WSTĘP
WSTĘP
W Bostonie była połowa sierpnia. Stałam na chodniku zatłoczonej ulicy, w palącym słońcu, z papierowymi torbami w dłoniach. Marzyłam tylko o tym,
żeby wrócić do mojego mieszkania i włączyć klimatyzację, ale na moje
nieszczęście zgodziłam się wysłuchać fundraiserki z Greenpeace, która
zatrzymała mnie dziesięć minut wcześniej, żeby opowiedzieć o walce o los
niedźwiedzi polarnych.
Pot spływał mi po czole, ale mimo to starałam się zachować zatroskany
wyraz twarzy. Lubię niedźwiedzie polarne -?jak wszyscy -?jednak nie
miałam teraz na to ani czasu, ani pieniędzy. Pół godziny później miałam
zaplanowaną służbową rozmowę telefoniczną. Już wiedziałam, że nie zdążę
na czas. Niestety uprzejmość przykuła mnie do ziemi. Nie chciałam, żeby
ta obca osoba, której pewnie już nigdy więcej nie zobaczę, pomyślała, że
jestem niegrzeczna.
Kiedy wreszcie przeszła do sedna -?"Czy jest pani gotowa wpłacić
trzydzieści dolarów na pomoc naszym futrzastym przyjaciołom?" -
sięgnęłam po portfel, przytłoczona poczuciem winy. W tym samym momencie
jedna z toreb pękła, a puszki potoczyły się po chodniku. Gorąco
przeprosiłam, a gdy wreszcie pozbierałam wszystkie swoje rzeczy,
dziewczyna rozmawiała już z kimś innym.
Albo taka historia.
Kilka tygodni później trafiłam do klubu, w którym grał zespół mojego
kolegi. Zamiast bawić się pod sceną, utknęłam jednak przy barze. Od
dokładnie trzydziestu pięciu minut -?wiem, bo zerkałam na zegarek co
pięć -?jakiś obcy mężczyzna z zapałem opowiadał mi o swoich dwunastu
gitarach, nie pomijając żadnego szczegółu. Przez kilka pierwszych chwil
poświęcałam mu całą swoją uwagę -?zawsze lubiłam rozmowy z sympatycznymi
nieznajomymi -?ale z czasem zaczęłam stosować wszystkie możliwe sposoby,
by dać mu do zrozumienia, że mnie nie interesuje. Zaczęłam zerkać na
telefon, rozglądać się po sali. Odpowiadałam półsłówkami. Ale on mówił
dalej.
Nie czułam się przez niego zawstydzona ani osaczona: wydawał się
całkowicie niegroźny. Jednak z jakiegoś powodu nie mogłam się zebrać na
odwagę, by powiedzieć: "Miło było cię poznać, ale teraz idę na koncert".
Nie potrafiłam znaleźć swojego głosu. Czekałam, aż to on mnie wyzwoli.
Jakiś miesiąc później poszłam na pierwszą randkę z chłopakiem, którego
poznałam w sieci. Od razu wiedziałam, że do siebie nie pasujemy. Do tego
nie wyglądał jak na zdjęciach na profilu. Nie mieliśmy wspólnych
zainteresowań. Ciągle mi przerywał, a podczas deseru wygłosił
szczegółowy wykład na temat działania giełdy.
Kiedy randka dobiegła wreszcie końca, wsiadłam do mojego Ubera z poczuciem ulgi. "Jak dobrze, że to już za mną" -?pomyślałam. Nie minęła
nawet godzina, kiedy dostałam wiadomość: "Było bardzo fajnie. Kiedy
spotkamy się znowu?".
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sądziłam, że jeśli odpiszę: "Dzięki za
randkę! Wydaje mi się, że między nami nie zaiskrzyło, ale życzę ci
wszystkiego dobrego", uzna mnie za niegrzeczną. Nie umiałam tego zrobić.
Nie wiedziałam jak. Dlatego w ogóle się nie odezwałam.
Minęły trzy dni. Przyszła kolejna wiadomość: "Wiesz, to bardzo
niegrzeczne, że mi nie odpisałaś. Zjedliśmy dobrą kolację -?za którą
zresztą zapłaciłem -?dlatego jesteś mi winna wyjaśnienie".
Nie zastanowiłam się nawet nad roszczeniowym tonem jego wiadomości. Nie zastanowiłam się, czy to transakcyjne podejście nie stoi w sprzeczności z moim feministycznym etosem. Wciąż jednak czułam się winna. Zamiast więc odpowiedzieć szczerze, wymyśliłam wymówkę -?"Sorry, byłam zajęta!" -?i zgodziłam się na drugą randkę. Dopiero po czwartej znalazłam w sobie odwagę, żeby się z nim definitywnie pożegnać.
Przez większość życia chęć zadowalania innych była dla mnie czymś
naturalnym. Była ona tak oczywista, że nawet jej nie nazywałam. Kiedy
ktoś czegoś ode mnie chciał -?rodzina, przyjaciółka, kochanek,
nieznajomy -?dawałam mu to, niezależnie od tego, jak bardzo
niekomfortowo się czułam, jak bardzo byłam zmęczona czy urażona.
Nie miało znaczenia, że spóźnię się na spotkanie; nie miało znaczenia,
że ominie mnie koncert kolegi; nie miało znaczenia, czy chciałam spotkać
się z facetem ponownie.
Byłam "zadowalaczką". Wszyscy wydawali mi się ważniejsi niż ja sama. Nie
potrafiłam odmawiać.
W relacjach intymnych słuchałam muzyki, którą wybierał mój partner,
spędzałam czas z jego przyjaciółmi, kłóciłam się na jego zasadach. W kontaktach rodzinnych wydawało mi się, że jestem odpowiedzialna za
emocje moich bliskich; poświęcałam im znacznie więcej uwagi niż sobie. W przyjaźni nie potrafiłam mówić "z serca" -?wydawało mi się, że jestem
nieciekawa. Znacznie lepiej się czułam, słuchając. W mojej społeczności
znana byłam jako "ta wesoła dziewczyna", która "ciągle się uśmiecha", i chociaż etykiety te miały być komplementem, tak naprawdę ukrywały mój
głęboki smutek: bolesne wrażenie, że nikt mnie nie zna i że nikomu nie
zależy na tym, żeby mnie poznać.
Po latach terapii zaczęłam rozpoznawać te okoliczności, które sprawiły,
że stałam się "zadowalaczką". Nie wiedziałam jednak, jak przekuć tę
wiedzę w działanie i przerwać cykl. Moje poranne wpisy w dzienniku pełne
były frustracji, która wyrażała się w pytaniach: "Kiedy wreszcie stanę
we własnej obronie? Kiedy przestanę mówić "tak", myśląc "nie"? Kiedy
wreszcie postawię siebie na pierwszym miejscu?". Pewnego wyjątkowo
trudnego dnia czerwonym długopisem zanotowałam dramatyczne zawołanie:
"Umrę szczęśliwa, jeśli nauczę się wreszcie stawiać na swoim".
Wciąż mam tamten dziennik. Od czasu do czasu zaglądam do niego, żeby
przypomnieć sobie, jak długą przeszłam drogę.
Niedługo po tym, jak spisałam swoje frustracje, postanowiłam, że
przestanę zadowalać innych. Przeżyłam wówczas okropne rozstanie z partnerem, w którym kompletnie się zatraciłam. Dopiero jego nieobecność
jasno i wyraźnie uświadomiła mi, że nigdy nie osiągnę zadowolenia, jeśli
nadal będę uzależniać swoje poczucie własnej wartości wyłącznie od
cudzego uznania. Zdałam sobie sprawę -?nagle i boleśnie -?że nikt mnie
nie uratuje przed samą sobą. Musiałam wziąć odpowiedzialność za własne
szczęście. To nie było coś, co mogłam zrzucić na cudze barki.
