Przetrwać Belize - Naval Naval

Reflow text when sidebars are open.
Welcome to the jungle
Jest takie pragnienie, że woda smakuje jak wino, a wafel z pasztetem jest w stanie napełnić żołądek na cały dzień... Organizm mówi, że ma wszystkiego dosyć, a wściekłe na ciebie sumienie dyszy, patrząc na obolałe nogi, które już nie chcą dalej iść. Organizm wrzeszczy, że ma tego wszystkiego dość i masz natychmiast odpuścić. Ty jednak tego nie słuchasz. Po skromnym posiłku i odsapnięciu nadchodzi satysfakcja z wykonanej roboty, przebytych kilometrów i... idzie się dalej, choć płaska prosta wydaje się drogą pod górkę na jakiś cholerny szczyt.
Tak wyglądały moje marsze. Każdy krok przypomina o tym, że masz ciało i to ciało cierpi: taśmy plecaka wpijają się w ramiona, karabin ciąży niczym kamień, a stopy pokrywają się pęcherzami. Z każdym krokiem wydaje ci się, że gorzej być nie może, a za każdym razem jednak jest. Ale ty nie masz wcale zamiaru się poddać i każdy krok jest twoim kolejnym sukcesem. Za każdym razem zapisujesz sobie na koncie wielkie zwycięstwo, a satysfakcji, która z niego wynika, nie da się z niczym porównać.
Bo chociaż zmęczenie boli, to ja lubię ten ból. Lubię pot i lubię czuć serce, które wali w klatce piersiowej, chcę wciąż i wciąż więcej wysiłku i adrenaliny. W mojej pracy zmęczenie jest codziennością, ale nikt mnie do niego nie zmusza - wybrałem to sam. Zostałem żołnierzem, a potem przeszedłem selekcję do jednej z najlepszych jednostek na świecie - trafiłem do GROM-u, gdzie ciężki trening stał się jednym ze sposobów na życie.
Jak dać radę, gdy wszystko - otoczenie i twoje własne ciało - są przeciwko tobie? Każdy szuka jakiejś ucieczki. Ja znalazłem ją w przypominaniu sobie opisów marszów innych piechurów, a wśród nich opowieści Sergiusza Piaseckiego, tego od Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy. Tak narodził się pomysł, aby spisać pamiętnik własnego marszu. Ten pamiętnik z kolei zamienił się w książkę, którą właśnie czytasz.
Zapraszam was do dżungli w Belize. To nie jest bezpieczne miejsce, więc macie szczęście, że wybieramy się tam razem. Chcę pokazać wam, jak wygląda walka o życie tam, gdzie niemal wszystko może się okazać potencjalnym zagrożeniem. Mam nadzieję, że doświadczycie tego samego, co ja: potu, zmęczenia, krwi i... cholernie niesamowitej satysfakcji.
Naval
Jeśli chcesz nosić beret jednostki specjalnej, przygotuj się na piekło na ziemi, bo trafisz do niego kilka razy.
Pierwszy raz trafiłem do takiego piekła podczas selekcji do Firmy, jak nazywamy GROM. Kiedy było po wszystkim, moje stopy wyglądały jak opuchnięte balony. Nigdy nie zapomnę, jak po ukończeniu selekcji siedziałem boso przed domem i próbowałem ochłodzić je o zimny beton. W głowie kręciło mi się z wyczerpania, ale zamiast wyć ze zmęczenia, czułem dziką satysfakcję. Dałem radę! Zmusiłem ciało i umysł, żeby się nie poddały, a potem, już po wszystkim, mogłem przybić piątkę z żołnierzami, którzy zorganizowali selekcję do GROM-u. Wojsko, w którym do tej pory służyłem, przyzwyczaiło mnie do krzyku i poniżania, a ci faceci, choć emanowali siłą i władzą, byli spokojni i opanowani. To sprawiło, że byli też dużo bardziej skuteczni w próbach złamania nas. Sączyli do ucha jad: "Nic na siłę, jesteś zmęczony - słyszałem pełen zrozumienia i troski głos. - Jeśli już nie dajesz rady, to siądź na ławce, odpoczniesz". Starałem się ich nie słuchać i pamiętać słowa wypowiedziane na samym początku selekcji: "To wy musicie chcieć - robicie to dla siebie".
No i zrobiłem to dla siebie.
Dla każdego z Firmy kolejne selekcje nie są niczym wyjątkowym. Selekcja tak naprawdę trwa dla nas ciągle i nigdy się kończy. Kiedy pojawiła się propozycja, żeby wyjechać na Jungle Patrol Curse do Belize, jasne było, że konieczna będzie kolejna selekcja. Kryteria wyboru uczestników były proste: sekcja to sześć osób, dowódcą ma być gość ze znajomością angielskiego na poziomie drugim (pozostałym wystarczy poziom pierwszy), a wszyscy muszą zaliczyć CFT - Combat Fitness Test. W Polsce wyjazd na zagraniczny kurs wciąż jest przedstawiany jak cholerne wyróżnienie, a od gościa ze szkoleniówki usłyszeliśmy nawet, że "po tym kursie dostaniecie takie kwity, że nikt was nie ruszy" - niektórzy mają naprawdę śmieszne podejście do ciężkiego treningu... Nie przepychaliśmy się, kto ma jechać, ale kandydatów było (jak zawsze) trochę więcej niż miejsc.
