2.
Dwa dni potem Laura przybiegła do mnie przed południem, by zdać sprawę z odbytej rozmowy.
- Nie spodziewałem się, że znajomy autor przyśle do mnie tak młodą i atrakcyjną dziewczynę - usłyszałam na wstępie.
Pomyślałam, że na początku nie zaszkodzi odegrać roli słodkiej idiotki, wiec uśmiechnęłam się powściągliwie i rzuciwszy zalotne spojrzenie, odparłam pełnym skrywanej namiętności głosem:
- Miło mi to słyszeć...
- Pani wujek polecił mi panią jako osobę wyjątkowo zdolną i sumienną. Czy pani ma zamiar zająć się sprawą śmierci mojego ojca?
Pan dyrektor Banku Gospodarczego, Rudolf Kornatowicz, siedział rozparty w skórzanym fotelu i patrzył na mnie zza szkieł eleganckich okularów w złotej oprawce, a jego wypolerowana łysina lśniła w dyskretnym świetle, padającym ze szklanego sufitu.
- Jeszcze nie - odparłam - dopiero gdy zbiorę dostateczną ilość danych i dojdę do wniosku, że...
- Coś się za tym kryje?
- Można to tak nazwać - odrzekłam, siadając na wskazanym przez niego, wyjątkowo niewygodnym, ale za to na pewno bardzo drogim i modnym krześle.
Zauważyłam, że stara się zachować tak zwaną kamienną twarz, przez którą, niestety, przebiegają jakieś mimowolne, niekontrolowane tiki, nadając jego obliczu, miast surowego dostojeństwa, wyraz raczej groteskowy.
- Przejdźmy zatem do rzeczy, panie dyrektorze - powiedziałam, zdobywając się na profesjonalną powagę. - Podobno ma pan listę gości z owej sierpniowej niedzieli, kiedy to wydano obiad na cześć powrotu pańskiego ojca.
- Owszem - odparł, usiłując zapanować nad drganiem lewego policzka. - Dysponuję także świadectwem zgonu, stwierdzającym, że mój ojciec, Stanisław Kornatowicz zmarł w areszcie w wyniku uduszenia na skutek zadzierzgnięcia na szyi pętli skręconej z prześcieradła.
Zamrugał gwałtownie oczami i dodał:
- Nigdy nie uwierzyłem w to, żeby mój ojciec mógł popełnić samobójstwo. Był twardym człowiekiem, pełnym energii i woli życia. Miał dopiero 48 lat.
- Pan Stanisław wrócił z ówczesnych Niemiec Zachodnich, prawda? Dlaczego tak późno? - spytałam. - O ile się orientuję, powroty z Niemieckiej Republiki Federalnej i wyjazdy do niej z Polski rozpoczęły się na dobre w 1957 roku. Jedna z moich ciotek emigrowała. A w ogóle... jak i dlaczego pański ojciec tam się znalazł? Zawierucha wojenna?...
- To dość skomplikowana sprawa.
Dyrektor Kornatowicz zajął się czyszczeniem okularów miękką, irchową ściereczką, wpatrując się ciemnymi oczami gdzieś daleko, w dawno zbiegłą przeszłość.
- Widzi pani... - odparł powoli, jakby cedząc jeszcze raz upływ dawnego czasu - moja matka była Niemką, nazywała się Eliza Vogel. W Skamielinie, gdzie Niemcy i Polacy mieszkali ze sobą od lat, takie małżeństwa były na porządku dziennym. Rodzice pobrali się tuż przed wojną. W połowie 1943 roku ojciec, aby ratować rodzinę przed szykanami i wysiedleniem, poszedł na front wschodni... w mundurze Wehrmachtu.
- I zaginął - powiedziałam po chwili ciszy.
Kornatowicz zacisnął mocno powieki, zagryzł wargi, podparł czoło dłonią i milczał.
Zdałam sobie nagle sprawę, że każda moja uwaga, choćby najbardziej taktowna, zniweczy z takim trudem nawiązany kontakt z tym człowiekiem.
- Urodziłem się na początku czterdziestego czwartego - rzekł wreszcie, zakładając okulary. - Potem moja matka uzyskała rehabilitację na drodze sądowej. Ale ojca nie było. Pojawił się dopiero na początku sierpnia 1967 roku. Widziałem się z nim niecałe dwa tygodnie...
- Nie powiedział panu, dlaczego tak późno wróciłdo kraju?
- Stwierdził, że niesłusznie oskarżony siedział w więzieniu pod zmienionym nazwiskiem - odparł pan dyrektor po dłuższym namyśle. - Potem miał mi całą rzecz dokładnie wyjaśnić, ale... nie zdążył.
- Jasne - mruknęłam, przyglądając się liście nazwisk. - Czy pan wie, które z osób uczestniczących w tamtym obiedzie jeszcze żyją? Oczywiście, oprócz pana.
- Na pewno żyje matka zabitego Leszka, Brygida Brzeska. Ma dobrze ponad osiemdziesiąt lat - powiedział, unosząc w górę posiwiałe brwi. - Żyje także Ilona Mayer, ta, o którą doszło wtedy do bójki. Obie mieszkają pod tymi samymi adresami, jak w 1967 roku. Nie wiem, co się dzieje z bratem Ilony, ale to chyba ona pani najlepiej sama powie.
- Nie rozmawiał pan teraz z tymi paniami? - spytałam.
- Nie miałem czasu - odparł chłodno, a przez jego twarz przebiegła fala drobnych skurczów.
- Rozumiem pana...
- A poza tym - zawiesił na chwilę głos, wahając się zapewne, czy wtajemniczyć mnie w rodzinne sekrety - obie uważają, że ja w jakiś sposób przyczyniłem się do śmierci Leszka Brzeskiego. O ile sobie przypominam - dodał, ściągając usta - Ilona Mayer swego czasu kochała się w Leszku.
- A pan w niej? - spytałam wprost.
- Nie pamiętam - odrzekł, patrząc mi prosto w oczy z wyrazem niekontrolowanego osłupienia - ale to chyba teraz nie ma większego znaczenia.
Poprawił krawat, przycisnął dłoń do czoła i spytał:
- Podejmie się pani wyjaśnić, dlaczego zginął w więzieniu mój ojciec, Stanisław Kornatowicz?... I kto zastrzelił Leszka Brzeskiego?
Zastanawiałam się, dlaczego właśnie teraz zależy mu na tym, żeby wyjaśnić sprawę sprzed czterdziestu trzech lat.
- Jest pan przekonany - spytałam, starając się zachować pełną ostrożność - że to nie pański ojciec wtedy strzelił? Podobno pistolet znalazł się w jego kieszeni.
Rudolf Kornatowicz znieruchomiał, po czym nabierając głęboko powietrza, powiedział:
- A na nim zamazane odciski palców mojego ojca. To wykazało ówczesne śledztwo. Ktoś musiał mu podrzucić pistolet. W tej szamotaninie...
- Skąd tam się wzięła broń? - pytałam zdziwiona. - W tych czasach?
- Nie wiem - odparł, mrużąc oczy. - Zdaje się, że pistolet był produkcji amerykańskiej. Tym bardziej obciążało to mojego ojca.
- Rozumiem... Uważa pan - spytałam, ważąc każde słowo - że po tylu latach prawda rzeczywiście może wyjść na jaw?
- Musi - rzekł krótko. - Poniosę wszelkie koszty.
- A jeżeli prawda okaże się dla pana... nieprzyjemna?
Zacisnął mocno powieki, pokiwał się chwilę w wytwornym fotelu i odparł półgłosem:
- Tego nigdy nie można wykluczyć.
- Panie dyrektorze, nie chciałabym się znaleźć w niezręcznej sytuacji...
Potarł ręką czoło, na serdecznym palcu lewej dłoni błysnął złoty sygnet.
- Zdaję sobie sprawę. Niemniej - powiedział, a w jego głosie usłyszałam jakiś nieprzyjemny fałsz - postanowiłem zaryzykować.
Nie chciałam się w to wszystko za bardzo angażować, chociaż z drugiej strony zaciekawiła mnie ta historia.
- Dobrze - skinęłam głową - porozmawiam z tymi paniami. Jeżeli wpadnę na jakiś ciekawy trop...
- Oczywiście - zamrugał gwałtownie to lewym okiem, to prawym, jakby mimowolnie dawał mi porozumiewawcze znaki - pojmuje pani, że wszystko musi pozostać w tajemnicy. Zapłacę z mojej prywatnej kieszeni i zarezerwuję pokój na mój koszt w hotelu "Faktoria". To samo centrum Łodzi, przy okazji zwiedzi pani miasto. I jeszcze raz proszę panią o jak najdalej posuniętą dyskrecję.
- Panie dyrektorze...
- W moim banku nikt nie może się dowiedzieć, że byłem kiedyś uwikłany w cokolwiek niezgodnego z prawem. Nawet jeśli było to tylko pomówienie. Proszę pani, nie możemy dopuścić do naruszenia naszej reputacji. Od razu brukowce miałyby na nas używanie.