WSTĘP
pisane od serca
Proponując przeczytanie tych wspomnień,
czuję, jak wielki kamień spada mi z serca po upływie aż 43 lat od
momentu, gdy po raz pierwszy zanotowałem zwierzenia Ireny
Kirszenstein-Szewińskiej pod kątem ujęcia ich w formie książkowej. Przez
tak długi czas kartki tamtego maszynopisu zdążyły mocno pożółknąć, a z Ireną przyszło nam się pożegnać na zawsze. Teraz może ona oceniać mój
tekst już prosto z nieba. Chociaż i ją, i mnie życie zahartowało na
tyle, że nikt nas nigdy nie widział płaczących, to jednak nie ukrywam,
że przy pisaniu tej książki łzy kapały mi na klawiaturę laptopa.
Zacząć wypada od tego, że wśród osób wybitnych i sławnych kobiety
pozostają w mniejszości. Stąd też liczba Polek, które zyskały światowy
rozgłos, jest doprawdy niewielka. Wymienić by można chronologicznie:
znaną po obu stronach Atlantyku aktorkę dramatyczną Helenę Modrzejewską,
a zaraz po niej autorkę pionierskich prac w dziedzinie
promieniotwórczości Marię Skłodowską-Curie, która jako pierwsza kobieta
otrzymała Nagrodę Nobla (i to dwukrotnie); wspomnieć wypadałoby o kilku
przedstawicielkach świata muzyki i plastyki oraz literatury - bo
przecież noblistką została też poetka Wisława Szymborska. Ale w sporcie
Polką naprawdę znaną i uznaną przez cały świat była tylko Irena
Kirszenstein-Szewińska, lekkoatletka, która sama stworzyła jakby odrębną
epokę swoimi występami w pięciu kolejnych igrzyskach olimpijskich
(1964-1980), aż siedem razy stając na podium. A odbywało się to już w dobie ogarniającej wszystkie kontynenty telewizji satelitarnej, dzięki
której widownia podziwiająca Irenę w jednym momencie mogła być liczona
już nie w milionach, ale w miliardach. Prowadzący najbardziej prestiżową
i najbardziej obiektywną doroczną klasyfikację zawodników i zawodniczek
w lekkoatletyce amerykański magazyn "Track&Field News" daje Irenie
zdecydowanie pierwsze miejsce w sporządzonych pod różnym kątem
rankingach historycznych, potwierdzając, że jest ona najlepszą
lekkoatletką wszech czasów.
Pierwsza Dama
Wieloletnie pasmo międzynarodowych sukcesów długonogiej warszawianki to
w moim przekonaniu najpiękniejszy rozdział w historii sportu polskiego,
a rozdział ten został po latach ukoronowany dwudziestoletnią aktywnością
byłej mistrzyni w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, w agendach
światowej centrali lekkoatletycznej (IAAF) i Europejskiego
Stowarzyszenia Lekkoatletycznego (EAA), jak również Polskiego Związku
Lekkiej Atletyki, Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl), Towarzystwa
Olimpijczyków Polskich i Światowego Stowarzyszenia Olimpijczyków (World
Olympians Association - WOA).
Szewińska nie była sportową efemerydą. I na podwórku krajowym, i na
światowej arenie pozostawiła aż nadto trwały ślad. Nic dziwnego, że w naszym sporcie tylko ją tytułowano "Pierwszą Damą", a kłaniali jej się
wszyscy: inni wielcy mistrzowie, najsławniejsi artyści, politycy z pierwszych stron gazet, monarchowie, no i dziennikarze, ceniący Irenę
szczególnie za to, że potrafiła uczynić ze sportu szlachetną sztukę
współzawodnictwa, zawsze okazując szacunek wobec rywalek. Nawet tych,
które walczyły z nią nieuczciwymi metodami. No i do ostatniej chwili
życia głosiła radość z uprawiania sportu.
Nie tylko medale i rekordy decydowały o klasie tej wspaniałej
sportsmenki. Klasę tę w równej mierze charakteryzowała ustabilizowana
forma na wysokim poziomie i skromny, ujmujący sposób bycia, a zarazem
swoista godność, która skłoniła dziennikarzy francuskich do tytułowania
Szewińskiej mianem "Une Grande Dame". Tak samo podszedł zresztą do niej
prezydent Francji Valery Giscard d'Estaing, który w 1975 r. osobiście
wręczał Irenie nagrodę przeznaczoną dla najlepszej sportsmenki świata, a kiedy przybył wkrótce potem z oficjalną wizytą do Polski, od razu
wystosował do niej zaproszenie na uroczysty bankiet w królewskim pałacu
w Wilanowie.
W ciągu mojej już blisko 50-letniej pracy w dzienniku "Przegląd
Sportowy" przyszło mi rejestrować i komentować wiele fragmentów kariery
znakomitej sportsmenki. Towarzyszyłem jej na mniejszych i większych
imprezach sportowych, na wielkich fetach - jak doroczne gale
lekkoatletyczne w Monako - i wielkich balach. Miałem też możliwość
uczestniczenia w życiu towarzyskim Ireny i jej męża, mojego serdecznego
druha z "Przeglądu Sportowego" - Janusza Szewińskiego, dla mnie -
fotoreportera numer jeden. Duma rozpierała mi pierś zwłaszcza wtedy, gdy
ta moja rówieśniczka (rocznik 1946) udowadniała swoimi zwycięstwami, że
nasze mocno niedożywione po kataklizmie drugiej wojny światowej i cokolwiek cherlawe pokolenie nie ustępuje w sporcie przedstawicielom o wiele późniejszych generacji, którzy mogli już wyrastać w o niebo
lepszych warunkach, w czasach - co tu dużo mówić - dobrobytu.
Bohaterowie sportu różnią się od wybitnych jednostek w innych
dziedzinach życia. Znacznie częściej miewają wahania formy, czym irytują
kibiców. Mistrz bieżni nie pobiegnie codziennie w tempie rekordu świata.
Szewińska była jednak o tyle wyjątkiem, że wrodzony talent i sumienność
w treningu pozwalały jej utrzymywać wysoką formę długie lata. Widzowie
na stadionach pod każdą szerokością geograficzną wiedzieli, że na tę
zawodniczkę można zawsze liczyć. Od początku do końca każdego sezonu.
Bardzo rzadko sprawiała zawód. Zapewne dlatego cieszyła się tak
powszechną sympatią.
Jednym słowem - Irenissima!
Niejednokrotnie byłem świadkiem, jak samo wywołanie nazwiska "Szewińska"
przez komentatora pobudzało przychylny szmer oklasków i podziwu.
Szacunek dla naszej supermistrzyni był na przykład w Ostrawie i Bratysławie tak wielki, że spikerzy ogłaszający na tamtejszych
stadionach listy startowe, choć w zasadzie ograniczali komunikat do
imion i nazwisk zawodników, w tym jednym jedynym wypadku podkreślali
prestiż Polki, tytułując ją "panią Ireną Szewińską". Owa czołobitność
zawsze mnie uderzała, ilekroć znajdowałem się na zawodach ostrawskiej
Zlatej Tretry i bratysławskiej "Peteeski" (Pravda - Televizia -
Slovnaft). Irenie sprawiało to niewątpliwą przyjemność. Mianem "Wielkiej
Damy" bodaj jako pierwsza z gazet zaczęła honorować polską królową
lekkoatletyki paryska "L'Equipe" - i to sformułowanie chyba najlepiej
oddawało renomę lekkoatletki. Być "Wielką Damą" na stadionie, gdzie pot
zalewa oczy, a grymas wysiłku wykrzywia twarz, gdzie emocje i stresy -
to wielka sztuka, jaką może pochwalić się niewiele sportsmenek.
Szewińska posiadła też inną wielką sztukę - bycia sobą niezależnie od
czasu i miejsca wydarzenia oraz splotu okoliczności życiowych.
Rozpoczęła karierę jako skromna, ujmująca sposobem zachowania
zawodniczka i tak ją zakończyła.
A ile można wskazać innych przykładów braku jakiegokolwiek zmanierowania
w następstwie wzniecanego wokół kogoś medialnego szumu, błyskawicznie
rosnącej sławy? Przyszłość wykazała, że wiele kolejnych gwiazd naszego
sportu takiemu zmanierowaniu łatwo uległo, psując swój wizerunek
wielkiego mistrza publicznym objawianiem pychy i zachowaniami, jakie nie
mogą budzić akceptacji. Irena jednak była do końca sobą, kimś szczerym,
otwartym, serdecznym, nieokazującym nikomu nawet cienia wyższości.
Sprint stał się domeną Ireny na długie lata.
Na sportowej arenie podziwialiśmy ją przez bez mała 20 lat. Były okresy
mozolnego treningu, stopniowego ulepszania najdrobniejszych elementów
techniki biegania i skakania. Był czas studiów na Uniwersytecie
Warszawskim i czas macierzyństwa, po którym trzeba było nie lada
wysiłku, by na powrót znaleźć się w czołówce światowej i rywalizować z młodym pokoleniem lekkoatletek. Była znów wielka radość z imponujących
sukcesów. Był wielki triumf reprezentowanego przez nią konsekwentnie
czystego sportu nad brudem farmakologicznego dopingu. I wyjście - bez
najmniejszego szwanku - z brutalnej rywalizacji propagandowej, jaka - w następstwie zimnej wojny - wytworzyła się pomiędzy Wschodem i Zachodem.
Były zwycięstwa w licznych plebiscytach, były zaszczyty, dalekie
podróże. I niskie ukłony największych osobistości tego świata.
Długotrwała kariera sportowa Szewińskiej jednych zachwycała, innych
drażniła. No cóż - o gustach się nie dyskutuje. Powiadali mi nieraz
znajomi: ona wygrywa wprost do znudzenia, to przestaje być interesujące.
Tak, wygrywała aż do znudzenia, wyjąwszy ostatnie trzy lata startów.
Trudno jednak, by sportowe zwycięstwa mieć komukolwiek za złe. Nikt się
dziś nie obraża na Portugalczyka Cristiano Ronaldo i Argentyńczyka Leo
Messiego, że są w piłce nożnej bezustannie najlepsi. Tym bardziej można
się dziwić, iż pasmo zwycięstw Ireny, jak kiedyś seria triumfów
fińskiego długodystansowca Paavo Nurmiego, mogło kogokolwiek znudzić.
Przedwojenny mistrz sprintu, a potem dziennikarz sportowy Edward
Trojanowski znalazł - może najtrafniejsze - określenie wyrażające
przewagi Szewińskiej. Był to później nader często używany, a nawet
nadużywany termin "Irenissima", nawiązujący do stopnia najwyższego
przymiotników w języku włoskim. Moim zdaniem bardzo trafny, ale i on
irytował niektórych. Pewnie dlatego, że postać i cała kariera polskiej
sportsmenki numer jeden stanowiły pewien ideał, do którego trudno było
się od jakiejkolwiek strony przyczepić. W zasadzie wszystko się wciąż
zapisywało na plus. Żadnych kompromitacji, żadnych ekstrawagancji,
żadnych skandali. Widać owa nieskazitelność była dla żądnych niezdrowej
sensacji obserwatorów sportu nie do przyjęcia.
Będąc z natury przeogromnym talentem, zdołała udowodnić w latach
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, że - wbrew pozorom - w dzisiejszej dobie szanse zwyciężania mają nie tylko sportowcy "z retorty", względnie naszprycowane farmakologicznie stadionowe brojlery.
Swoim niepowtarzalnym długim krokiem przemierzyła kilka
lekkoatletycznych epok. Zmierzyła się z przedstawicielkami kilku
następujących po sobie generacji. Przełamała ówczesne bariery
fizjologiczne. Pokazała piękno sportu, odkrywając różne jego oblicza.
A jak się to wszystko tak naprawdę zaczęło? Spróbujmy rzecz uchwycić -
in statu nascendi, czyli sięgając do początku rodzinnych życiorysów.
Rozdział 1
TRÓJKĄT KIJÓW - LENINGRAD - WARSZAWA
Historia wielkich wojen splata się często
z historią sportu. Nikomu jednak to nawet przez głowę nie przeszło, gdy
29 lipca 1976 roku miliardowa widownia, składająca się z telewidzów
niemal wszystkich zakątków kuli ziemskiej, wstrzymała oddech,
podziwiając finisz szczupłej, długonogiej Polki, która w imponującym
stylu wygrała w Montrealu olimpijski finał biegu na 400 metrów,
ustanawiając rekord świata - 49.29 sekundy. Występ tej 30-letniej
naówczas biegaczki wzbudził szczególne zainteresowanie, ponieważ do mety
zmierzała supergwiazda, uznana dwa lata wcześniej za najlepszą
sportsmenkę naszej planety. Nadto zaś biegła ona po swój już siódmy
medal igrzysk olimpijskich, niejako koronujący wieloletnią serię
lekkoatletycznych występów.
