Przeskoczyć mur - Elżbieta Jodko-Kula

-
Proszę czekać

PAWEŁ

ROZDZIAŁ I

Wczesnym rankiem, po trudnym przebudzeniu i szybkim prysznicu, dyrektor Strumiński uruchomił telefon, który, jak zwykle, wyłączył poprzedniego wieczora.

Od dwóch lat na wyraźną prośbę żony w godzinach wieczornych starał się nie myśleć o swojej pracy, próbując przed spaniem oczyścić umysł z codziennych problemów i kłopotów. Nie było to wcale łatwe, ale dyrektor przekonał się, że wyłączenie aparatu skutecznie mu w tym pomaga.

- Jakby się poprawczak zawalił, to i tak ktoś po ciebie przyjedzie - powtarzała żona przez kilka miesięcy, zniecierp­liwiona telefonami podwładnych Strumińskiego, którzy nie bacząc na prośbę szefa, zawracali mu głowę rozmaitymi drobiazgami.

- Przecież na nocce jest wychowawca, a poza tym kierownik zawsze ustala odpowiedzialnego za sytuację w zakładzie, więc nie musisz sam angażować się w każde spóźnienie wychowanka z przepustki albo przejmować się tym, że któryś zaćpał albo się upił - gderała zniecierpliwiona przez kilka miesięcy.

Z biegiem czasu Strumiński zrozumiał, że jego małżonka ma rację. Do tego jednak potrzebował zarówno czasu, jak i doświadczenia zdobytego na dyrektorskim stanowisku.

Kiedy podłączył telefon, zauważył migające światełko, a na sekretarce aparatu usłyszał informację o trzech nieodebranych połączeniach. Ktoś w nocy dzwonił z zakładu, i to w godzinach, w których nie powinni go niepokoić. Tylko dwa przypadki usprawiedliwiały zmącenie spokoju dyrektora - nagły kataklizm lub dyżur strażnika Wincentego Kortunia.

Kataklizmy w Szczypiorniskach zdarzały się rzadko, a właściwie w czasie dziesięcioletnich rządów Strumińskiego jeszcze żaden się nie wydarzył. Za to nocne dyżury Wincentego bywały niestety dosyć częstym zjawiskiem, chociaż na szczęście nie tak częstym jak w przypadku innych, młodszych strażników. Ograniczenie nocek Kortuniowi nastąpiło na wyraźne polecenie dyrektora, który dyskretnie poinstruował przydzielającego dyżury, że najstarszy wiekiem i stażem strażnik nie powinien się przepracowywać.

Najstarszy z mundurowych dostawał więc najrzadziej nocne dyżury nie tylko dlatego, że przekroczył już wiek emerytalny, ale też dla świętego spokoju głównego szefa.

Podczas służby Kortunia ze świętym spokojem bywało jednak różnie, chociaż nie działo się wtedy więcej niż w czasie dyżurów innych strażników. Wincenty jednak niezwykle poważnie traktował swoją pracę i często dostrzegał to, co pozostałym nie rzucało się w oczy. Kortuń bardzo uważnie obserwował, co dzieje się w zakładzie, dlatego widział więcej niż inni.

W odróżnieniu od młodszych kolegów podczas nocnej zmiany nigdy nie zdarzyło mu się przysnąć lub odwrócić uwagi od powierzonego zadania. Swoje "szychty" odbywał wzorowo i znacznie częściej, niż tego wymagał regulamin, obchodził teren zakładu poprawczego w Szczypiorniskach.

Kortuń, siedząc w dyżurce, rzadko odrywał wzrok od ekranów monitoringu, pomimo że nie miał zaufania do kamer, które często się psuły lub śnieżyły, pokazując niewyraźny obraz.

Nie ufając technice, polegał jedynie na tym, co sam zobaczył, bo chociaż miał już swoje lata, jego wzrok, słuch, oraz sprawność fizyczna były bez zarzutu.

