Przerwane marzenia. Jak JFK Junior zmienił moje życie - RoseMarie Terenzio

-
Proszę czekać

 

Podziękowania

Pragnę, żeby moje podziękowania przyjął Steve Troha za to, że dał mi szansę i że dzięki niemu historia mojego życia kończy się słowami: długo i szczęśliwie. Jesteś moim przyjacielem, moim doradcą i moim agentem. Nie poradziłabym sobie bez ciebie, bez zaufania oraz szacunku, które do ciebie żywię.

Wspomnień nie da się napisać, jeżeli nie odnajdzie się własnego głosu, a Rebecca Paley pomogła mi go odszukać i ożywiła moją historię w sposób, który wydaje się wręcz niemożliwy. Wydobyła ze mnie najlepsze historie i zapewniła mi bezpieczeństwo, żebym mogła je opowiedzieć. Jesteś wspaniałą współpracowniczką.

Tuż po przyjściu na nasze pierwsze spotkanie zakochałam się w Jen Bergstrom i Trish Boczkowski z Gallery Books. Od razu odbierałyśmy na tych samych falach i modliłam się żarliwie, żeby przyjęły moją historię. Jestem niezmiernie podekscytowana, mając wsparcie tak niesamowitego zespołu. Trish wzięła moje słowa i wzmocniła je, zostając drogą mi przyjaciółką. Jen Bergstrom zrozumiała moją historię i sposób, w jaki chciałam ją opowiedzieć. Jen Robinson zadbała, żeby moja historia dotarła do innych. Z resztą zespołu - moją wydawczynią Louise Burke, Kate Dresser, Alex Lewis, Elisą Rivlin i Steve'em Breslinem - wspaniale się pracowało, a proces wydawniczy był dzięki nim niezwykle przyjemny.

Los obdarzył mnie rodziną i przyjaciółmi, którzy dają mi wsparcie i miłość. Dzięki wam dobre chwile są jeszcze cudowniejsze, a złe da się wytrzymać.

Nigdy nie osiągnęłabym tego wszystkiego bez Libby Schmitz. Dziękuję Ci, Libby, za to, że o mnie walczyłaś i nie opuszczałaś mnie nawet na chwilę. Jestem ci wdzięczna za zachętę, lojalność, wsparcie, a przede wszystkim za twoją przyjaźń.

Matcie Bermanie, możesz sobie ironizować, ale jesteś pierwszą osobą, z którą chcę porozmawiać rano, i ostatnią osobą, z którą chcę porozmawiać wieczorem. Twoja mądrość, zaradność i genialne poczucie humoru dodawały mi siły przez cały ten projekt. Twoja przyjaźń i rada są nieocenione. Ale 234 jest nudne. Przygaś światło i zadzwoń do mnie później.

Moja siostra Amy Terenzio-Schreibman była moją ostoją, przyjaciółką i aniołem stróżem. Dzięki Ci, że przez całe życie trzymałaś mnie za rękę i pomogłaś zrozumieć, że dobre rzeczy można znaleźć nie tylko w przeszłości. Nigdy mnie nie oceniałaś i wierzyłaś we mnie, gdy sama nie umiałam wykrzesać wiary w siebie. Dziękuję, że dzieliłaś się ze mną tym, co najlepsze, i pomagałaś mi przetrwać to, co najgorsze. Dzięki wam, Noah, Josephie i Davidzie Schreibmanie za waszą miłość i wsparcie podczas pisania tej książki.

Kiedy myślałam, że moja baśń dobiegła końca, Michele Ammon pomogła mi ją wskrzesić. Jestem za to dozgonnie wdzięczna i nie mogę się doczekać nowych przygód z Tobą. Jesteś niezwykle życzliwą i szczodrą osobą, a do tego taką wspaniałą przyjaciółką.

Kiedy szukałam w myślach głosu Johna Kennedy'ego, pomagał mi Brian Steel. Dziękuję Ci za wiarę w tę książkę. To Ty jesteś najseksowniejszym żyjącym mężczyzną i tak długo zachęcałeś mnie, żebym opowiedziała tę historię. Dzięki Ci za lojalność, wsparcie i przyjaźń, zwłaszcza za ochronę przed nagabywaniem.

Los obdarzył mnie najwspanialszą przyjaciółką Tricią Violą Wood. Jesteś taką siłą w moim życiu i pomogłaś mi walczyć o swoje, gdy nie umiałam znaleźć odwagi. Miiip.

Z Joeyem Valentino spędziłam wspaniałe chwile. Pomogłeś mi stać się osobą, którą jestem teraz. Jesteś dla mnie jak rodzina i zawsze będę Ci niezmiernie wdzięczna za zachętę i wsparcie. Dziękuję, że wytrzymałeś ze mną tyle lat i tyle wniosłeś do mojego życia.

Wiem, że Paulowi Lekakisowi mogę powiedzieć wszystko i nigdy nie będzie mnie oceniał. Myszko, twoja miłość i wsparcie tyle dla mnie znaczą. Twoja uczciwość, odwaga i kreatywność są dla mnie inspiracją, cokolwiek bym robiła.

Kiedy potrzebowałam empatii, wsparcia i kogoś, kto mnie naprawdę wysłucha, zawsze mogłam się zwrócić do Liz Lalumii. Jesteś drogą mi przyjaciółką i nie trzeba Ci wina, żeby powiedzieć mi, co leży Ci na wątrobie.

Nie napisałabym tej książki bez aprobaty Jessiki Weinstein. Byłaś głosem Carolyn Bessette-Kennedy w mojej głowie i ta opowieść powstała dzięki twoim wskazówkom i twojemu wsparciu. Jestem Ci niezmiernie wdzięczna za przyjaźń.

Cieszę się na świetlaną i pełną nadziei przyszłość z moją przyjaciółką Stephanie Mack. Dzięki Ci za to, co Ty i Twoja rodzina zrobiliście dla mnie przez te wszystkie lata i za zachętę do napisania tej książki. Aha, i za "Łuiiiiiii, dzwoniła twoja Mama".

Jestem niezmiernie wdzięczna Scottowi Schaibergerowi za wsparcie. Prawie dorównujesz mi seksapilem i z nikim nie podróżowało mi się lepiej. Zdobędziemy dla siebie lokum, panie piękny.

Nancy Olear była moją przyjaciółką, od kiedy skończyłam trzynaście lat. Jesteś dla mnie jak rodzina, cenię sobie wszystkie nasze wspomnienia i nie mogę się doczekać kolejnych wspólnych przeżyć.

Moja mentorka i przyjaciółka Nancy Haberman nauczyła mnie tak wiele i dała mi tyle pewności siebie na płaszczyźnie osobistej i zawodowej. Zawsze dobrze wychodziłam na korzystaniu z twoich wskazówek.

Zestaw trafi kiedyś w ręce Nicka Masona. Przy tobie czuję się bystra i piękna. Czego więcej może chcieć kobieta?

Jestem ci wdzięczna za wskazówki, cierpliwość i przyjaźń, Chrisie Cuomo, zadbałeś, żeby moja opowieść była najlepsza, jaka może być. Przy tobie zawsze smutek mnie opuszcza i cieszę się, że jesteś na tym świecie. Przywitaj się z nową szefową.

Dziękuję mojemu drogiemu przyjacielowi i, tak jak ja, miłośnikowi Howarda Sterna, Gary'emu Masonowi. Dzięki ci za przyjaźń i całe wsparcie. Cześć, Czesiek.

W chwilach zwątpienia Gary Ginsberg otoczył mnie wsparciem i dawał zachętę. Dzięki ci za droczenie się i za przyjaźń. Można tylko marzyć o takim szefie działu personalnego.

Moim siostrom Anicie i Andrei dziękuję za pomoc w wychowaniu mnie. Kiedy Mama i Tata nie zawsze mogli się mną zająć, wy ich zastępowałyście i to Wam zawdzięczam to, kim dzisiaj jestem.

Jestem wdzięczna za miłość i wsparcie Barbarze Giordano (Pani G.) i Donnie Giordano. Dziękuję wam za prezent w postaci Franka i za przyjęcie mnie do swojej rodziny.

Z szacunkiem i podziwem składam podziękowania Franklin Baez. Moje ciało, dusza i umysł wiele Ci zawdzięczają.

Dziękuję mojemu koledze z "George'a" i przyjacielowi Jeffowi Sklarowi. Jesteś consigliere z czasów wojny.

Dziękuję swoim kompanom z "George'a", dzięki którym przeżyłam to wszystko, za wspólne cudowne chwile: Negi Darsses, Matthew Cowenowi, Biz Mitchell, Sudie Redmond, Carlowi Robbinsowi, Sashy Issenbergowi, Seanowi Neary'emu i Michaelowi Bermanowi.

Dziękuję Robin Chambers, która zawsze była głosem rozsądku.

Muszę wymienić niezłomne i fantastyczne kobiety mojego życia: Shannon Malone, Katy Hawley, Natalie Hodan, Brooke Schaiberger, Kirby Schmitz, Hillary Rivman, Deb Elko, Erikę Salvatore, Robin Renzi, Jenny Schmitz, Susannę Cahalan i Laurę Fink.

Za tak długotrwałe namawianie mnie, żebym opowiedziała swoją historię, i za to, że jest najbardziej uroczym piosenkarzem, dziękuję Stevenowi Santagatiemu.

Dziękuję Steve'owi Friedmanowi, A.J. Benzie, Gary'emu Dell'Abate'owi, Ronowi Wilde'owi, J.D. Shapiro, dr. Stephenowi Nicholasowi i Ericowi Hymanowi.

 

Prolog

Kiedy przyszłam około dziewiątej, w biurze panował spokój. Szkoda, że nie trwał on długo. Po przybyciu Johna chaos miał nam towarzyszyć aż do jego wylotu na wycieczkę do Włoch.

