Przedmowa
Utarło się przekonanie, że współczesnej sztuce (przynajmniej powstającej w obrębie cywilizacji zachodniej) z religią - a już z chrześcijaństwem w szczególności - nie po drodze. Rzeczywiście, jeśli spojrzeć na zeszłowieczne awangardy, które choć w większości dziś martwe, wciąż stanowią punkt odniesienia dla wielu współczesnych artystów, ich duch był zasadniczo, z nielicznymi wyjątkami, postoświeceniowo ateistyczny i antyreligijny. Sztuka zachodnia, która w dawnych wiekach karmiła się w dużym stopniu religią, od religii zaczęła się w pewnym momencie programowo odcinać. Twórcy albo bezlitośnie religię krytykowali, albo znacząco o niej milczeli. Takie postawy dziś wydają się dominujące.
Nie znaczy to, że brakło nagle artystów, którzy z doświadczenia religijnego czerpali i czerpią inspiracje. Liczni kompozytorzy dalej tworzą przecież muzykę (nominalnie przynajmniej) religijną. Odniesienia religijne pojawiają się w filmach i spektaklach teatralnych. Jednak dostrzec można wyraźnie, że od dekad - szczególnie w sztukach plastycznych i literaturze - trwa anty- lub areligijny odwrót. Tacy malarze, jak Rouault czy Nowosielski, twórcy literatury - Mauriac czy Miłosz pojawiali się na marginesie głównych nurtów, przyznając się jednoznacznie w swojej twórczości do chrześcijańskich afiliacji. U innych (np. Balthusa, Giacomettiego, Geneta czy Tadeusza Różewicza) głębokie inspiracje wiarą religijną nie zawsze były powszechnie dostrzegane. Przyjęło się bowiem twierdzić, że religijność w sztuce odsłaniać się dziś może bądź jako niezobowiązujący konfesyjnie cytat, bądź jako czysty estetyczny emblemat, bądź jeszcze jako innego typu gra z martwym już duchowo w swojej istocie dziedzictwem przeszłości.
Prawdą jest, że wielu artystów współczesnych dystansuje się od instytucjonalnych, religijnych ortodoksji. W autentycznej działalności artystycznej można widzieć jednak pewne podobieństwo do uczciwie uprawianej teologii - w obu przypadkach powinno dochodzić do głębokiego eksplorowania duchowych rejonów, których zwyczajny zjadacz chleba z powodów różnych zwykle zwiedzać nie chce. Trzeba mieć świadomość, że zajęcie to raczej nie bardzo bezpieczne tak dla artystów, jak dla teologów. W sztuce ostatnich dekad za wyraz intrygujących poszukiwań uznawano (często bardzo płaską) krytykę społecznych funkcji i oddziaływań religii. Niewątpliwie krytyka skostniałych, niejednokrotnie pełnych hipokryzji rytuałów, quasi-wierzeń czy czego tam jeszcze jest potrzebna nie tylko ludziom nastawionym z gruntu antyreligijnie. Samo istnienie takiej krytyki trudno jednak uznać za czynnik podstawowy w uznaniu artystycznej wartości tego lub innego dzieła. Sztuka atakująca wszelkie (także religijne) społeczne skostnienia, choć użyteczna i łatwiej dla mas zrozumiała od innych "współczesnosztucznych" płodów, rzadko wybija się na poziom najwybitniejszych osiągnięć ludzkości. Dezaktualizuje się bowiem nader szybko.
Tymczasem głęboko przeżywany ateizm jest równie trudny jak autentyczna wiara (a może i trudniejszy), bo jest uznaniem braku sensu tego świata dla ludzi. Albo gorzej: uznaniem bezsensownego zła tego świata dla ludzi. Wiedział o tym Jerzy Nowosielski - jeden z gigantów polskiej sztuki ubiegłego stulecia, który w młodości na lat kilkanaście stał się ateistą. Opisywał ten areligijny stan jako rodzaj absolutnego wyzwolenia, które jednak więcej wspólnego miało z mistyką niż z suchym racjonalizmem. Wyzwolenie to przynosiło radość, ale ostatecznie ów mistycznie radosny stan w kontakcie z rozpoznawanym codziennie złem świata okazywał się nie mieć nieskończenie trwałej mocy. Ateizm wypalał się w kierunku religijnej wiary (być może zresztą od początku był jej - i to nie zalążkową, ale całkiem rozwiniętą - postacią). Nowosielski stał się, choć daleko mu było do doktrynalnej poprawności, prawosławnym chrześcijaninem. Tłumaczył jednak, że możliwa dziś jest twórczość de facto religijna, której autorami są zdeklarowani ateiści. Jego zdaniem sztuka ta ma swoje źródło w mistyce (czy to o teologicznym, czy ateologicznym podłożu). Jednak, co charakterystyczne, zwykle nie bardzo może się ona dziś zmieścić w ramach ograniczonych ortodoksjami konfesji.
Prawidłowość tego typu objawia się często w naszej epoce w sposób naprawdę przewrotny. Teologiczne przekonania o Bogu wszechmocnym i dobrym bez ogródek bywają wystawiane na próbę. Taki był przypadek Francisa Bacona. Oto co mówił o malarstwie Irlandczyka Jerzy Nowosielski Zbigniewowi Podgórcowi: "To jest absolutnie doskonałe unaocznienie zła. To niejako potwierdzenie w sztuce intuicji manichejskich. Zło, które w taki sposób manifestuje się za pośrednictwem formy artystycznej, zdaje się posiadać pozytywne substancjonalne, osobowe istnienie. Albowiem jedynie posiadając substancjonalny byt, zło zdolne jest nasycić formę artystyczną. Taka niepokojąca rzeczywistość artystyczna zaistniała dopiero w naszych czasach, sztuce dawnej obce były tego rodzaju doświadczenia"1.
1 Zbigniew Podgórzec, Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim, Białystok 1993, s. 11.
Czy unaocznienie zła w sztuce musi być powodem do zgorszenia? Dzieła ewokujące teologiczne prawdy niekoniecznie muszą być akceptowane przez ludzi wierzących. Wielu chrześcijan malarstwo Bacona odrzucało. To samo, choć w nieco innym kontekście, przydarzyło się Nowosielskiemu, któremu kilkakrotnie nie pozwolono w Polsce dokończyć malarskich dekoracji świątyń. Zgorszenie wierzących wynika pewnie z lęku przed utratą wizji Boga jako dobrego Stworzyciela i Zbawcy. Zło czynią i zła doświadczają w świecie bowiem wierzący na równi z niewierzącymi, ale w przypadku tych pierwszych postulowana wszechmoc Boga zdaje się gwarantem zbawczego sensu - mniej lub bardziej skutecznym antidotum na rozpacz.
Residua zła w świecie są od wieków w chrześcijaństwie jasno wskazywane. To m.in. erotyka z jej trudno poskramialną pożądliwością - uznaną przez św. Augustyna za medium grzechu pierworodnego. Tymczasem nie bez powodu i Bacon, i Nowosielski konsekwentnie łączyli seks z sacrum. Trzeba przy tym uczciwie zaznaczyć, że ich dzieła niewiele wspólnego mają ze współczesną tzw. sztuką krytyczną. To jednak inna klasa niż np. sławna w Polsce Pasja - fotografia męskich genitaliów przymocowana do krzyża - Doroty Nieznalskiej (z całym szacunkiem dla artystki, którą, jak wiadomo, spotkały z powodu tej instalacji liczne akty agresji). W sztuce krytycznej łączenie erotyki z religią zdaje się niepokojąco łatwe. Opiera się na zamierzeniu tyleż czytelnym, co banalnym: religia to źródło opresji. U Bacona i Nowosielskiego wygląda to inaczej. Jeśli już na ich obrazach pojawia się - czasem niepokojąco brutalna lub wyuzdana - erotyka, wewnętrznym celem tej twórczości zdaje się pragnienie odsłonięcia teologicznej prawdy (nawet gdy konkretne autorskie inspiracje odczytujemy jako ateistyczne albo akonfesyjne). Nowosielski próbował to wytłumaczyć następująco: "Taką sferą podstawową [dla przetwarzania zła w dobro] jest erotyka. To zło, które chce dalej istnieć jako zło, musi w jakiś sposób oszukiwać pewne elementarne cząstki swego bytu, aby miały one siłę odtwarzania życia. I stąd powstaje dobro w sferze fascynacji seksualnej. Z tego podstawowego dobra wyprowadzamy inne: dobro etyczne, dobro estetyczne itp. Wyprowadzamy również z niego dobro metafizyczne. I powtarzam: cała rzecz nie w pytaniach o to, w jaki sposób zło może istnieć w sztuce, etyce, teologii, lecz w pytaniach o to, w jaki sposób sztuka, etyka, teologia mogą istnieć w morzu zła"2.
Czy można się jednak dziwić, że odbiorcy współczesnej sztuki, którzy są jednocześnie osobami religijnymi, najczęściej nie bardzo mogą w to uwierzyć? Nie każdy obraz ludzką ręką uczyniony jest ikoną. Nie każda sztuka jest oknem do Boskiego świata. Trudno, by uznanie zła świata w konfrontacji z wizją wszechmocnego Boga, który z jakichś powodów owo zło dopuszcza, dawało nadzieję. Ateizm tym bardziej takiej nadziei nie daje, choć niektórzy bardzo chcieliby widzieć w nim pożądaną teologiczną drogę negatywną w każdym wartym tej nazwy doświadczeniu duchowym. Wolno podejrzewać, że "apofatyczność" ateizmu wierzący oraz zabiegający o pogłębienie własnej duchowości niewierzący próbują konstruować sobie na siłę. Bo przecież wydaje się, że w obu tych przypadkach - wiary i niewiary - nadzy, niczym prarodzice w Edenie, z lękiem chowamy się przed sacrum. Są sytuacje, że na taki lęk nie pomaga ani wiara religijna, ani ateizm, ani tym bardziej odnoszące się do wiary (a wśród religijnych apologetów - także do ateizmu) wątpienie.
Dlaczego zatem wątpienie o Bogu wielu skłonnych jest dziś uznać za - ex definitione - głębokie duchowo doświadczenie? Sądzę, że wątpliwość bywa dziś nader często niczym więcej jak mantrycznym zaprzeczaniem wierze we wszechmocnego Boga: postawą ludzi zamieszkujących - jak powtarzał za Williamem Blakiem Czesław Miłosz - krainę Ulro. Nużąca powtarzalność wątpienia o wszechmocnym Bogu (na równi z desperackim pobudzaniem do życia religijnych apologetyk czy ateistycznych manifestów w dawnym stylu) to być może przede wszystkim reakcja obronna na wciąż dostrzegane i autentycznie raniące zło świata oraz klęskę tradycyjnych teodycei. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przywoływany po wielekroć dylemat Iwana Karamazowa traci dziś już w końcu swoją wywrotową, ateologiczną moc. Najwyraźniej mało kto jest odważny na tyle, by pogrążyć się bez reszty w rozpaczy. Łatwiej pewnie skomleć coraz beznamiętniej na Wszechmocnego, który pozwala na cierpienie niewinnych, niż wątpliwość oddalić. Można z takiej mantry uczynić wcale skuteczny surogat głębokiej duchowości, ale trudno, by rodziły się z niego zbawczy sens i ufność.
Z pewnością wierzący powinien zawsze mieć w pamięci, że wątpić o Bogu wszechmocnym (czy także o dobrym?) należy, gdyż inaczej wierzylibyśmy tylko w idole skrojone na miarę naszych potrzeb, uczuć i poznania. Jednak z drugiej strony nie warto też zapominać, że wyzwalająca moc konsekwentnego ateizmu, jak zaświadczył Nowosielski, w duchowym doświadczeniu może mieć tylko ograniczoną skuteczność. Mimo wszystko bowiem pozbawieni wygodnych pojęciowych podpórek, pogrążeni w "morzu zła" tęsknimy za zbawczym sensem i ufnością. Ale ta nasza tęsknota od początku podszyta jest, jak już powiedziano, lękiem. Czym jest ten strach, który wiąże się dziś najistotniej z religijną wiarą i wątpliwościami do niej odnoszonymi? Boimy się najpewniej przyznać sami przed sobą, że w naszych duchowych zmaganiach ostatnim teologicznym odkryciem może nie być wcale potężny "Pan Zastępów, Kyrios Sabaoth", ale Bóg słaby, lecz współczujący naszemu losowi i dolom - taki choćby, jaki niepokojąco wyłania się z wierszy i poematów Leśmiana.
Słabość Boga miłosiernego to być może najważniejszy obecnie trop duchowy dla człowieka pragnącego uwierzyć, choć dla wspomnianych przez Miłosza zamkniętych w swych kościołach "posiadaczy prawdy" ów Bóg z pewnością jest większym jeszcze zgorszeniem niż wiązanie erotyki z sacrum. Posiadanie prawdy to nie zawsze to samo, co wiara będąca synonimem autentycznego duchowego doświadczenia. Coraz powszechniejsze staje się przeczucie, że ci, co mienią się "posiadaczami prawdy" (szczególnie "całej prawdy"), często przeciw prawdziwej wierze występują. Mnie samemu ich pretensje i refreny zdają się całkiem podobne do bezustannego kwestionowania "możliwości wiary dzisiaj". Bezduszna apologetyka tak samo bywa lustrzanym odbiciem wojującego ateizmu, jak i znużonego wątpienia.
Czy jednak naprawdę nie lepiej zaufać Bogu niewszechmocnemu, choćby był On skandalem dla naszych wyobrażeń o świecie i o nas samych, niż mnożyć katarynkowe wątpliwości na temat Wszechmocnego? Czy jest obecnie jakakolwiek inna poważniejsza droga dla sztuki i teologii? Mantra "przesilonej wątpliwości" obok takich pytań konsekwentnie przechodzi obok. Poddający się jej łatwo i pospiesznie żywią się swoimi aksjomatami: "ten świat to piekło", "Bóg to niemoralny potwór, a zatem go nie ma", "dobro nigdy ze złem ostatecznie nie zwycięża (choć może lepiej dla własnego i cudzego miłego samopoczucia jest je czynić oraz wspierać?"). I wciąż odsłania się podstawowy lęk - w końcu widać, że to właściwie strach przed przyjęciem łaski, darmowego miłosierdzia. Nowosielski podejrzewał, że rzeczywistość eschatologiczna (o której chrześcijaństwo naucza, iż będzie przepełniona chwałą) może okazać się dużo gorsza od naszego doczesnego świata.
Czy warto zatem silić się na skok ku takiej transcendencji? Ku Bogu słabemu? Jeśli odpowiedź będzie negatywna, trzeba tym bardziej podkreślać wątpliwość na temat niewystarczająco dla nas łaskawej Bożej wszechmocy. I na wszelki wypadek zapomnieć o słowach Apostoła: "To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi" (1 Kor 1,25).
Tej "przesilonej wątpliwości" wraz z towarzyszącą jej bezsiłą niejednokrotnie doświadczyłem w spotkaniach z dziełami twórców, którym nieobca jest (jakkolwiek nie zawsze wyrażana wprost) podszyta lękiem, z własnej woli wiecznie niespełniona tęsknota za zbawczym sensem i ufnością. Świadectwem kilku takich spotkań są pomieszczone w tej książce eseje. Mam przy tym przykrą świadomość, że sam do końca nie uwolniłem się od choroby, którą starałem się rozpoznać. Jasne jest jednak dla mnie, że nie bardzo powinienem poczytywać sobie to za zasługę.