Przerwane milczenie - Melissa G. Moore, M. Bridget Cook

Reflow text when sidebars are open.
Przerażająca ciemność nocy nie jest dla mnie niczym nowym. Wiem doskonale, co potrafią uczynić z ludzką duszą osamotnienie i nawracające uczucie rozpaczy. Moja historia opowiada jednak nie o mroku, lecz o tym, jak pośród nieprzeniknionej ciemności znalazłam światło i odkryłam boskość; o tym, że pomimo grozy towarzyszącej mojemu dzieciństwu i okoliczności, w jakie pchnęło mnie życie, miałam wybór.
Kiedy wokół mnie panował chaos i jeden kryzys ustępował miejsca kolejnemu, uważnie obserwowałam i eksperymentowałam z własnymi wyborami. Zdałam sobie w końcu sprawę, że mogę albo kontynuować niezdrową tradycję rodzinną, albo przerwać ten łańcuch. Krok po kroku, decyzja za decyzją, świadomie poczęłam tworzyć coś nowego, coś zdrowszego... Lecz pomimo tej przemiany, gdzieś głęboko we mnie, gdzie nikt nie mógł jej dostrzec - nikomu nie pozwoliłabym tam zajrzeć - kryła się złowroga czarna dziura. W żaden sposób nie dała się wypełnić, nieważne, jak bardzo się starałam. Nie pomagało jedzenie. Za nic miała dobra materialne, którymi się otaczałam. Związki z mężczyznami i moja wiara czasem odwracały jej uwagę, ale prędzej czy później ta surowa, naprzykrzająca się czerń dawała mi się we znaki w codziennym życiu. Podobnie jak kosmiczne czarne dziury, również ta ciemność we mnie wsysała do środka całą energię z otaczającego mnie wszechświata, pozbawiając moje życie radości i pasji.
Wtedy, zupełnie niespodziewanie, zanim zdążyłam się przygotować, zanim byłam gotowa stanąć z tym twarzą w twarz - zanim w ogóle zechciałam to zrobić - moja siedmioletnia córka, Aspen, zignorowała zabitą deskami, zamkniętą na cztery spusty fortecę, w której trzymałam swój sekret, i zadała pozornie niewinne pytanie, oczekując na nie szczerej odpowiedzi.
- Mamusiu, a gdzie jest twój tata? - zapytała moja córeczka, patrząc na mnie oczami pełnymi ciekawości. - Każdy ma tatę. Ty też musisz mieć tatę, prawda?
Pytanie Aspen sprawiło, że niemal dosłownie zapadłam się pod ziemię. Oto dziecko, które każdego wieczoru zapewniałam, że nie istnieje coś takiego jak potwory. Niby w jaki sposób miałam jej teraz oznajmić, że niektóre rodzaje potworów jednak istnieją? Jak miałam opowiedzieć jej o dziadku?
"Twój dziadek jest seryjnym mordercą. Ponieważ popełnił wiele okropności, resztę życia spędzi zamknięty w więzieniu...".
Zdecydowanie się na szczerość wobec Aspen oznaczałoby stawienie czoła osobie, która w oczach świata była prawdziwym demonem. Musiałabym zmierzyć się również z własnymi demonami. Przemiana - prawdziwa, uczciwa przemiana - wiązała się z wpuszczeniem promieni światła do każdego, najciemniejszego zakątka samej siebie, łącznie z tą na pozór niezgłębioną czarną dziurą, która zionęła w mojej duszy.
Tamtego dnia oszczędziłam Aspen szczegółów dotyczących jej dziadka, ale nie potrafiłam uwolnić się od myśli o nim. Czy powinnam pozwolić dziadkowi stać się częścią życia wnuczki? Czy, będąc osobą wierzącą, nie powinnam zaufać zdolności ludzkiej duszy do przemiany? Czy uczciwie dałam mu szansę? A może z jego osobą wiązało się nieodłączne poczucie zagrożenia, przed którym rozpaczliwie starałam się uchronić moją córkę?
Poczułam, że nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć sama sobie na żadne z tych pytań. Nie znalazłam ani jednej książki, która opisywałaby moje dylematy. Te nieliczne osoby, z którymi podzieliłam się tajemnicą mojej wewnętrznej walki, wydawały się równie zdumione jak ja. Miliony ludzi miało i ma z tym problem - z kościotrupem w rodzinnej szafie - i choć przez wieki rodzaj ludzki nabrał doświadczenia, nadal nie umie otwarcie mówić o tego typu sprawach. Poczucie wstydu i upokorzenia zawsze wygrywa. Śmiertelna cisza trwa w najlepsze.
"Twoje tajemnice są miarą twojej choroby...".
Miałam dość chorej sytuacji, skrywania tajemnic, poczucia winy, nieustannej gonitwy myśli. Weszłam do Internetu i napisałam list. Gdy kliknęłam "wyślij", wiedziałam już, że tym samym na zawsze odmieniłam swoje życie - swoje i być może wielu innych ludzi. Poczułam, że w magiczny sposób ciemność otaczająca moją duszę zaczyna się powoli rozpraszać...
Ten jeden wrzucony w wodę kamień wywołał rozchodzące się wielkim kołem zmarszczki na jej powierzchni. Dowiedziałam się, że jesteśmy naczyniami połączonymi. Nigdy nie jestem sama. Nikt z nas nigdy nie jest tak naprawdę sam. Teraz wiem, że znalazłam się w idealnym miejscu, w doskonałym czasie, ponieważ mogę przekazać moją historię tym, którzy w mrocznych zakamarkach własnej duszy poszukują odpowiedzi na dręczące ich pytania. Wiem, że przynoszę im światło. Wiem, że w sposób dosłowny zrywam krępujące ich łańcuchy potworności, tajemnicy i wewnętrznego spustoszenia. Ponieważ jestem dzieckiem światła.
Czy zastanawiasz się czasem, kim jesteś?
Czy przychodzi ci to na myśl, gdy patrzysz w gwiazdy?
Gdzie zacząłeś i w jaki sposób zaszedłeś tak daleko...
od domu?
Czy kiedykolwiek spacerowałeś brzegiem morza?
Czy patrzyłeś na przypływy i odpływy fal?
Czy spojrzałeś do środka, by sprawdzić, czy w życiu kryje
się... coś więcej?
Marzenie wzlatuje na skrzydłach.
Jest głos, który pragnie śpiewać.
Nawet w najgłębszej, najmroczniejszej nocy.
Ktoś wznosi ku niebu pochodnię.
Dłonie trzymają ją wysoko w górze.
Urodziłeś się po to, by ten płomień nie zgasł.
Jesteś stworzony, by latać.
Jesteś po to, by błyszczeć.
Dziecko światła.
Nigdy, przenigdy nie będziesz sam.
Nigdy nie kazano ci samotnie nosić brzemienia.
Tam gdzie jest strach, zapanuje miłość i poprowadzi cię
naprzód...
Marzenie wzlatuje na skrzydłach.
Jest głos, który pragnie śpiewać.
Nawet w najgłębszej, najmroczniejszej nocy.
Ktoś wznosi ku niebu pochodnię.
Dłonie trzymają ją wysoko w górze.
Urodziłeś się po to, by ten płomień nie zgasł.
Jesteś stworzony, by latać.
Jesteś po to, by błyszczeć.
Dziecko światła.
(Mindy Gledhill, Child of Light, 2004)
Sierpień 1984 roku.
Zmrużyłam oczy, patrząc na błękitne, rozświetlone niebo, i nie zdołałam opanować dreszczy, które przeszły mi po plecach. Ani jedna chmurka nie przesłaniała horyzontu, w moich blond włosach nie igrał nawet najlżejszy zefirek. A mimo to przeczuwałam zbliżającą się burzę. Nie miało znaczenia to, że przez trzysta dni w roku w Toppenish, naszym prowincjonalnym miasteczku, świeciło piękne słońce, ani też to, że nasz dom wybudowano w jednym z najspokojniejszych wiejskich zakątków stanu Waszyngton. Nieważne, że miałam dopiero pięć lat. Kiedy opadało mnie jedno z moich przeczuć, wyraźnie rysowała mi się przed oczami nieuchronność przyszłych zdarzeń.
Próbowałam jednak odegnać od siebie to uczucie. W końcu mieliśmy piękny dzień, a ja dusiłam w sobie tajemnicę - sekret, cudowny sekret, przez który czułam mrowienie od rana do wieczora, kiedy w końcu udawało mi się zasnąć - i z ledwością potrafiłam opanować radość. Wyjrzałam zza pokrytej pyłem białej ściany domku, rozejrzałam się badawczo po podwórzu, a potem sięgnęłam wzrokiem dalej, ogarnęłam długie pola lucerny i zerknęłam na wielkie drzewo brzoskwini, które rosło na skraju naszej działki. Wypatrywałam jakichkolwiek oznak życia. Wydawało się, że - poza moją maleńką siostrą i młodszym bratem, który bawił się zabawkowymi ciężarówkami po drugiej stronie budynku - wszystko pogrążone jest w ciszy.
Jeżeli odpowiednio się skoncentrowałam, mogłam usłyszeć krzątającą się matkę. Jak zwykle zajmowała się czymś w domu; tym razem urządzała pranie. Ten jeden raz nie miałam jej za złe, że nie chce wyjść i pobawić się ze mną - rzadko robiła mi samolot na trawie i praktycznie nigdy nie śpiewała mi Kółko graniaste, choć inne matki to robiły. Tata zwykle bywał w rozjazdach - prowadził ciężarówkę - więc najczęściej przez wiele dni z rzędu nie było go w domu. Mogłam robić, co mi się żywnie podobało. Wyborne uczucie.
Jeszcze jedno zerknięcie - tak dla pewności - i już otwierałam drzwi prowadzące do piwnicy. Potem szybko do środka, do tego chłodnego i wilgotnego, zalatującego stęchlizną pomieszczenia. Wciągnęłam do płuc powietrze, jak gdyby wypełniał je słodki zapach kwiatów. To był mój dom, mój azyl. Przeczesałam piwnicę bystrym spojrzeniem orzechowych oczu - w wyobraźni utrzymywałam ją w nieskazitelnym porządku, zupełnie jak matka dom. Stały tam krzesła i stół, który nakrywałam dla wyimaginowanych gości albo dla brata i siostry, gdy zapraszałam ich na herbatkę. Ale nie dzisiaj. Myślałam o czymś zupełnie innym. Moje serce wręcz śpiewało z radości.
Dostrzegłam ruch w kącie piwnicy i usta same złożyły mi się do uśmiechu w poczuciu czystej dumy. Moje dzieci! Pobiegłam do kąta i podniosłam koc narzucony na drewnianą skrzynkę. W środku siedziała bezdomna kotka, a razem z nią czworo najdrobniejszych, najdelikatniejszych, najpiękniejszych istot, jakie kiedykolwiek poznałam z tak bliska. Miękkie, puchate, całe białe, z błękitnymi oczkami, miauczące kociaki. Owinęły sobie moje małe serce wokół delikatnych łapek.
Były już na tyle duże, by mnie rozpoznać. Stłoczyły się, jeden na drugim, pragnąc pobawić się ze mną i ogrzać w moim gorącym uścisku. Wyciągnęłam ręce po ulubionego kociaka i go podniosłam. Zaczął przesuwać języczkiem po mojej dłoni. Roześmiałam się głośno. Jakże go kochałam! Jakże kochałam je wszystkie. Wzięłam tego pierwszego i schowałam do kieszeni z przodu sukienki, a potem wyjęłam ze skrzynki drugiego i włożyłam go do drugiej kieszeni. Pozostałą dwójkę wzięłam na ręce i utuliłam, śpiewając kołysanki. Nagle gwałtownie złapałam powietrze, a potem zachichotałam, czując, jak jeden z siedzących w kieszeni kociaków wykorzystuje moją sukienkę jako drabinę i wspina mi się na ramię.
- Nie, kociaku! - zbeształam go, wkładając na powrót do kieszeni. - Zostań tutaj. Pójdziemy na wycieczkę.
Zerknęłam na leżącą w skrzynce bezdomną kotkę, jakby prosząc ją o pozwolenie. Obrzuciła mnie leniwym spojrzeniem jednego otwartego oka. Miauknęła, a potem położyła łebek na dnie skrzynki i zamknęła oczy. Wiedziała, że może mi zaufać, bo przecież to były też i moje dzieci. Podeszłam do drzwi i ostrożnie wystawiłam głowę na zewnątrz. Ani żywej duszy. W pośpiechu wybiegłam na podwórze, kierując się ku tyłom starej, zapuszczonej stodoły. Zanim jednak udało mi się tam dotrzeć, krnąbrny kociak wyskoczył z kieszeni sukienki i pobiegł polną ścieżką. Dogoniłam go i złapałam.
- A ty dokąd? - Zachichotałam, spoglądając na jego zaskoczony pyszczek.
Zamknął oczy i przytulił się swoim miękkim futerkiem do mojej twarzy, głośno mrucząc. Przez tę krótką chwilę sądziłam, że znalazłam się w niebie. Pozwoliłam mu ocierać się o mnie dopóty, dopóki się nie znudził i nie zechciał, żeby go postawić na ziemi. Klapnęłam obok niego na ścieżce i wypuściłam pozostałe kociaki, które zaczęły wędrować w tę i we w tę po mnie i po trawie - i odkrywać wiatr, poruszane nim źdźbła trawy i fascynujące stworzenia zwane konikami polnymi. Kociaki dawały mi tyle frajdy, że zapomniałam o bożym świecie.