Gdyby 24 maja 1946 roku jakiś prorok zapowiedział rodzicom przyszłej
montrealskiej triumfatorki, że ich narodzona właśnie córka sportowymi
dokonaniami zachwyci cały świat, na pewno nie uwierzyliby w tę
przepowiednię, gnieżdżąc się w ciasnym pokoiku domu studenckiego w podnoszącym się z wielkim trudem z wojennego kataklizmu Leningradzie.
Trwająca blisko 900 dni niemiecka blokada tego miasta (1941-1944)
sprawiła, że 97 procent spośród blisko miliona rosyjskich ofiar najazdu
hitlerowskiej armii wyzionęło tam ducha na skutek głodu i chorób. W najgorszym okresie notowano przypadki kanibalizmu i do dziś szokują nas
zdjęcia wygłodzonych dzieci-szkieletów.
Pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku Leningrad, w okresie
1914-1924 nazywany Piotrogrodem, głodował w warunkach pokoju, nękany z jednej strony suszą, z drugiej zaś szaleństwami bezwzględnej władzy
sowieckiej. Wtedy jednak pomoc żywnościową przysłali statkiem
Amerykanie, wykorzystując zbawcze położenie miejscowości przy wielkim
jeziorze Ładoga. W czasie niemieckiej blokady wszelako generalissimus
Józef Stalin - zamiast dostarczać mieszkańcom żywność - wolał słać przez
jezioro dostawy surowców do produkcji broni i wyprodukowaną broń tą samą
drogą z Leningradu zabierać. Nic dziwnego, że - jak w wielu innych
miejscach imperium sowieckiego - kromka chleba była w drugim co do
wielkości mieście Rosji na wagę złota. I w roku 1946 nikt nawet nie
myślał o przywróceniu Leningradowi historycznej nazwy z czasów carskich
- Sankt Petersburg, co nastąpiło dopiero 45 lat później, po demontażu
politycznego kolosa, jakim był Związek Socjalistycznych Republik
Radzieckich.
Pamiątka z przedszkola, Irenka druga z prawej w drugim rzędzie od góry
(w okularach).
Tym bardziej więc warto zdać sobie sprawę, w jakich warunkach przyszła
na świat Irena Kirszenstein, najznakomitsza polska sportsmenka w historii, bardziej znana już pod przyjętym po zamążpójściu nazwiskiem -
Szewińska. Gdyby nie doszło do szczęśliwej repatriacji w 1947 roku i przeniesienia z Leningradu do Warszawy wraz z rodzicami - urodzonego w Warszawie Jakuba Kirszensteina i wywodzącej się z Kijowa Eugenii
Rafalskiej, losy Ireny potoczyłyby się najprawdopodobniej całkiem
inaczej. I żałowałby tego zapewne przebywający od dawna w zaświatach
wielki podskarbi litewski, Hieronim Kryszpin-Kirszensztein (1663-1676),
być może jeden z dalszych przodków Jakuba.
To dzięki ukochanej mamie Eugenii Rafalskiej poszła pierwszy raz na
zawody lekkoatletyczne - Memoriał Janusza Kusocińskiego.
Skomplikowane koleje losu Rzeczypospolitej sprawiły na przykład, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku doczekaliśmy się znakomitego
dziesięcioboisty w osobie Antoniego Cejzika tylko dlatego, że po prostu
cudem udało mu się wydostać ze świeżo założonego imperium
komunistycznego - ZSRR, gdzie zdążył ukończyć szkołę baletową i co nieco
wyćwiczyć się w sporcie. Nasz najlepszy - obok Janusza Kusocińskiego -
przedwojenny biegacz na średnich i długich dystansach Stanisław
Petkiewicz był imigrantem z Łotwy. Z kolei syn osiadłego z dawna na
Litwie i zamordowanego za współpracę z wileńską AK hrabiego Władysława
Komara - Władysław Komar junior - został wprawdzie w roku 1945 wwieziony
na terytorium powojennej Polski na białym koniu, ale... czerwonoarmisty,
a przyszły mistrz olimpijski i rekordzista świata w skoku o tyczce
Władysław Kozakiewicz to także repatriant - do Polski przybył wraz z rodziną z terytorium radzieckiej Litwy.
Podczas wakacji nad morzem.
Życiorys Jakuba Kirszensteina
Rodowód Ireny Kirszenstein-Szewińskiej najlepiej ilustruje życiorys jej
ojca, własnoręcznie przez niego napisany. Jest to bardzo ciekawa
opowieść ze szczególnym uwzględnieniem perypetii Jakuba i jego przyszłej
żony w okresie drugiej wojny światowej. Z wyjątkiem śródtytułów tekst
jest przedstawiony w oryginale - bez jakichkolwiek poprawek.
Tu Niemcy, tam Sowieci...
Urodziłem się w Warszawie 24.06.1919 r. Ojciec z matką prowadzili
atelier i pracownię kuśnierską w Warszawie. Miałem jeszcze troje
młodszego rodzeństwa, 2 braci i najmłodszą siostrę. Naukę rozpocząłem w wieku 6 lat w prywatnej szkole podstawowej, po ukończeniu której
kontynuowałem naukę w gimnazjum, po czym rozpocząłem wyższe studia na
wydziale elektrycznym. Studiowałem 2 lata aż do napaści niemieckiej na
Polskę w 1939 r. Brałem wówczas udział w obronie Warszawy.
Drugi okres wojny
Po 3 miesiącach w początku grudnia wraz z kilkoma kolegami opuściłem
Warszawę, udając się na wschód i po wielu perypetiach dostałem się do
strefy zajętej przez wojska radzieckie. Dotarłem do Lwowa, gdzie
spotkałem wielu kolegów, którzy przybyli wcześniej. Zostałem przyjęty na
Politechnikę Lwowską, gdzie mogłem kontynuować studia. We Lwowie
spotkałem młodszego brata, który opuścił Warszawę wraz ze swymi kolegami
przede mną. We Lwowie starał się dostać na studia na uniwersytecie, ale
nie był przyjęty i postanowił wrócić do Warszawy. Ostatnią kartkę od
rodziny (ojciec, matka, dwóch braci, siostra) otrzymuje w marcu 1941
roku. Po tej odkrytce, którą do dziś zachował, nie miał od nich więcej
żadnych wiadomości. Jak się już później dowiedział, wszyscy zginęli w Treblince.
Kierunek - Uzbekistan
Po natarciu wojsk niemieckich na ZSRR uciekłem ze Lwowa i na piechotę
wraz z kolegami, chodząc tylko nocą - dostaliśmy się do starej
polsko-radzieckiej granicy, gdzie dostaliśmy się do pociągu, którym
dotarliśmy do Kijowa. Tam szła pełna ewakuacja fabryk i ludności na
daleki wschód. Udało się nam dostać do pociągu towarowego z otwartymi
wagonami, którym po przeszło 30 dniach podróży i po zmianach pociągów
dotarliśmy do Taszkientu. W Taszkiencie znajdowało się już kilkaset
tysięcy uciekinierów i doradzono nam, aby jechać dalej do Samarkandy.
Naturalnie wszystko to, co podałem wyżej, nie szło tak gładko, czasem
traktowano nas jak szpiegów, ponieważ nie znaliśmy języka rosyjskiego, a z dowodów wynikało, że jesteśmy z Polski. W Samarkandzie zacząłem
pracować jako elektryk w browarze przy konserwacji maszyn elektrycznych.
Zostaję Sybirakiem
Po kilku miesiącach pracy, zimą 1941 r., zostałem wraz z wieloma innymi
odtransportowany do pracy na Syberii w okolicach Czelabińska, gdzie
pracowałem jako elektryk przy konserwacji sieci wysokiego napięcia
zasilającej zakłady przemysłu zbrojeniowego w Czelabińsku. Praca była
bardzo ciężka i polegała m.in. na naciąganiu pękających, przy
temperaturze dochodzącej do -60 stopni, przewodów elektrycznych. W końcu
1943 r. zostałem zwolniony i wróciłem do Samarkandy, gdzie znów zacząłem
pracować już w innym zakładzie, jako elektryk.
Gdzie by tu się schować przed mamą...
Okres studiów w ZSRR
W tym czasie (1944 r.) znajdował się w Samarkandzie (Uzbekistan)
ewakuowany z Leningradu Instytut Inżynierów Kinematografii m.in. z wydziałem elektrycznym. Zgłosiłem się tam i po moim piśmie do Komitetu
do Spraw Wyższej Szkoły w Moskwie (ówczesne Ministerstwo Szkolnictwa
Wyższego) zostałem przyjęty i mogłem kontynuować studia.
Studia w Instytucie Kinematografii, poza ogólnymi przedmiotami
teoretycznymi, obejmowały zagadnienia elektroakustyki, nagłaśniania,
akustyki wnętrz, ochrony od hałasów, projektowania studiów filmowych,
kinoteatrów, konstrukcji sprzętu stosowanego w technice filmowej itp. W Samarkandzie w czasie studiów poznałem moją przyszłą żonę Eugenię
Rafalską, która była uciekinierką z Kijowa i studiowała na wydziale
foto-chemicznym w tym samym instytucie.
W 1945 r. pobraliśmy się i wraz z Instytutem, który reewakuował się,
wyjechaliśmy do Leningradu. Miasto wówczas leżało w gruzach.
W 1946 r. urodziła się w Leningradzie córka Irena. W związku z reewakuacją obywateli polskich znajdujących się w ZSRR uzyskałem w tym
samym roku, z Polskiej Delegatury w Moskwie, zgodę na pozostanie w Leningradzie do zakończenia studiów. W 1947 ukończyłem studia, uzyskując
dyplom inżyniera elektryka. Opinia Komisji - Bardzo Dobra.
Powrót do Warszawy
W 1947 r. wraz z żoną i dzieckiem wróciłem do Polski. Jako ciekawostkę
mogę dodać, że to nie było takie proste. Gdy zgłosiłem się na milicję,
aby dostać zgodę na wyjazd, zażądano, abym przedstawił dokumenty, że
jestem z Polski. Dokumenty przedłożone przeze mnie zostały uznane jako
nieważne, ponieważ były pisane po polsku. Na moje wyjaśnienia, że Polska
jest i była niezależnym krajem, ze swoim językiem i pismem, uznano to za
niewystarczające i zażądano, aby wykonać urzędowe tłumaczenie na język
rosyjski. W Leningradzie - milionowym mieście - nie było żadnego
urzędowego tłumacza, a najbliższy był w Moskwie. Na wyjazd do Moskwy
potrzebna była delegacja. Zgłosiłem się wówczas do rosyjskiej Akademii
Nauk i na dziale języków słowiańskich profesor języka polskiego napisała
tłumaczenie, przyłożyła pieczęć Akademii Nauk i to pozwoliło uzyskać
dokument upoważniający do wyjazdu.
Rodzina żony
Do wojny żona wraz ze swoją rodziną mieszkała w Kijowie. Ojciec jej w okresie stalinowskim był prześladowany. Zmarł, gdy żona i jej siostra
były jeszcze małe. Siostra oraz jej mąż również mieli wyższe studia. Syn
siostry, tzn. kuzyn Ireny, jest również inżynierem.
Praca na ziemi polskiej
Po przybyciu do Polski zgłosiłem się do Centralnego Urzędu
Kinematografii i rozpocząłem pracę w Nadzorze Technicznym Filmu
Polskiego, a po zorganizowaniu jednostki naukowo-badawczej (FODU)
przeszedłem do tej jednostki jako kierownik jednego z zakładów, gdzie
konstruowano nowe sprzęty filmowe. W tym czasie byłem również
konsultantem dla projektantów z Biura Projektów w zakresie moich
specjalności - kinotechniki i akustyki. Na polecenie Prezesa
Kinematografii byłem przeniesiony na stanowisko Dyrektora Technicznego
na okres 1 roku dla zorganizowania działu technicznego, po czym wróciłem
do FODU.
W 1953 r. odszedłem z FODU i przeszedłem do Specjalistycznego Biura
Projektów - Miastoprojekt na stały etat, jako kierownik zespołu w zakresie kinotechniki, akustyki wnętrz, ochrony od hałasów i megafonizacji. Biuro to - w zakresie zagadnień teatralnych i filmowych -
współpracowało niemal ze wszystkimi biurami projektowymi w Polsce
projektującymi obiekty widowiskowe i widowiskowo-sportowe, pracownie
konserwacji zabytków itp. Często bywałem powoływany jako ekspert dla
Ministerstwa Kultury.
Lista moich dzieł
W zespole wyszkoliłem cały szereg specjalistów w tych zagadnieniach.