W kolejnych latach powoli i świadomie zaczęłam nawiązywać kontakt ze
swoimi uczuciami, potrzebami, pragnieniami i marzeniami. Na początku
były one nieśmiałe -?przez lata zaniedbane, nauczyły się, że nie mogą mi
zaufać -?ale im więcej poświęcałam im uwagi, tym stawały się
głośniejsze. Im bardziej skupiałam się na sobie, tym śmielej
przychodziło mi zabierać głos. Im bardziej szanowałam swoje potrzeby,
tym ważniejsze stawało się dla mnie inwestowanie w relacje z ludźmi,
którzy również je szanowali. Powoli uczyłam się sztuki stawiania granic,
jasno mówiąc o tym, co w relacjach z innymi będę tolerować, a czego nie.
Dało mi to siłę i wolność, ale było też niewygodne. Czułam się dziwnie,
prosząc innych, by okazywali mi troskę w sposób, którego naprawdę
potrzebowałam. Czułam się winna, stawiając wyraźne granice moim bliskim.
Pogrążałam się w żałobie po związkach, które nie nadążały za tym, kim
się stawałam. Ale zza każdej bolesnej chwili powoli i rytmicznie
wyłaniała się świadomość, że po tylu latach wreszcie mówię własnym
głosem.
Zbliżając się do wolności i zaufania samej sobie, jakich nigdy wcześniej
nie doświadczyłam, nabrałam pewności, że chcę pomóc innym osiągnąć to
samo. Moim celem była pomoc ludziom, którzy podobnie jak ja gotowi byli
wprowadzić w swoje życie pragnienie zmiany: podjąć namacalne,
rzeczywiste kroki, żeby wyłamać się z wzorca zadowalania innych.
Dyscypliną, która pomaga osiągnąć to, o czym mówię, jest coaching.
Zadaje i odpowiada na pytania: "Dokąd najbardziej chcę pójść? I jak się
tam dostać?". Zapisałam się więc na program szkoleniowy certyfikowany
przez Międzynarodową Federację Coachingu. Kiedy rok później go
ukończyłam, wiedziałam już, że chcę pomagać innym wyrwać się z potrzeby
zadowalania otoczenia, nauczyć ich stawiać granice i mówić prawdę o sobie.
Poza indywidualnymi sesjami z klientami zaczęłam pisać i dzielić się
swoją wiedzą w internecie. Zaskoczyło mnie, jak głęboko moja historia
rezonowała z ludźmi z całego świata. Otrzymywałam wiadomości od
czytelników z USA, Indii, Jemenu, Francji, Afganistanu, Nowej Zelandii,
Sudanu, i nie tylko. Pisali: "Myślałem(-łam), że tylko ja mam ten
problem". A ja odpowiadałam: "Ja też tak kiedyś myślałam".
Każdy kolejny członek społeczności i obserwujący pogłębiał we mnie
poczucie solidarności: "Jesteśmy w tym razem. Nie jesteśmy sami".
Pięć lat później moje słowa dotarły do milionów czytelników, a w moich
warsztatach o zadowalaniu innych i stawianiu granic uczestniczyły
tysiące czytelników z całego świata. "Przestań zadowalać innych i znajdź
w sobie siłę" to esencja wielu lat badań, sesji coachingowych, wykładów
i indywidualnych rozmów z osobami zmagającymi się z potrzebą zadowalania
innych. W tej książce zawarłam oparte na badaniach psychologicznych
porady, które pomogą ci przerwać niepożądany wzorzec zachowań, a także
praktyczne narzędzia, dzięki którym odnajdziesz swój głos i odkryjesz
swoją wewnętrzną siłę.
Z części 1 pod tytułem Znajdź siebie dowiesz się, jak poznać własne
uczucia, potrzeby, wartości, samoświadomość, pragnienia i jak uczynić je
swoim priorytetem. To pięć fundamentów "ja", którymi należy się
konsekwentnie opiekować, żeby nauczyć się nimi bronić w relacjach z innymi.
Z części 2, zatytułowanej Postaw się, nauczysz się, jak szanować swoje potrzeby w relacjach, jak prosić innych o to, czego potrzebujesz, nauczysz się stawiać granice, które cię ochronią, oraz dowiesz się, jak odzyskać siłę i sprawczość. Przyjrzymy się również, jak zadowalanie innych wpływa na różne grupy społeczne -?w zależności od ich statusu i poziomu uprzywilejowania.
Część 3 pod tytułem Zatroszcz się o siebie to swoiste wsparcie w codziennych trudnościach, jakie pojawiają się, gdy próbujemy wyjść z utrwalonego wzorca zadowalania innych. Nauczysz się z niej, jak odzyskać
odwagę i uodpornić się na poczucie winy, strach, gniew, samotność i smutek; dowiesz się, jak radzić sobie z wyzwaniami, które pojawiają się,
gdy dorastasz do opuszczenia niezdrowych związków; odkryjesz, jak
zmierzyć się z trudnymi zmianami i jak przeobrazić te wszystkie wyzwania
w szanse na rozwój i własną metamorfozę.
Część 4, Wzbogać się, pokazuje, w jaki sposób twoje życie może stać
się lepsze, kiedy wyłamiesz się z wzorca zadowalania innych. Nauczysz
się, jak przestać się umniejszać w relacjach z innymi; jak w życiu
seksualnym myśleć nie tylko o satysfakcji partnera, ale też o sobie; jak
znów zacząć się bawić; jak podejść do procesu zdrowienia w sposób
roztropny i zniuansowany; i jak odkryć radość dzielenia się z innymi,
która wypływa ze szczerości i z szacunku do samego siebie.
Siadając do pisania tej książki, miałam jasną intencję: w części o zadowalaniu innych skupić się na szczegółach oraz wskazać trudności,
jakie wiążą się z pracą nad procesem zdrowienia.
Kiedy pojęcia takie jak people-pleasing i self-care trafiają do
mainstreamu, bardziej złożone idee -?na przykład stawianie granic -
bywają spłycane w sposób, który może zniechęcać nas do budowania
zdrowych relacji. Wpaja się nam, że jeśli nie otrzymujemy od innych
"miłości i światła", powinniśmy się od nich "odciąć". Słyszymy również,
że jeśli ktoś się z nami nie zgadza, powinniśmy tę osobę porzucić, by
"chronić swój spokój". Albo jeśli ktoś nie potrafi spełnić wszystkich
naszych potrzeb, wówczas powinniśmy zwrócić uwagę na to, że "zasługujemy
na więcej".
Te jednowymiarowe frazesy nie dostrzegają złożoności rzeczywistych
relacji międzyludzkich. Utrudniają proces gojenia ran, kierując nas ku
nieosiągalnym standardom, i nie pozwalają nam wejrzeć w siebie, by
ocenić, do jakiego stopnia my sami wpływamy na nasz smutek czy słabość.
Właśnie dlatego moja książka skupia się na niuansach, których poznanie
pomoże przerwać utarty wzorzec zadowalania innych, przy jednoczesnej
zachęcie do nawiązywania realistycznych i zrównoważonych relacji. Ta
książka z uwagą pochyla się nad pytaniami takimi jak: Jaka jest różnica
między życzliwością a zadowalaniem innych? W jaki sposób możemy połączyć
współczucie wobec siebie z naszą bolesną historią, która doprowadziła
nas do zadowalania innych, z osobistą odpowiedzialnością za przerwanie
tego wzorca? Kiedy możemy pójść na kompromis, a kiedy powinniśmy twardo
trzymać się tego, co jest naszą potrzebą? I co zrobić, by rozpoznać,
kiedy inni ludzie przekraczają nasze granice, a kiedy sami je naruszamy,
dając więcej, niż jesteśmy gotowi dać?
Myślę, że prawdziwy proces zdrowienia tkwi w niuansach. Uważam również,
że musimy zaakceptować emocjonalne zniuansowanie procesu zdrowienia: ta
wewnętrzna praca nie tylko da nam siłę, ale będzie też bardzo trudna, a czasem głęboko niekomfortowa. Kiedy wyrywamy się ze szkodliwego wzorca
zachowań, często boimy się o cokolwiek prosić innych, niezależnie od
tego, czy te prośby są rozsądne. Nierzadko czujemy się winni, kiedy
stawiamy granice -?nawet kiedy są one konieczne. Niejednokrotnie
jesteśmy też nieszczęśliwi, gdy pozostawiamy za sobą toksyczne relacje -
nawet jeśli były dla nas bardzo szkodliwe.
