Przetrwać Belize - Naval Naval

-
Proszę czekać

Welcome to the jun­gle

Welcome to the jun­gle

Jest takie pra­gnie­nie, że woda sma­kuje jak wino, a wafel z pasz­te­tem jest w sta­nie napeł­nić żołą­dek na cały dzień... Orga­nizm mówi, że ma wszyst­kiego dosyć, a wście­kłe na cie­bie sumie­nie dyszy, patrząc na obo­lałe nogi, które już nie chcą dalej iść. Orga­nizm wrzesz­czy, że ma tego wszyst­kiego dość i masz natych­miast odpu­ścić. Ty jed­nak tego nie słu­chasz. Po skrom­nym posiłku i odsap­nię­ciu nad­cho­dzi satys­fak­cja z wyko­na­nej roboty, prze­by­tych kilo­me­trów i... idzie się dalej, choć pła­ska pro­sta wydaje się drogą pod górkę na jakiś cho­lerny szczyt.

Tak wyglą­dały moje mar­sze. Każdy krok przy­po­mina o tym, że masz ciało i to ciało cierpi: taśmy ple­caka wpi­jają się w ramiona, kara­bin ciąży niczym kamień, a stopy pokry­wają się pęche­rzami. Z każ­dym kro­kiem wydaje ci się, że gorzej być nie może, a za każ­dym razem jed­nak jest. Ale ty nie masz wcale zamiaru się pod­dać i każdy krok jest twoim kolej­nym suk­ce­sem. Za każ­dym razem zapi­su­jesz sobie na kon­cie wiel­kie zwy­cię­stwo, a satys­fak­cji, która z niego wynika, nie da się z niczym porów­nać.

Bo cho­ciaż zmę­cze­nie boli, to ja lubię ten ból. Lubię pot i lubię czuć serce, które wali w klatce pier­sio­wej, chcę wciąż i wciąż wię­cej wysiłku i adre­na­liny. W mojej pracy zmę­cze­nie jest codzien­no­ścią, ale nikt mnie do niego nie zmu­sza - wybra­łem to sam. Zosta­łem żoł­nie­rzem, a potem prze­sze­dłem selek­cję do jed­nej z naj­lep­szych jed­no­stek na świe­cie - tra­fi­łem do GROM-u, gdzie ciężki tre­ning stał się jed­nym ze spo­so­bów na życie.

Jak dać radę, gdy wszystko - oto­cze­nie i twoje wła­sne ciało - są prze­ciwko tobie? Każdy szuka jakiejś ucieczki. Ja zna­la­złem ją w przy­po­mi­na­niu sobie opi­sów mar­szów innych pie­chu­rów, a wśród nich opo­wie­ści Ser­giu­sza Pia­sec­kiego, tego od Kochanka Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy. Tak naro­dził się pomysł, aby spi­sać pamięt­nik wła­snego mar­szu. Ten pamięt­nik z kolei zamie­nił się w książkę, którą wła­śnie czy­tasz.

Zapra­szam was do dżun­gli w Belize. To nie jest bez­pieczne miej­sce, więc macie szczę­ście, że wybie­ramy się tam razem. Chcę poka­zać wam, jak wygląda walka o życie tam, gdzie nie­mal wszystko może się oka­zać poten­cjal­nym zagro­że­niem. Mam nadzieję, że doświad­czy­cie tego samego, co ja: potu, zmę­cze­nia, krwi i... cho­ler­nie nie­sa­mo­wi­tej satys­fak­cji.

Naval

1. Selek­cja

Jeśli chcesz nosić beret jed­nostki spe­cjal­nej, przy­go­tuj się na pie­kło na ziemi, bo tra­fisz do niego kilka razy.

Pierw­szy raz tra­fi­łem do takiego pie­kła pod­czas selek­cji do Firmy, jak nazy­wamy GROM. Kiedy było po wszyst­kim, moje stopy wyglą­dały jak opuch­nięte balony. Ni­gdy nie zapo­mnę, jak po ukoń­cze­niu selek­cji sie­dzia­łem boso przed domem i pró­bo­wa­łem ochło­dzić je o zimny beton. W gło­wie krę­ciło mi się z wyczer­pa­nia, ale zamiast wyć ze zmę­cze­nia, czu­łem dziką satys­fak­cję. Dałem radę! Zmu­si­łem ciało i umysł, żeby się nie pod­dały, a potem, już po wszyst­kim, mogłem przy­bić piątkę z żoł­nie­rzami, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wali selek­cję do GROM-u. Woj­sko, w któ­rym do tej pory słu­ży­łem, przy­zwy­cza­iło mnie do krzyku i poni­ża­nia, a ci faceci, choć ema­no­wali siłą i wła­dzą, byli spo­kojni i opa­no­wani. To spra­wiło, że byli też dużo bar­dziej sku­teczni w pró­bach zła­ma­nia nas. Sączyli do ucha jad: "Nic na siłę, jesteś zmę­czony - sły­sza­łem pełen zro­zu­mie­nia i tro­ski głos. - Jeśli już nie dajesz rady, to siądź na ławce, odpocz­niesz". Sta­ra­łem się ich nie słu­chać i pamię­tać słowa wypo­wie­dziane na samym początku selek­cji: "To wy musi­cie chcieć - robi­cie to dla sie­bie".

No i zro­bi­łem to dla sie­bie.

Dla każ­dego z Firmy kolejne selek­cje nie są niczym wyjąt­ko­wym. Selek­cja tak naprawdę trwa dla nas cią­gle i ni­gdy się koń­czy. Kiedy poja­wiła się pro­po­zy­cja, żeby wyje­chać na Jun­gle Patrol Curse do Belize, jasne było, że konieczna będzie kolejna selek­cja. Kry­te­ria wyboru uczest­ni­ków były pro­ste: sek­cja to sześć osób, dowódcą ma być gość ze zna­jo­mo­ścią angiel­skiego na pozio­mie dru­gim (pozo­sta­łym wystar­czy poziom pierw­szy), a wszy­scy muszą zali­czyć CFT - Com­bat Fit­ness Test. W Pol­sce wyjazd na zagra­niczny kurs wciąż jest przed­sta­wiany jak cho­lerne wyróż­nie­nie, a od gościa ze szko­le­niówki usły­sze­li­śmy nawet, że "po tym kur­sie dosta­nie­cie takie kwity, że nikt was nie ruszy" - nie­któ­rzy mają naprawdę śmieszne podej­ście do cięż­kiego tre­ningu... Nie prze­py­cha­li­śmy się, kto ma jechać, ale kan­dy­da­tów było (jak zawsze) tro­chę wię­cej niż miejsc.