W ważnych, jego zdaniem, momentach Kortuniowi zdarzało się nie przestrzegać poleceń dyrektora i nawet w nocy naruszał spokój szefa. Pomimo to Strumiński lubił i cenił najstarszego ze strażników za spostrzegawczość oraz zaangażowanie w pracę.

Od lat niezmiennie mu ufał i za każdym razem, kiedy mijał dyżurkę, w której tamten siedział, starał się zamienić z nim choćby kilka zdań. Zawsze też chętnie słuchał, co Kortuń ma do powiedzenia na temat chłopaków. Kiedy jednak podczas nocnego dyżuru Wincenty przerywał mu sen lub zakłócał domowy spokój, dyrektor był rozdrażniony. Dlatego wreszcie posłuchał żony i zaczął wyłączać telefon, co bardzo zmartwiło Kortunia.

Sympatia dyrektora wobec strażnika była silniejsza niż pojawiająca się niechęć z powodu niekoniecznego alarmu. Tak więc ograniczając nocne dyżury Kortunia, Strumiński dbał o własny spokój, kondycję Wincentego, ale też o wzajemne relacje.

Dyrektor i strażnik znali się od dawna i od początku się lubili. Kiedy Strumiński zaczynał pracę jako młody wychowawca w zakładzie poprawczym w Szczypiorniskach, Kortuń był już tam zatrudniony.

- Od moich pierwszych dni w zakładzie strażnik Wincenty stał się dla mnie ważnym źródłem informacji o tym miejscu i to od niego dwadzieścia pięć lat temu dowiedziałem się wszystkiego, czego należało się dowiedzieć - powtarzał dyrektor, co roku przyznając staremu pracownikowi niewielką nagrodę.

W takich momentach Kortuń puchł z dumy i chociaż starał się tego nie okazywać, po jego minie widać było, jak wielką przyjemność robią mu słowa przełożonego.

Wincenty miał własne zdanie w kwestii ważności rozmaitych przypadków, toteż gdy w jego ocenie zdarzyło się coś niepokojącego, natychmiast informował o tym głównego szefa. Nie bacząc na napomnienia oraz uwagi bezpośrednich przełożonych, w ważnych, jego zdaniem, przypadkach nie przestrzegał drogi służbowej, tylko gnał bezpośrednio do dyrektora, by jak najprędzej go powiadomić o zaistniałej sytuacji.

Takie zachowanie strażnika wynikało nie z jego złej woli, ale ze ślepej wiary w to, że Strumiński o wszystkim powinien wiedzieć pierwszy. Kortuń głęboko wierzył, że dyrektor na wszystko znajdzie radę i zapobiegnie potencjalnemu nieszczęściu.

Po latach pracy Strumiński miał na ten temat nieco inne zdanie. Odkąd został dyrektorem zakładu poprawczego w Szczypiorniskach, przybywało mu wiedzy oraz doświadczenia. Codzienne realia lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku znacznie ostudziły jego pierwotny zapał i nauczyły go większej wyrozumiałości wobec słabszych pracowników. Nadzorując personel oraz wychowanków, zdążył się przekonać, że sam nie da rady wszystkiego ogarnąć ani tym bardziej zapobiec niepożądanym zdarzeniom. Przekonał się też, że choćby nie wiadomo jak się starał, nie jest w stanie zmusić personelu do równie dobrej pracy oraz takiego poświęcenia, jakim wykazywało się kilku najlepszych, najskuteczniejszych wychowawców i nauczycieli. W końcu więc, podobnie jak wielu wcześniejszych dyrektorów, Strumiński nabrał dystansu, troszeczkę poddał się rutynie oraz, inaczej niż na początku swojej pracy, zaczął dbać o własny dobrostan i upragniony przez żonę święty spokój.

