nią dniami i nocami.
Odłożyłem własną żałobę na bok, żeby na pierwszym miejscu postawić jej ból. Przestałem dbać o siebie, bo tak bardzo chciałem zatroszczyć się o nią, a kiedy mi na to nie pozwoliła, sam siebie zniszczyłem w jakimś chorym geście solidarności, choć jej już przy mnie nie było i nawet nie mogła tego zobaczyć.
Łudziłem się, że kiedy w końcu wróci, powiem jej, że na nią czekałem, ponieważ nie chciałem leczyć swoich ran bez niej - pragnąłem, byśmy wyleczyli się razem.
Ale kiedy chowam się teraz za ceglanym murem w sercu Manhattanu, słuchając, jak miłość mojego życia śmieje się z innym mężczyzną, dociera do mnie, że tylko ja się tu rozpadam.
Przygryzam pięść, żeby stłumić krzyk, gdy słyszę, jak otwiera główne drzwi budynku, a potem wchodzi ze znajomymi do środka. Najwyraźniej stworzyła sobie tutaj całkiem nowe życie i spędza czwartkowy wieczór z przyjaciółmi, podczas gdy ja czekam na nią w Kalifornii, niszcząc przy tym siebie.
Kiedy nasz świat spłonął wokół nas, myślałem, że zginęła razem ze mną w płomieniach. A teraz stoję na zgliszczach domu, który razem zbudowaliśmy, i uświadamiam sobie, że przez cały ten cholerny czas byłem zupełnie sam.
Pokusa
Liability Lorde
Jedyną gorszą rzeczą od nieodwzajemnionej miłości jest przeżywanie żałoby po niej.
Romantyzowanie życia i snucie nawet najbardziej niedorzecznych fantazji są wpisane w ludzką naturę. Tak jak marzenia o bezwarunkowej miłości. Fantazjujemy o tym, jak w końcu dostajemy ją od tych, którzy w rzeczywistości wcale nie chcą nam jej zaoferować. Marzymy o zieleńszej trawie, jaśniejszym niebie i mocnym uścisku rąk, które chwytają nas, gdy upadamy.
I nawet gdy niczego takiego nie zaznajemy, nadal możemy żyć w marzeniach o świecie, w którym ukochana osoba odwzajemnia nasze uczucia.
Chyba że umrze. Bo śmierci już nie da się romantyzować.
Jej ostateczność jest dusząca. Zapomnienie i wybaczenie przestają być możliwe.
Czas staje w miejscu.
Twoje ostatnie słowa rozbrzmiewają echem poprzez wieczność, stając się nieśmiertelne. Jak tatuaże na duszy, które pozostają z tobą już na zawsze.
Patrzę na kursor migający w oślepiającym blasku ekranu mojego komputera. Przecieram zmęczone oczy i zerkam niechętnie na zegar w rogu laptopa. Jest trzecia czterdzieści sześć.
Wzdycham, zaznaczam wszystko, co właśnie napisałam, i wciskam klawisz "delete".
- Nikt nie przeczyta cholernego romansu, który się tak zaczyna - mamroczę do siebie w martwej nocnej ciszy. Chowam głowę w dłoniach i masuję skronie palcami.
W końcu zamykam laptop i zapalam małą lampkę na biurku, która rzuca na pokój ciepły blask. Moje ciało natychmiast się uspokaja.
Nie boję się ciemności, tylko tej okropnej spirali myśli, w którą wpadam, kiedy za długo rozmyślam o tych wszystkich życiach, których nigdy nie przeżyję. To niefortunny efekt uboczny bycia pisarką romansów utkniętą w brutalnej, pełnej niekończącego się cierpienia rzeczywistości. Ciemność w połączeniu z wysiłkami twórczymi wyzwala we mnie demony, które próbowałam pogrzebać przez prawie cztery lata - te same, które tak gwałtownie powróciły do mojego życia, gdy mój brat bliźniak niespodziewanie pojawił się w moim mieszkaniu na Brooklynie i zabrał mnie z powrotem do domu, do Kalifornii.
Miałam swoje powody, żeby stąd wyjechać.
Łatwiej mi ignorować duchy, które mnie nawiedzają, gdy nie muszę stawać twarzą w twarz z pozostałymi po nich wspomnieniami z dzieciństwa. Zwłaszcza w takie dni jak dziś.
Nigdy sama z siebie go nie wspominam. Może to jego twarz nawiedza mnie w koszmarach i to jego głos krzyczy w mojej głowie, gdy przypominam sobie wszystkie części mnie zasługujące na nienawiść? Może właśnie to jego brak zamienił miejsce, które kiedyś nazywałam domem, w jałowe pustkowie? Ale nie, nie wspominam go.
Poza drugim października.
To dla mnie najgorszy dzień w roku.
Zawsze, gdy przypominam sobie zapach na izbie przyjęć, wyraz twarzy mojego brata, własne wymiociny na betonie przed budynkiem, krzyk jego matki, wciąż pachnącą nim pościel w moim pokoju gościnnym albo kubek w zlewie po kawie, którą mu nalałam tamtego ranka - cała ta przeszłość uderza we mnie z pełną mocą.
Nie wiem, ile czasu zajęło mi dojście do momentu, w którym zaczęłam wyłapywać te bodźce i umieszczać je w osobnych pudełkach w moim umyśle, uznając ich realność, a zarazem udając przed samą sobą, że to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Może kilka miesięcy.
Potem na pozór potrafiłam już jakoś funkcjonować. Dlatego próbowałam wrócić do pracy. Wydawca przedłużył mi terminy z powodu wyjątkowych okoliczności, ale szybko odkryłam, że chociaż jakoś sobie radzę z codziennością, to jednak głęboka depresja i tłumiony żal doprowadziły do blokady twórczej. Kto by pomyślał?
Miałam wyjechać do Nowego Jorku tylko na krótko. Chciałam uciec od rodziny namawiającej mnie uparcie na terapię, od świeżego powietrza i liny ratunkowej, od której sama się brutalnie odcięłam. Planowałam wynająć ładne mieszkanie w Greenwich Village i spełnić swoje marzenia o byciu drugą Carrie Bradshaw.
Ale poniosłam porażkę na wszystkich frontach. I z jakiegoś powodu okazało się to dziwnie pocieszające.
Chyba po prostu dużo łatwiej jest się smucić z bycia nieudacznikiem niż z tego, że straciło się całą miłość, jaką się kiedykolwiek znało.
Pogrążyłam się w tym: w porażkach, depresji, alkoholu i przygodach na jedną noc.
Dopóki Everett nie zapukał do moich drzwi.
Gdybym wiedziała, że się zjawi, może bym się jakoś na to przygotowała. Nic tak nie motywowało mnie do sprzątania mieszkania, jak telefon od rodziców czy braci z informacją, że przyjadą z wizytą. Jakimś cudem wcielałam się wtedy w pełną nadziei pisarkę i przewodniczkę po Nowym Jorku - szczęśliwą i optymistycznie nastawioną do życia w Mieście Marzeń.
Tego dnia jednak nie spodziewałam się Everetta. Pojawił się bez zapowiedzi, rzucił tylko jedno spojrzenie na moje martwe oczy, obcego faceta w moim łóżku i bałagan, w którym żyłam, po czym zabrał mnie do domu.
Był przekonany, że zapach oceanu, moja ulubiona kawa z Zachodniego Wybrzeża i ramiona matki wypędzą wszelkie demony, z którymi walczyłam przez ostatnie lata. Niestety po sześciu miesiącach od wprowadzenia się do domu, który dzieli ze swoją dziewczyną i jej dziesięcioletnią córką, jedno jest dla mnie pewne: boleśnie go rozczarowuję. I nie mogę tego znieść.
Jestem dla mojego brata bliźniaka ciężarem i - tak, nadal - jednym wielkim pieprzonym bałaganem.
Postanowiłam więc nie spać całą noc, pogapić się w pusty ekran komputera i spróbować sklecić jakieś słowa. Udało mi się wmówić Everettowi, że znowu piszę, i to chyba jedyny powód, dla którego jeszcze nie wyrzucił mnie z domu ani nie zmusił do szukania innej pracy. Nienawidzę kłamać prawie tak samo, jak zawodzić bliskich, dlatego staram się, jak mogę, ale w mojej głowie nadal panuje pustka.
Najwyraźniej jestem skazana na bycie rozczarowującą wszystkich kłamczuchą.