Zanim jed­nak przy­szedł czas na Com­bat Fit­ness Test, trzeba było zdać egza­min z angiel­skiego przed bry­tyj­skim attaché woj­sko­wym. Coś tam powie­dzieć umia­łem (pierw­szy poziom mia­łem zali­czony), ale z pisa­niem byłem jak przed­szko­lak. Kum­pel napi­sał mi wzru­sza­jący poemat o tym, jak to ja bar­dzo chciał­bym jechać do dżun­gli i co mi to szko­le­nie da. Nauczy­łem się tego na pamięć, a potem literka po literce opi­sy­wa­łem na egza­minie moje zami­ło­wa­nie do dzi­kiej przy­rody. Egza­min ustny miał postać poga­wędki z attaché, który na szczę­ście nie wyka­zy­wał jakichś sady­stycz­nych skłon­no­ści i poprze­stał na gadce o tym, czy jestem żonaty i dzie­ciaty, gdzie bywa­łem i wojo­wa­łem oraz czy chcę jechać na kurs. Nie roz­ga­dy­wa­łem się spe­cjal­nie, ale mia­łem ukrytą tajną broń. Na koniec pięk­nie wyśpie­wa­łem wyuczone zda­nie o tym, że tak naprawdę to praw­dziwy żoł­nierz zawsze zro­zu­mie innego praw­dzi­wego żoł­nierza, nie­za­leż­nie od języka. Chyba to zro­zu­miał...

Na koniec attaché grzecz­nie się z nami poże­gnał, życzył powo­dze­nia i jesz­cze raz ser­decz­nie zapro­sił na kurs. Z tym zapro­sze­niem tro­chę prze­sa­dził, musi­cie bowiem wie­dzieć, że za kurs pła­ci­li­śmy my. A może powi­nie­nem powie­dzieć "wy"? Bo "my" to zna­czy Firma, a to z kolei ozna­cza po pro­stu podat­nika. Nasz szef szko­le­nia jed­nak pomi­nął tego typu sub­tel­no­ści i z dumą zako­mu­ni­ko­wał, że nie wyobra­żał sobie, by ktoś mógł nie zdać, ale kto kon­kret­nie poje­dzie, dowiemy się tro­chę póź­niej.

Lista zakwa­li­fi­ko­wa­nych na kurs nie była zasko­cze­niem. W skła­dzie sek­cji był więc major, kapi­ta­no­wie, porucz­nicy i cho­rąży. Nie­któ­rzy się pod­śmie­wali, że jedzie "patrol ofi­cer­ski", a Naval (star­szy cho­rąży) jest tam tylko dla przy­zwo­ito­ści. Te zarzuty nie były do końca praw­dziwe, bo nie zwra­ca­li­śmy tak bar­dzo uwagi na stop­nie. Tak po pro­stu wyszło. Może to nie jest dla wszyst­kich oczy­wi­ste, ale sek­cja nie musi zawsze się skła­dać z ofi­cera i woj­ska - ofi­ce­ro­wie też mogą być woj­skiem.

Dowódcą sek­cji został Śniady i zabrał się do stwo­rze­nia ambit­nego planu przy­go­to­wań, który resz­cie naszej piątki nie­spe­cjal­nie przy­padł do gustu. Plu­ra­lizm nie był naj­moc­niej­szą stroną naszej grupy, ale Śnia­dego zanadto nie obcho­dziło zda­nie innych. Mimo to mia­łem do niego zaufa­nie, bo gość był moim instruk­to­rem od zie­lo­nej tak­tyki (jed­nego ze szko­leń w siłach spe­cjal­nych - walki w tere­nie na kur­sie pod­sta­wo­wym) i cał­kiem nie­źle sobie radził, a do tego miał zali­czony kurs ame­ry­kań­skich Zie­lo­nych Bere­tów.

Śniady przy­dzie­lił nam funk­cje i kolej­ność w patrolu. Na prze­dzie ja jako skaut, czyli osoba odpo­wie­dzialna za czysz­cze­nie drogi, wykry­wa­nie zagro­żeń na tra­sie prze­mar­szu i mie­rze­nie dystansu. Drugi był Shagi, który został nawi­ga­to­rem - to ważna fucha, bo od niego zależy, czy grupa doj­dzie w miej­sce dzia­ła­nia. Trzeci to Śniady - dowódca, który powi­nien być jak czło­wiek orkie­stra: zna się dosłow­nie na wszyst­kim, a jeśli się nie zna, to korzy­sta z wie­dzy swo­ich ludzi i spina ich w całość. Czwarty szedł Karol jako łącz­no­ścio­wiec, który nie­sie ze sobą ciężką radio­sta­cję z zapa­sem bate­rii. Piąty - zastępca dowódcy Maniek, prawa ręka Śnia­dego, a stawkę zamy­kać miał Bazyl, który w razie koniecz­no­ści zastąpi w nawi­go­wa­niu Sha­giego, no i zabez­pie­cza tył.

Plan przy­go­to­wań i jego reali­za­cja bar­dzo szybko oka­zały się męczar­nią. Zaję­cia z nawi­ga­cji, pla­no­wa­nie, czy­ta­nie map i jesz­cze raz pla­no­wa­nie... OK, to wszystko jest ważne, ale ileż można w kółko pla­no­wać! Pla­no­wa­nie to tak naprawdę robota szta­bowa, czyli gry wojenne na mapach, wyty­cza­nie naszych posu­nięć i prze­wi­dy­wa­nie, jak zachowa się prze­ciw­nik. Z pla­no­wa­niem radzi­łem sobie nie­źle, nawi­ga­cja i kom­pas to był pryszcz - tak mi się przy­naj­mniej wyda­wało. Od sie­dze­nia na stołku i słu­cha­nia szta­bo­wych mądro­ści zaczy­nał boleć mnie tyłek, więc szu­ka­łem wszel­kich pre­tek­stów, żeby robić coś innego. Jaki ja wtedy się sta­łem uczynny! Wciąż bie­ga­łem: a to po pisaki, a to po mapy czy klocki na makiety. Wyprawa po to wszystko zaj­mo­wała mi zazwy­czaj tro­chę wię­cej czasu, niż powinna, ale zawsze było zała­twione.

Śniady wymy­ślił spo­sób na to, aby zadbać o nasze sku­pie­nie w cza­sie zajęć teo­re­tycz­nych. Na jego pole­ce­nie Maniek, gdy Śniady pro­wa­dził wykład, miał wypa­try­wać, kto przy­sy­pia. Przy­ła­pany był sta­wiany do pionu, a kiedy już wszy­scy stali, to miał być znak, że konieczna jest prze­rwa. Zasy­pia­łem więc z otwar­tymi oczami, by nie musieć stać. Pla­no­wa­nie zakoń­czyło się jed­no­dnio­wym wyj­ściem w teren i prze­pro­wa­dze­niem roz­po­zna­nia. No i klapa! Zada­nie było naprawdę pro­ste: mie­li­śmy w lesie, na pola­nie, obser­wo­wać pojazd z żoł­nie­rzami, nic wię­cej. Naszą pod­grywką były chło­paki z kursu pod­sta­wo­wego, więc do zada­nia pode­szli bar­dzo ambit­nie, ale jak to bywa na początku... Kolumna zło­żona z kilku pojaz­dów się spóź­niła, a ja z Sha­gim już zają­łem pozy­cję do obser­wa­cji. Leżymy zaka­mu­flo­wani w oko­licy polany i tu pech jak cho­lera - kie­rowca wybrał sobie dojazd na polanę tak, że jechał pro­sto na nas. Nie bar­dzo mie­li­śmy wyj­ście, więc pozo­stało tylko, uni­ka­jąc roz­je­cha­nia, wstać i w nogi - więk­szy wstyd od roz­je­cha­nia to oczy­wi­ście nie­wola. No i po zada­niu... Całe szczę­ście, że w tere­nie była jesz­cze inna grupa obser­wa­cyjna. Po powro­cie do bazy przej­ścio­wej cze­kała już na nas decy­zja, że dosta­li­śmy drugą szansę, takie tre­nin­gowe dru­gie życie, więc mamy powró­cić w rejon dzia­ła­nia i kon­ty­nu­ować obser­wa­cję.