Niespodziewanie dla samego siebie z czasem zaczął przejmować niektóre nawyki swoich poprzedników, właś­­nie te, których, jako młody zapaleniec, kiedyś bardzo nie lubił. Proza życia, układy i zależność od ministerialnych urzędników podcięły mu skrzydła i kazały realnie patrzeć na rzeczywistość.

Energia oraz zapał Strumińskiego z pierwszego etapu jego pracy w zakładzie zdecydowanie przygasły, a od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, kiedy objął stanowisko dyrektora poprawczaka w Szczypiorniskach, zmalały jeszcze bardziej, zmieniając się w wymuszony przez codzienne realia dystans.

Wysiadając z samochodu na dziedzińcu zakładu, Strumiński czuł, że to nie będzie spokojny poranek. Nieodebrane trzy połączenia telefoniczne nie pozostawiały co do tego żadnych złudzeń.

Nie pomylił się, bo złe wieści dopadły go już przy wejściu do budynku. Kortuń, widocznie obrażony zignorowaniem jego telefonu, poinformował dyrektora bardzo służbiście, że Marcin Skowron, nieduży, lekko ociężały intelektualnie chłopiec z grupy piątej, pociął się wieczorem, a potem "dokonał połyku", co w zakładowej gwarze oznaczało wprowadzenie do przewodu pokarmowego przedmiotu nienadającego się do spożycia. To było dziwne, zdaniem Kortunia, gdyż połyki najczęściej zdarzały się przed wakacjami i w okolicy świąt. Chłopcy łykali wtedy różne przedmioty, łącznie z nożami, gwoździami oraz ukradzionymi z warsztatów śrubami, głównie po to, żeby dostać się do szpitala, a stamtąd po prostu uciec. Teraz jednak była późna jesień, wakacje dawno się skończyły, a do świąt pozostało jeszcze sporo czasu, toteż desperacki postępek Marcina wydał się strażnikowi dziwny. W Szczypiorniskach, podobnie jak w innych placówkach tego typu, zdarzały się czasem połyki, ale nie było ich wiele i, zdaniem Kortunia, każdy przypadek, do którego doszło poza przewidywalnym okresem przedświątecznym, wyglądał bardzo podejrzanie.

Niepozorny z wyglądu, nieco przygaszony chłopak połknął jakieś żelastwo i dostał gwałtownych bólów, ale przez kilka godzin nie zgłaszał tego nikomu, ukrywając też cięte rany na przedramionach. Dopiero dyżurujący nocą wychowawca, robiąc obchód pomieszczeń grupy piątej, zorientował się, że z Marcinem coś jest nie tak, jak powinno. Około trzeciej wezwane do zakładu pogotowie zabrało go do szpitala, bo kiedy lekarz badał chłopaka, ten stracił przytomność. Podczas rozmowy z dyrektorem zdenerwowany Kortuń nie potrafił określić, co tym razem znalazło się w przewodzie pokarmowym wychowanka.

Przedstawienie pełnego raportu dyrektorowi strażnik pozostawił dyżurującemu wychowawcy grupy. W takich sytuacjach Wincenty wolał, by zrobił to ktoś inny, z obawy, że mógłby się wyrazić mało precyzyjnie i coś przekręcić. Mimo wielu lat pracy w poprawczaku Kortuń bardzo przeżywał niespodziewane wypadki i chociaż w życiu codziennym doskonale sprawdzał się nie tylko jako pracownik zakładu, ale i powiernik wychowanków, w sytuacjach trudnych nie potrafił zachować odpowiedniego dystansu. Kiedy działo się coś złego, Wincenty wczuwał się w emocje chłopaków i przeżywał je tak, jakby dotyczyły jego własnego dziecka. Zwykle też zapominał wtedy, że wychowankami Szczypiornisk są młodociani przestępcy, którzy wiele zachowań przejmowali z zakładów karnych dla dorosłych. Dokonywanie połyków było jednym z nich.

