Substancja lat sześćdziesiątych1
Bycie dzieckiem i bycie dorosłym to dwie sprzeczne własności, które nie mogą przysługiwać temu samemu bytowi równocześnie2.
Tytuł mojego artykułu zawiera obietnicę, że objawię w nim "substancję" "lat sześćdziesiątych" w Stanach Zjednoczonych, wyjaśnię, o co naprawdę chodziło w tej zgiełkliwej i potencjalnie rewolucyjnej dekadzie. Oczywiście nikt dziś nie wierzy w "substancję" w staroświeckim, metafizycznym czy scholastycznym znaczeniu, jako magmę, która spaja daną rzecz i stanowi jej "istotę", bez której nie byłaby ona tym, czym w rzeczywistości jest. Mówiąc o substancji, mam na myśli coś w rodzaju funkcjonującej we współczesnej chemii idei elementów, składających się na daną rzecz w określonej (molekularnej) kombinacji w taki sposób, że gdy usunie się jeden z nich, rzecz przestaje być tym, czym dotąd była. Innymi słowy, proponuję, aby wyodrębnić w latach sześćdziesiątych co najmniej jeden element, którego wzięcie w nawias lub usunięcie z ich obrazu w procesie retrospektywnej rewizji pozbawiłoby pojęcie, ideę czy też figurę "lat sześćdziesiątych" jej naczelnych cech rozpoznawczych.
Otóż jednym składnikiem "lat sześćdziesiątych", bez którego nie mogłyby być tym, czym wydaje się, że były, jest sama tylko liczba osób w wieku od 12 do 21 lat (70 milionów), przechodzących między rokiem 1960 a 1969 proces zwany "dorastaniem"3. Gdyby zabrać ich stamtąd lub zmniejszyć o połowę ich liczbę, mielibyśmy do czynienia z czymś zupełnie innym niż "lata sześćdziesiąte". Mógłby to być okres równie burzliwy, rozdyskutowany, kontrowersyjny itp., ale nie byłby tym czymś, czym sądzimy, że były lata sześćdziesiąte. Nie można po prostu odjąć w myślach tych 70 milionów młodych ludzi i ich dorastania, nie zmieniając przy tym naszego wyobrażenia o możliwości tego, co faktycznie zdarzyło się podczas tej dekady, którą znamy pod przezwiskiem - lub imieniem - lat sześćdziesiątych.
Nie jest to oczywiście idea, którą można by sprawdzić empirycznie. To raczej pewna intuicja, zbudowana na moim własnym doświadczeniu lat sześćdziesiątych, niemałej liczbie lektur na ich temat, a także nieustającym rozmyślaniu o nich od czasu, gdy po raz pierwszy zacząłem sobie uświadamiać (było to chyba w latach siedemdziesiątych?), że to, co przeżyłem podczas poprzedniej dekady, to było nic innego jak właśnie - "lata sześćdziesiąte". Im dłużej pochylałem się nad adekwatnością określania owej dekady takim przezwiskiem, tym bardziej zdawało mi się, że lata sześćdziesiąte były "substancjalnie" doświadczeniem generacyjnym szczególnego rodzaju. Mam na myśli kondycję, na którą wskazuje termin "dorastanie" (adolescence), wynaleziony przez socjologów na początku XX wieku, aby opisać doświadczenie młodych ludzi tkwiących "pomiędzy" pokwitaniem a dorosłością w nowoczesnym otoczeniu miejskim. Lecz chodzi tu o coś więcej: sama już tylko liczba osób uznawanych za "młodzież" w latach sześćdziesiątych - 70 milionów spośród populacji, która wzrosła ze 123 milionów do około 193 milionów - sprawia, że była to statystycznie doniosła dekada4.
Sądzę dziś, że określanie owej generacji młodych ludzi mianem "młodzieży" (adolescent) odzwierciedlało głęboko niejednoznaczną ocenę ich wartości przez starsze pokolenia, przez ich nauczycieli oraz przez system prawny. Tak czy owak wydaje mi się, że samo słowo "dojrzewający" (adolescent) niesie ze sobą ambiwalencję, jaka przenikała postawy Amerykanów wobec innych procesów rozwojowych po drugiej wojnie światowej. Tworzone wówczas instytucje gospodarcze, prawne, edukacyjne i wojskowe przeobrażały Stany Zjednoczone w społeczeństwo zorganizowane do wojny na skalę światową, zaś narodowa forma organizacji ustępowała formie globalnej i ponadnarodowej. W ciągu półwiecza po drugiej wojnie światowej Ameryce udało się stworzyć w pełni rozwinięty system kapitalistyczny tylko po to, by się przekonać, że obiecywana przez kapitalizm utopia tworzy między posiadaczami a pozbawionymi własności podziały równie głębokie, jak Bóg kalwinizmu. Jedną z największych ofiar tego rosnącego podziału stała się młodzież, którą w istocie wykluczono z szeregów siły roboczej we wszystkich uprzemysłowionych państwach na świecie.
Amerykę zawsze podziwiano ze względu na jej młodzieńczość, nowość, świeżość, otwarte perspektywy na przyszłość itp. Zarazem jednak, za sprawą swojego purytańskiego dziedzictwa, pozostawała ona głęboko podejrzliwa wobec młodości, z jej nieuładzeniem, namiętnością, brakiem dyscypliny, skłonnością do chuligaństwa. Nie ma rzeczy, którą stronnictwo purytańskie ceniłoby bardziej niż (męską) dorosłość, stan dojrzałości, posłuszeństwo wobec Prawa, oddanie dla obowiązku, samodyscypliny i pracy "na większą chwałę Boga" raczej, niż dla rozkoszowania się możliwościami, jakie daje materialny dostatek. Zarazem jednak "etyka protestancka", która niegdyś zaszczepiła "duchowi kapitalizmu" jego moralny charakter i odporność na materialne pokusy, ustąpiła teraz miejsca nowej "etyce" narcystycznego skupienia na sobie i kulturze konsumeryzmu, niezbędnej, aby kapitalistyczna machina mogła kręcić się w pogoni za nieskończonym wzrostem stopy zysku, choćby kosztem zdrowia samej Ziemi.
