Niedawno
2.
Jakub poszedł do dużego pokoju, który pełnił od jakiegoś czasu także funkcję jego sypialni. Zastanawiał się, co powinien dalej zrobić. Odkąd tata zachorował, właściwie nigdzie nie wychodził ani nikt nie przychodził do nich.
Miał dwóch dobrych kolegów i jedną bliską koleżankę, na których mógł liczyć w ważnych sprawach, i istotnie, kilkukrotnie poprosił ich o pomoc. Lidka pomagała mu załatwić odbiór leków w aptece, w której pracowała jej siostra, Janek posiedział dwa razy z jego ojcem - raz, gdy Jakub musiał sam iść do dentysty z bolącym zębem, i drugi, gdy musiał pojechać do urzędu. Błażej z kolei pomógł w transporcie łóżka specjalistycznego dla taty. Lidka czasem dzwoniła, chłopacy pisali z pytaniami, jak się trzyma, czy czegoś nie potrzebuje; doceniał ich wsparcie, lecz nie zmieniało to faktu, że w opiece nad ojcem czuł się sam jak palec. Żadnej bliskiej rodziny nie mieli, ojciec był jedynakiem, podobnie zresztą jak syn.
Jakub wynajmował od kilku lat kawalerkę w bloku naprzeciwko, na pilskim Osiedlu Górnym; kiedy poznali diagnozę ojca, wprowadził się jednak z powrotem do rodzinnego mieszkania, rezygnując z wynajmu. Wiedział, że przy takiej chorobie po pierwsze na długo pozostanie przywiązany do ojca, a po drugie - dodatkowe pieniądze bardzo się przydadzą.
Pracował jako fotograf w odziedziczonym po tacie studiu fotograficznym i na całe szczęście nie musiał otwierać go codziennie. Miał jednego pracownika, który pracował na miejscu w studiu, a sam wykonywał sesje, kiedy mógł; najbardziej czasochłonną częścią pracy, czyli obróbką zdjęć, zajmował się w domu, co znacznie ułatwiało funkcjonowanie.
Mimo to, odkąd zamieszkał z ojcem, praca zaczęła sprawiać mu trudność. Miał problemy z koncentracją, szybciej się irytował drobiazgami, a przymusowe częste odrywanie się od komputera po wołaniu ojca dekoncentrowało. Jednak dziękował losowi - czy raczej swojemu wykształceniu, i ojcu za przekazany fach - że mógł pracować z domu. W przeciwnym wypadku albo musiałby zrezygnować z życia zawodowego, albo wynająć osobę do opieki nad tatą. Obydwa scenariusze wiązałyby się ze sporymi problemami finansowymi. Emerytura ojca nie należała do najniższych, lecz koszty leczenia znacznie ją przewyższały. W połączeniu z pensją Jakuba żyło im się swobodnie, bez wystawności, ale starczało na wszystko. Na prywatny transport medyczny czy prywatną domową wizytę lekarską w razie konieczności również.
Pierwsze objawy ojciec zaczął odczuwać już kilka miesięcy wcześniej, jednak choroba rozwinęła się tak naprawdę dopiero kilka tygodni temu, by każdego dnia przekształcać się w stan określany terminalnym.
- Kuba... - zajęczał ojciec z pokoju obok.
Jakub, już do tego przyzwyczajony, natychmiast zareagował na zawołanie i pobiegł do taty.
- Co się stało? Chcesz do toalety, tato? Jeść?
Dopiero teraz syn dojrzał, że ojciec leży w pozycji embrionalnej i skręca się z bólu. Jego zapadnięte kości policzkowe rzucały cień na zapadnięte poliki, co w połączeniu ze straszliwym grymasem sprawiało wrażenie twarzy postaci z horroru. Mimo że Jakub już wielokrotnie widział ojca w cierpieniu, to nigdy nie zdołał przyzwyczaić się do tego widoku; chyba nie było to nawet możliwe. Jeżeli kogoś się kocha, to widok jego bólu w połączeniu z poczuciem bezsilności zawsze będą torturą, do której nie sposób przywyknąć.
- Jak boli... - wyjęczał.
- Już, tato. Idę po plaster przeciwbólowy...
Ojciec machnął ręką i pokręcił przecząco głową.
- Nie chcesz?
- Nie... One nic nie dają.
Jakub kucnął przy łóżku i chwycił dłoń ojca - chudą, z wystającymi żyłami i chłodną w dotyku. Kruche paznokcie łamały się jak zapałki, skóra była wiotka, delikatna i przezroczysta jak pergamin. Niczym nie przypominała dłoni silnego, zdrowego mężczyzny, którym był jego ojciec jeszcze kilka lat wcześniej.
- Tato, plaster przyniesie choć chwilową ulgę.
- Nie! - krzyknął chory, czym wystraszył Jakuba, który zupełnie nie spodziewał się takiej reakcji. - Nie pomoże mi. Kuba...
- To co mam zrobić, tato? Jak mogę ci pomóc?
Cały czas ściskał dłoń ojca, jakby bał się ją wypuścić. Jakby nie chciał oddać ojca w ręce śmierci.
- Zabij mnie, błagam! Zlituj się nade mną... Błagam, Kuba...