Przy­szedł wresz­cie czas na Com­bat Fit­ness Test. Sły­sze­li­ście coś o nim? CFT to osiem mil w dwie godziny i ważący pięt­na­ście kilo­gra­mów ple­cak nie­siony na grzbie­cie. Potem każą jesz­cze bie­gać pół­to­rej mili w cza­sie nie krót­szym niż dzie­więć minut i trzy­dzie­ści sekund, do tego jakieś pompki i brzuszki. Nie brzmi groź­nie? Szkoda, bo powinno. CFT może powa­lić nawet tych naj­lep­szych, któ­rzy poko­nali w życiu nie­jedną trasę i nie­jedną górę. Taki spraw­dzian cze­kał naszą sek­cję przed wyru­sze­niem do Belize. Po co tak się męczyć przed for­sow­nym wyjaz­dem? Każdy z orga­ni­za­to­rów kursu prze­trwa­nia musi urzą­dzić taki spraw­no­ściowy cyrk, by już na star­cie wyeli­mi­no­wać maru­de­rów. Na nas to jakoś szcze­gól­nie nie dzia­łało, bo byli­śmy przy­zwy­cza­jeni do cią­głych fizycz­nych spraw­dzianów.

Do CFT każdy z nas przy­go­to­wy­wał się sam - nie­stety, przez cią­głe odprawy i pla­no­wa­nie nie było na tyle czasu, aby zro­bić to razem. Przy­go­to­wa­nie do mar­szu było przy­jem­nym odre­ago­wa­niem godzin wysie­dzia­nych na stołku w sali wykła­do­wej. Miesz­ka­łem już wtedy w sie­dem­na­sto­pię­tro­wym wie­żowcu, więc zale­wa­łem potem schody, masze­ru­jąc po klatce scho­do­wej w górę i dół. Nikomu nie chce się wcho­dzić tak wysoko, więc raczej było pusto, choć tra­fiał się od czasu do czasu jakiś chętny na poga­wędki. Gdyby zli­czyć wszyst­kie moje wycieczki po scho­dach, to oka­za­łoby się pew­nie, że na wła­snej klatce scho­do­wej zali­czy­łem Mount Eve­rest.

CHCESZ SIĘ PRZY­GO­TO­WAĆ NA TRUDNY I WYCZER­PU­JĄCY MARSZ?

Wysi­łek i pot? Pomogę ci go polu­bić. O co masz zadbać?

Usiądź i poroz­ma­wiaj z samym sobą: czy naprawdę tego chcesz? Musisz chcieć się zmę­czyć! Załatw sobie porządny sprzęt, byś mógł kom­for­towo cho­dzić: wygodne buty, dobra bie­li­zna i ubra­nie na każdą pogodę. Po pro­stu zadbaj o swój kom­fort, bo nie będzie łatwo! Zacznij od spraw­dze­nia samego sie­bie. Musisz wie­dzieć, z jakiego pułapu star­tu­jesz, a poza tym lubimy się spraw­dzać - choćby tylko przed sobą! Zrób sobie spraw­dzian ze wszyst­kiego - idą nie tylko nogi, ale i ramiona, które niosą ple­cak, więc oceń swoją wydol­ność bie­gową, pod­cią­gnij się na drążku, sprawdź, ile pom­pek i brzusz­ków jesteś w sta­nie zro­bić oraz jak pły­wasz i nur­ku­jesz. Tre­ning roz­pocz­nij od sześć­dzie­się­ciu pro­cent swo­ich moż­li­wo­ści - tre­ning wstępny ma być przy­jem­no­ścią, a jeśli będziesz sobie rów­no­mier­nie dokła­dał obcią­że­nia, będzie jesz­cze więk­szą przy­jem­no­ścią, bo zoba­czysz, że możesz dalej, szyb­ciej i wię­cej. Dbaj o dietę i wypo­czy­nek - one też mają być czę­ścią two­jego przy­go­to­wa­nia. Jesteś zmę­czony i dalej już nie możesz? Siądź na ławce i odpocz­nij - robisz to prze­cież tylko dla sie­bie. Tre­nuj tak, byś po każ­dym tre­ningu czuł nie­do­syt i sam chciał wię­cej! Posta­raj się raz na jakiś czas - np. raz w mie­siącu - zro­bić wszystko na maksa. Zrób to bez zegarka, ale niech ktoś cię przy­pil­nuje. Nie rób tego sam, ale zrób to dla sie­bie - tak jak­byś wal­czył o prze­trwa­nie. Spraw­dzian i wyniki tak naprawdę nie są ważne, ale pod­po­wie­dzą, jak twoje ciało spraw­dza się w sytu­acji eks­tre­mal­nej i czy nie ćwi­czysz za dużo. Jeśli tak, to zwol­nij! Dbaj o sie­bie! Jeśli masz kon­tu­zję, wrzuć na luz, jeste­śmy tylko ludźmi.

Reszta chło­pa­ków też musiała sobie jakoś radzić - no, może z wyjąt­kiem Mańka, który nie musiał robić nic. Gość ma marsz w genach. Może po pro­stu iść, iść i iść, do tego nie­złym tem­pem.

Ponie­waż mi przy­pa­dła rola skauta, a więc tego, kto idzie na prze­dzie i liczy, jaką odle­głość poko­nu­jemy (to jest zaś pod­stawa orien­ta­cji w tere­nie), musia­łem naprawdę poważ­nie podejść do sprawy mie­rze­nia dystansu. W pol­skim lesie róż­nie bywało z tym mie­rze­niem odle­gło­ści, więc co będzie w dżun­gli? Posta­no­wi­łem się wspo­móc elek­tro­niką. Paro­kroki mia­łem poli­czone i zgrane z GPS-em - sie­dem­dzie­siąt paro­kro­ków to sto metrów. Kupi­łem sobie kro­ko­mierz, który dosko­nale spraw­dza się na rów­nym tere­nie (prze­chył ciała to dla niego jeden krok), ale już tro­chę gorzej, gdy teren nie jest pła­ski. Im wię­cej dowia­dy­wa­łem się o dżun­gli, tym bar­dziej uświadamia­łem sobie, że potrzebny jest nam spe­cja­li­styczny sprzęt.

Angole przy­słali listę tego, co każdy z nas powi­nien posia­dać. Nie­stety, zapo­mnieli do niej dopi­sać: "i co tam sobie jesz­cze życzy­cie - we wła­snym zakre­sie". Wzię­li­śmy więc tylko to, co było na liście, i koniec, Śniady oka­zał się regu­la­mi­no­wym dowódcą, jak on się u nas ucho­wał... W efek­cie nie zabra­li­śmy nok­to­wi­zora, a posia­da­nie GPS-u to moja tajem­nica... Na doda­tek w Pol­sce nie da się od ręki zała­twić spe­cja­li­stycz­nego sprzętu do walki w dżun­gli - w skle­pie z węd­kami takich rze­czy prze­cież nie kupisz.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ważną rolę odgrywa sprzęt. Tu cho­dzi nie tylko o funk­cje, które speł­nia, ale też o pew­ność i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, jakie daje. Wiele razy widzia­łem, jak z łodzi sprzęt nie zni­kał w mor­skich otchła­niach, bo po pro­stu był przy­mo­co­wany odpo­wied­nio mocną linką. Mówiąc krótko, musisz mieć sto pro­cent gwa­ran­cji, że sznu­rek nie pęk­nie - wtedy wiesz, że ty też nie pęk­niesz.

Kiedy do wylotu do Anglii zostało kilka dni, musie­li­śmy się zwe­ry­fi­ko­wać i zro­bić na miej­scu CFT. Mia­łem już tyle kilo­me­trów w nogach, że nie wyda­wał mi się on jakimś strasz­nie trud­nym spraw­dzia­nem - to tylko osiem mil w dwie godziny i pięt­na­ście kilo­gra­mów na ple­cach. Bez jaj, ja nie dam rady? Zapo­mnia­łem o jed­nej waż­nej rze­czy - gdy cho­dzi­łem sam, mogłem masze­ro­wać we wła­snym tem­pie. Jak chcia­łem pod­biec, żeby nad­ro­bić - pro­szę bar­dzo, nie ma pro­blemu. Tym­cza­sem w kupie masze­ro­wać jest znacz­nie trud­niej.

Śniady wymy­ślił sobie, że test zro­bimy na poli­go­nie. Asfal­towa droga będzie naszym szla­kiem, a samo­chód wymie­rzy trasę tam i z powro­tem. Osiem mil (czyli nie­całe trzy­na­ście kilo­me­trów) po roz­grza­nym asfal­cie. I jak w wester­nie: start w samo połu­dnie. Upał jak cho­lera, więc mówię, żeby zejść z tego pie­przo­nego asfaltu i iść w cie­niu po leśnej ścieżce. Co na to sły­szę? Że nie będziemy sobie uła­twiać! Kurwa mać!!! Bycie żoł­nie­rzem sił spe­cjal­nych wymaga kre­atyw­no­ści, więc i tak sobie uła­twi­łem - do ple­caka zała­do­wa­łem kamel­bak z dwoma litrami wody (nie dość, że się ją wypije, to jesz­cze zmniej­szy się cię­żar na ple­cach).

Śniady naka­zał, że mamy iść w dopiero co kupio­nych butach jun­gle. Na takie numery nie mia­łem zamiaru dać się nabrać, bo wie­dzia­łem, jak będą wyglą­dać moje stopy po tylu kilo­me­trach mar­szu w nowych butach z twar­dej skóry, które pozwolą poczuć dogłęb­nie każde prze­szy­cie, każdy wysta­jący skra­wek. No i zaczęło się gada­nie: że Naval jak przej­dzie, to nie do końca powi­nien mieć zali­czone, że buty nie­re­gu­la­mi­nowe... Zaczy­na­łem żało­wać, że nie zro­bi­łem tak jak Shagi, który aby unik­nąć takiego bez­sen­sow­nego przy­pier­da­la­nia się, wyko­rzy­stał nie do końca zale­czoną kon­tu­zję i dostał zwol­nie­nie lekar­skie z zajęć fizycz­nych. Dzięki temu, zamiast zasu­wać po asfal­cie, sie­dział w kabi­nie samo­chodu mie­rzą­cego dystans, dopin­gu­jąc, i zamy­kał pochód. To jest kre­atyw­ność!

Masze­ru­jemy. Co pewien czas zmie­nia się pro­wa­dzący, żeby utrzy­mać równe tempo. Taka zmiana bar­dzo pomaga, ma dzia­łać na psy­chikę i poka­zać, że nowe siły są na prze­dzie. Słońce daje ogniem ile może i bez lito­ści, w nogach coraz mniej siły, a Maniek "zachwala" nowe buty - cud­nie się dopa­so­wują, każdy szew ide­al­nie wrzyna się w skórę. Do szó­stej mili jakoś razem dajemy radę, pro­wa­dzący płyn­nie się zmie­niają. Pozna­jesz, że coś jest nie tak w gru­po­wym mar­szu, gdy docho­dzi do zmiany lidera i nowy oka­zuje się na tyle słaby, że stary wręcz musi się zatrzy­mać, aby tam­ten mógł wyjść na czoło. Czas na Karola, ale on nie daje rady ze zmianą - zwal­niam, dopin­guję go, a on tylko sapie jak loko­mo­tywa. Nie ma już wody, więc daję mu tro­chę pocią­gnąć ze swo­jego bukłaczka, ale i to już nie pomaga. Idzie zyg­za­kiem, zwal­nia, a potem pikuje i pada do rowu zemdlony z wysiłku i pew­nie z odwod­nie­nia.

Shagi wyska­kuje z samo­chodu i rzuca się na pomoc, ale Śniady drze mordę, że on jako dowódca sta­now­czo zabra­nia "wszel­kich dzia­łań pomo­co­wych ludziom z zewnątrz grupy mar­szo­wej". Posta­wi­li­śmy Karola na nogi, biorę jego ple­cak i jak jakiś szerpa niosę ple­cak na ple­caku. Teraz mam na grzbie­cie dwa­dzie­ścia osiem kilo­gra­mów - Karol, nie­stety, nic sobie nie uła­twił. Zostało nam jakieś dwie­ście pięć­dzie­siąt metrów do ostat­niej nawrotki, a z niej jesz­cze z pięć­set metrów i meta, ale z Karo­lem było coraz gorzej. Prze­grza­nemu i prze­mę­czo­nemu orga­ni­zmowi nie tylko nogi odmó­wiły posłu­szeń­stwa, ale i głowa. Gdy on coś mam­ro­tał i paplał od rze­czy, czas pły­nął nie­ubła­ga­nie. Maniek, który dopro­wa­dził Karola do miej­sca, gdzie nawra­camy, zosta­wił go pod opieką Sha­giego. Dalej nie było sensu nieść ple­caka Karola, bo i nie było komu dalej iść. Z Mań­kiem, rów­nym kro­kiem i bez bala­stu, nie patrząc na pozo­sta­jącą w tyle dwójkę, dokoń­czy­li­śmy tę pie­chur­ską gehennę z suk­ce­sem i miesz­cząc się w cza­sie.