Te trudności są nie tylko normalne, ale wręcz nieuchronne. Jeśli ich nie
dostrzeżemy, nie znajdziemy ukojenia -?a jeśli go nie znajdziemy, tym
większe jest prawdopodobieństwo, że wycofamy się ze stawiania granic i po raz kolejny ukryjemy się w milczeniu. To dlatego w Przestań
zadowalać innych i znajdź w sobie siłę otrzymacie praktyczne narzędzia
pomagające znormalizować i ukoić poczucie winy, strach, złość,
niepewność i smutek, i wreszcie odzyskać moc.
Pamiętacie tę wersję mnie sprzed lat, która stała na zatłoczonej
bostońskiej ulicy, która słuchała mężczyzny przy barze, która poszła na
szereg beznadziejnych randek?
Tamta ja nigdy w życiu nie uwierzyłaby, że pewnego dnia będzie siedzieć
przed laptopem, pisząc wstęp do książki -?szczerze przekonana, że czasy
zadowalania innych ma już za sobą.
"To absurdalne" -?powiedziałaby. "Nieprawdopodobne".
A jednak to możliwe. Doświadczyłam tego w sobie; widziałam u setek moich
klientów i tysięcy ludzi z całego świata, którzy napisali do mnie: "Nie
sądziłem(-łam), że kiedykolwiek mi się to uda, a jednak się udało".
Zdrowienie nie jest jednorazowe; to długotrwały proces polegający na
poświęcaniu czasu sobie. Za każdym razem, kiedy przenosimy uwagę z powrotem na nasze uczucia, nasze pragnienia i marzenia, zdrowiejemy. Za
każdym razem, kiedy szukamy ukojenia naszego poczucia winy, zamiast na
nie reagować, zdrowiejemy. Za każdym razem, kiedy mówimy głośno, zamiast
milczeć, zdrowiejemy.
Jestem winna podziękowania setkom byłych "zadowalaczy", którzy pozwolili
mi podzielić się w tej książce ich historiami. Chociaż zmieniłam ich
imiona, wiek i inne informacje, które mogłyby pomóc w ich identyfikacji,
gdyż chciałam chronić ich prywatność, w winietach znajdziecie prawdziwe
historie, prawdziwych ludzi z całego świata.
Mam nadzieję, że Przestań zadowalać innych i znajdź w sobie siłę
będzie wam towarzyszyć, kibicować i wspierać was na waszej drodze do
zerwania z syndromem "zadowalacza". To trudna praca, ale zapewniam:
naprawdę warto się jej podjąć.
-?Hailey Magee, Seattle, WA
1. PEOPLE-PLEASING: CO TO JEST, SKĄD SIĘ BIERZE I CZEMU CHCEMY Z TYM SKOŃCZYĆ
1
PEOPLE-PLEASING: CO TO JEST, SKĄD SIĘ BIERZE I CZEMU CHCEMY Z TYM
SKOŃCZYĆ
Syndrom "zadowalacza" (people-pleasing) oznacza ciągłe stawianie
cudzych potrzeb, pragnień i uczuć na pierwszym miejscu -?kosztem
własnych. Jako "zadowalacze" z trudem stajemy w swojej obronie w relacjach z innymi ludźmi. Bardzo się staramy, żeby inni nas lubili;
trudno nam stawiać granice, rozpoznawać i opuszczać toksyczne
środowiska; wchodzimy też w jednostronne relacje, w których tylko
dajemy, nic nie biorąc dla siebie. Często definiujemy siebie przez to,
na ile jesteśmy pomocni, przydatni i wspierający innych.
Chociaż syndrom "zadowalacza" przejawia się w naszych relacjach z innymi
ludźmi, tak naprawdę wyrasta z chaotycznej relacji z samym sobą. Można o nim myśleć jak o porzuceniu samego siebie. Wielu z nas unika spełniania
swoich własnych potrzeb, nawet gdy nie ma wokół żadnych innych ludzi;
lekceważy swoje emocje; źle się czuje we własnym towarzystwie; zapomina
o zabawie, kreatywności, zachwycie, radości i rozkoszy. Kiedy tracimy
poczucie własnej wartości, oddajemy się perfekcjonizmowi, zawstydzamy
się i osądzamy; spada nasza tolerancja na stres, zdolność regulowania
emocji czy uspokajania się; możemy nawet ulec kompulsjom czy
uzależnieniom, które pozwalają nam uciec przed emocjami.
Syndrom "zadowalacza" to nie diagnoza ani choroba psychiczna, lecz pewien wzorzec zachowania. Dla większości z nas nie są to zachowania świadome, ale zakorzeniony sposób interakcji z innymi, wtłaczany nam już od dzieciństwa. W tym rozdziale przyjrzymy się źródłom tego wzorca, temu, w jaki sposób wpływa on na nasze relacje z innymi, co różni go od życzliwości i jak wykorzystać naszą wiedzę, by zacząć z niego wychodzić.
CZTERY PORTRETY "ZADOWALACZY"
Wzorzec zadowalania innych dotyczy ludzi każdej płci, w każdym wieku,
każdego pochodzenia etnicznego i z każdej klasy społecznej, ale nie
zawsze objawia się w ten sam sposób. Niektórzy z nas są pewni siebie i autentyczni w pracy, ale bierni w relacjach romantycznych. Inni bez
trudu komunikują się z przyjaciółmi, ale nie potrafią stawiać granic
członkom rodziny. Jeszcze inni czują, że starają się zadowalać innych w każdym obszarze życia: w pracy, relacjach romantycznych, przyjacielskich
i rodzinnych, w swojej społeczności.
Oto jak może wyglądać zadowalanie innych:
Tanya
Czterdziestopięcioletnia Tanya jest prawniczką w nowojorskiej
korporacji. Na sali sądowej jest bezkompromisowa i zawzięta, ale w relacjach osobistych czuje się bezbronna i bezsilna. Niechętnie pokrywa
wszelkie wydatki swojego bezrobotnego partnera, podczas gdy on w ślimaczym tempie szuka pracy. Co weekend jeździ poza miasto na dłuższą
wizytę do niedawno owdowiałej matki, którą opisuje jako "narcystyczną i apodyktyczną". Ma kilkoro znajomych w mieście, ale ich spotkania na kawę
zawsze przekształcają się w sesje terapeutyczne, ponieważ koleżanki
zarzucają ją swoimi osobistymi problemami -?nie wykazując żadnej
ciekawości jej życiem.
Poczucie obowiązku i żalu przenika wszystkie relacje Tanyi. W każdej z nich daje z siebie więcej, niż potrafi wziąć, jednak nie wie, jak
przerwać ten schemat.
Aaron
Trzydziestopięcioletni Aaron jest zaręczony, ale jego związek jest
zagrożony przez rodzinne komplikacje. Jego ojciec zmarł, kiedy Aaron był
jeszcze dzieckiem. Od tamtej pory jego relacja z matką, Jadą, jest
bardzo bliska. Gdy tylko Jada czegoś potrzebuje, on do niej pędzi.
Kobieta dzwoni do niego kilka razy dziennie, żeby rozmawiać o wszystkim
-?od pogody po ostatni mecz futbolu. Nawet kiedy Aaron idzie na randkę
ze swoją narzeczoną Issą, odbiera telefony od matki.
Jest przytłoczony jej ciągłą obecnością, a Issa przyznała, że czuje się
jak piąte koło u wozu w relacji Aarona i Jady. Niestety od śmierci ojca
chłopak czuje się odpowiedzialny za dobrostan emocjonalny swojej matki.
Chce stworzyć dla siebie przestrzeń, ale nie wie, jak to zrobić -?tak
bardzo boi się, że ją zrani.
Lena
Dwudziestodziewięcioletnia Lena pochodzi z ortodoksyjnej rodziny
żydowskiej. Kiedy dorastała, niektóre aspekty jej wiary zaczęły jej
przeszkadzać -?zwłaszcza sztywny podział ról płciowych. I po wielu
miesiącach rozważań podjęła decyzję o odejściu z Kościoła.