W odróżnieniu od starego strażnika dyrektor Strumiński po wielu latach pracy w zakładzie przestał się czemukolwiek dziwić, jednakże tamtego ranka uświadomił sobie po raz kolejny, że w ostatnim czasie połyki zdarzają się w jego placówce częściej niż dawniej. Już podczas ostatniego posiedzenia rady pedagogicznej jeden z wychowawców zwrócił mu na to uwagę. Sygnalizujący problem wychowawca Więckowski przebąkiwał coś o niepokojąco wzrastającym wpływie Kosy z grupy piątej na niektórych chłopaków w zakładzie, ale nikt z wychowawców nie potwierdził, że tak się dzieje.

Pewnie się boją, że każę im zająć się tą sprawą, pomyślał Strumiński, uważnie przyglądając się zgromadzonym w jego gabinecie pracownikom.

Co kilka tygodni u dyrektora odbywały się spotkania kierownictwa zakładu oraz wychowawców internatu, poświęcone sytuacji w placówce.

Przy takich okazjach zwykle omawiano najważniejsze sprawy, wymagające interwencji lub reakcji dorosłych oraz odpowiednich działań wychowawczych. Zdaniem dyrektora problem, który zgłaszał Więckowski, już dawno powinien był wypłynąć, ale oprócz wychowawcy grupy trzeciej nikt nie wypowiedział się w tej kwestii. Reszta personelu jak zwykle milczała, nie wiedząc lub udając, że o niczym nie wie.

Takie zachowanie nie było odosobnione i wcale nie dziwiło Strumińskiego. Wiedział, że nikt nie chce brać na siebie nadprogramowej roboty, gdyż w szczególnych sytuacjach osobiście "zadaniował" podwładnych, zlecając im nie tylko zbadanie, ale i rozwiązanie problemu. Potem konsekwentnie rozliczał wszystkich z realizacji ustalonych działań oraz zmuszał pracowników do formułowania włas­nych spostrzeżeń, a tego nikt z wychowawców nie lubił. Większość z nich wolała więc "nie widzieć", że coś się dzieje pod ich nosem, by jak najdłużej mieć święty spokój oraz przewidywalne, zgodne z zakładowym grafikiem, dyżury.

Oczywiście dyrektor doskonale zdawał sobie sprawę, że "niewidzenie problemu" nie oznaczało, iż ten nie istniał. Sugestia Więckowskiego wzbudziła więc jego czujność, jednak wobec postawy pozostałych wychowawców nie sprowokowała innych działań. W najbliższym czasie Strumiński miał przed sobą nieprzyjemności w postaci dwóch zapowiedzianych kontroli finansowych, których, jak zwykle, się obawiał. Czasy były trudne, urzędnicy dociek­liwi, a on nie znosił rozliczeń, bo finansowanie wszystkich potrzeb zakładu zmuszało go czasem do nieprzewidywalnej ekwilibrystyki. Dzięki pomocy sprawnej księgowej jakoś z tym sobie radził, ale za każdym razem, gdy pojawiali się kontrolerzy finansów, przeżywał ogromny stres.

Zapowiedziane kontrole zmuszały teraz dyrektora do odłożenia innych spraw ad acta, lecz notując sobie w umyśle rzuconą przez Więckowskiego uwagę, postanowił przejrzeć zakładowe statystyki z kilku ostatnich miesięcy oraz poważnie rozmówić się z kierownikiem internatu.

Potem zamierzał jeszcze przepytać chłopaków, żeby wyciągnąć od nich jakieś informacje, choć oczywiście doskonale rozumiał, że wobec groźby zemsty grypsujących wydobycie czegokolwiek z "frajerów" nie będzie proste.

Pomimo napiętego grafiku Strumiński nie chciał czekać z realizacją swoich zamierzeń. Od początku pracy w zakładzie trzymał się zasady, że wcześnie zdiagnozowany i rozwiązywany problem jest mniejszym złem niż problem zdiagnozowany zbyt późno.