Niemal we wszystkich miastach w Polsce znajdują się obiekty, dla których
w czasie mojej pracy opracowałem projekty dla dużej ilości kinoteatrów,
teatrów dramatycznych, operowych, sal koncertowych, audytoriów, teatrów
na terenach otwartych, szkół muzycznych, domów kultury i wytwórni
filmowych oraz dużych hal widowiskowo-sportowych. Niektóre z nich są
opisane w polskiej literaturze technicznej, niektóre były pozytywnie
oceniane w prasie. Do bardziej znanych zrealizowanych obiektów można
między innymi zaliczyć: trzy wytwórnie filmowe - WFF w Łodzi z dużym
nowoczesnym budynkiem dźwięku, WFO w Łodzi, WFF we Wrocławiu, Operę
Narodową w Łodzi, Operę w Gdańsku, Halę Sportowo-Widowiskową w Katowicach, Szpital Dziecięcy - dar amerykański w Krakowie, hotel w Krakowie.
Irena z Andrzejkiem w wózku podczas spaceru z mamą - Eugenią Rafalską
oraz tatą - Jakubem Kirszensteinem, któremu towarzyszy druga córka Ania.
Druga żona i córka
Po powrocie do Polski żona przez jakiś czas, gdy Irenka była mała,
uczyła się języka polskiego oraz zaczęła kontynuować swoje studia na
Politechnice Warszawskiej na wydziale chemii. Po uzyskaniu dyplomu
zaczęła pracować w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. W 1953 r.
rozeszliśmy się. Irena została przy matce. W 3 lata po rozwodzie
powtórnie się ożeniłem i w 1957 r. miałem jeszcze jedną córkę. Z Ireną i matką utrzymywaliśmy poprawne stosunki i od czasu do czasu spotykaliśmy
się. Na urlopy letnie lub zimowe, gdy Irena była mała, wyjeżdżaliśmy
razem z nią. Bardzo cieszyłem się, słysząc o jej pierwszych
zainteresowaniach sportowych i wynikach w wieku 12 lat, gdy chodziła
jeszcze do szkoły podstawowej.
* * *
Druga córka Jakuba - Anna - dołączyła do powyższego życiorysu swój
własny tekst zatytułowany:
Portret znanego polskiego akustyka Jakuba Kirszensteina
Jakub Kirszenstein, akustyk-projektant i badacz, urodził się w Warszawie w okresie międzywojennym. Dzieciństwo
spędził w domu rodzinnym przy Placu Żelaznej Bramy róg Granicznej. Tutaj
niedaleko znajdowała się jedna z czterech bram do Ogrodu Saskiego. W pobliżu był Bank Sieroszewskiego, cukiernia Kotlickich. Z jednej strony
mieszkania okna wychodziły na pomarańczarnię w ogrodzie Saskim. Wolne
chwile młody Jakub spędzał na spacerach po wielkim Ogrodzie, odwiedzając
Pomarańczarnię, ogródek Raua i inne zakątki między wejściem do Ogrodu i grobem Nieznanego Żołnierza, wstępując czasem do pijalni mleka Sigalina.
Po ukończeniu gimnazjum został przyjęty do jednej z warszawskich uczelni
- Państwowej Wyższej Szkoły Budowy Maszyn i Elektrotechniki imienia
Wawelberga i Rotwanda przy ulicy Mokotowskiej 6. Wybuch II Wojny
Światowej przerywa studia.
Na apel prezydenta miasta bierze udział w obronie Warszawy. Ponadto wraz
z innymi sąsiadami zrzuca z dachu domu bomby zapalające, które z samolotów były zrzucane na miasto. Po nalotach często spotykało się na
ulicach zabitych i rannych ludzi, dogorywające konie, zbombardowane i palące się domy...
Wraz z młodszym bratem postanawia w uzgodnieniu z rodziną opuścić
Warszawę, przed tym zaopatrując rodzinę w artykuły żywnościowe. Młodszy
o dwa lata brat Jakuba wraz z kilkoma kolegami pierwszy opuszcza
Warszawę, udając się z tysiącami innych warszawiaków na wschód.
Jakub, po wielotygodniowym pobycie w zajętej przez Niemców Warszawie,
kilka razy zatrzymywany przez policjantów warszawskich, również wraz z czterema swoimi kolegami opuszcza stolicę, udając się w kierunku na
Zaręby Kościelne - gdzie w pobliżu przebiegała linia demarkacyjna między
terenami zajętymi przez wojska niemieckie i wojska radzieckie.
Przechodzą w bród przez Bug zatrzymywani raz przez patrol rosyjski, a potem niemiecki i po tych perypetiach, przemarznięci i przemoczeni,
dostają się do Zarębów Kościelnych. Tam, dzięki życzliwej pomocy
polskiego dróżnika, pociągiem docierają do Białegostoku.
Po krótkim pobycie w Białymstoku decydują się jechać dalej do Lwowa,
gdzie - jak się dowiedzieli - istniała możliwość kontynuowania studiów i równocześnie uniknięcia zsyłki do obozów pracy w ZSRR.
We Lwowie, zajętym przez władzę radziecką, Jakub zostaje przyjęty na
Politechnikę Lwowską (Lwiwskij Politechniczeskij Institut). Kontynuuje
studia na wydziale elektromechanicznym. Tam też we Lwowie spotyka
swojego brata, który zdecydował się na powrót do Warszawy. Ostatnią
wiadomość od rodziny (ojciec, matka, dwóch braci, siostra) otrzymuje w marcu 1941 roku. Po tej odkrytce, którą do dziś zachował, nie miał od
nich więcej żadnych wiadomości. Jak się już później dowiedział, wszyscy
zginęli w Treblince.
Po rozpoczęciu działań wojennych pomiędzy Niemcami i Rosją, opuszcza
wraz ze swoimi kolegami Lwów i piechotą dostają się po kilku dniach -
tylko nocnej wędrówki - do starej granicy polsko-radzieckiejw
Podwołoczyskach. Pociągiem, często bombardowanym przez samoloty
niemieckie, dostają się do Kijowa.
Przy 60-stopniowym mrozie
W Kijowie, gdzie organizowana była pełna ewakuacja ludności, udaje się
im wsiąść do pociągu towarowego - transportującego normalnie bydło - i wraz z tysiącem innych uciekinierów jedzie 30 dni przez tereny
zamieszkałe przez różne narody południowo-wschodniego ZSRR. Docierają do
Taszkientu (Uzbekistan), o którym opowiadał mu w dzieciństwie ojciec,
który w 1910 roku odbywał tam służbę wojskową. Z uwagi na olbrzymi
napływ uciekinierów z wielu okręgów ZSRR jadą dalej do oddalonego o 300
kilometrów miasta - Samarkandy. Tam, jako studenci, dostają możliwość
czasowego zamieszkania w domu akademickim i rozpoczynają poszukiwania
pracy. Jakub dostaje ją w browarze, jako elektryk. Do jego obowiązków
należy nadzór nad sprzętem, instalacjami elektrycznymi i maszynami
elektrycznymi niezbędnymi między innymi w urządzeniach chłodniczych i w miejscowej elektrowni. W wielu rejonach, m.in. południowo-wschodniego
ZSRR, można było spotkać ludzi pochodzących z dawnej inteligencji
carskiej Rosji, przesiedlonych przez władzę radziecką. Byli to ludzie
ciekawi, najczęściej dobrze wykształceni.
W listopadzie 1941 roku otrzymuje zawiadomienie o stawieniu się w komendanturze wojskowej z osobistymi rzeczami w związku z przydziałem do
batalionów pracy. Po dziesięciodniowej podroży pociąg (eszelon) dociera
do małego osiedla w rejonie Czelabińska na Syberii. Z zewnątrz ktoś
wybił szybę, na skutek czego, przy silnym mrozie (-40 stopni), Jakub
dostaje zapalenia ucha i natychmiast zostaje przetransportowany do
szpitala. Po 10 dniach kuracji wychodzi. W tym czasie większość ludzi
dostała już przydziały do pracy w Czelabińsku w zakładach CZ.T.Z.
(Czelabinskij Traktornyj Zawod) - który przestawił się na produkcję
wojskową. Jakub zostaje w osiedlu, gdzie pracuje jako elektryk przy
nadzorze nad siecią instalacji wysokiego napięcia zasilającą zakłady
CZ.T.Z. Praca była bardzo ciężka. Przy mrozach dochodzących do minus 60
stopni pękały przewody wysokiego napięcia i trzeba było naprawiać je,
naciągając ciężkie przewody na wysokości 15 metrów nad ziemią. Pobyt w tym obozie trwał do połowy 1944 roku.
W wyniku porozumień, zawartych pomiędzy Rządem Polskim w Moskwie a stroną radziecką, zaistniała możliwość opuszczenia obozu. Jakub -
korzystając z tej sytuacji - zwalnia się z obozu i wraca z powrotem do
Uzbekistanu, do Samarkandy. Zaczyna pracować jako elektryk w przedsiębiorstwie "Kiszmisznyj Zawod" - Zakład zajmujący się suszeniem
rodzynek. Sytuacja panująca ówcześnie w zakładzie była dziwna. Rodzynki
były poszukiwanym "towarem". Często zdarzały się kradzieże rodzynek z zakładu. Wynosili je pracownicy w swoich kieszeniach. Były to małe
ilości "towaru". W momencie wykrycia braku sporej ilości towaru wzmagała
się kontrola, a potem śledztwo, które zazwyczaj kończyło się zsyłką
winnych do obozów. Prawdziwe jednak kradzieże były w większości
dokonywane przez kierownictwo zakładu. Wywożono wówczas towar całymi
workami, naturalnie bez kontroli. W tym okresie Jakub poważnie choruje.
Zapada na tyfus brzuszny zwany tutaj "polskim tyfusem", najczęściej
kończącym się zgonem. Rosjanie lub miejscowa ludność wychodzili ze
szpitala po 2 tygodniach. Jest w szpitalu, z którego po wielu tygodniach
wychodzi silnie osłabiony.
Ratunek - w Akademii Nauk ZSRR
W roku 1942-43 z Leningradu zostaje ewakuowany przez Gruzję do
Samarkandy Instytut Inżynierów Kinematografii. Dowiedziawszy się o tym,
Jakub ubiega się o przyjęcie na tę uczelnię. Władze uczelni nie chcą
przyjmować uciekinierów z innych krajów. Wysyła kopie swoich dokumentów
ze studiów do Komitetu do Spraw Wyższych Uczelni w Moskwie z prośbą o zgodę na kontynuowanie studiów. Po miesiącu zarówno on, jak i uczelnia
otrzymują telegram "przyjąć wg przedłożonych dokumentów". Rozpoczyna
studia w Samarkandzie. W połowie 1945 r. Instytut zostaje reewakuowany z powrotem do Leningradu, a wraz z nim wyjeżdża Jakub. W czasie studiów
interesują go m.in. zagadnienia związane z akustyką wnętrz sali kinowych
i widowiskowych, a więc słyszalnością w samych salach, warunkami
optymalnymi dla źródeł dźwięku i dla pomieszczeń odsłuchowych, m.in. sal
teatralnych i koncertowych. Ponadto interesują go układy
elektroakustyczne, ochrona od hałasów, technologia obiektów dla nagrań
dźwiękowych oraz odsłuchowych, warunki bezpieczeństwa itp. Te
zagadnienia stały się jego pasją w późniejszej pracy. W okresie pobytu w Samarkandzie młody Jakub się żeni. Wraz z małżonką wyjeżdżają do
Leningradu, gdzie Jakub kontynuuje studia. W Leningradzie na świat
przychodzi jego pierwsza córka - Irena. Obecnie jedna z najbardziej
znanych osobistości polskiego sportu.
W 1945 r. przybył do Leningradu przedstawiciel rządu polskiego w Moskwie. Zbiera informacje dotyczące obywateli polskich i załatwia
sprawy reewakuacji. Jakub zgłasza się i uzyskuje zgodę na pozostanie w Leningradzie do zakończenia studiów. Po zakończeniu studiów w 1947 roku
stara się o powrót do Polski. Udaje się na milicję z prośbą o pozwolenie
powrotu do ojczyzny. Dostaje odmowę. Powód: dokumenty są napisane po
polsku, a nie po rosyjsku. Nie wystarczają tłumaczenia, iż przed wojną
Polska była wolnym
krajem z własnym językiem. Zażądali przetłumaczenia dokumentów na język
rosyjski przez urzędowego tłumacza. W kilkumilionowym Leningradzie nie
było ani jednego urzędowego tłumacza, trzeba było jechać do Moskwy. A na
wyjazd trzeba mieć przepustkę. Podejmuje dalsze kroki. W Leningradzie
znajduje się Akademia Nauk ZSRR. Udaje się tam i znajduje wydział
slawistyki oraz profesora języka polskiego - to starsza pani,
kierowniczka tego wydziału - Polka mieszkająca w Leningradzie jeszcze w okresie przed rewolucją. Jakub przedstawia swoją sytuację. Pani profesor
od ręki tłumaczy papiery młodego Jakuba, przepisuje je na maszynie i przystawia pieczęć Akademii Nauk ZSRR. W milicji dostaje pozwolenie na
wyjazd do Polski. Drogą przez Moskwę powraca wraz z rodziną do ukochanej
Warszawy. Jest rok 1947.
Życie i praca - jak film
Po powrocie do Polski Jakub Kirszenstein rozpoczął poszukiwanie pracy.
Zgłosił się do Filmu Polskiego w Warszawie do Dyrekcji budownictwa
filmowego. Tam otrzymuje informację, iż Naczelna Dyrekcja Filmu
Polskiego znajduje się w Łodzi. Jedzie do Łodzi, rozmawia z dyrektorem
naczelnym, potem z dyrektorem kadr, który okazuje się byłym
przedstawicielem rządu polskiego w Moskwie, tym samym, który załatwiał w Leningradzie sprawy związane z reewakuacją. Jakub uzyskuje propozycję
pracy w Łodzi oraz informację, iż w następnym roku Naczelna Dyrekcja
Filmu Polskiego przeniesie się do Warszawy i że są zainteresowani jego
kwalifikacjami. Nie przyjmuje tej pracy - nie odpowiada mu Łódź - i otrzymuje obietnicę, iż po przeniesieniu Dyrekcji do Warszawy dostanie
pracę oraz mieszkanie w Warszawie. Wraca do Warszawy. Dostaje tam pracę
w Biurze Sprzedaży Aparatów Elektrycznych podległym Ministerstwu
Przemysłu i Handlu. Dostaje mieszkanie w Alejach Niepodległości. Po roku
pracy otrzymuje zawiadomienie o przeniesieniu Naczelnej Dyrekcji Filmu
Polskiego do Warszawy.
Dostaje propozycję pracy w Nadzorze Technicznym Filmu Polskiego oraz
przydział tymczasowego mieszkania na terenie Wytworni Filmów
Dokumentalnych w Warszawie wraz z obietnicą otrzymania nowego mieszkania
w remontowanym budynku Filmu Polskiego. Zajmuje się nadzorem nad stroną
techniczną wojewódzkich zarządów kin. Równocześnie prowadzi działalność
konsultacyjną dla projektantów projektujących obiekty związane z filmem,
jak wytwórnie filmowe i kinoteatry. Zaczyna udzielać porad technicznych,
budowlanych oraz dotyczących technologii tych obiektów, różnorakich
instalacji itp. Za zgodą kierownictwa resortu rozpoczyna pracę w biurze
projektowym na 1/2 etatu jako projektant. Zostaje również powołany do
zespołu redakcyjnego miesięcznika Kinotechnik. Kolejno przechodzi do
nowo zorganizowanego Filmowego Biura Technicznego - będącego jednostką
naukowo-badawczą, na stanowisko kierownika jednego z działów
technicznych, gdzie prowadzi prace związane z konstrukcjami nowych
urządzeń filmowych. Po pewnym czasie otrzymuje propozycję objęcia
stanowiska Dyrektora Technicznego w Wojewódzkim Zarządzie Kin
(obejmującym woj. warszawskie, białostockie i lubelskie). Z początku
odmawia, ale potem przyjmuje z warunkiem, iż po zorganizowaniu sprawnie
działającego działu i warsztatów wróci do poprzedniej pracy.
Rodzi się geniusz akustyki
Po roku wraca do FBT, ale jest coraz bardziej zainteresowany pracą w zakresie projektowania obiektów filmowych i widowiskowych, a w szczególności zagadnieniami: akustyki wnętrz, ochrony przeciwdźwiękowej,
instalacji elektroakustycznych i kinotechnicznych.
Jest rok 1953. Zwalnia się z pracy w resorcie filmowym i przechodzi do
pracy w biurze projektowym, gdzie pracuje aż do 1971 roku. Pierwszą
czynnością, po przejściu do biura projektowego na pełny etat, było
opracowanie profesjonalnych metod projektowania w zakresie akustyki
wnętrz. Wraz z coraz to większym rozwojem budownictwa kulturalnego i coraz to większą ilością obiektów kultury - jak nowe sale kinowe,
remontowane stare i budowane nowe teatry dramatyczne i muzyczne, sale
koncertowe, domy kultury, obiekty sportowo-widowiskowe - zaistniała
potrzeba obiektywnej oceny jakości akustycznej zarówno starych jak i nowo budowanych sal.
Podstawowymi czynnościami w projektowaniu akustyki wnętrz była analiza
ukształtowania wnętrza i jego wpływ na zrozumiałość mowy i charakter
nagłośnienia powierzchni zajętej przez słuchaczy, w tym ocena
rozprzestrzeniania się fal względnie promieni dźwiękowych przy odbiciach
od poszczególnych powierzchni. Oceną objęta była również przestrzeń
przeznaczona dla źródła dźwięku, a więc zarówno solisty, jak i orkiestry
w audytoriach, salach teatralnych i obiektach muzycznych. W szczególności ważna była ocena pierwszych odbić zawierających poważną
część "informacji" akustycznej dotyczącej energii dźwiękowej i częstotliwości. To ostatnie było ważne z uwagi na charakter i rodzaj
źródła dźwięku, szczególnie w obiektach teatralnych i muzycznych. Dla
tej oceny zastosowano metodę graficzną - nie było jeszcze wtedy
komputerów umożliwiających symulację akustyczną, którą w późniejszym
okresie, już za granicą Jakub Kirszenstein jako jeden z pierwszych
opracował jako profesjonalny program i opublikował. Należało przekonać
odpowiednie urzędy o konieczności zaopatrzenia biura w sprzęt pomiarowy
dostępny wówczas za granicą, co pozwoliłoby oceniać zarówno istniejące
warunki akustyczne, jak i określać niezbędne korekty w ukształtowaniu
sali i dobierać materiały i ustroje akustyczne oraz dźwiękoizolacyjne. Z uwagi na brak na ówczesnym rynku specjalnych materiałów dźwiękochłonnych
i często dźwiękoizolacyjnych zaczęto również projektować ustroje
akustyczne, które wykonywane były w ramach normalnych prac budowlanych.
Wiedział najlepiej co... słychać
Zapotrzebowanie na projektowanie w zakresie akustyki systematycznie
wzrastało, zespół rozwijał się, współpraca z architektami stale się
polepszała. W wyniku tego obiekty widowiskowe, wybudowane w tym okresie,
odznaczały się bardzo dobrymi właściwościami akustycznymi. Zwiększał się
również zakres prac związanych z nagłaśnianiem większych obiektów,
szczególnie sportowo widowiskowych. Zasięg prac w zakresie akustyki
wnętrz oraz ochrony od hałasów zaczął obejmować całą Polskę. Coraz
częściej inne biura projektowe w miastach wojewódzkich oraz pracownie
konserwacji zabytków itp. - podzlecały opracowania projektów w wymienionym zakresie, zespół się rozwijał, w skład zespołu weszli
również architekci i technicy budowlani. Pracą w zakresie ochrony od
hałasów objęte były również inne obiekty, takie jak szpitale,
biblioteki, hotele, np. szpital dziecięcy w Krakowie (dar amerykańskiej
Polonii), hotel "Cracovia", projekty typowych budynków mieszkalnych,
typowe domy kultury rozsiane później po całej Polsce.
Do znanych obiektów o wysokich walorach akustycznych należały: Teatr
Opera w Łodzi, teatr (opera) na Targu Węglowym w Gdańsku, Operetka
Warszawska, Teatr Polski w Warszawie, sale koncertowe, m.in. w szkołach
muzycznych itp. Szczególnie nowatorskie rozwiązania pod względem
akustycznym zastosowano w Teatrze Operowym w Łodzi, gdzie z uwagi na
dużą szerokość sali w przestrzeni sceny mogło występować zjawisko
ograniczenia dobrej słyszalności wyższych tonów zawartych w głosie
solistek. Rozwiązanie polegało na zastosowaniu specjalnie uformowanych
reflektorów umieszczonych na suficie, co również wpłynęło na
ukształtowanie sali.
Inne nowatorskie rozwiązanie zastosowano w sali koncertowej w szkole
muzycznej, gdzie uzyskano przestrzenność dźwięków docierających do
słuchacza przy odbiciach od specjalnie uformowanych "klinów"
umieszczonych na ścianach sali. W teatrze na wolnym powietrzu
zastosowano specjalny kształt muszli koncertowej w celu polepszenia
słyszalności na widowni.
Wysoko pod względem akustycznym oceniane były obiekty kilku wytwórni
filmowych z budynkami dźwięku, salami do nagrań muzycznych, salami
przeglądowymi, m.in. z regulowanym czasem pogłosu wykonane wg projektów
Jakuba Kirszensteina. Odznaczały się one również bardzo dobrymi
właściwościami pod względem ochrony od hałasów, m.in. w halach
zdjęciowych. Do tych obiektów należały Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi, Wytwórnia Filmów Oświatowych w Łodzi i Wytwórnia Filmów
Fabularnych we Wrocławiu. Według Resortu Kultury oraz użytkowników
uważane one były jako jedne z lepszych w porównaniu ze znanymi
wytwórniami zagranicznymi.
Jednym z większych obiektów zrealizowanych w zakresie akustyki była
wielofunkcyjna Hala Sportowo-Widowiskowa w Katowicach (Spodek), w której
wówczas przewidywano możliwość organizowania spektakli teatralnych,
muzycznych, operowych i kinowych. Często przy ocenie dużych obiektów
inwestycyjnych w Ministerstwie Kultury i Sztuki Jakub Kirszenstein bywał
powoływany jako ekspert w zakresie akustyki. Wszystkie zrealizowane
obiekty były wysoko oceniane pod względem jakości akustycznej zarówno
przez użytkowników, jak i fachowe komisje oraz inwestorów. Według
projektów akustycznych, opracowanych przez Jakuba Kirszensteina
zrealizowano w wielu miastach wojewódzkich dużą ilość, m.in.. Teatr
Narodowy w Łodzi (opera), dramatyczny w Nowych Tychach, na Zamku w Lublinie, dramatyczny w Lublinie, teatry dramatyczne w typowych domach
kultury, sale koncertowe w Lublinie, w Opolu, w domu kultury w Zamościu.
Wg projektów J.K. zrealizowano rozwiązania akustyczne w szkole muzycznej
w Opolu, w liceum techniki teatralnej w Warszawie, w Akademii Medycznej
w Łodzi, w szpitalu w Białymstoku, szpitalu Akademii Medycznej w Lublinie, w audytoriach na Politechnice w Częstochowie, w teatrze Lalek
Guliwer, teatrze w Hali Ludowej w Zabrzu, Teatrze Kameralnym w Nowej
Hucie itp. Pracami objęte były również kinoteatry zarówno w Warszawie,
jak i prawie we wszystkich miastach wojewódzkich. W wielu obiektach
zastosowano nowatorskie rozwiązania.
Z ziemi polskiej do Szwecji
W 1971 roku Jakub Kirszenstein wraz z rodziną, żoną i młodszą córką
wyjechali za granicę; z początku do Danii, gdzie Jakub otrzymał
propozycję pracy w biurze projektów Radia i Telewizji, a następnie - po
2 tygodniach - do Szwecji, a konkretnie do Göteborga. Po spotkaniu z kierownikiem Instytutu Akustyki na Politechnice (Chalmers Tekniska
Hógskola) prof. Kihlmanem, obejrzeniu laboratoriów i rozmowie na temat
dotychczasowej działalności, Jakub otrzymał propozycję pracy w Instytucie jako pracownik naukowy. Zakres pracy miał obejmować przede
wszystkim zagadnienia akustyki wnętrz, pomiarów akustycznych itp.
Pierwsza praca polegała na dostosowaniu parametrów akustycznych dużego
pomieszczenia pomiarowego z przegrodami betonowymi, tzw. pogłosowego
(przeznaczonego m. in. do badań materiałów dźwiękochłonnych) o objętości
250 metrów kubicznych - do wymagań normowych, tj. do przeszło
dwukrotnego zwiększenia czasu zanikania dźwięku, jaki występował w tym
stosunkowo nowo wybudowanym pomieszczeniu. Po przeprowadzeniu
niezbędnych pomiarów akustycznych, zbadaniu wibracji poszczególnych
elementów konstrukcyjnych i budowlanych hali oraz wykonaniu
zaproponowanych przez Jakuba prac uzyskano warunki uznane później jako
jedne z lepszych w krajach skandynawskich.
Wszystkie laboratoria instytutu oddzielone były od pozostałych
pomieszczeń przy pomocy sprężyn w celu uniknięcia przenoszenia drgań z jednego pomieszczenia do drugiego. Przy niektórych badaniach dźwięków
uderzeniowych występowało przenoszenie drgań. Wg metody zastosowanej
przez J.K. całkowicie zlikwidowano to zjawisko. Z kolei J.K. uznał za
niezbędne zaznajomienie się z techniką komputerową. Po stosunkowo
krótkim czasie opracowywał już swoje własne programy obliczeniowe, a potem graficzne, przeznaczone z początku do zestawiania wyników
pomiarowych i obliczania parametrów akustycznych. W tym okresie zajmował
się również pomiarami właściwości akustycznych różnych typów materiałów
dźwiękochłonnych, produkowanych przez duże zakłady przemysłowe. W związku z pracami normalizacyjnymi dotyczącymi międzynarodowej normy na
metodę pomiarów współczynników pochłaniania materiałów dźwiękochłonnych
J.K. został powołany do komisji normalizacyjnej krajów skandynawskich
jako przedstawiciel Zakładu Akustyki CTH. Opracował wówczas - poza
własnymi pomiarami - zestawienia zarówno liczbowe, jak i graficzne
wyników pomiarów wykonanych we wszystkich laboratoriach krajów
skandynawskich. WcCzasie pracy w CTH J.K. opracował nowy typ tzw.
"Klinów dźwiękochłonnych", stosowanych w pomieszczeniach "bezechowych".
Były one przeszło dwukrotnie krótsze od podobnych stosowanych w tego
typu pomieszczeniach mając równocześnie takie same parametry akustyczne
jak dłuższe kliny. Stosowanie takich klinów pozwalało zwiększać czynną
objętość pomieszczenia. Z kolei J.K. zaczął zajmować się badaniami
warunków akustycznych w istniejących w Göteborgu obiektach teatralnych.
W Miejskim Teatrze Dramatycznym badał "jakość akustyczną" pomieszczenia
w różnych miejscach sali, stosując tzw. metodę modulacyjną, pozwalającą
oceniać poziom szumów spowodowanych "aktywnością" publiczności na sali,
tj. "oddychaniem", poruszaniem się w czasie nagłaśniania sali sygnałem
modulowanym. Uzyskane wyniki były zgodne z wynikami badań wykonanych
przez amerykańskich akustyków stosujących inne metody pomiarowe. Ta sama
metoda była zastosowana przy badaniu poziomu szumów w kilkudziesięciu
klasach w różnych szkołach w Göteborgu, co pozwoliło ocenić wpływ szumów
pochodzących z "komunikacji i innych źródeł hałasów" na zrozumiałość
mowy w klasach szkolnych.
J.K. prowadził również badania wpływu reflektorów i ich rozmieszczania w audytoriach i innych salach na zrozumiałość mowy, biorąc pod uwagę
pierwsze odbicia niosące w sobie większość niezmienionej pod względem
częstotliwości energii akustycznej. Wyniki prac wykonanych przez J.K.
znalazły się w różnych publikacjach Instytutu Akustyki CTH oraz w angielskim czasopiśmie technicznym Applied Acoustic.
Kula... kołem ratunkowym
Ważnym nowym zagadnieniem, którym zajął się J.K., była opracowana przez
niego nowa metoda komputerowej symulacji akustycznej, oparta na zasadzie
"źródeł pozornych".
Ten program symulacyjny był jednym z pierwszych profesjonalnych
programów opartych na tej zasadzie i do dzisiaj jest stosowany w kilku
biurach projektowych w Szwecji. Program składa się z dwóch części: jedna
obliczeniowa, w której oblicza się czas pogłosu i kilka normowanych
parametrów akustycznych oceniających, "jakość" akustyczną w dowolnych
miejscach pomieszczenia, oraz graficzna, w której można analizować
wszystkie odbicia dochodzące do wybranego miejsca. Ta ostatnia metoda
pozwala oceniać uksztaltowanie symulowanego pomieszczenia i stosowana
może być dla korekty kształtów oraz lokalizacje materiałów
dźwiękochłonnych i reflektujących.
W oparciu o ten program J.K. opracował cały szereg prac obliczeniowych i pomiarowych w różnych obiektach zleconych do Instytutu Akustyki, jak np.
dla kilku kościołów, oraz szeregu remontowanych lub rozbudowywanych
audytoriów na terenie CTH.
Projektowanie przy zastosowaniu tego programu pozwalało na prawidłową
korektę akustyczną przy przebudowie lub remoncie tych obiektów. W 1985
roku, po 15 latach pracy w Instytucie Jakub Kirszenstein przeszedł na
emeryturę, lecz w dalszym ciągu współpracował z Instytutem Akustyki. W szczególności dotyczyło to badań modelowych z zastosowaniem techniki
impulsowej i pomiarami tzw. odpowiedzi impulsowej pomieszczenia. Jednym
z badanych obiektów był model sali koncertowej zbudowany w Anglii, w którym przeprowadzono pomiary, a równocześnie w CTH wykonano symulację
komputerową. Analiza została opracowana w CTH, a rezultaty opublikowane
w Applied Acoustics (m.in. badania w Anglii były kierowane przez dr.
Orłowskiego - Polaka urodzonego w Anglii i zajmującego się również
akustyką).
Wkrótce po przejściu na emeryturę J.K. otwiera własną firmę
konsultacyjną (projektową), gdzie prowadzi prace projektowe i m.in.
symulacyjne dla różnych obiektów widowiskowych i przemysłowych. Jednym z obiektów, którym J.K. się zajął, była duża sala koncertowa Radia i TV
(Berwaldshallen) w Sztokholmie, przeznaczona dla 2000 słuchaczy oraz dla
nagrań radiowo-telewizyjnych. J.K. wykonał symulację tej sali dla
różnych miejsc zajętych przez publiczność. Ocena jakości sali została
dokonana subiektywnie przez muzyków. Ta subiektywna ocena wykazała
zgodność z "obliczoną" w symulacji jakością oraz pomiarami czasów
pogłosu.
Jednym ze znanych obiektów była Hala Sportowo-Widowiskowa w Sztokholmie
(Globen). Hala ta o średnicy 105 m, wysokości 80 m, suficie w kształcie
czaszy, przeznaczona była dla 16000 widzów. W końcowym etapie budowy
stwierdzono występowanie silnego echa w pewnej przestrzeni zajętej przez
widzów z różnicą czasową ok. 300 m/sek, podczas gdy źródło dźwięku
znajdowało się w przestrzeni ponad podłogą areny. Analiza graficzna w symulacji wykazała koncentrację refleksów, pomimo iż cały półkulisty
sufit wyłożony był materiałem dźwiękochłonnym. Echo zostało zlikwidowane
po zawieszeniu nad areną na wysokości 57 m "kuli" o średnicy 5 m,
wykonanej z materiału dźwiękochłonnego. Program symulacyjny był również
zastosowany przy kontroli jakości akustycznej dużej sali koncertowej
oraz cyrku i innych sal w Sztokholmie. Program ten nadawał się również
do analizy akustycznej obiektów przemysłowych. Tam szło o informacje,
jaki będzie czas pogłosu w hali oraz gdzie i jakie materiały
dźwiękochłonne powinny być umieszczone w hali w celu zmniejszenia
hałasów spowodowanych maszynami produkcyjnymi oraz o analizę kształtów
hal w celu uniknięcia wpływu pierwszych odbić na poziom hałasów w miejscach pracy. Do takich należały np. rozlewnia piwa w browarze
"Spendrup" w hali o objętości ok. 10 000 m2, gdzie dostawca maszyn
wymagał, aby czas pogłosu nie przekraczał 1 sekundy, a materiały
dźwiękochłonne spełniały wymagania "higieniczne".
W oparciu o ten program biuro projektowe w Islandii wykonało projekt
dużego obiektu wielofunkcyjnego "Panorama" w Reykjaviku. Po realizacji i wykonaniu pomiarów związanych z akustyką i elektroakustyką,
przedstawiono ten obiekt na międzynarodowym konkursie w Londynie.
Uzyskał on tam złoty medal, a Jakub Kirszenstein - od biura w Reykjaviku
- otrzymał serdeczne podziękowanie.
Przypomniał sobie o pierworodnej...
Opracowany przez drugą córkę portret Jakuba musiał być ze zrozumiałych
względów jednostronny. Warto jednak spojrzeć na tego bardzo zdolnego
człowieka również z punktu widzenia pierwszej rodziny, którą założył
wraz z Eugenią Rafalską, a z którą się rozstał w 1953 roku.
Przyjeżdżając do stolicy naszego kraju, Żenia mówiła wyłącznie po
rosyjsku i polskiego musiała się dopiero nauczyć, zresztą z dobrym
skutkiem - wszak udało jej się ukończyć wyższe studia. Eugenia Rafalska
- po rozstaniu z Jakubem - zamieszkała wraz z córką w malutkim lokum
przy ul. Długiej, o krok od kościoła garnizonowego, w którym w 2018 roku
żegnaliśmy Irenę podczas mszy żałobnej, a ja byłem jednym z tych, którzy
mieli honor trzymać wartę przy jej trumnie.
Po latach okazało się, że dużo lepsze relacje z Kubą niż Irena miał jej
mąż. Janusz Szewiński tak opowiada o teściu:
- Irenka miała zaledwie półtora roku, gdy wraz z rodzicami przyjechała
ze Związku Radzieckiego do Polski, a była zaledwie siedmioletnią
dziewczynką, kiedy Kuba opuścił rodzinę.
Tak naprawdę zainteresował się na powrót swoją pierworodną, gdy na
początku lat sześćdziesiątych zaczęła osiągać wielkie sukcesy sportowe.
On sam też uprawiał sport przed wojną, przez pewien czas bowiem w warszawskiej Skrze ćwiczył się w sztuce bokserskiej, co uważał za rzecz
przydatną w samoobronie na wypadek jakże częstych wtedy ataków
antysemickich - przypomina zwierzenia Jakuba Janusz.
O nawiązaniu znajomości z Eugenią Rafalską napisał sam Jakub w swoim
życiorysie. Wypada jednak dodać, że siostra Eugenii - Polina - nosiła po
mężu nazwisko Bezpalcew i do końca życia utrzymywała serdeczne kontakty
z Żenią, a malutka Irenka, mieszkająca już w Polsce, często wyjeżdżała
latem do Kijowa na wakacje spędzane u stryjenki nad Dnieprem, mając za
partnera do zabaw nieco starszego od niej stryjecznego braciszka Saszę.
Gdy w roku 1990 przyjechałem na zawody lekkoatletyczne, rozgrywane w Kijowie, Sasza - już pan w sile wieku, ojciec wspaniałej rodziny,
serdecznie mnie ugościł.
Eugenia i Jakub, gdy już przyjechali z Uzbekistanu do Leningradu,
zostali tam zakwaterowani w akademiku przy ul. Fontanki. I to był
pierwszy dom i pierwszy adres Ireny. Po przybyciu w 1947 roku do
Warszawy trzyosobowa rodzina repatriantów zamieszkała w kamienicy przy
ul. Wawelskiej, niedaleko pomnika Lotnika. Gdy w roku 1951 Jakub opuścił
Eugenię, by związać się z nowo poznaną w Warszawie kobietą, mieszkającą
w tej samej kamienicy na Ochocie, stosunki z pierwszą żoną ze
zrozumiałych względów musiały się ochłodzić. Irena została bowiem jako
siedmioletnie dziecko pozostawiona wraz z mamą, która - w przeciwieństwie do męża - z wielkim trudem zadomowiła się w Warszawie.
Jeszcze w Leningradzie Żenia zaczęła studiować chemię, a studia
ukończyła już po przenosinach do Polski. Dostała pracę w Centralnym
Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, specjalizując się w kolorystyce.
Mieszkały już wtedy z Ireną przy Długiej w jednym pokoiku ze wspólną
kuchnią, a ich sąsiadem był przyszły reprezentant Polski we florecie,
wykładowca Akademii Sztuk Pięknych Janusz Różycki i to on właśnie
przepowiedział Irenie wielką karierę sportową, wygrywając zakład z Eugenią.
A jak Janusz Szewiński zapatruje się na rodzinne korzenie żony?
- Na temat pochodzenia Ireny w zasadzie nigdy z nią nie rozmawiałem.
Choć urodzona na terenie ZSRR, przez całe życie czuła się Polką. Jej
kijowska rodzina to byli przesympatyczni ludzie. Sasza, syn Poli, brat
stryjeczny Ireny, wykształcił się w Kijowie na inżyniera. Gdy doszło do
rozpadu ZSRR, wyjechał do Niemiec i po skomplikowanych historiach
ściągnął rodzinę. Niestety wkrótce potem zmarł.
Kartki pocztowe zagrożeniem!
Gdy Irena zaczęła wyjeżdżać za granicę, często wysyłała pocztówki do
Kijowa - kontynuuje opowieść Janusz. - Stryjenka Ireny jednak zadzwoniła
któregoś dnia i poprosiła, żeby kartek nie wysyłać, bo ona pracuje w zakładach zbrojeniowych i ma z tego powodu problemy w miejscu
zatrudnienia. Jeśli Żenia chciała czasem zadzwonić do siostry, to cały
dzień trzeba było czekać na połączenie.
Rodzinę Saszy odwiedzaliśmy niejednokrotnie w Kijowie, a potem w Niemczech. Początek zimy stulecia na Sylwestra 1978/1979 spędziliśmy z nimi w ich kijowskim mieszkaniu. Pamiętam, jak wyglądał ten Sylwester w Kijowie. W telewizji puścili "Stawkę większą niż życie" ze Stanisławem
Mikulskim w roli głównej. To było prawdziwe szaleństwo. Uwielbiano
zresztą ten film we wszystkich demoludach. Podczas seansu piliśmy
szampanskoje.
Jakoś nie mieliśmy ochoty do tańców. Wówczas panowała tam skrajna bieda.
Pensja siostry Żeni była tak niska, że wystarczało na zakup raptem 1,5
kg wołowiny. Wielkim świętem dla rodziny było to, że Sasza dorobił się
pierwszego samochodu - małolitrażowego moskwicza.
Zaraz po Sylwestrze wróciliśmy z Ireną do Warszawy. Naszego malucha,
czyli fiata 126p, zostawiliśmy na lotnisku Okęcie. Odgarnąłem śnieg i samochód odpalił jak gdyby nigdy nic, chociaż mróz był potężny. Przy
ówczesnej jakości polskich aut był to ósmy cud świata.
A wracając do czasów wcześniejszych rodziny, przypominam sobie, że w następstwie zainicjowanej w 1968 roku antysemickiej nagonki w Polsce
Jakuba Kirszensteina zwolniono z pracy i już wtedy starano się nakłonić
do opuszczenia Polski, ale zdecydował się na to dopiero w 1970 roku.
Odwiozłem go wówczas swoim klekoczącym wartburgiem na Dworzec Gdański.
Druga żona i córka już siedziały w pociągu, który miał za chwilę
odjechać na zachód Europy, a obie zabrały ze sobą cały dobytek, nawet
jakieś kołdry czy pierzyny. Tuż przed odjazdem jednak Jakub jeszcze coś
załatwiał, choć one się niecierpliwiły. W końcu pociąg ruszył bez niego.
Będąc w skrajnej desperacji, poprosił mnie, żebyśmy gonili za składem.
No i zacząłem wyciskać z tego mojego wartburga ile fabryka dała, ale ów
pociąg doścignęliśmy dopiero na dworcu Poznań Główny. Obie
współtowarzyszki Kuby przesiadły się do nas wraz z tym imponującym
bagażem, który po powrocie do Warszawy, schowałem u siebie w garażu. W trakcie trzydniowego pobytu Kirszensteinów w naszym mieszkaniu na Bagnie
przechowywane kołdry zaczęły się palić i trzeba było kupić nowe na ul.
Próżnej. Dopiero wtedy Kuba wraz z żoną i córką ponownie wyruszyli na
emigrację, kierując się bodajże do Kopenhagi - wspomina Janusz, dla
którego gonienie pociągu samochodem to nie była pierwszyzna.
Kiedyś przyszło mu ścigać skład odjeżdżający z Warszawy Głównej do
Zakopanego i pościg ten również okazał się skuteczny. Rajdowiec
Szewiński wpadł na metę równo z pociągiem - tyle że już w... samym
Zakopanem.
Jeśli zaś przypominać emigracyjne losy Jakuba Kirszensteina i jego
drugiej rodziny, to wypada przede wszystkim powiedzieć, że ten genialny
akustyk rozważał też wyjazd do USA, ale druga żona wolała kraj bliżej
Polski. Dlatego wybrali Szwecję. Po osiedleniu się na stałe w Göteborgu
cała trójka musiała się nauczyć szwedzkiego, co dotyczyło zwłaszcza
Jakuba, któremu zaproponowano wykłady na tamtejszej politechnice.
Z drugą córką wybitnego dźwiękowca pozostaje w dobrym kontakcie młodszy
syn Ireny - Jarek. I to on dostał od niej zarówno własnoręcznie napisany
życiorys dziadka, jak i jego zawodowy "portret".
Rozdział 2
Talent do wszystkiego
Początek sportowej przygody Ireny
Kirszenstein - u progu lat sześćdziesiątych - zbiega się z ważnymi
wydarzeniami o wymiarze globalnym i lokalnym. Kończy się era
kolonializmu. Od 1960 roku narody afrykańskie, jeden po drugim, tworzą
niepodległe państwa. Odznaczający się znakomitą aparycją John Fitzgerald
Kennedy wykorzystuje w wyborach walory promocyjne telewizji w USA i zostaje wybrany prezydentem. Powstaje mur, oddzielający Berlin Wschodni
od Zachodniego. Trwa wyścig o podbój Kosmosu pomiędzy Stanami
Zjednoczonymi a ZSRR. W kwietniu 1961 roku pierwszy człowiek wznosi się
na orbitę okołoziemską, a jest nim przedstawiciel tego drugiego kraju
Jurij Gagarin. Rok później świat znajduje się o krok od trzeciej wojny
światowej, gdy ZSRR instaluje rakiety z pociskami atomowymi na Kubie.
Coraz krwawsza staje się wojna rozpoczęta przez Amerykanów w Wietnamie.
W 1963 roku Kennedy zostaje zamordowany w następstwie zamachu w Dallas.
W sferze popkultury wysoką pozycję utrzymuje jeszcze gwiazdor wczesnego
rock and rolla, uwielbiany przez kobiety w każdym wieku Elvis Presley,
ale przyćmiewa go niespodziewanie brytyjski zespół muzyki młodzieżowej
The Beatles: Paul McCartney, John Lennon, George Harrison, Ringo Starr.
W Polsce następuje gwałtowne przyspieszenie w upowszechnianiu telewizji.
Na scenie politycznej jednak, po chwilowej liberalizacji związanej z Październikiem 1956 i dojściem Władysława Gomułki do władzy,
społeczeństwu coraz mocniej przykręca się śrubę. Religia, która po
Październiku na krótko wróciła do szkół państwowych, zostaje z nich
usunięta. W 1964 roku powstaje słynny "List 34", będący protestem
intelektualistów przeciwko dławieniu wolności w sferze kultury. Jacek
Kuroń i Karol Modzelewski - aresztowani za napisanie głośnego "Listu
otwartego do partii". W kraju mamy swoistą rywalizację pomiędzy
komunistycznymi władzami a Kościołem w związku z nadchodzącym
1000-leciem chrztu Polski. Władza realizuje długotrwałą akcję "Tysiąc
szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego". W 1965 roku biskupi polscy
doprowadzają dygnitarzy PRL do wściekłości, publikując historyczny list
do biskupów niemieckich ("Przebaczamy i prosimy o przebaczenie...").
Kluczbork, pierwszy obóz Ireny w Polonii Warszawa. Siedzą od prawej:
Janusz Szewiński, Jerzy Fidusiewicz, Irena.
Jednocześnie społeczeństwo, przywiązane już do telewizji, otrzymuje -
obok transmisji z igrzysk olimpijskich - relacje z festiwali piosenki w Sopocie i Opolu. Furorę robią Irena Santor, Ewa Demarczyk, Czesław
Niemen, Wojciech Młynarski. Dzięki telewizji szaloną popularność
zdobywają osoby zapowiadające programy, festiwale itp. - Irena Dziedzic,
Jan Suzin, Lucjan Kydryński. W pierwszej lidze reżyserów filmowych
przewodzi już Andrzej Wajda. Jednym ze światowych luminarzy muzyki
poważnej jest Krzysztof Penderecki. Na bokserskich mistrzostwach Europy
1963 roku w Moskwie Jerzy Kulej i Zbigniew Pietrzykowski przeciwstawiają
się sowieckiej potędze, obaj sięgają po tytuły. Nasi floreciści to już
najściślejsza elita światowa. Polscy lekkoatleci utrzymują wysoki poziom
z czasów Wunderteamu i wciąż toczą wyrównane mecze z Amerykanami. W Chicago Marian Foik wygrywa w jaskini lwa, pokonując na 200 metrów
świeżego rekordzistę świata Paula Draytona. A po lekkoatletycznym
sezonie 1963 w fachowym miesięczniku "Lekka Atletyka" materiałem
otwierającym numer jest zdjęcie młodej sportsmenki z podpisem, w którym
błędnie podane jest jej nazwisko: "Irena Kirszensztein (Polonia
Warszawa) główny optymistyczny punkt młodej lekkiej atletyki kobiecej.
Gdyby przynajmniej trzy dziewczęta podobnej klasy przybywały każdego
roku, przyszłość drużyny kobiecej byłaby zapewniona. Nie straszyłoby
widmo zestarzenia się świetnego zespołu".
Z pierwszym trenerem Janem Kopytą (z prawej).
Tamte nadzwyczaj skomplikowane, ale bardzo ciekawe czasy wspominamy z Ireną późną jesienią 1976 roku. Po błyskotliwym sezonie lekkoatletycznym
nasza sportsmenka numer jeden, opromieniona blaskiem olimpijskiego
złota, zdobytego w Montrealu w biegu na 400 metrów, wyjeżdża do
Buska-Zdroju, będącego jej ulubionym miejscem posezonowej rehabilitacji
zdrowotnej. Kilkanaście lat intensywnych treningów sprawiło, że organizm
wymaga odświeżenia, a najbardziej trzeba zadbać o intensywnie
eksploatowane nogi. Tym bardziej że od ośmiu lat biega się już po
tartanie, czyli najwyżej dwucentymetrowej warstwie tworzywa
syntetycznego położonej na gołym betonie. Mistrzyni wylicza po kolei,
które miejsca ma w nogach szczególnie nadwerężone. W przerwach między
zabiegami fizjoterapeutycznymi i balneologicznymi (zwłaszcza moczeniem
się w wodach siarczkowych) mająca na koncie siedem olimpijskich trofeów
Irena - kobieta już wtedy trzydziestoletnia - opowiada mi o swoich
pierwszych kontaktach ze sportem i pamiętnym entourage'u tamtych lat. A jest o czym gadać, bo przecież gdy ona rozpoczynała we wrześniu 1960
roku naukę w liceum ogólnokształcącym, na ekrany kin wchodził akurat
mający do dzisiaj rekordową oglądalność w dziejach naszej kinematografii
film Aleksandra Forda - "Krzyżacy". Sama Irena zresztą miała w owym
okresie poważne zainteresowania artystyczne i przymierzała się do
przyszłego zawodu... aktorki. Dlatego w zaciszu buskiego pensjonatu
chętnie wraca do młodzieńczej przeszłości:
Skok wzwyż był pierwszą specjalnością Ireny.
Towarzyszu, czy to nie szkoda błony...
Skłamałabym, twierdząc dziś, że w latach szkolnych marzyłam o karierze
sportsmenki. Byłam dzieckiem dość anemicznym, choć wyrośniętym nad wiek.
Moje ówczesne zainteresowania nie odbiegały od zainteresowań koleżanek z klasy. W szkole podstawowej przy ul. Zakroczymskiej na Starym Mieście
klimatu dla sportu nie było. I może nigdy moje predyspozycje
lekkoatletyczne nie zostałyby odkryte, gdybym nie trafiła na taką
nauczycielkę wychowania fizycznego, jaką nieco później, bo już w Liceum
Ogólnokształcącym im. Jarosława Dąbrowskiego na rogu Świętokrzyskiej i Kopernika, była pani Liliana Buchholz-Onufrowicz. Gdy tylko zaczęłam tam
naukę w roku 1960, ta pełna energii kobieta wciągnęła nas w najróżniejsze sprawdziany sportowe, w których brali udział wszyscy
uczniowie i uczennice, więc było to całkowite przeciwieństwo zwyczajów
na Zakroczymskiej, gdzie lekcje wf. bardzo często zamieniano na tzw.
godziny wychowawcze. Tymczasem Liceum Dąbrowskiego okazało się szkołą
bardzo usportowioną, chociaż nie miało obiektów, jakich później
doczekały się szkoły średnie, chociażby Technikum Łączności, gdzie
trenował przyszły mistrz olimpijski w skoku wzwyż Jacek Wszoła. Dlatego
pierwszy sprawdzian na dystansie 60 metrów miałam na zwykłym korytarzu
szkolnym naszego liceum. Po biegu pani Buchholz aż się złapała za głowę,
spojrzawszy na stoper, no i nie wierząc własnym oczom, kazała mi pobiec
jeszcze raz. Dopiero wtedy upewniła się, że pierwszy pomiar nie był
błędny. No i tak doszło do mojego debiutu w lekkoatletyce.
Przyznam szczerze, że swoimi dobrymi wynikami byłam jeszcze bardziej
zaskoczona od pani profesor. Ot, w wieku 14 lat przyszło mi zwrócić
uwagę na tę dziedzinę życia, którą się wcześniej w ogóle nie
interesowałam, siedząc wiecznie z nosem w książkach. W dodatku sport w formie biegania na czas od razu mi się spodobał, bo to nie była
preferowana wówczas w szkołach gimnastyka, do której się kompletnie nie
nadawałam.
W ślad za wrześniowym sprawdzianem na korytarzu przyszedł zaraz pierwszy
start na stadionie. Były to międzyszkolne zawody w parku Agrykola.
Wzięłam udział w aż pięciu konkurencjach. Na 60 metrów zmierzono mi 8.3
sekundy, w skoku wzwyż 1,38 m, w skoku w dal około 4 metrów. Wyników w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem już nawet nie pamiętam.
Początkowo wydawało mi się, że największe możliwości mam w skoku wzwyż.
Było to zresztą zrozumiałe, bowiem pośród rówieśniczek wyróżniałam się
warunkami fizycznymi. Wysoki wzrost i długie nogi predestynowały mnie do
tej specjalności już na pierwszy rzut oka.
Pani profesor potraktowała sprawę całkiem serio i po udanym teście w Agrykoli skierowała mnie od razu do trenera Jana Kopyty w warszawskiej
Polonii, wcześniej jednego z najlepszych oszczepników na kuli ziemskiej,
któremu ciężka kontuzja barku uniemożliwiła zostanie rekordzistą świata
i następcą legendarnego Janusza Sidły. W naszym liceum Kopyto prowadził
popołudniami zajęcia Szkolnego Koła Sportowego. Okazało się to wyjątkowo
dogodnym splotem okoliczności, ponieważ związanie się z Polonią było dla
mnie akurat najłatwiejsze. Stadion tego klubu oddalony był zaledwie o dwa przystanki tramwajowe od placu Dzierżyńskiego (dziś Bankowego -
przyp. aut.), gdzie mieszkałyśmy z mamą. Bliskość dojazdu na trening
stała się więc dla mnie dodatkową zachętą.
- Towarzyszu, czy to nie szkoda błony - takimi słowy zwróciła się wtedy
16-letnia Irena do innego początkującego lekkoatlety Leszka
Fidusiewicza, który tak się zachwycił płynnością jej biegu na stadionie
Gwardii, że postanowił sfotografować młodziutką zawodniczkę. Kto wtedy
mógł przewidywać, że ona zostanie kiedyś gwiazdą lekkoatletycznych
stadionów, a on asem fotoreporterki...
Zimą 1960/1961 ćwiczyłam jeszcze na korytarzu szkolnym, ale wiosną to
już były treningi na stadionie Polonii przy Konwiktorskiej, gdzie
znalazłam się w prowadzonej przez Kopytę grupie razem z Marzeną Szych,
Ewą Wysokińską, Teresą Małecką, Hanną Puławską i Elżbietą Cymerman.
Przygotowywałam się w zasadzie do dwóch konkurencji: skoku wzwyż i biegu
na 100 metrów, lecz trening był na tym etapie jeszcze bardzo
wszechstronny. Kopyto należał do zwolenników ostrożnego postępowania z młodymi zawodnikami bez przedwczesnej specjalizacji.
Pierwszy sukces jako polonistka odniosłam w zawodach na stadionie
Gwardii. Miała to być inauguracja sezonu 1961. Początek rywalizacji
zaplanowano na godzinę dziesiątą rano. Na Racławicką dojechałam dopiero
o 9.50. Pozostało mi niespełna dziesięć minut na rozgrzewkę. Mimo to
zwyciężyłam w skoku wzwyż wynikiem 1,50 m, co było pewną niespodzianką,
bo za faworytki uważano Cymerman i Jakubowską. A rozpoczęłam konkurs od
wprost dziecinnej wysokości... 1,00 m.
Sprinty zaczynała od razu od zdecydowanych zwycięstw.
- Półtora metra to dzisiaj również śmieszna wysokość, nawet dla juniorki
- kontynuuje wspomnienia Irena. - Nie można jednak zapominać, że w owym
czasie lekkoatletyka nie była jeszcze tak rozwinięta jak obecnie.
Rekordzistka świata - Rumunka Iolanda Balas stosowała wciąż archaiczny
styl nożycowy i ja też przechodziłam poprzeczkę tym sposobem.
Bezkonkurencyjny teraz styl Fosbury-flop, tyłem do poprzeczki, miał być
zaprezentowany światu dopiero za siedem lat, gdy po raz drugi
startowałam na igrzyskach olimpijskich - w Meksyku - i o skakaniu wzwyż
zdążyłam całkowicie zapomnieć.
Okres moich próbnych startów kojarzy mi się przede wszystkim ze sławnymi
wtedy Czwartkami Lekkoatletycznymi, organizowanymi przez redakcję
"Expressu Wieczornego" na stadionie Legii przy Łazienkowskiej. Była to
niesłychanie pożyteczna, później niesłusznie zaniechana na czas pewien
cotygodniowa impreza, którą w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych
zaczęto rozwijać w skali ogólnopolskiej. Czwartki expressowe dawały na
początku lat sześćdziesiątych szansę sprawdzenia się każdemu, kto miał
choć trochę zapału do lekkoatletyki, niezależnie od tego, czy był
zrzeszony w klubie, czy nie. Wielu naszych lekkoatletów rozpoczynało
karierę poprzez udział w Czwartkach. Nie ukrywam, że i mnie te zawody
przyniosły pierwszy rozgłos w obrębie Warszawy. "Express Wieczorny"
czytany był dosłownie przez wszystkich, a w rubryce sportowej zawsze
podawano nazwiska i wyniki triumfatorów konkurencji. Wkrótce osiągnęłam
rezultat, który skupił uwagę kibiców na mojej osobie. Był to rekord
Polski młodziczek w skoku wzwyż - 1,565 m - przypomina sobie ówczesna
bohaterka Lekkoatletycznych Czwartków.
Artystka na pół gwizdka
Mama cieszyła się, że trenuję, bo doceniała wartość ruchu, przedtem zaś
żadnym sposobem nie potrafiła mnie nakłonić do jakichkolwiek ćwiczeń lub
zabaw. A skoro z nauką w szkole nie miałam najmniejszych nawet kłopotów,
nic nie stało na przeszkodzie, by kontynuować przygodę ze sportem.
Kopyto był człowiekiem z natury wesołym. Umiał nawiązywać kontakt z młodzieżą. Doskonale pamiętam pierwsze obozy treningowe, na które
wyjeżdżałam pod jego egidą. Odbyły się w Kluczborku i Inowrocławiu. Co
ciekawe, w tej pierwszej miejscowości uczestniczący w treningach
zawodnicy i zawodniczki zażyczyli sobie zorganizowania we własnym gronie
teatru. No i wystawiliśmy "Hamleta" w przeróbce... Jeremiego Przybory, a ja przypomniałam sobie zajęcia teatralne w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki i znowu zagrałam postać Ofelii.
Po pierwszych treningach w Polonii ustanowiłam trzy rekordy Polski
młodziczek: 1,58 m w skoku wzwyż, 5,73 m w skoku w dal i 11.9 s na 100
metrów. Pamiętam, że gdy w Warszawie biłam ten drugi rekord, za radą
Kopyty rozbieg odmierzałam sobie sznurkiem. W związku z tym przez
dłuższy czas przychodziłam na stadion z całą szpulką.
Ze współpracy z Kopytą byłam bardzo zadowolona, ale on zrezygnował nagle
z pracy w Polonii, automatycznie zostawiając naszą grupę. I wtedy
przeszłam pod opiekę Andrzeja Piotrowskiego, zaczynając treningi na
stadionie Akademii Wychowania Fizycznego na Bielanach. Dojazd na miejsce
zajęć stał się trochę dłuższy, ale wciąż był tak samo wygodny.
Wystarczyło wsiąść niemal pod samym domem w tramwaj numer 15.
Będąc juniorką, bardzo szybko prześcignęła na bieżni seniorki z krajowej
czołówki sprintu.
Pod okiem nowego fachowca przeszłam już na specjalistyczny trening
sprinterski i trzeba przyznać, że współpracując z Piotrowskim do 1966
roku, osiągnęłam w biegach krótkich klasę światową, chociaż po części
zajmowałam się też nadal skakaniem w dal. Piotrowski wyprowadził mnie na
szerokie wody lekkoatletyki. Przede wszystkim dołączyłam do warszawskiej
grupy szybkobiegaczek kadry narodowej, w której trenowały najbardziej z nas doświadczona Marysia Piątkowska, dwie inne równie rutynowane
zawodniczki - Celina Gerwin i Halina Krzyżańska oraz Ela Bednarek, Ela
Twardowska, znana później pod nazwiskiem Kolejwa, poznanianka Bożena
Woźniak, Teresa Gierczak, później Nowak, Urszula Świderska i Ewa
Kłobukowska, a dołączała do nas na obozach Halina Górecka z Górnika
Zabrze. Z dwiema ostatnimi przyszło mi już rok później biec po złoty
medal olimpijski w sztafecie 4x100 metrów. Nawet po wielu latach
stwierdzam, że jeśli chodzi o dobór talentów, to skład tej grupy był
wprost znakomity, jakkolwiek część z niej stanowiły płotkarki będące
jednocześnie świetnymi sprinterkami - czyli Piątkowska, Krzyżańska,
Bednarek, Woźniak, Świderska, Gierczak.
Bardzo szybko zaczęła występować w pierwszej reprezentacji Polski,
zakładając koszulkę z białym orłem.
Juniorka w dorosłej reprezentacji
Wyspecjalizowany trening pod kierunkiem Piotrowskiego przeprowadzałam
już nie tak jak u Kopyty - trzy razy, ale pięć razy w tygodniu i był on
znacznie cięższy. Przeszłam więc na cykl w pełni wyczynowy.
Skoncentrowałam się głównie na sprincie. O skoku wzwyż musiałam na dobre
zapomnieć. W doborowym zestawie szybkobiegaczek, które prowadził
Piotrowski, na początku nie byłam bynajmniej gwiazdą, ale nieopierzoną
debiutantką. Dzięki ogromnej życzliwości kochanej Marysi Piątkowskiej,
nadającej ton grupie, dziewczyny przyjęły mnie niezwykle sympatycznie.
Trener okazał się ogromnie wymagający, ale atmosfera w tym gronie była
na co dzień bardzo koleżeńska, a powiedziałabym nawet - wesoła. W tych
warunkach z wielką chęcią jeździłam na Bielany.
W 1963 roku znacznie poprawiłam rekordy życiowe, osiągając 11.6 w Bydgoszczy i 24.2 w Poznaniu, co dało mi na obu dystansach trzecie
miejsce w bilansie sezonu. Szybsze były tylko Elżbieta Szyroka z Baildonu Katowice i mająca już wielkie międzynarodowe sukcesy na koncie
Barbara Sobotta z AZS Kraków.
Będąc jeszcze juniorką, zadebiutowałam w reprezentacji Polski seniorek,
startując w meczu Rumunia - Polska w Oradei na 200 metrów. Debiut nie
był całkowicie udany, bo przy dobieganiu do mety przestraszyłam się,
zobaczywszy taśmę, i upadłam. Mimo to udało mi się zająć drugie miejsce
za Szyroką. Potem wystąpiłam też w reprezentacji narodowej w Moskwie,
uczestnicząc w sztafecie 4x100 metrów. Było to zatem stopniowe
wchodzenie na coraz wyższy poziom lekkoatletycznego wtajemniczenia -
opowiada Irena.
* * *
Jej dokonania zostały w pełni docenione przez ówczesnych kronikarzy, w tym przez znanego szerzej niekoniecznie z dziennikarstwa sportowego
Juliusza Rawicza. W roczniku PZLA 1963 ukazał się tekst pochwalny na
temat utalentowanej siedemnastolatki, o której napisana została sama
prawda, wyjąwszy przekręcenie nazwiska (Kirszensztein zamiast
Kirszenstein). Warto jednak przypomnieć tamtą, jakże ważną, notatkę, pod
którą widniał opis dokonań mistrzyni Europy na 200 m z 1958 roku -
starszej od Ireny o 10 lat Barbary Sobotty (wcześniej Lerczak, a następnie Janiszewskiej).
Oto treść notatki przedstawiającej sylwetkę przyszłej mistrzyni
olimpijskiej:
Irena Kirszensztein
Rewelacyjna, 17-letnia zawodniczka, która w jednym sezonie awansowała z zupełnie nieznanej zawodniczki do czołówki lekkoatletek polskich.
Dysponuje wspaniałymi warunkami fizycznymi, przypominającymi mistrzynię
olimpijską z Rzymu na 100 m Amerykankę Wilmę Rudolph, w ciągu dwóch
sezonów stała się rewelacją na skalę międzynarodową. Sezon 1963
zakończyła w sprincie wynikami 11.6 na 100 m i 24.2 na 200 m, zajmując w obu konkurencjach trzecie lokaty w tabelach najlepszych wyników. Wynik
11.6 jest jednocześnie nowym rekordem Polski juniorek, równym niedawnemu
rekordowi Polski seniorek, którego autorką była sama Stanisława
Walasiewiczówna.
Irena Kirszensztein jest jednak nie tylko doskonałą sprinterką. Chociaż
w tej specjalności już teraz reprezentuje europejski poziom, to jednak
osiąga ona również wysokiej klasy wyniki w skokach. W roku 1963
poprawiła swe rekordy życiowe takimi wynikami jak 5,84 w skoku w dal (6.
miejsce w kraju) i 1,59 w skoku wzwyż (7. miejsce). O wielkiej
wszechstronności tej zawodniczki świadczy również wynik 4.187 pkt w pięcioboju (3. miejsce), chociaż jej rezultaty w biegu na 80 m pł, a zwłaszcza w kuli (7,90) są jeszcze bardzo słabiutkie.
Chociaż brak jej jeszcze doświadczenia, awansowała w roku 1963 do
reprezentacji Polski, występując zarówno w sztafecie 4x100 m, jak i indywidualnych konkurencjach sprinterskich. Wpisała się również po raz
pierwszy na listę rekordzistek Polski seniorek. Biegnąc w sztafecie
4x200 m wraz ze swymi starszymi koleżankami Marią Piątkowską, Barbarą
Sobottową i Haliną Górecką, uzyskała wynik 1:36.5, zaledwie 0.5 sek
gorzej od rekordu świata.
Jeśli jej dyspozycje sportowe rozwijać się będą planowo i w takim
tempie, jak to było w roku 1963, Irena Kirszensztein ma wszelkie dane,
aby stać się rewelacją światową w roku olimpijskim, zdolną do
największych niespodzianek.
Tak pisał o wschodzącej gwieździe polskiej lekkoatletyki ówczesny
kronikarz PZLA. Dla lepszego zobrazowania pozycji Ireny w skali kraju
warto przypomnieć dziesiątki najlepszych zawodniczek we wspomnianych
wyżej konkurencjach:
100 m
11.4
Elżbieta Szyroka (Baildon Katowice)
11.4
Barbara Sobotta (AZS Kraków)
11.6
Irena Kirszenstein (Polonia Warszawa)
11.6
Elżbieta Bednarek (Warszawianka)
11.6
Halina Górecka (Górnik Zabrze)
11.7
Ewa Kłobukowska (Skra Warszawa)
11.7
Anna Dzięciołowska (Start Łódź)
11.7
Danuta Romankiewicz (Sparta Warszawa)
11.8
Celina Gerwin (Legia Warszawa)
11.8
Maria Piątkowska (Legia Warszawa)
200 m
23.9
Elżbieta Szyroka
24.2
Barbara Sobotta
24.2
Irena Kirszenstein
24.3
Halina Górecka
24.6
Celina Gerwin
24.7
Maria Piątkowska
24.8
Ewa Kłobukowska
24.8
Elżbieta Bednarek
24.8
Mirosława Sałacińska (AZS Kraków)
25.1
Elżbieta Twardowska (Sparta)
Skok wzwyż
1,73
Jarosława Bieda (AZS Kraków)
1,70
Mirosława Sałacińska
1,68
Iwona Ronczewska (AZS Kraków)
1,65
Gizela Paździor (Górnik Zabrze)
1,64
Barbara Owczarek (AZS Kraków)
1,60
Łucja Noworyta (Gwardia Warszawa)
1,59
Irena Kirszenstein
1,58
Grażyna Abramowicz (Legia Warszawa)
1,58
Krystyna Gigielewicz (MKS Opole)
1,56
Maria Herman (MKS Leszno)
Skok w dal
6,13
Elżbieta Krzesińska (SLA Sopot)
5,98
Maria Piątkowska
5,97
Renata Hein (Baildon)
5,85
Halina Krzyżańska (LZS Lech)
5,84
Maria Majewska (AZS Poznań)
5,84
Irena Kirszenstein
5,79
Barbara Kądziołka (Wisła Kraków)
5,77
Bożena Woźniak (AZS Poznań)
5,70
Maria Bibro (Cracovia)
Przeglądając tabele tamtego czasu, wypada przypomnieć, kim były
zawodniczki, którym siedemnastolatka stołecznej Polonii deptała wtedy po
piętach. Otóż Barbara Sobotta (panieńskie nazwisko Lerczak, a z pierwszego małżeństwa Janiszewska) - to mistrzyni Europy w biegu na 200
metrów z 1958 roku (Sztokholm) i brązowa medalistka mistrzostw
kontynentu w tej samej specjalności w 1962 roku w Belgradzie, piąta w olimpijskim finale igrzysk olimpijskich 1960 w Rzymie. "Złota Basia",
uznawana za "Miss Polskiej Lekkoatletyki", stała się ulubienicą kibiców,
a w najpoważniejszych imprezach reprezentowała Polskę od 1952 roku. I to
ona jako pierwsza zdołała wyrównać przedwojenne rekordy Polski (wtedy
jeszcze rekordy świata), ustanowione przez Stanisławę Walasiewicz.
Pochodząca z Poznania urokliwa blondynka po studiach na kierunku
historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego pozostawała postacią
legendarną również dlatego, że miotając się w młodych latach pomiędzy
Trójmiastem i Krakowem, wsiąkła w towarzystwo późniejszych tuzów
polskiego filmu, sceny teatralnej i estrady: Zbigniewa Cybulskiego,
Bogumiła Kobieli, Jacka Fedorowicza. Podczas igrzysk olimpijskich w Rzymie nawiązała zaś romans z włoskim bohaterem tej imprezy, podobnie
jak ona specjalistą biegu na 200 metrów Livio Berrutim, który zdobył
wtedy na tym dystansie złoty medal z rekordem świata 20.5 sekundy. Jak
mi wspominała Basia ze śmiechem po latach, Livio najbardziej był
zdziwiony, że to ona lepiej znała zabytki rzymskie od niego z uwagi na
wykształcenie.
Jej serdeczna przyjaciółka, także obracająca się w owym artystycznym
towarzystwie Jarosława Jóźwiakowska-Bieda chlubiła się w skoku wzwyż
srebrnym medalem igrzysk w Rzymie, będąc również gwiazdą pierwszej
wielkości, zwłaszcza w Polsce, bo przecież Rzym przyniósł nam pierwszą
olimpijską transmisję i wszyscy nasi medaliści byli na ustach
społeczeństwa, które oglądało relacje w Telewizji Polskiej z takim samym
zachwytem jak dziewięć lat później przekaz lądowania amerykańskich
kosmonautów na Księżycu.
Elżbieta Duńska-Krzesińska z kolei była w tamtym okresie najbardziej
utytułowaną polską lekkoatletką, mając w kolekcji trofeów w skoku w dal:
olimpijskie złoto (Melbourne 1956) i srebro (Rzym 1960), dwa medale
mistrzostw Europy (brąz z Berna 1954 i srebro z Belgradu 1962) oraz
ustanowiony dwukrotnie w 1956 roku rekord świata 6,35 m.
Defilada w Warszawie z okazji 1000-lecia państwa polskiego, 22 lipca
1966 roku. Od lewej: Irena, Waldemar Baszanowski z flagą i Ewa
Kłobukowska.
Maria Piątkowska (wcześniej Ilwicka, a po pierwszym zamążpójściu
Chojnacka) uchodziła od lat pięćdziesiątych za najwszechstronniejszą
polską lekkoatletkę, sięgając po rekordy Polski i tytuły mistrzyni na 80
m pł i w pięcioboju, a dodatkowo chlubiąc się takimi tytułami w biegu na
100 m i w skoku w dal.
Z owymi znakomitościami przyszło zatem rywalizować nieco onieśmielonemu
podlotkowi z warszawskiej Polonii, jakkolwiek już wtedy Irena budziła
respekt starszych koleżanek, imponując warunkami fizycznymi. Dominik
Ochendal, jeden z trenerów KKS Polonia, kiedy oceniał wznoszenie się
Ireny w skoku wzwyż, zwykł mawiać żartem: "ona ma nogi do samej ziemi",
sugerując poprzez to, że początkująca nastolatka jest w stanie przejść
nad poprzeczką, nie potrzebując w zasadzie odbicia.
Kluczbork kluczem do związku z Januszem
- Z Ireną poznałam się, będąc o dwa lata od niej starszą uczennicą
Liceum Ogólnokształcącego im. Jarosława Dąbrowskiego - wspomina dawna
koleżanka ze stadionu, a potem serdeczna przyjaciółka Elżbieta
Cymerman-Jesień. - Razem trafiłyśmy do grupy Jana Kopyty, przy czym ja
specjalizowałam się w skoku wzwyż, Irena zaś była od początku
rewelacyjna w wielu konkurencjach, bo równie dobrze skakała wzwyż i w dal, jak i biegała sprinty. Skok wzwyż wykonywałyśmy jeszcze archaicznym
stylem nożycowym i tu bardzo trudno było dorównać chudej, długonogiej
Irenie, która ustanawiała rekord za rekordem, błyskawicznie zbliżając
się do ścisłej czołówki krajowej. Już wtedy było widać, że to talent,
jaki się trafia jeden na miliony adeptek lekkoatletyki. I z dzisiejszego
punktu widzenia stwierdzam, że nikt lepszy się u nas po niej nie
narodził. Mnie szybko nawalił kręgosłup i musiałam bardzo wcześnie
zakończyć sportową karierę, ale pamiętam, że w 1963 roku skoczyłam wzwyż
146 cm, a o dwa lata młodsza Irena aż 159 cm.
Od strony czysto ludzkiej była niesłychanie sympatyczną osobowością,
zawsze bardzo wesoła i wszystkim życzliwa. Nic dziwnego, że
przyjaźniłyśmy się do końca jej życia, a z kolei mój przyszły mąż,
czterystumetrowiec Polonii Andrzej Jesień należał do grona najbliższych
kumpli Janusza Szewińskiego. Dlatego mocno mi utkwił w pamięci nasz
pierwszy wspólny obóz treningowy - w Kluczborku, gdzie zaczęła się
nawiązywać wyraźna nić sympatii pomiędzy Ireną i Januszem, aż wreszcie
powstał z tego wspaniały związek na stałe.
Wiadomo, że istnieje coś takiego jak babska zazdrość albo zawiść i jako
sportsmenka numer jeden Irena miała wielokrotnie okazję stać się
obiektem tych negatywnych uczuć. Sama za to nigdy w życiu na nikogo
złego słowa nie powiedziała. Zawsze była wszystkim przyjazna i pomocna.
Po prostu serce na dłoni. Tak samo zresztą jak Janusz. W latach 70., gdy
jeszcze ja i Andrzej nie mieliśmy własnego samochodu, Szewińscy nie
wahali się nam pożyczyć swojego malucha, żebyśmy mogli pojechać na
Mazury.
Chociaż wciąż podróżującej po świecie Irenie trudno było znaleźć wolną
chwilę, bardzo dobrze spisywała się jako pani domu, również od strony
gastronomicznej, a jej popisową potrawą był karp po żydowsku. Poza tym -
jak każdy dobry człowiek - bardzo kochała zwierzęta. Psy i koty w jej
domu były traktowane jak członkowie rodziny. Na koniec powiem zaś coś
bardzo zaskakującego. Otóż w małżeństwie Szewińskich było tak, że Irena
wprost uwielbiała tańczyć, a Janusz - przeciwnie. I proszę sobie
wyobrazić, że któregoś roku na Sylwestra to dobrane małżeństwo wygrało w warszawskiej restauracji Sofia konkurs tańca! Janusz sam do dzisiaj nie
może w ten sukces uwierzyć, mając jednak świadomość, że o wygranej
przesądziła raczej rozpoznawalność jego żony, a nie pospólne
umiejętności taneczne - wyjaśnia ze śmiechem pani Elżbieta, której syn
Paweł jest mężem rekordzistki Polski w biegu na 400 metrów przez płotki
Anny Olichwierczuk, która występuje też pod nazwiskiem Jesień.
A po blisko sześćdziesięciu latach dawnej kumpelce Ireny przypomina się,
że przyszła mistrzyni olimpijska nie miała łatwo z koleżankami, które na
owym obozie w Kluczborku dawały jej zły przykład, paląc cichaczem
papierosy, a nawet rozpijając modne wśród ówczesnej młodzieży tanie wino
"patykiem pisane".