Świeżo wyzwolona z ortodoksyjnej wspólnoty, zauważyła, jak bardzo
ograniczało ją wychowanie, które nie pozwalało jej odnaleźć i podnosić
głosu. W sytuacjach społecznych Lena zawsze ma wzgląd na mężczyzn w danej grupie; w sytuacjach konfliktowych z przyjaciółmi ustawia się w pozycji biernej i uprzejmej. Pozbawiona przewodnictwa wspólnoty
religijnej nie wie, czego chce, jakie ma marzenia ani nawet kim naprawdę
jest. Lena chce żyć według własnego moralnego kompasu, ale nie wie,
gdzie go znaleźć.
Zoe
Niebinarne, dwudziestoczteroletnie Zoe to energiczna, gadatliwa osoba
studiująca teatrologię. Bez trudu nawiązuje przyjaźnie; ma kalendarz
wypełniony spotkaniami, imprezami i weekendowymi przygodami. Mimo
licznych przyjaciół Zoe czuje się jednak samotne i zasadniczo
niewidzialne.
Od młodego wieku Zoe wie, że ciągła radość jest strategią przyciągania
uwagi nieobecnych rodziców, dlatego też dzisiaj stosuje tę samą metodę.
Jest wciąż radosne oraz zgodne i chociaż łatwo się zaprzyjaźnia, relacje
te się nie pogłębiają. Zoe nigdy nie dzieli się trudnościami i nigdy nie
prosi o wsparcie. Pragnie kontaktu, chce być widziane -?niestety chęć
zadowalania innych nie pozwala budować głębokich, intymnych relacji.
Choć Tanya, Aaron, Lena i Zoe mają inne doświadczenia, łączy ich to, że
nie potrafią przemówić własnym głosem, oraz to, że niosą w sobie
niespełnione pragnienie otwartego wyrażenia siebie w relacjach. Cała
czwórka chce rozpoznać i uznać swoje uczucia, postawić zdrowe granice i podejmować decyzje, opierając się na własnych wartościach i priorytetach.
Pierwszym krokiem na drodze do wyrwania się z pętli zadowalania innych
jest zrozumienie, w jaki sposób wzorzec ten znalazł się w naszym życiu.
Pozwala to rozwijać samoświadomość i współczucie samemu sobie, kiedy
zdajemy sobie sprawę, że wzorzec ten rozwinął się w nas jako mechanizm
pozwalający nam poczuć się bezpiecznie.
ŹRÓDŁA ZADOWALANIA INNYCH
Wzorzec zadowalania innych rozwijamy jako sposób na radzenie sobie z naszym doświadczeniem w warunkach braku wsparcia, poczucia
bezpieczeństwa i stabilności. Wielu z nas uczy się tego w dzieciństwie,
kiedy pragnie zaznać wewnętrznego spokoju lub czułości ze strony
lękowych, niedostępnych czy przemocowych opiekunów. Dla grup
marginalizowanych -?jak osoby niebiałe, LGBTQ+ czy neuroatypowe -
zadowalanie innych może być także strategią przetrwania, pomagającą
uniknąć napiętnowania, nękania i przemocy.
Trauma
Ludzie, którzy doświadczyli traumy, są bardziej narażeni na przyjmowanie
roli "zadowalacza". W 2003 roku psychoterapeuta i ekspert od traum Pete
Walker rozszerzył znany model reakcji na stres fight, flight or freeze
("walka, ucieczka, zamrożenie") o czwartą reakcję: fawn ("płaszczenie
się" czy "przylgnięcie"). W obliczu zagrożenia osoba reagująca na
czwarty ze sposobów będzie starała się zadowolić, uspokoić tego, kto
stanowi jego źródło, lub mu się przypodobać, zamiast zawalczyć o siebie,
uciec czy stać się biernym.
Postawa płaszczenia się występuje szczególnie często wśród osób, które
doświadczyły przemocy w dzieciństwie. Walker wyjaśnia, że
najprawdopodobniej wtedy nauczyły się, że protesty przeciwko złemu
traktowaniu tylko pogarszały ich sytuację, więc "porzuciły możliwość
walki, wykreśliły ze słownika słowo "nie" i nigdy nie wypracowały
zdrowej asertywności"1.
Jeśli płaszczenie się pomogło komuś uniknąć w dzieciństwie krzywdy,
mechanizm ten może towarzyszyć mu jeszcze długo po tym, jak przestał
zapewniać bezpieczeństwo. Jako dorośli, w obliczu sytuacji wywołujących
lęk czy niepokój, osoby o podobnych doświadczeniach zachowują się w sposób, który -?ich zdaniem -?zapewni im aprobatę: życzliwie i pogodnie.
Komplementują innych, zgadzają się na aktywności, które ich nie
interesują. Walker wyjaśnia, że ci, którzy się płaszczą, "szukają
poczucia bezpieczeństwa, realizując cudze potrzeby, spełniając życzenia
i żądania innych. Zachowują się tak, jakby podświadomie wierzyli, że
ceną za wejście w jakąkolwiek relację jest rezygnacja z własnych
potrzeb, praw, preferencji i granic"2.
Trauma budzi również w ludziach przewlekłą hiperczujność: naturalne
staje się dla nich uważne monitorowanie cudzych nastrojów, dopatrywanie
się w nich subtelnych zmian i oznak zagrożenia. Ocaleńcy z traumy często
stają się ekspertami w odczytywaniu cudzych emocji, ale z trudem
przychodzi im rozpoznawanie własnych. Z biegiem czasu wielu z nich
całkowicie traci kontakt ze swoim wewnętrznym światem3.
Długoterminowe skutki traumy sprawiają, że danej osobie coraz trudniej
jest nawiązywać kontakt ze swoimi uczuciami i potrzebami, odmawiać i zachowywać zdrową asertywność w sytuacjach stresowych.
Jak nas wychowywano
Zadowalanie innych nie zawsze wiąże się z traumą. Czasem taka postawa
rozwija się w wyniku sposobu, w jaki nas wychowano.
Nasi opiekunowie uczą nas interakcji ze światem. Pokazują nam, czy nasze
emocje i potrzeby są akceptowalne; uczą, czy zasługujemy na miłość i pod
jakimi warunkami. W latach sześćdziesiątych psycholożka kliniczna Diana
Baumrind stworzyła klasyfikację czterech stylów wychowania, są to style:
permisywny, niedbały, autorytatywny i autorytarny4. Zarówno
wychowanie autorytarne, jak i permisywne może doprowadzić u dzieci do
wytworzenia się wzorca zadowalania innych.
Autorytarni rodzice są surowi, kontrolujący i mają nieracjonalnie
wysokie oczekiwania wobec swoich dzieci5. Chociaż zaspokajają
ich materialne potrzeby, rzadko okazują im czułość i emocjonalne
wsparcie. Autorytarni rodzice nie wyjaśniają swoich zasad i nie dają
przestrzeni na kompromis: ich kontrola jest wszechogarniająca. Sztywne
zasady w emocjonalnie jałowym środowisku sprawiają, że wiele dzieci
dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na to, by zyskać uznanie, jest
robienie wszystkiego, jak należy. Ich motywacja jest zewnętrzna, dlatego
pełni niepokoju szukają poczucia własnej wartości w aprobacie rodziców,
nauczycieli i kolegów. Boją się krytyki, więc stają się ekstremalnie
krytyczni wobec samych siebie i często popadają w zaburzenia lękowe.
Wielu z nich wyrasta na perfekcjonistów, którzy nie pozwalają sobie na
błędy. Tak bardzo starają się spełniać cudze oczekiwania, że trudno
przychodzi im rozpoznawanie własnych uczuć i pragnień. Chociaż jako
dorośli często odnoszą wiele sukcesów i są bardzo pracowici, często
zgłaszają się na terapię, żeby pracować nad brakiem asertywności,
poczuciem winy, depresją, zaburzeniami lękowymi oraz niskim poczuciem
własnej wartości.