Miałam godzinę, żeby sama się zorganizować, zanim przez resztę dnia będę zajmować się swoim szefem. Sprawdziłam jego automatyczną sekretarkę - to pierwsze, co każdego ranka robiłam od pięciu lat, podczas których pracowałam dla Johna - od kiedy wyszłam z biura o dziewiątej poprzedniego wieczoru, nagrano mu sześć nowych wiadomości. Nie było źle; z całą pewnością nie było tak źle, jak bywało. Spisałam je wszystkie (oprócz dwóch od Johna proszącego mnie, żebym przypomniała mu o sprawach, którymi musiał się zająć) na karteczkach przeznaczonych na wiadomości, które zebrałam i zostawiłam w przegródce na swoim biurku do przeczytania w wolnej chwili. Nigdy nie bombardowałam Johna informacjami, kiedy stawał w drzwiach. Był niezwykle opanowany - panika nie była w jego stylu.

Zamiast tego, po zwykłym porannym powitaniu, kiedy mijał moje biurko, zawsze dawałam mu chwilę, żeby zaaklimatyzował się w gabinecie, i czekałam, aż mnie zawoła.

- Rosie? - krzyknął za chwilę.

- Już idę - odpowiedziałam, podnosząc się z fotela z jego kalendarzem, piórem i notatnikiem.

Kiedy weszłam, przeglądał stertę listów, do których poprzylepiałam wcześniej karteczki z różnymi poleceniami bądź pytaniami. Usiadłam naprzeciwko niego i szklanej ściany gabinetu, za którą rozciągała się panorama Central Parku i Upper West Side.

Zaczęłam opowiadać mu o czekających go tego dnia sprawach: zebranie redakcyjne w południe; zaraz potem lunch w Limoncello z Jeffem Sachsem, jego przyjacielem i szefem Reaching Up, organizacji charytatywnej, którą wspólnie założyli; potem o piętnastej spotkanie z Biz Mitchell, szefową redakcji magazynu Johna "George".

- O rany, Rosie. Jeżeli nie uda ci się znaleźć w tym rozkładzie chwili, żebym mógł poćwiczyć, to będziesz miała ze mną ciężki dzień - powiedział.

I tak właśnie miało być dzisiaj.

Zawsze, kiedy John szykował się do wyjazdu zagranicznego, atmosfera w biurze była bardziej nerwowa niż zwykle. Upewniałam się, czy wszystkie szczegóły podróży są dopracowane, korzystając z okazji, uzgadniałam z Johnem najważniejsze kwestie dotyczące makiety i pomysłów na artykuły dla redaktorów, dbałam również, żeby miał to, co było mu potrzebne przed wylotem. Z tym wszystkim radziłam sobie mimo zwyczajnego natłoku telefonów, zebrań i korespondencji. Wyczułam napięcie w jego głosie i wiedziałam, że musiał się go pozbyć, idąc na siłownię. Im bardziej był zestresowany, tym ja, jako jego asystentka, musiałam być bardziej opanowana.

- Zgoda. Znajdę ci czterdzieści pięć minut na siłownię. Musisz też dzisiaj napisać kartkę z podziękowaniem dla Paula Begali.

- Nie ma sprawy - odparł, już rozkojarzony, ściskając kulkę do rozładowania stresu.

Kiedy wróciłam do swojego biurka, czekało na mnie osiem kolejnych nagrań na sekretarce, a telefony dzwoniły jak oszalałe, tak jak zwykły dzwonić mniej więcej do siódmej wieczorem. Byłam tak przyzwyczajona do ich dźwięku, że prawie go nie zauważałam. Usłyszałam za to łupnięcie pudełka z korespondencją Johna, które trafiło na moje biurko. Nie ma mowy. To będzie musiało zaczekać do jutra, kiedy Johna już nie będzie.

Spośród nowych wiadomości kilka dotyczyło zbliżającej się aukcji majątku jego matki: reporterzy z "New York Timesa", "Daily News" i "Time'a" prosili o komentarz. A Taylor, odpowiedzialna za aukcję w Sotheby's, zostawiła lakoniczną wiadomość: "Niech John do mnie zadzwoni, proszę". Z jej tonu wywnioskowałam, że musi omówić coś ważnego.

W istocie na temat aukcji nie wiedziałam nic oprócz tego, co podano do publicznej wiadomości: w przyszłym tygodniu Sotheby's sprzedawał wiele przedmiotów z majątku Jackie Onassis. Od samego początku wyczułam, że John wolałby, żeby ta sprawa zbytnio go nie absorbowała. Nie chciał podać mi żadnych szczegółów i zajmował się nią bez entuzjazmu. (Podejrzewałam, że swój wyjazd do Włoch zaplanował tak, żeby aukcja go ominęła). Choć John zachowywał się, jakby sprawa nie była ważna, odbierałam wiele telefonów i wysłuchiwałam wielu próśb - nie tylko od ludzi mediów, ale też osób, które chciały wziąć w niej udział lub otrzymać katalog - lecz nic nie wiedziałam. Nie miałam nawet pojęcia, że w brązowej papierowej torbie na zakupy, którą na jego prośbę zabrałam do domu jego siostry Caroline tydzień wcześniej, była biżuteria warta dwa miliony dolarów. Gdybym była tego świadoma, zabiłabym go. John chciał, żeby było już po wszystkim, więc musiałam wymyślić, jak sobie z tym poradzić bez zadawania zbyt wielu irytujących pytań. Zachowywałam się, jakbym wiedziała, co robię; wyspecjalizowałam się w udawaniu, że żaden problem nie jest mi obcy.

Gorączkowe wysiłki, żeby odprawić Johna na czas z biura rozpoczęły się tego popołudnia zaraz po jego powrocie ze skróconego treningu. Przyszły nowe wiadomości, które musiałam z nim omówić. ("Czy Carolyn też idzie na kolację u Leonarda Laudera?", "Nie, to tylko sprawa służbowa". "Robin Hood Foundation prosi o wykład na następnym zebraniu rady nadzorczej". "Zgoda, proszę to umieścić w kalendarzu i przygotować materiały").

I wrócił temat aukcji.

- Taylor dzwoniła jeszcze kilka razy - powiedziałam. - Tak samo jak twoja siostra.

- Dobrze.

- Masz zamiar do nich oddzwonić?

- Powiedziałem, że tak.

Widziałam, że John w ten sposób odkłada zajęcie się sprawą. Wolałabym, żeby albo powiedział mi, co mam zrobić, albo sam oddzwonił, ale jeżeli nie chciałam dostać bury, nie mogłam go poganiać.

- Tu jest papier i pióro, żebyś mógł napisać notkę z podziękowaniem dla Paula - oznajmiłam, kładąc przedmioty na jego biurku. - Trzeba dziś to wysłać.

Wyszłam z jego gabinetu i poszłam do łazienki, żeby się uspokoić. Byliśmy ze sobą prawie cały dzień, codziennie. A praca dla Johna otwierała drzwi do miejsc, w których nie podejrzewałam, że mogłabym się kiedykolwiek znaleźć: najmodniejszych klubów w mieście, najbardziej obleganych imprez, najwykwintniejszych restauracji, nawet do jego domu w Hyannis, który wypożyczał mi na tydzień każdego lata. Z Carolyn, jego żoną, rozmawiałam przez telefon jakieś sto razy dziennie i często spotykałyśmy się po pracy, żeby porozmawiać o facetach, ciuchach i celebrytach. Z Johnem łączyły mnie więzy prawie rodzinne i, jak to bywa w rodzinie, działaliśmy sobie na nerwy.

Kiedy wróciłam, gabinet Johna był pusty. Miał dużo do roboty, gdzie więc się podziewał? Przeszłam kawałek po korytarzu. Prowadził pogawędkę w gabinecie Michaela Bermana.

- John, co ty robisz?

- Zamknij się, Rosie. Nie zawracaj mi głowy.

Oboje byliśmy zirytowani, ale wstał i wrócił do swojego gabinetu napisać podziękowania, oddzwonić w kilku sprawach i skomentować pomysły redaktorów.

W końcu wybiła piąta: czas się go pozbyć, wsadzając do samochodu.

- John, samochód czeka na dole - krzyknęłam ze swojego fotela.

Minęło pięć minut bez odpowiedzi, więc weszłam do gabinetu i oznajmiłam: 

- Musisz w tej chwili wyjść. - Przytaknął i zaczął się podnosić, kiedy wszedł Michael, żeby opowiedzieć mu zabawną historię o spotkaniu z naczelnym "Esquire".

- Michael! John musi iść - powiedziałam, ale obaj mnie zignorowali i Michael dokończył opowieść.

Sprowadzenie Johna na dół zajęło dwadzieścia minut, bo na każdym kroku ktoś go zatrzymywał: na korytarzu, w windzie, nawet w toalecie. W końcu, dzięki Bogu, wyszliśmy z budynku.

Po drodze do samochodu Johna zauważyło kilku robotników, którzy coś do niego zawołali. Ludzie zawsze to robili, kiedy go widzieli w miejscu publicznym. (Kiedy pewnego ranka pierwszy raz spotkałam Johna w drodze do pracy, zawołałam jego imię, ale się nie odwrócił. Później wypomniałam mu to i zapytałam, dlaczego zachował się niekulturalnie. "Rosie, czy ty wiesz, ilu ludzi woła "John", kiedy idę po ulicy? Gdybym zwracał uwagę na każdego z nich, nigdy nie dotarłbym do pracy").

- Hej, John-John, lubię to twoje pismo - krzyknął jeden z robotników.

- Dzięki, ale nazywam się John - odparł.

Podałam mu teczkę, w której było wszystko, czego potrzebował: plan podróży, adresy i telefony, artykuły do zredagowania, artykuły do przejrzenia i do pokazania działowi reklamy, itd.

- Masz paszport i portfel? - zapytałam.

Poklepał się po kieszeni, żeby się upewnić.

- John, jeszcze jedno. Odbieram wiele telefonów w sprawie aukcji. Co mam mówić?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

- Skąd mam wiedzieć? Czy wyglądam, jakby pracował dla Sotheby's?

"Palant!" Miał szczęście, że wsiadł już do samochodu, inaczej bym go udusiła. "Wielkie dzięki, John" - pomyślałam, kiedy limuzyna odjeżdżała.

Wyciągnęłam świeżą paczkę cameli lightów i trzymałam ją w dłoni, idąc korytarzem do dyrektora kreatywnego Matta Bermana, którego gabinet służył redakcji za pokój rekreacyjny. Było w nim wszystko, co składało się na miły kącik - świeża prasa, popielniczki, dietetyczna cola i kanapa. To tutaj, a nie w gabinecie Johna, można było znaleźć Carolyn, kiedy przychodziła w odwiedziny. Padała na kanapę niby tornado torebek i plotek i spędzała godziny, przeglądając czasopisma i paląc papierosy, a po jej wyjściu gabinet Matta wyglądał jak nocny klub. Teraz była moja kolej, żeby skorzystać z kanapy.

- Stąd było słychać, jak dobrałaś się do fajek - skomentował Matt. - Kiepski dzień?

- Nie masz nawet pojęcia jak kiepski - odparłam, zaciągając się i pijąc łyk dietetycznej coli. Po wyjściu Johna cola i papieros na kanapie Matta były moim rytuałem. Matt mawiał, że zawsze wiedział, kiedy John już wyszedł z redakcji, bo słyszał odgłos otwieranej w jego gabinecie puszki.

Palenie w redakcji było zabronione. Ale to był "George". Uchodziło nam płazem właściwie wszystko. Gdybyśmy podpalili zasłony, wydawnictwo powiedziałoby: "No dobrze, ale kiedy już skończycie, to je zgaście".

Skarżyłam się Mattowi na upór Johna, jego brak wyczucia i masę innych przywar. Ale - prawdę mówiąc - byłam w niebie. Przez najbliższe siedem godzin John był w samolocie, a ja miałam coś niezwykle cennego - wieczór tylko dla siebie. Nie tylko mogłam wyjść z redakcji przed dziewiętnastą, ale też nie musiałam się martwić o to, gdzie są klucze, o wysyłane w ostatniej chwili prośby do celebrytów o sesję zdjęciową na okładkę i do dziennikarzy, żeby przypomnieć o terminie oddania artykułów, o odpowiedzi na zaproszenia i wszystkie inne szczegóły, którymi zajmowałam się o każdej porze dnia i nocy.

Zamierzałam delektować się wolnym wieczorem, czyli iść do domu, zamówić coś do jedzenia i odmóżdżyć się przed telewizorem. Raj.

///

Do drzwi zadzwonił dostawca z posiłkiem (przerywając powtórkę Mojego tak zwanego życia), a kiedy sięgnęłam do torebki po portfel, znalazłam białą kopertę z moim imieniem. Był to charakter pisma Johna. Natychmiast otworzyłam kopertę. W środku znalazłam dziesięć studolarowych banknotów - tysiąc dolarów gotówką.

"Cholera jasna!"

Czy to był jakiś żart? Przeczytałam dołączoną wiadomość.

Byłam zachwycona pieniędzmi, ale wiadomość była jeszcze lepsza. Nie miałam zielonego pojęcia o aukcjach i odniosłam wrażenie, że to do niego nie dotarło. Ale - oczywiście - na koniec podziękował mi za to niezobowiązująco, z klasą i życzliwością, których się nie spodziewałam. Nawet kiedy się sprzeczaliśmy, John wiedział, że doceniam wszystko, co dla mnie robi, i że zawsze będę go kryła.

Nasze życia były ze sobą powiązane na wielu płaszczyznach. Pracując dla niego, byłam jego strażniczką, pilnowałam dostępu do osoby, z którą cały świat chciał się zadawać. Chroniłam jego i jego czas przed sprawami i ludźmi niegodnymi jego uwagi. Jako przyjaciółka robiłam mniej więcej to samo, tyle że przy okazji go rozśmieszałam. Bezlitośnie się ze mną droczył, a ja nie pozostawałam mu dłużna. Podobało mu się, że traktowałam go jak zwykłą osobę, a nie JFK juniora. Jako jego wierna asystentka i przyjaciółka zrobiłabym dla niego wszystko. Choć nigdy nie oczekiwałam niczego oprócz pensji, John otworzył przede mną możliwości, które na zawsze zmieniły moje życie, zabierając mnie w najbardziej ekscytującą podróż, o jakiej może marzyć dziewczyna z Nowego Jorku. Zwłaszcza taka jak ja.

"Rosie, to znaczy, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, będziesz musiała konie ze mną kraść. Tylko się nie przyzwyczajaj. Biżuterię mamy wystawia się na aukcję tylko raz w życiu. Dzięki, skarbie. Miłej zabawy! J.K."

 

Rozdział 1

Ludzi można podzielić na dwie grupy: tych, którzy mają obsesję na punkcie rodziny Kennedych, i resztę. Moja wielka włoska rodzina z Bronksu zaliczała się bez cienia wątpliwości do tej drugiej grupy. Mój tata, zagorzały republikanin, nie tolerował rodziny, która była wizytówką demokratów. A moja mama była zbyt zajęta, żeby interesować się polityką, i to bez względu na opcję polityczną.

Oczywiście rozumiałam poruszenie powstałe, kiedy John F. Kennedy junior zaczął dzwonić do agencji public relations, w której pracowałam, PR/NY, ale nie ekscytowałam się tym tak jak Liz, kierowniczka biura, i Tricia, recepcjonistka, które chichotały i wymieniały znaczące spojrzenia zawsze, kiedy był na linii. Dla mnie John był typem polityka; bardziej chciałabym poznać jego sławną partnerkę, Daryl Hannah.

Śmieszyło mnie, jak Liz i Tricia ekscytowały się byle czym. Dwie atrakcyjne modnisie łączyło zblazowane podejście do większości aspektów życia, w tym pracy. Dostrzegałam jednak triumf na twarzy tej, która miała okazję zawołać "Dzwoni John" do Michaela Bermana, współzałożyciela agencji i kogoś, kto dał mi najlepszą pracę mojego życia.

Michael założył PR/NY, namówiwszy swojego partnera Willa Steere'a (którego poznał, kiedy obaj pracowali w dużej międzynarodowej agencji public relations Burson-Marsteller), żeby zabrać część klienteli Bursona i rozkręcić własny interes. Podczas mojej rozmowy kwalifikacyjnej, gdy starałam się o pracę w ich biurze, którego minimalistyczny wystrój sprawiał, że człowiek czuł się gruby i biedny, pomyślałam: "Zdecydowanie brakuje mi wyrafinowania, żeby tu pracować". Ale Michael nie dał się zwieść mojemu akcentowi nie z Manhattanu ani mojemu strojowi - czerwonej plisowanej spódnicy i czarno-białej bluzce w kropki, w których wyglądałam, jakby ktoś cisnął mnie na półkę w Strawberry, obrócił kilka razy i puścił samopas.

Praca w PR/NY bardzo różniła się od mojej poprzedniej posady specjalistki public relations niskiego szczebla w agencji w centrum miasta, która obsługiwała przede wszystkim wydawnictwa i której biuro było małe i obskurne, a największą frajdę stanowiły kupony do delikatesów na dziesięć dolarów tygodniowo. Natomiast Will i Michael byli młodzi, bogaci i przystojni.

Michael, zawsze opalony, chodził w dżinsach i eleganckich koszulach, jadał w Nobu, zadawał się z celebrytami i spotykał się ze znaną projektantką wnętrz. Umiał rozmawiać z każdym o wszystkim i zajmował się planowaniem, bo był świetnym strategiem. Pracowałam najciężej ze wszystkich, żeby udowodnić, że się nadaję, że nie popełnili błędu, obdarzając mnie zaufaniem. Jeżeli Will miał dla mnie sprawę, to się nią zajmowałam. Kiedy Michael kazał mi redagować dwadzieścia razy komunikat prasowy, nie stroiłam fochów.

Kiedy więc JFK junior zadzwonił do agencji, nie różniło się to w moich oczach niczym od telefonu Christophera Reeve'a czy innej sławy, która chciała rozmawiać z Michaelem. Choć ekscytacja Liz i Tricii na dźwięk jego głosu mnie bawiła, nie zawracałam sobie nim głowy do dnia, kiedy nieoczekiwanie pojawił się w PR/NY.

Nie wiedząc, kto czeka na dole, wpuściłam go do budynku, tak samo jak robiłam to zawsze, kiedy ktoś dzwonił, i wpisałam kod, żeby otworzyć drzwi. Ale kiedy pociągnęłam za klamkę, on szarpnął z drugiej strony, więc żadne z nas nie mogło otworzyć drzwi. Oboje puściliśmy klamkę, a ja wprowadziłam ponownie kod, po czym odsunęłam się i poczekałam, aż osoba z drugiej strony otworzy drzwi. Nic. "Rany boskie - pomyślałam. - To przecież nie jest takie trudne". Wstukałam kod jeszcze raz i szarpnęłam akurat w chwili, kiedy on znów postanowił pociągnąć ze swojej strony.

- Trzeba puścić klamkę - powiedziałam, coraz bardziej zirytowana.

- Przepraszam - zabrzmiała stłumiona odpowiedź.

Kolejny raz wprowadziłam kod i kiedy w końcu udało mi się otworzyć drzwi, ku swojemu przerażeniu zobaczyłam, że właśnie zbeształam Johna F. Kennedy'ego juniora.

- Cześć - zagaił niezobowiązująco.

- Cześć.

Na żywo był dużo przystojniejszy niż na zdjęciach, które widziałam - a z pewnością nie należał do mało fotogenicznych. Miał na głowie wełnianą czapkę błazna, a u boku dużego, śliniącego się owczarka niemieckiego, który miał smutną i mało przyjazną minę.

- Zastałem Michaela? - zapytał John. Choć miałam ochotę zapaść się pod ziemię, zebrałam się w sobie i poprowadziłam go do biura. Poprzedniego lata John zrezygnował z urzędu zastępcy prokuratora okręgowego, który sprawował cztery lata, i najpierw zaczął przychodzić do biura PR/NY mniej więcej raz w tygodniu, a potem co drugi dzień, czasami częściej. Wiosną 1994 roku można było pomyśleć, że on i jego lekko obłąkany pies ratowniczy Sam są w PR/NY na etacie - tylko nikt z pracowników, oprócz Michaela, nie wiedział, co on tu robi. Nawet Will nie miał pojęcia. Ale Michaelowi nie zadawało się pytań, nawet jeżeli było się wspólnikiem. Dyskrecja była jego specjalnością.

Will był zatwardziałym republikaninem, który wychowywał się w zamożnym miasteczku Darien w stanie Connecticut i nosił nieskazitelny garnitur okraszony każdego dnia innym krawatem od Hermesa, dzięki czemu wybijał się na tle stonowanej aury agencji. Kiedy zaczęłam pracować, zapytałam go, czy ma ważne spotkanie z klientem. Spojrzał na mnie, jakby nie rozumiał pytania, jakby niestosownie było ubierać się inaczej.

Will uważał chyba, że jego politycznym obowiązkiem jest denerwować Johna i uwielbiał witać go pobłażliwym "Hej, Junior!" za każdym razem, kiedy ten wchodził do agencji. John nie dawał się sprowokować, przytakiwał tylko na powitanie i szedł z Michaelem do sali konferencyjnej.

///

Ponieważ Michael i John byli razem w radzie Naked Angels - nowojorskiego teatru non profit, w którym grały takie sławy jak Marisa Tomei i Sarah Jessica Parker - uznałyśmy z Liz i Tricią, że najbardziej oczywistym wytłumaczeniem ich spotkań jest planowanie zbiórki pieniędzy. Ale ich rozmowy często były nerwowe; przez lekko uchylone drzwi widywałyśmy, jak John gestykuluje zaciekle z butelką wody w dłoni. I zawsze się pilnowali, żeby przed wyjściem z sali konferencyjnej zbierać rozłożone na dużym drewnianym stole papiery. Jak wszyscy byłam ciekawa Johna, ale doszłam do wniosku, że to nie moja sprawa. Aż do chwili, kiedy sprawił, że to była moja sprawa.

///

Kilka miesięcy po tym, jak John zaczął regularnie pojawiać się w agencji, pewnego ranka przyszłam do pracy naprawdę zbolała. Noc wcześniej popełniłam błąd i upiłam się darmowymi koktajlami na przyjęciu z okazji założenia firmy, która dostarczała wszystko - filmy, prezerwatywy, lody - do mieszkania o dowolnej porze dnia i nocy. Frank, jak zwykle, dał się skusić.

Franka Giordano, moją bratnią duszę, poznałam w college'u i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy wychodziłam ze stołówki, ujrzałam przystojniaka - metr dziewięćdziesiąt, gęste włosy, ciemnobrązowe oczy - ubranego do stóp do głów na biało i opartego o żółtego buicka rivierę. Frank wiedział, jakie wrażenie robił jego nieziemski wygląd, i często z tego korzystał, wręcz do przesady. W jego przypadku nic nie było niemożliwe.

Od razu przypadliśmy sobie do gustu i od tamtej chwili byliśmy nierozłączni. Wszystko robiliśmy razem, nie chodziliśmy tylko do łóżka. Nigdy wcześniej nie spotkałam tak dobrodusznego i charyzmatycznego przystojniaka. Był zawsze w dobrym humorze, a jego życiowym mottem było zarazić nim otoczenie. Po college'u wprowadziłam się z Frankiem do jego matki, która mieszkała w gigantycznym domu w Bronxville w stanie Nowy Jork, aż pewnego dnia odebrałam telefon z propozycją, o jakiej marzy każdy nowojorczyk; zapytano mnie, czy byłabym zainteresowana wynajmem z gwarancją wysokości czynszu. Frank namówił mnie, żebym skorzystała z propozycji (był nie tylko moim najlepszym przyjacielem i powiernikiem, ale również moim agentem nieruchomości), mimo że oferta dotyczyła trzydziestu metrów kwadratowych najpodlejszej, najwilgotniejszej i najciemniejszej zarośniętej brudem powierzchni mieszkalnej, z jaką miałam w życiu do czynienia. Obiecał, że zajmie się urządzeniem mieszkania, i tak też zrobił: zerwał i zdezynfekował podłogi i wszystko przemalował. Kiedy się wprowadziłam, ściany świeciły bielą, a pod stopami miałam gładką drewnianą podłogę. W mieszkaniu była mała kuchnia, zabudowana biblioteczka, łóżko i łazienka - wszystko tylko dla mnie.