Zanim jednak przyszedł czas na Combat Fitness Test, trzeba było zdać egzamin z angielskiego przed brytyjskim attaché wojskowym. Coś tam powiedzieć umiałem (pierwszy poziom miałem zaliczony), ale z pisaniem byłem jak przedszkolak. Kumpel napisał mi wzruszający poemat o tym, jak to ja bardzo chciałbym jechać do dżungli i co mi to szkolenie da. Nauczyłem się tego na pamięć, a potem literka po literce opisywałem na egzaminie moje zamiłowanie do dzikiej przyrody. Egzamin ustny miał postać pogawędki z attaché, który na szczęście nie wykazywał jakichś sadystycznych skłonności i poprzestał na gadce o tym, czy jestem żonaty i dzieciaty, gdzie bywałem i wojowałem oraz czy chcę jechać na kurs. Nie rozgadywałem się specjalnie, ale miałem ukrytą tajną broń. Na koniec pięknie wyśpiewałem wyuczone zdanie o tym, że tak naprawdę to prawdziwy żołnierz zawsze zrozumie innego prawdziwego żołnierza, niezależnie od języka. Chyba to zrozumiał...
Na koniec attaché grzecznie się z nami pożegnał, życzył powodzenia i jeszcze raz serdecznie zaprosił na kurs. Z tym zaproszeniem trochę przesadził, musicie bowiem wiedzieć, że za kurs płaciliśmy my. A może powinienem powiedzieć "wy"? Bo "my" to znaczy Firma, a to z kolei oznacza po prostu podatnika. Nasz szef szkolenia jednak pominął tego typu subtelności i z dumą zakomunikował, że nie wyobrażał sobie, by ktoś mógł nie zdać, ale kto konkretnie pojedzie, dowiemy się trochę później.
Lista zakwalifikowanych na kurs nie była zaskoczeniem. W składzie sekcji był więc major, kapitanowie, porucznicy i chorąży. Niektórzy się podśmiewali, że jedzie "patrol oficerski", a Naval (starszy chorąży) jest tam tylko dla przyzwoitości. Te zarzuty nie były do końca prawdziwe, bo nie zwracaliśmy tak bardzo uwagi na stopnie. Tak po prostu wyszło. Może to nie jest dla wszystkich oczywiste, ale sekcja nie musi zawsze się składać z oficera i wojska - oficerowie też mogą być wojskiem.
Dowódcą sekcji został Śniady i zabrał się do stworzenia ambitnego planu przygotowań, który reszcie naszej piątki niespecjalnie przypadł do gustu. Pluralizm nie był najmocniejszą stroną naszej grupy, ale Śniadego zanadto nie obchodziło zdanie innych. Mimo to miałem do niego zaufanie, bo gość był moim instruktorem od zielonej taktyki (jednego ze szkoleń w siłach specjalnych - walki w terenie na kursie podstawowym) i całkiem nieźle sobie radził, a do tego miał zaliczony kurs amerykańskich Zielonych Beretów.
Śniady przydzielił nam funkcje i kolejność w patrolu. Na przedzie ja jako skaut, czyli osoba odpowiedzialna za czyszczenie drogi, wykrywanie zagrożeń na trasie przemarszu i mierzenie dystansu. Drugi był Shagi, który został nawigatorem - to ważna fucha, bo od niego zależy, czy grupa dojdzie w miejsce działania. Trzeci to Śniady - dowódca, który powinien być jak człowiek orkiestra: zna się dosłownie na wszystkim, a jeśli się nie zna, to korzysta z wiedzy swoich ludzi i spina ich w całość. Czwarty szedł Karol jako łącznościowiec, który niesie ze sobą ciężką radiostację z zapasem baterii. Piąty - zastępca dowódcy Maniek, prawa ręka Śniadego, a stawkę zamykać miał Bazyl, który w razie konieczności zastąpi w nawigowaniu Shagiego, no i zabezpiecza tył.
Plan przygotowań i jego realizacja bardzo szybko okazały się męczarnią. Zajęcia z nawigacji, planowanie, czytanie map i jeszcze raz planowanie... OK, to wszystko jest ważne, ale ileż można w kółko planować! Planowanie to tak naprawdę robota sztabowa, czyli gry wojenne na mapach, wytyczanie naszych posunięć i przewidywanie, jak zachowa się przeciwnik. Z planowaniem radziłem sobie nieźle, nawigacja i kompas to był pryszcz - tak mi się przynajmniej wydawało. Od siedzenia na stołku i słuchania sztabowych mądrości zaczynał boleć mnie tyłek, więc szukałem wszelkich pretekstów, żeby robić coś innego. Jaki ja wtedy się stałem uczynny! Wciąż biegałem: a to po pisaki, a to po mapy czy klocki na makiety. Wyprawa po to wszystko zajmowała mi zazwyczaj trochę więcej czasu, niż powinna, ale zawsze było załatwione.
Śniady wymyślił sposób na to, aby zadbać o nasze skupienie w czasie zajęć teoretycznych. Na jego polecenie Maniek, gdy Śniady prowadził wykład, miał wypatrywać, kto przysypia. Przyłapany był stawiany do pionu, a kiedy już wszyscy stali, to miał być znak, że konieczna jest przerwa. Zasypiałem więc z otwartymi oczami, by nie musieć stać. Planowanie zakończyło się jednodniowym wyjściem w teren i przeprowadzeniem rozpoznania. No i klapa! Zadanie było naprawdę proste: mieliśmy w lesie, na polanie, obserwować pojazd z żołnierzami, nic więcej. Naszą podgrywką były chłopaki z kursu podstawowego, więc do zadania podeszli bardzo ambitnie, ale jak to bywa na początku... Kolumna złożona z kilku pojazdów się spóźniła, a ja z Shagim już zająłem pozycję do obserwacji. Leżymy zakamuflowani w okolicy polany i tu pech jak cholera - kierowca wybrał sobie dojazd na polanę tak, że jechał prosto na nas. Nie bardzo mieliśmy wyjście, więc pozostało tylko, unikając rozjechania, wstać i w nogi - większy wstyd od rozjechania to oczywiście niewola. No i po zadaniu... Całe szczęście, że w terenie była jeszcze inna grupa obserwacyjna. Po powrocie do bazy przejściowej czekała już na nas decyzja, że dostaliśmy drugą szansę, takie treningowe drugie życie, więc mamy powrócić w rejon działania i kontynuować obserwację.