W okresie bezpośrednio powojennym dawna etyka purytańska pozostawała oficjalną doktryną instytucji religijnych, prawnych i edukacyjnych, jednak społeczeństwo coraz silniej nastawione na konsumpcję dla samej konsumpcji wymagało w praktyce postępowania, które bezpośrednio kłóciło się z takim sposobem myślenia. Pokolenie lat sześćdziesiątych było pierwszą generacją dorastającą pod wpływem nowych mediów, których naczelnym zadaniem było podsycanie orgii konsumeryzmu i jednocześnie podtrzymywanie iluzji tradycyjnej rodziny, pracy i wiedzy, wartości starej daty, sięgających epoki przedindustrialnej, gdy podstawą gospodarki było rolnictwo5. Nic więc dziwnego, że w oczach rodziców z klasy średniej "dorastanie" jawiło się zarazem jako przedłużenie wieku dziecięcej niewinności i jako ten okres w życiu, w którym młodzież wystawiona była na nieznane wcześniej pokusy i zagrożenia. "Młodzież" stanowiła idealną grupę docelową dla przemysłu reklamowego, nastawionego na wykreowanie olbrzymiej populacji konsumentów o upodobaniach ludzi dorosłych, a przy tym - jako że na ogół pozostawali oni finansowo zależni od rodziców - mogących sobie pozwolić na to, by większość swego czasu spędzać zanurzeni, w wyobraźni lub faktycznie, w świecie sfabrykowanych (mrocznych) fantazji nowoczesnego miasta. Jednocześnie amerykańska machina wojenna coraz szerzej angażowała się w awantury zbrojne - zimna wojna, Kuba, Wietnam - co oznaczało, że ci sami młodzi ludzie musieli być propagandowo przysposobieni również do tego, by umrzeć za swój kraj.
To właśnie w latach sześćdziesiątych okres dorastania uzyskał szczególny status prawny, uzasadniający stworzenie szeregu adresowanych do młodzieży "usług" socjalnych, medycznych i edukacyjnych. W efekcie dorastanie zaczęto traktować jako coś w rodzaju choroby, zaś młodzież jako swoistą kategorię "chuliganów", których można aresztować w oparciu o podejrzenie, że mogliby skłaniać się do popełnienia przestępstwa, nawet jeśli faktycznie żadnego nie popełnili. Nic dziwnego, że zbrodnie, jakich dopuszczali się w Wietnamie amerykańscy żołnierze, kładziono na karb ich skażenia przez młodzieżową kulturę spod znaku "seks, narkotyki i rock and roll", promowaną przez amerykański "przemysł kulturowy" od późnych lat pięćdziesiątych. W 1957 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych podtrzymał zakaz pokazywania bioder Elvisa Presleya, zaś w roku 1958 sieć radiowa Mutual Broadcasting Company zabroniła puszczania rock and rolla we wszystkich należących do niej stacjach. Cały ten sprzeciw wobec nowej muzyki i innych rozrywek pokolenia lat sześćdziesiątych rozwiał się bez śladu, skoro tylko dostrzeżono, że ich promocja może być źródłem wymiernych zysków. Oryginalna kultura oporu ulegała stopniowej asymilacji do (białego, korporacyjnego, rynkowego) mainstreamu w drodze utowarowienia i mediatyzacji. Być może tłumaczy to wzrost przemocy po stronie wyzyskiwanych mniejszości, dla których asymilacja równała się rozpuszczeniu ich etnicznych, płciowych i klasowych tożsamości6.
Społeczną dynamikę lat sześćdziesiątych można pod wieloma względami traktować jako skutek charakterystycznego dla nowego pokolenia przeżywanego doświadczenia tego, co marksistowscy historycy nazywają "sprzecznością", psychologowie społeczni "podwójnym wiązaniem", zaś inni, o bardziej artystycznych lub literackich inklinacjach, określają jako zagadkę, paradoks bądź ironię. I nikt nie przeżył tego doświadczenia sprzeczności bardziej niż kohorta młodych ludzi lat sześćdziesiątych - w sumie 70 milionów osób - schwytanych w sieć sprzeczności zwaną "dorastaniem" (adolescence). Najprościej mówiąc: to, co Gregory Bateson nazywał "podwójnym wiązaniem", sprowadzało się do owej par excellence społecznej sytuacji - którą Arystoteles, Rousseau, Kant, Hegel, Kierkegaard, Marks, Weber, Durkheim i Marcuse postrzegali jako sam fundament życia w społeczeństwie - gdy próbując żyć tak, aby sprostać jakiejś określonej zasadzie prawa, moralności bądź obyczaju, jednocześnie, a nawet nieuchronnie łamie się inną. Stąd na przykład podwójne wiązanie zawarte w mieszczańskim ojcowskim nakazie adresowanym do syna: "bądź taki jak ja", a jednocześnie - "bądź jednostką". Albo idea, że należy być bezwzględnym w dążeniu do ekonomicznej korzyści, a jednocześnie przestrzegać zasady "miłuj bliźniego swego". "Człowiek rodzi się wolny, a wszędzie tkwi w kajdanach": jak to możliwe, pyta Rousseau. Na co purytanin-kapitalista odpowiada: kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co ma.
