Rozdział drugi
Cudownie. Nie muszę iść do pracy. Przez całe lata brałam urlopy tylko ze względu na dzieci. O zwolnieniach lekarskich nawet nie myślałam. A teraz mam wolne. Całe oceany czasu. I dobrze, bo musze się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Internet pełen jest informacji. Włączam laptop i szukam czegoś o świadomych snach. Nic z tego. W żaden sposób nie pasuje. Szukam po prostu o snach. Potem płynnie przechodzę na wszystkie zjawiska paranormalne, jakie mogą się przytrafić człowiekowi i zrezygnowana stwierdzam, że nikomu nie przydarzyło się najwyraźniej to, co mi. Zamykam pokrywę zła. Muszę jakoś tę złość rozładować. Nigdy nie byłam typem sportowym. Moim magicznym sposobem na wszystko od zawsze jest sprzątanie. Konkretna praca i szybki wizualny efekt w nagrodę.
Uśmiecham się do siebie, a potem idę do schowka w przedpokoju i wyciągam wszystkie produkty czyszczące. Dwie godziny później wszystkie okna i ramy błyszczą. Firanki pachną, schnąc już z powrotem na karniszach, a moje kapcie ślizgają się na wypastowanym parkiecie. Pieczeń jest piekarniku, a obrane ziemniaki czekają na ugotowanie. Tak ma być. Ja, Alicja, nie marnuję czasu. Działanie zawsze pomaga, a porządek przywraca równowagę.
Robię sobie drugą kawę, nie zastanawiając się, dlaczego nie odczuwam głodu. Sprzątając prawie przekonałam siebie, że to jakiś głupi przypadek. Może początki menopauzy i mózg mi świruje. Uwierzyłabym, że tego nie było. Ot, wymysł i wtedy to czuję znowu. Mrowienie, płytszy oddech. Na odruch w głowie wyskakuje pytanie" Kim jesteś?". Na wszelki wypadek siadam na podłodze dokładnie w miejscu, w którym stoję.
Przeskok.
Ramieniem opieram się o drewnianą framugę pociągniętą farbą na ciemnobrązowy kolor. Obok otwarte masywne drewniane drzwi, ciężka mosiężna klamka. W powietrzu zapach środków do czyszczenia i farbek plakatowych? Mrugam kilka razy, ale to drganie nie znika. Cała przestrzeń przeskoku wydaje się żyć własnym życiem.
Stoję w drzwiach mojego pokoju z czasów dzieciństwa. Bez trudu rozpoznaję wysokie pomieszczenie kamienicy. Jasne meble i staranie zaścielone łóżko niebieską patchworkową narzutą. Mała ja siedzi przy biurku. Ciemne włosy spięte w ciasny kucyk. Zawsze miałam ten kucyk. Może dlatego teraz noszę się prawie cały czas rozpuszczone? Podkolanówki uciskają skórę pod kolanami, sukienka w drobne czerwone kwiatki spływa po obu stronach krzesła.
Siedzi w swoim pokoju i płacze. Krzywię się, bo wszystko do mnie wraca. Na biurku leży kartka ze zgodą na zajęcia plastyczne, w których potajemnie uczestniczyłam od kilku tygodni. Niestety wymagana była zgoda rodziców i poprosiłam ojca, żeby ją podpisał. Czuję jej rozpacz. Kręcę głową. Znam ciąg dalszy. Przesuwam się bliżej okna.
Nie wiem na co liczyłam. Ojciec się wściekł, że chodziłam tam za jego plecami. Myślałam, że jak pokażę mu jak dobrze mi idzie, tych kilka rysunków go przekona. Ale było odwrotnie potargał je i powiedział, że nie pójdę na urodziny do Joasi.
Dwie wersje mnie. Ona ma dwanaście lat, a ja czterdzieści dwa i czujemy dokładnie to samo. Niemalże słyszę jej myśli. Kto zabrania dziecku się rozwijać? Kto nie pozwala dziecku rysować? Poza Tośką nikt nie wytrzymywał tego, że ciągle gdzieś nie mogłam iść. Rysowanie dawało mi przyjemność. Mogłam uciekać w światy, w których nie było surowych rodziców, wiecznych zadać i treningu jak w wojsku. Powtarzalność kresek, niepowtarzalność kolorów, ciche skrobanie kredki po papierze sprawiało, że mogłam odpuścić. Zmęczone napięciem mięsnie odprężały się, a z głowy znikał wieczny stan gotowości. Uwielbiałam ten stan.
Kompletnie nie rozumiałam tej obsesji ojca. Nawet teraz jej nie rozumiem. Dlaczego nie pozwalał mi się rozwijać w tym kierunku? Byłam dobra. Naprawdę byłam dobra. Łzy kapią na drewniany blat biurka, a ona rozmazuje je złośliwie palcem. Rozciera na nieregularne smugi. Do pokoju wchodzi ojciec i krzywi się na widok jej zapuchniętej twarzy:
- Co się mażesz? Jeśli cię coś boli to weź tabletkę i do roboty. Nikt jeszcze nie osiągnął sukcesu wyjąc.
- Nie rozumiesz. Zostaw mnie samą. - Nawet nie podnosi głowy.
- Co to do rozumienia? Marnujesz czas na bzdury. Niczego nie osiągniesz bez pracy. Bierz się za książki. Do jutra masz przeczytać "Hobbita".
- Dawno skończyłam - odpowiada z wyrzutem, nie patrząc na niego.
Ja patrzę i widzę, jak marszczy czoło. Nie tego się spodziewał.
- To dokonaj analizy. Napisz porównanie. Zrób użytek z mózgu. Po to go masz. Albo posprzątaj coś. Nie marnuj czasu..
- Tak jest, tato.
Głos dziewczynki jest już spokojny, a w niej ogień. Gdyby mogła w tej chwili go uwolnić, spłonęłaby chyba cała kamienica. Przestaje płakać. Zaciska pięści, a potem zwalnia uścisk. Robi tak kilka razy nie wiedząc, dlaczego, ale to pomaga. Przez głowę przebiega mi myśl, że do dzisiaj tak robię. Dziewczynka otwiera zeszyt i zaczyna przesuwać długopisem po kartce, ale zamiast literek pojawia się obraz wściekłego smoka. Każda łuska cieniowana, ostre pazury i rozwarty pysk pełen ostrych zębów. Jest piękny. Ciekawe, czy jeszcze potrafiłabym tak narysować cokolwiek.
Odrywam wzrok od kartki. Nie chodzi o smoka. Po ostatnim przypadku wiem, że mogę tu więcej. Zaczynam się czuć jak detektyw. Idę za ojcem do kuchni i słyszę, jak syczy przez zaciśnięte zęby do mamy.
- Masz jej pozabierać wszystkie farby i kredki, rozumiesz?! Ja nie chcę w tym domu żadnych rysunków. Już jedna źle skończyła, przez bycie artystką.
Obraz znika. Smok był piękny, ale z malowania ojciec mnie wyleczył. Dzisiaj pewnie nie potrafiłabym namalować nawet liścia. Zresztą po co? To taka bezużyteczna umiejętność. Trzeci raz już nie wywołuje szoku tylko zdziwienie. Szukam wspólnego mianownika. We wszystkich tych, tych... przeskokach jest ojciec. Ale przecież on nie żyje od dwóch lat. To jakaś opóźniona reakcja na jego odejście? Ale dlaczego po dwóch latach? Może szok wywołany odejściem Jacka? I znowu z opóźnieniem?
Nic mi się nie składa poza nazwą. To słowo oddaje to, co się dzieje. Dziwne epizody zostają oficjalnie w mojej głowie przeskokami. Podobno, jeśli nadajemy nazwę lękom, one szybciej mijają. Zatem przeskoki. Szkoda, że dalej nie wiem, czym są i po co. Zerkam na zegarek. Nieważne, ile czasu spędzam tam. Nie ma to wpływu na czas tutaj. Tutaj mijają sekundy. Podnoszę się bez trudu. Nogi nie zdążyły ścierpnąć.
Gdzie szukać informacji? O kim mówił mój ojciec? To, że nie miał za grosz szacunku do wszelkiego rodzaju artystów wiem. Na każdym kroku słyszałam, że to narkomani i szaleńcy, że popadają w nałogi i nie potrafią zarabiać. Musiał znać kogoś o kim mówił? Nie mam pojęcia kto to. Rodzice mało ze mną rozmawiali. Czasami miałam wrażenie, że mnie nie chcą.
Robi mi się przykro. Znowu się otrząsam. O zmarłych nie mówi się źle. W sumie o co chodzi? Może to jakaś szansa na naprawienie czegoś? Przecież ja tam nic nie mogę naprawiać! Może to dlatego, że nie utrzymywałam z nimi kontaktu? Trudno utrzymywać coś, co praktycznie nie istniało przez całe moje życie. Mam wrażenie, że zostałam wytresowana, a nie wychowana. Oni chcieli, żebym byłą grzeczna, wyprasowana i dobrze się uczyła. Miałam przecież iść w ślady ojca. Wyszło zupełnie inaczej.
Zdezorientowana przesuwam wzrokiem po czystym wnętrzu. Kiedy wychodzę z tego dziwnego stanu rzeczywistość wydaje się za ostra. Przedmioty odzyskują krawędzie i kanty.
- Kratka wentylacyjna. Nie umyłam kratki wentylacyjnej - mówię do siebie ignorując myśl, że ta potrzeba porządku to efekt wieloletniej tresury.
Wchodzę na krzesło i wyciągam zakurzony, plastikowy kwadracik. Szoruję specjalnym wybielającym proszkiem i montuję z powrotem. Wcale nie jest mi lepiej, a przeskok nie daje o sobie zapomnieć. Jak ma pomóc mi coś, co przypomina moje niezbyt szczęśliwe dorastanie? Może jest jakaś odpowiedź w sieci? Może ktoś miał coś podobnego i wie, co może pomóc i je zatrzymać? Może poprzednio źle szukałam?
Wyciągam laptop i wpisuję w przeglądarkę słowo "przeskok". Niestety oprócz definicji ze słownika PWN dostaję jeszcze propozycję rozwinięcia swojego biznesu i dowiaduję się, że w Warszawie jest ulica o takiej nazwie. Nie wiem, co wpisać, żeby sprawdzić to, co się ze mną dzieje.
Zrezygnowana odkładam laptop i idę do sypialni. Naciągam kołdrę na głowę. Jestem taka zmęczona, taka śpiąca. Jak przez mgłę pamiętam zapach ciastka, słowa Tośki i Jacka. Dźwięki, obrazy, zapachy rozcieńczone jak słaba herbata.
- Może trzeba jednak wezwać karetkę? -To Tośka.
- Nie! Dzwoniłem do tej psycholog. Umówiła się na jutro. Może jej przejdzie tak jak poprzednio. - W głosie Jacka nie ma żadnych ciepłych nut. Żadna czułość czy troska nie wychodzi wpleciona w te słowa.
- A jak nie? Jacek czy ty siebie słyszysz? Ona ewidentnie potrzebuje pomocy teraz, a nie jak się ocknie?
- Nie rób dramatu. Ma jakiś kryzys wieku średniego.
- Odpuszczę tylko do jutra i tylko dlatego, że tu zostajesz. - mówi twardo moja przyjaciółka - Jutro tu jestem o ósmej dwadzieścia rano. Jeśli nie wstanie, ja przejmuję opiekę na nią. Ty ewidentnie nie jesteś w stanie podjąć żadnej decyzji.
Trzaśnięcie drzwi.
- Tato co się dzieje? Dlaczego ciocia krzyczy? Mama jest chora? - Eli głos jest jeszcze taki dziecięcy.
- A skąd ja mam wiedzieć?! Mama jest zmęczona. Musi odpocząć. Idź do siebie i bierz się za naukę. Maturę masz w tym roku.
- Ale...
- Żadnego, ale. Nauka jest teraz najważniejsza.