Przyszedł wreszcie czas na Combat Fitness Test. Słyszeliście coś o nim? CFT to osiem mil w dwie godziny i ważący piętnaście kilogramów plecak niesiony na grzbiecie. Potem każą jeszcze biegać półtorej mili w czasie nie krótszym niż dziewięć minut i trzydzieści sekund, do tego jakieś pompki i brzuszki. Nie brzmi groźnie? Szkoda, bo powinno. CFT może powalić nawet tych najlepszych, którzy pokonali w życiu niejedną trasę i niejedną górę. Taki sprawdzian czekał naszą sekcję przed wyruszeniem do Belize. Po co tak się męczyć przed forsownym wyjazdem? Każdy z organizatorów kursu przetrwania musi urządzić taki sprawnościowy cyrk, by już na starcie wyeliminować maruderów. Na nas to jakoś szczególnie nie działało, bo byliśmy przyzwyczajeni do ciągłych fizycznych sprawdzianów.
Do CFT każdy z nas przygotowywał się sam - niestety, przez ciągłe odprawy i planowanie nie było na tyle czasu, aby zrobić to razem. Przygotowanie do marszu było przyjemnym odreagowaniem godzin wysiedzianych na stołku w sali wykładowej. Mieszkałem już wtedy w siedemnastopiętrowym wieżowcu, więc zalewałem potem schody, maszerując po klatce schodowej w górę i dół. Nikomu nie chce się wchodzić tak wysoko, więc raczej było pusto, choć trafiał się od czasu do czasu jakiś chętny na pogawędki. Gdyby zliczyć wszystkie moje wycieczki po schodach, to okazałoby się pewnie, że na własnej klatce schodowej zaliczyłem Mount Everest.
Wysiłek i pot? Pomogę ci go polubić. O co masz zadbać?
Usiądź i porozmawiaj z samym sobą: czy naprawdę tego chcesz? Musisz chcieć się zmęczyć! Załatw sobie porządny sprzęt, byś mógł komfortowo chodzić: wygodne buty, dobra bielizna i ubranie na każdą pogodę. Po prostu zadbaj o swój komfort, bo nie będzie łatwo! Zacznij od sprawdzenia samego siebie. Musisz wiedzieć, z jakiego pułapu startujesz, a poza tym lubimy się sprawdzać - choćby tylko przed sobą! Zrób sobie sprawdzian ze wszystkiego - idą nie tylko nogi, ale i ramiona, które niosą plecak, więc oceń swoją wydolność biegową, podciągnij się na drążku, sprawdź, ile pompek i brzuszków jesteś w stanie zrobić oraz jak pływasz i nurkujesz. Trening rozpocznij od sześćdziesięciu procent swoich możliwości - trening wstępny ma być przyjemnością, a jeśli będziesz sobie równomiernie dokładał obciążenia, będzie jeszcze większą przyjemnością, bo zobaczysz, że możesz dalej, szybciej i więcej. Dbaj o dietę i wypoczynek - one też mają być częścią twojego przygotowania. Jesteś zmęczony i dalej już nie możesz? Siądź na ławce i odpocznij - robisz to przecież tylko dla siebie. Trenuj tak, byś po każdym treningu czuł niedosyt i sam chciał więcej! Postaraj się raz na jakiś czas - np. raz w miesiącu - zrobić wszystko na maksa. Zrób to bez zegarka, ale niech ktoś cię przypilnuje. Nie rób tego sam, ale zrób to dla siebie - tak jakbyś walczył o przetrwanie. Sprawdzian i wyniki tak naprawdę nie są ważne, ale podpowiedzą, jak twoje ciało sprawdza się w sytuacji ekstremalnej i czy nie ćwiczysz za dużo. Jeśli tak, to zwolnij! Dbaj o siebie! Jeśli masz kontuzję, wrzuć na luz, jesteśmy tylko ludźmi.Reszta chłopaków też musiała sobie jakoś radzić - no, może z wyjątkiem Mańka, który nie musiał robić nic. Gość ma marsz w genach. Może po prostu iść, iść i iść, do tego niezłym tempem.
Ponieważ mi przypadła rola skauta, a więc tego, kto idzie na przedzie i liczy, jaką odległość pokonujemy (to jest zaś podstawa orientacji w terenie), musiałem naprawdę poważnie podejść do sprawy mierzenia dystansu. W polskim lesie różnie bywało z tym mierzeniem odległości, więc co będzie w dżungli? Postanowiłem się wspomóc elektroniką. Parokroki miałem policzone i zgrane z GPS-em - siedemdziesiąt parokroków to sto metrów. Kupiłem sobie krokomierz, który doskonale sprawdza się na równym terenie (przechył ciała to dla niego jeden krok), ale już trochę gorzej, gdy teren nie jest płaski. Im więcej dowiadywałem się o dżungli, tym bardziej uświadamiałem sobie, że potrzebny jest nam specjalistyczny sprzęt.