Tym, co odróżniało kondycję "młodzieży" od wyobrażeń dotyczących dzieciństwa, była otaczająca ją moralna ambiwalencja. Dorastanie postrzegano jako okres pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, etap "na drodze" do dorosłości, a co za tym idzie - "nasto-latkom" przypisywano wszystkie obowiązki dorosłego - włącznie z obowiązkiem pracy i służby wojskowej - nie przyznając im żadnych praw (lub jedynie niektóre)7. Patos tej sprzeczności, która stała się udziałem młodych ludzi w powojennej Ameryce, był tematem wielu książek i filmów w tym okresie. Chodzi na przykład o film Buntownik bez powodu z Jamesem Deanem (1955), powieść J.D. Salingera Buszujący w zbożu (1951), a nade wszystko Paragraf 22 Josepha Hellera (1961). Przesłanie Hellera zbudowane jest wokół szczególnego "kruczka": regulamin zezwala żołnierzowi ubiegać się o zwolnienie z walki na polu bitwy z powodu choroby psychicznej, lecz zakłada, że każdy, kto ubiega się o takie zwolnienie, musi być zdrowy, a tym samym jest symulantem, którego wniosek można w efekcie odrzucić. Cała kultura sprzeczności - w postaci zagadek, paradoksów, tajemnic i łamigłówek - leży u podstaw powieści Thomasa Pynchona 49 idzie pod młotek (1966), w której zagadkowa sytuacja zostaje "rozwiązana" w drodze przeniesienia na inną sytuację, równie enigmatyczną. Powstaje w ten sposób swoista (mroczna) opowieść detektywistyczna - śledztwo nad naturą "dziedzictwa", jakim Ameryka obdarza swych obywateli - z jednej strony bez możliwej do wskazania zbrodni, z drugiej zaś - bez jej rozwiązania.
Sprzeczności wpisane w życie młodzieży w Ameryce lat sześćdziesiątych mogą posłużyć za kolejny przykład paradygmatycznych sprzeczności zawartych w Konstytucji Stanów Zjednoczonych. W załączonej do tego dokumentu Karcie Praw niektóre prawa (swoboda zgromadzeń, wolność słowa i sumienia, prawo do posiadania broni, do "uczciwego procesu" przed sądem itp.) rozciągają się na wszystkich obywateli, ale przy milczącym zastrzeżeniu, że chodzi jedynie o dorosłych, białych mężczyzn posiadających własny majątek. Kobietom, mniejszościom rasowym, dzieciom, homoseksualistom, biednym i bezdomnym oraz całej rzeszy "Innych" w amerykańskim społeczeństwie przypisano w systemie społecznym pozycję podporządkowaną. I chociaż istniały ruchy zmierzające do zapewnienia owych praw tym, którym ich odmawiano, to jednak dopiero w latach sześćdziesiątych kobiety, czarni i młodzież wyszli na ulice, by o nie walczyć. Tym samym położyli fundament pod późniejsze polityczne działania, które faktycznie doprowadziły do rozszerzenia tych praw (choćby częściowo) na wspomniane grupy.
Czy tym, co pobudzało w latach sześćdziesiątych i później rozmaite grupy zdominowane do tego, by żądać należnych sobie praw, był ogólny ciężar młodzieńczego rozczarowania? Bez wątpienia istotne były tu doświadczenia młodych ludzi usiłujących korzystać z prawa do zgromadzeń, do protestu czy do krytyki rządu za prowadzenie wojny przeciwko narodowi wietnamskiemu. Przekonanie się na własnej skórze o brutalności, z jaką policja i wojsko reagowały na te protesty, rozwiało iluzję, że "prawo" jest narzędziem sprawiedliwości raczej, niż siłą używaną przez bogatych do obrony swoich majątków. Przed końcem dekady lat sześćdziesiątych każdy młody człowiek przekonał się o tym, o czym mieszkańcy gett, slumsów czy barrios wiedzieli już od dawna: że informując policję o przestępstwie, ma się taką samą szansę na otrzymanie pomocy, jak na to, że samemu się będzie o coś oskarżonym.
Biała klasa średnia z amerykańskich przedmieść nie zdawała sobie sprawy z tych realiów. Ale ich dorastające dzieci poznały je bez zbędnej zwłoki, kiedy tylko spróbowały skorzystać ze swojego prawa do zgromadzeń, wolności słowa i opinii w publicznych protestach przeciwko polityce i programom, które uznawali za niesprawiedliwe. Sam ciężar liczb - 70 milionów osób różnej płci, etniczności, pochodzenia klasowego, języka itp. - sprawiał, że młodzież była siłą, której straże prawa i porządku nie mogły zignorować. I faktycznie nie została ona zignorowana, o czym zaświadcza liczba przyjętych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ustaw i praw lokalnych, których celem było stłumienie aktywizmu młodzieży i innych "dewiacyjnych" (lub, jak to się mówiło za Nixona, "hedonistycznych") aktywności8.