Uwaga Więckowskiego zapadła mu więc w pamięć i chociaż w obecnej sytuacji było mu to nie na rękę, dyrektor wiedział, że powinien się zająć tą sprawą, albo przynajmniej zlecić ją kierownikowi internatu.

Strumiński znał swój personel i wiedział, że nie wszyscy wychowawcy jednakowo przykładają się do pracy, Więckowskiemu jednak ufał, jako że był bardzo zaangażowany w to, co robił, i zauważał więcej niż starsi od niego i bardziej doświadczeni pracownicy zakładu.

Młody wychowawca nie kierował się rutyną, być może dlatego, że jeszcze jej nie nabył. Miał za to energię i zapał do pracy, co nie wszystkim się podobało.

Wiele lat temu Strumiński też był taki, dlatego lubił Więckowskiego i zwykle uważnie go słuchał.

ROZDZIAŁ II

Około dziewiątej rano dyrektor zatelefonował do ordynatora chirurgii, żeby zapytać o stan zdrowia Marcina Skowrona, a o dziewiątej trzydzieści podniósł się zza biurka i przeniósł na krzesło znajdujące się u szczytu niezbyt długiego stołu. Za chwilę do jego gabinetu mieli przyjść wychowawcy internatu.

Zwykle organizował zebrania pracowników właśnie o tej porze, wykorzystując fakt, że wychowankowie byli wtedy na zajęciach szkolnych, a tam odpowiadali za nich nauczyciele.

Praca internatu, zdaniem Strumińskiego, pełniła najważniejszą funkcję resocjalizacyjną, toteż wszystko, co działo się po szkole, szczególnie go interesowało. Nadzór nad bieżącymi sprawami wychowawczymi oraz rozwiązywanie pojawiających się problemów stanowiły domenę kierownika internatu, ale Strumiński uważał, że skoro w świetle prawa osobiście odpowiada za to, co się dzieje w zakładzie, powinien we wszystkim się orientować, i trzymał się tej zasady od momentu, kiedy z szeregowego wychowawcy został dyrektorem.

Personel pedagogiczny zakładu poprawczego w Szczypiorniskach spotykał się więc znacznie częściej, niż miało to miejsce w innych placówkach, Strumiński jednak nie zamierzał tego zmieniać i podczas spotkań z wychowawcami słuchał uważnie, co mają mu do powiedzenia.

Na początku pracy na stanowisku dyrektora starannie dobierał personel, ale po kilku latach dyrektorowania przekonał się, że znalezienie chętnych do pracy na prowincji nie było łatwym zadaniem.

Z upływem czasu obniżył więc swoje wymagania względem osób, które zatrudniał, i chociaż niezmiernie rzadko zdarzało mu się mylić w ocenie walorów oraz kompetencji przyszłego pracownika, w niektórych przypadkach jednak pierwsze wrażenie zawodziło. Specyfika zamkniętego zakładu zmieniała ludzi i niektórzy popadali w rutynę. Inni zaś dawali się wciągać w intrygi, powodowane zazdrością o każdy najmniejszy sukces czy nagrodę, choć wobec wychowanków zachowywali się prawidłowo. Zdarzali się jednak i tacy, którzy pracę w zakładzie poprawczym traktowali wyłącznie jako źródło dochodów i w ogóle im nie zależało, by dobrze ją wykonywać. Z takimi bywało najgorzej.

W ciągu wielu lat dyrektorowania Strumiński przestał oczekiwać cudów i mniej krytycznie patrzył na personel. W całej swej karierze miał jednak kilku wychowawców pokroju Więckowskiego. Jednego z nich awansowano na dyrektora innej placówki, drugi stracił zapał do wychowywania młodocianych przestępców i zajął się biznesem. Z zakładem w Szczypiorniskach łączył go jednak w dalszym ciągu wielki sentyment, toteż raz w roku wspierał placówkę hojną darowizną, która umożliwiała zorganizowanie krótkiego wyjazdu w Bieszczady dla bardziej zresocjalizowanych oraz spragnionych wędrówek chłopaków. Pozostali trzej z "orłów" Strumińskiego pracowali wciąż w Szczypiorniskach, ale z tej trójki Tomasz był najbardziej kreatywny, a nawet gotowy do poświęceń.