Angole przysłali listę tego, co każdy z nas powinien posiadać. Niestety, zapomnieli do niej dopisać: "i co tam sobie jeszcze życzycie - we własnym zakresie". Wzięliśmy więc tylko to, co było na liście, i koniec, Śniady okazał się regulaminowym dowódcą, jak on się u nas uchował... W efekcie nie zabraliśmy noktowizora, a posiadanie GPS-u to moja tajemnica... Na dodatek w Polsce nie da się od ręki załatwić specjalistycznego sprzętu do walki w dżungli - w sklepie z wędkami takich rzeczy przecież nie kupisz.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ważną rolę odgrywa sprzęt. Tu chodzi nie tylko o funkcje, które spełnia, ale też o pewność i poczucie bezpieczeństwa, jakie daje. Wiele razy widziałem, jak z łodzi sprzęt nie znikał w morskich otchłaniach, bo po prostu był przymocowany odpowiednio mocną linką. Mówiąc krótko, musisz mieć sto procent gwarancji, że sznurek nie pęknie - wtedy wiesz, że ty też nie pękniesz.
Kiedy do wylotu do Anglii zostało kilka dni, musieliśmy się zweryfikować i zrobić na miejscu CFT. Miałem już tyle kilometrów w nogach, że nie wydawał mi się on jakimś strasznie trudnym sprawdzianem - to tylko osiem mil w dwie godziny i piętnaście kilogramów na plecach. Bez jaj, ja nie dam rady? Zapomniałem o jednej ważnej rzeczy - gdy chodziłem sam, mogłem maszerować we własnym tempie. Jak chciałem podbiec, żeby nadrobić - proszę bardzo, nie ma problemu. Tymczasem w kupie maszerować jest znacznie trudniej.
Śniady wymyślił sobie, że test zrobimy na poligonie. Asfaltowa droga będzie naszym szlakiem, a samochód wymierzy trasę tam i z powrotem. Osiem mil (czyli niecałe trzynaście kilometrów) po rozgrzanym asfalcie. I jak w westernie: start w samo południe. Upał jak cholera, więc mówię, żeby zejść z tego pieprzonego asfaltu i iść w cieniu po leśnej ścieżce. Co na to słyszę? Że nie będziemy sobie ułatwiać! Kurwa mać!!! Bycie żołnierzem sił specjalnych wymaga kreatywności, więc i tak sobie ułatwiłem - do plecaka załadowałem kamelbak z dwoma litrami wody (nie dość, że się ją wypije, to jeszcze zmniejszy się ciężar na plecach).
Śniady nakazał, że mamy iść w dopiero co kupionych butach jungle. Na takie numery nie miałem zamiaru dać się nabrać, bo wiedziałem, jak będą wyglądać moje stopy po tylu kilometrach marszu w nowych butach z twardej skóry, które pozwolą poczuć dogłębnie każde przeszycie, każdy wystający skrawek. No i zaczęło się gadanie: że Naval jak przejdzie, to nie do końca powinien mieć zaliczone, że buty nieregulaminowe... Zaczynałem żałować, że nie zrobiłem tak jak Shagi, który aby uniknąć takiego bezsensownego przypierdalania się, wykorzystał nie do końca zaleczoną kontuzję i dostał zwolnienie lekarskie z zajęć fizycznych. Dzięki temu, zamiast zasuwać po asfalcie, siedział w kabinie samochodu mierzącego dystans, dopingując, i zamykał pochód. To jest kreatywność!
Maszerujemy. Co pewien czas zmienia się prowadzący, żeby utrzymać równe tempo. Taka zmiana bardzo pomaga, ma działać na psychikę i pokazać, że nowe siły są na przedzie. Słońce daje ogniem ile może i bez litości, w nogach coraz mniej siły, a Maniek "zachwala" nowe buty - cudnie się dopasowują, każdy szew idealnie wrzyna się w skórę. Do szóstej mili jakoś razem dajemy radę, prowadzący płynnie się zmieniają. Poznajesz, że coś jest nie tak w grupowym marszu, gdy dochodzi do zmiany lidera i nowy okazuje się na tyle słaby, że stary wręcz musi się zatrzymać, aby tamten mógł wyjść na czoło. Czas na Karola, ale on nie daje rady ze zmianą - zwalniam, dopinguję go, a on tylko sapie jak lokomotywa. Nie ma już wody, więc daję mu trochę pociągnąć ze swojego bukłaczka, ale i to już nie pomaga. Idzie zygzakiem, zwalnia, a potem pikuje i pada do rowu zemdlony z wysiłku i pewnie z odwodnienia.
Shagi wyskakuje z samochodu i rzuca się na pomoc, ale Śniady drze mordę, że on jako dowódca stanowczo zabrania "wszelkich działań pomocowych ludziom z zewnątrz grupy marszowej". Postawiliśmy Karola na nogi, biorę jego plecak i jak jakiś szerpa niosę plecak na plecaku. Teraz mam na grzbiecie dwadzieścia osiem kilogramów - Karol, niestety, nic sobie nie ułatwił. Zostało nam jakieś dwieście pięćdziesiąt metrów do ostatniej nawrotki, a z niej jeszcze z pięćset metrów i meta, ale z Karolem było coraz gorzej. Przegrzanemu i przemęczonemu organizmowi nie tylko nogi odmówiły posłuszeństwa, ale i głowa. Gdy on coś mamrotał i paplał od rzeczy, czas płynął nieubłaganie. Maniek, który doprowadził Karola do miejsca, gdzie nawracamy, zostawił go pod opieką Shagiego. Dalej nie było sensu nieść plecaka Karola, bo i nie było komu dalej iść. Z Mańkiem, równym krokiem i bez balastu, nie patrząc na pozostającą w tyle dwójkę, dokończyliśmy tę piechurską gehennę z sukcesem i mieszcząc się w czasie.