Wresz­cie przy­szedł ten cudowny moment, gdy tyłek spo­tyka się z opar­ciem, a z ramion spa­dają taśmy ple­caka. W końcu doczła­pali też Śniady z Bazy­lem. Nowe buty zro­biły swoje i wszy­scy oprócz mnie mieli tak otarte stopy, że pod koniec mar­szu chlu­pał w nich nie pot, ale krew. Śniady się tym spe­cjal­nie nie prze­jął - był wręcz zado­wo­lony z tego poświę­ce­nia i pełen dumy z odnie­sio­nych ran, do chwili gdy odkle­jał skar­petkę od stopy wraz z war­stwą skóry! Mnie zaś brała cho­lera, bo od mar­szu po asfal­cie odbi­łem sobie stopę i odczu­wa­łem to przy każ­dym kroku. Pul­su­jąca z bólu pięta to nie jest dobry znak, gdy wybie­rasz się do dżun­gli.

Na drugi dzień było jesz­cze gorzej. Ja mia­łem gorączkę, stopa nada­wała się do gipsu, a nie na kurs i test, jaki cze­kał mnie za parę dni w Anglii. O poranku oka­zało się, że do Belize poje­dzie pięć kalek i Shagi, który tylko swo­jemu zwol­nie­niu zawdzię­czał brak obra­żeń. Stopy każ­dego z chło­pa­ków w wielu miej­scach były pozba­wione skóry, w pla­strach. Marsz, na szczę­ście, Śniady zali­czył wszyst­kim - nawet mnie, choć mia­łem "nie­re­gu­la­mi­nowe" buty.

Stę­ka­jąc z bólu, zabra­li­śmy się za pako­wa­nie. Pako­wa­nie to bar­dzo ważna część żoł­nier­skiej ponie­wierki. To praw­dziwa sztuka, bo jeśli cze­goś nie weź­miesz, to na miej­scu tego nie kupisz. Jeśli jed­nak zabie­rzesz za dużo, to będziesz musiał to potem nie­po­trzeb­nie dźwi­gać. Ow­szem, możesz wyrzu­cić, ale wyrzu­cić zawsze szkoda, bo naj­czę­ściej to coś dro­go­cen­nego i bli­skiego sercu, pamiątka, z którą się wiążą wspo­mnie­nia. Przy pako­wa­niu trzeba się naprawdę nie­źle nagłów­ko­wać!

Tym razem ogra­ni­czała nas waga bagażu, jaki można było zabrać do samo­lotu. Wyjeż­dża­jąc na misję, mie­li­śmy moż­li­wość zabra­nia sprzętu o wadze nawet do stu sześć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów, tu czter­dzie­ści pięć. Mimo to było tego na tyle dużo, że posta­no­wi­li­śmy spa­ko­wać go w skrzy­nie - są wygodne i zapew­niają dobrą ochronę. W przed­dzień wylotu Śniady zebrał nas z całym dobyt­kiem i ku ogól­nemu zasko­cze­niu zaczął spraw­dzać, czy wszystko mamy zgod­nie z listą. Przy­słana przez Angli­ków lista sprzętu do zabra­nia była długa, więc potrak­to­wa­li­śmy ją raczej jak zbiór suge­stii. Gdy Śniady zabrał się do spraw­dza­nia, jak sobie z ukom­ple­to­wa­niem się pora­dzi­li­śmy, ku jego znie­sma­cze­niu, wyszły na jaw braki i w ogóle brak naszego pro­fe­sjo­na­li­zmu. Braki oczy­wi­ście mają zostać przez nas uzu­peł­nione, no i do oka­za­nia na lot­ni­sku.

Wstyd pisać, ale zaczęło się: że ołó­wek zaostrzony tylko z jed­nej strony (a Anglicy napi­sali, że ma być z dwóch!), że nie ma widelca i łyżki... Na nic tłu­ma­cze­nie, że ołó­wek ma taką cudowną wła­ści­wość, że można go zaostrzyć. Tym bar­dziej że zawsze mam przy sobie nóż. W Fir­mie nikt do tej pory nie zwra­cał na takie pier­doły uwagi, no ale idzie nowe i u nas, jak widać, ma być woj­sko.

Musi­cie wie­dzieć, że przy pako­wa­niu bar­dzo ważne jest, aby naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy mieć zawsze w bagażu pod­ręcz­nym. Tego nauczyły mnie lata w Fir­mie, więc czuję się nie­swojo, kiedy nie mam w ple­caku sznurka, pla­sti­ko­wych kaj­da­nek, czar­nej taśmy, małej apteczki i jesz­cze kilku drob­nych, ale bar­dzo przy­dat­nych gadże­tów. Obo­wiąz­kowo w kie­szeni muszę mieć nożyk. Wyobra­ża­cie sobie pew­nie, że po to, by przy­dał się w walce na śmierć i życie? Ech...

Nożyk nosi się zawsze przy sobie nie po to, żeby komuś odciąć głowę. Zasta­nów­cie się, jak czę­sto trzeba się moco­wać z czymś cia­sno zwią­za­nym jakimś wyjąt­kowo upier­dli­wym sznu­recz­kiem - jeśli macie przy sobie nożyk, nie trzeba się siło­wać z węzeł­kami. Nożyk jest po to, żeby uła­twiać sprawy. Ja lubię sobie uła­twiać (bo czemu, do cho­lery, życie nie może być łatwiej­sze?), więc zawsze go przy sobie mam. Wam radzę dokład­nie to samo, uła­twiaj­cie sobie!

Paku­jąc się, zrób­cie sobie listę rze­czy głów­nych i zapa­so­wych. Rze­czy główne w moim przy­padku to: nożyk (naj­le­piej taki otwie­rany jedną ręką), zapal­niczka, latarka, dwu­me­trowy sznu­rek lub linka zakoń­czona kara­bin­kiem i apteczka; to mam przy sobie pra­wie zawsze. Zapa­sowe rze­czy kom­ple­tuję, gdy wiem, że czeka mnie jakaś mała wycieczka. Dokła­dam wtedy wie­lo­funk­cyjne narzę­dzie Leather­mana, dodat­kowe bate­rie, wodę, bato­niki, tele­fon, no i - w zależ­no­ści od pory roku - dodat­kowe ubra­nie.

JAK SIĘ SPA­KO­WAĆ? CHEC­KLI­STA NAVALA

ZESTAW POD­STA­WOWY:

nożyk, tele­fon, latarka, sznu­rek z kara­bin­kiem, pla­sti­kowe kaj­danki, zapal­niczka, świa­tło che­miczne, zega­rek z kom­pa­sem, oku­lary, apteczka, bato­nik ener­ge­tyczny.

LISTA ZAPA­SOWA - RZE­CZY, KTÓRE ZABIE­RAM ZE SOBĄ, GDY JADĘ GDZIEŚ NA KILKA DNI LUB IDĘ W GÓRY:

zapa­sowe bate­rie, zapałki, metrowa guma, narzę­dzie wie­lo­funk­cyjne, folia NRC, mapa terenu, busola lub GPS, wszystko to, co uwa­żam, że w danym tere­nie lub kli­ma­cie może być przy­datne w sytu­acji zagro­że­nia życia.