- Hej, kici, kici, kici! - dobiegł mnie nagle czyjś wysoki, sarkastyczny głos.
Zamarłam. To on. Bałam się odwrócić. Nie śmiałam poruszyć choćby palcem. Znałam ten cienki, przenikliwy głos, słyszałam go już wcześniej i wiedziałam - zbyt dobrze wiedziałam - co oznacza.
W panice strzeliłam oczami na wszystkie strony, szukając sposobu, jak uciec i schować kocięta. Stodoła była w tak opłakanym stanie, że odpadała - teoretycznie mieliśmy zakaz zbliżania się do niej, ponieważ w każdej chwili mogła się zawalić. A zresztą on i tak by mnie tam znalazł. Pole? Lucerna była zbyt niska. Dom sąsiadów znajdował się dość daleko stąd, a poza tym on by się wściekł, gdybym tam pobiegła. Może udałoby mi się go zgubić, gdybym okrążyła stodołę? Uciekłabym daleko i ukryła moje dzieci tak, żeby nigdy w życiu ich nie znalazł. Poczułam przypływ nadziei, zgarniając do siebie kociaki i zbierając się, by wstać. A potem usłyszałam jego kroki tuż za plecami, blisko, o wiele za blisko, i wiedziałam, że jest już za późno. Stał za mną.
- Chodź tu, koteczku - powiedział, śmiejąc się. - Nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję.
Desperacko pragnęłam uwierzyć w jego zapewnienia. Lecz słyszałam je już wcześniej. Niczego nie obiecywał, tylko kłamał. Kłamał - za każdym razem kłamał.
- Nie, proszę! - jęknęłam.
Odwróciłam się, żeby spojrzeć ojcu prosto w twarz, nie zwracając uwagi na łzy płynące mi z oczu prosto na sukienkę pokrytą kocią sierścią. Przyciskałam do piersi całą czwórkę wijących się kociąt. Drapały mnie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Chciały, żeby postawić je na ziemi i pobawić się z nimi.
- Nie, proszę cię, tatusiu, nie rób im krzywdy! Proszę, proszę, proszę!
Szukałam w twarzy ojca jakiejkolwiek oznaki współczucia, dowodu, że w ogóle słyszy, co do niego mówię, ale miałam jedynie wrażenie, jakby na jego oczy opadła zasłona. Do pustego wzroku dopasował złowieszczo wykrzywione w półuśmiechu usta. Znałam to jego spojrzenie tak samo, jak znałam ton jego głosu. Poczułam, że robię się blada. Ignorując mnie i moje błagania, wyciągnął rękę po kociaki. Próbowałam się wycofać, ale pochylił nade mną swoją masywną dwumetrową postać i z łatwością wyrwał mi zwierzaki.
- Przecież bym was nie skrzywdził, prawda? - zapytał figlarnie kocięta i ruszył energicznym krokiem do sznura na bieliznę.
Pomimo strachu byłam... zaintrygowana. Zwykle inaczej reagował na koty. Potrząsnęłam głową, usiłując zapanować nad wzbierającą falą bolesnych wspomnień. Po co poszedł do sznura? Pobiegłam za nim i ujrzałam z przerażeniem, jak za pomocą klamerek do bielizny zawiesza kociaki w szeregu na sznurze, jeden obok drugiego. Maluchy zaczęły drapać się nawzajem w szaleńczej próbie oswobodzenia się, ucieczki, w górę, w dół, nieważne, byle tam, gdzie jest bezpiecznie. Moje ukochane, najbardziej niesforne kociątko miało pyszczek poraniony do krwi. Patrzyłam na nie oniemiała i sparaliżowana ze strachu, gdy nagle usłyszałam śmiech ojca.
Moje dzieci! Odwróciłam się i wrzasnęłam, po czym puściłam się biegiem w stronę domu. Chciałam zawołać matkę. Pędząc do drzwi wejściowych, miałam wrażenie, jakbym poruszała się w smole. Nagle powróciły do mnie okropne wspomnienia, a jedno z nich okazało się wyjątkowo uporczywe, ponownie odgrywając się w mojej głowie, w zwolnionym tempie. Przypomniałam sobie nasz poprzedni dom w Toppenish, ten stojący tuż obok sadu. Pewnego dnia na nasze podwórko zawędrował bezpański kot. Tata zawołał go do siebie tym obrzydliwym skrzekliwym głosem. Pomyśleliśmy wówczas z Jasonem, że może pozwoli nam zatrzymać tego kociaka, bo Jasonowi bardzo spodobało się jego ładne miękkie futerko. Wydawało nam się, że tata obchodzi się z kotem łagodnie. Ale nagle chwycił go za gardło i mocno ścisnął. Zwierzę broniło się, drapiąc na oślep i żłobiąc wąwozy w dłoni ojca w ostatniej, desperackiej próbie ocalenia życia, ale w końcu zupełnie przestało się ruszać. Tata podniósł kota wyżej i obejrzał go ze wszystkich stron, jak gdyby szukając oznak życia, a potem rzucił go na ziemię jak stary, śmierdzący odpad. Zaczęliśmy z Jasonem krzyczeć, ale tata zignorował nas i po prostu odszedł. Przypomniałam sobie, jak spojrzałam wtedy z niedowierzaniem w oczy brata i natychmiast odwróciłam wzrok. Mój własny strach i mój ból, odbite w jego źrenicach, okazały się nie do zniesienia.
Nie był to pierwszy raz, kiedy oglądałam śmierć, ale postanowiłam, że nigdy więcej nie chcę być jej świadkiem. Krzyk na wspomnienie tamtego zdarzenia splótł się z wrzaskiem, który wydobywał się z mojego gardła, gdy biegłam. Mama musi go powstrzymać. Z pewnością uda jej się ocalić moje dzieci.
Wpadłam na schody jak burza, otworzyłam drzwi i wleciałam do środka, szukając matki. Siedziała w ciszy i spokojnie składała koszulkę.
- Mamo, chodź szybko! - wrzasnęłam. - Proszę, chodź!
- Co się stało, Melisso? - zapytała, nie przerywając składania upranych rzeczy.
- Tata chce skrzywdzić moje dzieci... moje kociaki! - Jak oszalała pociągnęłam ją za ramię. - Szybko, chodź!
Matka poruszyła gwałtownie ręką, uwalniając się z mojego uścisku. Popatrzyła na mnie pustym wzrokiem. Nie było to złośliwe, przerażające spojrzenie ojca. Było to spojrzenie wypełnione nicością. A potem przeniosła uwagę z powrotem na pranie - układała je w zgrabne, równe stosiki leżące w zgrabnych, równych rzędach, jeden obok drugiego, jedna rzecz po drugiej.
Nie... to niemożliwe. Nie znowu.
Wpatrywałam się w nią. Nie mogłam uwierzyć, że nie zechce mi pomóc, zwłaszcza po tym, jak ostatnim razem zobaczyła na dłoniach taty ślady po kocich pazurach, a na podwórzu znalazła zwierzęce truchło. Przecież musi coś zrobić, w jakiś sposób zareagować! Ponieważ poprzednio jej wyrzekania nic nie dały, wiedziałam, że nie ma ochoty znowu się sprzeczać.
Postanowiłam spróbować jeszcze raz.
- Proszę, mamo - powiedziałam błagalnym tonem, usiłując nie krzyczeć, bo chciałam przecież, żeby mnie zrozumiała mimo mojej paniki. - Proszę, pomóż moim dzieciom. Proszę, mamo!
Nie odwróciła się, nawet nie drgnęła. Poczułam, jak ogarniają mnie rozpacz i frustracja. Co mogłam uczynić? Jak mogłam ocalić moje dzieci? Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z pokoju. Uderzyłam się o stół i zraniłam w łydkę - tak bardzo spieszyłam się, żeby wrócić na placyk przed stodołą. Nawet nie zauważyłam bólu w nodze, ponieważ w żaden sposób nie dało się go porównać z bólem, który przeszywał mi pierś, gdy myślałam o kotkach. Wypadłam z domu, ale znalazłszy się na najwyższym stopniu schodków, zatrzymałam się w miejscu.
Taty nie było już na podwórku. Gdzie on się podział? Nie zauważyłam też kociaków, które chwilę wcześniej wisiały na sznurze do bielizny i walczyły o wolność. Nadzieja zaczęła wlewać się do mojego serca...
I wtedy je zobaczyłam. Cztery maleńkie, bezbronne kupki na ziemi. Nie ruszały się. Wpatrywałam się w nie przez chwilę, a potem odwróciłam wzrok. Poczułam się, jakby ktoś zgniótł, zmiażdżył mi serce tak jak ciałka moich dzieci. Poczułam się tak mała jak one. Byłam nieistotna, byłam bezsilna. Mój krzyk był niemy, nikt nie mógł go usłyszeć. To, czego pragnęłam, co czułam, nie miało dla nikogo najmniejszego znaczenia.
Ciąg dalszy w wersji pełnej