Wreszcie przyszedł ten cudowny moment, gdy tyłek spotyka się z oparciem, a z ramion spadają taśmy plecaka. W końcu doczłapali też Śniady z Bazylem. Nowe buty zrobiły swoje i wszyscy oprócz mnie mieli tak otarte stopy, że pod koniec marszu chlupał w nich nie pot, ale krew. Śniady się tym specjalnie nie przejął - był wręcz zadowolony z tego poświęcenia i pełen dumy z odniesionych ran, do chwili gdy odklejał skarpetkę od stopy wraz z warstwą skóry! Mnie zaś brała cholera, bo od marszu po asfalcie odbiłem sobie stopę i odczuwałem to przy każdym kroku. Pulsująca z bólu pięta to nie jest dobry znak, gdy wybierasz się do dżungli.
Na drugi dzień było jeszcze gorzej. Ja miałem gorączkę, stopa nadawała się do gipsu, a nie na kurs i test, jaki czekał mnie za parę dni w Anglii. O poranku okazało się, że do Belize pojedzie pięć kalek i Shagi, który tylko swojemu zwolnieniu zawdzięczał brak obrażeń. Stopy każdego z chłopaków w wielu miejscach były pozbawione skóry, w plastrach. Marsz, na szczęście, Śniady zaliczył wszystkim - nawet mnie, choć miałem "nieregulaminowe" buty.
Stękając z bólu, zabraliśmy się za pakowanie. Pakowanie to bardzo ważna część żołnierskiej poniewierki. To prawdziwa sztuka, bo jeśli czegoś nie weźmiesz, to na miejscu tego nie kupisz. Jeśli jednak zabierzesz za dużo, to będziesz musiał to potem niepotrzebnie dźwigać. Owszem, możesz wyrzucić, ale wyrzucić zawsze szkoda, bo najczęściej to coś drogocennego i bliskiego sercu, pamiątka, z którą się wiążą wspomnienia. Przy pakowaniu trzeba się naprawdę nieźle nagłówkować!
Tym razem ograniczała nas waga bagażu, jaki można było zabrać do samolotu. Wyjeżdżając na misję, mieliśmy możliwość zabrania sprzętu o wadze nawet do stu sześćdziesięciu kilogramów, tu czterdzieści pięć. Mimo to było tego na tyle dużo, że postanowiliśmy spakować go w skrzynie - są wygodne i zapewniają dobrą ochronę. W przeddzień wylotu Śniady zebrał nas z całym dobytkiem i ku ogólnemu zaskoczeniu zaczął sprawdzać, czy wszystko mamy zgodnie z listą. Przysłana przez Anglików lista sprzętu do zabrania była długa, więc potraktowaliśmy ją raczej jak zbiór sugestii. Gdy Śniady zabrał się do sprawdzania, jak sobie z ukompletowaniem się poradziliśmy, ku jego zniesmaczeniu, wyszły na jaw braki i w ogóle brak naszego profesjonalizmu. Braki oczywiście mają zostać przez nas uzupełnione, no i do okazania na lotnisku.
Wstyd pisać, ale zaczęło się: że ołówek zaostrzony tylko z jednej strony (a Anglicy napisali, że ma być z dwóch!), że nie ma widelca i łyżki... Na nic tłumaczenie, że ołówek ma taką cudowną właściwość, że można go zaostrzyć. Tym bardziej że zawsze mam przy sobie nóż. W Firmie nikt do tej pory nie zwracał na takie pierdoły uwagi, no ale idzie nowe i u nas, jak widać, ma być wojsko.
Musicie wiedzieć, że przy pakowaniu bardzo ważne jest, aby najpotrzebniejsze rzeczy mieć zawsze w bagażu podręcznym. Tego nauczyły mnie lata w Firmie, więc czuję się nieswojo, kiedy nie mam w plecaku sznurka, plastikowych kajdanek, czarnej taśmy, małej apteczki i jeszcze kilku drobnych, ale bardzo przydatnych gadżetów. Obowiązkowo w kieszeni muszę mieć nożyk. Wyobrażacie sobie pewnie, że po to, by przydał się w walce na śmierć i życie? Ech...
Nożyk nosi się zawsze przy sobie nie po to, żeby komuś odciąć głowę. Zastanówcie się, jak często trzeba się mocować z czymś ciasno związanym jakimś wyjątkowo upierdliwym sznureczkiem - jeśli macie przy sobie nożyk, nie trzeba się siłować z węzełkami. Nożyk jest po to, żeby ułatwiać sprawy. Ja lubię sobie ułatwiać (bo czemu, do cholery, życie nie może być łatwiejsze?), więc zawsze go przy sobie mam. Wam radzę dokładnie to samo, ułatwiajcie sobie!
Pakując się, zróbcie sobie listę rzeczy głównych i zapasowych. Rzeczy główne w moim przypadku to: nożyk (najlepiej taki otwierany jedną ręką), zapalniczka, latarka, dwumetrowy sznurek lub linka zakończona karabinkiem i apteczka; to mam przy sobie prawie zawsze. Zapasowe rzeczy kompletuję, gdy wiem, że czeka mnie jakaś mała wycieczka. Dokładam wtedy wielofunkcyjne narzędzie Leathermana, dodatkowe baterie, wodę, batoniki, telefon, no i - w zależności od pory roku - dodatkowe ubranie.