Cytat, którym posłużyłem się jako mottem tego eseju, jest ironiczny. To przykład substancjalistycznego myślenia, dla którego dzieciństwo i dorosłość to dwie całkowicie różne "własności", a tym samym niepodobna, by współistniały w jednym i tym samym "bycie", nie produkując monstrum, takiego jako dziecko o własnościach dorosłego czy dorosły o cechach dziecka. Aliści w rzeczywistości "młodzież" skonstruowano właśnie jako rodzaj dzieciopodobnych istot ludzkich, którym obowiązująca doxa pewnej wersji nowoczesności przypisywała wiele spośród fizycznych własności dorosłych, lecz mało (jeśli w ogóle) umysłowych i moralnych cnót kojarzonych z dorosłością, co uzasadniało traktowanie ich w świetle prawa jako dzieci. Owa "młodzież" jest traktowana prawnie i faktycznie jako kategoria w pewnym sensie "chuligańska", "pozbawiona" umysłowych i moralnych cnót, niezbędnych, aby uzyskać prawa przysługujące w pełni dorosłym amerykańskim obywatelom. Jestem przekonany, że to nadejście tej fali 70 milionów młodych ludzi, którzy w ciągu dekady między rokiem 1960 a 1970 zasilili populację liczącą z grubsza 150 milionów dusz, do głębi zaburzyło społeczne imaginarium Amerykanów, generując lawinę ustaw i regulacji, które w efekcie stworzyło generacyjny podział o skali, jaką wcześniej trudno by było sobie wyobrazić. I to właśnie ów podział, jak sądzę, odpowiada w znacznej mierze za charakterystyczną ambiwalencję, z jaką historycy i inni badacze społeczni podchodzą do "lat sześćdziesiątych"9.
Mając na uwadze te spostrzeżenia, jestem teraz gotów spróbować podążyć za wskazówkami dla tej serii wykładów. Chodzi o to, by (1) przyjrzeć się bliżej latom sześćdziesiątym z perspektywy różnych dyscyplin, skupiając się na ważnych wydarzeniach, przemianach i postaciach w sferze kulturalnej, społecznej, politycznej i gospodarczej oraz (2) omówić spuściznę lat sześćdziesiątych w życiu dzisiejszej Ameryki. Ponieważ moją dyscypliną jest historia, oznacza to, że powinienem spróbować potraktować "lata sześćdziesiąte" historycznie, czyli "skontekstualizować" tę epokę, umieścić ten moment w społeczno-kulturowej historii Stanów Zjednoczonych w jego oryginalnym przestrzennym i czasowym kontekście i ustalić, czy coś z niego pozostaje żywym i czynnym składnikiem obecnej amerykańskiej "teraźniejszości". Jest jednak pewien "kruczek" wpisany we wszelką próbę podążania za tymi instrukcjami. Jak pisałem w innym miejscu, "kontekst" jest pojęciem niejednoznacznym. Jak daleko miałby się ów kontekst rozciągać w czasie i przestrzeni? A poza tym: gdzie kończy się wydarzenie, a zaczyna jego kontekst? I wreszcie: jakiej natury jest związek między wydarzeniem a kontekstem? Czy chodzi o relację przyczynową, opartą na wzajemnym uwikłaniu, strukturalną, ekspresywną, czy jaką?
Niezależnie od tego: co mamy począć ze słowem "spuścizna"? Czy chodzi o spuściznę w znaczeniu prawnym, biologicznym, czy historycznym? Co oznacza: czy mamy "lata sześćdziesiąte" uznać za część genetycznego wyposażenia "Ameryki", z którym kolejne pokolenia muszą żyć, czy myśleć o nich raczej jako o pewnej kulturowej matrycy, którą można przyjąć lub odrzucić jako składnik amerykańskiego charakteru, tak jak wybiera się jakąś etykę, ścieżkę kariery albo nową fryzurę, samochód czy religię? Innymi słowy, czy "lata sześćdziesiąte" należą do (gospodarczej, technologicznej, fizycznej) bazy amerykańskiego życia w XXI wieku, czy do jego społeczno-kulturowej nadbudowy? Czy są niemożliwym do odrzucenia elementem naszego obecnego układu, czy też czymś, co można sobie wziąć lub nie, w zależności od tego, jaki pożytek da się z tego zrobić w "dzisiejszej Ameryce"?
"Kruczek" polega na tym, że odpowiedź na powyższe pytania zależy w dużej mierze od tego, jak wyobrażamy sobie badania historyczne jako "naukę". Czy też raczej: za jakiego rodzaju naukę je uważamy. Pytania te mają szczególną wagę w odniesieniu do tego, jak myślimy o "latach sześćdziesiątych", ponieważ to właśnie wtedy, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, "historia" utraciła status autorytatywnej opowieści o kształtowaniu się tożsamości narodu, zaś historycy przestali być traktowani jako powiernicy archiwum narodowej genealogii.
Już u schyłku XIX wieku historia utraciła zdolność adekwatnego odróżniania między naukowymi a mitycznymi ujęciami przeszłości, a tym samym przestała być remedium na nowego rodzaju ideologie upowszechniające się w następstwie rewolucji przemysłowej. W pierwszej połowie XX wieku filozofia pozytywistyczna pozbawiła historię rangi nauki opartej na poszukiwaniu ogólnych praw przyczynowych, eksperymentalnej kontroli danych i zdolności prognozowania przyszłości. Zaś w okresie międzywojennym łatwość, z jaką zawodowi historycy na całym świecie przystosowywali się do ideologicznych wymogów państw totalitarnych, nadwerężyła roszczenie historii do bycia dyscypliną związaną z postępem i oświeceniem, za jaką uchodziła w liberalnym XIX wieku.