Przypadek kolejnego w ostatnim czasie połyku oraz kiepski stan Marcina Skowrona bardzo zmartwiły dyrektora i negatywnie wpłynęły na jego nastrój. Tego dnia był więc w kiepskim humorze, toteż zebranie nie zapowiadało się najlepiej. Po krótkim wstępie zamierzał zwrócić kolegom uwagę na widoczne, jego zdaniem, zaniedbania wychowawcze oraz przekazać swoje spostrzeżenia dotyczące pracy w grupach. Nie zdążył jednak tego zrobić, gdyż sekretarka nieśmiało uchyliła drzwi i wsunęła głowę do gabinetu.

- Bardzo przepraszam, panie dyrektorze, ale na korytarzu czeka konwojent z nowym wychowankiem. Czy ktoś mógłby teraz przyjąć chłopca, bo konwojent się spieszy? - powiedziała ze skruszoną miną.

Strumiński nie znosił, gdy mu przeszkadzano podczas spotkań z pracownikami, lecz podobne sytuacje się zdarzały i nic na to nie dało się poradzić. Konwojenci, eskortujący wychowanków, nie chcieli czekać, aż dyrektor skończy zebranie. Ich czas był ściśle wyliczony i nie mogli go marnować. Strumiński mógł oczywiście polecić któremuś z pracowników, by ten wykonał konieczne procedury, ale miał zwyczaj osobiście przyjmować nowych podopiecznych i tylko z rzadka powierzał tę czynność komuś innemu. Teraz więc nie zastanawiał się długo, tylko mruknął coś pod nosem i podniósł się z miejsca.

- Dobrze, już idę - oznajmił i zwrócił się do zebranych: - Panowie, zrobimy dziesięciominutową przerwę.

Wyszedł do sekretariatu, a zaraz za nim wymknęli się dwaj wychowawcy, pragnący skorzystać z niespodziewanej przerwy na papierosa.

Minęli truchtem sekretarkę, która otworzyła szerzej drzwi na korytarz i powiedziała do konwojenta:

- Proszę wprowadzić chłopca. Dyrektor czeka...

Do sekretariatu wszedł niemłody konwojent, delikatnie popychając przed sobą szczupłego, ciemnowłosego nastolatka w cienkiej bluzie i dżinsowej kurtce.

- Dzień dobry, przywiozłem panu dyrektorowi nowego wychowanka - oznajmił Strumińskiemu, salutując służbiście.

Dyrektor w milczeniu pokiwał głową i uważnie przyjrzał się chłopakowi. Papiery Pawła Biernata nadeszły już dwa dni temu pocztą i zdążył je przewertować.

- Tu jest dokument konwoju - powiedział konwojent, kładąc na biurku niedużą kartkę. - Bardzo proszę o podpis na poświadczeniu przekazania, bo już muszę uciekać. W samochodzie mamy jeszcze dwóch takich gagatków, a droga daleka... Może pan poświadczyć dostarczenie? - dodał, przesuwając dokument.

Strumiński sięgnął po leżący na biurku długopis.

- Tak, oczywiście. Dziękuję panu - powiedział, złożył podpis we wskazanym przez konwojenta miejscu, a kiedy ten opuścił sekretariat, w milczeniu pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z Biernata.

Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. Dyrektor zatonął we własnych myślach, pani Hania zaś, uśmiechając się przyjaźnie, również popatrywała na chłopca, starając się dodać mu odwagi.

Doświadczone oko kobiety natychmiast odnotowało, że stojący przed nimi nastolatek jest zdenerwowany, bo mocno przygryzał wargę.

W końcu dyrektor otrząsnął się z zamyślenia i przywołując na twarz nieco sztywny uśmiech, zwrócił się do nowego podopiecznego:

- Paweł Biernat... Dostaliśmy już ze schroniska dla nieletnich dokumenty oraz informację o twoim przyjeździe... Skąd jesteś? - dodał po chwili.

- Z Zamorzyna - powiedział chłopak, spuszczając wzrok, po czym odwrócił twarz w kierunku okna.

- Nie pytam, z jakiego schroniska przyjechałeś, tylko o to, gdzie mieszkają twoi rodzice... A właściwie matka - poprawił się szybko, bo natychmiast przypomniał sobie, za co nieletni trafił do zakładu. Przysłane przed przybyciem wychowanka dokumenty miały umożliwić dyrekcji zakładu podjęcie właściwej decyzji co do umieszczenia go w odpowiedniej grupie. Sprawa Biernata była bardzo poważna i zdaniem Strumińskiego ten chłopak wymagał szczególnej uwagi.

Paweł nerwowo przestąpił z nogi na nogę i na chwilę zacisnął wargi. Nie spieszył się z odpowiedzią, lecz kiedy zniecierpliwiony jego milczeniem dyrektor mruknął nerwowo, chłopak burknął:

- W Stefanowicach.

- Masz rodzeństwo? - zapytał Strumiński, nie spuszczając wzroku z Pawła.

- Tak, siostrę - odpowiedział tamten, ledwie dostrzegalnie wzruszając ramionami. - Przyrodnią - dodał nieco głośniej.

- Starsza od ciebie?

- Nie, chodzi do przedszkola...

Strumiński pokiwał głową i zwrócił się do sekretarki:

- Nie mam teraz czasu na dłuższą rozmowę - oznajmił. - Umieścimy młodzieńca w izbie przejściowej, to później sobie pogadamy... Ulokujemy cię w grupie piątej... - powiedział, marszcząc brwi, i zaraz dodał: - W piątej jest jeszcze miejsce.

Skierował się do swojego gabinetu i stanąwszy w progu, zawołał:

- Kolego Kotowski!

Po chwili pojawił się przy nim niewysoki, krępy mężczyzna z lekko przerzedzonymi włosami. Dyrektor zwrócił się do niego, ruchem głowy wskazując chłopca.

- Kolego Kotowski, damy tego młodzieńca do pana grupy. Na razie na miejsce po Marcinie...

Kotowski skrzywił się lekko i potrząsając głową, rozłożył ręce.

- Ale Skowron niedługo wróci - zaprotestował słabo.

Dyrektor machnął ręką i wzruszając ramionami, pokręcił głową.

- Nie wiadomo, kiedy wróci... - odparł. - Kurator sądowy podobno już wcześniej starał się o jego przeniesienie... Poza tym obecność lub nieobecność Marcina w zakładzie nie ma wielkiego znaczenia... Już o tym rozmawialiśmy, prawda? Ma pan w grupie najmniej chłopaków i tylko u was jest wolne łóżko... Przypuszczam, że przejrzał pan dokumenty Biernata, tak jak prosiłem... - Spojrzał surowo na wychowawcę i zaraz dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu: - Proszę zaprowadzić chłopca do pielęgniarki, a potem przekazać go strażnikom na rewizję. Bagaże idą do depozytu. Zostawiamy tylko podstawowe rzeczy, reszta pod klucz... - oznajmił, zwracając się do chłopaka. - Takie są u nas zasady, jednak nie musisz się niczego obawiać, za jakiś czas wszystko ci oddamy, tylko musimy sprawdzić, czy nie masz ze sobą jakichś nieodpowiednich przedmiotów lub substancji... - wyjaśnił, po czym minął niezadowolonego wychowawcę i ruszył do gabinetu. Po chwili jednak zatrzymał się i powiedział do Kotowskiego:

- Proszę szybko wrócić na zebranie... Koniec przerwy, panowie, zaczynamy, zapraszam... - oświadczył, podchodząc do biurka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI