Ząb
Przeraźliwy krzyk sprawił, że obrócił się spłoszony. Tuż przed nim stał Wiktor. Wyciągał ku niemu pocięte, zmasakrowane dłonie. Zakrwawioną twarz wykrzywiał grymas bólu. Próbował się cofnąć, ale nie był w stanie. Jeszcze chwila, jeszcze moment i dotknie go tą straszliwą szponą...
Otworzył oczy. Wokół panowała ciemność. Serce biło jak oszalałe, próbując wyrwać się z piersi. Oddychał głośno, bezwiednie ścierając pot z czoła. Dopiero do dobrych kilku minutach otrząsnął się z koszmaru. Już któryś raz budził się w środku nocy, nie mogąc zasnąć. Jak gdyby Wiktor wracał zza grobu, karząc go za ucieczkę. Odrzucił koc i leżał przez chwilę patrząc w ciemność, uspokajał oddech. Wreszcie ociężale wstał. Sięgnął po szlafrok, narzucił wprost na nagie ciało i powolnym krokiem podszedł do wąskiego otworu strzelniczego. Na wschodzie pojawiła się jaśniejsza smuga. Nadchodził dzień. Kolejny, bezbarwny i samotny. W milczeniu obserwował horyzont. W miarę jak mrok ustępował, wyłaniały się kolejne zrujnowane zabudowania, zarośnięte chodniki i opustoszałe ulice. Wokół panowała cisza. Westchnął. Czasami się czuł tak, jakby oglądał wciąż to samo zdjęcie, a nie rzeczywisty krajobraz.
- Hura - burknął sam do siebie, bez entuzjazmu odwracając się do wnętrza domu. Forteca, którą stworzyli razem z Wiktorem służyła mu doskonale. Spora ilość prochu do rewolweru pozwalał czuć się bezpiecznie, a zgromadzone zapasy żywności ledwie naruszył. Oparł dłoń na drewnianej futrynie drzwi prowadzących na klatkę schodową. Czuł pod palcami wyryte karby. Nie od razu wpadł na ten pomysł, ale było ich tu już ponad sto. STO!.
Trzy miesiące od chwili, gdy został sam jak palec.
- Idealista. Pieprzony idealista - rzucił pod adresem bohatera swojego niedawnego koszmaru. Gdyby przyszli choć pięć minut później, gdyby Wiktor nie zdecydował się bronić tamtej obdartuski....
- Gdyby, gdyby, gdyby - powtórzył z powątpiewaniem głośno sam do siebie. Nie chciał, nie potrafił się przyznać sam przed sobą, że wciąż się bał. Ogarniał go paniczny strach na myśl, że któregoś dnia będzie musiał opuścić bezpieczne schronienie, choćby po to, żeby uzupełnić zapas wody. Odkąd pozostała mu woda mineralna w butelkach przestał się myć. Przyzwyczaił się już do smrodu, powtarzając sobie, że to jego dodatkowy kamuflaż.
Stanął przed schodami prowadzącymi z poddasza na piętro. Bez pośpiechu, krok za krokiem szedł w dół, wsłuchując się w skrzypienie stopni. Normalnie nie zwracałby na to uwagi, ale dziś każdy dźwięk głośniejszy niż szum wiatru był na wagę złota. Robił to co dzień. Schodził na dół, do niewielkiej skrzynki pakował dwie przypadkowe konserwy, półtoralitrową butelkę i wracał na górę. Potem układał pasjansa, z namaszczeniem kładąc każdą kartę. Później sprawdzał i smarował broń.... Znał ten rozkład dnia na pamięć. Jakoś tak ustalił się sam, wdrażając się bez jego aktywnego udziału. Dziś jednak czuł, że coś się zmieniło. Niepokój trącił struną duszy. Zmarszczył brwi. Nigdy dotąd nie miał przeczuć. Z pogardą traktował znaki zodiaku, jasnowidzów i wróżki, uważając całą tę czeredę za naciągaczy. Nagle poczuł ból. Jak gdyby ktoś powoli wbił igłę w dziąsło na wysokości kości policzkowej. Natychmiast przypomniał sobie zęba, z którego wypadła plomba. Plecy zrosił mu zimny pot. Nawet nie ze względu na rwący ból. Uświadomił sobie, że nie będzie w stanie nic z tym zrobić. Usiadł na schodku. Ząb pulsował. Przycisnął dłoń do policzka, sycząc głośno. Gdzieś w głębi jego umysłu kiełkowała panika, drążyła ścieżkę na zewnątrz. Jego wzrok padł na kuchenny blat. Zerwał się na równe nogi. Kilka kroków wystarczyło. Przytknął twarz do chłodnej powierzchni doznając odrobiny ulgi. Wiedział co to znaczy. Już raz przeżył zapalenie zęba. Tylko że było to jeszcze przed zarazą, gdy za sowitą opłatą usiadł w fotelu pogotowia dentystycznego. W godzinę było po sprawie.... Wbiegł do kuchni, niemal wyszarpując drzwiczki apteczki. Roztrącając inne buteleczki odnalazł blister tabletek przeciwbólowych. Bez wahania przygotował sobie sześć sztuk i połknął. Przytknął szklankę do policzka, potem drugą.
Ból zelżał. Usiadł po turecku na środku pomieszczenia i przymknął oczy. Potrzebował planu. Realistycznego planu. Jak samemu sobie wyrwać ząb? Znowu przyszedł mu do głowy Wiktor. Gdyby wciąż tu był, problem dałoby się jakoś rozwiązać.
- Idiota - rzucił na głos i ociężale podniósł się na nogi. Nie miał wyjścia. Musiał znaleźć kogoś kto mu pomoże. I nie zostało mu zbyt wiele czasu...