Niepowodzenie zaadaptowania przez historię metod "behawioralnych" nauk społecznych, które przeżywały rozkwit po drugiej wojnie światowej, sprawiło, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych została zdegradowana do roli rzeczniczki społecznego status quo. Stała się opowieścią (białych, zamożnych, europejskich) mężczyzn, o mężczyznach, dla innych mężczyzn. Jej zadaniem było wyjaśniać, w jaki sposób wszystko, cokolwiek zaistniało w warunkach określonej dystrybucji władzy, bogactwa i przywilejów, było głęboko racjonalne, i nie można było tego kwestionować, nie wystawiając przy tym na szwank kosmicznego ładu. Krótko mówiąc, przed końcem lat sześćdziesiątych historia "po prostu" - zawodowa, mieszczańska historiografia - stała się nauką konserwatywną par excellence. Stąd brało się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nagłe ożywienie zainteresowań nowymi i dawnymi alternatywnymi formami dociekań historycznych: historia marksistowska, maoistowska, historia widziana od dołu (historia "oddolna" - history from below), historia życia codziennego, historia longue durée (którą można traktować jako antycypację historii ekologicznej), historia pisana z perspektywy ruchów społecznych (people's history), historia kobiet, historia gejowsko-lesbijska czy kolejne odsłony historii postkolonialnej10.
Historia - dawniej rozumiana jako charakterystyczny sposób bycia człowieka w świecie, skarbnica wiedzy, a przynajmniej informacji o ludzkiej przeszłości, podstawa niereligijnej i niemetafizycznej, ale jednak zapewniającej poznawcze fundamenty nauki o ludzkości - teraz jawiła się jako równie "mityczna", a co najmniej równie arbitralna, jak ideologie i bajki, do których zastąpienia ongiś pretendowała. Postrzeganie historii jako zdolnej do bycia wszystkim, cokolwiek chciałoby się z niej uczynić, swego rodzaju fikcją bądź mitem na swych własnych prawach, wpisywało się w określony nurt egzystencjalizmu (tego od Sartre'a, de Beauvoir i Camusa; Nietzschego, Kierkegaarda i Dostojewskiego), który rozkwitał w amerykańskich kręgach intelektualnych bezpośrednio po wojnie i zdążył już zaznaczyć swoją obecność w popularnych powieściach i filmach. W gruncie rzeczy egzystencjalizm był postawą w nieunikniony sposób ahistoryczną, ponieważ zakładał, że przeszłość składa się z serii odrębnych actes gratuites (bądź przygodnych zdarzeń), niemających ze sobą jakiegokolwiek substancjalnego związku, które należało postrzegać jako "realne" jedynie o tyle, o ile zostały retrospektywnie uznane za własne. Wszelkie zwyczaje lub praktyki utrwalone w formie zinstytucjonalizowanych procedur postponowane były jako "nieautentyczne", jeśli jedynym, co miałoby za nimi przemawiać, była ich dawność.
Owe postawy wobec przeszłości i (establishmentowej) historii zabarwiają wszystko, cokolwiek można by pomyśleć na temat "spuścizny lat sześćdziesiątych w życiu dzisiejszej Ameryki" - ponieważ dominujące nastawienie "lat sześćdziesiątych" względem przeszłości sprawiało, że sama idea "spuścizny" wyglądała na podejrzaną. Zastane instytucje, wartości czy autorytety budziły nieufność właśnie dlatego, że zostały odziedziczone po przeszłości11. Amerykańska młodzież, zwłaszcza młodzież z klasy średniej, przechodząca w latach sześćdziesiątych swoją drogę do dojrzałości, nie tylko nie odczuwała szczególnej wdzięczności za dziedzictwo przeszłości, ale miała więcej niż dość powodów, by uznawać swoją przyszłość za coś, co już w istocie nadeszło. Byli beneficjentami nadzwyczajnej powojennej prosperity, grupą docelową kampanii reklamowych zaprojektowanych tak, by uzależniać poczucie tożsamości od konsumpcji towarów, produktem teorii wychowawczych i psychologiczno-pedagogicznych idei nastawionych na wzmacnianie ego i wiązanie wzrastania z przyjemnością. Młodzież lat sześćdziesiątych - wraz z resztą populacji, ale zwłaszcza z kobietami - zachęcano, by podążała za "młodością" jako dobrem samym w sobie, zamiast myśleć o niej jako o pewnej fazie w życiu, na drodze do dojrzałości. Zasada przyjemności triumfowała, mówiąc w języku psychoanalizy, nad zasadą rzeczywistości12. Książki takie jak Life against Death Normana O. Browna (1959) czy Podzielone "ja" Ronalda D. Lainga (1960) popularyzowały ideę, że główną przyczyną chorób umysłowych było samo społeczeństwo, zwłaszcza zaś instytucja rodziny nuklearnej. Towarzyszył temu ogólny zwrot w kierunku używania narkotyków w celach "rekreacyjnych" lub dla poprawy nastroju. Wszystko to wytworzyło atmosferę antyrepresyjności, czemu odpowiadało wprost proporcjonalne zwiększenie wysiłków kontrolowania sytuacji przez prawo.
Aliści już wczesne lata sześćdziesiąte odsłoniły złudną naturę owych utopijnych wizji przyszłości. Po pierwsze, doszło do serii zamachów na szanowanych przywódców: prezydenta Johna F. Kennedy'ego, Martina Luthera Kinga, Malcolma X. Następnie szereg zdarzeń ujawnił, jak bardzo Ameryka stawała się społeczeństwem wojennym: kryzys kubański w 1962 roku, eskalacja w 1965 roku tego, co dotąd było niemal sekretną wojną w Wietnamie, gwałtowny wzrost poboru, aby uzupełnić straty wojenne - w samym tylko 1965 roku w wojnie wietnamskiej poległo 14 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wreszcie łańcuch zamieszek na tle rasowym, którego początki sięgały drugiej wojny światowej, poprzez wypadki w Detroit, Los Angeles i szeregu mniejszych miast rozciągał się na lata sześćdziesiąte, obnażając prawdę o chronicznym rasizmie amerykańskiego życia. Wydarzenia takie pokazywały, że sielankowe życie amerykańskiej klasy średniej, która coraz częściej przeprowadzała się na przedmieścia i oddawała konsumeryzmowi jako sposobowi życia, okupione było gorszym położeniem grup takich jak kobiety, mniejszości rasowe, młodzież, dzieci, bezdomni itp., rutynowo wykluczanych i wyzyskiwanych przez system zaprojektowany na potrzeby białej, zamożnej, wygodnie żyjącej klasy wyższej. Rozziew między złotymi "obietnicami" amerykańskich mitów a realiami systemu kapitalistycznego, nastawionego na zwiększanie za wszelką cenę stopy zysku, stanowił "substancję" lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i w znacznej mierze tłumaczy, jak chciałbym przekonywać, zarówno polityczną aktywność amerykańskiej młodzieży, jak i brutalność, z jaką system odpowiadał na ich reformatorskie żądania.