2. Prze­rzut

Na pewno widzie­li­ście wiele fil­mów o żoł­nier­zach. W pra­wie wszyst­kich droga w rejon akcji raczej nie jest mate­ria­łem na jakieś nie­sa­mo­wite sceny - po pro­stu boha­te­ro­wie gdzieś wsia­dają do samo­lotu, gdzieś wysia­dają (cza­sem po dro­dze mogą poga­dać, prze­krzy­ku­jąc ryk sil­ni­ków samo­lotu) i tyle. Tymcza­sem prze­rzut może oka­zać się praw­dziwą przy­godą - szcze­gól­nie dla nas, Pola­ków. Co jest w nas takiego, że sprawy, które dla innych są pro­ste, u nas zmie­niają się w naro­dowe wyzwa­nie?

Czym, jeśli idzie o orga­ni­za­cję prze­rzutu, różni się Woj­sko Pol­skie od US Army (porów­nuję do naj­lep­szych)? Tam, gdzie my idziemy pie­chotą, Jan­kesi jadą autem. Kiedy my jedziemy autem, oni lecą śmi­głow­cem. Kiedy my już lecimy śmi­głow­cem, to tamci już dawno pole­cieli samo­lo­tem. No, a jak już i my lecimy, to mamy do dys­po­zy­cji rzą­do­wego Tupo­lewa albo samo­loty ame­ry­kań­skie.

Woj­skowi decy­denci posta­no­wili, że na Wyspy prze­rzucą nas pol­skie skrzy­dła. Stać nas, mamy sprzęt, a do tego pogoda na lot piękna! Samo­lot, który cze­kał na pły­cie lot­ni­ska, nie był gigan­tem. Nie był też (Boże broń!) jakimś gra­tem, ale był... Był taki tro­chę, jak by to powie­dzieć?

Przy­gody zaczęły się, zanim dotar­li­śmy do Belize. "Pte­ro­dak­tyl" (czyli samo­lot Bryza) dziel­nie sobie radził w trak­cie lotu, ale aby dowieźć nas do Wiel­kiej Bry­ta­nii, musiał mieć mię­dzy­lą­do­wa­nie w Niem­czech

Mały.

Mały, ale bojowo poma­lo­wany w róż­no­zie­lone ciapki. Histo­rycz­nego prze­rzutu do Wiel­kiej Bry­ta­nii miała doko­nać Bryza. Może nie zna­cie się na samo­lo­tach, ale kiedy powiem wam, że Bryza, aby dole­cieć na Wyspy, musi doko­nać mię­dzy­lą­do­wa­nia w Kolo­nii, to chyba zro­zu­mie­cie, o co cho­dzi. Fakt, Bryza ma dobrą awio­nikę, jest wypo­sa­żona w GPS i ma ogrze­waną kabinę, z któ­rej korzy­stały nawet różne VIP-y, ale dla takiego samo­lo­ciku wyprawa do Anglii to jak podróż na koniec świata. Jego zasięg to tysiąc czte­ry­sta kilo­me­trów, które przy sprzy­ja­ją­cych wia­trach poko­nuje w nie­całe pięć godzin. Do celu mie­li­śmy więc dole­cieć za jakieś sie­dem godzin.

Lot "pte­ro­dak­ty­lem" (tak nazwa­łem nasz samo­lot) nie był taki zły, ale głu­pio się czu­li­śmy, gdy Niemcy w Kolo­nii pytali nas, na jaki zlot zabyt­ko­wych samo­lotów się wybie­ramy. Przez całą drogę myśla­łem, jak to jest moż­liwe, że w trak­cie II wojny świa­to­wej latano z Lon­dynu nad Pol­skę bez mię­dzy­lą­do­wa­nia, a my nie możemy zro­bić tego samego w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku? Mało tego, nie musimy prze­cież omi­jać nie­miec­kich bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych i lecimy po naj­prost­szej tra­sie! Po cho­lerę to wszystko? Nie łatwiej było nam kupić po bile­cie na lot rej­sowy?

Dotar­li­śmy w końcu na lot­ni­sko w Nor­ton, gdzie obsługa przy­glą­dała nam się podejrz­li­wie i spode łba, jak­by­śmy pomy­lili epokę. Pew­nie zasta­na­wiali się, co to za cudo przy­le­ciało i co to za desant. Przy­ta­cha­li­śmy - skrzynka po skrzynce - nasz bagaż do przy­tul­nej pocze­kalni, w któ­rej nikt na nas nie cze­kał. W takich sytu­acjach widać, że pol­ska gościn­ność naprawdę ist­nieje, bo może nie zawsze witamy kole­gów żoł­nie­rzy z innych kra­jów chle­bem i solą, ale ni­gdy nie zosta­wiamy ich samych na pły­cie lot­ni­ska... Zawsze jakiś żoł­nierz w przy­sło­wio­wym woj­sko­wym sta­rze czeka. A tu nikogo nie ma, cisza - aniel­ski (a może angiel­ski?) spo­kój. Śniady gdzieś cią­gle wydzwa­nia, ale nikt nie odbiera, a po kilku godzi­nach widać, że zaczy­namy tu prze­szka­dzać. Nic dziw­nego, wypi­li­śmy im całą her­batę z auto­matu, a tu się sie­dem­na­sta zbliża!

W końcu woj­skowe wła­dze lot­ni­ska się nad nami zli­to­wały i w zamian za to, że się wynie­siemy (chyba nie mogli już znieść rechotu Mańka, który opo­wia­da­jąc gło­śno swoje histo­ryjki, naj­gło­śniej się z nich śmieje), zgo­dzili się pod­sta­wić auto­bus i odwieźć nas pod wska­zany adres. Przez dwie godziny podróży podzi­wia­łem małe angiel­skie domki, a na koniec oka­zało się... Cóż, oka­zało się, że angiel­ski jest jed­nak trud­niej­szy, niż przy­pusz­cza­łem - Śniady tak się doga­dał, że kie­rowca zawiózł nas nie do tej bazy co trzeba.

Całe szczę­ście, że to wyspa! Pomy­śla­łem, że kie­dyś, klu­cząc, tra­fimy na odpo­wiedni fort. Długo mijały kolejne dwie godziny jazdy, auto­bus doje­chał do bazy. Tu rów­nież nikt nas nie powi­tał chle­bem i solą, ale to już nas nie zdzi­wiło. Cicho i spo­koj­nie, tylko jakiś ważny wojak od nie­chce­nia wska­zał barak, otwo­rzył pokoje i spać. A kola­cja? - pytamy. Oka­zało się, że sto­łówka dawno zamknięta, całe szczę­ście jest za to woda w kra­nie.

- No co? Do bycia głod­nym też byli­śmy szko­leni - wes­tchnął Karol, obli­zu­jąc wargi na dobra­noc.