ZESTAW PODSTAWOWY:
nożyk, telefon, latarka, sznurek z karabinkiem, plastikowe kajdanki, zapalniczka, światło chemiczne, zegarek z kompasem, okulary, apteczka, batonik energetyczny.LISTA ZAPASOWA - RZECZY, KTÓRE ZABIERAM ZE SOBĄ, GDY JADĘ GDZIEŚ NA KILKA DNI LUB IDĘ W GÓRY:
zapasowe baterie, zapałki, metrowa guma, narzędzie wielofunkcyjne, folia NRC, mapa terenu, busola lub GPS, wszystko to, co uważam, że w danym terenie lub klimacie może być przydatne w sytuacji zagrożenia życia.Na pewno widzieliście wiele filmów o żołnierzach. W prawie wszystkich droga w rejon akcji raczej nie jest materiałem na jakieś niesamowite sceny - po prostu bohaterowie gdzieś wsiadają do samolotu, gdzieś wysiadają (czasem po drodze mogą pogadać, przekrzykując ryk silników samolotu) i tyle. Tymczasem przerzut może okazać się prawdziwą przygodą - szczególnie dla nas, Polaków. Co jest w nas takiego, że sprawy, które dla innych są proste, u nas zmieniają się w narodowe wyzwanie?
Czym, jeśli idzie o organizację przerzutu, różni się Wojsko Polskie od US Army (porównuję do najlepszych)? Tam, gdzie my idziemy piechotą, Jankesi jadą autem. Kiedy my jedziemy autem, oni lecą śmigłowcem. Kiedy my już lecimy śmigłowcem, to tamci już dawno polecieli samolotem. No, a jak już i my lecimy, to mamy do dyspozycji rządowego Tupolewa albo samoloty amerykańskie.
Wojskowi decydenci postanowili, że na Wyspy przerzucą nas polskie skrzydła. Stać nas, mamy sprzęt, a do tego pogoda na lot piękna! Samolot, który czekał na płycie lotniska, nie był gigantem. Nie był też (Boże broń!) jakimś gratem, ale był... Był taki trochę, jak by to powiedzieć?
Przygody zaczęły się, zanim dotarliśmy do Belize. "Pterodaktyl" (czyli samolot Bryza) dzielnie sobie radził w trakcie lotu, ale aby dowieźć nas do Wielkiej Brytanii, musiał mieć międzylądowanie w Niemczech
Mały.
Mały, ale bojowo pomalowany w różnozielone ciapki. Historycznego przerzutu do Wielkiej Brytanii miała dokonać Bryza. Może nie znacie się na samolotach, ale kiedy powiem wam, że Bryza, aby dolecieć na Wyspy, musi dokonać międzylądowania w Kolonii, to chyba zrozumiecie, o co chodzi. Fakt, Bryza ma dobrą awionikę, jest wyposażona w GPS i ma ogrzewaną kabinę, z której korzystały nawet różne VIP-y, ale dla takiego samolociku wyprawa do Anglii to jak podróż na koniec świata. Jego zasięg to tysiąc czterysta kilometrów, które przy sprzyjających wiatrach pokonuje w niecałe pięć godzin. Do celu mieliśmy więc dolecieć za jakieś siedem godzin.
Lot "pterodaktylem" (tak nazwałem nasz samolot) nie był taki zły, ale głupio się czuliśmy, gdy Niemcy w Kolonii pytali nas, na jaki zlot zabytkowych samolotów się wybieramy. Przez całą drogę myślałem, jak to jest możliwe, że w trakcie II wojny światowej latano z Londynu nad Polskę bez międzylądowania, a my nie możemy zrobić tego samego w dwudziestym pierwszym wieku? Mało tego, nie musimy przecież omijać niemieckich baterii przeciwlotniczych i lecimy po najprostszej trasie! Po cholerę to wszystko? Nie łatwiej było nam kupić po bilecie na lot rejsowy?
Dotarliśmy w końcu na lotnisko w Norton, gdzie obsługa przyglądała nam się podejrzliwie i spode łba, jakbyśmy pomylili epokę. Pewnie zastanawiali się, co to za cudo przyleciało i co to za desant. Przytachaliśmy - skrzynka po skrzynce - nasz bagaż do przytulnej poczekalni, w której nikt na nas nie czekał. W takich sytuacjach widać, że polska gościnność naprawdę istnieje, bo może nie zawsze witamy kolegów żołnierzy z innych krajów chlebem i solą, ale nigdy nie zostawiamy ich samych na płycie lotniska... Zawsze jakiś żołnierz w przysłowiowym wojskowym starze czeka. A tu nikogo nie ma, cisza - anielski (a może angielski?) spokój. Śniady gdzieś ciągle wydzwania, ale nikt nie odbiera, a po kilku godzinach widać, że zaczynamy tu przeszkadzać. Nic dziwnego, wypiliśmy im całą herbatę z automatu, a tu się siedemnasta zbliża!
W końcu wojskowe władze lotniska się nad nami zlitowały i w zamian za to, że się wyniesiemy (chyba nie mogli już znieść rechotu Mańka, który opowiadając głośno swoje historyjki, najgłośniej się z nich śmieje), zgodzili się podstawić autobus i odwieźć nas pod wskazany adres. Przez dwie godziny podróży podziwiałem małe angielskie domki, a na koniec okazało się... Cóż, okazało się, że angielski jest jednak trudniejszy, niż przypuszczałem - Śniady tak się dogadał, że kierowca zawiózł nas nie do tej bazy co trzeba.
Całe szczęście, że to wyspa! Pomyślałem, że kiedyś, klucząc, trafimy na odpowiedni fort. Długo mijały kolejne dwie godziny jazdy, autobus dojechał do bazy. Tu również nikt nas nie powitał chlebem i solą, ale to już nas nie zdziwiło. Cicho i spokojnie, tylko jakiś ważny wojak od niechcenia wskazał barak, otworzył pokoje i spać. A kolacja? - pytamy. Okazało się, że stołówka dawno zamknięta, całe szczęście jest za to woda w kranie.
- No co? Do bycia głodnym też byliśmy szkoleni - westchnął Karol, oblizując wargi na dobranoc.