Festiwal w Woodstock, który odbył się 15-18 sierpnia 1969 roku w wiejskiej części stanu Nowy Jork, ukazał ostentacyjne lekceważenie wartości, obyczajów i praw "normalnego" społeczeństwa. Dla establishmentu było to spełnienie ich najgorszych fantazji o "rozgorączkowanej młodzieży". Woodstock był świętem ku czci młodości, swobody seksualnej, narkotyków i mieszanki innych "alternatywnych" praktyk kulturowych. I znów, sam rozmach wydarzenia - około 500 tysięcy uczestników, 34 występy muzyczne, publiczna nagość, seksualność i lubieżność - sprawiał, że było to wydarzenie polityczne o charakterze buntowniczym, by nie rzec rewolucyjnym. Popularność Woodstock, szybko uzyskany status symbolu nowej świadomości wśród młodzieży, wraz z celebrowaniem nowego rodzaju muzyki, nowych rodzajów mediów i całej nowej semiotyki, nadały festiwalowi jego polityczną wagę i doniosłość. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać: w 1971 roku i latach kolejnych Nixon zapoczątkował wojnę z narkotykami, wprowadzając zmiany prawne, których nie sposób rozumieć inaczej niż jak zwrócone przeciwko młodzieży, przeciwko przyjemności, w interesie militarno-policyjnego państwa, którego kolebką była w oczach wielu obywateli wojna wietnamska.
Istnieje oczywiście wiele podobieństw między protestami, zamieszkami i demonstracjami w latach sześćdziesiątych a dawniejszymi wewnętrznymi, bratobójczymi konfliktami społecznymi w dziejach Ameryki. Jednak tym, co różni lata sześćdziesiąte od wcześniejszych okresów społecznego buntu, jest właśnie ów element: młodzież doświadczająca dorastania. Pozostaje ona niezbywalną częścią protestów społecznych lat sześćdziesiątych, wraz z obrazem utopijnego ideału swobody obyczajowej, wizją wspólnoty zbudowanej na miłości i wolności seksualnej, kulturą niemożliwą do pogodzenia z odziedziczonym "amerykańskim marzeniem", celebrowanym w hollywoodzkich filmach lat pięćdziesiątych. Już na początku lat siedemdziesiątych siły konserwatywne obsadziły krytykę wojny w Wietnamie, używanie narkotyków i rewolucję seksualną w roli prawdziwego "spisku przeciwko Ameryce", motywowanego przez ten rodzaj "moralnego ubóstwa" (jak to określił sekretarz edukacji William Bennett), z którym najlepiej walczyć za pomocą nowych drakońskich ustaw, surowych wyroków dla przestępców, którzy używali narkotyków "rekreacyjnie", oraz ścigania tych, którzy próbowali uniknąć służby wojskowej, salwując się ucieczką za granicę13.
W zapoczątkowanej przez Nixona i spółkę w latach siedemdziesiątych "wojnie z narkotykami" było coś głęboko ironicznego. Pokolenie lat sześćdziesiątych dorastało wystawione na promocję przez profesje medyczne i przemysł reklamowy całej palety nowych leków na poprawę nastroju (Librium, Valium, Xanax). Tym, których było na nie stać, gwarantowano, że będą znów "normalni", wolni od niepokojów, jakie nieuchronnie generował nowoczesny sposób życia14. Zarazem coraz bardziej drastyczne środki podejmowano przeciw użytkownikom "nielegalnych" narkotyków, takich jak marihuana, kokaina czy heroina. W rzeczy samej w roku 2005 połowa spośród siedmiu milionów Amerykanów przebywających w więzieniu bądź na warunkowym zwolnieniu miała wyroki znacznie surowsze niż wszelkie kary zasądzane "białym kołnierzykom" - przestępcom ze świata finansjery i wolnych zawodów. Nie jest zgoła przypadkiem, że wśród osadzonych w amerykańskim systemie penitencjarnym większość to biedni, a jakieś 80 procent należy do mniejszości rasowych.