Leżę i nie mogę zasnąć. Gdzieś tam brzę­czy komar, a przez głowę prze­la­tują różne myśli. Jak ja się tutaj wła­ści­wie zna­la­złem? W 1993 roku zde­cy­do­wa­łem, że muszę zamie­nić pil­nik ślu­sa­rza na kara­bin żoł­nie­rza, bo ina­czej życie sobie zmar­nuję. Myśla­łem jed­nak, że po odby­ciu zasad­ni­czej służby do tego pil­nika będę musiał wró­cić, a bar­dzo nie chcia­łem. Tym­cza­sem będąc w woj­sku, spo­tka­łem takich ludzi jak Wie­siek - z nim spę­dzi­łem sześć mie­sięcy na misji ONZ w Liba­nie i to on pod­su­nął mi pomysł, żeby zostać pro­fe­sjo­nal­nym żoł­nie­rzem. Ale gdzie? Nie uśmie­chał mi się powrót do zwy­kłego pol­skiego woj­ska, tam dosta­łem mocno w tyłek, więc przez głowę prze­szła mi nawet Legia Cudzo­ziem­ska. Ow­szem, był GROM, ale dla takiego zwy­kłego chło­paka jak ja wyda­wał się nie­osią­galny. Czło­wiek przy­tło­czony jest już samą nazwą jed­nostki i jej legendą zwią­zaną z Cicho­ciem­nymi i osobą puł­kow­nika Sła­wo­mira Pete­lic­kiego.

Nie było jed­nak tak, że nie mia­łem czego poka­zać. Kiedy bie­ga­łem, bar­dzo rzadko widzia­łem plecy rywali. Pod wodą radzi­łem sobie lepiej niż wydra, a obok drążka, na któ­rym się można było pod­cią­gać, ni­gdy nie prze­cho­dzi­łem obo­jęt­nie. Po woj­sku musia­łem spę­dzić trzy lata w straży prze­my­sło­wej, jed­no­cze­śnie uczęsz­cza­łem zaocz­nie do liceum dla doro­słych. Dzięki temu uzu­peł­ni­łem wykształ­ce­nie i mia­łem kom­plet doku­men­tów, aby wysłać apli­ka­cję do GROM-u. Zakwa­li­fi­ko­wa­łem się na egza­min wstępny i poje­cha­łem do Legio­nowa, gdzie na pierw­szej zbiórce zoba­czy­łem grono chło­pa­ków rów­nie nie­po­zor­nych jak ja.

Sam GROM oka­zał się inny niż regu­larne woj­sko, które zna­łem z cza­sów służby zasad­ni­czej. Tu liczyło się nie sta­nie godzi­nami na bacz­ność, ale to, czy dobrze zro­bisz swoją robotę. Nie będę uda­wał, że wszystko jest zawsze ide­alne, ale dni spę­dzo­nych w Fir­mie nie zamie­nił­bym ni­gdy na żadne inne.

Chce­cie wie­dzieć, czym tak naprawdę jest GROM? Moja wła­sna defi­ni­cja jest taka: Firma to przede wszyst­kim ludzie. GROM to pasjo­naci, któ­rzy robią coś, co w naszym woj­sko­wym świe­cie ma sens.

3. Moja lewa stopa

Ranek powi­tał nas typową angiel­ską pogodą: desz­czowo, zimno. Śnia­da­nie było przy­zwo­ite, a miska to dla wojaka ważna sprawa. Oka­zuje się, że na zmy­waku i w kuchni pra­cują Polacy - chwalą sobie robotę jak cho­lera, ale ostrze­gają, że nie ma szans się najeść, bo Anglicy ważą i mie­rzą wszystko co do grama. Nie minęło kilka dni, gdy raban pod­nie­śli Kana­dyj­czycy. Wiel­kie chłopy, któ­rym strach w oczy spoj­rzeć, awan­tu­ro­wały się, że koryto jest jak w zubo­ża­łym popraw­czaku. Widocz­nie też byli przy­zwy­cza­jeni do stan­dar­dów z ame­ry­kań­skich sto­łó­wek, gdzie Wuj Sam pozwa­lał najeść się do syta i nie było potrzeby dodat­ko­wego zaopa­try­wa­nia się w jedze­nie. Oprócz Kana­dyj­czy­ków na sto­łówce pozna­jemy innych naszych przy­szłych towa­rzy­szy doli i nie­doli: egzo­tycz­nych i rosłych Kenij­czy­ków, troszkę dziw­nie wyglą­da­ją­cych w odpra­so­wa­nych mun­du­rach mło­dych koman­do­sów z Ban­gla­de­szu, Fili­piń­czy­ków, Nor­we­gów, Irland­czy­ków, Cze­chów, Niem­ców, Angli­ków i Gur­khów, z któ­rymi witam się sło­wami ram ram (pamię­tam to ich powi­ta­nie z wyjazdu do Libanu w ramach sił ONZ).

Oprócz nas i Niem­ców wszy­scy przy­le­cieli tu nor­mal­nie samo­lo­tami pasa­żer­skimi i ktoś cze­kał, aby ode­brać ich z lot­ni­ska, nie byli tak samo­dzielni jak my. Mam duszę wędrowca, więc chęt­nie zoba­czył­bym jakiś więk­szy kawa­łek Anglii, bo człek cie­kawy świata, ale wygląda na to, że cały czas zej­dzie nam na szko­le­niu i zali­cza­niu testów. Zoba­czy­li­śmy zatem tylko bar­dzo ładną oko­licę - łagodne wzgó­rza z równo przy­cię­tymi traw­ni­kami podzie­lo­nymi żywo­pło­tem. Anglicy mają hopla na punk­cie traw­ni­ków, zawsze wypa­trzysz kogoś, kto strzyże murawę. Oprócz tego lokalną atrak­cją są setki kró­li­ków, które poma­gają w utrzy­ma­niu odpo­wied­niej dłu­go­ści źdźbła trawy. Poza tym możemy zwie­dzać woj­skowe baraki, które wyglą­dają dokład­nie tak samo jak na fil­mach opo­wia­da­ją­cych o cza­sach II wojny świa­to­wej. Chyba nic się od tam­tych cza­sów nie zmie­niło! Gdzieś w latach czter­dzie­stych zatrzy­mał się też lokalny pub, gdzie wybra­li­śmy się wie­czo­rem, aby obej­rzeć finał mun­dialu. Piwo tu mają niczego sobie, a i pub ma kli­mat, tylko te angiel­skie nie­wia­sty mało uro­dziwe, no ale to oczy­wi­ście kwe­stia gustu.

Tro­chę nie­swojo się czuję, słu­cha­jąc, jak mówią Anglicy. Do tej pory po angiel­sku roz­ma­wia­łem z Ame­ry­ka­nami i jakoś dawa­łem radę, ale tutaj wszystko brzmi tro­chę ina­czej... Był kie­dyś u nas zabawny przy­pa­dek, kolega na wysu­nię­tym sta­no­wi­sku gdzieś pod Basrą w Iraku tłu­ma­czył Tek­sań­czy­kowi, co chło­pak z Lon­dynu do tam­tego mówi.

