Część pierwsza
Nad Stanbury zawisła osobliwa cisza.
Ogromna, wszechogarniająca cisza, jakby świat nagle
wstrzymał oddech.
"Prawdopodobnie - pomyślała Jessica - wszyscy wyszli.
Pewnie na zakupy".
Chociaż to byłoby akurat dziwne, gdyż rano nikt nie wspomniał o tym ani słowem, a tego rodzaju wyprawy zazwyczaj wcześniej omawiano. Zawsze zresztą wszystko ze sobą omawiali. Oprócz spraw, które mogłyby zachwiać podstawami ich przyjaźni. Ale przecież nie zaliczało się do nich wyjście na zakupy.
Cisza ta oznaczała jednak coś głębszego.
Jessica zastanawiała się, co jest inaczej, ale nie mogła sobie tego uzmysłowić. Może również wskutek ogromnego zmęczenia. Wydarzenia ostatnich dni, nękające ją raz po raz mdłości
spowodowane ciążą, niesamowite ciepło. Nie pamiętała, żeby
kiedykolwiek w kwietniu utrzymywała się bez przerwy taka ładna pogoda. Już pewien czas temu zanosiło się na lekkie ochłodzenie, ale
przytłaczająca duszność, niestety, wróciła.
Jessica zawędrowała dalej, niż zamierzała, obeszła prawie całą posiadłość, lasek na zachodzie i wzgórza na południu.
I dopiero teraz spostrzegła, że bardzo się spociła - ma spoconą twarz, włosy zlepione na karku, i że dostała zadyszki. Barney, jej
szczeniak, podskakiwał przed nią jak gumowa piłeczka i był tak
dziarski, jakby tego dnia nie biegał jeszcze ani pięciu minut. Na ogół ona też nie narzekała na kondycję, ale tej nocy dręczyły ją złe sny, a w minionych tygodniach często wymiotowała. Teraz, pod koniec trzeciego miesiąca, wydawało się, że jest już lepiej, nadal jednak czuła się bardzo osłabiona.
Była po prostu zbyt ciepło ubrana. Kurtkę przewiązała wokół bioder już wcześniej, jeszcze kiedy ciężko stąpała po wysoko
położonych łąkach. Kilka razy przyłapała się na tym, że ostrożnie ogląda się za siebie. Podczas długich samotnych spacerów wielokrotnie go spotykała. Jakby na nią czekał, jakby był pewien, że przyjdzie.
Wyczuł w niej sojuszniczkę i może nawet aż tak bardzo się nie mylił. Co oczywiście oznaczało, że naruszała najwyższy nakaz grupy, ale od kilku dni i tak zadawała sobie pytanie, czy ta grupa nadal jest dla niej ważna, albo lepiej: czy ona jeszcze chce do niej należeć.
Minęła wysoką bramę z kutego żelaza, prowadzącą do
posiadłości. Często była otwarta, teraz również stała otworem. Ponieważ mur, który otaczał majątek, skruszał na wielu odcinkach albo
w ogóle się rozpadł, zbytnia akuratność i tak nie miała tutaj sensu.
Rozejrzała się z nadzieją - skoro wszyscy gdzieś wyjechali, to może ktoś właśnie wraca i podwiezie ją od bramy podjazdowej do domu. Droga wiła się tu prawie na przestrzeni kilometra,
ciągle lekko się wznosząc. Jeszcze rok temu po obu jej stronach rosło wiele cienistych drzew, ale niektóre zachorowały i trzeba je było wyciąć. To sprawiło, że podjazd stracił wiele ze swojego uroku: pniaki wyglądały bardzo smutno, a gąszcz za nimi,
wprowadzający zawsze romantyczny nastrój, sprawiał naraz wrażenie
straszliwego zaniedbania.
"Bardzo to wszystko tutaj podupada" - pomyślała Jessica.
Jak okiem sięgnąć, nie było nikogo, przystanęła więc jeszcze raz na chwilę, aby głęboko zaczerpnąć tchu, po czym zaczęła
pokonywać ostatni etap trasy. Bawełniany sweter, który miała na
sobie, lepił się do pleców, czuła też, że rozgrzane stopy w trampkach mocno napuchły. Myśl o prysznicu i o szklance lodowatego soku pomarańczowego nabrała naraz obsesyjnego charakteru.
Później zaś, przez resztę dnia, będzie trzymała nogi w górze i nie ruszy się z szezlonga.
Chociaż spacer był piękny, naprawdę piękny. Wiosną w Anglii aż serce rośnie. Jessica powiodła wzrokiem za niewielkimi,
poszarpanymi obłoczkami sunącymi po jasnobłękitnym niebie i wchłonęła w nozdrza łagodny wiatr, kryjący w sobie wiele obietnic, niosący zapach kwiatów. Głaskała owieczki, które swobodnie biegały po torfowiskach i ufnie się do niej zbliżały. W dolinach i na stokach kwitły żonkile, zalewając świetliście żółtym kolorem całą tę skąpo porośniętą okolicę. Ptaki śpiewały, świergotały radośnie,
ćwierkały we wszystkich tonacjach...
Ptaki!
Przystanęła. Nagle zrozumiała, skąd wzięła się nad Stanbury ta nierzeczywista cisza.
Ptaki zamilkły. Co do jednego.
Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek doświadczyła tak
absolutnej ciszy.
Pot na jej skórze w jednej chwili wychłódł, poczuła zimne
dreszcze i uniosła ramiona. Co sprawiło, że takiego pięknego,
słonecznego dnia ptaki nagle zamilkły? Coś musiało zakłócić ich spokój, tak gwałtownie i długotrwale, że zapodziała się gdzieś radość, którą potrafiły wyśpiewać. Może to kot - zbójecki, żądny krwi kot
pochwycił jednego z nich i zabił, a śmiertelne krzyki ptaka utonęły w tej ciążącej, zapierającej dech ciszy?
Chociaż nadal czuła się wyczerpana, zaczęła iść szybciej.
Poczuła pierwsze ukłucie w boku. Chętnie biegłaby tak szybko jak
Barney, ale nie miała siły. Jeszcze kilka miesięcy i będzie niekształtnie opuchnięta, poza tym prawdopodobnie zacznie chodzić, kołysząc się niczym kaczka. Czy jednak później znów schudnie i zacznie
wyglądać jak dawniej? Na ostatnich metrach dzielących ją od domu myśl ta, chociaż bezsensowna, nie chciała jej wyjść z głowy, choć Jessica właściwie wiedziała, że kwestia figury w tym momencie w ogóle nie ma dla niej znaczenia. Było raczej tak, że to ona sama
wysuwała ją jakby na pierwszy plan, aby nie musieć myśleć o czymś innym. O tym, dlaczego marznie, chociaż jest jej gorąco, dlaczego swędzi ją skóra głowy i dlaczego odnosi dziwne wrażenie, że tak bardzo musi się śpieszyć.
Także o tym, dlaczego ten jasny wiosenny dzień nagle nie jest już taki jasny.
Dostrzegła szczyt domu, część pięknej fasady budynku
zbudowanego w angielskim stylu późnogotyckim, refleksy promieni słonecznych kładły się na szybach z ołowiowego szkła.
Z nawyku przeliczyła okna na poddaszu. Robiła to zawsze, idąc pod górę - czwarte od lewej strony było oknem ich małżeńskiej sypialni - i udało się jej dostrzec niewyraźny zarys bukietu żonkili, które zerwała jeszcze wczoraj wieczorem i wstawiła do wazonu.
Przystanęła, a jej twarz opromienił uśmiech.
Widok kwiatów przywrócił jej spokój ducha.
Wtedy na środku brukowanego dziedzińca spostrzegła
Patricię klęczącą przy drewnianym korycie. Przy korycie, z którego niegdyś piły owce czy krowy, a które ktoś przed laty znalazł na
terenie Stanbury i przeniósł tutaj. Od tej pory sadzono w nim
kwiaty, wiosenne, letnie, jesienne, zimą zaś wtykano do środka gałęzie jodły, wokół których wił się łańcuch lampek.
- Hej! - powiedziała Jessica. - Czy nie masz wrażenia, że
nagle bardzo się ociepliło?
Patricia najwyraźniej jej nie usłyszała, bo nie odpowiedziała, a jej szczupłe ciało nawet nie drgnęło, sprawiając wrażenie
bardzo dziecinnego ciała, odzianego w powypychane dżinsy, koszulę w biało-niebieską kratkę i gumowe rękawice.
Barney warknął cicho i naraz stanął jak wryty.
Jessica podeszła kilka kroków bliżej.
Patricia nie klęczała przy korycie, jak to wyglądało na
pierwszy rzut oka, tylko była przewieszona przez jego krawędź, głową do dołu, z twarzą w świeżej wilgotnej ziemi. Jej lewa ręka opadła na bok, sprawiając wrażenie osobliwie wykręconej. Druga
spoczywała obok głowy, z palcami wbitymi w ziemię, jakby tam znajdowało się jakieś oparcie albo coś, czego warto się było przytrzymać.
Na kocich łbach wokół martwego ciała utworzyła się kałuża krwi, co kłóciło się z pierwszym, mimowolnym wrażeniem, że
Patricia mogła doznać nagłego zaburzenia krążenia lub mdłości.
Stało się coś znacznie straszliwszego. Coś, co było zbyt
straszne, aby w ogóle można było pomyśleć tę myśl do końca.
Jessica czuła, że musi sprawdzić, co zrobiono Patricii, ostrożnie odciągnęła więc ciało od koryta, co nie było trudne, gdyż Patricia nie była od niej wyższa i ważyła niewiele więcej niż nastolatka.
Głowa przechyliła się na bok, jak gdyby wisiała jedynie na jedwabnej nitce. Wszystko było powalane krwią: koszula, długie włosy,
koryto. Również ziemia wydawała się wilgotna i ciężka od krwi.
Ktoś poderżnął Patricii gardło i zostawił leżącą tam, gdzie właśnie pracowała, usuwając pozostałe po Bożym Narodzeniu gałęzie jodły i napełniając koryto świeżą ziemią - tam, gdzie
akurat sadziła świeże kwiaty. Udusiła się, wykrwawiła, w śmiertelnej walce wpiła palce w ziemię.
W powietrzu czuło się krew.
Ptaki z przerażenia przestały śpiewać.
"Cisza tej chwili - pomyślała Jessica - już nigdy nie opuści Stanbury. Żadne głośne słowo nie będzie tu już nigdy na miejscu, nie mówiąc o śmiechu czy o radosnej wrzawie dzieci...".
Na myśl o tym mimo woli pogładziła się po brzuchu,
zadając sobie pytanie, jaką krzywdę wyrządzi płodowi fakt, że matka przeżyła szok - a przeżyła go na pewno, szok bowiem to
najmniejsze, co można przeżyć, gdy w dawnym poidle dla owiec znajduje się przyjaciółkę z poderżniętym gardłem. I czy przypadkiem nie straci dziecka.
Dopiero później zaczęła się zastanawiać, czy sprawca zniknął, czy też może kręci się jeszcze gdzieś w pobliżu. Myśl ta sprawiła, że nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa. Stała jak
sparaliżowana, a w tej śmiertelnej ciszy słyszała jedynie własny, przepełniony strachem, zasapany oddech.
1
Phillip Bowen z absolutnym zdumieniem stwierdził, że jeszcze nigdy
w życiu tak naprawdę nie żywił do nikogo uczucia nienawiści.
Chociaż oczywiście dawniej wydawało mu się już kilkakrotnie, że jednak
nienawidzi - na przykład Sheili, kiedy mimo wszystkich jej
obietnic i zapewnień raz po raz przyłapywał ją z igłą wbitą w ramię - to
jednak dopiero teraz zrozumiał, że emocje te najpewniej wiązały się
z wściekłością, bólem, gniewem i smutkiem, ale nie z nienawiścią.
Tę bowiem poczuł dopiero teraz, stojąc przed domem,
z którego ani jedna cegła nie należała do niego, a było to uczucie tak
silne i przemożne, że odbierał je jako całkowicie nowe. Uczucie, które
przeżywał po raz pierwszy w życiu.
Budynek miał prostą konstrukcję o zwyczajnej, czytelnej linii.
Był skromny, bez zdobień i właśnie taki, jak Phillip wyobrażałby
sobie swój wymarzony dom, gdyby kiedykolwiek znalazł się
w sytuacji skłaniającej go do myślenia o jego posiadaniu. Piętro i poddasze
z małymi wykuszami i okienkami ze szkła ołowiowego. Obok
ciężkich dębowych drzwi wejściowych piął się bluszcz, niknący później
gdzieś w kutej z żelaza kracie balkoniku na piętrze.
Obchodząc dom dookoła, natrafiało się na ogromny taras.
Ciągnął się wzdłuż tylnej ściany i był ograniczony balustradą
z piaskowca, otwartą z przodu i ustępującą miejsca okazałym schodom. Cztery
podłużne stopnie prowadziły do ogrodu, a właściwie rozległego
parku pełnego łąk i kęp drzew, otoczonego bardzo starym kamiennym
murem, który jednak kruszał, a nawet zanikał w tylu miejscach, że
często trudno było powiedzieć, gdzie właściwie przebiega granica
tej parceli. Phillip wszystko dokładnie obejrzał. Okrążył cały teren,
całą posiadłość, co zajęło mu prawie cztery godziny. A teraz wszedł
po schodach na taras, starając się wyobrazić sobie, jakie to musi
być uczucie, gdy dzień w dzień człowiek niedbale wbiega po nich
i wybiega, wiedząc, że jak okiem sięgnąć wszystko to należy tylko
do niego.
W ocienionym rogu werandy zobaczył cztery donice z terakoty,
w których tkwiły zeschłe kwiaty, co wskazywało, że posiadłość
służyła jako letnisko, a tylko z rzadka, raz na pewien czas, pielęgnowali ją
ogrodnik i sprzątaczka. Również trawa na dole, w części przylegającej
bezpośrednio do parku, wybujała wysoko. We wsi udzielono
Phillipowi informacji. Rozmawiał z właścicielką sklepu wielobranżowego,
która niezwykle chętnie dzieliła się posiadaną wiedzą.
- Moja siostra tam sprząta i co trzy tygodnie sprawdza, czy
wszystko jest w porządku. A zanim państwo przyjadą, wietrzy
dokładnie i wyciera kurze, czasem także wstawia świeże kwiaty do
pokojów. Jest jeszcze Steve, ogrodnik. On właściwie nie jest
ogrodnikiem, pracuje w jakiejś firmie w Leeds... ale oczywiście pieniędzy
nigdy nie wystarcza, tak że zawsze jest wdzięczny, jak może sobie
gdzieś trochę dorobić. Kosi więc trawnik i dogląda parceli...
Phillip szybko jej przerwał, gdyż historia ogrodnika Steve'
a nieszczególnie go interesowała.
- Ta posiadłość należy do Niemców, prawda?
- Tak, ale oni są bardzo mili. - Sprzedawczyni, jak oszacował
Phillip, była kobietą w wieku około sześćdziesięciu pięciu lat,
przeżyła więc wojnę jako dziecko, i pewnie, co wynikało z jej
odpowiedzi, miała swoje zastrzeżenia wobec Niemców. - Właściwie nie tak
wiele się o nich wie. Oczywiście przychodzą tutaj do mnie po
zakupy, ale nie zdradzają ochoty do rozmowy. Może to zresztą kwestia
języka. Całkiem czym innym jest poprosić o chleb lub masło, a czym
innym prowadzić prawdziwą rozmowę, prawda? Tylko jedna
kobieta czasem ze mną rozmawiała... Myślę, że nieraz chciała
pogadać także z innymi ludźmi, a nie tylko z tymi ze swojej sfery. To była
bardzo miła osoba. Hiszpanka. Czarnowłosa, bardzo atrakcyjna. Ale
już dawno jej tutaj nie ma... Steve opowiadał mi kiedyś, że mąż się
z nią rozwiódł. Od ubiegłego roku ma nową żonę. Sympatyczną
kobietę, trzeba przyznać.
- Przyjeżdżają tutaj trzy małżeństwa?
- Tak. Zawsze, na wszystkie ferie i wakacje, i zawsze wszyscy
razem. Są z nimi jeszcze trzy dziewczynki, ale czyje one są... Jedna jest
już starsza, duża, ładna dziewczyna, może ma z piętnaście lat... Już
dość... Tak... - Oburącz opisała wydatny biust, z czego Phillip
wywnioskował, że dziewczyna jest bardzo dobrze rozwinięta. - Kiedyś
- dodała kobieta, zniżając głos - przyszła latem na święto do wsi,
zdaje mi się, że to było w tamtym roku. Rob - mój syn, musi pan
wiedzieć - przyłapał ją z młodym Keithem Mallorym w jego stodole, czyli
w stodole, która stoi w zagrodzie Roba, i był bardzo wściekły. Czy coś
się stało, tego oczywiście nie wiedział. W każdym razie, poinformował
o tym pana Mallory'ego, ojca Keitha, później zaś chciał się jeszcze
pofatygować do ojca tej dziewczyny, ale ja mu to odradziłam. W końcu
to nie nasza sprawa, a człowiek nigdy nie wie... To są cudzoziemcy,
nie wiadomo, jakim skandalem mogłoby się to skończyć dla Keitha!
Przedtem na placu, gdzie trwało święto, Keith ostro przystawiał się
do tej dziewczyny, tak w każdym razie mówili ci, którzy ich widzieli.
Ale cała ta historia chyba nie pociągnęła za sobą żadnych
konsekwencji, bo inaczej na pewno coś byśmy o tym wiedzieli.
Phillipa podobne opowieści raczej nie interesowały, było
jednak jasne, że jego rozmówczyni wręcz delektuje się tego rodzaju
pikantnymi anegdotkami.
- Czy zna pani bliżej jedną z tych kobiet? Nazywa się Patricia
Roth. - Wymówił to nazwisko z niemiecka, bo zapewne i ona tak to
robiła. - Jest właścicielką tej posiadłości.
- Tak, tak mówią. Była to jakaś zagmatwana historia
spadkowa. Stary McGowan chciał zapisać posiadłość synowi, który
mieszka w Niemczech, ale on nie był tym zainteresowany, wszystko więc
przeszło bezpośrednio na wnuczkę... To chyba jest ta kobieta, którą
ma pan na myśli. Patricia Roth - zastanowiła się. - Zdaje mi się, że
wiem, która to jest. Taka drobna, bardzo delikatna. Moim zdaniem
ona jest matką tych dwóch dziewczynek. Jedna ma pewnie dziesięć,
a druga około dwunastu lat. Miłe stworzenia. Towarzyszy im czasem
do Sullivanów, mieszkających po drugiej stronie, to ten dworek
zaraz na skraju wsi. Jeżdżą tam na kucykach.
Phillip myślał o tej rozmowie, stojąc na tarasie, patrząc w górę
i licząc okna, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego to robi. Nadal nie
mógł wyobrazić sobie Patricii. To, że jest drobna i delikatna,
prowadziło go może o krok dalej, ale nie obdarzało tej kobiety twarzą ani
głosem. Kobiety, o której istnieniu dowiedział się niespełna dwa lata
temu. Tego lata, kiedy jego matka nagle zaczęła opowiadać...
Za dwa dni, zdradziła mu sprzedawczyni, wszyscy mają się
znowu zjechać na dwa tygodnie ferii wielkanocnych. Wie to od siostry,
którą wynajęto do sprzątania.
"Na pewno - pomyślał Phillip, odwracając się i rzucając
spojrzenie na ogród - wezwano również ogrodnika Steve'a".
Trawa rzeczywiście wyrosła dość wysoko i należało ją co rychlej
skosić. Marzec i pierwsze dwa tygodnie kwietnia przyniosły na
zmianę dużo słońca i deszczu. Przyroda aż buchnęła.
Zachodnie Yorkshire. Kraina sióstr Brontë. Uśmiechnął się
szyderczo. Nie do wiary, że los przygnał go aż tutaj. Że stoi przed
domem, który pragnie posiąść. On, londyńczyk z krwi i kości. Który
nigdy nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby mieszkać poza
Londynem, co najwyżej w jakiejś innej metropolii: w Nowym Jorku,
Paryżu lub Madrycie. W tych trzech miastach czuł się w pewnych
okresach swojego życia jak u siebie w domu, a jednak w głębi serca
tęsknił wtedy za Londynem, przynajmniej troszkę.
Teraz zaś, w wieku czterdziestu jeden lat, stoi w Stanbury, wsi,
która nie jest zaznaczona na prawie żadnej mapie świata, i zdążył
się już zakochać w tym domu i pewnej wizji życia, choć taka
możliwość nigdy wcześniej nie przyszłaby mu do głowy.
Zajrzał przez jedno z okien do wnętrza, ale niczego nie mógł
zobaczyć przez ciężkie zasłony. Prawdę mówiąc, zastanawiał się już,
jak by tutaj wejść do środka - może któreś z okien piwnicy nie jest
dobrze zamknięte albo może są jakieś boczne drzwi, których zamek
można z łatwością wyłamać - wtedy jednak usłyszał, że po drugiej
stronie, na podjeździe przed głównym wejściem, hamuje samochód.
Phillip szybko obszedł dom dookoła i ujrzał starszą panią
wysiadającą z małego, dość rozklekotanego auta. Miała na sobie kwiecisty
kombinezon bez rękawów, a w ręce trzymała koszyk z bliżej
nieokreślonymi przyborami, domyślił się więc, że jest to sprzątaczka.
Podszedł bliżej, ona zaś najwyraźniej się wystraszyła i nieufnie
zmierzyła go od góry do dołu.
- Słucham - powiedziała, jakby wcześniej odezwał się choć
słowem.
Phillip się uśmiechnął. Wiedział, że potrafi zrobić wrażenie
mężczyzny szarmanckiego i budzącego zaufanie.
- Jak to dobrze, że pani przyjechała - powiedział. - Robi pani
tutaj porządki, prawda? Rozmawiałem już z pani siostrą.
Z twarzy kobiety zniknęło napięcie. To, że ten obcy przybysz
zna jej siostrę, sprawiło, że natychmiast wydał się jej mniej
podejrzany.
- Jestem Phillip Bowen - przedstawił się i wyciągnął do niej
rękę. - Krewny Patricii Roth.
- Ach? Nie wiedziałam, że pani Roth ma krewnych w Anglii.
- Ujęła jego rękę. - Nazywam się Collins. Chcę wysprzątać dom.
- Wskazała na koszyk, w którym znajdowały się wszystkie możliwe
środki czyszczące. - Państwo przyjeżdżają już pojutrze.
- Naprawdę bardzo się cieszę, że akurat tu panią spotykam.
Patricia już kilka tygodni temu prosiła mnie, żebym sprawdził
ogrzewanie... Podczas ostatniego urlopu coś tam podobno było nie
w porządku, a może się zdarzyć, że w kwietniu będzie jeszcze potrzebne.
- Uśmiechnął się znów, młodzieńczo i z lekkim poczuciem winy.
Pośród wielu podejmowanych przez niego prób stworzenia sobie jakiś
podstaw życia zawodowego znalazły się również studia aktorskie.
I na nich jednak nie wytrwał oczywiście do końca, chociaż
nauczyciele stale podkreślali, że ma talent, zwłaszcza gdy chodzi
o umiejętności mimiczne. - Ale jak to bywa, odsuwałem tę powinność aż
do ostatniej chwili...
Teraz ona odwzajemniła jego uśmiech.
- Znam to. Człowiek zawsze myśli, że ma jeszcze dużo czasu,
a potem nagle trzeba się porządnie naganiać. Czy jest pan
hydraulikiem?
- Nie, nie. Ale trochę się na tym znam. W każdym razie,
Patricia tak sądzi! - Wiedział, że znakomicie udało mu się sprowadzić
rozmowę na tę płaszczyznę, którą lubią proste kobiety pokroju pani
Collins. - Rzecz w tym, że... nie mogę znaleźć klucza! Wywróciłem
kieszenie, przeszukałem samochód i... nic!
Pani Collins prawie niepostrzeżenie znów się odrobinę
wycofała.
- Ma pan klucz?
- Tak, ale jeszcze nigdy go nie używałem. Wydawało mi się, że
mam go w samochodzie. Do diabła! - Podrapał się po głowie. -
Patricia się na mnie wścieknie! Jak nagle się ochłodzi, a ogrzewanie
nie będzie działało...
- Chciałby pan, żebym wpuściła pana do środka? -
wywnioskowała pani Collins, a on prawie powiedział: "Brawo!".
- To byłoby naprawdę miłe z pani strony.
- Cóż... sama nie wiem...
- Przecież będzie pani cały czas w domu. Nie myślę, żeby mi się
udało przejść obok pani i wynieść jakieś cenne przedmioty.
Naprawdę tylko szybko sprawdzę, co się dzieje z tym ogrzewaniem.
Po twarzy pani Collins poznał, że przez jej głowę przemykają
oglądane niegdyś filmy i różne zasłyszane historie o mężczyznach, którzy
zjednują sobie zaufanie starszych kobiet, a później walą je młotkiem
w głowę i ulatniają się ze wszystkim, co tylko można wynieść. Nie
mógł jej tego brać za złe. Gazety są pełne podobnych opowieści.
- Cóż - powiedział. - Nie będę nalegać. Nie zna mnie pani i na
pewno ma pani słuszność, zachowując ostrożność. Sprawdzę... - Nie
dokończył zdania i zebrał się do odejścia.
Pani Collins się przezwyciężyła.
- Chwileczkę. Proszę zaczekać. Nie powinno się przecież od razu
wszystkich podejrzewać, prawda? - Wygrzebała klucz z kieszeni
kombinezonu. - Proszę ze mną. Wejdziemy do środka.
Zszedł najpierw do piwnicy i zajął się czymś w kotłowni, powodując
głośne zgrzyty, po chwili jednak wszedł na górę i powiedział do pani
Collins, która właśnie ścierała kurze w jadalni:
- Muszę odkręcić kaloryfery we wszystkich pomieszczeniach.
Nie ma pani nic przeciw temu?
Wydawało się, że pani Collins wyzbyła się wobec niego
wszelkich podejrzeń.
- Niech pan odkręca - powiedziała.
Stwierdził, że w tym domu nikt raczej nie pławi się w luksusie.
Stało tutaj kilka pięknych antycznych mebli, które prawdopodobnie
kupił jeszcze stary Kevin McGowan i wraz z całą posiadłością zapisał
spadkobiercom, właściwie jednak urządzono dom raczej prosto:
wyposażono go w wygodne, ale z całą pewnością niedrogie fotele i sofy,
w wiele poduszek i lamp do czytania oraz w surowo ociosane półki
pełne książek. Phillip wyobrażał sobie, jak w chłodne zimowe dni
albo w mokre burzowe wieczory wiosenne wszyscy siedzą w salonie
przy kominku, czytają, prowadzą ciche rozmowy, a wokół stoją
kieliszki do wina. Może dzieci bawią się u stóp tych osób i...