Jest jedno wydarzenie, które może posłużyć za symbol substancji lat sześćdziesiątych, a zarazem stosowne symboliczne zamknięcie dekady. Myślę tu o zamieszkach w Stonewall, które wybuchły po nalocie policji na będący własnością mafii homoseksualny bar w Greenwich Village na Manhattanie w nocy 28 czerwca 1969 roku. O wydarzeniu tym można myśleć jako o buncie najbardziej odrzucanej frakcji owej szerokiej zbiorowości "chuliganów", członków amerykańskiego społeczeństwa zdefiniowanych przez ich domniemany "brak" tego, co potrzebne, aby dorosnąć i stać się praworządnym i egzekwującym prawo dorosłym mężczyzną, patriarchą, posiadaczem broni i rodzicem. Stonewall Inn znany był z tego, że przyciągał młodą, biedną i zmarginalizowaną klientelę homoseksualistów, transwestytów i osób transpłciowych. Nie było też tajemnicą, że właściciele baru systematycznie opłacają policję za przymykanie oczu na nielegalne homoseksualne imprezy i że to w zmowie z nimi policja robi regularne naloty na teren baru, podczas których homoseksualiści są rutynowo bici, zatrzymywani i wsadzani do więzienia. Owa podwójna eksploatacja homoseksualistów, przez zorganizowaną przestępczość z jednej, a policję z drugiej strony, może, jak sądzę, służyć za symbol tego, jak traktowano wszystkie zmarginalizowane grupy w amerykańskim społeczeństwie. Najliczniejszą z nich stanowiły zaś, jak twierdzę, miliony młodych Amerykanów zmuszonych do odłożenia na później momentu korzystania z pełni swych praw jako dorośli obywatele.
Jednak w nocy 28 czerwca 1969 roku, dość już mając niekończącego się zastraszania i brutalności, bywalcy Stonewall zaczęli się bronić, zmuszając policję do wycofania się i podtrzymując zamieszki przez trzy kolejne noce. W tym czasie rosły tłumy sympatyków, zaś media informacyjne chętnie rejestrowały brutalność i niesprawiedliwość, z jaką traktowano uczestników zamieszek. Wypadki te zapoczątkowały ruch dumy gejowskiej, wysuwając żądanie pełni praw obywatelskich dla gejów i lesbijek, lecz także domagając się uznania ich człowieczeństwa, którego im od niepamiętnych czasów odmawiano. Zamieszki w Stonewall wraz z festiwalem w Woodstock, który odbył się w sierpniu tego samego roku, przypadły na koniec tej dekady, lecz także wyznaczyły rzeczywisty początek ostatniej fazy symbolicznych lat sześćdziesiątych. Trzeba było jeszcze pięciu lat, zanim zakończono wojnę w Wietnamie, wstrzymano pobór, Amerykę dotknął pierwszy z nadciągającej serii kryzysów gospodarczych, zaś w mediach rozpętała się kampania mająca przekształcić społeczeństwo amerykańskie w kulturę konsumentów, przekonywanych, że mogą jakoby rozwiązać swoje problemy, "idąc na zakupy" (Bush, Obama w odpowiedzi na recesję w 2008 roku) - co skutecznie pozbawiło kłów społeczne i polityczne ruchy, wyzwolone w latach sześćdziesiątych przez młodych ludzi przeżywających "podwójny węzeł" dorastania.
[2013]
przełożył Adam Ostolski
1 Warto zaznaczyć, że chociaż termin "lata sześćdziesiąte" wskazuje na liczbę mnogą, przyjęło się traktować go jako pojedynczą zbiorowość - jak gdyby zbiorowisko zjawisk, do których się odnosi, spajała jedna substancja bądź istota. Nie trzeba dodawać, że "substancja", o której tu mowa, więcej ma wspólnego ze współczesnym chemicznym rozumieniem substancji niż z jej dawnym, arystotelejskim i metafizycznym wyobrażeniem.
2 Przykład niemożliwej sprzeczności przywołany przez Anitę Kasabovą w artykule Memory, Memorials, and Commemoration, "History and Theory" 2008, vol. 43, nr 3, s. 331.
3 Jak twierdzi Światowa Organizacja Zdrowia, "okres dorastania różni się zarówno od dzieciństwa, jak i od dorosłości. W szczególności młodzież nie jest zdolna do pełnego rozumienia złożonych pojęć, bądź to związku między zachowaniem a jego skutkami, bądź to stopnia kontroli, jaki ma lub może mieć nad decyzjami dotyczącymi własnego zdrowia, włączając w to kwestie dotyczące zachowań seksualnych. W efekcie jest to okres szczególnej podatności na wykorzystanie seksualne i wysoce ryzykowne zachowania. Prawa, obyczaje i praktyka życia społecznego mogą dotykać młodzież odmiennie niż osoby dorosłe. Na przykład dostęp osób w wieku dorastania - zwłaszcza niezamężnych i nieżonatych - do informacji i świadczeń w dziedzinie zdrowia reprodukcyjnego często jest ograniczany przez prawo i politykę władz. W dodatku nawet jeśli takie świadczenia istnieją, nastawienie świadczeniodawców do faktu uprawiania seksu przez młodzież nierzadko stanowi istotną barierę w dostępie do świadczeń". Adolescent development, World Health Organization, http://www.who.int/maternal_child_adolescent/topics/adolescence/dev/en/ [dostęp 24.12.2013].
4 "Rozwój badań neuropsychologicznych poszerzył znacząco naszą wiedzę, pokazując, że mózg nastolatka pozostaje niedojrzały jeszcze w okresie wczesnej dorosłości. Te nowe badania skoncentrowały się na obszarze mózgu odpowiadającym za kontrolę impulsywności, podejmowanie ryzyka i słabe wyczucie społeczne. Ponieważ w okresie dorastania mózg nie jest w pełni rozwinięty, brak w nim jeszcze decydujących mechanizmów impulsywności i kontroli zachowań - co najmniej do 20. roku życia lub dłużej". Jeffrey Fagan, Adolescents, Maturity and the Law, "The American Prospect", 14 August 2005, http://prospect.org/article/adolescents-maturity-and-law [dostęp 24.12.2013].
5 Programem, który cieszył się w latach sześćdziesiątych największą oglądalnością, był Andy Griffith Show, prezentujący obraz słonecznego, rustykalnego, nietkniętego przez rewolucję przemysłową wiejskiego życia.