Te słowa zabolały mężczyznę niczym sztylet wymierzony prosto w serce. Jakub nie należał do ckliwych osób, lecz teraz łzy spłynęły mu po twarzy. Patrzenie, jak nowotwór wysysa życie z jego taty, łamało serce. Najgorsza jednak okazała się bezradność - choćby chciał i starał się pomóc, nie mógł. Nikt nie mógł.
- Kuba, bardzo cię kocham i błagam... Na pamięć twojej matki... Zabij mnie...
Syn trzymał coraz mocniej dłoń ojca. Płacz ściskał mu gardło, łzy płynęły strumieniami. Nie miał pojęcia, co powinien odpowiedzieć. Nie znalazł żadnych słów. Patrzył w zapadnięte oczy ojca, którego poszarzałe tęczówki i z trudem unoszone powieki błagały o litość.
Jakub czuł straszliwe rozdarcie - tak bardzo chciał, by ojciec żył, a z drugiej strony marzył o tym, aby przestał cierpieć. Tak naprawdę pragnął niemożliwego - by tata żył, ale nie w taki sposób, tylko tak jak kiedyś. Jak przed chorobą. Wiedział doskonale, że tamten czas już minął. Tamto życie się zakończyło, gdy tata zachorował, i już nigdy nie wróci.
W końcu ojcu zaczęły się zamykać oczy i poprosił Kubę, żeby wyszedł i wyłączył światło, bo chce się przespać i odpocząć. Jakub wrócił do salonu. Wybiła dwudziesta trzecia trzydzieści. Powinien się położyć i spróbować zasnąć. Tata zwykle wołał go kilkukrotnie w ciągu nocy, więc każda godzina snu była na wagę złota, zwłaszcza że chciał nazajutrz zacząć pracę od ósmej, żeby wyrobić się na czas z obróbką kilkuset zdjęć ślubnych dla klientki. Nie zapomniał, że rano czekał go jeszcze szereg czynności, takich jak poranna toaleta, zmiana opatrunków, podanie leków i nakarmienie ojca.
Wiedział jednak, że i tak nie zaśnie szybko. Serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe, oddech przypominał dyszenie maratończyka na mecie. W końcu z rozsądku wziął prysznic i się położył. Zamknął oczy i starał się powstrzymać płacz. Przed oczami widział sceny z przeszłości - jak tata uczy go jeździć na rowerze, jak jadą wspólnie nad jezioro, jak grają w piłkę. I nagle Jakub zdał sobie sprawę z czegoś straszliwego.
Opłakiwał ojca jeszcze za życia.
Aleksander Królczak ciągle żył, oddychał, spał w pokoju obok, a Jakub od dłuższego czasu czuł, jakby go stracił. No cóż, w pewien sposób istotnie już nie miał taty. Nie spędzali wspólnie czasu w taki sposób, jak przed chorobą, nie rozmawiali tak jak kiedyś, nie wychodzili nigdzie razem. Przed diagnozą ojciec czasem zaglądał do studia, niekiedy pomagał jeszcze synowi albo doradzał. Po diagnozie ich życie zmieniło się w codzienną walkę o przetrwanie kolejnego dnia, w nieudane próby pokonania bólu, w mierzenie się z kolejnymi dolegliwościami i w prośby o każdy zjedzony kęs. Jakub Królczak czuł się jak na wojnie, a nie w domu.
W końcu zmęczony organizm zaczął się poddawać, a jego myśli powoli odpływały do krainy snu. Znowu siedzieli z ojcem nad brzegiem jeziora, szczęśliwi, uśmiechnięci i z radosnymi okrzykami. Jedli zapiekanki z pobliskiej budki, odganiali osy łakomo przylatujące do jedzenia, a w końcu pływali w spokojnej, mętnej wodzie ogrzewanej letnim słońcem. Mama zwykle opalała się na ręczniku, nie przepadała za wodą. Zdecydowanie wolała pozostać na brzegu i obserwować swoich chłopaków. Często robiła też zdjęcia mężowi i synowi, wspólnie pływającym, grającym w piłkę w wodzie lub leżącym na materacach na powierzchni jeziora. Ojciec później wywoływał fotografie w swojej niewielkiej ciemni na zapleczu studia.
Nocowali w pobliskim domku, który zwykle wynajmowali na weekend, czasem na tydzień w wakacje. Wieczorami robili sobie ognisko z kiełbaskami i pieczonymi ziemniakami. Tata często przytulał mamę i Kubę, którzy siadali po jego dwóch stronach. Obejmował ich swoimi długimi ramionami i powtarzał, że mając rodzinę, ma wszystko.
A później zdarzył się wypadek. Mama biegła na pociąg, chciała pojechać do koleżanki w Bydgoszczy. Bała się, że nie zdąży, pociąg stał już na stacji Piła Główna i miał lada moment ruszyć. Pewnie usłyszała sygnał ostrzegawczy i go zlekceważyła lub wybrzmiał, zanim dotarła do pociągu. W każdym razie skład ruszył w momencie, gdy do niego wsiadała.
Urszula Królczak nie dotarła do koleżanki w Bydgoszczy.
Nie dotarła już nigdzie.
Po trzech tygodniach w śpiączce z obrzękiem mózgu zmarła w pilskim szpitalu, pozostawiając męża i dwudziestoletniego syna w żałobie.
- Kuba... Kuba... Ku-ba!
Ledwie słyszalny, rozpaczliwy ton wybudził Jakuba z płytkiego snu. Mężczyzna zerwał się na równe nogi i pobiegł do pokoju za ścianą.