Za bar­dzo nas nie gonią, choć już na następny dzień wyzna­czyli pierw­szą część CFT, który teraz będziemy zali­czać na bry­tyj­skiej ziemi. Tego też się oba­wiam, bo moja lewa stopa... Cóż, moja lewa stopa, mówiąc po żoł­nier­sku, napier­dala mnie nie­mi­ło­sier­nie przy każ­dym posta­wio­nym kroku i przy­po­mina o teście, który urzą­dzi­li­śmy sobie w Pol­sce. Ze wza­jem­nych rela­cji wiemy, że oprócz ban­gla­de­skich koman­do­sów tylko my byli­śmy tacy mądrzy i spraw­dzi­li­śmy się tak, jak orga­ni­za­tor ocze­ki­wał. Żeby nie myśleć o tym, co mnie czeka jutro, sta­ram się sku­pić na szko­le­niu. Zaczyna być cie­ka­wie, bo mowa o bry­tyj­skim kara­bi­nie L85 Ende­avour i jego obsłu­dze - tego kara­binka wcze­śniej nie zna­łem, a jest bar­dzo poręczny i ma sprytny pas nośny, choć nie wszyst­kim on pasuje, nasz dowódca wolałby sznu­rek niż skom­pli­ko­wane w jego mnie­ma­niu prze­pię­cia, a one mają sens. Potem zaj­mu­jemy się pracą na radio­sta­cji - jej moż­li­wo­ściami, budową i obsługą. Instruk­to­rzy są bar­dzo kon­kretni, więc nie ma lania wody i zbęd­nego prze­dłu­ża­nia, wyczu­walny jest pro­fe­sjo­na­lizm.

W końcu nad­szedł dzień prawdy.

Wszystko zaczęło się od waże­nia ple­ca­ków (nie mam poję­cia, czemu nam nie ufają), ja mam oczy­wi­ście kamel­bak napeł­niony wodą. Jeśli cho­dzi o buty, to nic i nikt nie może mnie nakło­nić do mar­szu w nowiu­sień­kich jun­gle'ach, a i chło­paki sobie teraz odpu­ściły, ze Śnia­dym włącz­nie. Sto­imy według naro­do­wo­ści, więc my - zgod­nie z naszą naro­dową tra­dy­cją - jeste­śmy oczy­wi­ście bar­dzo skromni i na samym końcu. Ruszy­li­śmy i idziemy jak na piel­grzymce, a pro­wa­dzi nas instruk­tor Nepal­czyk.

Zaczę­li­śmy iść cał­kiem nor­mal­nie, ale jak to na piel­grzymce: przód idzie równo, śro­dek się rwie, a tył raz zwal­nia, a raz pod­biega, by być razem z pele­to­nem. W począt­ko­wej czę­ści mar­szu, gdy ma się siły, można coś takiego znieść, lecz z cza­sem staje się to bar­dzo męczące. Pierw­szą część spa­cerku umi­lają nam koman­dosi z Ban­gla­de­szu, któ­rzy pod dowódz­twem swego majora zaczy­nają nucić mar­szową pieśń:

One, two, three, four - BAN­GLA­DE­SHI COM­MANDO One, two, three, four - BAN­GLA­DE­SHI COM­MANDO

Wszy­scy są pod ogrom­nym wra­że­niem tej pie­śni, ale tak na moje oko to długo te szczu­paki z pie­śnią na ustach nie ujdą. I rze­czy­wi­ście, po jakimś cza­sie sta­wała się coraz cich­sza, aż w końcu umil­kła na dobre, dając odpo­czy­nek naszym uszom, coś tam jesz­cze ichni major o twa­rzy dziecka z wąsi­kiem chciał śpie­wać, ale i on umilkł.

Z cza­sem tempo robiło się coraz ostrzej­sze. Zbo­czy­li­śmy z głów­nej drogi asfal­to­wej w ścieżkę pomię­dzy polami, więc szło się przy­jem­nie i nawet nie prze­szka­dzało mi, że pro­wa­dzący co jakiś czas prze­cho­dził do biegu. Prze­bieg takiego woj­sko­wego mar­szo­biegu jest oczy­wi­sty: prze­sta­jemy iść "naro­do­wo­ściowo", a zaczy­namy "natu­ral­nie". Kto ma siły, idzie jako awan­garda, a reszta jakoś sobie radzi. Widzę, że instruk­tor ma trasę obcy­kaną. Jest też czas na prze­rwę i dopa­so­wa­nie sprzętu, a wtedy maru­de­rzy mogą do nas dojść (natu­ral­nie, mają mniej czasu na odpo­czy­nek) i kiedy wszy­scy już są razem, ruszamy dalej.

Gdyby nie otar­cia nóg, dla Mańka to byłby spa­cer. Nie idziemy po asfal­cie, słońce jest gdzieś za chmu­rami - dzięki temu i mimo tego, że stopa mi doku­cza, jakoś daję radę i już z Mań­kiem jeste­śmy na czele. Trzy­mam się za Kenij­czy­kiem, któ­rego nogi się­gają mi do pach, a na jeden jego krok przy­pa­dają moje trzy. Chłop ma dobre tempo, widzę, że chęt­nie by wyprze­dził instruk­tora! Jak to w mar­szu, im bli­żej końca, tym dla jed­nych wese­lej, bo koniec bli­sko, a dla innych coraz trud­niej, bo i meta się jakoś dziw­nie oddala. Naj­sil­niejsi kogoś tam cią­gną, gdzie indziej dwóch nie­sie trzy ple­caki - wszyst­kie ekipy jakoś sobie radzą. Nie­stety, u nas, oprócz pla­no­wa­nia, nie było czasu na tre­ning fizyczny, nie mówiąc już o zbu­do­wa­niu dobrej atmos­fery. W tak małym gro­nie ten czyn­nik jest klu­czem do suk­cesu - w ogóle jest klu­czem do dobrego wspól­nego dzia­ła­nia, i to nie tylko wśród żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych. Żal patrzeć, jak inne ekipy sobie poma­gają: wła­śnie siła­cze z Austrii niosą wspól­nie ple­cak swego słab­szego kolegi, a my... No cóż, jak widać nie wszy­scy w Fir­mie prze­szli zmianę men­talną.

Tuż przed metą dopadł nas z flanki jakiś pod­ska­ku­jąco-pokrzy­ku­jący angiel­ski sier­żant, że mamy się naro­do­wo­ściowo odszu­kać i iść w swo­ich skła­dach rów­nym kro­kiem, bo repre­zen­tu­jemy swoje kraje i będziemy prze­cho­dzić koło sztabu! "Do kogo ta gadka?" - pomy­śla­łem. Czemu wszyst­kie armie są tak podobne w tym zami­ło­wa­niu do musz­try i masze­ro­wa­nia? Musie­li­śmy zwol­nić, aby dołą­czyła do nas reszta ekipy, żeby zzia­jane woj­sko można było podzi­wiać z okna sztabu. Na pewno był to prze­piękny widok... lewa, lewa, lewa...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki