Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis - Maciej Petruczenko

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (19,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

pisane od serca

Propo­nu­jąc prze­czy­ta­nie tych wspo­mnień, czuję, jak wielki kamień spada mi z serca po upły­wie aż 43 lat od momentu, gdy po raz pierw­szy zano­to­wa­łem zwie­rze­nia Ireny Kir­szen­stein-Sze­wiń­skiej pod kątem uję­cia ich w for­mie książ­ko­wej. Przez tak długi czas kartki tam­tego maszy­no­pisu zdą­żyły mocno pożółk­nąć, a z Ireną przy­szło nam się poże­gnać na zawsze. Teraz może ona oce­niać mój tekst już pro­sto z nieba. Cho­ciaż i ją, i mnie życie zahar­to­wało na tyle, że nikt nas ni­gdy nie widział pła­czą­cych, to jed­nak nie ukry­wam, że przy pisa­niu tej książki łzy kapały mi na kla­wia­turę lap­topa.

Zacząć wypada od tego, że wśród osób wybit­nych i sław­nych kobiety pozo­stają w mniej­szo­ści. Stąd też liczba Polek, które zyskały świa­towy roz­głos, jest doprawdy nie­wielka. Wymie­nić by można chro­no­lo­gicz­nie: znaną po obu stro­nach Atlan­tyku aktorkę dra­ma­tyczną Helenę Modrze­jew­ską, a zaraz po niej autorkę pio­nier­skich prac w dzie­dzi­nie pro­mie­nio­twór­czo­ści Marię Skło­dow­ską-Curie, która jako pierw­sza kobieta otrzy­mała Nagrodę Nobla (i to dwu­krot­nie); wspo­mnieć wypa­da­łoby o kilku przed­sta­wi­ciel­kach świata muzyki i pla­styki oraz lite­ra­tury - bo prze­cież noblistką została też poetka Wisława Szym­bor­ska. Ale w spo­rcie Polką naprawdę znaną i uznaną przez cały świat była tylko Irena Kir­szen­stein-Sze­wiń­ska, lek­ko­atletka, która sama stwo­rzyła jakby odrębną epokę swo­imi wystę­pami w pię­ciu kolej­nych igrzy­skach olim­pij­skich (1964-1980), aż sie­dem razy sta­jąc na podium. A odby­wało się to już w dobie ogar­nia­ją­cej wszyst­kie kon­ty­nenty tele­wi­zji sate­li­tar­nej, dzięki któ­rej widow­nia podzi­wia­jąca Irenę w jed­nym momen­cie mogła być liczona już nie w milio­nach, ale w miliar­dach. Pro­wa­dzący naj­bar­dziej pre­sti­żową i naj­bar­dziej obiek­tywną doroczną kla­sy­fi­ka­cję zawod­ni­ków i zawod­ni­czek w lek­ko­atle­tyce ame­ry­kań­ski maga­zyn "Track&Field News" daje Ire­nie zde­cy­do­wa­nie pierw­sze miej­sce w spo­rzą­dzo­nych pod róż­nym kątem ran­kin­gach histo­rycz­nych, potwier­dza­jąc, że jest ona naj­lep­szą lek­ko­atletką wszech cza­sów.

Pierw­sza Dama

Wie­lo­let­nie pasmo mię­dzy­na­ro­do­wych suk­ce­sów dłu­go­no­giej war­sza­wianki to w moim prze­ko­na­niu naj­pięk­niej­szy roz­dział w histo­rii sportu pol­skiego, a roz­dział ten został po latach uko­ro­no­wany dwu­dzie­sto­let­nią aktyw­no­ścią byłej mistrzyni w Mię­dzy­na­ro­do­wym Komi­te­cie Olim­pij­skim, w agen­dach świa­to­wej cen­trali lek­ko­atle­tycz­nej (IAAF) i Euro­pej­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Lek­ko­atle­tycz­nego (EAA), jak rów­nież Pol­skiego Związku Lek­kiej Atle­tyki, Pol­skiego Komi­tetu Olim­pij­skiego (PKOl), Towa­rzy­stwa Olim­pij­czy­ków Pol­skich i Świa­to­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Olim­pij­czy­ków (World Olym­pians Asso­cia­tion - WOA).

Sze­wiń­ska nie była spor­tową efe­me­rydą. I na podwórku kra­jo­wym, i na świa­to­wej are­nie pozo­sta­wiła aż nadto trwały ślad. Nic dziw­nego, że w naszym spo­rcie tylko ją tytu­ło­wano "Pierw­szą Damą", a kła­niali jej się wszy­scy: inni wielcy mistrzo­wie, naj­sław­niejsi arty­ści, poli­tycy z pierw­szych stron gazet, monar­cho­wie, no i dzien­ni­ka­rze, ceniący Irenę szcze­gól­nie za to, że potra­fiła uczy­nić ze sportu szla­chetną sztukę współ­za­wod­nic­twa, zawsze oka­zu­jąc sza­cu­nek wobec rywa­lek. Nawet tych, które wal­czyły z nią nie­uczci­wymi meto­dami. No i do ostat­niej chwili życia gło­siła radość z upra­wia­nia sportu.

Nie tylko medale i rekordy decy­do­wały o kla­sie tej wspa­nia­łej spor­t­smenki. Klasę tę w rów­nej mie­rze cha­rak­te­ry­zo­wała usta­bi­li­zo­wana forma na wyso­kim pozio­mie i skromny, ujmu­jący spo­sób bycia, a zara­zem swo­ista god­ność, która skło­niła dzien­ni­ka­rzy fran­cu­skich do tytu­ło­wa­nia Sze­wiń­skiej mia­nem "Une Grande Dame". Tak samo pod­szedł zresztą do niej pre­zy­dent Fran­cji Valery Giscard d'Esta­ing, który w 1975 r. oso­bi­ście wrę­czał Ire­nie nagrodę prze­zna­czoną dla naj­lep­szej spor­t­smenki świata, a kiedy przy­był wkrótce potem z ofi­cjalną wizytą do Pol­ski, od razu wysto­so­wał do niej zapro­sze­nie na uro­czy­sty ban­kiet w kró­lew­skim pałacu w Wila­no­wie.

W ciągu mojej już bli­sko 50-let­niej pracy w dzien­niku "Prze­gląd Spor­towy" przy­szło mi reje­stro­wać i komen­to­wać wiele frag­men­tów kariery zna­ko­mi­tej spor­t­smenki. Towa­rzy­szy­łem jej na mniej­szych i więk­szych impre­zach spor­to­wych, na wiel­kich fetach - jak doroczne gale lek­ko­atle­tyczne w Monako - i wiel­kich balach. Mia­łem też moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w życiu towa­rzy­skim Ireny i jej męża, mojego ser­decz­nego druha z "Prze­glądu Spor­to­wego" - Janu­sza Sze­wiń­skiego, dla mnie - foto­re­por­tera numer jeden. Duma roz­pie­rała mi pierś zwłasz­cza wtedy, gdy ta moja rówie­śniczka (rocz­nik 1946) udo­wad­niała swo­imi zwy­cię­stwami, że nasze mocno nie­do­ży­wione po kata­kli­zmie dru­giej wojny świa­to­wej i cokol­wiek cher­lawe poko­le­nie nie ustę­puje w spo­rcie przed­sta­wi­cie­lom o wiele póź­niej­szych gene­ra­cji, któ­rzy mogli już wyra­stać w o niebo lep­szych warun­kach, w cza­sach - co tu dużo mówić - dobro­bytu.

Boha­te­ro­wie sportu róż­nią się od wybit­nych jed­no­stek w innych dzie­dzi­nach życia. Znacz­nie czę­ściej mie­wają waha­nia formy, czym iry­tują kibi­ców. Mistrz bieżni nie pobie­gnie codzien­nie w tem­pie rekordu świata. Sze­wiń­ska była jed­nak o tyle wyjąt­kiem, że wro­dzony talent i sumien­ność w tre­ningu pozwa­lały jej utrzy­my­wać wysoką formę dłu­gie lata. Widzo­wie na sta­dio­nach pod każdą sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficzną wie­dzieli, że na tę zawod­niczkę można zawsze liczyć. Od początku do końca każ­dego sezonu. Bar­dzo rzadko spra­wiała zawód. Zapewne dla­tego cie­szyła się tak powszechną sym­pa­tią.

Jed­nym sło­wem - Ire­nis­sima!

Nie­jed­no­krot­nie byłem świad­kiem, jak samo wywo­ła­nie nazwi­ska "Sze­wiń­ska" przez komen­ta­tora pobu­dzało przy­chylny szmer okla­sków i podziwu. Sza­cu­nek dla naszej super­mi­strzyni był na przy­kład w Ostra­wie i Bra­ty­sła­wie tak wielki, że spi­ke­rzy ogła­sza­jący na tam­tej­szych sta­dio­nach listy star­towe, choć w zasa­dzie ogra­ni­czali komu­ni­kat do imion i nazwisk zawod­ni­ków, w tym jed­nym jedy­nym wypadku pod­kre­ślali pre­stiż Polki, tytu­łu­jąc ją "panią Ireną Sze­wiń­ską". Owa czo­ło­bit­ność zawsze mnie ude­rzała, ile­kroć znaj­do­wa­łem się na zawo­dach ostraw­skiej Zla­tej Tre­try i bra­ty­sław­skiej "Pete­eski" (Pra­vda - Tele­vi­zia - Slo­vnaft). Ire­nie spra­wiało to nie­wąt­pliwą przy­jem­ność. Mia­nem "Wiel­kiej Damy" bodaj jako pierw­sza z gazet zaczęła hono­ro­wać pol­ską kró­lową lek­ko­atle­tyki pary­ska "L'Equ­ipe" - i to sfor­mu­ło­wa­nie chyba naj­le­piej odda­wało renomę lek­ko­atletki. Być "Wielką Damą" na sta­dio­nie, gdzie pot zalewa oczy, a gry­mas wysiłku wykrzy­wia twarz, gdzie emo­cje i stresy - to wielka sztuka, jaką może pochwa­lić się nie­wiele spor­t­sme­nek. Sze­wiń­ska posia­dła też inną wielką sztukę - bycia sobą nie­za­leż­nie od czasu i miej­sca wyda­rze­nia oraz splotu oko­licz­no­ści życio­wych. Roz­po­częła karierę jako skromna, ujmu­jąca spo­so­bem zacho­wa­nia zawod­niczka i tak ją zakoń­czyła.

A ile można wska­zać innych przy­kła­dów braku jakie­go­kol­wiek zma­nie­ro­wa­nia w następ­stwie wznie­ca­nego wokół kogoś medial­nego szumu, bły­ska­wicz­nie rosną­cej sławy? Przy­szłość wyka­zała, że wiele kolej­nych gwiazd naszego sportu takiemu zma­nie­ro­wa­niu łatwo ule­gło, psu­jąc swój wize­ru­nek wiel­kiego mistrza publicz­nym obja­wia­niem pychy i zacho­wa­niami, jakie nie mogą budzić akcep­ta­cji. Irena jed­nak była do końca sobą, kimś szcze­rym, otwar­tym, ser­decz­nym, nie­oka­zu­ją­cym nikomu nawet cie­nia wyż­szo­ści.

Sprint stał się domeną Ireny na długie lata.

Na spor­to­wej are­nie podzi­wia­li­śmy ją przez bez mała 20 lat. Były okresy mozol­nego tre­ningu, stop­nio­wego ulep­sza­nia naj­drob­niej­szych ele­men­tów tech­niki bie­ga­nia i ska­ka­nia. Był czas stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i czas macie­rzyń­stwa, po któ­rym trzeba było nie lada wysiłku, by na powrót zna­leźć się w czo­łówce świa­to­wej i rywa­li­zo­wać z mło­dym poko­le­niem lek­ko­atle­tek. Była znów wielka radość z impo­nu­ją­cych suk­ce­sów. Był wielki triumf repre­zen­to­wa­nego przez nią kon­se­kwent­nie czy­stego sportu nad bru­dem far­ma­ko­lo­gicz­nego dopingu. I wyj­ście - bez naj­mniej­szego szwanku - z bru­tal­nej rywa­li­za­cji pro­pa­gan­do­wej, jaka - w następ­stwie zim­nej wojny - wytwo­rzyła się pomię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem. Były zwy­cię­stwa w licz­nych ple­bi­scy­tach, były zaszczyty, dale­kie podróże. I niskie ukłony naj­więk­szych oso­bi­sto­ści tego świata.

Dłu­go­trwała kariera spor­towa Sze­wiń­skiej jed­nych zachwy­cała, innych draż­niła. No cóż - o gustach się nie dys­ku­tuje. Powia­dali mi nie­raz zna­jomi: ona wygrywa wprost do znu­dze­nia, to prze­staje być inte­re­su­jące. Tak, wygry­wała aż do znu­dze­nia, wyjąw­szy ostat­nie trzy lata star­tów. Trudno jed­nak, by spor­towe zwy­cię­stwa mieć komu­kol­wiek za złe. Nikt się dziś nie obraża na Por­tu­gal­czyka Cri­stiano Ronaldo i Argen­tyń­czyka Leo Mes­siego, że są w piłce noż­nej bez­u­stan­nie naj­lepsi. Tym bar­dziej można się dzi­wić, iż pasmo zwy­cięstw Ireny, jak kie­dyś seria trium­fów fiń­skiego dłu­go­dy­stan­sowca Paavo Nur­miego, mogło kogo­kol­wiek znu­dzić. Przed­wo­jenny mistrz sprintu, a potem dzien­ni­karz spor­towy Edward Tro­ja­now­ski zna­lazł - może naj­traf­niej­sze - okre­śle­nie wyra­ża­jące prze­wagi Sze­wiń­skiej. Był to póź­niej nader czę­sto uży­wany, a nawet naduży­wany ter­min "Ire­nis­sima", nawią­zu­jący do stop­nia naj­wyż­szego przy­miot­ni­ków w języku wło­skim. Moim zda­niem bar­dzo trafny, ale i on iry­to­wał nie­któ­rych. Pew­nie dla­tego, że postać i cała kariera pol­skiej spor­t­smenki numer jeden sta­no­wiły pewien ideał, do któ­rego trudno było się od jakiej­kol­wiek strony przy­cze­pić. W zasa­dzie wszystko się wciąż zapi­sy­wało na plus. Żad­nych kom­pro­mi­ta­cji, żad­nych eks­tra­wa­gan­cji, żad­nych skan­dali. Widać owa nie­ska­zi­tel­ność była dla żąd­nych nie­zdro­wej sen­sa­cji obser­wa­to­rów sportu nie do przy­ję­cia.

Będąc z natury prze­ogrom­nym talen­tem, zdo­łała udo­wod­nić w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku, że - wbrew pozo­rom - w dzi­siej­szej dobie szanse zwy­cię­ża­nia mają nie tylko spor­towcy "z retorty", względ­nie naszpry­co­wane far­ma­ko­lo­gicz­nie sta­dio­nowe broj­lery. Swoim nie­po­wta­rzal­nym dłu­gim kro­kiem prze­mie­rzyła kilka lek­ko­atle­tycz­nych epok. Zmie­rzyła się z przed­sta­wi­ciel­kami kilku nastę­pu­ją­cych po sobie gene­ra­cji. Prze­ła­mała ówcze­sne bariery fizjo­lo­giczne. Poka­zała piękno sportu, odkry­wa­jąc różne jego obli­cza.

A jak się to wszystko tak naprawdę zaczęło? Spró­bujmy rzecz uchwy­cić - in statu nascendi, czyli się­ga­jąc do początku rodzin­nych życio­ry­sów.

Roz­dział 1

TRÓJ­KĄT KIJÓW - LENIN­GRAD - WAR­SZAWA

Histo­ria wiel­kich wojen splata się czę­sto z histo­rią sportu. Nikomu jed­nak to nawet przez głowę nie prze­szło, gdy 29 lipca 1976 roku miliar­dowa widow­nia, skła­da­jąca się z tele­wi­dzów nie­mal wszyst­kich zakąt­ków kuli ziem­skiej, wstrzy­mała oddech, podzi­wia­jąc finisz szczu­płej, dłu­go­no­giej Polki, która w impo­nu­ją­cym stylu wygrała w Mont­re­alu olim­pij­ski finał biegu na 400 metrów, usta­na­wia­jąc rekord świata - 49.29 sekundy. Występ tej 30-let­niej naów­czas bie­gaczki wzbu­dził szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie, ponie­waż do mety zmie­rzała super­gwiazda, uznana dwa lata wcze­śniej za naj­lep­szą spor­t­smenkę naszej pla­nety. Nadto zaś bie­gła ona po swój już siódmy medal igrzysk olim­pij­skich, nie­jako koro­nu­jący wie­lo­let­nią serię lek­ko­atle­tycz­nych wystę­pów.

Gdyby 24 maja 1946 roku jakiś pro­rok zapo­wie­dział rodzi­com przy­szłej mont­re­al­skiej trium­fa­torki, że ich naro­dzona wła­śnie córka spor­to­wymi doko­na­niami zachwyci cały świat, na pewno nie uwie­rzy­liby w tę prze­po­wied­nię, gnież­dżąc się w cia­snym poko­iku domu stu­denc­kiego w pod­no­szą­cym się z wiel­kim tru­dem z wojen­nego kata­kli­zmu Lenin­gra­dzie. Trwa­jąca bli­sko 900 dni nie­miecka blo­kada tego mia­sta (1941-1944) spra­wiła, że 97 pro­cent spo­śród bli­sko miliona rosyj­skich ofiar najazdu hitle­row­skiej armii wyzio­nęło tam ducha na sku­tek głodu i cho­rób. W naj­gor­szym okre­sie noto­wano przy­padki kani­ba­li­zmu i do dziś szo­kują nas zdję­cia wygło­dzo­nych dzieci-szkie­le­tów.

Pod koniec lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku Lenin­grad, w okre­sie 1914-1924 nazy­wany Pio­tro­gro­dem, gło­do­wał w warun­kach pokoju, nękany z jed­nej strony suszą, z dru­giej zaś sza­leń­stwami bez­względ­nej wła­dzy sowiec­kiej. Wtedy jed­nak pomoc żyw­no­ściową przy­słali stat­kiem Ame­ry­ka­nie, wyko­rzy­stu­jąc zbaw­cze poło­że­nie miej­sco­wo­ści przy wiel­kim jezio­rze Ładoga. W cza­sie nie­miec­kiej blo­kady wsze­lako gene­ra­lis­si­mus Józef Sta­lin - zamiast dostar­czać miesz­kań­com żyw­ność - wolał słać przez jezioro dostawy surow­ców do pro­duk­cji broni i wypro­du­ko­waną broń tą samą drogą z Lenin­gradu zabie­rać. Nic dziw­nego, że - jak w wielu innych miej­scach impe­rium sowiec­kiego - kromka chleba była w dru­gim co do wiel­ko­ści mie­ście Rosji na wagę złota. I w roku 1946 nikt nawet nie myślał o przy­wró­ce­niu Lenin­gradowi histo­rycz­nej nazwy z cza­sów car­skich - Sankt Peters­burg, co nastą­piło dopiero 45 lat póź­niej, po demon­tażu poli­tycz­nego kolosa, jakim był Zwią­zek Socja­li­stycz­nych Repu­blik Radziec­kich.

Pamiątka z przedszkola, Irenka druga z prawej w drugim rzędzie od góry (w okularach).

Tym bar­dziej więc warto zdać sobie sprawę, w jakich warun­kach przy­szła na świat Irena Kir­szen­stein, naj­zna­ko­mit­sza pol­ska spor­t­smenka w histo­rii, bar­dziej znana już pod przy­ję­tym po zamąż­pój­ściu nazwi­skiem - Sze­wiń­ska. Gdyby nie doszło do szczę­śli­wej repa­tria­cji w 1947 roku i prze­nie­sie­nia z Lenin­gradu do War­szawy wraz z rodzi­cami - uro­dzo­nego w War­sza­wie Jakuba Kir­szen­steina i wywo­dzą­cej się z Kijowa Euge­nii Rafal­skiej, losy Ireny poto­czy­łyby się naj­praw­do­po­dob­niej cał­kiem ina­czej. I żało­wałby tego zapewne prze­by­wa­jący od dawna w zaświa­tach wielki pod­skarbi litew­ski, Hie­ro­nim Krysz­pin-Kir­szensz­tein (1663-1676), być może jeden z dal­szych przod­ków Jakuba.

To dzięki ukochanej mamie Eugenii Rafalskiej poszła pierwszy raz na zawody lekkoatletyczne - Memoriał Janusza Kusocińskiego.

Skom­pli­ko­wane koleje losu Rze­czy­po­spo­li­tej spra­wiły na przy­kład, że w latach dwu­dzie­stych ubie­głego wieku docze­ka­li­śmy się zna­ko­mi­tego dzie­się­cio­bo­isty w oso­bie Anto­niego Cej­zika tylko dla­tego, że po pro­stu cudem udało mu się wydo­stać ze świeżo zało­żo­nego impe­rium komu­ni­stycz­nego - ZSRR, gdzie zdą­żył ukoń­czyć szkołę bale­tową i co nieco wyćwi­czyć się w spo­rcie. Nasz naj­lep­szy - obok Janu­sza Kuso­ciń­skiego - przed­wo­jenny bie­gacz na śred­nich i dłu­gich dystan­sach Sta­ni­sław Pet­kie­wicz był imi­gran­tem z Łotwy. Z kolei syn osia­dłego z dawna na Litwie i zamor­do­wa­nego za współ­pracę z wileń­ską AK hra­biego Wła­dy­sława Komara - Wła­dy­sław Komar junior - został wpraw­dzie w roku 1945 wwie­ziony na tery­to­rium powo­jen­nej Pol­ski na bia­łym koniu, ale... czer­wo­no­ar­mi­sty, a przy­szły mistrz olim­pij­ski i rekor­dzi­sta świata w skoku o tyczce Wła­dy­sław Koza­kie­wicz to także repa­triant - do Pol­ski przy­był wraz z rodziną z tery­to­rium radziec­kiej Litwy.

Podczas wakacji nad morzem.

Życio­rys Jakuba Kir­szen­ste­ina

Rodo­wód Ireny Kir­szen­stein-Sze­wiń­skiej naj­le­piej ilu­struje życio­rys jej ojca, wła­sno­ręcz­nie przez niego napi­sany. Jest to bar­dzo cie­kawa opo­wieść ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem pery­pe­tii Jakuba i jego przy­szłej żony w okre­sie dru­giej wojny świa­to­wej. Z wyjąt­kiem śród­ty­tu­łów tekst jest przed­sta­wiony w ory­gi­nale - bez jakich­kol­wiek popra­wek.

Tu Niemcy, tam Sowieci...

Uro­dzi­łem się w War­sza­wie 24.06.1919 r. Ojciec z matką pro­wa­dzili ate­lier i pra­cow­nię kuśnier­ską w War­sza­wie. Mia­łem jesz­cze troje młod­szego rodzeń­stwa, 2 braci i naj­młod­szą sio­strę. Naukę roz­po­czą­łem w wieku 6 lat w pry­wat­nej szkole pod­sta­wo­wej, po ukoń­cze­niu któ­rej kon­ty­nu­owa­łem naukę w gim­na­zjum, po czym roz­po­czą­łem wyż­sze stu­dia na wydziale elek­trycz­nym. Stu­dio­wa­łem 2 lata aż do napa­ści nie­miec­kiej na Pol­skę w 1939 r. Bra­łem wów­czas udział w obro­nie War­szawy.

Drugi okres wojny

Po 3 mie­sią­cach w początku grud­nia wraz z kil­koma kole­gami opu­ści­łem War­szawę, uda­jąc się na wschód i po wielu pery­pe­tiach dosta­łem się do strefy zaję­tej przez woj­ska radziec­kie. Dotar­łem do Lwowa, gdzie spo­tka­łem wielu kole­gów, któ­rzy przy­byli wcze­śniej. Zosta­łem przy­jęty na Poli­tech­nikę Lwow­ską, gdzie mogłem kon­ty­nu­ować stu­dia. We Lwo­wie spo­tka­łem młod­szego brata, który opu­ścił War­szawę wraz ze swymi kole­gami przede mną. We Lwo­wie sta­rał się dostać na stu­dia na uni­wer­sy­te­cie, ale nie był przy­jęty i posta­no­wił wró­cić do War­szawy. Ostat­nią kartkę od rodziny (ojciec, matka, dwóch braci, sio­stra) otrzy­muje w marcu 1941 roku. Po tej odkrytce, którą do dziś zacho­wał, nie miał od nich wię­cej żad­nych wia­do­mo­ści. Jak się już póź­niej dowie­dział, wszy­scy zgi­nęli w Tre­blince.

Kie­ru­nek - Uzbe­ki­stan

Po natar­ciu wojsk nie­miec­kich na ZSRR ucie­kłem ze Lwowa i na pie­chotę wraz z kole­gami, cho­dząc tylko nocą - dosta­li­śmy się do sta­rej pol­sko-radziec­kiej gra­nicy, gdzie dosta­li­śmy się do pociągu, któ­rym dotar­li­śmy do Kijowa. Tam szła pełna ewa­ku­acja fabryk i lud­no­ści na daleki wschód. Udało się nam dostać do pociągu towa­ro­wego z otwar­tymi wago­nami, któ­rym po prze­szło 30 dniach podróży i po zmia­nach pocią­gów dotar­li­śmy do Tasz­kientu. W Tasz­kien­cie znaj­do­wało się już kil­ka­set tysięcy ucie­ki­nie­rów i dora­dzono nam, aby jechać dalej do Samar­kandy. Natu­ral­nie wszystko to, co poda­łem wyżej, nie szło tak gładko, cza­sem trak­to­wano nas jak szpie­gów, ponie­waż nie zna­li­śmy języka rosyj­skiego, a z dowo­dów wyni­kało, że jeste­śmy z Pol­ski. W Samar­kan­dzie zaczą­łem pra­co­wać jako elek­tryk w bro­wa­rze przy kon­ser­wa­cji maszyn elek­trycz­nych.

Zostaję Sybi­ra­kiem

Po kilku mie­sią­cach pracy, zimą 1941 r., zosta­łem wraz z wie­loma innymi odtran­spor­to­wany do pracy na Sybe­rii w oko­li­cach Cze­la­biń­ska, gdzie pra­co­wa­łem jako elek­tryk przy kon­ser­wa­cji sieci wyso­kiego napię­cia zasi­la­ją­cej zakłady prze­my­słu zbro­je­nio­wego w Cze­la­biń­sku. Praca była bar­dzo ciężka i pole­gała m.in. na nacią­ga­niu pęka­ją­cych, przy tem­pe­ra­tu­rze docho­dzą­cej do -60 stopni, prze­wo­dów elek­trycz­nych. W końcu 1943 r. zosta­łem zwol­niony i wró­ci­łem do Samar­kandy, gdzie znów zaczą­łem pra­co­wać już w innym zakła­dzie, jako elek­tryk.

Gdzie by tu się schować przed mamą...

Okres stu­diów w ZSRR

W tym cza­sie (1944 r.) znaj­do­wał się w Samar­kan­dzie (Uzbe­ki­stan) ewa­ku­owany z Lenin­gradu Insty­tut Inży­nie­rów Kine­ma­to­gra­fii m.in. z wydzia­łem elek­trycz­nym. Zgło­si­łem się tam i po moim piśmie do Komi­tetu do Spraw Wyż­szej Szkoły w Moskwie (ówcze­sne Mini­ster­stwo Szkol­nic­twa Wyż­szego) zosta­łem przy­jęty i mogłem kon­ty­nu­ować stu­dia.

Stu­dia w Insty­tu­cie Kine­ma­to­gra­fii, poza ogól­nymi przed­mio­tami teo­re­tycz­nymi, obej­mo­wały zagad­nie­nia elek­tro­aku­styki, nagła­śnia­nia, aku­styki wnętrz, ochrony od hała­sów, pro­jek­to­wa­nia stu­diów fil­mo­wych, kino­te­atrów, kon­struk­cji sprzętu sto­so­wa­nego w tech­nice fil­mo­wej itp. W Samar­kan­dzie w cza­sie stu­diów pozna­łem moją przy­szłą żonę Euge­nię Rafal­ską, która była ucie­ki­nierką z Kijowa i stu­dio­wała na wydziale foto-che­micz­nym w tym samym insty­tu­cie.

W 1945 r. pobra­li­śmy się i wraz z Insty­tu­tem, który reewa­ku­ował się, wyje­cha­li­śmy do Lenin­gradu. Mia­sto wów­czas leżało w gru­zach.

W 1946 r. uro­dziła się w Lenin­gra­dzie córka Irena. W związku z reewa­ku­acją oby­wa­teli pol­skich znaj­du­ją­cych się w ZSRR uzy­ska­łem w tym samym roku, z Pol­skiej Dele­ga­tury w Moskwie, zgodę na pozo­sta­nie w Lenin­gra­dzie do zakoń­cze­nia stu­diów. W 1947 ukoń­czy­łem stu­dia, uzy­sku­jąc dyplom inży­niera elek­tryka. Opi­nia Komi­sji - Bar­dzo Dobra.

Powrót do War­szawy

W 1947 r. wraz z żoną i dziec­kiem wró­ci­łem do Pol­ski. Jako cie­ka­wostkę mogę dodać, że to nie było takie pro­ste. Gdy zgło­si­łem się na mili­cję, aby dostać zgodę na wyjazd, zażą­dano, abym przed­sta­wił doku­menty, że jestem z Pol­ski. Doku­menty przed­ło­żone przeze mnie zostały uznane jako nie­ważne, ponie­waż były pisane po pol­sku. Na moje wyja­śnie­nia, że Pol­ska jest i była nie­za­leż­nym kra­jem, ze swoim języ­kiem i pismem, uznano to za nie­wy­star­cza­jące i zażą­dano, aby wyko­nać urzę­dowe tłu­ma­cze­nie na język rosyj­ski. W Lenin­gra­dzie - milio­no­wym mie­ście - nie było żad­nego urzę­dowego tłu­ma­cza, a naj­bliż­szy był w Moskwie. Na wyjazd do Moskwy potrzebna była dele­ga­cja. Zgło­si­łem się wów­czas do rosyj­skiej Aka­de­mii Nauk i na dziale języ­ków sło­wiań­skich pro­fe­sor języka pol­skiego napi­sała tłu­ma­cze­nie, przy­ło­żyła pie­częć Aka­de­mii Nauk i to pozwo­liło uzy­skać doku­ment upo­waż­nia­jący do wyjazdu.

Rodzina żony

Do wojny żona wraz ze swoją rodziną miesz­kała w Kijo­wie. Ojciec jej w okre­sie sta­li­now­skim był prze­śla­do­wany. Zmarł, gdy żona i jej sio­stra były jesz­cze małe. Sio­stra oraz jej mąż rów­nież mieli wyż­sze stu­dia. Syn sio­stry, tzn. kuzyn Ireny, jest rów­nież inży­nie­rem.

Praca na ziemi pol­skiej

Po przy­by­ciu do Pol­ski zgło­si­łem się do Cen­tral­nego Urzędu Kine­ma­to­gra­fii i roz­po­czą­łem pracę w Nad­zo­rze Tech­nicz­nym Filmu Pol­skiego, a po zor­ga­ni­zo­wa­niu jed­nostki naukowo-badaw­czej (FODU) prze­sze­dłem do tej jed­nostki jako kie­row­nik jed­nego z zakła­dów, gdzie kon­stru­owano nowe sprzęty fil­mowe. W tym cza­sie byłem rów­nież kon­sul­tan­tem dla pro­jek­tan­tów z Biura Pro­jek­tów w zakre­sie moich spe­cjal­no­ści - kino­tech­niki i aku­styki. Na pole­ce­nie Pre­zesa Kine­ma­to­gra­fii byłem prze­nie­siony na sta­no­wi­sko Dyrek­tora Tech­nicz­nego na okres 1 roku dla zor­ga­ni­zo­wa­nia działu tech­nicz­nego, po czym wró­ci­łem do FODU.

W 1953 r. odsze­dłem z FODU i prze­sze­dłem do Spe­cja­li­stycz­nego Biura Pro­jek­tów - Mia­sto­pro­jekt na stały etat, jako kie­row­nik zespołu w zakre­sie kino­tech­niki, aku­styki wnętrz, ochrony od hała­sów i mega­fo­ni­za­cji. Biuro to - w zakre­sie zagad­nień teatral­nych i fil­mo­wych - współ­pra­co­wało nie­mal ze wszyst­kimi biu­rami pro­jek­to­wymi w Pol­sce pro­jek­tu­ją­cymi obiekty wido­wi­skowe i wido­wi­skowo-spor­towe, pra­cow­nie kon­ser­wa­cji zabyt­ków itp. Czę­sto bywa­łem powo­ły­wany jako eks­pert dla Mini­ster­stwa Kul­tury.

Lista moich dzieł

W zespole wyszko­li­łem cały sze­reg spe­cja­li­stów w tych zagad­nie­niach. Nie­mal we wszyst­kich mia­stach w Pol­sce znaj­dują się obiekty, dla któ­rych w cza­sie mojej pracy opra­co­wa­łem pro­jekty dla dużej ilo­ści kino­te­atrów, teatrów dra­ma­tycz­nych, ope­ro­wych, sal kon­cer­to­wych, audy­to­riów, teatrów na tere­nach otwar­tych, szkół muzycz­nych, domów kul­tury i wytwórni fil­mo­wych oraz dużych hal wido­wi­skowo-spor­to­wych. Nie­które z nich są opi­sane w pol­skiej lite­ra­tu­rze tech­nicz­nej, nie­które były pozy­tyw­nie oce­niane w pra­sie. Do bar­dziej zna­nych zre­ali­zo­wa­nych obiek­tów można mię­dzy innymi zali­czyć: trzy wytwór­nie fil­mowe - WFF w Łodzi z dużym nowo­cze­snym budyn­kiem dźwięku, WFO w Łodzi, WFF we Wro­cła­wiu, Operę Naro­dową w Łodzi, Operę w Gdań­sku, Halę Spor­towo-Wido­wi­skową w Kato­wi­cach, Szpi­tal Dzie­cięcy - dar ame­ry­kań­ski w Kra­ko­wie, hotel w Kra­ko­wie.

Irena z Andrzejkiem w wózku podczas spaceru z mamą - Eugenią Rafalską oraz tatą - Jakubem Kirszensteinem, któremu towarzyszy druga córka Ania.

Druga żona i córka

Po powro­cie do Pol­ski żona przez jakiś czas, gdy Irenka była mała, uczyła się języka pol­skiego oraz zaczęła kon­ty­nu­ować swoje stu­dia na Poli­tech­nice War­szaw­skiej na wydziale che­mii. Po uzy­ska­niu dyplomu zaczęła pra­co­wać w Insty­tu­cie Wzor­nic­twa Prze­my­sło­wego. W 1953 r. roze­szli­śmy się. Irena została przy matce. W 3 lata po roz­wo­dzie powtór­nie się oże­ni­łem i w 1957 r. mia­łem jesz­cze jedną córkę. Z Ireną i matką utrzy­my­wa­li­śmy poprawne sto­sunki i od czasu do czasu spo­ty­ka­li­śmy się. Na urlopy let­nie lub zimowe, gdy Irena była mała, wyjeż­dża­li­śmy razem z nią. Bar­dzo cie­szy­łem się, sły­sząc o jej pierw­szych zain­te­re­so­wa­niach spor­to­wych i wyni­kach w wieku 12 lat, gdy cho­dziła jesz­cze do szkoły pod­sta­wo­wej.

* * *

Druga córka Jakuba - Anna - dołą­czyła do powyż­szego życio­rysu swój wła­sny tekst zaty­tu­ło­wany:

Por­tret zna­nego pol­skiego aku­styka Jakuba Kir­szen­ste­ina

Jakub Kir­szen­stein, aku­styk-pro­jek­tant i badacz, uro­dził się w War­sza­wie w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Dzie­ciń­stwo spę­dził w domu rodzin­nym przy Placu Żela­znej Bramy róg Gra­nicz­nej. Tutaj nie­da­leko znaj­do­wała się jedna z czte­rech bram do Ogrodu Saskiego. W pobliżu był Bank Sie­ro­szew­skiego, cukier­nia Kotlic­kich. Z jed­nej strony miesz­ka­nia okna wycho­dziły na poma­rań­czar­nię w ogro­dzie Saskim. Wolne chwile młody Jakub spę­dzał na spa­ce­rach po wiel­kim Ogro­dzie, odwie­dza­jąc Poma­rań­czar­nię, ogró­dek Raua i inne zakątki mię­dzy wej­ściem do Ogrodu i gro­bem Nie­zna­nego Żoł­nie­rza, wstę­pu­jąc cza­sem do pijalni mleka Siga­lina. Po ukoń­cze­niu gim­na­zjum został przy­jęty do jed­nej z war­szaw­skich uczelni - Pań­stwo­wej Wyż­szej Szkoły Budowy Maszyn i Elek­tro­tech­niki imie­nia Wawel­berga i Rotwanda przy ulicy Moko­tow­skiej 6. Wybuch II Wojny Świa­to­wej prze­rywa stu­dia.

Na apel pre­zy­denta mia­sta bie­rze udział w obro­nie War­szawy. Ponadto wraz z innymi sąsia­dami zrzuca z dachu domu bomby zapa­la­jące, które z samo­lo­tów były zrzu­cane na mia­sto. Po nalo­tach czę­sto spo­ty­kało się na uli­cach zabi­tych i ran­nych ludzi, dogo­ry­wa­jące konie, zbom­bar­do­wane i palące się domy...

Wraz z młod­szym bra­tem posta­na­wia w uzgod­nie­niu z rodziną opu­ścić War­szawę, przed tym zaopa­tru­jąc rodzinę w arty­kuły żyw­no­ściowe. Młod­szy o dwa lata brat Jakuba wraz z kil­koma kole­gami pierw­szy opusz­cza War­szawę, uda­jąc się z tysią­cami innych war­sza­wia­ków na wschód.

Jakub, po wie­lo­ty­go­dnio­wym poby­cie w zaję­tej przez Niem­ców War­sza­wie, kilka razy zatrzy­my­wany przez poli­cjan­tów war­szaw­skich, rów­nież wraz z czte­rema swo­imi kole­gami opusz­cza sto­licę, uda­jąc się w kie­runku na Zaręby Kościelne - gdzie w pobliżu prze­bie­gała linia demar­ka­cyjna mię­dzy tere­nami zaję­tymi przez woj­ska nie­miec­kie i woj­ska radziec­kie. Prze­cho­dzą w bród przez Bug zatrzy­my­wani raz przez patrol rosyj­ski, a potem nie­miecki i po tych pery­pe­tiach, prze­mar­z­nięci i prze­mo­czeni, dostają się do Zarę­bów Kościel­nych. Tam, dzięki życz­li­wej pomocy pol­skiego dróż­nika, pocią­giem docie­rają do Bia­łe­go­stoku.

Po krót­kim poby­cie w Bia­łym­stoku decy­dują się jechać dalej do Lwowa, gdzie - jak się dowie­dzieli - ist­niała moż­li­wość kon­ty­nu­owa­nia stu­diów i rów­no­cze­śnie unik­nię­cia zsyłki do obo­zów pracy w ZSRR.

We Lwo­wie, zaję­tym przez wła­dzę radziecką, Jakub zostaje przy­jęty na Poli­tech­nikę Lwow­ską (Lwiw­skij Poli­tech­ni­cze­skij Insti­tut). Kon­ty­nu­uje stu­dia na wydziale elek­tro­me­cha­nicz­nym. Tam też we Lwo­wie spo­tyka swo­jego brata, który zde­cy­do­wał się na powrót do War­szawy. Ostat­nią wia­do­mość od rodziny (ojciec, matka, dwóch braci, sio­stra) otrzy­muje w marcu 1941 roku. Po tej odkrytce, którą do dziś zacho­wał, nie miał od nich wię­cej żad­nych wia­do­mo­ści. Jak się już póź­niej dowie­dział, wszy­scy zgi­nęli w Tre­blince.

Po roz­po­czę­ciu dzia­łań wojen­nych pomię­dzy Niem­cami i Rosją, opusz­cza wraz ze swo­imi kole­gami Lwów i pie­chotą dostają się po kilku dniach - tylko noc­nej wędrówki - do sta­rej gra­nicy pol­sko-radziec­kiejw Pod­wo­ło­czy­skach. Pocią­giem, czę­sto bom­bar­do­wa­nym przez samo­loty nie­miec­kie, dostają się do Kijowa.

Przy 60-stop­nio­wym mro­zie

W Kijo­wie, gdzie orga­ni­zo­wana była pełna ewa­ku­acja lud­no­ści, udaje się im wsiąść do pociągu towa­ro­wego - trans­por­tu­ją­cego nor­mal­nie bydło - i wraz z tysią­cem innych ucie­ki­nie­rów jedzie 30 dni przez tereny zamiesz­kałe przez różne narody połu­dniowo-wschod­niego ZSRR. Docie­rają do Tasz­kientu (Uzbe­ki­stan), o któ­rym opo­wia­dał mu w dzie­ciń­stwie ojciec, który w 1910 roku odby­wał tam służbę woj­skową. Z uwagi na olbrzymi napływ ucie­ki­nie­rów z wielu okrę­gów ZSRR jadą dalej do odda­lo­nego o 300 kilo­me­trów mia­sta - Samar­kandy. Tam, jako stu­denci, dostają moż­li­wość cza­so­wego zamiesz­ka­nia w domu aka­de­mic­kim i roz­po­czy­nają poszu­ki­wa­nia pracy. Jakub dostaje ją w bro­wa­rze, jako elek­tryk. Do jego obo­wiąz­ków należy nad­zór nad sprzę­tem, insta­la­cjami elek­trycz­nymi i maszy­nami elek­trycz­nymi nie­zbęd­nymi mię­dzy innymi w urzą­dze­niach chłod­ni­czych i w miej­sco­wej elek­trowni. W wielu rejo­nach, m.in. połu­dniowo-wschod­niego ZSRR, można było spo­tkać ludzi pocho­dzą­cych z daw­nej inte­li­gen­cji car­skiej Rosji, prze­sie­dlo­nych przez wła­dzę radziecką. Byli to ludzie cie­kawi, naj­czę­ściej dobrze wykształ­ceni.

W listo­pa­dzie 1941 roku otrzy­muje zawia­do­mie­nie o sta­wie­niu się w komen­dan­tu­rze woj­sko­wej z oso­bi­stymi rze­czami w związku z przy­dzia­łem do bata­lio­nów pracy. Po dzie­się­cio­dnio­wej podroży pociąg (esze­lon) dociera do małego osie­dla w rejo­nie Cze­la­biń­ska na Sybe­rii. Z zewnątrz ktoś wybił szybę, na sku­tek czego, przy sil­nym mro­zie (-40 stopni), Jakub dostaje zapa­le­nia ucha i natych­miast zostaje prze­trans­por­to­wany do szpi­tala. Po 10 dniach kura­cji wycho­dzi. W tym cza­sie więk­szość ludzi dostała już przy­działy do pracy w Cze­la­biń­sku w zakła­dach CZ.T.Z. (Cze­la­bin­skij Trak­tor­nyj Zawod) - który prze­sta­wił się na pro­duk­cję woj­skową. Jakub zostaje w osie­dlu, gdzie pra­cuje jako elek­tryk przy nad­zo­rze nad sie­cią insta­la­cji wyso­kiego napię­cia zasi­la­jącą zakłady CZ.T.Z. Praca była bar­dzo ciężka. Przy mro­zach docho­dzą­cych do minus 60 stopni pękały prze­wody wyso­kiego napię­cia i trzeba było napra­wiać je, nacią­ga­jąc cięż­kie prze­wody na wyso­ko­ści 15 metrów nad zie­mią. Pobyt w tym obo­zie trwał do połowy 1944 roku.

W wyniku poro­zu­mień, zawar­tych pomię­dzy Rzą­dem Pol­skim w Moskwie a stroną radziecką, zaist­niała moż­li­wość opusz­cze­nia obozu. Jakub - korzy­sta­jąc z tej sytu­acji - zwal­nia się z obozu i wraca z powro­tem do Uzbe­ki­stanu, do Samar­kandy. Zaczyna pra­co­wać jako elek­tryk w przed­się­bior­stwie "Kisz­misz­nyj Zawod" - Zakład zaj­mu­jący się susze­niem rodzy­nek. Sytu­acja panu­jąca ówcze­śnie w zakła­dzie była dziwna. Rodzynki były poszu­ki­wa­nym "towa­rem". Czę­sto zda­rzały się kra­dzieże rodzy­nek z zakładu. Wyno­sili je pra­cow­nicy w swo­ich kie­sze­niach. Były to małe ilo­ści "towaru". W momen­cie wykry­cia braku spo­rej ilo­ści towaru wzma­gała się kon­trola, a potem śledz­two, które zazwy­czaj koń­czyło się zsyłką win­nych do obo­zów. Praw­dziwe jed­nak kra­dzieże były w więk­szo­ści doko­ny­wane przez kie­row­nic­two zakładu. Wywo­żono wów­czas towar całymi wor­kami, natu­ral­nie bez kon­troli. W tym okre­sie Jakub poważ­nie cho­ruje. Zapada na tyfus brzuszny zwany tutaj "pol­skim tyfu­sem", naj­czę­ściej koń­czą­cym się zgo­nem. Rosja­nie lub miej­scowa lud­ność wycho­dzili ze szpi­tala po 2 tygo­dniach. Jest w szpi­talu, z któ­rego po wielu tygo­dniach wycho­dzi sil­nie osła­biony.

Ratu­nek - w Aka­de­mii Nauk ZSRR

W roku 1942-43 z Lenin­gradu zostaje ewa­ku­owany przez Gru­zję do Samar­kandy Insty­tut Inży­nie­rów Kine­ma­to­gra­fii. Dowie­dziaw­szy się o tym, Jakub ubiega się o przy­ję­cie na tę uczel­nię. Wła­dze uczelni nie chcą przyj­mo­wać ucie­ki­nie­rów z innych kra­jów. Wysyła kopie swo­ich doku­men­tów ze stu­diów do Komi­tetu do Spraw Wyż­szych Uczelni w Moskwie z prośbą o zgodę na kon­ty­nu­owa­nie stu­diów. Po mie­siącu zarówno on, jak i uczel­nia otrzy­mują tele­gram "przy­jąć wg przed­ło­żo­nych doku­men­tów". Roz­po­czyna stu­dia w Samar­kan­dzie. W poło­wie 1945 r. Insty­tut zostaje reewa­ku­owany z powro­tem do Lenin­gradu, a wraz z nim wyjeż­dża Jakub. W cza­sie stu­diów inte­re­sują go m.in. zagad­nie­nia zwią­zane z aku­styką wnętrz sali kino­wych i wido­wi­sko­wych, a więc sły­szal­no­ścią w samych salach, warun­kami opty­mal­nymi dla źró­deł dźwięku i dla pomiesz­czeń odsłu­cho­wych, m.in. sal teatral­nych i kon­cer­to­wych. Ponadto inte­re­sują go układy elek­tro­aku­styczne, ochrona od hała­sów, tech­no­lo­gia obiek­tów dla nagrań dźwię­ko­wych oraz odsłu­cho­wych, warunki bez­pie­czeń­stwa itp. Te zagad­nie­nia stały się jego pasją w póź­niej­szej pracy. W okre­sie pobytu w Samar­kan­dzie młody Jakub się żeni. Wraz z mał­żonką wyjeż­dżają do Lenin­gradu, gdzie Jakub kon­ty­nu­uje stu­dia. W Lenin­gra­dzie na świat przy­cho­dzi jego pierw­sza córka - Irena. Obec­nie jedna z naj­bar­dziej zna­nych oso­bi­sto­ści pol­skiego sportu.

W 1945 r. przy­był do Lenin­gradu przed­sta­wi­ciel rządu pol­skiego w Moskwie. Zbiera infor­ma­cje doty­czące oby­wa­teli pol­skich i zała­twia sprawy reewa­ku­acji. Jakub zgła­sza się i uzy­skuje zgodę na pozo­sta­nie w Lenin­gra­dzie do zakoń­cze­nia stu­diów. Po zakoń­cze­niu stu­diów w 1947 roku stara się o powrót do Pol­ski. Udaje się na mili­cję z prośbą o pozwo­le­nie powrotu do ojczy­zny. Dostaje odmowę. Powód: doku­menty są napi­sane po pol­sku, a nie po rosyj­sku. Nie wystar­czają tłu­ma­cze­nia, iż przed wojną Pol­ska była wol­nym

kra­jem z wła­snym języ­kiem. Zażą­dali prze­tłu­ma­cze­nia doku­men­tów na język rosyj­ski przez urzę­do­wego tłu­ma­cza. W kil­ku­mi­lio­no­wym Lenin­gra­dzie nie było ani jed­nego urzę­do­wego tłu­ma­cza, trzeba było jechać do Moskwy. A na wyjazd trzeba mieć prze­pustkę. Podej­muje dal­sze kroki. W Lenin­gra­dzie znaj­duje się Aka­de­mia Nauk ZSRR. Udaje się tam i znaj­duje wydział sla­wi­styki oraz pro­fe­sora języka pol­skiego - to star­sza pani, kie­row­niczka tego wydziału - Polka miesz­ka­jąca w Lenin­gra­dzie jesz­cze w okre­sie przed rewo­lu­cją. Jakub przed­sta­wia swoją sytu­ację. Pani pro­fe­sor od ręki tłu­ma­czy papiery mło­dego Jakuba, prze­pi­suje je na maszy­nie i przy­sta­wia pie­częć Aka­de­mii Nauk ZSRR. W mili­cji dostaje pozwo­le­nie na wyjazd do Pol­ski. Drogą przez Moskwę powraca wraz z rodziną do uko­cha­nej War­szawy. Jest rok 1947.

Życie i praca - jak film

Po powro­cie do Pol­ski Jakub Kir­szen­stein roz­po­czął poszu­ki­wa­nie pracy. Zgło­sił się do Filmu Pol­skiego w War­sza­wie do Dyrek­cji budow­nic­twa fil­mo­wego. Tam otrzy­muje infor­ma­cję, iż Naczelna Dyrek­cja Filmu Pol­skiego znaj­duje się w Łodzi. Jedzie do Łodzi, roz­ma­wia z dyrek­to­rem naczel­nym, potem z dyrek­to­rem kadr, który oka­zuje się byłym przed­sta­wi­cie­lem rządu pol­skiego w Moskwie, tym samym, który zała­twiał w Lenin­gra­dzie sprawy zwią­zane z reewa­ku­acją. Jakub uzy­skuje pro­po­zy­cję pracy w Łodzi oraz infor­ma­cję, iż w następ­nym roku Naczelna Dyrek­cja Filmu Pol­skiego prze­nie­sie się do War­szawy i że są zain­te­re­so­wani jego kwa­li­fi­ka­cjami. Nie przyj­muje tej pracy - nie odpo­wiada mu Łódź - i otrzy­muje obiet­nicę, iż po prze­nie­sieniu Dyrek­cji do War­szawy dosta­nie pracę oraz miesz­ka­nie w War­sza­wie. Wraca do War­szawy. Dostaje tam pracę w Biu­rze Sprze­daży Apa­ra­tów Elek­trycz­nych pod­le­głym Mini­ster­stwu Prze­my­słu i Han­dlu. Dostaje miesz­ka­nie w Ale­jach Nie­pod­le­gło­ści. Po roku pracy otrzy­muje zawia­do­mie­nie o prze­nie­sieniu Naczel­nej Dyrek­cji Filmu Pol­skiego do War­szawy.

Dostaje pro­po­zy­cję pracy w Nad­zo­rze Tech­nicz­nym Filmu Pol­skiego oraz przy­dział tym­cza­so­wego miesz­ka­nia na tere­nie Wytworni Fil­mów Doku­men­tal­nych w War­sza­wie wraz z obiet­nicą otrzy­ma­nia nowego miesz­ka­nia w remon­to­wa­nym budynku Filmu Pol­skiego. Zaj­muje się nad­zo­rem nad stroną tech­niczną woje­wódz­kich zarzą­dów kin. Rów­no­cze­śnie pro­wa­dzi dzia­łal­ność kon­sul­ta­cyjną dla pro­jek­tan­tów pro­jek­tu­ją­cych obiekty zwią­zane z fil­mem, jak wytwór­nie fil­mowe i kino­te­atry. Zaczyna udzie­lać porad tech­nicz­nych, budow­la­nych oraz doty­czą­cych tech­no­lo­gii tych obiek­tów, róż­no­ra­kich insta­la­cji itp. Za zgodą kie­row­nic­twa resortu roz­po­czyna pracę w biu­rze pro­jek­to­wym na 1/2 etatu jako pro­jek­tant. Zostaje rów­nież powo­łany do zespołu redak­cyj­nego mie­sięcz­nika Kino­tech­nik. Kolejno prze­cho­dzi do nowo zor­ga­ni­zo­wa­nego Fil­mo­wego Biura Tech­nicz­nego - będą­cego jed­nostką naukowo-badaw­czą, na sta­no­wi­sko kie­row­nika jed­nego z dzia­łów tech­nicz­nych, gdzie pro­wa­dzi prace zwią­zane z kon­struk­cjami nowych urzą­dzeń fil­mo­wych. Po pew­nym cza­sie otrzy­muje pro­po­zy­cję obję­cia sta­no­wi­ska Dyrek­tora Tech­nicz­nego w Woje­wódz­kim Zarzą­dzie Kin (obej­mu­ją­cym woj. war­szaw­skie, bia­ło­stoc­kie i lubel­skie). Z początku odma­wia, ale potem przyj­muje z warun­kiem, iż po zor­ga­ni­zo­wa­niu spraw­nie dzia­ła­ją­cego działu i warsz­ta­tów wróci do poprzed­niej pracy.

Rodzi się geniusz aku­styki

Po roku wraca do FBT, ale jest coraz bar­dziej zain­te­re­so­wany pracą w zakre­sie pro­jek­to­wa­nia obiek­tów fil­mo­wych i wido­wi­sko­wych, a w szcze­gól­no­ści zagad­nie­niami: aku­styki wnętrz, ochrony prze­ciw­dź­wię­ko­wej, insta­la­cji elek­tro­aku­stycz­nych i kino­tech­nicz­nych.

Jest rok 1953. Zwal­nia się z pracy w resor­cie fil­mo­wym i prze­cho­dzi do pracy w biu­rze pro­jek­to­wym, gdzie pra­cuje aż do 1971 roku. Pierw­szą czyn­no­ścią, po przej­ściu do biura pro­jek­to­wego na pełny etat, było opra­co­wa­nie pro­fe­sjo­nal­nych metod pro­jek­to­wa­nia w zakre­sie aku­styki wnętrz. Wraz z coraz to więk­szym roz­wo­jem budow­nic­twa kul­tu­ral­nego i coraz to więk­szą ilo­ścią obiek­tów kul­tury - jak nowe sale kinowe, remon­to­wane stare i budo­wane nowe teatry dra­ma­tyczne i muzyczne, sale kon­cer­towe, domy kul­tury, obiekty spor­towo-wido­wi­skowe - zaist­niała potrzeba obiek­tyw­nej oceny jako­ści aku­stycz­nej zarówno sta­rych jak i nowo budo­wa­nych sal.

Pod­sta­wo­wymi czyn­no­ściami w pro­jek­to­wa­niu aku­styki wnętrz była ana­liza ukształ­to­wa­nia wnę­trza i jego wpływ na zro­zu­mia­łość mowy i cha­rak­ter nagło­śnie­nia powierzchni zaję­tej przez słu­cha­czy, w tym ocena roz­prze­strze­nia­nia się fal względ­nie pro­mieni dźwię­ko­wych przy odbi­ciach od poszcze­gól­nych powierzchni. Oceną objęta była rów­nież prze­strzeń prze­zna­czona dla źró­dła dźwięku, a więc zarówno soli­sty, jak i orkie­stry w audy­to­riach, salach teatral­nych i obiek­tach muzycz­nych. W szcze­gól­no­ści ważna była ocena pierw­szych odbić zawie­ra­ją­cych poważną część "infor­ma­cji" aku­stycz­nej doty­czą­cej ener­gii dźwię­ko­wej i czę­sto­tli­wo­ści. To ostat­nie było ważne z uwagi na cha­rak­ter i rodzaj źró­dła dźwięku, szcze­gól­nie w obiek­tach teatral­nych i muzycz­nych. Dla tej oceny zasto­so­wano metodę gra­ficzną - nie było jesz­cze wtedy kom­pu­te­rów umoż­li­wia­ją­cych symu­la­cję aku­styczną, którą w póź­niej­szym okre­sie, już za gra­nicą Jakub Kir­szen­stein jako jeden z pierw­szych opra­co­wał jako pro­fe­sjo­nalny pro­gram i opu­bli­ko­wał. Nale­żało prze­ko­nać odpo­wied­nie urzędy o koniecz­no­ści zaopa­trze­nia biura w sprzęt pomia­rowy dostępny wów­czas za gra­nicą, co pozwo­li­łoby oce­niać zarówno ist­nie­jące warunki aku­styczne, jak i okre­ślać nie­zbędne korekty w ukształ­to­wa­niu sali i dobie­rać mate­riały i ustroje aku­styczne oraz dźwię­ko­izo­la­cyjne. Z uwagi na brak na ówcze­snym rynku spe­cjal­nych mate­ria­łów dźwię­ko­chłon­nych i czę­sto dźwię­ko­izo­la­cyj­nych zaczęto rów­nież pro­jek­to­wać ustroje aku­styczne, które wyko­ny­wane były w ramach nor­mal­nych prac budow­la­nych.

Wie­dział naj­le­piej co... sły­chać

Zapo­trze­bo­wa­nie na pro­jek­to­wa­nie w zakre­sie aku­styki sys­te­ma­tycz­nie wzra­stało, zespół roz­wi­jał się, współ­praca z archi­tek­tami stale się polep­szała. W wyniku tego obiekty wido­wi­skowe, wybu­do­wane w tym okre­sie, odzna­czały się bar­dzo dobrymi wła­ści­wo­ściami aku­stycz­nymi. Zwięk­szał się rów­nież zakres prac zwią­za­nych z nagła­śnia­niem więk­szych obiek­tów, szcze­gól­nie spor­towo wido­wi­sko­wych. Zasięg prac w zakre­sie aku­styki wnętrz oraz ochrony od hała­sów zaczął obej­mo­wać całą Pol­skę. Coraz czę­ściej inne biura pro­jek­towe w mia­stach woje­wódz­kich oraz pra­cow­nie kon­ser­wa­cji zabyt­ków itp. - podzle­cały opra­co­wa­nia pro­jek­tów w wymie­nio­nym zakre­sie, zespół się roz­wi­jał, w skład zespołu weszli rów­nież archi­tekci i tech­nicy budow­lani. Pracą w zakre­sie ochrony od hała­sów objęte były rów­nież inne obiekty, takie jak szpi­tale, biblio­teki, hotele, np. szpi­tal dzie­cięcy w Kra­ko­wie (dar ame­ry­kań­skiej Polo­nii), hotel "Cra­co­via", pro­jekty typo­wych budyn­ków miesz­kal­nych, typowe domy kul­tury roz­siane póź­niej po całej Pol­sce.

Do zna­nych obiek­tów o wyso­kich walo­rach aku­stycz­nych nale­żały: Teatr Opera w Łodzi, teatr (opera) na Targu Węglo­wym w Gdań­sku, Ope­retka War­szaw­ska, Teatr Pol­ski w War­sza­wie, sale kon­cer­towe, m.in. w szko­łach muzycz­nych itp. Szcze­gól­nie nowa­tor­skie roz­wią­za­nia pod wzglę­dem aku­stycz­nym zasto­so­wano w Teatrze Ope­ro­wym w Łodzi, gdzie z uwagi na dużą sze­ro­kość sali w prze­strzeni sceny mogło wystę­po­wać zja­wi­sko ogra­ni­cze­nia dobrej sły­szal­no­ści wyż­szych tonów zawar­tych w gło­sie soli­stek. Roz­wią­za­nie pole­gało na zasto­so­wa­niu spe­cjal­nie ufor­mo­wa­nych reflek­to­rów umiesz­czo­nych na sufi­cie, co rów­nież wpły­nęło na ukształ­to­wa­nie sali.

Inne nowa­tor­skie roz­wią­za­nie zasto­so­wano w sali kon­cer­to­wej w szkole muzycz­nej, gdzie uzy­skano prze­strzen­ność dźwię­ków docie­ra­ją­cych do słu­cha­cza przy odbi­ciach od spe­cjal­nie ufor­mo­wa­nych "kli­nów" umiesz­czo­nych na ścia­nach sali. W teatrze na wol­nym powie­trzu zasto­so­wano spe­cjalny kształt muszli kon­cer­to­wej w celu polep­sze­nia sły­szal­no­ści na widowni.

Wysoko pod wzglę­dem aku­stycz­nym oce­niane były obiekty kilku wytwórni fil­mo­wych z budyn­kami dźwięku, salami do nagrań muzycz­nych, salami prze­glą­do­wymi, m.in. z regu­lo­wa­nym cza­sem pogłosu wyko­nane wg pro­jek­tów Jakuba Kir­szen­ste­ina. Odzna­czały się one rów­nież bar­dzo dobrymi wła­ści­wo­ściami pod wzglę­dem ochrony od hała­sów, m.in. w halach zdję­cio­wych. Do tych obiek­tów nale­żały Wytwór­nia Fil­mów Fabu­lar­nych w Łodzi, Wytwór­nia Fil­mów Oświa­to­wych w Łodzi i Wytwór­nia Fil­mów Fabu­lar­nych we Wro­cła­wiu. Według Resortu Kul­tury oraz użyt­kow­ni­ków uwa­żane one były jako jedne z lep­szych w porów­na­niu ze zna­nymi wytwór­niami zagra­nicz­nymi.

Jed­nym z więk­szych obiek­tów zre­ali­zo­wa­nych w zakre­sie aku­styki była wie­lo­funk­cyjna Hala Spor­towo-Wido­wi­skowa w Kato­wi­cach (Spodek), w któ­rej wów­czas prze­wi­dy­wano moż­li­wość orga­ni­zo­wa­nia spek­ta­kli teatral­nych, muzycz­nych, ope­ro­wych i kino­wych. Czę­sto przy oce­nie dużych obiek­tów inwe­sty­cyj­nych w Mini­ster­stwie Kul­tury i Sztuki Jakub Kir­szen­stein bywał powo­ły­wany jako eks­pert w zakre­sie aku­styki. Wszyst­kie zre­ali­zo­wane obiekty były wysoko oce­niane pod wzglę­dem jako­ści aku­stycz­nej zarówno przez użyt­kow­ni­ków, jak i fachowe komi­sje oraz inwe­sto­rów. Według pro­jek­tów aku­stycz­nych, opra­co­wa­nych przez Jakuba Kir­szen­steina zre­ali­zo­wano w wielu mia­stach woje­wódz­kich dużą ilość, m.in.. Teatr Naro­dowy w Łodzi (opera), dra­ma­tyczny w Nowych Tychach, na Zamku w Lubli­nie, dra­ma­tyczny w Lubli­nie, teatry dra­ma­tyczne w typo­wych domach kul­tury, sale kon­cer­towe w Lubli­nie, w Opolu, w domu kul­tury w Zamo­ściu. Wg pro­jek­tów J.K. zre­ali­zo­wano roz­wią­za­nia aku­styczne w szkole muzycz­nej w Opolu, w liceum tech­niki teatral­nej w War­sza­wie, w Aka­de­mii Medycz­nej w Łodzi, w szpi­talu w Bia­łym­stoku, szpi­talu Aka­de­mii Medycz­nej w Lubli­nie, w audy­to­riach na Poli­tech­nice w Czę­stochowie, w teatrze Lalek Guli­wer, teatrze w Hali Ludo­wej w Zabrzu, Teatrze Kame­ral­nym w Nowej Hucie itp. Pra­cami objęte były rów­nież kino­te­atry zarówno w War­sza­wie, jak i pra­wie we wszyst­kich mia­stach woje­wódz­kich. W wielu obiek­tach zasto­so­wano nowa­tor­skie roz­wią­za­nia.

Z ziemi pol­skiej do Szwe­cji

W 1971 roku Jakub Kir­szen­stein wraz z rodziną, żoną i młod­szą córką wyje­chali za gra­nicę; z początku do Danii, gdzie Jakub otrzy­mał pro­po­zy­cję pracy w biu­rze pro­jek­tów Radia i Tele­wi­zji, a następ­nie - po 2 tygo­dniach - do Szwe­cji, a kon­kret­nie do Göteborga. Po spo­tka­niu z kie­row­ni­kiem Insty­tutu Aku­styki na Poli­tech­nice (Chal­mers Tek­ni­ska Hóg­skola) prof. Kihl­ma­nem, obej­rze­niu labo­ra­to­riów i roz­mo­wie na temat dotych­cza­so­wej dzia­łal­no­ści, Jakub otrzy­mał pro­po­zy­cję pracy w Insty­tu­cie jako pra­cow­nik naukowy. Zakres pracy miał obej­mo­wać przede wszyst­kim zagad­nie­nia aku­styki wnętrz, pomia­rów aku­stycz­nych itp. Pierw­sza praca pole­gała na dosto­so­wa­niu para­me­trów aku­stycz­nych dużego pomiesz­cze­nia pomia­ro­wego z prze­gro­dami beto­no­wymi, tzw. pogło­so­wego (prze­zna­czo­nego m. in. do badań mate­ria­łów dźwię­ko­chłon­nych) o obję­to­ści 250 metrów kubicz­nych - do wyma­gań nor­mo­wych, tj. do prze­szło dwu­krot­nego zwięk­sze­nia czasu zani­ka­nia dźwięku, jaki wystę­po­wał w tym sto­sun­kowo nowo wybu­do­wa­nym pomiesz­cze­niu. Po prze­pro­wa­dze­niu nie­zbęd­nych pomia­rów aku­stycz­nych, zba­da­niu wibra­cji poszcze­gól­nych ele­men­tów kon­struk­cyj­nych i budow­la­nych hali oraz wyko­na­niu zapro­po­no­wa­nych przez Jakuba prac uzy­skano warunki uznane póź­niej jako jedne z lep­szych w kra­jach skan­dy­naw­skich.

Wszyst­kie labo­ra­to­ria insty­tutu oddzie­lone były od pozo­sta­łych pomiesz­czeń przy pomocy sprę­żyn w celu unik­nię­cia prze­no­sze­nia drgań z jed­nego pomiesz­cze­nia do dru­giego. Przy nie­któ­rych bada­niach dźwię­ków ude­rze­nio­wych wystę­po­wało prze­no­sze­nie drgań. Wg metody zasto­so­wa­nej przez J.K. cał­ko­wi­cie zli­kwi­do­wano to zja­wi­sko. Z kolei J.K. uznał za nie­zbędne zazna­jo­mie­nie się z tech­niką kom­pu­te­rową. Po sto­sun­kowo krót­kim cza­sie opra­co­wy­wał już swoje wła­sne pro­gramy obli­cze­niowe, a potem gra­ficzne, prze­zna­czone z początku do zesta­wia­nia wyni­ków pomia­ro­wych i obli­cza­nia para­me­trów aku­stycz­nych. W tym okre­sie zaj­mo­wał się rów­nież pomia­rami wła­ści­wo­ści aku­stycz­nych róż­nych typów mate­ria­łów dźwię­ko­chłon­nych, pro­du­ko­wa­nych przez duże zakłady prze­my­słowe. W związku z pra­cami nor­ma­li­za­cyj­nymi doty­czą­cymi mię­dzy­na­ro­do­wej normy na metodę pomia­rów współ­czyn­ni­ków pochła­nia­nia mate­ria­łów dźwię­ko­chłon­nych J.K. został powo­łany do komi­sji nor­ma­li­za­cyj­nej kra­jów skan­dy­naw­skich jako przed­sta­wi­ciel Zakładu Aku­styki CTH. Opra­co­wał wów­czas - poza wła­snymi pomia­rami - zesta­wie­nia zarówno licz­bowe, jak i gra­ficzne wyni­ków pomia­rów wyko­na­nych we wszyst­kich labo­ra­to­riach kra­jów skan­dy­naw­skich. WcCza­sie pracy w CTH J.K. opra­co­wał nowy typ tzw. "Kli­nów dźwię­ko­chłon­nych", sto­so­wa­nych w pomiesz­cze­niach "beze­cho­wych". Były one prze­szło dwu­krot­nie krót­sze od podob­nych sto­so­wa­nych w tego typu pomiesz­cze­niach mając rów­no­cze­śnie takie same para­me­try aku­styczne jak dłuż­sze kliny. Sto­so­wa­nie takich kli­nów pozwa­lało zwięk­szać czynną obję­tość pomiesz­cze­nia. Z kolei J.K. zaczął zaj­mo­wać się bada­niami warun­ków aku­stycz­nych w ist­nie­ją­cych w Göteborgu obiek­tach teatral­nych. W Miej­skim Teatrze Dra­ma­tycz­nym badał "jakość aku­styczną" pomiesz­cze­nia w róż­nych miej­scach sali, sto­su­jąc tzw. metodę modu­la­cyjną, pozwa­la­jącą oce­niać poziom szu­mów spo­wo­do­wa­nych "aktyw­no­ścią" publicz­no­ści na sali, tj. "oddy­cha­niem", poru­sza­niem się w cza­sie nagła­śnia­nia sali sygna­łem modu­lo­wa­nym. Uzy­skane wyniki były zgodne z wyni­kami badań wyko­na­nych przez ame­ry­kań­skich aku­sty­ków sto­su­jących inne metody pomia­rowe. Ta sama metoda była zasto­so­wana przy bada­niu poziomu szu­mów w kil­ku­dzie­się­ciu kla­sach w róż­nych szko­łach w Göteborgu, co pozwo­liło oce­nić wpływ szu­mów pocho­dzą­cych z "komu­ni­ka­cji i innych źró­deł hała­sów" na zro­zu­mia­łość mowy w kla­sach szkol­nych.

J.K. pro­wa­dził rów­nież bada­nia wpływu reflek­to­rów i ich roz­miesz­cza­nia w audy­to­riach i innych salach na zro­zu­mia­łość mowy, bio­rąc pod uwagę pierw­sze odbi­cia nio­sące w sobie więk­szość nie­zmie­nio­nej pod wzglę­dem czę­sto­tli­wo­ści ener­gii aku­stycz­nej. Wyniki prac wyko­na­nych przez J.K. zna­la­zły się w róż­nych publi­ka­cjach Insty­tutu Aku­styki CTH oraz w angiel­skim cza­so­pi­śmie tech­nicz­nym Applied Aco­ustic.

Kula... kołem ratun­ko­wym

Waż­nym nowym zagad­nie­niem, któ­rym zajął się J.K., była opra­co­wana przez niego nowa metoda kom­pu­te­ro­wej symu­la­cji aku­stycz­nej, oparta na zasa­dzie "źró­deł pozor­nych".

Ten pro­gram symu­la­cyjny był jed­nym z pierw­szych pro­fe­sjo­nal­nych pro­gramów opar­tych na tej zasa­dzie i do dzi­siaj jest sto­so­wany w kilku biu­rach pro­jek­to­wych w Szwe­cji. Pro­gram składa się z dwóch czę­ści: jedna obli­cze­niowa, w któ­rej obli­cza się czas pogłosu i kilka nor­mo­wa­nych para­me­trów aku­stycz­nych oce­nia­ją­cych, "jakość" aku­styczną w dowol­nych miej­scach pomiesz­cze­nia, oraz gra­ficzna, w któ­rej można ana­li­zo­wać wszyst­kie odbi­cia docho­dzące do wybra­nego miej­sca. Ta ostat­nia metoda pozwala oce­niać uksztal­to­wa­nie symu­lo­wa­nego pomiesz­cze­nia i sto­so­wana może być dla korekty kształ­tów oraz loka­li­za­cje mate­ria­łów dźwię­ko­chłon­nych i reflek­tu­ją­cych.

W opar­ciu o ten pro­gram J.K. opra­co­wał cały sze­reg prac obli­cze­nio­wych i pomia­ro­wych w róż­nych obiek­tach zle­co­nych do Insty­tutu Aku­styki, jak np. dla kilku kościo­łów, oraz sze­regu remon­to­wa­nych lub roz­bu­do­wy­wa­nych audy­to­riów na tere­nie CTH.

Pro­jek­to­wa­nie przy zasto­so­wa­niu tego pro­gramu pozwa­lało na pra­wi­dłową korektę aku­styczną przy prze­bu­do­wie lub remon­cie tych obiek­tów. W 1985 roku, po 15 latach pracy w Insty­tu­cie Jakub Kir­szen­stein prze­szedł na eme­ry­turę, lecz w dal­szym ciągu współ­pra­co­wał z Insty­tu­tem Aku­styki. W szcze­gól­no­ści doty­czyło to badań mode­lo­wych z zasto­so­wa­niem tech­niki impul­so­wej i pomia­rami tzw. odpo­wie­dzi impul­so­wej pomiesz­cze­nia. Jed­nym z bada­nych obiek­tów był model sali kon­cer­to­wej zbu­do­wany w Anglii, w któ­rym prze­pro­wa­dzono pomiary, a rów­no­cze­śnie w CTH wyko­nano symu­la­cję kom­pu­te­rową. Ana­liza została opra­co­wana w CTH, a rezul­taty opu­bli­ko­wane w Applied Aco­ustics (m.in. bada­nia w Anglii były kie­ro­wane przez dr. Orłow­skiego - Polaka uro­dzo­nego w Anglii i zaj­mu­ją­cego się rów­nież aku­styką).

Wkrótce po przej­ściu na eme­ry­turę J.K. otwiera wła­sną firmę kon­sul­ta­cyjną (pro­jek­tową), gdzie pro­wa­dzi prace pro­jek­towe i m.in. symu­la­cyjne dla róż­nych obiek­tów wido­wi­sko­wych i prze­my­sło­wych. Jed­nym z obiek­tów, któ­rym J.K. się zajął, była duża sala kon­cer­towa Radia i TV (Ber­wald­shal­len) w Sztok­hol­mie, prze­zna­czona dla 2000 słu­cha­czy oraz dla nagrań radiowo-tele­wi­zyj­nych. J.K. wyko­nał symu­la­cję tej sali dla róż­nych miejsc zaję­tych przez publicz­ność. Ocena jako­ści sali została doko­nana subiek­tyw­nie przez muzy­ków. Ta subiek­tywna ocena wyka­zała zgod­ność z "obli­czoną" w symu­la­cji jako­ścią oraz pomia­rami cza­sów pogłosu.

Jed­nym ze zna­nych obiek­tów była Hala Spor­towo-Wido­wi­skowa w Sztok­hol­mie (Glo­ben). Hala ta o śred­nicy 105 m, wyso­ko­ści 80 m, sufi­cie w kształ­cie cza­szy, prze­zna­czona była dla 16000 widzów. W koń­co­wym eta­pie budowy stwier­dzono wystę­po­wa­nie sil­nego echa w pew­nej prze­strzeni zaję­tej przez widzów z róż­nicą cza­sową ok. 300 m/sek, pod­czas gdy źró­dło dźwięku znaj­do­wało się w prze­strzeni ponad pod­łogą areny. Ana­liza gra­ficzna w symu­la­cji wyka­zała kon­cen­tra­cję reflek­sów, pomimo iż cały pół­ku­li­sty sufit wyło­żony był mate­ria­łem dźwię­ko­chłon­nym. Echo zostało zli­kwi­do­wane po zawie­sze­niu nad areną na wyso­ko­ści 57 m "kuli" o śred­nicy 5 m, wyko­na­nej z mate­riału dźwię­ko­chłon­nego. Pro­gram symu­la­cyjny był rów­nież zasto­so­wany przy kon­troli jako­ści aku­stycz­nej dużej sali kon­cer­to­wej oraz cyrku i innych sal w Sztok­hol­mie. Pro­gram ten nada­wał się rów­nież do ana­lizy aku­stycz­nej obiek­tów prze­my­sło­wych. Tam szło o infor­ma­cje, jaki będzie czas pogłosu w hali oraz gdzie i jakie mate­riały dźwię­ko­chłonne powinny być umiesz­czone w hali w celu zmniej­sze­nia hała­sów spo­wo­do­wa­nych maszy­nami pro­duk­cyj­nymi oraz o ana­lizę kształ­tów hal w celu unik­nię­cia wpływu pierw­szych odbić na poziom hała­sów w miej­scach pracy. Do takich nale­żały np. roz­lew­nia piwa w bro­wa­rze "Spen­drup" w hali o obję­to­ści ok. 10 000 m2, gdzie dostawca maszyn wyma­gał, aby czas pogłosu nie prze­kra­czał 1 sekundy, a mate­riały dźwię­ko­chłonne speł­niały wyma­ga­nia "higie­niczne".

W opar­ciu o ten pro­gram biuro pro­jek­towe w Islan­dii wyko­nało pro­jekt dużego obiektu wie­lo­funk­cyj­nego "Pano­rama" w Rey­kja­viku. Po reali­za­cji i wyko­na­niu pomia­rów zwią­za­nych z aku­styką i elektroaku­styką, przed­sta­wiono ten obiekt na mię­dzy­na­ro­do­wym kon­kur­sie w Lon­dy­nie. Uzy­skał on tam złoty medal, a Jakub Kir­szen­stein - od biura w Rey­kja­viku - otrzy­mał ser­deczne podzię­ko­wa­nie.

Przy­po­mniał sobie o pier­wo­rod­nej...

Opra­co­wany przez drugą córkę por­tret Jakuba musiał być ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów jed­no­stronny. Warto jed­nak spoj­rzeć na tego bar­dzo zdol­nego czło­wieka rów­nież z punktu widze­nia pierw­szej rodziny, którą zało­żył wraz z Euge­nią Rafal­ską, a z którą się roz­stał w 1953 roku.

Przy­jeż­dża­jąc do sto­licy naszego kraju, Żenia mówiła wyłącz­nie po rosyj­sku i pol­skiego musiała się dopiero nauczyć, zresztą z dobrym skut­kiem - wszak udało jej się ukoń­czyć wyż­sze stu­dia. Euge­nia Rafal­ska - po roz­sta­niu z Jaku­bem - zamiesz­kała wraz z córką w malut­kim lokum przy ul. Dłu­giej, o krok od kościoła gar­ni­zo­no­wego, w któ­rym w 2018 roku żegna­li­śmy Irenę pod­czas mszy żałob­nej, a ja byłem jed­nym z tych, któ­rzy mieli honor trzy­mać wartę przy jej trum­nie.

Po latach oka­zało się, że dużo lep­sze rela­cje z Kubą niż Irena miał jej mąż. Janusz Sze­wiń­ski tak opo­wiada o teściu:

- Irenka miała zale­d­wie pół­tora roku, gdy wraz z rodzi­cami przy­je­chała ze Związku Radziec­kiego do Pol­ski, a była zale­d­wie sied­mio­let­nią dziew­czynką, kiedy Kuba opu­ścił rodzinę.

Tak naprawdę zain­te­re­so­wał się na powrót swoją pier­wo­rodną, gdy na początku lat sześć­dzie­sią­tych zaczęła osią­gać wiel­kie suk­cesy spor­towe. On sam też upra­wiał sport przed wojną, przez pewien czas bowiem w war­szaw­skiej Skrze ćwi­czył się w sztuce bok­ser­skiej, co uwa­żał za rzecz przy­datną w samo­obro­nie na wypa­dek jakże czę­stych wtedy ata­ków anty­se­mic­kich - przy­po­mina zwie­rze­nia Jakuba Janusz.

O nawią­za­niu zna­jo­mo­ści z Euge­nią Rafal­ską napi­sał sam Jakub w swoim życio­ry­sie. Wypada jed­nak dodać, że sio­stra Euge­nii - Polina - nosiła po mężu nazwi­sko Bez­pal­cew i do końca życia utrzy­my­wała ser­deczne kon­takty z Żenią, a malutka Irenka, miesz­ka­jąca już w Pol­sce, czę­sto wyjeż­dżała latem do Kijowa na waka­cje spę­dzane u stry­jenki nad Dnie­prem, mając za part­nera do zabaw nieco star­szego od niej stry­jecz­nego bra­ciszka Saszę. Gdy w roku 1990 przy­je­cha­łem na zawody lek­ko­atle­tyczne, roz­gry­wane w Kijo­wie, Sasza - już pan w sile wieku, ojciec wspa­nia­łej rodziny, ser­decz­nie mnie ugo­ścił.

Euge­nia i Jakub, gdy już przy­je­chali z Uzbe­ki­stanu do Lenin­gradu, zostali tam zakwa­te­ro­wani w aka­de­miku przy ul. Fon­tanki. I to był pierw­szy dom i pierw­szy adres Ireny. Po przy­by­ciu w 1947 roku do War­szawy trzy­oso­bowa rodzina repa­trian­tów zamiesz­kała w kamie­nicy przy ul. Wawel­skiej, nie­da­leko pomnika Lot­nika. Gdy w roku 1951 Jakub opu­ścił Euge­nię, by zwią­zać się z nowo poznaną w War­sza­wie kobietą, miesz­ka­jącą w tej samej kamie­nicy na Ocho­cie, sto­sunki z pierw­szą żoną ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów musiały się ochło­dzić. Irena została bowiem jako sied­mio­let­nie dziecko pozo­sta­wiona wraz z mamą, która - w prze­ci­wień­stwie do męża - z wiel­kim tru­dem zado­mo­wiła się w War­sza­wie.

Jesz­cze w Lenin­gra­dzie Żenia zaczęła stu­dio­wać che­mię, a stu­dia ukoń­czyła już po prze­no­si­nach do Pol­ski. Dostała pracę w Cen­tral­nym Insty­tu­cie Wzor­nic­twa Prze­my­sło­wego, spe­cja­li­zu­jąc się w kolo­ry­styce. Miesz­kały już wtedy z Ireną przy Dłu­giej w jed­nym poko­iku ze wspólną kuch­nią, a ich sąsia­dem był przy­szły repre­zen­tant Pol­ski we flo­re­cie, wykła­dowca Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych Janusz Różycki i to on wła­śnie prze­po­wie­dział Ire­nie wielką karierę spor­tową, wygry­wa­jąc zakład z Euge­nią.

A jak Janusz Sze­wiń­ski zapa­truje się na rodzinne korze­nie żony?

- Na temat pocho­dze­nia Ireny w zasa­dzie ni­gdy z nią nie roz­ma­wia­łem. Choć uro­dzona na tere­nie ZSRR, przez całe życie czuła się Polką. Jej kijow­ska rodzina to byli prze­sym­pa­tyczni ludzie. Sasza, syn Poli, brat stry­jeczny Ireny, wykształ­cił się w Kijo­wie na inży­niera. Gdy doszło do roz­padu ZSRR, wyje­chał do Nie­miec i po skom­pli­ko­wa­nych histo­riach ścią­gnął rodzinę. Nie­stety wkrótce potem zmarł.

Kartki pocz­towe zagro­że­niem!

Gdy Irena zaczęła wyjeż­dżać za gra­nicę, czę­sto wysy­łała pocz­tówki do Kijowa - kon­ty­nu­uje opo­wieść Janusz. - Stry­jenka Ireny jed­nak zadzwo­niła któ­re­goś dnia i popro­siła, żeby kar­tek nie wysy­łać, bo ona pra­cuje w zakła­dach zbro­je­nio­wych i ma z tego powodu pro­blemy w miej­scu zatrud­nie­nia. Jeśli Żenia chciała cza­sem zadzwo­nić do sio­stry, to cały dzień trzeba było cze­kać na połą­cze­nie.

Rodzinę Saszy odwie­dza­li­śmy nie­jed­no­krot­nie w Kijo­wie, a potem w Niem­czech. Począ­tek zimy stu­le­cia na Syl­we­stra 1978/1979 spę­dzi­li­śmy z nimi w ich kijow­skim miesz­ka­niu. Pamię­tam, jak wyglą­dał ten Syl­we­ster w Kijo­wie. W tele­wi­zji puścili "Stawkę więk­szą niż życie" ze Sta­ni­sła­wem Mikul­skim w roli głów­nej. To było praw­dziwe sza­leń­stwo. Uwiel­biano zresztą ten film we wszyst­kich demo­lu­dach. Pod­czas seansu pili­śmy szam­pan­skoje.

Jakoś nie mie­li­śmy ochoty do tań­ców. Wów­czas pano­wała tam skrajna bieda. Pen­sja sio­stry Żeni była tak niska, że wystar­czało na zakup rap­tem 1,5 kg woło­winy. Wiel­kim świę­tem dla rodziny było to, że Sasza doro­bił się pierw­szego samo­chodu - mało­li­tra­żo­wego moskwi­cza.

Zaraz po Syl­we­strze wró­ci­li­śmy z Ireną do War­szawy. Naszego malu­cha, czyli fiata 126p, zosta­wi­li­śmy na lot­ni­sku Okę­cie. Odgar­ną­łem śnieg i samo­chód odpa­lił jak gdyby ni­gdy nic, cho­ciaż mróz był potężny. Przy ówcze­snej jako­ści pol­skich aut był to ósmy cud świata.

A wra­ca­jąc do cza­sów wcze­śniej­szych rodziny, przy­po­mi­nam sobie, że w następ­stwie zaini­cjo­wa­nej w 1968 roku anty­se­mic­kiej nagonki w Pol­sce Jakuba Kir­szen­ste­ina zwol­niono z pracy i już wtedy sta­rano się nakło­nić do opusz­cze­nia Pol­ski, ale zde­cy­do­wał się na to dopiero w 1970 roku. Odwio­złem go wów­czas swoim kle­ko­czą­cym wart­bur­giem na Dwo­rzec Gdań­ski. Druga żona i córka już sie­działy w pociągu, który miał za chwilę odje­chać na zachód Europy, a obie zabrały ze sobą cały doby­tek, nawet jakieś koł­dry czy pie­rzyny. Tuż przed odjaz­dem jed­nak Jakub jesz­cze coś zała­twiał, choć one się nie­cier­pli­wiły. W końcu pociąg ruszył bez niego. Będąc w skraj­nej despe­ra­cji, popro­sił mnie, żeby­śmy gonili za skła­dem. No i zaczą­łem wyci­skać z tego mojego wart­burga ile fabryka dała, ale ów pociąg dości­gnę­li­śmy dopiero na dworcu Poznań Główny. Obie współ­to­wa­rzyszki Kuby prze­sia­dły się do nas wraz z tym impo­nu­ją­cym baga­żem, który po powro­cie do War­szawy, scho­wa­łem u sie­bie w garażu. W trak­cie trzy­dnio­wego pobytu Kir­szen­ste­inów w naszym miesz­ka­niu na Bagnie prze­cho­wy­wane koł­dry zaczęły się palić i trzeba było kupić nowe na ul. Próż­nej. Dopiero wtedy Kuba wraz z żoną i córką ponow­nie wyru­szyli na emi­gra­cję, kie­ru­jąc się bodajże do Kopen­hagi - wspo­mina Janusz, dla któ­rego gonie­nie pociągu samo­cho­dem to nie była pierw­szy­zna.

Kie­dyś przy­szło mu ści­gać skład odjeż­dża­jący z War­szawy Głów­nej do Zako­pa­nego i pościg ten rów­nież oka­zał się sku­teczny. Raj­do­wiec Sze­wiń­ski wpadł na metę równo z pocią­giem - tyle że już w... samym Zako­pa­nem.

Jeśli zaś przy­po­mi­nać emi­gra­cyjne losy Jakuba Kir­szen­ste­ina i jego dru­giej rodziny, to wypada przede wszyst­kim powie­dzieć, że ten genialny aku­styk roz­wa­żał też wyjazd do USA, ale druga żona wolała kraj bli­żej Pol­ski. Dla­tego wybrali Szwe­cję. Po osie­dle­niu się na stałe w Göteborgu cała trójka musiała się nauczyć szwedz­kiego, co doty­czyło zwłasz­cza Jakuba, któ­remu zapro­po­no­wano wykłady na tam­tej­szej poli­tech­nice.

Z drugą córką wybit­nego dźwię­kowca pozo­staje w dobrym kon­tak­cie młod­szy syn Ireny - Jarek. I to on dostał od niej zarówno wła­sno­ręcz­nie napi­sany życio­rys dziadka, jak i jego zawo­dowy "por­tret".

Roz­dział 2

Talent do wszyst­kiego

Począ­tek spor­to­wej przy­gody Ireny Kir­szen­stein - u progu lat sześć­dzie­sią­tych - zbiega się z waż­nymi wyda­rze­niami o wymia­rze glo­bal­nym i lokal­nym. Koń­czy się era kolo­nia­li­zmu. Od 1960 roku narody afry­kań­skie, jeden po dru­gim, two­rzą nie­pod­le­głe pań­stwa. Odzna­cza­jący się zna­ko­mitą apa­ry­cją John Fit­zge­rald Ken­nedy wyko­rzy­stuje w wybo­rach walory pro­mo­cyjne tele­wi­zji w USA i zostaje wybrany pre­zy­den­tem. Powstaje mur, oddzie­la­jący Ber­lin Wschodni od Zachod­niego. Trwa wyścig o pod­bój Kosmosu pomię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi a ZSRR. W kwiet­niu 1961 roku pierw­szy czło­wiek wznosi się na orbitę oko­ło­ziem­ską, a jest nim przed­sta­wi­ciel tego dru­giego kraju Jurij Gaga­rin. Rok póź­niej świat znaj­duje się o krok od trze­ciej wojny świa­to­wej, gdy ZSRR insta­luje rakiety z poci­skami ato­mo­wymi na Kubie. Coraz krwaw­sza staje się wojna roz­po­częta przez Ame­ry­ka­nów w Wiet­na­mie. W 1963 roku Ken­nedy zostaje zamor­do­wany w następ­stwie zama­chu w Dal­las.

W sfe­rze popkul­tury wysoką pozy­cję utrzy­muje jesz­cze gwiaz­dor wcze­snego rock and rolla, uwiel­biany przez kobiety w każ­dym wieku Elvis Pre­sley, ale przy­ćmiewa go nie­spo­dzie­wa­nie bry­tyj­ski zespół muzyki mło­dzie­żo­wej The Beatles: Paul McCart­ney, John Len­non, Geo­rge Har­ri­son, Ringo Starr.

W Pol­sce nastę­puje gwał­towne przy­spie­sze­nie w upo­wszech­nia­niu tele­wi­zji. Na sce­nie poli­tycz­nej jed­nak, po chwi­lo­wej libe­ra­li­za­cji zwią­za­nej z Paź­dzier­ni­kiem 1956 i doj­ściem Wła­dy­sława Gomułki do wła­dzy, spo­łe­czeń­stwu coraz moc­niej przy­kręca się śrubę. Reli­gia, która po Paź­dzier­niku na krótko wró­ciła do szkół pań­stwo­wych, zostaje z nich usu­nięta. W 1964 roku powstaje słynny "List 34", będący pro­te­stem inte­lek­tu­ali­stów prze­ciwko dła­wie­niu wol­no­ści w sfe­rze kul­tury. Jacek Kuroń i Karol Modze­lew­ski - aresz­to­wani za napi­sa­nie gło­śnego "Listu otwar­tego do par­tii". W kraju mamy swo­istą rywa­li­za­cję pomię­dzy komu­ni­stycz­nymi wła­dzami a Kościo­łem w związku z nad­cho­dzą­cym 1000-leciem chrztu Pol­ski. Wła­dza reali­zuje dłu­go­trwałą akcję "Tysiąc szkół na Tysiąc­le­cie Pań­stwa Pol­skiego". W 1965 roku biskupi pol­scy dopro­wa­dzają dygni­ta­rzy PRL do wście­kło­ści, publi­ku­jąc histo­ryczny list do bisku­pów nie­miec­kich ("Prze­ba­czamy i pro­simy o prze­ba­cze­nie...").

Kluczbork, pierwszy obóz Ireny w Polonii Warszawa. Siedzą od prawej: Janusz Szewiński, Jerzy Fidusiewicz, Irena.

Jed­no­cze­śnie spo­łe­czeń­stwo, przy­wią­zane już do tele­wi­zji, otrzy­muje - obok trans­mi­sji z igrzysk olim­pij­skich - rela­cje z festi­wali pio­senki w Sopo­cie i Opolu. Furorę robią Irena San­tor, Ewa Demar­czyk, Cze­sław Nie­men, Woj­ciech Mły­nar­ski. Dzięki tele­wi­zji sza­loną popu­lar­ność zdo­by­wają osoby zapo­wia­da­jące pro­gramy, festi­wale itp. - Irena Dzie­dzic, Jan Suzin, Lucjan Kydryń­ski. W pierw­szej lidze reży­se­rów fil­mo­wych prze­wo­dzi już Andrzej Wajda. Jed­nym ze świa­to­wych lumi­na­rzy muzyki poważ­nej jest Krzysz­tof Pen­de­recki. Na bok­ser­skich mistrzo­stwach Europy 1963 roku w Moskwie Jerzy Kulej i Zbi­gniew Pie­trzy­kow­ski prze­ciw­sta­wiają się sowiec­kiej potę­dze, obaj się­gają po tytuły. Nasi flo­re­ci­ści to już naj­ści­ślej­sza elita świa­towa. Pol­scy lek­ko­atleci utrzy­mują wysoki poziom z cza­sów Wun­der­te­amu i wciąż toczą wyrów­nane mecze z Ame­ry­ka­nami. W Chi­cago Marian Foik wygrywa w jaskini lwa, poko­nu­jąc na 200 metrów świe­żego rekor­dzi­stę świata Paula Dray­tona. A po lek­ko­atle­tycz­nym sezo­nie 1963 w facho­wym mie­sięcz­niku "Lekka Atle­tyka" mate­ria­łem otwie­ra­ją­cym numer jest zdję­cie mło­dej spor­t­smenki z pod­pi­sem, w któ­rym błęd­nie podane jest jej nazwi­sko: "Irena Kir­szensz­tein (Polo­nia War­szawa) główny opty­mi­styczny punkt mło­dej lek­kiej atle­tyki kobie­cej. Gdyby przy­naj­mniej trzy dziew­częta podob­nej klasy przy­by­wały każ­dego roku, przy­szłość dru­żyny kobie­cej byłaby zapew­niona. Nie stra­szy­łoby widmo zesta­rze­nia się świet­nego zespołu".

Z pierwszym trenerem Janem Kopytą (z prawej).

Tamte nad­zwy­czaj skom­pli­ko­wane, ale bar­dzo cie­kawe czasy wspo­mi­namy z Ireną późną jesie­nią 1976 roku. Po bły­sko­tli­wym sezo­nie lek­ko­atle­tycz­nym nasza spor­t­smenka numer jeden, opro­mie­niona bla­skiem olim­pij­skiego złota, zdo­by­tego w Mont­re­alu w biegu na 400 metrów, wyjeż­dża do Buska-Zdroju, będą­cego jej ulu­bio­nym miej­scem pose­zo­no­wej reha­bi­li­ta­cji zdro­wot­nej. Kil­ka­na­ście lat inten­syw­nych tre­nin­gów spra­wiło, że orga­nizm wymaga odświe­że­nia, a naj­bar­dziej trzeba zadbać o inten­syw­nie eks­plo­ato­wane nogi. Tym bar­dziej że od ośmiu lat biega się już po tar­ta­nie, czyli naj­wy­żej dwu­cen­ty­me­tro­wej war­stwie two­rzywa syn­te­tycz­nego poło­żo­nej na gołym beto­nie. Mistrzyni wyli­cza po kolei, które miej­sca ma w nogach szcze­gól­nie nad­we­rę­żone. W prze­rwach mię­dzy zabie­gami fizjo­te­ra­peu­tycz­nymi i bal­ne­olo­gicz­nymi (zwłasz­cza mocze­niem się w wodach siarcz­ko­wych) mająca na kon­cie sie­dem olim­pij­skich tro­feów Irena - kobieta już wtedy trzy­dzie­sto­let­nia - opo­wiada mi o swo­ich pierw­szych kon­tak­tach ze spor­tem i pamięt­nym ento­urage'u tam­tych lat. A jest o czym gadać, bo prze­cież gdy ona roz­po­czy­nała we wrze­śniu 1960 roku naukę w liceum ogól­no­kształ­cą­cym, na ekrany kin wcho­dził aku­rat mający do dzi­siaj rekor­dową oglą­dal­ność w dzie­jach naszej kine­ma­to­gra­fii film Alek­san­dra Forda - "Krzy­żacy". Sama Irena zresztą miała w owym okre­sie poważne zain­te­re­so­wa­nia arty­styczne i przy­mie­rzała się do przy­szłego zawodu... aktorki. Dla­tego w zaci­szu buskiego pen­sjo­natu chęt­nie wraca do mło­dzień­czej prze­szło­ści:

Skok wzwyż był pierwszą specjalnością Ireny.

Towa­rzy­szu, czy to nie szkoda błony...

Skła­ma­ła­bym, twier­dząc dziś, że w latach szkol­nych marzy­łam o karie­rze spor­t­smenki. Byłam dziec­kiem dość ane­micz­nym, choć wyro­śnię­tym nad wiek. Moje ówcze­sne zain­te­re­so­wa­nia nie odbie­gały od zain­te­re­so­wań kole­ża­nek z klasy. W szkole pod­sta­wo­wej przy ul. Zakro­czym­skiej na Sta­rym Mie­ście kli­matu dla sportu nie było. I może ni­gdy moje pre­dys­po­zy­cje lek­ko­atle­tyczne nie zosta­łyby odkryte, gdy­bym nie tra­fiła na taką nauczy­cielkę wycho­wa­nia fizycz­nego, jaką nieco póź­niej, bo już w Liceum Ogól­no­kształ­cą­cym im. Jaro­sława Dąbrow­skiego na rogu Świę­to­krzy­skiej i Koper­nika, była pani Liliana Buch­holz-Onu­fro­wicz. Gdy tylko zaczę­łam tam naukę w roku 1960, ta pełna ener­gii kobieta wcią­gnęła nas w naj­róż­niej­sze spraw­dziany spor­towe, w któ­rych brali udział wszy­scy ucznio­wie i uczen­nice, więc było to cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo zwy­cza­jów na Zakro­czym­skiej, gdzie lek­cje wf. bar­dzo czę­sto zamie­niano na tzw. godziny wycho­waw­cze. Tym­cza­sem Liceum Dąbrow­skiego oka­zało się szkołą bar­dzo uspor­to­wioną, cho­ciaż nie miało obiek­tów, jakich póź­niej docze­kały się szkoły śred­nie, cho­ciażby Tech­ni­kum Łącz­no­ści, gdzie tre­no­wał przy­szły mistrz olim­pij­ski w skoku wzwyż Jacek Wszoła. Dla­tego pierw­szy spraw­dzian na dystan­sie 60 metrów mia­łam na zwy­kłym kory­ta­rzu szkol­nym naszego liceum. Po biegu pani Buch­holz aż się zła­pała za głowę, spoj­rzaw­szy na sto­per, no i nie wie­rząc wła­snym oczom, kazała mi pobiec jesz­cze raz. Dopiero wtedy upew­niła się, że pierw­szy pomiar nie był błędny. No i tak doszło do mojego debiutu w lek­ko­atle­tyce.

Przy­znam szcze­rze, że swo­imi dobrymi wyni­kami byłam jesz­cze bar­dziej zasko­czona od pani pro­fe­sor. Ot, w wieku 14 lat przy­szło mi zwró­cić uwagę na tę dzie­dzinę życia, którą się wcze­śniej w ogóle nie inte­re­so­wa­łam, sie­dząc wiecz­nie z nosem w książ­kach. W dodatku sport w for­mie bie­ga­nia na czas od razu mi się spodo­bał, bo to nie była pre­fe­ro­wana wów­czas w szko­łach gim­na­styka, do któ­rej się kom­plet­nie nie nada­wa­łam.

W ślad za wrze­śnio­wym spraw­dzia­nem na kory­ta­rzu przy­szedł zaraz pierw­szy start na sta­dio­nie. Były to mię­dzysz­kolne zawody w parku Agry­kola. Wzię­łam udział w aż pię­ciu kon­ku­ren­cjach. Na 60 metrów zmie­rzono mi 8.3 sekundy, w skoku wzwyż 1,38 m, w skoku w dal około 4 metrów. Wyni­ków w pchnię­ciu kulą i rzu­cie dys­kiem już nawet nie pamię­tam.

Począt­kowo wyda­wało mi się, że naj­więk­sze moż­li­wo­ści mam w skoku wzwyż. Było to zresztą zro­zu­miałe, bowiem pośród rówie­śni­czek wyróż­nia­łam się warun­kami fizycz­nymi. Wysoki wzrost i dłu­gie nogi pre­de­sty­no­wały mnie do tej spe­cjal­no­ści już na pierw­szy rzut oka.

Pani pro­fe­sor potrak­to­wała sprawę cał­kiem serio i po uda­nym teście w Agry­koli skie­ro­wała mnie od razu do tre­nera Jana Kopyty w war­szaw­skiej Polo­nii, wcze­śniej jed­nego z naj­lep­szych oszczep­ni­ków na kuli ziem­skiej, któ­remu ciężka kon­tu­zja barku unie­moż­li­wiła zosta­nie rekor­dzi­stą świata i następcą legen­dar­nego Janu­sza Sidły. W naszym liceum Kopyto pro­wa­dził popo­łu­dniami zaję­cia Szkol­nego Koła Spor­to­wego. Oka­zało się to wyjąt­kowo dogod­nym splo­tem oko­licz­no­ści, ponie­waż zwią­za­nie się z Polo­nią było dla mnie aku­rat naj­ła­twiej­sze. Sta­dion tego klubu odda­lony był zale­d­wie o dwa przy­stanki tram­wa­jowe od placu Dzier­żyń­skiego (dziś Ban­ko­wego - przyp. aut.), gdzie miesz­ka­ły­śmy z mamą. Bli­skość dojazdu na tre­ning stała się więc dla mnie dodat­kową zachętą.

- Towa­rzy­szu, czy to nie szkoda błony - takimi słowy zwró­ciła się wtedy 16-let­nia Irena do innego począt­ku­ją­cego lek­ko­atlety Leszka Fidu­sie­wi­cza, który tak się zachwy­cił płyn­no­ścią jej biegu na sta­dio­nie Gwar­dii, że posta­no­wił sfo­to­gra­fo­wać mło­dziutką zawod­niczkę. Kto wtedy mógł prze­wi­dy­wać, że ona zosta­nie kie­dyś gwiazdą lek­ko­atletycznych sta­dio­nów, a on asem foto­re­por­terki...

Zimą 1960/1961 ćwi­czy­łam jesz­cze na kory­ta­rzu szkol­nym, ale wio­sną to już były tre­ningi na sta­dio­nie Polo­nii przy Kon­wik­tor­skiej, gdzie zna­la­złam się w pro­wa­dzo­nej przez Kopytę gru­pie razem z Marzeną Szych, Ewą Wyso­kiń­ską, Teresą Małecką, Hanną Puław­ską i Elż­bietą Cymer­man. Przy­go­to­wy­wa­łam się w zasa­dzie do dwóch kon­ku­ren­cji: skoku wzwyż i biegu na 100 metrów, lecz tre­ning był na tym eta­pie jesz­cze bar­dzo wszech­stronny. Kopyto nale­żał do zwo­len­ni­ków ostroż­nego postę­po­wa­nia z mło­dymi zawod­ni­kami bez przed­wcze­snej spe­cja­li­za­cji.

Pierw­szy suk­ces jako polo­nistka odnio­słam w zawo­dach na sta­dio­nie Gwar­dii. Miała to być inau­gu­ra­cja sezonu 1961. Począ­tek rywa­li­za­cji zapla­no­wano na godzinę dzie­siątą rano. Na Racła­wicką doje­cha­łam dopiero o 9.50. Pozo­stało mi nie­spełna dzie­sięć minut na roz­grzewkę. Mimo to zwy­cię­ży­łam w skoku wzwyż wyni­kiem 1,50 m, co było pewną nie­spo­dzianką, bo za fawo­rytki uwa­żano Cymer­man i Jaku­bow­ską. A roz­po­czę­łam kon­kurs od wprost dzie­cin­nej wyso­ko­ści... 1,00 m.

Sprinty zaczynała od razu od zdecydowanych zwycięstw.

- Pół­tora metra to dzi­siaj rów­nież śmieszna wyso­kość, nawet dla juniorki - kon­ty­nu­uje wspo­mnie­nia Irena. - Nie można jed­nak zapo­mi­nać, że w owym cza­sie lek­ko­atle­tyka nie była jesz­cze tak roz­wi­nięta jak obec­nie. Rekor­dzistka świata - Rumunka Iolanda Balas sto­so­wała wciąż archa­iczny styl noży­cowy i ja też prze­cho­dzi­łam poprzeczkę tym spo­so­bem. Bez­kon­ku­ren­cyjny teraz styl Fos­bury-flop, tyłem do poprzeczki, miał być zapre­zen­to­wany światu dopiero za sie­dem lat, gdy po raz drugi star­to­wa­łam na igrzy­skach olim­pij­skich - w Mek­syku - i o ska­ka­niu wzwyż zdą­ży­łam cał­ko­wi­cie zapo­mnieć.

Okres moich prób­nych star­tów koja­rzy mi się przede wszyst­kim ze sław­nymi wtedy Czwart­kami Lek­ko­atle­tycz­nymi, orga­ni­zo­wa­nymi przez redak­cję "Expressu Wie­czor­nego" na sta­dio­nie Legii przy Łazien­kow­skiej. Była to nie­sły­cha­nie poży­teczna, póź­niej nie­słusz­nie zanie­chana na czas pewien coty­go­dniowa impreza, którą w pierw­szej poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych zaczęto roz­wi­jać w skali ogól­no­pol­skiej. Czwartki expres­sowe dawały na początku lat sześć­dzie­sią­tych szansę spraw­dze­nia się każ­demu, kto miał choć tro­chę zapału do lek­ko­atle­tyki, nie­za­leż­nie od tego, czy był zrze­szony w klu­bie, czy nie. Wielu naszych lek­ko­atle­tów roz­po­czy­nało karierę poprzez udział w Czwart­kach. Nie ukry­wam, że i mnie te zawody przy­nio­sły pierw­szy roz­głos w obrę­bie War­szawy. "Express Wie­czorny" czy­tany był dosłow­nie przez wszyst­kich, a w rubryce spor­to­wej zawsze poda­wano nazwi­ska i wyniki trium­fa­to­rów kon­ku­ren­cji. Wkrótce osią­gnę­łam rezul­tat, który sku­pił uwagę kibi­ców na mojej oso­bie. Był to rekord Pol­ski mło­dzi­czek w skoku wzwyż - 1,565 m - przy­po­mina sobie ówcze­sna boha­terka Lek­ko­atle­tycz­nych Czwart­ków.

Artystka na pół gwizdka

Mama cie­szyła się, że tre­nuję, bo doce­niała war­tość ruchu, przed­tem zaś żad­nym spo­so­bem nie potra­fiła mnie nakło­nić do jakich­kol­wiek ćwi­czeń lub zabaw. A skoro z nauką w szkole nie mia­łam naj­mniej­szych nawet kło­po­tów, nic nie stało na prze­szko­dzie, by kon­ty­nu­ować przy­godę ze spor­tem. Kopyto był czło­wie­kiem z natury weso­łym. Umiał nawią­zy­wać kon­takt z mło­dzieżą. Dosko­nale pamię­tam pierw­sze obozy tre­nin­gowe, na które wyjeż­dża­łam pod jego egidą. Odbyły się w Klucz­borku i Ino­wro­cła­wiu. Co cie­kawe, w tej pierw­szej miej­sco­wo­ści uczest­ni­czący w tre­nin­gach zawod­nicy i zawod­niczki zaży­czyli sobie zor­ga­ni­zo­wa­nia we wła­snym gro­nie teatru. No i wysta­wi­li­śmy "Ham­leta" w prze­róbce... Jere­miego Przy­bory, a ja przy­po­mnia­łam sobie zaję­cia teatralne w war­szaw­skim Pałacu Kul­tury i Nauki i znowu zagra­łam postać Ofe­lii.

Po pierw­szych tre­nin­gach w Polo­nii usta­no­wi­łam trzy rekordy Pol­ski mło­dzi­czek: 1,58 m w skoku wzwyż, 5,73 m w skoku w dal i 11.9 s na 100 metrów. Pamię­tam, że gdy w War­sza­wie biłam ten drugi rekord, za radą Kopyty roz­bieg odmie­rza­łam sobie sznur­kiem. W związku z tym przez dłuż­szy czas przy­cho­dzi­łam na sta­dion z całą szpulką.

Ze współ­pracy z Kopytą byłam bar­dzo zado­wo­lona, ale on zre­zy­gno­wał nagle z pracy w Polo­nii, auto­ma­tycz­nie zosta­wia­jąc naszą grupę. I wtedy prze­szłam pod opiekę Andrzeja Pio­trow­skiego, zaczy­na­jąc tre­ningi na sta­dio­nie Aka­de­mii Wycho­wa­nia Fizycz­nego na Bie­la­nach. Dojazd na miej­sce zajęć stał się tro­chę dłuż­szy, ale wciąż był tak samo wygodny. Wystar­czyło wsiąść nie­mal pod samym domem w tram­waj numer 15.

Będąc juniorką, bardzo szybko prześcignęła na bieżni seniorki z krajowej czołówki sprintu.

Pod okiem nowego fachowca prze­szłam już na spe­cja­li­styczny tre­ning sprin­ter­ski i trzeba przy­znać, że współ­pra­cu­jąc z Pio­trow­skim do 1966 roku, osią­gnę­łam w bie­gach krót­kich klasę świa­tową, cho­ciaż po czę­ści zaj­mo­wa­łam się też na­dal ska­ka­niem w dal. Pio­trow­ski wypro­wa­dził mnie na sze­ro­kie wody lek­ko­atle­tyki. Przede wszyst­kim dołą­czy­łam do war­szaw­skiej grupy szyb­ko­bie­ga­czek kadry naro­do­wej, w któ­rej tre­no­wały naj­bar­dziej z nas doświad­czona Mary­sia Piąt­kow­ska, dwie inne rów­nie ruty­no­wane zawod­niczki - Celina Ger­win i Halina Krzy­żań­ska oraz Ela Bed­na­rek, Ela Twar­dow­ska, znana póź­niej pod nazwi­skiem Kolejwa, pozna­nianka Bożena Woź­niak, Teresa Gier­czak, póź­niej Nowak, Urszula Świ­der­ska i Ewa Kło­bu­kow­ska, a dołą­czała do nas na obo­zach Halina Górecka z Gór­nika Zabrze. Z dwiema ostat­nimi przy­szło mi już rok póź­niej biec po złoty medal olim­pij­ski w szta­fe­cie 4x100 metrów. Nawet po wielu latach stwier­dzam, że jeśli cho­dzi o dobór talen­tów, to skład tej grupy był wprost zna­ko­mity, jak­kol­wiek część z niej sta­no­wiły płot­karki będące jed­no­cze­śnie świet­nymi sprin­ter­kami - czyli Piąt­kow­ska, Krzy­żań­ska, Bed­na­rek, Woź­niak, Świ­der­ska, Gier­czak.

Bardzo szybko zaczęła występować w pierwszej reprezentacji Polski, zakładając koszulkę z białym orłem.

Juniorka w doro­słej repre­zen­ta­cji

Wyspe­cja­li­zo­wany tre­ning pod kie­run­kiem Pio­trow­skiego prze­pro­wa­dza­łam już nie tak jak u Kopyty - trzy razy, ale pięć razy w tygo­dniu i był on znacz­nie cięż­szy. Prze­szłam więc na cykl w pełni wyczy­nowy. Skon­cen­tro­wa­łam się głów­nie na sprin­cie. O skoku wzwyż musia­łam na dobre zapo­mnieć. W dobo­ro­wym zesta­wie szyb­ko­bie­ga­czek, które pro­wa­dził Pio­trow­ski, na początku nie byłam by­naj­mniej gwiazdą, ale nie­opie­rzoną debiu­tantką. Dzięki ogrom­nej życz­li­wo­ści kocha­nej Marysi Piąt­kow­skiej, nada­ją­cej ton gru­pie, dziew­czyny przy­jęły mnie nie­zwy­kle sym­pa­tycz­nie. Tre­ner oka­zał się ogrom­nie wyma­ga­jący, ale atmos­fera w tym gro­nie była na co dzień bar­dzo kole­żeń­ska, a powie­dzia­ła­bym nawet - wesoła. W tych warun­kach z wielką chę­cią jeź­dzi­łam na Bie­lany.

W 1963 roku znacz­nie popra­wi­łam rekordy życiowe, osią­ga­jąc 11.6 w Byd­gosz­czy i 24.2 w Pozna­niu, co dało mi na obu dystan­sach trze­cie miej­sce w bilan­sie sezonu. Szyb­sze były tylko Elż­bieta Szy­roka z Bail­donu Kato­wice i mająca już wiel­kie mię­dzy­na­ro­dowe suk­cesy na kon­cie Bar­bara Sobotta z AZS Kra­ków.

Będąc jesz­cze juniorką, zade­biu­to­wa­łam w repre­zen­ta­cji Pol­ski senio­rek, star­tu­jąc w meczu Rumu­nia - Pol­ska w Ora­dei na 200 metrów. Debiut nie był cał­ko­wi­cie udany, bo przy dobie­ga­niu do mety prze­stra­szy­łam się, zoba­czyw­szy taśmę, i upa­dłam. Mimo to udało mi się zająć dru­gie miej­sce za Szy­roką. Potem wystą­pi­łam też w repre­zen­ta­cji naro­do­wej w Moskwie, uczest­ni­cząc w szta­fe­cie 4x100 metrów. Było to zatem stop­niowe wcho­dze­nie na coraz wyż­szy poziom lek­ko­atle­tycz­nego wta­jem­ni­cze­nia - opo­wiada Irena.

* * *

Jej doko­na­nia zostały w pełni doce­nione przez ówcze­snych kro­ni­ka­rzy, w tym przez zna­nego sze­rzej nie­ko­niecz­nie z dzien­ni­kar­stwa spor­to­wego Juliu­sza Rawi­cza. W rocz­niku PZLA 1963 uka­zał się tekst pochwalny na temat uta­len­to­wa­nej sie­dem­na­sto­latki, o któ­rej napi­sana została sama prawda, wyjąw­szy prze­krę­ce­nie nazwi­ska (Kir­szensz­tein zamiast Kir­szen­stein). Warto jed­nak przy­po­mnieć tamtą, jakże ważną, notatkę, pod którą wid­niał opis doko­nań mistrzyni Europy na 200 m z 1958 roku - star­szej od Ireny o 10 lat Bar­bary Sobotty (wcze­śniej Ler­czak, a następ­nie Jani­szew­skiej).

Oto treść notatki przed­sta­wia­ją­cej syl­wetkę przy­szłej mistrzyni olim­pij­skiej:

Irena Kir­szensz­tein

Rewe­la­cyjna, 17-let­nia zawod­niczka, która w jed­nym sezo­nie awan­so­wała z zupeł­nie nie­zna­nej zawod­niczki do czo­łówki lek­ko­atle­tek pol­skich. Dys­po­nuje wspa­nia­łymi warun­kami fizycz­nymi, przy­po­mi­na­ją­cymi mistrzy­nię olim­pij­ską z Rzymu na 100 m Ame­ry­kankę Wilmę Rudolph, w ciągu dwóch sezo­nów stała się rewe­la­cją na skalę mię­dzy­na­ro­dową. Sezon 1963 zakoń­czyła w sprin­cie wyni­kami 11.6 na 100 m i 24.2 na 200 m, zaj­mu­jąc w obu kon­ku­ren­cjach trze­cie lokaty w tabe­lach naj­lep­szych wyni­ków. Wynik 11.6 jest jed­no­cze­śnie nowym rekor­dem Pol­ski junio­rek, rów­nym nie­daw­nemu rekor­dowi Pol­ski senio­rek, któ­rego autorką była sama Sta­ni­sława Wala­sie­wi­czówna.

Irena Kir­szensz­tein jest jed­nak nie tylko dosko­nałą sprin­terką. Cho­ciaż w tej spe­cjal­no­ści już teraz repre­zen­tuje euro­pej­ski poziom, to jed­nak osiąga ona rów­nież wyso­kiej klasy wyniki w sko­kach. W roku 1963 popra­wiła swe rekordy życiowe takimi wyni­kami jak 5,84 w skoku w dal (6. miej­sce w kraju) i 1,59 w skoku wzwyż (7. miej­sce). O wiel­kiej wszech­stron­no­ści tej zawod­niczki świad­czy rów­nież wynik 4.187 pkt w pię­cio­boju (3. miej­sce), cho­ciaż jej rezul­taty w biegu na 80 m pł, a zwłasz­cza w kuli (7,90) są jesz­cze bar­dzo sła­biut­kie.

Cho­ciaż brak jej jesz­cze doświad­cze­nia, awan­so­wała w roku 1963 do repre­zen­ta­cji Pol­ski, wystę­pu­jąc zarówno w szta­fe­cie 4x100 m, jak i indy­wi­du­al­nych kon­ku­ren­cjach sprin­ter­skich. Wpi­sała się rów­nież po raz pierw­szy na listę rekor­dzi­stek Pol­ski senio­rek. Bie­gnąc w szta­fe­cie 4x200 m wraz ze swymi star­szymi kole­żan­kami Marią Piąt­kow­ską, Bar­barą Sobot­tową i Haliną Górecką, uzy­skała wynik 1:36.5, zale­d­wie 0.5 sek gorzej od rekordu świata.

Jeśli jej dys­po­zy­cje spor­towe roz­wi­jać się będą pla­nowo i w takim tem­pie, jak to było w roku 1963, Irena Kir­szensz­tein ma wszel­kie dane, aby stać się rewe­la­cją świa­tową w roku olim­pij­skim, zdolną do naj­więk­szych nie­spo­dzia­nek.

Tak pisał o wscho­dzą­cej gwieź­dzie pol­skiej lek­ko­atle­tyki ówcze­sny kro­ni­karz PZLA. Dla lep­szego zobra­zo­wa­nia pozy­cji Ireny w skali kraju warto przy­po­mnieć dzie­siątki naj­lep­szych zawod­ni­czek we wspo­mnia­nych wyżej kon­ku­ren­cjach:

100 m 11.4 Elż­bieta Szy­roka (Bail­don Kato­wice) 11.4 Bar­bara Sobotta (AZS Kra­ków) 11.6 Irena Kir­szen­stein (Polo­nia War­szawa) 11.6 Elż­bieta Bed­na­rek (War­sza­wianka) 11.6 Halina Górecka (Gór­nik Zabrze) 11.7 Ewa Kło­bu­kow­ska (Skra War­szawa) 11.7 Anna Dzię­cio­łow­ska (Start Łódź) 11.7 Danuta Roman­kie­wicz (Sparta War­szawa) 11.8 Celina Ger­win (Legia War­szawa) 11.8 Maria Piąt­kow­ska (Legia War­szawa) 200 m 23.9 Elż­bieta Szy­roka 24.2 Bar­bara Sobotta 24.2 Irena Kir­szen­stein 24.3 Halina Górecka 24.6 Celina Ger­win 24.7 Maria Piąt­kow­ska 24.8 Ewa Kło­bu­kow­ska 24.8 Elż­bieta Bed­na­rek 24.8 Miro­sława Sała­ciń­ska (AZS Kra­ków) 25.1 Elż­bieta Twar­dow­ska (Sparta) Skok wzwyż 1,73 Jaro­sława Bieda (AZS Kra­ków) 1,70 Miro­sława Sała­ciń­ska 1,68 Iwona Ron­czew­ska (AZS Kra­ków) 1,65 Gizela Paź­dzior (Gór­nik Zabrze) 1,64 Bar­bara Owcza­rek (AZS Kra­ków) 1,60 Łucja Nowo­ryta (Gwar­dia War­szawa) 1,59 Irena Kir­szen­stein 1,58 Gra­żyna Abra­mo­wicz (Legia War­szawa) 1,58 Kry­styna Gigie­le­wicz (MKS Opole) 1,56 Maria Her­man (MKS Leszno) Skok w dal 6,13 Elż­bieta Krze­siń­ska (SLA Sopot) 5,98 Maria Piąt­kow­ska 5,97 Renata Hein (Bail­don) 5,85 Halina Krzy­żań­ska (LZS Lech) 5,84 Maria Majew­ska (AZS Poznań) 5,84 Irena Kir­szen­stein 5,79 Bar­bara Kądziołka (Wisła Kra­ków) 5,77 Bożena Woź­niak (AZS Poznań) 5,70 Maria Bibro (Cra­co­via)

Prze­glą­da­jąc tabele tam­tego czasu, wypada przy­po­mnieć, kim były zawod­niczki, któ­rym sie­dem­na­sto­latka sto­łecz­nej Polo­nii dep­tała wtedy po pię­tach. Otóż Bar­bara Sobotta (panień­skie nazwi­sko Ler­czak, a z pierw­szego mał­żeń­stwa Jani­szew­ska) - to mistrzyni Europy w biegu na 200 metrów z 1958 roku (Sztok­holm) i brą­zowa meda­listka mistrzostw kon­ty­nentu w tej samej spe­cjal­no­ści w 1962 roku w Bel­gra­dzie, piąta w olim­pij­skim finale igrzysk olim­pij­skich 1960 w Rzy­mie. "Złota Basia", uzna­wana za "Miss Pol­skiej Lek­ko­atle­tyki", stała się ulu­bie­nicą kibi­ców, a w naj­po­waż­niej­szych impre­zach repre­zen­to­wała Pol­skę od 1952 roku. I to ona jako pierw­sza zdo­łała wyrów­nać przed­wo­jenne rekordy Pol­ski (wtedy jesz­cze rekordy świata), usta­no­wione przez Sta­ni­sławę Wala­sie­wicz.

Pocho­dząca z Pozna­nia uro­kliwa blon­dynka po stu­diach na kie­runku histo­rii sztuki Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego pozo­sta­wała posta­cią legen­darną rów­nież dla­tego, że mio­ta­jąc się w mło­dych latach pomię­dzy Trój­mia­stem i Kra­ko­wem, wsią­kła w towa­rzy­stwo póź­niej­szych tuzów pol­skiego filmu, sceny teatral­nej i estrady: Zbi­gniewa Cybul­skiego, Bogu­miła Kobieli, Jacka Fedo­ro­wi­cza. Pod­czas igrzysk olim­pij­skich w Rzy­mie nawią­zała zaś romans z wło­skim boha­te­rem tej imprezy, podob­nie jak ona spe­cja­li­stą biegu na 200 metrów Livio Ber­ru­tim, który zdo­był wtedy na tym dystan­sie złoty medal z rekor­dem świata 20.5 sekundy. Jak mi wspo­mi­nała Basia ze śmie­chem po latach, Livio naj­bar­dziej był zdzi­wiony, że to ona lepiej znała zabytki rzym­skie od niego z uwagi na wykształ­ce­nie.

Jej ser­deczna przy­ja­ciółka, także obra­ca­jąca się w owym arty­stycz­nym towa­rzy­stwie Jaro­sława Jóź­wia­kow­ska-Bieda chlu­biła się w skoku wzwyż srebr­nym meda­lem igrzysk w Rzy­mie, będąc rów­nież gwiazdą pierw­szej wiel­ko­ści, zwłasz­cza w Pol­sce, bo prze­cież Rzym przy­niósł nam pierw­szą olim­pij­ską trans­mi­sję i wszy­scy nasi meda­li­ści byli na ustach spo­łe­czeń­stwa, które oglą­dało rela­cje w Tele­wi­zji Pol­skiej z takim samym zachwy­tem jak dzie­więć lat póź­niej prze­kaz lądo­wa­nia ame­ry­kań­skich kosmo­nau­tów na Księ­życu.

Elż­bieta Duń­ska-Krze­siń­ska z kolei była w tam­tym okre­sie naj­bar­dziej uty­tu­ło­waną pol­ską lek­ko­atletką, mając w kolek­cji tro­feów w skoku w dal: olim­pij­skie złoto (Mel­bo­urne 1956) i sre­bro (Rzym 1960), dwa medale mistrzostw Europy (brąz z Berna 1954 i sre­bro z Bel­gradu 1962) oraz usta­no­wiony dwu­krot­nie w 1956 roku rekord świata 6,35 m.

Defilada w Warszawie z okazji 1000-lecia państwa polskiego, 22 lipca 1966 roku. Od lewej: Irena, Waldemar Baszanowski z flagą i Ewa Kłobukowska.

Maria Piąt­kow­ska (wcze­śniej Ilwicka, a po pierw­szym zamąż­pój­ściu Choj­nacka) ucho­dziła od lat pięć­dzie­sią­tych za naj­wszech­stron­niej­szą pol­ską lek­ko­atletkę, się­ga­jąc po rekordy Pol­ski i tytuły mistrzyni na 80 m pł i w pię­cio­boju, a dodat­kowo chlu­biąc się takimi tytu­łami w biegu na 100 m i w skoku w dal.

Z owymi zna­ko­mi­to­ściami przy­szło zatem rywa­li­zo­wać nieco onie­śmie­lo­nemu pod­lot­kowi z war­szaw­skiej Polo­nii, jak­kol­wiek już wtedy Irena budziła respekt star­szych kole­ża­nek, impo­nu­jąc warun­kami fizycz­nymi. Domi­nik Ochen­dal, jeden z tre­ne­rów KKS Polo­nia, kiedy oce­niał wzno­sze­nie się Ireny w skoku wzwyż, zwykł mawiać żar­tem: "ona ma nogi do samej ziemi", suge­ru­jąc poprzez to, że począt­ku­jąca nasto­latka jest w sta­nie przejść nad poprzeczką, nie potrze­bu­jąc w zasa­dzie odbi­cia.

Klucz­bork klu­czem do związku z Janu­szem

- Z Ireną pozna­łam się, będąc o dwa lata od niej star­szą uczen­nicą Liceum Ogól­no­kształ­cą­cego im. Jaro­sława Dąbrow­skiego - wspo­mina dawna kole­żanka ze sta­dionu, a potem ser­deczna przy­ja­ciółka Elż­bieta Cymer­man-Jesień. - Razem tra­fi­ły­śmy do grupy Jana Kopyty, przy czym ja spe­cja­li­zo­wa­łam się w skoku wzwyż, Irena zaś była od początku rewe­la­cyjna w wielu kon­ku­ren­cjach, bo rów­nie dobrze ska­kała wzwyż i w dal, jak i bie­gała sprinty. Skok wzwyż wyko­ny­wa­ły­śmy jesz­cze archa­icz­nym sty­lem noży­co­wym i tu bar­dzo trudno było dorów­nać chu­dej, dłu­go­no­giej Ire­nie, która usta­na­wiała rekord za rekor­dem, bły­ska­wicz­nie zbli­ża­jąc się do ści­słej czo­łówki kra­jo­wej. Już wtedy było widać, że to talent, jaki się tra­fia jeden na miliony adep­tek lek­ko­atle­tyki. I z dzi­siej­szego punktu widze­nia stwier­dzam, że nikt lep­szy się u nas po niej nie naro­dził. Mnie szybko nawa­lił krę­go­słup i musia­łam bar­dzo wcze­śnie zakoń­czyć spor­tową karierę, ale pamię­tam, że w 1963 roku sko­czy­łam wzwyż 146 cm, a o dwa lata młod­sza Irena aż 159 cm.

Od strony czy­sto ludz­kiej była nie­sły­cha­nie sym­pa­tyczną oso­bo­wo­ścią, zawsze bar­dzo wesoła i wszyst­kim życz­liwa. Nic dziw­nego, że przy­jaź­ni­ły­śmy się do końca jej życia, a z kolei mój przy­szły mąż, czte­ry­stu­me­tro­wiec Polo­nii Andrzej Jesień nale­żał do grona naj­bliż­szych kum­pli Janu­sza Sze­wiń­skiego. Dla­tego mocno mi utkwił w pamięci nasz pierw­szy wspólny obóz tre­nin­gowy - w Klucz­borku, gdzie zaczęła się nawią­zy­wać wyraźna nić sym­pa­tii pomię­dzy Ireną i Janu­szem, aż wresz­cie powstał z tego wspa­niały zwią­zek na stałe.

Wia­domo, że ist­nieje coś takiego jak bab­ska zazdrość albo zawiść i jako spor­t­smenka numer jeden Irena miała wie­lo­krot­nie oka­zję stać się obiek­tem tych nega­tyw­nych uczuć. Sama za to ni­gdy w życiu na nikogo złego słowa nie powie­działa. Zawsze była wszyst­kim przy­ja­zna i pomocna. Po pro­stu serce na dłoni. Tak samo zresztą jak Janusz. W latach 70., gdy jesz­cze ja i Andrzej nie mie­li­śmy wła­snego samo­chodu, Sze­wiń­scy nie wahali się nam poży­czyć swo­jego malu­cha, żeby­śmy mogli poje­chać na Mazury.

Cho­ciaż wciąż podró­żu­ją­cej po świe­cie Ire­nie trudno było zna­leźć wolną chwilę, bar­dzo dobrze spi­sy­wała się jako pani domu, rów­nież od strony gastro­no­micz­nej, a jej popi­sową potrawą był karp po żydow­sku. Poza tym - jak każdy dobry czło­wiek - bar­dzo kochała zwie­rzęta. Psy i koty w jej domu były trak­to­wane jak człon­ko­wie rodziny. Na koniec powiem zaś coś bar­dzo zaska­ku­ją­cego. Otóż w mał­żeń­stwie Sze­wiń­skich było tak, że Irena wprost uwiel­biała tań­czyć, a Janusz - prze­ciw­nie. I pro­szę sobie wyobra­zić, że któ­re­goś roku na Syl­we­stra to dobrane mał­żeń­stwo wygrało w war­szaw­skiej restau­ra­cji Sofia kon­kurs tańca! Janusz sam do dzi­siaj nie może w ten suk­ces uwie­rzyć, mając jed­nak świa­do­mość, że o wygra­nej prze­są­dziła raczej roz­po­zna­wal­ność jego żony, a nie pospólne umie­jęt­no­ści taneczne - wyja­śnia ze śmie­chem pani Elż­bieta, któ­rej syn Paweł jest mężem rekor­dzistki Pol­ski w biegu na 400 metrów przez płotki Anny Oli­chwier­czuk, która wystę­puje też pod nazwi­skiem Jesień.

A po bli­sko sześć­dzie­się­ciu latach daw­nej kum­pelce Ireny przy­po­mina się, że przy­szła mistrzyni olim­pij­ska nie miała łatwo z kole­żan­kami, które na owym obo­zie w Klucz­borku dawały jej zły przy­kład, paląc cicha­czem papie­rosy, a nawet roz­pi­ja­jąc modne wśród ówcze­snej mło­dzieży tanie wino "paty­kiem pisane".