Dość! Skrzywił twarz w cynicznym uśmiechu, gdy uświadomił
sobie, jak bardzo uwiódł go charakter przytulnego gniazdka w tym
starym dworku i jak już zaczął odmalowywać sobie w myślach obraz
zupełnie idiotycznej sielanki. Może rzeczywistość nie wygląda tak
idealnie. Tak czy inaczej, dowiedział się, że jedna z dziewcząt
nocami obściskuje się w cudzych stodołach, zamiast hołdować życiu
rodzinnemu przy kominku. Może więc i te trzy zaprzyjaźnione pary
małżeńskie nie są wcale ze sobą bez przerwy takie szczęśliwe. Dom
jest przestronny, ale i tak całymi tygodniami jedno obija się o drugie,
a kiedy pada deszcz, musi być jeszcze gorzej. Jest tylko jedna
kuchnia, jedna jadalnia, jeden salon, co oznacza, że sześcioro dorosłych
i troje dzieci musi w istocie wspólnie układać plan dnia.
- Idę na górę - powiedział Phillip do pani Collins, która skinęła
potakująco głową, czyszcząc politurę stołu jadalnego.
Schody prowadziły z okazałego hallu wejściowego na górę, skąd
od galerii odchodziły liczne drzwi, a także swego rodzaju wąska
drabinka, służąca zapewne do wejścia na poddasze.
Phillip na chybił trafił otworzył drzwi znajdujące się najbliżej
schodów i znalazł się w nader romantycznie urządzonej sypialni,
gdzie było łoże z baldachimem, mnóstwo świec stojących na starej,
bardzo pięknie odnowionej umywalce i ciężkie brokatowe zasłony na
oknach. W szafie zaś wisiało kilka ekskluzywnych kostiumów, które
jak przypuszczał, musiały kosztować niezłe pieniądze. Przez chwilę
się zastanawiał, czy rzeczywiście należą do Patricii, szybko jednak
stwierdził, że to niemożliwe. Opisano mu ją jako osobę szczególnie
drobną i delikatną. Tymczasem kostiumy te pasowałyby raczej na
tęgą kobietę o okazałej posturze.
Wyjrzawszy szybko przez okno, spostrzegł, że rozciąga się stąd
widok na drogę wijącą się do wsi, najpierw biegnącą wzdłuż łąki,
a później znikającą w dzikim lasku, którego nieliczne drzewa
pokryły się delikatną wiosenną zielenią.
"Śliczniutka sypialnia - pomyślał, oglądając łazienkę z wejściem
przez dyskretnie ukryte pod tapetą drzwi, niezwykle nowoczesną
i wygodną. - To musi być miłe uczucie budzić się tutaj rano, słuchać
świergotu ptaków w parku, a później brać boski, ciepły prysznic".
Oczyma wyobraźni zobaczył własną sypialnię, która nawet nie
zasługuje na to określenie, gdyż jego mieszkanie znajdujące się w jednej
z najokropniejszych dzielnic Londynu składało się z jednego pokoju
i wnęki kuchennej, kiedy więc Phillip chciał iść spać, musiał
rozkładać sofę i wyciągać pościel z szafy. W ogóle nie ma tam prawdziwej
łazienki, tylko prysznic za przepierzeniem pod skośnym sufitem. Na
klatce schodowej jest toaleta, którą dzieli z pięcioma innymi
lokatorami. Zafajdane życie bez najmniejszych widoków na poprawę.
Owszem. Z jednym maleńkim. Już wkrótce.
W kolejnej sypialni, przylegającej do pierwszej, zaczął się
niemal potykać o Patricię, która spoglądała na niego z przynajmniej
kilkunastu fotografii rozmieszczonych na ścianach, stolikach
i półkach. Nigdy nie była sama, na zdjęciach zawsze było widać rodzinę
w komplecie: zdumiewająco drobna, delikatna kobieta
o jaśniutkich włosach, bardzo atrakcyjna, przeważnie w objęciach
wysokiego, przystojnego mężczyzny, a obok dwie dziewczynki, równie ładne
i jasnowłose jak matka, siedzące prawie zawsze na kucykach albo
tulące nieporadne szczeniaki. Phillip czuł, że nie są to zdjęcia
robione spontanicznie, lecz starannie upozowane sceny, z taką
intensywnością ukazujące obraz idylli szczęśliwej rodziny, że wyglądało
to aż nieprawdopodobnie.
"Ona chce - pomyślał - za wszelką cenę coś zainscenizować.
Spójrzcie, jacy jesteśmy szczęśliwi! Na jakim wspaniałym świecie
żyjemy! Idealny mąż. Idealna żona. Idealne dzieci".
"Kiedy ktoś robi takie pokazówki? - zastanawiał się Phillip.
- Przeważnie wtedy, gdy coś nie gra".
Jeszcze raz przyjrzał się rysom kobiety. Musiała niedawno
skończyć trzydziestkę. Ta twarz nie ma jeszcze za sobą liftingu, ale
uśmiech zastygł na niej tak, jak to się często zdarza w wypadku
twarzy po operacjach plastycznych. W oczach kobiety nie było
promiennej radości. Tylko żelazna wola. Twarda dyscyplina.
Nie będzie łatwą przeciwniczką.
Phillip wszedł do trzeciego pokoju, którego wygląd nie pozwolił
mu jednak wyciągnąć żadnych wniosków na temat jego lokatorów.
Żadnych zdjęć ani ubrań w szafie. Na stojaku w garderobie wisiał
samotny biały szlafrok. Ten pokój robił wrażenie pustego
i zimnego - z wyjątkiem czerwonych zasłon na oknach, które sprawiały, że
wyglądał bardziej kolorowo. Jakby ktoś usunął wszystko, co kiedyś
czyniło ten pokój przytulnym, i do tej pory nie zadbał o wstawienie
tutaj nowych miłych przedmiotów. Phillipowi przyszedł na myśl ten
rozwodnik, który całkiem niedawno ponownie się ożenił. Założyłby
się, że to ta para mieszka w tym pokoju.
Właśnie zamierzał wejść na drabinkę, aby jeszcze rzucić okiem
na pomieszczenia dzieci, kiedy w hallu zadzwonił telefon.
"Psiakrew" - pomyślał.
Pani Collins szybkim krokiem ruszyła w stronę aparatu. Phillip
słyszał jej kroki na posadzce.
- Tak, halo? - Dobiegł go jej głos, a potem zaraz: - O, pani
Roth... Co u pani słychać? Tak... tak...
Przez dłuższą chwilę pani Collins tylko słuchała i jedynie od
czasu do czasu mówiła do słuchawki "tak" albo "w porządku".
Doskonała Patricia wystrzeliła prawdopodobnie całą salwę
wskazówek, pouczając panią Collins, w jaki sposób należy
uporządkować dom i jak życzy sobie wszystko zastać. Ale przecież w którymś
momencie pani Collins uda się przekazać jej informację, że usłużny
kuzyn, wujek, bratanek - czy kto to akurat jest - właśnie naprawia
ogrzewanie. I najpóźniej w tej chwili on powinien się stąd ulotnić.
"Poza tym - przyszło mu na myśl - czeka na niego Geraldine.
Już od ponad pół godziny. Wprawdzie przywykła do czekania, ale
mimo wszystko nie powinien nadużywać jej cierpliwości.
Możliwie najspokojniej zszedł do hallu. Pani Collins do
pewnego stopnia przypominała jagnię ofiarne. Phillip nie rozumiał, co
mówiła Patricia, ale słyszał jej głos w telefonie. Mówiła głośno,
wyraźnie i szybko.
- Skończyłem - bezgłośnie dał do zrozumienia pani
Collins. - Wychodzę!
Ale ta szmata nie mogła sobie tego oczywiście odpuścić. Może
zresztą ucieszyła się, że ma sposobność przerwać potok wymowy
Patricii.
- Pani Roth - powiedziała szybko. - Ach, pani Roth, jest tutaj
zresztą pani krewny. Ten, który miał naprawić ogrzewanie.
Wpuściłam go. Już wszystko zreperował.
Patricia najwyraźniej zaniemówiła, gdyż przez chwilę po drugiej
stronie przewodu trwała cisza.
Później kobieta coś powiedziała, a pani Collins wlepiła
przerażony wzrok w Phillipa.
- Słucham? - zapytała. - Nie ma pani krewnych w Anglii?
Phillip uznał, że w gadaninie dochodzącej ze słuchawki
pobrzmiewa lekka histeria.
- Ogrzewanie wcale nie jest zepsute? - powtórzyła za nią pani
Collins.
W oczach sprzątaczki pojawiło się nerwowe migotanie.
Najwyraźniej oczekiwała, że zostanie powalona na ziemię, zadźgana
lub zgwałcona. "A przecież - pomyślał Phillip, który znalazł się już
prawie przy drzwiach - powinna właściwie zauważyć, że chcę
tylko stąd wyjść".
Pani Collins opuściła słuchawkę, w której nadal słychać było
głos Patricii.
- Kim pan jest? - zapytała.
Trzymając rękę na klamce, Phillip uśmiechnął się miło do pani
Collins.
- Jestem spokrewniony z panią Roth - odpowiedział - tyle
że ona jeszcze o tym nie wie.
Zostawił panią Collins z wyrazem zdumienia na twarzy i wyszedł
w ciepły wiosenny dzień.
Miał już pewien ogląd sytuacji.