Po przeciwnej stronie spektrum znajdują się rodzice permisywni -?osoby
wysoko responsywne emocjonalnie, ale jednocześnie niekonsekwentne w stawianiu oczekiwań, ustalaniu zasad i egzekwowaniu efektów
nieodpowiedniego zachowania. Niektórzy permisywni rodzice zachowują się
raczej jak koledzy swoich dzieci niż ich opiekunowie. Dzielą się
intymnymi szczegółami ze swojego życia, wymagają od dzieci emocjonalnego
wsparcia albo czynią z nich swoich sojuszników podczas konfliktów w związku. Odwrócenie ról często prowadzi do parentyfikacji -?sytuacji, w której dzieci przejmują zbyt dużą odpowiedzialność, nieadekwatną do ich
wieku. Dzieci te uczą się, że miłość, którą dostają, jest nagrodą za ich
wsparcie emocjonalne -?taka mentalność często wpływa na ich relacje w dorosłym życiu.
Kiedy dzieci stają się podporą i powiernikiem swoich rodziców, często
mają trudności z kształtowaniem własnego poczucia tożsamości. Łatwo
dostrzegają potrzeby i uczucia swoich rodziców, trudniej -?rozpoznają
własne. W rezultacie dorosłe dzieci permisywnych rodziców często
przyjmują rolę wybawicieli, pomocników, naprawiaczy lub męczenników
także w swoich dorosłych relacjach.
Także emocjonalnie niedojrzali opiekunowie -?ci, którzy nie potrafią
regulować własnych emocji -?często mają trudności z rozpoznawaniem i dostrzeganiem uczuć swoich dzieci i byciem dla nich prawdziwie obecnymi.
Nie potrafią nauczyć swoich dzieci, że ich doświadczenia są ważne; ich
wewnętrzny świat pozostaje niezauważony. Dzieci emocjonalnie
niedojrzałych rodziców uczą się zaniedbywać własne uczucia i potrzeby,
często stając się w dorosłym życiu słuchaczami, pomocnikami i naprawiaczami.
Niestety opiekunowie także mogą zaszczepić w dzieciach potrzebę
zadowalania innych, dając taki przykład swoim własnym zachowaniem. Jako
dzieci uczymy się, co jest normalnym zachowaniem, właśnie obserwując
naszych opiekunów. Zwracamy uwagę na ich maniery, decyzje, na to, jak
spędzają czas, oraz na to, jak traktują samych siebie i jak o sobie
mówią. Jeśli mieliśmy opiekuna, który był uległy, pasywny, poświęcający
się lub nieumiejący wyznaczać granic, możemy nieświadomie powielać te
zachowania, gdy dorastamy.
Dorastanie w cieniu uzależnienia
Czasem emocjonalne ograniczenia opiekunów mogą sprawiać, że nie są w stanie zapewnić dzieciom wsparcia, którego te potrzebują. Opiekunowie
zmagający się z uzależnieniem -?lub skupieni na uzależnieniu innego
członka rodziny -?często nie są w stanie zapewnić dzieciom emocjonalnego
oparcia, poczucia obecności ani motywacji do rozwoju.
Rodziny borykające się z uzależnieniem są zazwyczaj skupione wyłącznie na osobie chorej. Niemal wszyscy jej członkowie monitorują zachowanie osoby uzależnionej, zachęcają ją do leczenia, starają się radzić sobie z jej niekonsekwentnymi nastrojami i nieprzewidywalnym zachowaniem. Dzieci w takiej rodzinie uczą się, że ich głównym zadaniem jest opieka nad uzależnionym i nie otrzymują wsparcia niezbędnego do rozpoznawania i wyrażania swoich podstawowych uczuć oraz potrzeb. Wiele dzieci dorastających w domu dotkniętym uzależnieniem wyrasta na hiperniezależnych i nadmiernie odpowiedzialnych dorosłych. Uważają, że zasługują na miłość tylko "pod warunkiem, że mogą się przydać innym"6. Badania wykazują, że dorosłe dzieci alkoholików czują się osobiście odpowiedzialne za wszelkie negatywne wydarzenia, które miały miejsce w ich domach i środowiskach pracy. Podobnie jak w dzieciństwie uważają, że powinny zarządzać wszystkimi wokół. Obce, nawet dla siebie samych, dorosłe dzieci nałogowców często otaczają się osobami uzależnionymi lub niedostępnymi emocjonalnie, nieświadomie odtwarzając dynamikę z dzieciństwa.
Reakcja na normy genderowe
Dynamika rodzinna często stanowi źródło syndromu "zadowalacza", ale
istotną rolę odgrywają również genderowe normy. Mimo istotnych postępów
na drodze do równości między kobietami a mężczyznami, które zostały
wprowadzone w życie na przestrzeni ostatniego stulecia, kobiety wciąż
uznawane są w naszej kulturze za opiekunki. Zawody mające przede
wszystkim funkcję opiekuńczą -?praca socjalna, edukacyjna, pielęgniarska
-?są znacznie częściej wykonywane przez kobiety. W domach to one
spędzają dziennie cztery godziny na pracy opiekuńczej i obowiązkach
domowych, podczas gdy mężczyźni -?dwie i pół7. Psycholog Marshall
Rosenberg pisze: "Przez całe stulecia obraz kochającej kobiety kojarzony
był z poświęceniem i wyrzekaniem się własnych potrzeb po to, by
opiekować się innymi. Kobiety wychowywane są tak, by opiekę nad innymi
uznawać za swój najwyższy obowiązek, dlatego uczą się ignorować własne
potrzeby"8.
Nawet w relacjach międzyludzkich kobiety wciąż zachęca się -?otwarcie
lub w domyśle -?do stawiania innych na pierwszym miejscu. Kobiety
częściej niż mężczyźni stają się odpowiedzialne za pracę emocjonalną -
bezpłatny i niedoceniany obowiązek polegający na podtrzymywaniu relacji,
zarządzaniu emocjami innych i dbaniu o ich dobre
samopoczucie9. Według badań kobiety przepraszają znacznie
częściej niż mężczyźni i znacznie częściej uznają swoje zachowania za
niewłaściwe i wymagające przeprosin10. Kobiety są także
częściej nazywane "władczymi", kiedy wykazują się asertywnością i pewnością siebie11.
Współcześnie rzadziej spotykamy się z otwartym nakazywaniem kobietom, by
milczały i poświęcały się dla innych, ale tego rodzaju normy wciąż są
głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Nie zawsze wypowiadamy je
głośno, jednak nadal odgrywają istotną rolę w społecznych oczekiwaniach
wobec kobiet i oczekiwaniach kobiet wobec nich samych.
Mężczyźni mierzą się z innymi normami genderowymi, które niestety również mogą sprzyjać syndromowi "zadowalacza", ponieważ skłaniają ich do tłumienia emocji, nieokazywania słabości i przekraczania własnych granic. Od mężczyzn oczekuje się stoicyzmu, emocjonalnego chłodu i braku ekspresji. Badanie z 2019 roku wykazało, że 58 procent mężczyzn uważa, iż inni ludzie spodziewają się po nich, że "będą silni emocjonalnie i nie będą okazywać słabości", zaś 38 procent z nich nie rozmawia z innymi o uczuciach, żeby nie sprawiać wrażenia "niemęskich"12. Karykatura "mężczyzny bez uczuć" tworzy dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze, wielu mężczyzn odcina się od własnych uczuć i potrzeb, ponieważ zniechęca się ich do tego, by w ogóle je mieli. Po drugie, wielu mężczyzn odcina się od innych, ponieważ trudno jest budować intymne relacje oparte na wzajemnym wsparciu, kiedy nie pozwalamy sobie na słabość. Wielu mężczyzn odczuwa silną presję, by w pracy przekraczać własne granice. Mimo rosnącego udziału kobiet w życiu zawodowym wielu mężczyzn czuje się w obowiązku udowadniać swoją wartość poprzez odgrywanie tradycyjnej roli żywiciela rodziny. Wielu z nich rezygnuje ze swoich potrzeb, takich jak odpoczynek i troska, zaś dążąc do ideału męskości, przepracowują się, co prowadzi do wysokiego poziomu stresu i problemów ze snem. Normy genderowe często utrudniają mężczyznom akceptację własnych emocji, budowanie intymnych relacji i szanowanie potrzeby odpoczynku oraz spokoju13.
Reakcja na kulturę
Zachowanie określane w jednej kulturze jako "zadowalanie innych" może
być powszechnie chwalone w innej. To, co uznaje się za zdrowy, a co za
przesadny altruizm, jest bowiem uwarunkowane kulturowo.