Mam swoją rutynę: nie śpię jeszcze o czwartej rano, kiedy to Everett i Dahlia zaczynają swój dzień. Oboje są z tych ambitnych, którzy lubią brać sprawy w swoje ręce. Rozmawiam z nimi przez chwilę, zanim w pełni się rozbudzą. Zakładają, że pracuję nad książką - w końcu zawsze pisałam po nocach.
Potem, kiedy wracają z pracy, żadne z nich nie pyta, dlaczego wciąż leżę w łóżku, ani nie zaprasza mnie do wspólnej kolacji, żeby porozmawiać o minionym dniu. Całe szczęście, bo nie muszę udawać, że jestem równie zadowolona z życia jak oni.
Zarzucam na ramiona za duży kardigan, wstaję od biurka i schodzę po cichu po schodach. Słyszę nad głową dźwięk odkręcanego prysznica, gdy stawiam czajnik na kuchence. Przetrząsam szafki w poszukiwaniu ulubionej herbaty i sięgam po miód.
Chwilę później słyszę coś, co bardziej przypomina tupot końskich kopyt niż ludzkie kroki na schodach, po czym zza rogu wyłania się mój wielki brat o wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt, w samym ręczniku przewiązanym w pasie i dłonią przeczesujący mokre ciemne włosy.
- Jezus Maria! - Odskakuje do tyłu, kiedy zapaliwszy światło, zauważa mnie przy kuchennej wyspie. - Skradasz się jak pieprzony kot.
- Przyjmuję to jako komplement.
- Wstałaś wcześnie czy jeszcze się nie położyłaś? - pyta, podchodząc do ekspresu, żeby zaparzyć kawę.
Everett otwiera swój sklep dopiero o dziesiątej, ale odkąd Dahlia uczęszcza na organizowany w pobliskim centrum kulinarnym kurs pieczenia, który zaczyna się o szóstej, mój brat każdego ranka wstaje razem z nią. Zaparza jej kawę, odprowadza do drzwi, a potem szykuje jej córkę do szkoły.
- Jeszcze się nie położyłam. - Ziewam.
Doskonale zna mój rytm okołodobowy, ale chyba wciąż ma nadzieję, że jakoś się ogarnę i pewnego ranka zobaczy produktywną, zmotywowaną i ambitną wersję mnie, gotową podbić świat.
- Jak ci idzie praca nad książką?
Na szczęście w tym momencie czajnik zaczyna gwizdać, stwarzając mi idealną okazję do uniknięcia odpowiedzi na to pytanie. Zdejmuję go z palnika i nalewam wody do kubka. Brat obserwuje mnie w milczeniu oparty o blat, z rękami założonymi na piersi, i czeka, aż zaparzy się kawa dla Dahlii.
Odkładam wszystko na miejsce i powoli wycofuję się w stronę schodów.
- Spróbuję napisać jeszcze parę słów.
Takich, których potem nie skasuję.
- A potem się położę - dodaję. - Miłego dnia.
- Lele.
Surowy ton głosu brata sprawia, że się zatrzymuję i odwracam w jego stronę.
- Wiesz, jaki dziś jest dzień, prawda?
Żołądek podchodzi mi do gardła.
- Tak, Everetcie - mamroczę przez zaciśnięte zęby.
- Wszystko dobrze?
Wzdycham, a gardło nagle mi się zaciska.
- Tak. Jedyne, co sprawia, że nie czuję się dobrze, to słuchanie ciągłych pytań, czy wszystko ze mną okej.
Everett unosi brwi, nie wygląda na przekonanego.
- Pytam cię o to tak często, bo ciągle kłamiesz i mówisz, że jest dobrze, kiedy wyraźnie - wskazuje na mnie ręką - nie jest.
- Nie chcę dziś o tym rozmawiać. - Spuszczam wzrok na swoje stopy, bo nie podoba mi się poczucie winy, które uderza we mnie, gdy na niego patrzę.
- Ty nigdy nie chcesz o tym rozmawiać. Ale powinnaś. Zwłaszcza dzisiaj.
O czym tu w ogóle gadać, do cholery? Kochałam kogoś. Złamał mi serce. Powiedziałam mu okropne, niewybaczalne rzeczy, których nigdy nie cofnę, a on potem zginął. Koniec.
- Dzień dobry - odzywa się zaspany głos zza moich pleców.