6 "Co istotniejsze, lata pięćdziesiąte, mimo swych osiągnięć, nie były tak do końca złotym wiekiem. Wskaźnik umieralności niemowląt i dzieci był pod koniec dekady wciąż czterokrotnie wyższy niż obecnie. W 1955 roku dwie trzecie czarnych dzieci i ponad jedna piąta ich białych rówieśników żyła w ubóstwie. Dostępu do publicznej edukacji pozbawiony był niemal milion dzieci z niepełnosprawnościami, traktowanych jako niepodatne na kształcenie, zaś 40 procent dzieci wypadało z systemu szkolnego przed ukończeniem szkoły średniej. Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie powtórek szczęśliwych sitcomów, rodzice sprzed półwiecza nie byli izolowani od trosk związanych z przemocą wśród młodzieży czy słabymi osiągnięciami szkolnymi swoich dzieci. W samym tylko roku 1955 Kongres rozpatrywał niemal 200 ustaw dotyczących zwalczania tego, co postrzegano jako epidemię młodocianej przestępczości. Wydana w tym samym roku bestsellerowa książka Rudolfa Flescha Why Johnny Can't Read wieszczyła, że oto "3500 lat cywilizacji" zaprzepaszcza się z winy złych szkół i niekompetentnych nauczycieli. Powrót do modelu dzieciństwa z połowy XX wieku nie jest ani wykonalny, ani pożądany". Steven Mintz, The Evolution of Childhood, "Conscience: The News Journal of Catholic Opinion" 2006, nr 3, http://www.catholicsforchoice.org/conscience/current/MintzArticle.asp [dostęp 24.12.2013] (wyróżnienie - H.W.).
7 Powszechnie uważało się, że w wojnie wietnamskiej brali udział młodzi czarni mężczyźni poniżej dwudziestego roku życia. Dane zawarte w zbiorze dokumentów znanych jako "Westmoreland Papers" sugerują, że przeciętny żołnierz odbywający służbę w Wietnamie miał 22 lata, zaś 80 procent z nich było "rasy kaukaskiej". Jednak liczba zabitych i rannych w tej wojnie była nie do przyjęcia właśnie dla białych rodziców z klasy średniej, pragnących chronić swoje dzieci przed służbą w wojsku. W 1973 roku wstrzymano pobór i służby wojskowe wkroczyły na ścieżkę "profesjonalizacji". Do czasu wojen w Zatoce Perskiej, Afganistanie i Iraku kwestie służby wojskowej zostały już skutecznie usunięte z obszaru zainteresowań mieszczańskich rodziców. Statystyki dotyczące wojny w Wietnamie można znaleźć w internecie na stronach World History Center: http://history-world.org/vietnam_war_statistics.htm [dostęp 24.12.2013].
8 Tak zwana "wojna z narkotykami" została zapoczątkowana przez prezydenta Richarda Nixona w 1972 roku. Już w latach 1973-1974 obowiązkowe minimalne wyroki w wysokości 15 lat stały się normą w różnych częściach Stanów Zjednoczonych.
9 Tak na przykład w jednej z najnowszych książek przedstawiających syntetyczne ujęcie historii ostatniej ćwiartki XX wieku w Ameryce, Age of Fracture Daniela T. Rogersa (Princeton University Press, Princeton 2011), lata sześćdziesiąte potraktowane są jako okres przejściowy między epoką powojenną a ponowoczesnością w kulturze i życiu społecznym Ameryki. Większość opracowań pisanych przez autorów, którzy sami uczestniczyli w wydarzeniach lat sześćdziesiątych, skłania się do ich pozytywnego wartościowania. Zob. np. antologię The Sixties: Without Apology, red. Sohnyi Sayres i in. (University of Minnesota Press, Minneapolis 1981) oraz szczególnie artykuły Fredrica Jamesona, Periodizing the Sixties, "Social Text" 1984, vol. 9-10, s. 178-209 oraz Ricka Perlsteina, Who Owns the Sixties: The Opening of a Scholarly Generation Gap, "Lingua Franca" 1996, vol. 6, nr 4, s. 30-37.
10 To właśnie owo rozproszenie i pozbawienie jednoznaczności samej idei historii skłaniało akademicko-intelektualny establishment do zarzucania "latom sześćdziesiątym" braku świadomości historycznej. Podobnie zresztą za brak słusznej świadomości historycznej krytykowali utopijnych wizjonerów "lat sześćdziesiątych" przedstawiciele Starej Lewicy - intelektualiści pozostający w kręgu tego czy innego wcielenia dawnej Międzynarodówki Komunistycznej. Przez "słuszną" świadomość historyczną rozumieli oni jednak świadomość marksistowską, którą Michel Foucault zdemaskował jako nieuleczalnie przynależną do wieku XIX, a więc ograniczoną w swej trafności do horyzontu własnej epoki.
11 "Nie wierz nikomu po trzydziestce", głosiło popularne w epoce zawołanie i motyw graffiti.
12 W kwestii psychoanalizy i historii zob. książkę Normana O. Browna, Life Against Death: The Psychoanalytical Meaning of History, Wesleyan University Press, Middletown 1959.
13 William Bennett, Body Count: Moral Poverty... And How to Win America's War against Crime and Drugs, Simon & Schuster, New York 1996.
14 Jak podaje Wikipedia, "Diazepam [Valium] był najlepiej sprzedającym się lekiem w Stanach Zjednoczonych w latach 1969-1982, w roku 1978 odnotowano rekordową sprzedaż 2,3 miliarda tabletek". Zob.: Ian Sample, Leo Sternbach, "The Guardian", 3 October 2005, http://www.theguardian.com/society/2005/oct/03/health.guardianobituaries [dostęp 24.12.2013].