Przesilenie - Izabela Grabda

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- 1 -

Kon­rad chciał się oże­nić. Nie było w tym stwier­dze­niu ni­czego wznio­słego ani nad wy­raz ro­man­tycz­nego. Zwy­czaj­nie chciał spo­tkać piękną, nie­ko­niecz­nie ja­koś spe­cjal­nie in­te­li­gentną ko­bietę. In­te­li­gent­nych miał po ko­kardkę w swoim śro­do­wi­sku. Pro­fe­sorki, biz­nes­menki, dy­rek­torki, dok­to­rantki, dzien­ni­karki z am­bi­cjami, mą­drale zna­jące się na wszyst­kim i za­wsze wo­ju­jące fe­mi­nistki, rzu­ca­jące po­zwem o mo­le­sto­wa­nie za nie­ostrożne zer­k­nię­cie w de­kolt. Byłby kłamcą, gdyby po­wie­dział, że wśród tych ko­biet nie tra­fił na taką, która dys­po­no­wała od­po­wia­da­jącą mu urodą. Byłby jesz­cze więk­szym kłamcą, gdyby stwier­dził, że żadna z nich nie chciała jego. Ależ chciały, aż za bar­dzo chciały! Pro­blem po­le­gał na tym, że chciały na krótko i w kon­kret­nym celu.

A on pra­gnął jed­nej na zde­cy­do­wa­nie dłu­żej niż nu­me­rek w biu­rze czy noc po ko­la­cji w dro­giej knaj­pie.

Ow­szem, stu­dentki, kel­nerki i na­wet sprzą­taczki też wy­pró­bo­wał, ale te znów były ko­lejno: za głu­pie, za na­iwne, za płyt­kie. Jakby urodą ma­sko­wały miał­kość pro­stac­kiej oso­bo­wo­ści.

Jak za­tem miał wy­li­czyć śred­nią po­mię­dzy za­chwy­ca­jącą urodą, a za­do­wa­la­jącą, lecz nie przy­tła­cza­jącą in­te­li­gen­cją?

- Pa­nie Bro­how, kan­dy­datka na pana za­stęp­czy­nię.

Ode­rwał wzrok od pa­no­ramy mia­sta i spoj­rzał na asy­stentkę, któ­rej głowa tkwiła po­mię­dzy drzwiami a fra­mugą.

- Niech wej­dzie - za­rzą­dził, po czym od­wró­cił się z fo­te­lem do biurka i wy­pro­sto­wał.

Po chwili do ga­bi­netu we­szła nie­wy­soka i, jak na jego stan­dardy, tro­chę za chuda, ale bar­dzo uro­dziwa ko­bieta w kor­po­ra­cyj­nej gar­sonce i z wło­sami spię­tymi na karku w prze­pi­sowy kok. W dłoni trzy­mała teczkę, a z ra­mie­nia zwi­sała jej mar­kowa to­rebka.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się i bez za­pro­sze­nia usia­dła przed biur­kiem. - Na­zy­wam się...

- Znam pani per­so­na­lia i osią­gnię­cia - prze­rwał jej znie­chę­co­nym to­nem. - Do rze­czy, dla­czego chce pani kop­nąć w dupę po­przed­niego pra­co­dawcę? Nie pro­po­nu­jemy ani wyż­szych za­rob­ków, ani lep­szego sa­mo­chodu służ­bo­wego. Więc co?

Nie wy­glą­dała na za­sko­czoną, co już mu się spodo­bało. Na­wet uśmiech­nęła się le­ciutko sa­mymi ką­ci­kami ust.

- Strze­li­łam so­bie ro­mans z sze­fem. Po ja­kimś cza­sie mi się znu­dziło, jemu nie. I dla­tego chcę zmie­nić nie tylko firmę, ale i mia­sto.

Ob­rzu­cił ją tak­su­ją­cym spoj­rze­niem i po­ki­wał głową.

- Do­ce­niam szcze­rość. Kiedy może pani za­cząć?

- Jak tylko znajdę miesz­ka­nie i prze­wiozę rze­czy. Kwe­stia mak­sy­mal­nie dwóch ty­go­dni.

- Mu­simy się w mię­dzy­cza­sie kilka razy zo­ba­czyć. Wy­jeż­dżam na dłu­żej i chciał­bym sce­do­wać na pa­nią parę spraw.

- Urlop?

- Tak, ale naj­pierw krót­kie ro­ze­zna­nie na no­wych te­re­nach.

- Co jest w pla­nach bu­dow­la­nych? Ho­tel czy...

- Luk­su­sowy kom­pleks drew­nia­nych, w pełni eko­lo­gicz­nych dom­ków wy­po­czyn­ko­wych, prze­zna­czony przede wszyst­kim dla eme­ry­tów i lu­dzi szu­ka­ją­cych spo­koju - wy­ja­śnił. - Mamy tam staw, więc chcemy zro­bić ośro­dek węd­kar­ski nie­na­ru­sza­jący eko­sys­temu.

- Je­stem po­zy­tyw­nie za­sko­czona taką in­we­sty­cją. Mój po­przedni szef miał eko­lo­gię w głę­bo­kim po­wa­ża­niu, co też mocno przy­czy­niło się do mo­jej de­cy­zji o zmia­nie firmy.

- No cóż, nasi pre­zesi do­szli do wnio­sku, że ho­te­lo­wych mo­lo­chów mamy pod do­stat­kiem, więc czas zro­bić krok na­przód. Dla­tego kon­kret­nie ude­rzamy w eko­od­po­czy­nek. Ru­szamy z ta­kimi ośrod­kami w kil­ku­na­stu lo­ka­li­za­cjach w Pol­sce. Biorę na sie­bie dol­no­ślą­skie, a pani za­bie­rze się za Biesz­czady. Ku­pi­li­śmy tam kilka mniej­szych dzia­łek niż ta, którą ja się zajmę pod po­dobne in­we­sty­cje. Przy­go­tuje pani do­ku­men­ta­cję bu­dow­laną tych miejsc.

- Bar­dzo chęt­nie. Po­sta­ram się po­ka­zać za dwa, trzy dni. Wtedy do­kład­niej za­zna­jo­mię się z te­ma­tem.

Bro­how po­że­gnał ko­bietę i znów od­wró­cił się w stronę okna. Pa­trzył na smutne da­chy do­mów, na dy­miące gdzie­nie­gdzie ko­miny. Na drzewa, które po­woli okry­wały się wcze­sno­wio­senną zie­le­nią. Ta pora roku za­wsze go przy­tła­czała. Wy­wle­kała na świat de­mona, któ­rego Kon­rad nie po­tra­fił sku­tecz­nie wy­pę­dzić z głowy. Za­mknął oczy i za­ci­snął palce na po­rę­czach fo­tela. Mu­siał opa­no­wać chęci, które go prze­ra­żały, które od wielu lat za­tru­wały mu ży­cie. Gdyby zna­lazł od­po­wied­nią kan­dy­datkę na żonę, po­sta­rał się o dzieci, gdyby miał co­kol­wiek wię­cej niż praca, może z cza­sem dałby radę za­po­mnieć o swoim de­mo­nie. Po­krę­cił głową i na­ka­zał so­bie dys­cy­plinę. Od­wró­cił fo­tel, na­brał po­wie­trza i otwo­rzył lap­top. Na ra­zie praca mu­siała mu wy­star­czyć.

- 2 -

Ostatni gość opu­ścił re­stau­ra­cję przed dwu­dzie­stą drugą. He­lena Ka­we­czyń­ska nie mu­siała tu­taj sie­dzieć tak długo, w końcu miała od tego od­po­wied­nich lu­dzi, ale lu­biła jako ostat­nia ga­sić świa­tło i prze­krę­cać klucz w zamku. Wio­senne noce po­tra­fiły jesz­cze po­szczy­pać przy­mroz­kiem, więc za­rzu­ciła na ra­miona gruby, weł­niany szal i ru­szyła do za­par­ko­wa­nego na lo­ka­lo­wym par­kingu sa­mo­chodu. Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej za­trzy­mała się na pod­jeź­dzie swo­jego domu, który ja­kiś czas temu wy­bu­do­wała na obrze­żach wsi o wdzięcz­nej na­zwie Struga. We­szła do bu­dynku, za­mknęła drzwi i po­ło­żyła to­rebkę z sza­lem na gar­de­ro­bie. W kuchni na­lała wody do czaj­nika, po czym po­sta­wiła na pły­cie grzew­czej. Z szafki wy­jęła im­bryk i fi­li­żankę ze spodkiem. Był to jej ulu­biony ze­staw ce­ra­miki z Bo­le­sławca, ma­lo­wany w nie­bie­skie kwiatki. Fi­li­żanki miała dwie, jed­nak druga od lat nie zo­stała użyta. Stała w szafce w kuchni, ale He­lena po prze­pro­wadzce na­wet nie od­wi­nęła jej z fo­lii za­bez­pie­cza­ją­cej.

Za­lała w im­bryku dwie to­rebki her­baty ja­śmi­no­wej i usia­dła przy wy­spie od­dzie­la­ją­cej kuch­nię od sa­lonu. Jej par­te­rowy do­mek, oprócz tych po­miesz­czeń, mie­ścił jesz­cze sy­pial­nię, ga­bi­net, ła­zienkę, pral­nię oraz nie­wielką piw­nicę na wina. Czuła się tu­taj bez­piecz­nie, od­dzie­lona pło­tem, działką i ścia­nami od ca­łego, ze­wnętrz­nego świata. A naj­waż­niej­sze, że miała tu­taj wszystko, co na­prawdę ko­chała.

Spoj­rzała na za­mknięty lap­top. Unio­sła ekran i wpi­sała ha­sło. Nad­gry­zione ja­błuszko roz­świe­tliło się bia­łym świa­tłem, a ona na­lała na­paru do fi­li­żanki, upiła łyk i po­ło­żyła palce na kla­wia­tu­rze.

Kiedy po her­ba­cie zo­stało wspo­mnie­nie, za­mknęła lap­top i zer­k­nęła na pu­stą fi­li­żankę. Uśmiech­nęła się do niej i po­szła spać.

Jesz­cze sporo przed na­sta­wioną na bu­dziku go­dziną wy­rwały ją ze snu me­lo­dyjne głosy ko­gu­tów są­siadki. Co rano miała ochotę prze­ro­bić te pie­rza­ste bu­dziki na tłu­sty ro­sół, ale po pierw­szej wy­pi­tej ka­wie mor­der­cze za­pędy za­wsze jej prze­cho­dziły. Dziś nie było ina­czej. Wstała, opa­tu­liła się ulu­bio­nym, gru­bym i dłu­gim swe­trem, zro­biła so­bie po­dwójną kawę w eks­pre­sie ci­śnie­nio­wym i z kub­kiem w dłoni wy­szła na nie­wielki ta­ras. Po­ranki w marcu nie na­le­żały do szcze­gól­nie cie­płych, ale He­lena uwiel­biała spać w po­la­ro­wych pi­ża­mach, więc do­peł­nie­nie stroju cie­płym swe­trem po­wo­do­wało, że tem­pe­ra­tura na ze­wnątrz nie ro­biła na niej spe­cjal­nego wra­że­nia. Usia­dła w rat­ta­no­wym fo­telu i za­pa­trzyła się na las, który roz­cią­gał się za rzeką oka­la­jącą jej po­se­sję. Ko­chała tę ci­szę prze­ry­waną gda­ka­niem Ma­ry­si­nych kur i szcze­ka­niem psów do­cho­dzą­cych z tro­chę bar­dziej od­da­lo­nego od niej do­mo­stwa ro­dziny Te­lec­kich.

Dziś jed­nak w zwy­cza­jowe dźwięki wdarł się od­głos ry­czą­cego sil­nika sa­mo­cho­do­wego i ostrego ha­mo­wa­nia. Po chwili dało się sły­szeć trza­śnię­cie drzwiami i nie­złą wią­zankę prze­kleństw, która swą fi­ne­zją set­nie He­lenę uba­wiła. Wstała i z kub­kiem w dłoni obe­szła bu­dy­nek, po­nie­waż ak­cja ewi­dent­nie miała miej­sce przed jej do­mem. Tak jak przy­pusz­czała, na dro­dze, cen­tral­nie przed jej bramą wjaz­dową, stał czarny land ro­ver. Obok sa­mo­chodu zo­ba­czyła męż­czy­znę w skó­rza­nej kurtce, dżin­sach i w bu­tach do pie­szych wę­dró­wek po gó­rach. Przy­glą­dał się ma­sce sa­mo­chodu i da­lej klął pod no­sem.

- Je­bany GPS wpier­do­lił mnie na ja­kieś za­srane za­du­pie! Gdzie to, kurwa, jest?

He­lena po­de­szła do furtki, oparła się o nią i na­piła kawy. Do­piero te­raz zo­ba­czyła, że na ma­sce sa­mo­chodu leży zwy­kła, pa­pie­rowa mapa.

- Czego sza­nowny pan szuka? - ode­zwała się.

Za­sko­czony męż­czy­zna spoj­rzał na nią i ner­wowo prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się. - Mam na­dzieję, że do­piero pani po­de­szła do tej furtki.

- Po­wiedzmy, że pa­nuje dziś mocna przej­rzy­stość po­wie­trza, która da­leko nie­sie dźwięki - od­po­wie­działa roz­ba­wio­nym to­nem.

- Prze­pra­szam, jak je­stem zde­ner­wo­wany, za bar­dzo sza­stam bran­żo­wym ję­zy­kiem bu­dow­lanki - uspra­wie­dli­wił się.

- Znam ten wasz bran­żowy ję­zyk bar­dzo do­brze. Bu­do­wa­łam re­stau­ra­cję z pen­sjo­na­tem. Czego pan szuka? - po­wtó­rzyła py­ta­nie.

- Pola Mi­cha­li­ków i stawu.

- Po­wi­nien pan prze­pro­sić GPS, bo do­pro­wa­dził pana ide­al­nie do celu. - Wska­zała ręką te­ren po dru­giej stro­nie rzeczki pły­ną­cej z le­wej strony jej po­se­sji. - Musi pan prze­je­chać mo­stek i skrę­cić w lewo. Za tym wznie­sie­niem, które wi­dzi pan za moim do­mem, są pola Mi­cha­li­ków. Ich wło­ści są też po dru­giej stro­nie drogi - te­raz wska­zała nie­wielki dom sto­jący jakby na roz­staju dróg już za mo­stecz­kiem - cią­gną się od go­spo­dar­stwa Ma­ryśki Grze­la­ko­wej, aż do sa­mego stawu Wod­ni­czek. Moja działka też do nich na­le­żała.

- No do­bra, ale do sa­mego lasu miała być droga, a za tym mo­stecz­kiem koń­czy się as­falt.

- Bo da­lej jest tylko droga szu­trowa, która za sta­wem wcho­dzi w las i bie­gnie przez cały Ksią­żań­ski Park Kra­jo­bra­zowy.

- A to ta­kie buty - mruk­nął męż­czy­zna, ro­zej­rzał się i zło­żył mapę. Pod­szedł do furtki i po­dał He­le­nie rękę. - Bar­tek Fa­row­ski, je­stem sze­fem pro­jektu.

Uści­snęła mu dłoń i zmarsz­czyła brwi. Coś jej się ten "pro­jekt" nie spodo­bał.

- He­lena Ka­we­czyń­ska. - Pu­ściła jego rękę i od razu za­py­tała wprost: - Ja­kiego pro­jektu?

- Jedna z du­żych sieci ho­te­lo­wych bę­dzie sta­wiała w tym miej­scu ośro­dek węd­kar­sko wy­po­czyn­kowy. Ma być w stu pro­cen­tach eko­lo­giczny, drew­niany, nie­na­ru­sza­jący eko­sys­temu tego miej­sca.

- Ma­cie za­miar głę­boko ko­pać w tej ziemi?

- Metr, mak­sy­mal­nie dwa. Tylko żeby wy­lać płyty fun­da­men­towe i po­ło­żyć po­trzebne in­sta­la­cje, bo domki i kom­pleks re­stau­ra­cyjno-re­kre­acyjny będą bez piw­nic. A dla­czego pani pyta?

- Wie pan - wzru­szyła nie­znacz­nie ra­mio­nami - sta­rzy miesz­kańcy opo­wia­dają, że na tych te­re­nach w cza­sie wojny różne rze­czy się działy. Cho­lera wie, co jesz­cze zie­mia kryje.

- Bez prze­sady, to nie góry So­wie, żeby wszę­dzie się wa­lały ludz­kie ko­ści.

Przyj­rzała mu się, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę i marsz­cząc brwi.

- Pan nie­tu­tej­szy za­pewne. - Ostatni wy­raz lekko prze­cią­gnęła.

- Nie - przy­znał. - Z War­szawy.

- Tak - za­częła z wes­tchnie­niem i spoj­rzała na pole. - Przy­pusz­cza­li­śmy, że Mi­cha­liki w obce ręce grunt pusz­czą. Z na­szych lu­dzi nikt by tego nie ku­pił. No nic, do­brego dnia ży­czę.

Od­wró­ciła się i po­szła w stronę domu, zo­sta­wia­jąc osłu­pia­łego męż­czy­znę na dro­dze. Fa­row­ski spoj­rzał na mo­stek z me­ta­lo­wymi nie­bie­skimi ba­rier­kami, któ­rym swo­ich wdzię­ków nie szczę­dziła agre­sywna rdza. Wsiadł do sa­mo­chodu, ru­szył i po po­ko­na­niu prze­prawy od razu za nią skrę­cił w lewo. Mi­nął ru­iny dwóch spo­rych do­mów kry­tych czer­woną da­chówką i zo­ba­czył nie­wielki do­mek z du­żym bu­dyn­kiem go­spo­dar­czym, który znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie drogi. Jakby ktoś po­sta­wił go w szcze­rym polu na sa­mym końcu wsi. Brama wjaz­dowa, jak i zresztą całe drew­niane ogro­dze­nie, pro­siła o fa­chowca z młot­kiem i gwoź­dziami w gar­ści. Prak­tycz­nie przed bramą tego go­spo­dar­stwa skrę­cił w lewo i zo­ba­czył ogromny, pu­sty te­ren prze­cięty ubitą drogą grun­tową i koń­czący się ma­ja­czącą w po­ran­nej mgle ścianą lasu. Przy sta­wie za­trzy­mał sa­mo­chód i wy­szedł. Zie­mia była miękka, jesz­cze na­siąk­nięta roz­to­pio­nym śnie­giem i Bar­tek po­ża­ło­wał, że nie zmie­nił bu­tów na nie­za­wodne gu­miaki. Szedł długo, roz­glą­da­jąc się i co chwila przy­glą­da­jąc ze­schnię­tej i opi­tej wodą ze­szło­rocz­nej tra­wie pod no­gami. Tej ziemi nikt nie upra­wiał od wielu lat, nie wy­glą­dało na­wet, żeby choć kto­kol­wiek ko­sił tę trawę na siano dla zwie­rząt. Kiedy zbli­żył się do teo­re­tycz­nego środka pola prze­zna­czo­nego pod bu­dowę, zo­ba­czył więk­sze wy­brzu­sze­nie. Ob­szedł je i do­kład­nie zlu­stro­wał. Kształ­tem przy­po­mi­nało spory kwa­drat.

- Stare fun­da­menty? - mruk­nął do sie­bie, wy­jął te­le­fon i wy­brał od­po­wiedni kon­takt, w tym sa­mym cza­sie ku­ca­jąc i grze­biąc dło­nią w tra­wie. - Cześć, Kon­rad, je­stem na te­re­nie bu­dowy. Po­wiedz mi, stał tu­taj ja­kiś bu­dy­nek?

- W pla­nach nie ma nic. Tam jest tylko pole rolne - od­po­wie­dział zdzi­wiony Kon­rad.

- W księ­gach wie­czy­stych nie było za­pisu o ja­kimś bu­dynku?

- Nie i ni­czego nie po­winno tam być. Chyba że ktoś so­bie wal­nął sa­mo­wolkę.

- Dziwne, bo tak mniej wię­cej na środku jest ewi­dent­nie za­rys do­syć so­lid­nych fun­da­men­tów, a jedna z miesz­ka­nek wsi za­py­tała, na jaką głę­bo­kość bę­dziemy ko­pać. Jakby da­wała mi do zro­zu­mie­nia, że w tej ziemi sie­dzi coś, czego nie po­win­ni­śmy ru­szać.

- I co? - Ton głosu Kon­rada stał się mocno od­py­cha­jący. - Mam wstrzy­mać bu­dowę, bo ja­kaś durna wiej­ska baba na­ga­dała ci głu­pot i w dom­kach za­cznie stra­szyć?

- Chcę tylko zwró­cić ci uwagę, że zna­le­zie­nie ja­kie­goś po­nie­miec­kiego lub i star­szego cmen­ta­rza może nam za­blo­ko­wać in­we­sty­cję na dłu­gie mie­siące albo i cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wić jej re­ali­za­cję.

- Masz ra­cję, prze­pra­szam. - Zro­zu­miał, że Fa­row­ski może mieć słusz­ność, i na­rażą się na spore koszty. - Co pro­po­nu­jesz?

- Za­nim za­czniemy, po­wi­nie­neś tu­taj przy­je­chać i tro­chę po­wę­szyć, bo ja żadną miarą nie znajdę na ta­kie dzia­ła­nia czasu. Po­py­taj może lu­dzi o ten te­ren. I przy­da­łoby się ja­kie­goś nurka wy­na­jąć, żeby staw spraw­dził.

- W po­rządku, po­my­ślę nad tym.

Bar­tek prze­rwał po­łą­cze­nie, wró­cił do sa­mo­chodu i od­je­chał.

He­lena w tym cza­sie przy­go­to­wała się do pracy i wy­piła drugą kawę w swoim ulu­bio­nym kubku z bo­le­sła­wiec­kiej ce­ra­miki. Kubki, tak jak fi­li­żanki, też miała dwa, ale te były ma­lo­wane w sło­necz­niki. I ten drugi też stał w szafce, z nie­zdjętą fo­lią za­bez­pie­cza­jącą.

- 3 -

Kilka dni po roz­mo­wie z Bart­kiem Kon­rad wy­je­chał z War­szawy bla­dym świ­tem, i pruł Ale­jami Je­ro­zo­lim­skimi w stronę au­to­strady A2. Miał przed sobą około pię­ciu go­dzin za kół­kiem, ale to go nie mar­twiło. Uwiel­biał jeź­dzić sa­mo­cho­dem. Nie de­ner­wo­wały go korki ani piesi na pa­sach. Czas spę­dzony w au­cie był tylko jego. Słu­chał au­dio­bo­oków, śpie­wał z wy­ko­naw­cami ich po­pu­larne pio­senki, pił kawę za kawą z sie­cio­wych żar­ło­dajni. Naj­zwy­czaj­niej cie­szył się tymi pro­stymi czyn­no­ściami. Na­to­miast całą za­bawę psuł mu ja­ki­kol­wiek pa­sa­żer, to­też ro­bił wszystko, żeby za­wsze jeź­dzić sa­memu. Jedna z jego by­łych part­ne­rek śmier­tel­nie się na niego ob­ra­ziła, kiedy wsa­dził ją w po­ciąg na dworcu cen­tral­nym w War­sza­wie i ode­brał do­piero w Za­ko­pa­nem. Sam po­je­chał, oczy­wi­ście, sa­mo­cho­dem i ba­wił się po dro­dze wy­śmie­ni­cie. Na dziew­czy­nie i tak mu nie za­le­żało, wie­dział, że ro­mans nie prze­trwa na­wet dwa dni dłu­żej niż wczasy, więc nie­szcze­gól­nie prze­jął się jej fo­chem.

Je­śli cho­dzi o sam sa­mo­chód, to też był dla nie­któ­rych nie­złym dzi­wa­kiem, po­nie­waż jeź­dził dzie­się­cio­let­nim vo­lvo w naj­bar­dziej pod­sta­wo­wej wer­sji, jaką tylko dał radę ku­pić. Był ty­pem kie­rowcy, który ko­chał sa­mo­chody, ale nie­na­wi­dził, kiedy jego po­jazd my­ślał za niego. We­dług Kon­rada to kie­rowca miał być bo­giem w au­cie, to on miał de­cy­do­wać, kiedy zmie­nić bieg, za­łą­czyć wy­cie­raczki albo przy­ha­mo­wać, a nie kom­pu­ter. Dla­tego naj­now­sze za­bawki mo­to­ry­za­cji ob­cho­dził sze­ro­kim łu­kiem.

Bę­dąc już na nitce au­to­strady A2, za­łą­czył au­dio­bo­oka no­wej po­wie­ści swo­jego ulu­bio­nego pi­sa­rza kry­mi­na­łów i za­czął słu­chać. Ale po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zre­zy­gno­wał i jed­nak pu­ścił ra­dio. Nie mógł wy­łą­czyć my­śle­nia o in­for­ma­cjach, które po te­le­fo­nie od Bartka wy­grze­bał na te­mat Strugi. Po gło­wie wciąż tłu­kła mu się hi­sto­ria o piątce dzie­cia­ków, które kil­ka­dzie­siąt lat temu spa­liły się w ja­kimś drew­nia­nym domu w tej wła­śnie wsi. Je­żeli się okaże, że dom stał na ich działce, a zie­mia jest ja­koś na­zna­czona tym nie­szczę­ściem, to może to ude­rzyć w po­pu­lar­ność ośrodka. Jego sze­fo­wie, gdy ku­po­wali działki pod ko­lejne obiekty, oce­niali je­dy­nie wi­zu­alną atrak­cyj­ność miej­sca i nie za­głę­biali się w hi­sto­rię, co, jego zda­niem, było spo­rym błę­dem. Kwiatki w po­staci daw­nych nie­szczęść, na­zna­cze­nie ziemi tra­ge­dią, nie­uka­raną zbrod­nią w przy­padku tego pro­jektu mogą za­dzia­łać na nie­ko­rzyść. Gdyby za­pa­dła de­cy­zja o po­sta­wie­niu tam stan­dar­do­wego ho­telu, na­wet by się nie prze­jął zbio­ro­wym mor­dem nie­wi­nią­tek, ale ośro­dek wy­po­czyn­kowy skie­ro­wany do do­brze sy­tu­owa­nych eme­ry­tów może mieć z tego typu hi­sto­riami pro­blem.

Pier­wot­nie miał je­chać do Strugi i Szczawna-Zdroju tylko na dwa dni, żeby zor­ga­ni­zo­wać noc­legi i wy­ży­wie­nie dla ekip bu­dow­la­nych oraz do­mknąć kilka urzę­do­wych spraw. Po na­my­śle do­szedł do wnio­sku, że zo­sta­nie tro­chę dłu­żej i może wy­naj­mie ko­goś z geo­ra­da­rem, żeby spraw­dził te­ren bu­dowy. Stwier­dził, że naj­pierw po­je­dzie zo­ba­czyć tę dziwną działkę, a póź­niej od­wie­dzi wła­ści­cielkę pen­sjo­natu, w któ­rej miał za­kwa­te­ro­wać pra­cow­ni­ków firmy bu­dow­la­nej.

W od­twa­rzacz CD wsu­nął płytę Ni­rvany i śpie­wa­jąc z Kur­tem Co­ba­inem je­den z naj­więk­szych prze­bo­jów grupy, po­mknął da­lej w stronę wo­je­wódz­twa dol­no­ślą­skiego.

Z re­guły każdy czło­wiek ma ja­kie­goś tam pe­cha, który od czasu do czasu daje o so­bie znać, wy­wo­łu­jąc więk­szą lub mniej­szą ka­ta­strofę w ży­ciu wła­ści­ciela. Ma­ryśka była jed­nak wła­ści­cielką pe­cha wy­jąt­ko­wego, można na­wet od­waż­nie rzec, że je­dy­nego w swoim ro­dzaju. Za­częło się w pierw­szej kla­sie pod­sta­wówki od na­uczy­cielki, która po­ma­ga­jąc Ma­rysi przy zej­ściu ze śli­skich scho­dów zwie­dza­nego zamku Książ, po­tknęła się i wy­rżnęła ty­łem głowy o ka­mienny sto­pień tak nie­for­tun­nie, że od razu stra­ciła ży­cie. Każdy kot Ma­ryśki koń­czył w pasz­czy wiej­skiego psa, a każdy pies - pod ko­łami sa­mo­chodu. Ma­ryśki nie trzy­mały się cho­miki i ka­narki. Na jej oczach naj­lep­sza przy­ja­ciółka uto­piła się w pły­ną­cej przed do­mem rzece, a brat wpadł do studni na po­dwórku ich dal­szych są­sia­dów. Jak inne dzieci znaj­do­wały w le­sie grzyby i ja­gody, Ma­rysi tra­fiały się tru­chła za­gry­zio­nych zwie­rząt w fa­zie mocno po­su­nię­tego roz­kładu. Cza­sem ja­kiś wi­sie­lec lub ludz­kie zwłoki z raną ciętą bądź kłutą. Ro­dzi­ców stra­ciła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, w któ­rym, oczy­wi­ście, też uczest­ni­czyła. W ciągu pię­ciu lat zo­stała dwu­krot­nie wdową, więc ko­lejne mał­żeń­stwa so­bie da­ro­wała. Tak jak i przy­ja­ciółki, bo ko­lejna, którą miała, śmier­tel­nie za­krztu­siła się gruszką w Ma­ry­si­nym ogro­dzie. To, że Ma­ry­sia, mimo wy­jąt­ko­wego w swej ory­gi­nal­no­ści pe­cha, po­zo­sta­wała zdrową na umy­śle istotą, dzi­wiło wszyst­kich miesz­kań­ców Strugi. Dziew­czyna za­wsze była uśmiech­nięta, ser­deczna i po­zy­tyw­nie na­sta­wiona do świata. Je­dy­nymi stwo­rze­niami, które mo­gły czuć się przy niej bez­piecz­nie, były kury, to­też miała ich pra­wie setkę i han­dlo­wała jaj­kami oraz wła­sno­ręcz­nie ro­bio­nym ma­ka­ro­nem. Sporo z jej pro­duk­cji lą­do­wało w re­stau­ra­cji He­leny, która dziew­czynę bar­dzo lu­biła i na­wet za­trud­niła do sprzą­ta­nia w pen­sjo­na­cie i w domu, mimo ostrze­żeń miej­sco­wej tkanki spo­łecz­nej, że bliż­sze kon­takty z dzie­wu­chą mogą się dla niej źle skoń­czyć. Jak na ra­zie wszy­scy w jej i Ma­rysi oto­cze­niu byli żywi i nie za­po­wia­dało się, żeby ten stan rze­czy uległ zmia­nie. We wsi lu­dzie na­wet za­częli szep­tać coś o tym, że może He­lena ma zdol­no­ści zdej­mo­wa­nia uro­ków i po­mo­gła Ma­ry­śce od­go­nić pe­cha. Ka­we­czyń­ska miała nie­zły ubaw z tych plot, ale ich nie pro­sto­wała. Na­wet jej od­po­wia­dała łatka wio­sko­wej wiedźmy.

Ma­ryśka miesz­kała nie­da­leko He­leny, za­raz za rzeczką. Jej go­spo­dar­stwo gra­ni­czyło z Mi­cha­li­ko­wym po­lem, na które z ochotą za­pusz­czały się jej kury. A że pole od końca dru­giej wojny świa­to­wej le­żało odło­giem, nikt ani do kur, ani do ich wła­ści­cielki pre­ten­sji nie miał.

I wła­śnie na Ma­ryśkę tra­fił Kon­rad, kiedy za­trzy­mał vo­lvo przy pło­cie jej go­spo­dar­stwa. Ko­bieta za­ga­niała spore stadko ptac­twa na po­dwórko, kiedy Bro­how wy­szedł z auta.

- Dzień do­bry! - krzyk­nął na po­wi­ta­nie.

- A do­bry, jak naj­bar­dziej do­bry! - od­krzyk­nęła Ma­ryśka i za­mknęła obu­rzone ta­kim ogra­ni­cze­niem wol­no­ści pie­rza­ste stadko za bramą. - Co sza­now­nego pana spro­wa­dza?

Kon­rad ob­rzu­cił szyb­kim spoj­rze­niem ko­bietę ubraną w czarne le­ginsy i kilka roz­mia­rów za dużą bluzę z po­laru, któ­rego barwa ko­ja­rzyła się jed­no­znacz­nie z dawno zde­chłym ka­nar­kiem. Jego uwagę przy­cią­gnął jed­nak le­żący na pra­wym ra­mie­niu dziew­czyny gruby war­kocz w ko­lo­rze let­niego słońca. A kiedy po­de­szła bli­żej, zo­ba­czył oko­lone ciem­nymi rzę­sami błę­kitne oczy, smu­kłą szyję i ładne usta. Dziew­czyna nie była po­ra­ża­jącą pięk­no­ścią, ale dys­po­no­wała nie­pod­ra­bianą, na­tu­ralną urodą. Od razu wy­cią­gnął do niej rękę.

- Kon­rad Bro­how, pra­cuję dla firmy, która ku­piła to pole. - Wska­zał na mi­cha­li­kowy grunt.

- Ma­ry­sia Grze­lak. - Uści­snęła mu dłoń. - To pan pew­nie w spra­wie mo­ich kur?

Kon­rada na mo­ment przy­mu­ro­wało, ale za­raz się opa­no­wał.

- Nie w spra­wie kur. Kury nie są mi do ni­czego po­trzebne. Chciał­bym po­roz­ma­wiać o tym polu. Kon­kret­nie, to o jego hi­sto­rii.

- Hi­sto­rii? - zdzi­wiła się dziew­czyna. - Prze­cież to od wojny leży odło­giem, a wcze­śniej zboże tu ro­sło. Ale ja już tego nie pa­mię­tam, bo mnie jesz­cze na świe­cie wtedy nie było.

- Nie znaj­do­wał się na tym polu cmen­tarz? A może cho­dzą ja­kieś le­gendy o za­ko­pa­nych zwło­kach?

Ma­ryśka zmru­żyła oczy i do­kład­niej przyj­rzała się roz­mówcy. Póź­niej zer­k­nęła na ta­blicę re­je­stra­cyjną sa­mo­chodu, ścią­gnęła usta w ciup i po­ki­wała głową.

- Wie pan, o cmen­ta­rzu na tym polu nikt ni­gdy nie wspo­mi­nał. Ale gdyby tam były za­ko­pane ja­kieś trupy, to ja bym je na bank zna­la­zła.

Od­po­wiedź dziew­czyny tro­chę go za­sko­czyła, co chyba miał wy­pi­sane du­żymi li­te­rami na twa­rzy, po­nie­waż do­syć nie­udol­nie po­wstrzy­mała par­sk­nię­cie śmie­chu.

- Wy­ba­czy mi pan - ode­zwała się. - To nie tak, że szu­kam tru­pów po po­lach. One mnie same znaj­dują. Jak coś zdech­nie albo ktoś sam so­bie ży­cie od­bie­rze, od razu cią­gnie mnie w to miej­sce, że­bym de­li­kwenta zna­la­zła. Od dziecka już tak mam. A na to pole ni­gdy mnie nie cią­gnęło, więc może być pan pe­wien, że żad­nego umar­laka tam nie ma. Pan z War­szawy - wska­zała pal­cem ta­blicę re­je­stra­cyjną - więc może w ta­kie cuda nie wie­rzyć, ale mó­wię prawdę.

- No cóż, pani Ma­rio - za­czął nie­pew­nym gło­sem. - Nie mam za­miaru po­są­dzać pani o kłam­stwo i bar­dzo dzię­kuję za po­moc. Ma tu­taj po­wstać eko­lo­giczny ośro­dek wy­po­czyn­kowy, dla­tego jest dla mnie ważne, żeby zba­dać prze­szłość tego miej­sca.

- To tro­chę dziwne, że naj­pierw ku­pi­li­ście grunt, a do­piero po­tem go spraw­dza­cie.

- Wie pani, kor­po­ra­cje dzia­łają tro­chę ina­czej. Jakby to pani naj­pro­ściej...

- Naj­pierw ro­bią, po­tem my­ślą - za­pro­po­no­wała.

- Można do tego po­dejść i tak. - Uśmiech­nął się ciut nie­pew­nie. Ale zdał so­bie sprawę, że w tym aku­rat wy­padku młoda ko­bieta ma cał­ko­witą ra­cję.

- Po­wie mi pan, kiedy za­cznie­cie bu­do­wać?

- Prace ru­szą naj­da­lej za mie­siąc, a dla­czego pani pyta?

- A bo chcę wie­dzieć, do kiedy mogę tu­taj kury bez­piecz­nie pusz­czać.

- Uprze­dzę pa­nią o do­kład­nej da­cie roz­po­czę­cia bu­dowy, żeby pani ku­rom nic się nie stało.

- Dzię­kuję. Jakby chciał pan wię­cej się do­wie­dzieć o tej oko­licy, pro­po­nuję się przejść do pro­bosz­cza. On po­wi­nien znać ja­kieś ploty na te­mat tego pola.

- Tak zro­bię - za­pew­nił i zmarsz­czył brwi, jakby się za­sta­na­wiał, czy za­dać ko­lejne py­ta­nie. - Może uzna mnie pani za wścib­skiego, ale czy jest pani za­mężna?

- Po­cho­wa­łam dwóch mę­żów - od­po­wie­działa z ab­so­lutną szcze­ro­ścią. - Jest pan chętny do za­ję­cia par­celi obok mo­ich ślub­nych u nas na cmen­ta­rzu, to za­pra­szam na ja­jecz­nicę z chle­bem i her­batą.

Bro­howa naj­pierw za­tkało, ale za­raz póź­niej się uśmiech­nął i po­krę­cił głową.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć wścib­stwo i przy­jąć wy­razy współ­czu­cia. Co prawda na cmen­tarz mi się nie spie­szy, ale ja­jecz­nicę ze swoj­skich ja­jek bar­dzo chęt­nie bym zjadł.

Ma­ryśka ro­ze­śmiała się i za­pro­siła Kon­rada na po­si­łek. A że dziew­czyna nie­zmier­nie rzadko mie­wała go­ści, z tym więk­szym en­tu­zja­zmem za­brała się za przy­go­to­wa­nie ca­łej pa­telni ja­jecz­nicy na boczku.

Roz­ma­wiali głów­nie o miesz­kań­cach wsi, o ich za­pa­try­wa­niu się na in­we­sty­cję jego firmy. Dziew­czyna uspo­ko­iła go, że tu­tej­sza lud­ność li­czy na nowe miej­sca pracy. No i zbyt pro­duk­tów rol­nych. Bro­how się do­wie­dział, iż ka­wa­łek da­lej przy tej ulicy jest se­ro­war­nia, a przy pa­łacu je­den z rol­ni­ków ze swoim bra­tem, za­wo­do­wym ma­sa­rzem, ro­bią naj­lep­sze wy­roby wę­dli­niar­skie na tym te­re­nie. Uświa­do­miła mu przy oka­zji, że bo­czek w ja­jecz­nicy rów­nież był od nich. Tro­chę się mar­twiła, że jej kury i ich mało przy­jemny za­pach od­stra­szą im go­ści ośrodka, ale Kon­rad od razu jej wy­tłu­ma­czył, że główne bu­dynki ośrodka zo­staną usy­tu­owane z dru­giej strony pola, bar­dziej przy le­sie i sta­wie. Część przy­le­ga­jącą do jej go­spo­dar­stwa prze­zna­czono w pro­jek­cie na par­king i bu­dynki po­moc­ni­cze, więc nie bę­dzie żad­nego pro­blemu.

Na­je­dzony i za­do­wo­lony, z nu­me­rem te­le­fonu Ma­rysi za­pi­sa­nym w ko­mórce, ru­szył do Szczawna-Zdroju. Usta­wił na­wi­ga­cję na od­po­wiedni nu­mer domu przy ulicy Ni­zin­nej, po czym wy­je­chał ze wsi, mi­ja­jąc stary, znisz­czony la­tami pe­ge­erow­skich dzia­łań pa­łac. Wi­dok smut­nego, odar­tego z pier­wot­nego piękna bu­dynku ści­snął mu serce. Za­nim tu­taj przy­je­chał, tro­chę po­czy­tał o tej miej­sco­wo­ści, któ­rej po­czątki się­gały końca je­de­na­stego wieku. Działo się w niej nie­wiele: jak mie­ścinka swą ka­rierę za­częła jako wieś, tak jej sta­tus nie zmie­nił się do dzi­siaj. Od końca dru­giej wojny świa­to­wej przy­było tro­chę no­wych do­mów, które po­ja­wiały się po­mię­dzy opusz­czo­nymi ru­inami sta­rych go­spo­darstw i gro­bów na cmen­ta­rzu. Może też i jeź­dziło wię­cej sa­mo­cho­dów. To jed­nak nie zmie­niało kli­matu za­pusz­czo­nej i znisz­czo­nej przez lata bez­pań­skich rzą­dów ko­muny wsi, o którą na­dal nikt szcze­gól­nie nie dbał.

Wy­raź­nym kon­tra­stem było po­ło­żone kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów da­lej Szczawno-Zdrój. Mia­steczko o znie­wa­la­ją­cej przed­wo­jen­nej ar­chi­tek­tu­rze, z pięk­nymi par­kami zdro­jo­wymi, uro­czymi pen­sjo­na­ci­kami i czy­stymi, za­dba­nymi uli­cami.

Za­trzy­mał się na par­kingu nie­wiel­kiej re­stau­ra­cji, któ­rej na wskroś no­wo­cze­sna bryła bu­dynku tro­chę od­sta­wała od przed­wo­jen­nego kli­matu reszty za­bu­dowy ulicy. Za par­te­rową re­stau­ra­cją z dwoma wej­ściami zo­ba­czył nie­zbyt oka­zały, ale już pię­trowy bu­dy­nek pen­sjo­natu. Wy­łą­czył sil­nik, za­brał torbę z do­ku­men­tami i lap­to­pem, po czym skie­ro­wał się do drzwi z na­pi­sem "Re­cep­cja". Wnę­trze urzą­dzono rów­nież no­wo­cze­śnie, z mod­nym skan­dy­naw­skim szny­tem. Za kon­tu­arem zo­ba­czył sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­jącą star­szą ko­bietę.

- Wi­tamy w pen­sjo­na­cie Lena. Miał pan re­zer­wa­cję? - ode­zwała się pro­fe­sjo­nal­nym to­nem, któ­rym ope­rują wszyst­kie re­cep­cjo­nistki świata.

- Dzień do­bry, je­stem umó­wiony z wła­ści­cielką, pa­nią He­leną Ka­we­czyń­ską.

Ko­bieta zer­k­nęła w kom­pu­ter, coś w nim po­kli­kała i spoj­rzała na męż­czy­znę z jesz­cze bar­dziej uprzejmą miną, co Kon­ra­dowi wy­da­wało się już nie­moż­li­wym do zro­bie­nia.

- Pan Bro­how - stwier­dziła. - Nie był pan z sze­fową umó­wiony na kon­kretną go­dzinę, prawda?

- Nie.

- W ta­kim ra­zie za­pra­szam do re­stau­ra­cji na kawę. Pani He­lena po­winna być osią­galna do dzie­się­ciu, pięt­na­stu mi­nut. - Wska­zała mu prze­szklone drzwi pro­wa­dzące na salę ja­dalną.

Po­dzię­ko­wał i zro­bił, jak ka­zała. W re­stau­ra­cji pa­no­wał ruch ty­powy dla pory obia­do­wej, więc Kon­rad za­jął wolny sto­lik przy oknie i przyj­rzał się pro­fe­sjo­nal­nym okiem or­ga­ni­za­cji pracy tego miej­sca. Tę czyn­ność szybko prze­rwała mu kel­nerka, która za­py­tała, co po­dać, po­pro­sił za­tem o kawę. Re­stau­ra­cja miała z pięt­na­ście sto­li­ków, es­te­tyczny bar, przy któ­rym można było wy­pić drinka, ladę chłod­ni­czą z całą gamą ciast i de­se­rów oraz nie­na­chalny wy­strój. Po­do­bało mu się to miej­sce. Per­so­nel rów­nież pra­co­wał bez za­rzutu, nikt ni­komu nie wcho­dził pod nogi, każda osoba do­sko­nale wie­działa, co do niej na­leży. Kawa wy­lą­do­wała na jego sto­liku, jak i duży ka­wa­łek cie­płej szar­lotki z kulką lo­dów.

- Nie za­ma­wia­łem cia­sta - za­opo­no­wał od razu i spoj­rzał na sym­pa­tycz­nie uśmiech­niętą kel­nerkę.

- Wiem, to pre­zent od firmy - od­parła. - Pro­po­nuję spró­bo­wać, po­nie­waż za­równo cia­sto, jak i lody są na­szej pro­duk­cji.

Po­dzię­ko­wał i dziew­czyna ode­szła. Za­mie­szał kawę i spró­bo­wał. Już po za­pa­chu po­dej­rze­wał, że są to na­prawdę do­brej klasy ziarna, ale te­raz na­brał pew­no­ści. Eks­pres też mu­siał na­le­żeć ra­czej do tych z gór­nej półki, bo za­pa­rzona była re­we­la­cyj­nie. Cia­stu rów­nież się nie oparł i na­wet nie za­uwa­żył, kiedy opróż­nił ta­le­rzyk. Dawno już nie jadł ta­kich pysz­no­ści z ide­al­nie za­cho­wa­nym ba­lan­sem sło­dy­czy i kwa­sko­wa­to­ści.

- Bar­dzo lu­bię pa­trzeć na pu­ste ta­le­rze go­ści mo­jej re­stau­ra­cji.

Słowa roz­le­gły się nad głową Kon­rada, więc od razu ją uniósł i spoj­rzał w ładne brą­zowe oczy, oko­lone dys­kret­nie wy­tu­szo­wa­nymi rzę­sami. Na­tych­miast wstał i po­dał ko­bie­cie rękę.

- Dzień do­bry, Kon­rad Bro­how. Tak ge­nial­nej szar­lotki mógł­bym zjeść całą bla­chę. Nie wiem, ja­kiego cza­ro­dzieja ma pani w kuchni, ale pro­szę go trzy­mać i nie wy­pusz­czać.

- He­lena Ka­we­czyń­ska - ode­zwała się z uśmie­chem, ści­ska­jąc de­li­kat­nie jego dłoń. - Wie pan, wie­rzę w siłę do­świad­cze­nia i tra­dy­cji, dla­tego w mo­jej kuchni rzą­dzą dwie już eme­ry­to­wane ku­charki, które kar­miły w szko­łach i na we­se­lach. Kuch­nię mamy mocno tra­dy­cyjną, pol­ską, z wy­so­kiej ja­ko­ści lo­kal­nymi pro­duk­tami. Jabłka w szar­lotce i mleko w lo­dach są od mo­ich są­sia­dów z wio­ski, tak jak i jajka w cie­ście. Pro­szę mi po­wie­dzieć, zo­sta­jemy tu­taj, czy woli pan przejść do biura?

- Do ro­bie­nia in­te­re­sów wolę biuro, ale na obiad zde­cy­do­wa­nie wrócę w to miej­sce.

Ski­nęła głową, po czym wska­zała szklane drzwi pro­wa­dzące na re­cep­cję. Kon­rad za­brał swoje rze­czy i ru­szył za ko­bietą.

He­lena, prze­cho­dząc przez re­cep­cję, po­my­ślała, że dawno nie miała oka­zji roz­ma­wiać z tak atrak­cyj­nym męż­czy­zną. Co prawda gu­sto­wała ra­czej w bru­ne­tach, ale ten za­dbany, wy­soki blon­dyn, jak naj­bar­dziej za­słu­gi­wał na jej aten­cję. We­szli do biura, które, jak i cały obiekt, utrzy­mane było w su­ro­wym skan­dy­naw­skim kli­ma­cie. Usia­dła przy biurku, a jej gość za­jął miej­sce przed nią.

- Z na­de­sła­nych do­ku­men­tów wy­nika, że po­trze­buje pan noc­le­gów dla dzie­się­ciu osób na okres trzech mie­sięcy.

- Mniej wię­cej. Ten okres może być ru­chomy. Jak i liczba miejsc.

- Mam do dys­po­zy­cji dwa apar­ta­menty z kuch­niami i ła­zien­kami. Każdy ma pięć łó­żek, co roz­wią­zuje pro­blem. Mogę je panu wy­na­jąć na wy­ma­gany czas. A ile osób bę­dzie tam miesz­kało, już jest mniej istot­nym aspek­tem wy­najmu.

- To świet­nie. Ale chciał­bym jesz­cze osobne lo­kum dla mo­jego szefa pro­jektu. Wie pani, kie­row­nicy bu­dów ra­czej nie są kwa­te­ro­wani z pra­cow­ni­kami.

- No tak - na jej ustach po­ka­zał się uśmiech zro­zu­mie­nia - wyż­sza ka­dra tech­niczna nie brata się z pleb­sem.

- Od tego jest wyż­szą ka­drą tech­niczną, żeby tego nie ro­bić - ode­zwał się oschle, od­po­wia­da­jąc na sar­kazm w jej gło­sie. - Ale może pro­szę tego nie mó­wić przy na­szym kie­row­niku. Nie jest ty­pem wy­wyż­sza­ją­cego się fa­ceta i gdy­bym mu nie re­zer­wo­wał osob­nego lo­kum, bez pro­blemu spałby ze swo­imi ludźmi.

- Prze­pra­szam, nie po­win­nam...

- Nic się nie stało - wszedł jej w słowo. - Może jed­nak wróćmy do me­ri­tum.

- Tak - zgo­dziła się od razu, ale Kon­rad nie za­uwa­żył, by zro­biło się jej przy­kro lub choć tro­chę głu­pio. - Co z wy­ży­wie­niem? In­te­re­suje pana ten te­mat?

- No cóż, na pewno śnia­da­nia i ko­la­cje wcho­dzą w grę. Na­to­miast obiad wo­lał­bym do­star­czyć na bu­dowę, więc...

- Ża­den pro­blem. - Tym ra­zem ona mu prze­rwała. - Do­wie­ziemy po­siłki. Ro­zu­miem, że bu­dowa jest gdzieś bli­sko?

- We wsi Struga. Wie pani, gdzie to jest?

- Na Gór­nej czy Dol­nej Stru­dze?

Py­ta­nie ko­biety mocno go za­sko­czyło, co miał pew­nie wy­pi­sane na twa­rzy, po­nie­waż He­lena uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem.

- Skrę­cał pan przy pa­łacu w prawo?

- Tak, i je­cha­łem ulicą Główną do sa­mego jej końca.

- Na tę część wsi mówi się Dolna Struga - wy­ja­śniła to­nem przed­szko­lanki tłu­ma­czą­cej trzy­lat­kowi, że jemy wi­del­cem, a nie pa­lusz­kami. - Tak się składa, że do­brze znam tamte te­reny. A obiady do­wie­ziemy bez pro­blemu. I mogę panu za­rę­czyć, że pra­cow­nicy nie będą cho­dzili głodni.

- Je­stem wdzięczny. Od­pad­nie mi szu­ka­nie firmy ca­te­rin­go­wej. - Zmarsz­czył brwi i po­pa­trzył na swoją roz­mów­czy­nię uważ­niej. - Skoro zna pani Strugę, może po­wie mi pani coś wię­cej o tej hi­sto­rii ze spa­lo­nymi dziećmi.

- Po co panu wie­dza o tra­ge­dii sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat? - za­py­tała ciut po­dejrz­li­wie.

- A bo ja­kaś głu­pia baba z tej wsi na­ga­dała mo­jemu kie­row­ni­kowi ro­bót, że na ziemi, którą ku­piła na­sza kor­po­ra­cja, może być coś, co za­blo­kuje nam bu­dowę. Tro­chę się boję, żeby te sprawy nie miały ze sobą cze­goś wspól­nego. Wie pani, taka hi­sto­ria może nam od­stra­szyć po­ten­cjal­nych go­ści w ośrodku. A to ogromna in­we­sty­cja i wo­lał­bym nie wdep­nąć w gówno.

He­lena mu­siała mocno przy­gryźć wargi, żeby nie par­sk­nąć śmie­chem w mo­men­cie, w któ­rym się do­wie­działa, że jest głu­pią babą ze wsi, ale się opa­no­wała. Wzięła do ręki dłu­go­pis i pa­trząc na blat biurka, za­częła ba­wić się przed­mio­tem.

- Na te­mat tej tra­ge­dii nie­wiele wia­domo - za­częła. - Co wcale mnie nie dziwi, bo mi­nęło już sie­dem­dzie­siąt lat. Każdy we wsi wie, że coś ta­kiego się stało, na­wet na­gro­bek tych dzie­cia­ków zo­stał na cmen­ta­rzu i cza­sem ktoś tam znicz za­pali, ale szcze­gó­łów ra­czej nikt nie zna. Po­żar miał miej­sce ja­kieś dzie­sięć lat po woj­nie, a lu­dzie nie ta­kie rze­czy pa­mię­tali z cza­sów nie­miec­kiej oku­pa­cji i póź­niej­szego "wy­zwo­le­nia" przez ru­ską swo­łocz. Wie pan, te te­reny są mocno po­zna­czone wo­jen­nymi bli­znami. Dla ów­cze­snych miesz­kań­ców Strugi to była jedna z wielu tra­ge­dii i tyle. Na pana miej­scu ra­czej bym się tym zda­rze­niem nie przej­mo­wała. - Kiedy zo­ba­czyła, że męż­czy­zna wy­raź­nie ode­tchnął, do­dała: - Ale może po­szu­ka­ła­bym in­nej przy­czyny ostroż­no­ści baby ze wsi.

W tym mo­men­cie Kon­rad miał ochotę sko­czyć do gar­dła tej atrak­cyj­nej ko­bie­cie. Spoj­rzał na nią spod byka.

- Ostat­nie zda­nie mo­gła so­bie pani da­ro­wać - po­wie­dział z wy­rzu­tem, na co He­lena unio­sła dło­nie.

- Chcia­łam tylko być po­mocna. Zmie­nia­jąc te­mat: wraca pan dziś do War­szawy?

- Nie, mam za­miar zo­stać w Stru­dze przez kilka dni. Jest tam ja­kiś ho­tel przy pa­łacu, gdzie za­trzy­mał się nasz szef pro­jektu. Nie za bar­dzo jest coś za­do­wo­lony, ale...

- Pro­po­no­wa­ła­bym jed­nak zo­stać u mnie - we­szła mu gładko w słowo. - Z tam­tego ho­telu jest może i bli­żej do te­renu bu­dowy, ale ja mam zde­cy­do­wa­nie lep­sze śnia­da­nia.

- Mocny ar­gu­ment. - Po­ki­wał głową. - W ta­kim ra­zie pro­szę też od razu przy­go­to­wać po­kój dla Bartka, zna­czy, dla kie­row­nika ro­bót. Za­dzwo­nię do niego i każę mu się od razu prze­nieść.

Po­roz­ma­wiali jesz­cze o fi­nan­sach i ter­mi­nach, a na­stęp­nie się po­że­gnali i Kon­rad wró­cił na salę re­stau­ra­cyjną, gdzie ruch ab­so­lut­nie nie zma­lał. Z le­d­wo­ścią zna­lazł wolny sto­lik i za­mó­wił kla­sycz­nego scha­bo­wego z ziem­nia­kami i ka­pu­stą. Pod­czas gdy cze­kał na da­nie, za­dzwo­nił do Bartka i po­pro­sił, żeby tu­taj przy­je­chał, a po­tem za­czął się za­sta­na­wiać się nad wła­ści­cielką pen­sjo­natu. Ładne oczy, re­gu­larne rysy twa­rzy, pełne usta i lekko fa­lo­wane, błysz­czące kasz­ta­no­wym cie­płem włosy two­rzyły z niej na­prawdę atrak­cyjną ko­bietę. I może na­wet do­rwałby się do niej z im­pe­tem, ale coś w jej za­cho­wa­niu sku­tecz­nie go przed tym ha­mo­wało. Nie miał za­rzu­tów do jej pro­fe­sjo­na­li­zmu, na tym polu wszystko grało jak w ide­al­nie zgra­nej or­kie­strze. Ale w tej ko­bie­cie sie­działo coś, co bu­dziło w Kon­ra­dzie dy­stans. Jakby była z ja­kie­goś po­wodu nie­bez­pieczna. Za­grała w nim am­bi­cja, dla­tego też po­sta­no­wił się tego do­wie­dzieć. Cie­ka­wiło go, czy ma męża, part­nera, może ja­kieś dzieci? Kel­nerka przy­nio­sła jego za­mó­wie­nie. Za­pach je­dze­nia na mo­ment zmą­cił my­śli męż­czy­zny, a pierw­szy kęs na­prawdę spo­rego scha­bo­wego uniósł go mię­dzy chmury. Tak do­brze przy­pra­wio­nego mięsa nie jadł już wieki, więc rzu­cił się na po­si­łek jak wy­gło­dzony psiak na pla­ster szynki.

He­lena zo­stała w biu­rze i po wpro­wa­dze­niu re­zer­wa­cji do kom­pu­tera wsparła plecy w opar­cie fo­tela, i spoj­rzała na wi­doczne za oknem dwa stare dęby. Zgo­dziła się na bu­dowę domu na Dol­nej Stru­dze z pro­stej, wręcz pro­za­icz­nej przy­czyny. Nie przy­pusz­czała, żeby w tak za­pusz­czo­nym miej­scu, gdzie co drugi dom był zwy­czajną ru­iną, kto­kol­wiek chciał w coś in­we­sto­wać. Ko­niec wsi, gdzie miesz­kała, nie za­chę­cał na­wet do let­nich spa­ce­rów, bo kto nor­malny spa­ce­ro­wałby po­mię­dzy za­wa­lo­nymi bu­dyn­kami sta­rej pie­czar­karni i po­ko­mu­ni­stycz­nego kółka rol­ni­czego z ca­łym bo­gac­twem le­żą­cych tam śmieci? Nowe domy w licz­bie hur­to­wej bu­do­wały się na Gór­nej Stru­dze, ale koń­cówka ulicy Głów­nej wy­glą­dała jak za­po­mniany przez Boga i lu­dzi ko­niec cy­wi­li­za­cji. Fak­tem było, że od ośrodka bę­dzie ją od­dzie­lało wzgó­rze, rzeka Czy­żynka, droga i jesz­cze spore pole, przy­pusz­czała jed­nak, że za­cznie ją draż­nić wzmo­żony ruch na dro­dze. Zmru­żyła oczy i za­sta­no­wiła się, czy resz­cie też nie przy­pa­sują zmiany.