Kultury indywidualistyczne, takie jak amerykańska, brytyjska czy
południowoafrykańska, skłaniają ludzi do realizacji własnych celów, a nie cudzych14. (Chociaż, jak widzieliśmy w poprzednich
podrozdziałach, kobiety i grupy marginalizowane nadal mierzą się z presją społeczną, która nakazuje im poświęcać swoje potrzeby dla
innych). Kultury indywidualistyczne kładą mniejszy nacisk na relacje
rodzinne i grupowe, większy zaś na autonomię, indywidualność i samorealizację. W konsekwencji niektórzy członkowie tych kultur mają
poczucie wolności i sprawczości; inni zaś czują się samotni i pozbawieni
społecznego zakotwiczenia.
Tymczasem kultury kolektywistyczne, takie jak Chiny, Korea, Japonia i Indie, zachęcają swoich członków, by stawiali na pierwszym miejscu grupę
lub rodzinę. (Wiele zorganizowanych religii również działa jak kultury
kolektywistyczne). Podkreślając wagę konformizmu, posłuszeństwa i lojalności, kultury kolektywistyczne uznają więzi rodzinne i grupowe za
najważniejsze. W konsekwencji niektórzy ich członkowie zyskują poczucie
bezpieczeństwa i przynależności; inni czują się uwięzieni i bezwolni.
Niektórzy członkowie kultur kolektywistycznych -?zwłaszcza ci, którzy
emigrują do krajów bardziej indywidualistycznych -?boleśnie odczuwają
konflikt między ideałami ich kultury a osobistym pragnieniem, by na
pierwszym miejscu postawić swoje potrzeby, pasje i marzenia.
Reakcja na napiętnowanie i opresję
Dla wielu marginalizowanych grup zadowalanie innych,
"zmiennokształtność" i ukrywanie swojego prawdziwego ja są konieczne do
przetrwania. Jeśli otoczenie nauczyło cię, że ludzie tacy jak ty nie
zasługują na opiekę, godność i szacunek, to okazywanie szacunku -
zwłaszcza ludziom sprawującym władzę -?staje się sposobem na to, by
ochronić się przed krzywdą. Kiedy przemoc wymierzona w członków twojej
grupy jest powszechna, strategią przetrwania może być unikanie zwracania
na siebie uwagi i minimalizowanie swojej widoczności.
Różne marginalizowane grupy mierzą się z presją zadowalania innych. To
szeroki temat, który zasługuje na osobny rozdział, więc temu, jak
systemowa opresja wpływa na indywidualne wzorce zadowalania innych,
przyjrzymy się w rozdziale 13.
Bezpieczeństwo jako wspólny mianownik
Chociaż wzorzec zadowalania innych ma wiele źródeł, wszystkie łączy
wspólny mianownik: poszukiwanie poczucia bezpieczeństwa. Nie musi to
jednak koniecznie oznaczać ochrony przed fizyczną krzywdą czy przemocą,
ale także może to oznaczać poczucie bezpieczeństwa w szerszym sensie
tego słowa:
Bezpieczeństwo społeczne: "Mam poczucie przynależności" albo "Ludzie
mnie akceptują".
Bezpieczeństwo emocjonalne: "Inni znają mnie i rozumieją", "Czuję się
kochany(-a)", "Coś znaczę".
Bezpieczeństwo materialne: "Moje podstawowe potrzeby są zaspokojone".
Być może zadowalanie innych dawało nam poczucie bezpieczeństwa w dzieciństwie, ale teraz, kiedy jesteśmy sprawczymi, niezależnymi
dorosłymi, znacznie skuteczniejszą strategią staje się mówienie własnym
głosem i nieuciszanie go, by zdobyć to, czego w życiu naprawdę chcemy i potrzebujemy.
People-pleasing w psychologii
Chociaż syndrom "zadowalacza" nie jest zaburzeniem psychicznym ani
diagnozą, wiele szkół terapeutycznych bada ten wzorzec zachowania -
polegający na zaniedbywaniu siebie w celu zaspokajania potrzeb innych -
i oferuje narzędzia, które pomagają się z niego uwolnić.
Twórca terapii poznawczo-behawioralnej Aaron Beck ukuł termin
"socjotropia" oznaczający cechę osobowości, którą charakteryzuje
nadmierne skupienie na ocenie innych i przesadne inwestowanie w relacje.
Ludzie osiągający wyższe wyniki na skali socjotropii czują się
zobowiązani, by przypodobać się innym: są nieasertywni i przesadnie
opiekuńczy, nie potrafią uznać swoich potrzeb, boją się krytyki i odrzucenia15. Osoby socjotropiczne częściej chorują na
depresję, a terapia kognitywna, która kwestionuje negatywne wzorce
myślowe o sobie i o świecie, łagodzi stany depresyjne16.
Tymczasem teoria systemu rodzinnego Bowena wprowadza koncepcję
różnicowania: to zdolność rozpoznawania, gdzie kończę się ja, a gdzie
zaczynają inni17. Ludzie wysoko zróżnicowani mają silne i niezależne poczucie ja, podczas gdy osoby mniej zróżnicowane opierają
swoje poczucie tożsamości na aprobacie otoczenia18. Ludzie o niższym poziomie różnicowania zazwyczaj starają się dostosować do
innych, rzadziej odmawiają i mają trudności z obroną własnego zdania.
Terapia rodzinna Bowena pomaga ludziom zwiększyć poziom różnicowania i stawiać zdrowe granice, aby lepiej radzili sobie w relacjach.
Teoria przywiązania również pomaga zrozumieć wzorzec zadowalania innych.
Zakłada, że więzi nawiązane z opiekunami w dzieciństwie mają wpływ na
sposób, w jaki funkcjonujemy w relacjach w dorosłym życiu. Opiekunowie
ludzi o ambiwalentnym stylu przywiązania byli często niekonsekwentni w reagowaniu na potrzeby dzieci. W dorosłym życiu stają się one niepewne
statusu swoich relacji, dążą do głębszej intymności i potrzebują
ciągłego potwierdzania uczuć ze strony partnera. Najbardziej ze
wszystkiego osoby z ambiwalentnym stylem przywiązania boją się
porzucenia, przez co są szczególnie wyczulone na wszelkie zagrożenia dla
związku19. Napędzane niepewnością i niskim poczuciem własnej
wartości, spodziewają się odrzucenia i zrobią wiele, by go uniknąć -?są
gotowe poświęcić swoje potrzeby, pragnienia i uczucia. Terapia skupiona
na przywiązaniu pomaga klientom zrozumieć ich styl przywiązania i świadomie zmodyfikować zachowania w relacjach interpersonalnych.
Mamy też terapię uzależnień, która wprowadza koncepcję
współuzależnienia. Termin "współuzależniony", spopularyzowany pierwotnie
w latach osiemdziesiątych w celu opisania samopoświęcenia wielu żon
alkoholików, wyewoluował i dziś odnosi się do każdej osoby -
niekoniecznie pozostającej w relacji z nałogowcem -?która chronicznie
zaniedbuje siebie i stawia innych na pierwszym miejscu20. Osoby
współuzależnione często mają trudności z rozpoznawaniem własnych uczuć,
wyrażaniem potrzeb i podejmowaniem decyzji; trwają zbyt długo w szkodliwych związkach oraz sądzą, że inni nie potrafią zatroszczyć się o siebie. Program dwunastu kroków stworzony dla anonimowych
współuzależnionych (CoDA) powstał, by pomóc ludziom wyzwolić się ze
współuzależnienia: dziś oferuje go wiele ośrodków leczenia uzależnień.
Należy zaznaczyć, że pacjenci cierpiący na depresję, zaburzenia lękowe,
lęki społeczne, a także osoby neuroatypowe również często mierzą się z syndromem "zadowalacza". Chociaż nie mamy dokładnych danych na temat
powszechności jego występowania, wszechobecność traum, uzależnień,
depresji, zaburzeń lękowych, niesprawiedliwości społecznej i innych jego
źródeł sugeruje, że może on dotyczyć milionów ludzi na całym świecie.
Mimo że zadowalanie innych jest tak powszechne -?i choć istnieje wiele
sposobów radzenia sobie z tym problemem -?wciąż wiele osób nie chce
nazwać tak swojego chronicznego samopoświęcenia. Niektórzy mówią:
"Wszyscy powinni stawiać cudze potrzeby i uczucia na pierwszym miejscu...
To po prostu życzliwość". I mają rację: przejmowanie się cudzymi
potrzebami i uczuciami jest formą życzliwości. Ale życzliwość zmienia
się w syndrom "zadowalacza", kiedy wciąż zaniedbujemy samych siebie.
ŻYCZLIWOŚĆ A SYNDROM ZADOWALACZA
Pozornie zadowalanie innych przypomina życzliwość. Hojność, lojalność,
współczucie i poświęcenie to podstawa zdrowych relacji. Istnieje jednak
zasadnicza różnica między syndromem "zadowalacza" a życzliwością.
Psychologowie odkryli, że życzliwość (którą nazywają "zdrowym
altruizmem") i syndrom "zadowalacza" (który nazywają "patologicznym
altruizmem") mają całkiem odmienne motywacje. Ta sama czynność, która
dla jednej osoby może być wyrazem syndromu "zadowalacza", dla drugiej
może być zwykłą życzliwością; wszystko zależy od tego, dlaczego jest
wykonywana i czy ma ona na nas negatywny wpływ.
Psychologowie definiują patologiczny altruizm jako "gotowość danej osoby
do nieracjonalnego stawiania domniemanych potrzeb kogoś innego przed
swoimi w sposób, który prowadzi do wyrządzenia sobie krzywdy"21.
Patologiczni altruiści często zaniedbują siebie, koncentrując się na
cudzym dobrostanie. Badacze odkryli, że ich działania motywowane są
pragnieniem zyskania aprobaty i lękiem przed porzuceniem.
U źródła syndromu "zadowalacza" leżą:
Transakcyjność: "Daję ci to, więc ty dasz mi coś w zamian".
Poczucie obowiązku: "Robię to, bo w przeciwnym razie miał(a)bym
poczucie winy".
Kompulsja: "Robię to, bo nie wiem, jak tego nie robić".
Lęk przed porażką: "Robię to, bo boję się, że cię stracę".
W wielu przypadkach wzorzec ten oparty jest na niewypowiedzianej zgodzie
czy domniemanej umowie: "Będę przekraczać dla ciebie własne granice, a w zamian poczuję, że mnie kochasz, pragniesz i potrzebujesz". Problem
polega na tym, że druga strona nie podpisała tej umowy. Być może dajesz
jej zbyt wiele lub nieustannie spełniasz jej potrzeby, wierząc, że w ten
sposób poczuje się zobligowana do odwzajemnienia upragnionej miłości i uwagi. Ta transakcyjna mentalność sprawia, że w naszych relacjach
pojawia się niewidzialny dług.
Kiedy zadowalacze dają zbyt wiele innym, czują się często wykończeni,
sfrustrowani i rozżaleni. Kiedy inni nie reagują na to, co im dajemy,
potrafimy ich nawet demonizować, określając "niegrzecznymi",
"egoistycznymi", twierdząc, że nas wykorzystują. W konsekwencji oddalamy
się od ludzi, którym próbujemy "pomóc".
Gwen wyprowadza się z mieszkania. Wieczorem, dzień przed przeprowadzką,
pisze do swojej przyjaciółki Hazel, czy ta pomoże jej następnego dnia.
Kiedy Hazel otrzymuje wiadomość, natychmiast czuje się przytłoczona: ma
w pracy deadline, a wieczór zaplanowała już ze znajomymi. Naprawdę nie
ma czasu, ale będzie czuła się winna, jeśli odmówi Gwen; do tego nie
chce wypaść z jej łask. Zgadza się więc i odpisuje, że przyjdzie do niej
następnego dnia o dziesiątej rano.
Hazel stresuje się i złości przez resztę nocy. "Nikt nie powinien prosić
o coś takiego z tak małym wyprzedzeniem" -?myśli. "Nie mogę uwierzyć, że
spędzę jutrzejszy poranek, nosząc pudła, zamiast pracować!"
Zgoda Hazel nie wynika z życzliwości, ale z syndromu "zadowalacza":
zgadza się pomóc z poczucia obowiązku ("Jeśli odmówię, będę się czuła
winna") i lęku przed stratą ("Nie chcę wypaść z łask Gwen"). Jak
zobaczymy w następnej części książki, żal, który Hazel czuje po podjęciu
decyzji, jest wyraźną wskazówką, że przekroczyła swoje granice.
Życzliwość i zdrowy altruizm
Psychologowie definiują zdrowy altruizm jako zdolność do "doświadczania
trwałej i relatywnie mało konfliktogennej przyjemności za sprawą
przyczyniania się do dobra innych"22. Altruiści potrafią
jednocześnie dostrzegać własne potrzeby i dążyć do tego, by uczynić
życie innych lepszym -?nie poświęcając przy tym własnego
dobrostanu23. Badania wykazują, że zdrowy altruizm motywowany
jest pragnieniem nowych doświadczeń i rozwoju osobistego24.
U źródła życzliwości leżą:
Pragnienie: "Chcę ci to dać".
Dobra wola: "Chcę poprawić jakość twojego życia, bo mi na tobie
zależy".
Wybór: "Nie muszę tego robić -?chcę to zrobić".
Obfitość: "Daję ci to, bo mam tego wystarczająco dużo".
Kiedy życzliwość leży u podstaw naszego altruizmu, z własnej woli
decydujemy się powiedzieć "tak", chociaż moglibyśmy powiedzieć "nie".
Nie spodziewamy się niczego w zamian. Nasza hojność nie jest motywowana
cudzymi reakcjami, ale wewnętrzną satysfakcją, która pojawia się, gdy
działamy w zgodzie ze swoimi wartościami. Co istotne: sposób, w jaki
zachowujemy się publicznie, odpowiada naszym uczuciom. Dzielenie się z innymi bywa męczące także i w takiej sytuacji, ale obok zmęczenia
pojawiają się zazwyczaj takie uczucia jak: radość, życzliwość i bliskość.
Po wysłaniu wiadomości do Hazel Gwen napisała również do swojego
przyjaciela Gabriela z prośbą o pomoc. Gabriel zerknął do kalendarza,
żeby sprawdzić, czy znajdzie czas następnego dnia. Jak dotąd zaplanowany
miał tylko trening koszykówki o piętnastej -?wcześniej chętnie pomoże.
Gabriel odpowiada: "Tak -?mam czas do 14.45. Przyjadę ciężarówką o 10.00!".
Gabriel czuje satysfakcję: zgodził się pomóc przyjaciółce w potrzebie. Jego zgoda wynikała z pragnienia ("Chcę pomóc Gwen") i możliwości wyboru ("Nie muszę tego robić -?chcę to zrobić"). Jako że zgodził się zrobić tylko tyle, ile był w stanie i na ile miał czas, jego działania nie wpłyną na niego negatywnie. Zachował się życzliwie i nie próbował się przypodobać. Patologiczny i zdrowy altruizm różnią się zarówno pod względem
motywacji, jak i zakresu osobistej krzywdy. Psychologowie Scott Barry
Kaufman i Emanuel Jauk zachęcają ludzi, którzy chcieliby porzucić
altruizm patologiczny na rzecz zdrowego, by zwiększyli swój poziom
"zdrowego egoizmu", ponieważ zakłada on, że "troska o siebie i małe,
życiowe przyjemności pomaga w rozwoju"25. W rozdziale drugim
zastanowimy się, jak najlepiej się o siebie zatroszczyć.
JAK SZKODZI NAM SYNDROM "ZADOWALACZA"
Jeden przypadek przekraczania swoich granic, by kogoś zadowolić -?pomoc
w przeprowadzce koleżanki, kiedy nie mamy czasu -?nie wyrządzi nam
wielkiej krzywdy. Na dłuższą metę jednak te drobne akty samozaniedbania
kumulują się i negatywnie wpływają na nasze samopoczucie, relacje oraz
plany na przyszłość.
Po latach zadowalania innych stajemy się obcy dla samych siebie,
jesteśmy czujni na nastroje i uczucia otoczenia oraz żałośnie odsunięci
od własnych. Kiedy inni ludzie pytają nas, czego chcemy lub o czym
marzymy, okazuje się, że sami nie mamy pojęcia. Zamiast projektować
własne życie, stajemy się lustrami, które odbijają cudze pragnienia.
Ciągłe stawianie innych na pierwszym miejscu pozostawia nam zbyt mało
czasu i energii, żeby zatroszczyć się o siebie, a w konsekwencji cierpi
nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Czasem zaniedbujemy potrzeby mające
wpływ na nasze zdrowie, takie jak odżywcza dieta czy wizyty u lekarza.
Rezygnujemy też z potrzeb finansowych, kiedy godzimy się pożyczyć
pieniądze, których sami nie mamy. Albo z potrzeb emocjonalnych, gdy
wchodzimy w relacje z partnerami czy przyjaciółmi niedostępnymi
emocjonalnie. Takie zaniedbania mają swoje konsekwencje. Tłumienie
emocji prowadzi do lęków, depresji i stresu. Badania dowodzą, że
tłumienie emocji może prowadzić do zaburzeń psychicznych, zwiększać
ryzyko chorób serca, problemów żołądkowo-jelitowych oraz schorzeń
autoimmunologicznych26.
Kiedy skupiamy się na zadowalaniu innych, nie pozwalamy sobie na
budowanie prawdziwej intymności w relacjach. A ta wymaga, byśmy pokazali
się tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Tymczasem syndrom "zadowalacza" działa
jak maska, ukrywając nasze autentyczne potrzeby i emocje. Jesteśmy
radośni i niefrasobliwi, do tego zawsze mówimy "tak". Nie skarżymy się,
kiedy nas ktoś zrani, i nie mówimy szczerze o swoich potrzebach. Chociaż
taki sposób interakcji chwilowo łagodzi konflikty, jednak nie sprzyja
budowaniu głębszej intymności. Im bardziej staramy się zadowolić innych,
tym boleśniej odczuwamy naszą niewidzialność.
Dla wielu zadowalanie otoczenia jest również źródłem gniewu. Wyrasta on
z faktu, że -?podobnie jak Hazel -?nie potrafimy stawiać granic. Często
oczekujemy, że inni ludzie po prostu zauważą nasze potrzeby, uczucia i granice, nawet jeśli nigdy ich nie zakomunikowaliśmy. Zamiast odmówić,
kiedy jesteśmy zbyt zajęci, zgadzamy się na kolejne przysługi;
uśmiechamy się, chociaż kurczymy się w sobie. "Powinni wiedzieć, że
jestem zajęty!" Zamiast otwarcie powiedzieć, że czujemy się zranieni,
pielęgnujemy w sobie ból, myśląc: "Powinni wiedzieć, jak się czuję!".
Zamiast poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebujemy, cierpimy i frustrujemy
się, kiedy inni nam jej nie proponują. Myślimy: "Powinni przecież
wiedzieć, czego potrzebuję!". Zamiast powiedzieć, jak bardzo zależy nam
na tym, by ktoś się nami zaopiekował, stawiamy naszym bliskim
niewypowiedziane wymagania i złościmy się, kiedy ich nie spełniają:
"Powinni wiedzieć, jak się o mnie zatroszczyć!".
W ten sposób przenosimy odpowiedzialność za nasze potrzeby i uczucia na
innych ludzi. Niewypowiedziane oczekiwania stawiają naszych krewnych,
partnerów i przyjaciół na straconej pozycji: oblewają egzaminy, o których nie mają nawet pojęcia.
Niestety, takie wzorce zachowań wywołują efekt domina -?nieświadomie
uczymy innych postawy "zadowalacza". Wielu z nas zna ten efekt aż nazbyt
dobrze, bo obserwowaliśmy samopoświęcenie i wyrzeczenia naszych
opiekunów. Niezależnie od tego, czy jesteśmy rodzicami, szefami,
przywódcami naszych społeczności -?bywamy wzorcami dla wielu ludzi.
Naszym zachowaniem uczymy ich, jak się cenić, jak wyrażać swoje uczucia,
czego oczekiwać w relacjach z innymi oraz na co się w nich godzić.
Możemy stać się wzorcem syndromu "zadowalacza", samopoświęcenia i uległości albo pewności siebie, umiejętności stawania we własnej obronie
i szacunku do samego siebie.
CZAS NA ZMIANĘ
Jeśli czytasz tę książkę, prawdopodobnie podejrzewasz już, że koszty
zadowalania innych przeważają nad korzyściami. Prawdopodobnie masz dość
bycia kimś niewidzialnym, niewysłuchanym, odsuniętym od siebie i innych.
Prawdopodobnie masz już dość życia w rytm kaprysów, nastrojów oraz
pragnień innych ludzi.
Masz w sobie gotowość, by wziąć życie w swoje ręce. By zagrać główną
rolę we własnej historii. Chcesz czuć siłę, wolność i zacząć się
szanować. Chcesz odkryć swoją moc.
Zrozumienie przyczyn syndromu "zadowalacza" to fundamentalny pierwszy
krok do wyrwania się ze szkodliwego wzorca. Aby jednak zmiana była
możliwa, samej wiedzy muszą towarzyszyć konkretne działania i praktyka.
Dlatego w mojej książce proponuję podejście oparte na działaniu,
ugruntowane w wiedzy naukowej i psychologicznej, które zapewnia
praktyczne narzędzia pozwalające przenieść się z miejsca, w którym
jesteś teraz, do tego, w którym chcesz się znaleźć.
Najgłębsza przyczyna
Porzucenie syndromu "zadowalacza" to przedsięwzięcie trudne, ale
obiecujące dużą nagrodę. Z początku warto rozpoznać swoją "najgłębszą
przyczynę": najważniejszy, najbardziej poruszający powód, dla którego
rozpoczynasz tę podróż. Jeśli towarzyszą ci strach, niepewność i zwątpienie, wówczas najgłębsza przyczyna będzie twoją Gwiazdą Polarną,
która pokaże ci drogę.
Chcąc ją poznać, zadaj sobie pytanie: jaki jest najważniejszy powód, dla
którego chcę wyrwać się z tego wzorca? Jaką mam wizję siebie? Dla kogo
chcę być autorytetem?
Zadałam te pytania tysiącom uczestników moich warsztatów. Piękno ich
odpowiedzi zawsze mnie zaskakuje. Odpowiedzieli na przykład tak:
"Chcę być wzorem do naśladowania dla moich dzieci. Chcę, żeby miały
matkę, którą szanują. Marzę o tym, by potrafiły mówić w swoim imieniu,
budować zdrowe relacje i stawiać granice".
"Mam dość bycia cieniem. Nigdy nie czułam, żeby cokolwiek w moim życiu
naprawdę należało do mnie. Jestem gotowa to zmienić. Chcę poczuć, że
żyję życiem, które sama wybrałam, a nie takim, które wybrali za mnie
inni".
"Chcę rozwinąć w sobie asertywność i siłę, których potrzebuję, by
realizować marzenia. Mam niesamowitą wizję firmy, którą chcę stworzyć,
ale wciąż brakuje mi pewności siebie, żeby ją urzeczywistnić. Chcę
zbudować biznes i być dumna ze swoich osiągnięć. Chcę zrobić wszystko,
co w mojej mocy, by mi się udało".
"Pochodzę z długiej linii kobiet, które się poświęcały. Niektóre
tkwiły w przemocowych związkach. Inne po prostu nigdy nie odważyły się
realizować swoich marzeń. Serce mi się kraje, gdy myślę o wszystkich
kobietach w mojej rodzinie, których głosu nigdy nie usłyszano. Chcę
przerwać ten międzypokoleniowy ciąg milczenia kobiet. Chcę stworzyć
nową drogę".
Jaki jest twój najgłębszy powód? Zapisz go sobie i pamiętaj o nim, kiedy wkroczysz na drogę do odkrycia siebie. Gdy pojawią się trudności, będziesz mieć przy sobie coś, co ci przypomni, że porzucenie syndromu "zadowalacza" może radykalnie zmienić twoje życie -?i życie tych, których kochasz.