Dahlia zeskakuje z dolnego stopnia schodów i z uśmiechem wchodzi do kuchni.
Everett rzuca mi spojrzenie, które mówi, że jeszcze ze mną nie skończył. Kiedy przenosi wzrok na swoją dziewczynę, jego oczy natychmiast łagodnieją, a twarz tak się rozjaśnia, jakby mnie tam w ogóle nie było. Uśmiecha się do niej i nagle noc zdaje się przechodzić w dzień.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę mojego bliźniaka aż tak w kimś zakochanego. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że w ogóle się w kimkolwiek zakocha. Kiedy wyjechałam z Pacific Shores, był emocjonalnie niedostępnym playboyem, który uwielbiał imprezować, a po powrocie prawie cztery lata później zastałam go nie tylko w stałym związku, ale też obdarzającego córkę swojej dziewczyny mnóstwem ojcowskiej miłości.
To jakieś szaleństwo.
Prawie zbiera mnie na mdłości, gdy na nich patrzę, a mimo to nie mogę powstrzymać uśmiechu, gdy przyciąga ją do piersi i składa pocałunek na jej ustach. Cichy jęk, który wydobywa z siebie Dahlia, to zdecydowanie mój sygnał do wyjścia.
- Dobra, to ja już pójdę. Miłego dnia. Do zobaczenia wieczorem.
- Dobranoc, Eleno - mówi śpiewnie Dahlia i śmieje się w szyję mojego brata.
Już zaczynam wchodzić po schodach, gdy Everett mnie woła. Zatrzymuję się i czekam, aż powie, o co mu chodzi.
- Nie denerwuj się na mamę, tatę ani Leo, jeśli przyjdą dziś sprawdzić, co u ciebie.
Nie odpowiadam. Idę dalej do swojego pokoju, gaszę lampę, wpełzam do łóżka i pozwalam, by pochłonęła mnie ciemność.
Fiołek
I Always Wanna Die (Sometimes) The 1975
Czasem marzę o samobójstwie.
Nawet nie dlatego, że naprawdę chcę to zrobić. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek się do tego posunął. A może powinienem się na to zdecydować, tylko jestem zbyt wielkim tchórzem? Albo w głębi duszy wciąż wierzę, że jest po co żyć? Tak czy inaczej, myślę o tym.
To z powodu ojca. Chciałbym umrzeć z myślą, że tym ostatnim uczynkiem zadam mu wieczne tortury. Czerpałbym chorą satysfakcję ze świadomości, że prawdopodobnie go to zniszczy i może nawet pójdzie za mną w piekielną otchłań. Marzę, żeby poczuł ten sam ból, poczucie winy i rozpacz, które ja czułem przez niego przez ostatnie cztery lata.
Nie żebym był bez winy.
Ale i tak cholernie nienawidzę swojego ojca.
Tyle że zabicie się na złość jemu zniszczyłoby również moją matkę. No i przyjaciół - tych kilkoro ludzi na tym świecie, którym wciąż na mnie zależy. A ja kocham ich bardziej, niż nienawidzę jego, i dlatego nie odbiorę sobie życia.
Nie mogę jednak zaprzeczyć, że zdarza mi się o tym myśleć również dlatego, że rozpaczliwie pragnę wzbudzić w niej jakąkolwiek reakcję. Część mnie jest przekonana, że ucieszyłaby się z mojej śmierci, inna wierzy, że skuliłaby się obok mojego ciała i umarła razem ze mną - bo mam poczucie, że tak właśnie byłoby ze mną, gdyby to ona odeszła pierwsza. Najbardziej boję się, że moja śmierć nie zniszczyłaby jej tak, jak jego odejście. I chyba to tak naprawdę mnie powstrzymuje.
Co za popieprzona forma zazdrości.
Śmierć mogłaby mnie wreszcie wyzwolić z tych kajdan. Nie miałoby to już dla mnie znaczenia, którego z nas kochała bardziej. Pochłonęłaby mnie ciemność, która - chcąc nie chcąc - wydaje mi się czasem upragnionym wytchnieniem.
Mimo to nadal dręczy mnie ten strach. Nie daje mi spokoju myśl, że naprawdę mogę nic dla niej nie znaczyć, chociaż tak naprawdę codziennie utwierdza mnie w tym przekonaniu swoim milczeniem, od tamtego ranka, kiedy wymknęła się z mojego łóżka.