Leżę i nie mogę zasnąć. Gdzieś tam brzęczy komar, a przez głowę przelatują różne myśli. Jak ja się tutaj właściwie znalazłem? W 1993 roku zdecydowałem, że muszę zamienić pilnik ślusarza na karabin żołnierza, bo inaczej życie sobie zmarnuję. Myślałem jednak, że po odbyciu zasadniczej służby do tego pilnika będę musiał wrócić, a bardzo nie chciałem. Tymczasem będąc w wojsku, spotkałem takich ludzi jak Wiesiek - z nim spędziłem sześć miesięcy na misji ONZ w Libanie i to on podsunął mi pomysł, żeby zostać profesjonalnym żołnierzem. Ale gdzie? Nie uśmiechał mi się powrót do zwykłego polskiego wojska, tam dostałem mocno w tyłek, więc przez głowę przeszła mi nawet Legia Cudzoziemska. Owszem, był GROM, ale dla takiego zwykłego chłopaka jak ja wydawał się nieosiągalny. Człowiek przytłoczony jest już samą nazwą jednostki i jej legendą związaną z Cichociemnymi i osobą pułkownika Sławomira Petelickiego.
Nie było jednak tak, że nie miałem czego pokazać. Kiedy biegałem, bardzo rzadko widziałem plecy rywali. Pod wodą radziłem sobie lepiej niż wydra, a obok drążka, na którym się można było podciągać, nigdy nie przechodziłem obojętnie. Po wojsku musiałem spędzić trzy lata w straży przemysłowej, jednocześnie uczęszczałem zaocznie do liceum dla dorosłych. Dzięki temu uzupełniłem wykształcenie i miałem komplet dokumentów, aby wysłać aplikację do GROM-u. Zakwalifikowałem się na egzamin wstępny i pojechałem do Legionowa, gdzie na pierwszej zbiórce zobaczyłem grono chłopaków równie niepozornych jak ja.
Sam GROM okazał się inny niż regularne wojsko, które znałem z czasów służby zasadniczej. Tu liczyło się nie stanie godzinami na baczność, ale to, czy dobrze zrobisz swoją robotę. Nie będę udawał, że wszystko jest zawsze idealne, ale dni spędzonych w Firmie nie zamieniłbym nigdy na żadne inne.
Chcecie wiedzieć, czym tak naprawdę jest GROM? Moja własna definicja jest taka: Firma to przede wszystkim ludzie. GROM to pasjonaci, którzy robią coś, co w naszym wojskowym świecie ma sens.
Ranek powitał nas typową angielską pogodą: deszczowo, zimno. Śniadanie było przyzwoite, a miska to dla wojaka ważna sprawa. Okazuje się, że na zmywaku i w kuchni pracują Polacy - chwalą sobie robotę jak cholera, ale ostrzegają, że nie ma szans się najeść, bo Anglicy ważą i mierzą wszystko co do grama. Nie minęło kilka dni, gdy raban podnieśli Kanadyjczycy. Wielkie chłopy, którym strach w oczy spojrzeć, awanturowały się, że koryto jest jak w zubożałym poprawczaku. Widocznie też byli przyzwyczajeni do standardów z amerykańskich stołówek, gdzie Wuj Sam pozwalał najeść się do syta i nie było potrzeby dodatkowego zaopatrywania się w jedzenie. Oprócz Kanadyjczyków na stołówce poznajemy innych naszych przyszłych towarzyszy doli i niedoli: egzotycznych i rosłych Kenijczyków, troszkę dziwnie wyglądających w odprasowanych mundurach młodych komandosów z Bangladeszu, Filipińczyków, Norwegów, Irlandczyków, Czechów, Niemców, Anglików i Gurkhów, z którymi witam się słowami ram ram (pamiętam to ich powitanie z wyjazdu do Libanu w ramach sił ONZ).
Oprócz nas i Niemców wszyscy przylecieli tu normalnie samolotami pasażerskimi i ktoś czekał, aby odebrać ich z lotniska, nie byli tak samodzielni jak my. Mam duszę wędrowca, więc chętnie zobaczyłbym jakiś większy kawałek Anglii, bo człek ciekawy świata, ale wygląda na to, że cały czas zejdzie nam na szkoleniu i zaliczaniu testów. Zobaczyliśmy zatem tylko bardzo ładną okolicę - łagodne wzgórza z równo przyciętymi trawnikami podzielonymi żywopłotem. Anglicy mają hopla na punkcie trawników, zawsze wypatrzysz kogoś, kto strzyże murawę. Oprócz tego lokalną atrakcją są setki królików, które pomagają w utrzymaniu odpowiedniej długości źdźbła trawy. Poza tym możemy zwiedzać wojskowe baraki, które wyglądają dokładnie tak samo jak na filmach opowiadających o czasach II wojny światowej. Chyba nic się od tamtych czasów nie zmieniło! Gdzieś w latach czterdziestych zatrzymał się też lokalny pub, gdzie wybraliśmy się wieczorem, aby obejrzeć finał mundialu. Piwo tu mają niczego sobie, a i pub ma klimat, tylko te angielskie niewiasty mało urodziwe, no ale to oczywiście kwestia gustu.
Trochę nieswojo się czuję, słuchając, jak mówią Anglicy. Do tej pory po angielsku rozmawiałem z Amerykanami i jakoś dawałem radę, ale tutaj wszystko brzmi trochę inaczej... Był kiedyś u nas zabawny przypadek, kolega na wysuniętym stanowisku gdzieś pod Basrą w Iraku tłumaczył Teksańczykowi, co chłopak z Londynu do tamtego mówi.
Za bardzo nas nie gonią, choć już na następny dzień wyznaczyli pierwszą część CFT, który teraz będziemy zaliczać na brytyjskiej ziemi. Tego też się obawiam, bo moja lewa stopa... Cóż, moja lewa stopa, mówiąc po żołniersku, napierdala mnie niemiłosiernie przy każdym postawionym kroku i przypomina o teście, który urządziliśmy sobie w Polsce. Ze wzajemnych relacji wiemy, że oprócz bangladeskich komandosów tylko my byliśmy tacy mądrzy i sprawdziliśmy się tak, jak organizator oczekiwał. Żeby nie myśleć o tym, co mnie czeka jutro, staram się skupić na szkoleniu. Zaczyna być ciekawie, bo mowa o brytyjskim karabinie L85 Endeavour i jego obsłudze - tego karabinka wcześniej nie znałem, a jest bardzo poręczny i ma sprytny pas nośny, choć nie wszystkim on pasuje, nasz dowódca wolałby sznurek niż skomplikowane w jego mniemaniu przepięcia, a one mają sens. Potem zajmujemy się pracą na radiostacji - jej możliwościami, budową i obsługą. Instruktorzy są bardzo konkretni, więc nie ma lania wody i zbędnego przedłużania, wyczuwalny jest profesjonalizm.
W końcu nadszedł dzień prawdy.
Wszystko zaczęło się od ważenia plecaków (nie mam pojęcia, czemu nam nie ufają), ja mam oczywiście kamelbak napełniony wodą. Jeśli chodzi o buty, to nic i nikt nie może mnie nakłonić do marszu w nowiusieńkich jungle'ach, a i chłopaki sobie teraz odpuściły, ze Śniadym włącznie. Stoimy według narodowości, więc my - zgodnie z naszą narodową tradycją - jesteśmy oczywiście bardzo skromni i na samym końcu. Ruszyliśmy i idziemy jak na pielgrzymce, a prowadzi nas instruktor Nepalczyk.
Zaczęliśmy iść całkiem normalnie, ale jak to na pielgrzymce: przód idzie równo, środek się rwie, a tył raz zwalnia, a raz podbiega, by być razem z peletonem. W początkowej części marszu, gdy ma się siły, można coś takiego znieść, lecz z czasem staje się to bardzo męczące. Pierwszą część spacerku umilają nam komandosi z Bangladeszu, którzy pod dowództwem swego majora zaczynają nucić marszową pieśń:
One, two, three, four - BANGLADESHI COMMANDO One, two, three, four - BANGLADESHI COMMANDO
Wszyscy są pod ogromnym wrażeniem tej pieśni, ale tak na moje oko to długo te szczupaki z pieśnią na ustach nie ujdą. I rzeczywiście, po jakimś czasie stawała się coraz cichsza, aż w końcu umilkła na dobre, dając odpoczynek naszym uszom, coś tam jeszcze ichni major o twarzy dziecka z wąsikiem chciał śpiewać, ale i on umilkł.
Z czasem tempo robiło się coraz ostrzejsze. Zboczyliśmy z głównej drogi asfaltowej w ścieżkę pomiędzy polami, więc szło się przyjemnie i nawet nie przeszkadzało mi, że prowadzący co jakiś czas przechodził do biegu. Przebieg takiego wojskowego marszobiegu jest oczywisty: przestajemy iść "narodowościowo", a zaczynamy "naturalnie". Kto ma siły, idzie jako awangarda, a reszta jakoś sobie radzi. Widzę, że instruktor ma trasę obcykaną. Jest też czas na przerwę i dopasowanie sprzętu, a wtedy maruderzy mogą do nas dojść (naturalnie, mają mniej czasu na odpoczynek) i kiedy wszyscy już są razem, ruszamy dalej.
Gdyby nie otarcia nóg, dla Mańka to byłby spacer. Nie idziemy po asfalcie, słońce jest gdzieś za chmurami - dzięki temu i mimo tego, że stopa mi dokucza, jakoś daję radę i już z Mańkiem jesteśmy na czele. Trzymam się za Kenijczykiem, którego nogi sięgają mi do pach, a na jeden jego krok przypadają moje trzy. Chłop ma dobre tempo, widzę, że chętnie by wyprzedził instruktora! Jak to w marszu, im bliżej końca, tym dla jednych weselej, bo koniec blisko, a dla innych coraz trudniej, bo i meta się jakoś dziwnie oddala. Najsilniejsi kogoś tam ciągną, gdzie indziej dwóch niesie trzy plecaki - wszystkie ekipy jakoś sobie radzą. Niestety, u nas, oprócz planowania, nie było czasu na trening fizyczny, nie mówiąc już o zbudowaniu dobrej atmosfery. W tak małym gronie ten czynnik jest kluczem do sukcesu - w ogóle jest kluczem do dobrego wspólnego działania, i to nie tylko wśród żołnierzy sił specjalnych. Żal patrzeć, jak inne ekipy sobie pomagają: właśnie siłacze z Austrii niosą wspólnie plecak swego słabszego kolegi, a my... No cóż, jak widać nie wszyscy w Firmie przeszli zmianę mentalną.
Tuż przed metą dopadł nas z flanki jakiś podskakująco-pokrzykujący angielski sierżant, że mamy się narodowościowo odszukać i iść w swoich składach równym krokiem, bo reprezentujemy swoje kraje i będziemy przechodzić koło sztabu! "Do kogo ta gadka?" - pomyślałem. Czemu wszystkie armie są tak podobne w tym zamiłowaniu do musztry i maszerowania? Musieliśmy zwolnić, aby dołączyła do nas reszta ekipy, żeby zziajane wojsko można było podziwiać z okna sztabu. Na pewno był to przepiękny widok... lewa, lewa, lewa...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki