- 3 -
Kilka dni po rozmowie z Bartkiem Konrad wyjechał z Warszawy bladym świtem, i pruł Alejami Jerozolimskimi w stronę autostrady A2. Miał przed sobą około pięciu godzin za kółkiem, ale to go nie martwiło. Uwielbiał jeździć samochodem. Nie denerwowały go korki ani piesi na pasach. Czas spędzony w aucie był tylko jego. Słuchał audiobooków, śpiewał z wykonawcami ich popularne piosenki, pił kawę za kawą z sieciowych żarłodajni. Najzwyczajniej cieszył się tymi prostymi czynnościami. Natomiast całą zabawę psuł mu jakikolwiek pasażer, toteż robił wszystko, żeby zawsze jeździć samemu. Jedna z jego byłych partnerek śmiertelnie się na niego obraziła, kiedy wsadził ją w pociąg na dworcu centralnym w Warszawie i odebrał dopiero w Zakopanem. Sam pojechał, oczywiście, samochodem i bawił się po drodze wyśmienicie. Na dziewczynie i tak mu nie zależało, wiedział, że romans nie przetrwa nawet dwa dni dłużej niż wczasy, więc nieszczególnie przejął się jej fochem.
Jeśli chodzi o sam samochód, to też był dla niektórych niezłym dziwakiem, ponieważ jeździł dziesięcioletnim volvo w najbardziej podstawowej wersji, jaką tylko dał radę kupić. Był typem kierowcy, który kochał samochody, ale nienawidził, kiedy jego pojazd myślał za niego. Według Konrada to kierowca miał być bogiem w aucie, to on miał decydować, kiedy zmienić bieg, załączyć wycieraczki albo przyhamować, a nie komputer. Dlatego najnowsze zabawki motoryzacji obchodził szerokim łukiem.
Będąc już na nitce autostrady A2, załączył audiobooka nowej powieści swojego ulubionego pisarza kryminałów i zaczął słuchać. Ale po kilkunastu minutach zrezygnował i jednak puścił radio. Nie mógł wyłączyć myślenia o informacjach, które po telefonie od Bartka wygrzebał na temat Strugi. Po głowie wciąż tłukła mu się historia o piątce dzieciaków, które kilkadziesiąt lat temu spaliły się w jakimś drewnianym domu w tej właśnie wsi. Jeżeli się okaże, że dom stał na ich działce, a ziemia jest jakoś naznaczona tym nieszczęściem, to może to uderzyć w popularność ośrodka. Jego szefowie, gdy kupowali działki pod kolejne obiekty, oceniali jedynie wizualną atrakcyjność miejsca i nie zagłębiali się w historię, co, jego zdaniem, było sporym błędem. Kwiatki w postaci dawnych nieszczęść, naznaczenie ziemi tragedią, nieukaraną zbrodnią w przypadku tego projektu mogą zadziałać na niekorzyść. Gdyby zapadła decyzja o postawieniu tam standardowego hotelu, nawet by się nie przejął zbiorowym mordem niewiniątek, ale ośrodek wypoczynkowy skierowany do dobrze sytuowanych emerytów może mieć z tego typu historiami problem.
Pierwotnie miał jechać do Strugi i Szczawna-Zdroju tylko na dwa dni, żeby zorganizować noclegi i wyżywienie dla ekip budowlanych oraz domknąć kilka urzędowych spraw. Po namyśle doszedł do wniosku, że zostanie trochę dłużej i może wynajmie kogoś z georadarem, żeby sprawdził teren budowy. Stwierdził, że najpierw pojedzie zobaczyć tę dziwną działkę, a później odwiedzi właścicielkę pensjonatu, w której miał zakwaterować pracowników firmy budowlanej.
W odtwarzacz CD wsunął płytę Nirvany i śpiewając z Kurtem Cobainem jeden z największych przebojów grupy, pomknął dalej w stronę województwa dolnośląskiego.
Z reguły każdy człowiek ma jakiegoś tam pecha, który od czasu do czasu daje o sobie znać, wywołując większą lub mniejszą katastrofę w życiu właściciela. Maryśka była jednak właścicielką pecha wyjątkowego, można nawet odważnie rzec, że jedynego w swoim rodzaju. Zaczęło się w pierwszej klasie podstawówki od nauczycielki, która pomagając Marysi przy zejściu ze śliskich schodów zwiedzanego zamku Książ, potknęła się i wyrżnęła tyłem głowy o kamienny stopień tak niefortunnie, że od razu straciła życie. Każdy kot Maryśki kończył w paszczy wiejskiego psa, a każdy pies - pod kołami samochodu. Maryśki nie trzymały się chomiki i kanarki. Na jej oczach najlepsza przyjaciółka utopiła się w płynącej przed domem rzece, a brat wpadł do studni na podwórku ich dalszych sąsiadów. Jak inne dzieci znajdowały w lesie grzyby i jagody, Marysi trafiały się truchła zagryzionych zwierząt w fazie mocno posuniętego rozkładu. Czasem jakiś wisielec lub ludzkie zwłoki z raną ciętą bądź kłutą. Rodziców straciła w wypadku samochodowym, w którym, oczywiście, też uczestniczyła. W ciągu pięciu lat została dwukrotnie wdową, więc kolejne małżeństwa sobie darowała. Tak jak i przyjaciółki, bo kolejna, którą miała, śmiertelnie zakrztusiła się gruszką w Marysinym ogrodzie. To, że Marysia, mimo wyjątkowego w swej oryginalności pecha, pozostawała zdrową na umyśle istotą, dziwiło wszystkich mieszkańców Strugi. Dziewczyna zawsze była uśmiechnięta, serdeczna i pozytywnie nastawiona do świata. Jedynymi stworzeniami, które mogły czuć się przy niej bezpiecznie, były kury, toteż miała ich prawie setkę i handlowała jajkami oraz własnoręcznie robionym makaronem. Sporo z jej produkcji lądowało w restauracji Heleny, która dziewczynę bardzo lubiła i nawet zatrudniła do sprzątania w pensjonacie i w domu, mimo ostrzeżeń miejscowej tkanki społecznej, że bliższe kontakty z dziewuchą mogą się dla niej źle skończyć. Jak na razie wszyscy w jej i Marysi otoczeniu byli żywi i nie zapowiadało się, żeby ten stan rzeczy uległ zmianie. We wsi ludzie nawet zaczęli szeptać coś o tym, że może Helena ma zdolności zdejmowania uroków i pomogła Maryśce odgonić pecha. Kaweczyńska miała niezły ubaw z tych plot, ale ich nie prostowała. Nawet jej odpowiadała łatka wioskowej wiedźmy.
Maryśka mieszkała niedaleko Heleny, zaraz za rzeczką. Jej gospodarstwo graniczyło z Michalikowym polem, na które z ochotą zapuszczały się jej kury. A że pole od końca drugiej wojny światowej leżało odłogiem, nikt ani do kur, ani do ich właścicielki pretensji nie miał.
I właśnie na Maryśkę trafił Konrad, kiedy zatrzymał volvo przy płocie jej gospodarstwa. Kobieta zaganiała spore stadko ptactwa na podwórko, kiedy Brohow wyszedł z auta.
- Dzień dobry! - krzyknął na powitanie.
- A dobry, jak najbardziej dobry! - odkrzyknęła Maryśka i zamknęła oburzone takim ograniczeniem wolności pierzaste stadko za bramą. - Co szanownego pana sprowadza?
Konrad obrzucił szybkim spojrzeniem kobietę ubraną w czarne leginsy i kilka rozmiarów za dużą bluzę z polaru, którego barwa kojarzyła się jednoznacznie z dawno zdechłym kanarkiem. Jego uwagę przyciągnął jednak leżący na prawym ramieniu dziewczyny gruby warkocz w kolorze letniego słońca. A kiedy podeszła bliżej, zobaczył okolone ciemnymi rzęsami błękitne oczy, smukłą szyję i ładne usta. Dziewczyna nie była porażającą pięknością, ale dysponowała niepodrabianą, naturalną urodą. Od razu wyciągnął do niej rękę.
- Konrad Brohow, pracuję dla firmy, która kupiła to pole. - Wskazał na michalikowy grunt.
- Marysia Grzelak. - Uścisnęła mu dłoń. - To pan pewnie w sprawie moich kur?
Konrada na moment przymurowało, ale zaraz się opanował.
- Nie w sprawie kur. Kury nie są mi do niczego potrzebne. Chciałbym porozmawiać o tym polu. Konkretnie, to o jego historii.
- Historii? - zdziwiła się dziewczyna. - Przecież to od wojny leży odłogiem, a wcześniej zboże tu rosło. Ale ja już tego nie pamiętam, bo mnie jeszcze na świecie wtedy nie było.
- Nie znajdował się na tym polu cmentarz? A może chodzą jakieś legendy o zakopanych zwłokach?
Maryśka zmrużyła oczy i dokładniej przyjrzała się rozmówcy. Później zerknęła na tablicę rejestracyjną samochodu, ściągnęła usta w ciup i pokiwała głową.
- Wie pan, o cmentarzu na tym polu nikt nigdy nie wspominał. Ale gdyby tam były zakopane jakieś trupy, to ja bym je na bank znalazła.
Odpowiedź dziewczyny trochę go zaskoczyła, co chyba miał wypisane dużymi literami na twarzy, ponieważ dosyć nieudolnie powstrzymała parsknięcie śmiechu.
- Wybaczy mi pan - odezwała się. - To nie tak, że szukam trupów po polach. One mnie same znajdują. Jak coś zdechnie albo ktoś sam sobie życie odbierze, od razu ciągnie mnie w to miejsce, żebym delikwenta znalazła. Od dziecka już tak mam. A na to pole nigdy mnie nie ciągnęło, więc może być pan pewien, że żadnego umarlaka tam nie ma. Pan z Warszawy - wskazała palcem tablicę rejestracyjną - więc może w takie cuda nie wierzyć, ale mówię prawdę.
- No cóż, pani Mario - zaczął niepewnym głosem. - Nie mam zamiaru posądzać pani o kłamstwo i bardzo dziękuję za pomoc. Ma tutaj powstać ekologiczny ośrodek wypoczynkowy, dlatego jest dla mnie ważne, żeby zbadać przeszłość tego miejsca.
- To trochę dziwne, że najpierw kupiliście grunt, a dopiero potem go sprawdzacie.
- Wie pani, korporacje działają trochę inaczej. Jakby to pani najprościej...
- Najpierw robią, potem myślą - zaproponowała.
- Można do tego podejść i tak. - Uśmiechnął się ciut niepewnie. Ale zdał sobie sprawę, że w tym akurat wypadku młoda kobieta ma całkowitą rację.
- Powie mi pan, kiedy zaczniecie budować?
- Prace ruszą najdalej za miesiąc, a dlaczego pani pyta?
- A bo chcę wiedzieć, do kiedy mogę tutaj kury bezpiecznie puszczać.
- Uprzedzę panią o dokładnej dacie rozpoczęcia budowy, żeby pani kurom nic się nie stało.
- Dziękuję. Jakby chciał pan więcej się dowiedzieć o tej okolicy, proponuję się przejść do proboszcza. On powinien znać jakieś ploty na temat tego pola.
- Tak zrobię - zapewnił i zmarszczył brwi, jakby się zastanawiał, czy zadać kolejne pytanie. - Może uzna mnie pani za wścibskiego, ale czy jest pani zamężna?
- Pochowałam dwóch mężów - odpowiedziała z absolutną szczerością. - Jest pan chętny do zajęcia parceli obok moich ślubnych u nas na cmentarzu, to zapraszam na jajecznicę z chlebem i herbatą.
Brohowa najpierw zatkało, ale zaraz później się uśmiechnął i pokręcił głową.
- Proszę mi wybaczyć wścibstwo i przyjąć wyrazy współczucia. Co prawda na cmentarz mi się nie spieszy, ale jajecznicę ze swojskich jajek bardzo chętnie bym zjadł.
Maryśka roześmiała się i zaprosiła Konrada na posiłek. A że dziewczyna niezmiernie rzadko miewała gości, z tym większym entuzjazmem zabrała się za przygotowanie całej patelni jajecznicy na boczku.
Rozmawiali głównie o mieszkańcach wsi, o ich zapatrywaniu się na inwestycję jego firmy. Dziewczyna uspokoiła go, że tutejsza ludność liczy na nowe miejsca pracy. No i zbyt produktów rolnych. Brohow się dowiedział, iż kawałek dalej przy tej ulicy jest serowarnia, a przy pałacu jeden z rolników ze swoim bratem, zawodowym masarzem, robią najlepsze wyroby wędliniarskie na tym terenie. Uświadomiła mu przy okazji, że boczek w jajecznicy również był od nich. Trochę się martwiła, że jej kury i ich mało przyjemny zapach odstraszą im gości ośrodka, ale Konrad od razu jej wytłumaczył, że główne budynki ośrodka zostaną usytuowane z drugiej strony pola, bardziej przy lesie i stawie. Część przylegającą do jej gospodarstwa przeznaczono w projekcie na parking i budynki pomocnicze, więc nie będzie żadnego problemu.
Najedzony i zadowolony, z numerem telefonu Marysi zapisanym w komórce, ruszył do Szczawna-Zdroju. Ustawił nawigację na odpowiedni numer domu przy ulicy Nizinnej, po czym wyjechał ze wsi, mijając stary, zniszczony latami pegeerowskich działań pałac. Widok smutnego, odartego z pierwotnego piękna budynku ścisnął mu serce. Zanim tutaj przyjechał, trochę poczytał o tej miejscowości, której początki sięgały końca jedenastego wieku. Działo się w niej niewiele: jak mieścinka swą karierę zaczęła jako wieś, tak jej status nie zmienił się do dzisiaj. Od końca drugiej wojny światowej przybyło trochę nowych domów, które pojawiały się pomiędzy opuszczonymi ruinami starych gospodarstw i grobów na cmentarzu. Może też i jeździło więcej samochodów. To jednak nie zmieniało klimatu zapuszczonej i zniszczonej przez lata bezpańskich rządów komuny wsi, o którą nadal nikt szczególnie nie dbał.
Wyraźnym kontrastem było położone kilkanaście kilometrów dalej Szczawno-Zdrój. Miasteczko o zniewalającej przedwojennej architekturze, z pięknymi parkami zdrojowymi, uroczymi pensjonacikami i czystymi, zadbanymi ulicami.
Zatrzymał się na parkingu niewielkiej restauracji, której na wskroś nowoczesna bryła budynku trochę odstawała od przedwojennego klimatu reszty zabudowy ulicy. Za parterową restauracją z dwoma wejściami zobaczył niezbyt okazały, ale już piętrowy budynek pensjonatu. Wyłączył silnik, zabrał torbę z dokumentami i laptopem, po czym skierował się do drzwi z napisem "Recepcja". Wnętrze urządzono również nowocześnie, z modnym skandynawskim sznytem. Za kontuarem zobaczył sympatycznie wyglądającą starszą kobietę.
- Witamy w pensjonacie Lena. Miał pan rezerwację? - odezwała się profesjonalnym tonem, którym operują wszystkie recepcjonistki świata.
- Dzień dobry, jestem umówiony z właścicielką, panią Heleną Kaweczyńską.
Kobieta zerknęła w komputer, coś w nim poklikała i spojrzała na mężczyznę z jeszcze bardziej uprzejmą miną, co Konradowi wydawało się już niemożliwym do zrobienia.
- Pan Brohow - stwierdziła. - Nie był pan z szefową umówiony na konkretną godzinę, prawda?
- Nie.
- W takim razie zapraszam do restauracji na kawę. Pani Helena powinna być osiągalna do dziesięciu, piętnastu minut. - Wskazała mu przeszklone drzwi prowadzące na salę jadalną.
Podziękował i zrobił, jak kazała. W restauracji panował ruch typowy dla pory obiadowej, więc Konrad zajął wolny stolik przy oknie i przyjrzał się profesjonalnym okiem organizacji pracy tego miejsca. Tę czynność szybko przerwała mu kelnerka, która zapytała, co podać, poprosił zatem o kawę. Restauracja miała z piętnaście stolików, estetyczny bar, przy którym można było wypić drinka, ladę chłodniczą z całą gamą ciast i deserów oraz nienachalny wystrój. Podobało mu się to miejsce. Personel również pracował bez zarzutu, nikt nikomu nie wchodził pod nogi, każda osoba doskonale wiedziała, co do niej należy. Kawa wylądowała na jego stoliku, jak i duży kawałek ciepłej szarlotki z kulką lodów.
- Nie zamawiałem ciasta - zaoponował od razu i spojrzał na sympatycznie uśmiechniętą kelnerkę.
- Wiem, to prezent od firmy - odparła. - Proponuję spróbować, ponieważ zarówno ciasto, jak i lody są naszej produkcji.
Podziękował i dziewczyna odeszła. Zamieszał kawę i spróbował. Już po zapachu podejrzewał, że są to naprawdę dobrej klasy ziarna, ale teraz nabrał pewności. Ekspres też musiał należeć raczej do tych z górnej półki, bo zaparzona była rewelacyjnie. Ciastu również się nie oparł i nawet nie zauważył, kiedy opróżnił talerzyk. Dawno już nie jadł takich pyszności z idealnie zachowanym balansem słodyczy i kwaskowatości.
- Bardzo lubię patrzeć na puste talerze gości mojej restauracji.
Słowa rozległy się nad głową Konrada, więc od razu ją uniósł i spojrzał w ładne brązowe oczy, okolone dyskretnie wytuszowanymi rzęsami. Natychmiast wstał i podał kobiecie rękę.
- Dzień dobry, Konrad Brohow. Tak genialnej szarlotki mógłbym zjeść całą blachę. Nie wiem, jakiego czarodzieja ma pani w kuchni, ale proszę go trzymać i nie wypuszczać.
- Helena Kaweczyńska - odezwała się z uśmiechem, ściskając delikatnie jego dłoń. - Wie pan, wierzę w siłę doświadczenia i tradycji, dlatego w mojej kuchni rządzą dwie już emerytowane kucharki, które karmiły w szkołach i na weselach. Kuchnię mamy mocno tradycyjną, polską, z wysokiej jakości lokalnymi produktami. Jabłka w szarlotce i mleko w lodach są od moich sąsiadów z wioski, tak jak i jajka w cieście. Proszę mi powiedzieć, zostajemy tutaj, czy woli pan przejść do biura?
- Do robienia interesów wolę biuro, ale na obiad zdecydowanie wrócę w to miejsce.
Skinęła głową, po czym wskazała szklane drzwi prowadzące na recepcję. Konrad zabrał swoje rzeczy i ruszył za kobietą.
Helena, przechodząc przez recepcję, pomyślała, że dawno nie miała okazji rozmawiać z tak atrakcyjnym mężczyzną. Co prawda gustowała raczej w brunetach, ale ten zadbany, wysoki blondyn, jak najbardziej zasługiwał na jej atencję. Weszli do biura, które, jak i cały obiekt, utrzymane było w surowym skandynawskim klimacie. Usiadła przy biurku, a jej gość zajął miejsce przed nią.
- Z nadesłanych dokumentów wynika, że potrzebuje pan noclegów dla dziesięciu osób na okres trzech miesięcy.
- Mniej więcej. Ten okres może być ruchomy. Jak i liczba miejsc.
- Mam do dyspozycji dwa apartamenty z kuchniami i łazienkami. Każdy ma pięć łóżek, co rozwiązuje problem. Mogę je panu wynająć na wymagany czas. A ile osób będzie tam mieszkało, już jest mniej istotnym aspektem wynajmu.
- To świetnie. Ale chciałbym jeszcze osobne lokum dla mojego szefa projektu. Wie pani, kierownicy budów raczej nie są kwaterowani z pracownikami.
- No tak - na jej ustach pokazał się uśmiech zrozumienia - wyższa kadra techniczna nie brata się z plebsem.
- Od tego jest wyższą kadrą techniczną, żeby tego nie robić - odezwał się oschle, odpowiadając na sarkazm w jej głosie. - Ale może proszę tego nie mówić przy naszym kierowniku. Nie jest typem wywyższającego się faceta i gdybym mu nie rezerwował osobnego lokum, bez problemu spałby ze swoimi ludźmi.
- Przepraszam, nie powinnam...
- Nic się nie stało - wszedł jej w słowo. - Może jednak wróćmy do meritum.
- Tak - zgodziła się od razu, ale Konrad nie zauważył, by zrobiło się jej przykro lub choć trochę głupio. - Co z wyżywieniem? Interesuje pana ten temat?
- No cóż, na pewno śniadania i kolacje wchodzą w grę. Natomiast obiad wolałbym dostarczyć na budowę, więc...
- Żaden problem. - Tym razem ona mu przerwała. - Dowieziemy posiłki. Rozumiem, że budowa jest gdzieś blisko?
- We wsi Struga. Wie pani, gdzie to jest?
- Na Górnej czy Dolnej Strudze?
Pytanie kobiety mocno go zaskoczyło, co miał pewnie wypisane na twarzy, ponieważ Helena uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- Skręcał pan przy pałacu w prawo?
- Tak, i jechałem ulicą Główną do samego jej końca.
- Na tę część wsi mówi się Dolna Struga - wyjaśniła tonem przedszkolanki tłumaczącej trzylatkowi, że jemy widelcem, a nie paluszkami. - Tak się składa, że dobrze znam tamte tereny. A obiady dowieziemy bez problemu. I mogę panu zaręczyć, że pracownicy nie będą chodzili głodni.
- Jestem wdzięczny. Odpadnie mi szukanie firmy cateringowej. - Zmarszczył brwi i popatrzył na swoją rozmówczynię uważniej. - Skoro zna pani Strugę, może powie mi pani coś więcej o tej historii ze spalonymi dziećmi.
- Po co panu wiedza o tragedii sprzed kilkudziesięciu lat? - zapytała ciut podejrzliwie.
- A bo jakaś głupia baba z tej wsi nagadała mojemu kierownikowi robót, że na ziemi, którą kupiła nasza korporacja, może być coś, co zablokuje nam budowę. Trochę się boję, żeby te sprawy nie miały ze sobą czegoś wspólnego. Wie pani, taka historia może nam odstraszyć potencjalnych gości w ośrodku. A to ogromna inwestycja i wolałbym nie wdepnąć w gówno.
Helena musiała mocno przygryźć wargi, żeby nie parsknąć śmiechem w momencie, w którym się dowiedziała, że jest głupią babą ze wsi, ale się opanowała. Wzięła do ręki długopis i patrząc na blat biurka, zaczęła bawić się przedmiotem.
- Na temat tej tragedii niewiele wiadomo - zaczęła. - Co wcale mnie nie dziwi, bo minęło już siedemdziesiąt lat. Każdy we wsi wie, że coś takiego się stało, nawet nagrobek tych dzieciaków został na cmentarzu i czasem ktoś tam znicz zapali, ale szczegółów raczej nikt nie zna. Pożar miał miejsce jakieś dziesięć lat po wojnie, a ludzie nie takie rzeczy pamiętali z czasów niemieckiej okupacji i późniejszego "wyzwolenia" przez ruską swołocz. Wie pan, te tereny są mocno poznaczone wojennymi bliznami. Dla ówczesnych mieszkańców Strugi to była jedna z wielu tragedii i tyle. Na pana miejscu raczej bym się tym zdarzeniem nie przejmowała. - Kiedy zobaczyła, że mężczyzna wyraźnie odetchnął, dodała: - Ale może poszukałabym innej przyczyny ostrożności baby ze wsi.
W tym momencie Konrad miał ochotę skoczyć do gardła tej atrakcyjnej kobiecie. Spojrzał na nią spod byka.
- Ostatnie zdanie mogła sobie pani darować - powiedział z wyrzutem, na co Helena uniosła dłonie.
- Chciałam tylko być pomocna. Zmieniając temat: wraca pan dziś do Warszawy?
- Nie, mam zamiar zostać w Strudze przez kilka dni. Jest tam jakiś hotel przy pałacu, gdzie zatrzymał się nasz szef projektu. Nie za bardzo jest coś zadowolony, ale...
- Proponowałabym jednak zostać u mnie - weszła mu gładko w słowo. - Z tamtego hotelu jest może i bliżej do terenu budowy, ale ja mam zdecydowanie lepsze śniadania.
- Mocny argument. - Pokiwał głową. - W takim razie proszę też od razu przygotować pokój dla Bartka, znaczy, dla kierownika robót. Zadzwonię do niego i każę mu się od razu przenieść.
Porozmawiali jeszcze o finansach i terminach, a następnie się pożegnali i Konrad wrócił na salę restauracyjną, gdzie ruch absolutnie nie zmalał. Z ledwością znalazł wolny stolik i zamówił klasycznego schabowego z ziemniakami i kapustą. Podczas gdy czekał na danie, zadzwonił do Bartka i poprosił, żeby tutaj przyjechał, a potem zaczął się zastanawiać się nad właścicielką pensjonatu. Ładne oczy, regularne rysy twarzy, pełne usta i lekko falowane, błyszczące kasztanowym ciepłem włosy tworzyły z niej naprawdę atrakcyjną kobietę. I może nawet dorwałby się do niej z impetem, ale coś w jej zachowaniu skutecznie go przed tym hamowało. Nie miał zarzutów do jej profesjonalizmu, na tym polu wszystko grało jak w idealnie zgranej orkiestrze. Ale w tej kobiecie siedziało coś, co budziło w Konradzie dystans. Jakby była z jakiegoś powodu niebezpieczna. Zagrała w nim ambicja, dlatego też postanowił się tego dowiedzieć. Ciekawiło go, czy ma męża, partnera, może jakieś dzieci? Kelnerka przyniosła jego zamówienie. Zapach jedzenia na moment zmącił myśli mężczyzny, a pierwszy kęs naprawdę sporego schabowego uniósł go między chmury. Tak dobrze przyprawionego mięsa nie jadł już wieki, więc rzucił się na posiłek jak wygłodzony psiak na plaster szynki.
Helena została w biurze i po wprowadzeniu rezerwacji do komputera wsparła plecy w oparcie fotela, i spojrzała na widoczne za oknem dwa stare dęby. Zgodziła się na budowę domu na Dolnej Strudze z prostej, wręcz prozaicznej przyczyny. Nie przypuszczała, żeby w tak zapuszczonym miejscu, gdzie co drugi dom był zwyczajną ruiną, ktokolwiek chciał w coś inwestować. Koniec wsi, gdzie mieszkała, nie zachęcał nawet do letnich spacerów, bo kto normalny spacerowałby pomiędzy zawalonymi budynkami starej pieczarkarni i pokomunistycznego kółka rolniczego z całym bogactwem leżących tam śmieci? Nowe domy w liczbie hurtowej budowały się na Górnej Strudze, ale końcówka ulicy Głównej wyglądała jak zapomniany przez Boga i ludzi koniec cywilizacji. Faktem było, że od ośrodka będzie ją oddzielało wzgórze, rzeka Czyżynka, droga i jeszcze spore pole, przypuszczała jednak, że zacznie ją drażnić wzmożony ruch na drodze. Zmrużyła oczy i zastanowiła się, czy reszcie też nie przypasują zmiany.