Minęło już dokładnie tysiąc trzysta sześćdziesiąt dni jej milczenia.
I nadal jej nie widuję, choć od sześciu miesięcy mieszka cztery przecznice ode mnie. Jadam niedzielne obiady z jej rodziną, ale ona nigdy do nas nie dołącza.
Tamten dzień był dziwny. W pracy wszystko szło normalnie. Pogoda była piękna. Ale po raz pierwszy od jakiegoś czasu czułem w kościach jakiś niewytłumaczalny niepokój.
Nikt mi wtedy nie powiedział, że Everett po nią pojechał. Nie miałem o tym pojęcia. A jednak nie byłem zaskoczony, kiedy dwaj moi przyjaciele z dzieciństwa pojawili się w środku nocy na moim progu i Everett poinformował mnie, że wróciła do Pacific Shores.
Bo jakimś sposobem w głębi serca już to wiedziałem.
To dziwne przeczucie, ten niewytłumaczalny niepokój - to było właśnie to. Czułem, że Elena wraca do domu. Jej duch powracał do mojego świata, żeby znów bez końca mnie nawiedzać.
Tysiąc trzysta sześćdziesiąt dni milczenia i sto siedemdziesiąt osiem dni nawiedzania mnie z odległości kilometra.
Od jej powrotu widziałem ją tylko raz. Siedziała po drugiej stronie nawy na ślubie Darby i Leo. Przyszła sama na krótko przed rozpoczęciem ceremonii i ulotniła się po chwili rozmowy z parą młodą. Jak jakaś pieprzona zjawa albo przebłysk wspomnienia, które potwierdziły mi, że jej sobie nie wymyśliłem (jak często próbuję sobie wmawiać): naprawdę istnieje i wyrządziła mojej duszy nieodwracalne szkody.
Zniknęła zbyt szybko, żebym mógł poczuć, że cokolwiek się we mnie domyka. Od tamtej pory jej nie widziałem. Ani na promenadzie należącej do jej brata, ani na rodzinnych obiadach. Ani w jej urodziny, ani w moje. I nie spodziewam się, żeby akurat dziś - ze wszystkich dni - miało być inaczej. Jeśli nadal znam ją tak dobrze jak kiedyś, nie sądzę, żeby w ogóle wstała dzisiaj z łóżka.
Właściwie to sam się sobie dziwię, że wstałem. Chciałem jednak pójść do pracy, bo wielokrotnie przekonałem się, że siedzenie samemu w domu jest dużo gorsze niż przebywanie w studiu.
Tyle że akurat dzisiaj trafiłem do gabinetu, w którym znów marzę o swojej śmierci. Nie zdarza mi się to często, ale akurat drugi października to data, która najbardziej sprzyja takim myślom.
- Jakoś sobie radzę - oznajmiam mojej terapeutce Kelsey, wiercąc się niespokojnie na skórzanej kanapie. Spogląda na mnie sceptycznie znad okularów.
- Wiem, jaki dziś jest dzień, Auguście.
Wzdycham i spuszczam wzrok na dłonie, które ściskam między udami.
- Tak.
Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. Ani o tamtym dniu, ani o nim. Doszedłem do punktu, w którym potrafię myśleć o bracie z czułością. Skupiam się na dobrych wspomnieniach i naszym wspólnym dzieciństwie, nie pozwalając sobie na żadne inne myśli. Nie chcę wracać do tamtego dnia. Nie chcę wspominać tego, co zobaczyłem, ani telefonów, które musiałem wykonać: do matki i przyjaciół.
Nie sądzę, żeby mi to służyło. I jestem pewien, że niczego to nie zmieni.
Kelsey powiedziała mi, że nie da się cofnąć traumy, ale można ją przepracować - do tego stopnia, aby móc ruszyć naprzód ze swoim życiem. Moim zdaniem ciągłe analizy i odtwarzanie tego w kółko, aż zostanie "przepracowane" - cokolwiek to, kurwa, znaczy - przysporzyłoby mi tylko więcej bólu. Wolę skupić się na ruszeniu naprzód.
- Skoro nie chcesz rozmawiać o rodzicach i o tym, jak spędzają ten dzień, to może powiesz mi coś o sobie? Podzielisz się tym, jak się czujesz?
Nie chcę mówić o ojcu i matce, bo mają mnie w dupie, ale przecież jej tego nie powiem.
- Możemy porozmawiać o tamtym dniu albo o tym, co nastąpiło później - proponuje dalej terapeutka, kiedy nie odpowiadam. - Ale nie musimy. Jeśli potrzebujesz posiedzieć ze mną w ciszy lub pogadać o czymś zupełnie innym, jestem do twojej dyspozycji. Wybierz cokolwiek, co tylko może ułatwić ci przeżycie tego dnia.
Wypuszczam powietrze z ulgą, zapadam się w kanapę i oddycham głębiej.
To dopiero moja trzecia sesja i wciąż się boję, że Kelsey zmusi mnie do rozmowy o tych wszystkich emocjach, które w sobie tłumię. Na pierwszym spotkaniu powiedziała, że to tłumienie jest niezdrowe i dlatego mam problem z zamknięciem pewnych trudnych rozdziałów w moim życiu.
Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że nie da się ich zamknąć. Mój brat nie żyje, a ostatnie słowa, które do niego skierowałem, były naprawdę okropne. Moi rodzice cholernie mnie za to nienawidzą, a miłość mojego życia płakała w moich ramionach zaledwie kilka godzin przed tym, jak wyjechała pięć tysięcy kilometrów stąd i już nigdy więcej się do mnie nie odezwała. Chcę wyznać terapeutce, że myślenie o tym wszystkim, w sytuacji gdy nie mam nad tymi sprawami żadnej kontroli, uniemożliwia mi domknięcie czegokolwiek.
To właśnie tylko dzięki temu, że o tym nie myślę, mogę jakoś funkcjonować.
Bo teraz ledwo poruszyliśmy ten temat, a ja już się, kurwa, cały trzęsę.
Przełykam ślinę i podnoszę na nią wzrok.
- Na co dzień radzę sobie całkiem nieźle. W pracy wszystko w porządku, jesienią i zimą mamy mało klientów, ale jakoś się utrzymujemy. Postanowiłem nie sprzedawać domu.
Kelsey kiwa głową, słuchając mnie uważnie. Nie wydaje się rozczarowana, że nie chcę rozmawiać o prawdziwych powodach mojej obecności w jej gabinecie. Rozmowa schodzi na temat mojego dorastania i wkrótce dociera do mnie, że terapeutka zadaje tylko podstawowe pytania o mojego brata i rodzinę, nie zagłębiając się w nasze relacje na tyle, żeby wzbudzić we mnie intensywniejsze emocje. Pod koniec sesji śmieję się, opowiadając historie z dzieciństwa o Zachu.
No dobra, przyznaję: Darby jak zwykle miała rację. Terapia nie jest wcale taka zła.
Opuszczam gabinet i schodzę po schodkach na Main Street w samym centrum Pacific Shores, gdzie przy krawężniku stoi zaparkowany niebieski Mustang Darby. Uparła się, że mnie tu zawiezie - chciała mieć pewność, że nie zrezygnuję w ostatniej chwili. No i miała kupić nam coś na lunch, kiedy będę w środku.
Od miesięcy namawiała mnie na terapię, twierdząc, że bardzo pomogła nie tylko jej samej, ale także jej siostrze Dahlii, odkąd zaczęły na nią chodzić na początku lata. Potem mąż Darby, Leo, przyznał, że sam korzysta ze wsparcia terapeutycznego od dwunastego roku życia, a jego brat Everett, który jest też chłopakiem Dahlii, ostatecznie też postanowił po nie sięgnąć. Ten ostatnio zawyrokował, że spośród nas wszystkich on akurat ma najmniej powodów, żeby uczęszczać na terapię, a ja mam ich najwięcej, dlatego tym bardziej powinienem skorzystać.
- Hej! I jak było? - pyta mnie Darby, kiedy otwieram drzwi od strony pasażera i wchodzę do środka, po czym bierze kęs kanapki. - Przepraszam, chciałam na ciebie poczekać, ale umierałam z głodu. - Wyciąga do mnie papierową torbę. - Kupiłam ci panini z indykiem, żurawiną i boczkiem. Pachnie obrzydliwie, swoją drogą. Proszę, zjedz ją, zanim zwymiotuję.
- Było dobrze. I przyznaję to tylko dlatego, że w przeciwieństwie do męża nie masz w zwyczaju triumfować, kiedy okazuje się, że miałaś rację. - Prycham. - Myślę, że terapia może mi pomóc.
Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwalam jej na to.
- I nie, nie chcę rozmawiać o dzisiejszym dniu - oznajmiam. - Wyrzuciłem to z siebie na sesji i teraz zamierzam pójść do pracy, a potem wrócić do domu i obejrzeć Uczniowską balangę. Ulubiony film mojego brata. Darby kiwa powoli głową, przekręca kluczyk w stacyjce i rusza w kierunku promenady na końcu głównej ulicy Pacific Shores, podczas gdy ja jem swoją kanapkę. Podczas całej naszej krótkiej drogi powrotnej milczymy przy akompaniamencie szumu wiatru niosącego zapach oceanu.
Bywały chwile, kiedy myślałem o wyprowadzce stąd, bo wspomnienia, które wiążą się z tym miejscem, chyba zawsze będą dla mnie bolesne. Nie wyobrażam sobie jednak życia z dala od Pacyfiku. Miałbym nie podziwiać palm przy chodnikach i nie czuć zapachu soli w powietrzu? Żyć bez mola, fal i rozległych klifów nad brzegiem? Bez słynnych na cały świat zachodów słońca, które my, mieszkańcy tego miasteczka, mamy zaszczyt oglądać co wieczór? Mój brat też kiedyś uciekł z Pacific Shores i wrócił, bo zdał sobie sprawę, że nie chciałby mieszkać nigdzie indziej.
Myślę, że byłby mną rozczarowany z wielu powodów, ale najbardziej, gdybym opuścił miejsce, które sam tak mocno kochał. Dlatego nadal tu jestem.
- Na pewno nie chcesz zostać na imprezie?
Kręcę głową.
- Wiem, że robicie to dla mnie, i bardzo to doceniam, ale nie mam już na to siły.
Darby kiwa głową.
- Ale Maggie zostanie w studiu. Będzie rozdawać dzieciakom cukierki. Załatwiłem jeszcze dwóch tatuażystów, którzy wpadną zrobić jesienne i halloweenowe projekty tatuaży dla każdego, kto wesprze fundację.
Słońce pada na blond włosy Darby, nadając im złocisty blask. Wyglądają teraz jak czyste złoto i idealnie pasują do uśmiechu, który rozciąga się na jej piegowatej twarzy. Wiem, że jej brązowe oczy też błyszczą, chociaż zasłaniają je okulary przeciwsłoneczne.
- Jestem z ciebie dumna, że poszedłeś na terapię - mówi, ściskając moje ramię.
- Dzięki, że mnie do tego zmusiłaś. - Uśmiecham się.
Chichocze, gdy wysiadamy z samochodu zaparkowanego za budynkiem, który należy do niej i Leo. Skręcam w lewo, w stronę mojego studia tatuażu na Promenadzie. Znajduje się na samym końcu, najbliżej mola, a Kwiaciarnia Wiciokrzew, którą prowadzi Darby, dwoje drzwi dalej.
- Do zobaczenia w niedzielę na rodzinnym obiedzie! - woła za mną przyjaciółka.
- Och, jestem pewien, że znajdziesz sposób, żeby spotkać się ze mną wcześniej. - Posyłam jej szeroki uśmiech. - Masz obsesję na moim punkcie.
Pokazuje mi środkowy palec.
- Tylko nie mów głupot przy moim mężu. Bywa zazdrosny.
- Och, doskonale o tym wiem, wierz mi.
Darby śmieje się, wchodząc tylnymi drzwiami do swojej kwiaciarni.
Leo od zawsze szaleje na jej punkcie. Po zaledwie kilku tygodniach od poznania tej dziewczyny kazał mi wytatuować sobie jej przezwisko na swojej piersi w garażu mojego rodzinnego domu. Oczywiście wtedy nie był jeszcze jej mężem. Byli tylko dwójką siedemnastolatków, którzy spotkali się przypadkiem i zakochali w sobie bez pamięci. Po tamtych wakacjach ich drogi się rozeszły i dziesięć lat później znów się odnaleźli. Ostatecznie Darby przeprowadziła się tu na stałe z Kansas i została moją najlepszą przyjaciółką.
To właśnie mniej więcej o tej porze w zeszłym roku pewnego deszczowego poniedziałkowego poranka znalazła mnie unoszącego się w ubraniu na plecach w oceanie. To nie było wołanie o pomoc ani próba samobójcza - a przynajmniej tak mi się zdaje. Nie wchodziłem do wody od dnia, w którym zginął mój brat, a właśnie zbliżała się trzecia rocznica jego śmierci. Chciałbym umieć komuś wyjaśnić - nawet samemu sobie - co skłoniło mnie, żeby pójść tamtego ranka na plażę i wejść w fale.
Nie mam pojęcia, co mnie naszło. Jakby mój umysł spowiła mgła.
Nie wiem też, dlaczego Darby spacerowała tam akurat w deszczu. Powiedziała, że po prostu to lubi. Znalazła mnie przypadkiem i wyciągnęła z wody, myśląc, że się topię. Błagałem ją, żeby nikomu o tym nie mówiła, a ona obiecała, że zachowa to w tajemnicy. Od tamtej pory zdaje się ciągle nade mną czuwać. Domyślam się, że cholernie ją wtedy przeraziłem, i źle mi z tego powodu.
Ze wszystkich moich przyjaciół, którzy mogliby się do mnie przyczepić w trosce o moje dobro, Darby jest zdecydowanie najmniej irytująca, więc nie mogę narzekać.
Myślę, że jesteśmy bratnimi duszami. Tak samo zamykamy się w sobie, aż ból, który odczuwamy, zamienia się w odrętwienie. Wolimy tkwić w emocjonalnej pustce, niż pozwolić sobie na kontakt z nieprzyjemnymi uczuciami. Jestem jej ogromnie wdzięczny, że próbuje mnie z tego wyciągnąć.
Jej mąż porównuje ją do kwiatów, ale Darby jest dla mnie jak słońce.
W studiu tatuażu panuje cisza, gdy wchodzę do środka. Na zapleczu mam małe biuro, w którym rzadko jednak przesiaduję. Najmniej w prowadzeniu firmy lubię... samo jej prowadzenie. Czasami wręcz żałuję, że otworzyłem własne studio, zamiast zatrudnić się u kogoś. Wolałbym spędzać czas na tworzeniu sztuki niż na zajmowaniu się kwestiami organizacyjnymi.
Na szczęście moja jedyna pełnoetatowa pracownica i piercerka, Maggie, pomaga mi z księgowością. Ja również jestem dyplomowanym piercerem, ale nie sprawia mi to szczególnej przyjemności. Wolę tatuować.
Najwięcej klientów mamy od maja do sierpnia - jesienią zainteresowanie tatuażami maleje, a zimą jest już bardzo niewielkie. Muszę ustalać budżet tak, by wykorzystać wysokie zyski z lata na przetrwanie zimowej posuchy. Zawsze cholernie się przy tym męczę, a tym razem jeszcze czuję się dziwnie wyczerpany po dzisiejszej sesji terapeutycznej.
- Wróciłem! - wołam do Maggie, która siedzi akurat w recepcji i gra w pasjansa na iPadzie służącym nam także jako kasa.
W odpowiedzi pokazuje mi kciuk w górę, a ja idę do swojego biura i kończę tam jeść kanapkę. Ignoruję otwarty na laptopie arkusz kalkulacyjny z napisem "wrzesień", który miałem przejrzeć, i zamykam urządzenie. Wyciągam ołówek i szkicownik z dolnej szuflady biurka, po czym pozwalam dłoniom sunąć po papierze.
Kiedy rysuję, zupełnie wyłączam myślenie: po prostu pozwalam rysunkowi przepłynąć przez moje żyły i palce. Chciałbym móc powiedzieć, że coś sobie wizualizuję i mam niesamowitą zdolność do przenoszenia tych wizji na papier, ale tak nie jest. Niczego sobie nie wyobrażam - jedynie wprowadzam dłonie w ruch i wyrażam nimi swoje ukryte głęboko myśli oraz dręczące mnie lęki.
Nie wiem, ile czasu mija, zanim Maggie pyta, czy idę do domu. Słońce zaszło już za budynek i w pomieszczeniu zaczęło się robić ciemno. Spoglądam na szkicownik i przez chwilę podziwiam wzbierające grzywy fal, pośród których unoszą się fiołki.
Dalsza część w wersji pełnej