Nie radziłam sobie z mieszkaniem w pojedynkę. Wychowywałam się w piętrowym domu na Garfield Street, w którym zmieścili się moja matka, ojciec, prababcia, babcia, starsze siostry Anita, Andrea i Amy oraz dwa psy, i nie byłam przyzwyczajona do samotności. Ktoś zawsze był w łazience, na kanapie albo przed lodówką. Na zewnątrz było niewiele lepiej: sąsiedzi wyglądali przez okna i się na siebie wydzierali.

Jednak Frank nie pozwolił, żebym czuła się samotna. Jak tylko mieszkanie było gotowe, zwołał wszystkich naszych znajomych i zaprosił ich do mojego lokum. Podkręciłam wieżę, którą Michael i Will kupili mi w prezencie do nowego mieszkania, i zrobiłam wszystkim drinki, po czym wyruszyliśmy przetańczyć noc w Rouge. Kiedy balanga skończyła się o czwartej nad ranem, nie musiałam czekać na pociąg na Grand Central albo, co gorsza, prosić Franka o odwiezienie. Złapaliśmy po prostu taksówkę i chwilę później byliśmy w moim nowym mieszkaniu. I byłam już u siebie.

Frankowi, do którego zawsze dzwoniłam z samego rana i przed zaśnięciem, moje nowe życie podobało się jeszcze bardziej niż mnie. Chodził ze mną na wiele przyjęć, na przykład na imprezę z okazji otwarcia firmy kurierskiej na Manhattanie, gdzie wypiliśmy kilka Ekspresowych Dostaw - ich flagowego koktajlu, i wylądowaliśmy w gejowskim barze, sącząc margherity.

Po zmieszaniu przesadnej ilości alkoholu następnego ranka bezskutecznie usiłowałam złagodzić dolegliwości żołądkowe i łupanie w głowie dużą kawą z budki przed agencją. Włożyłam wielkie okulary przeciwsłoneczne i czułam wydzielający się porami fetor alkoholu. A najgorsze, że był dopiero poniedziałek. (Uwielbialiśmy z Frankiem wychodzić w niedzielne wieczory, bo właśnie wtedy na miasto ruszali nowojorczycy). Nie miałam pojęcia, jak przetrwam ranek, a tym bardziej cały tydzień.

Marzyłam, żeby zaszyć się w swoim pokoju i przeczekać w ukryciu resztę dnia. W swoim gabinecie zakochałam się w chwili, kiedy zaczęłam pracę w PR/NY. Widok był co prawda na szyb wentylacyjny, ale dzięki położeniu z tyłu budynku gabinet był przytulny i kobieta mogła w jego zaciszu wydzwaniać do przyjaciółek, żeby pożalić się na nieudane randki, wypłakać się, kiedy straciła klienta albo - jak tego ranka - zmagać się ze szczególnie dotkliwym kacem.

Kiedy mijałam recepcję, światło wpadające przez okna i odbijające się od białych ścian było wyjątkowo dokuczliwe. Ruszyłam prosto do gabinetu z okularami na nosie, ściskając kubek kawy jak koło ratunkowe. Odprężyłam się, mając przed sobą wizję oparcia na chwilę głowy o blat biurka, i otworzyłam drzwi do mojego przytulnego gabineciku.

"Co do diaska?"

John i jakiś nieznany mi mężczyzna wkładali moje rzeczy do tekturowego pudła do przeprowadzek. Po moim ciele rozeszła się fala adrenaliny, z miejsca rozprawiając się z kacem. Miejsce zmęczenia i sensacji żołądkowych zajęła furia - i dezorientacja.

- O, cześć... - odezwał się John.

- Przepraszam - przerwałam mu. - Co wy tu robicie? I kim pan jest? - wskazałam przystojnego, siwego mężczyznę w dżinsach i obcisłym T-shircie, który władał potężnym odkurzaczem z wprawą zawodowca.

- To jest Effie. Pracuje dla mnie i mojej rodziny, pomaga w...

- Dlaczego on rusza moje rzeczy?

Zerwałam sobie z twarzy okulary i spiorunowałam Effiego wzrokiem.

- Michael nie miał nic przeciwko temu, żebym się tu przeniósł - wyjaśnił John.

- Ale ja mam coś przeciwko - odparłam, odwracając się, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Wtedy zauważyłam, że nie tylko bez zezwolenia zdjęli moją korkową tablicę, ale przy okazji zniszczyli jedną z moich ulubionych pamiątek: zdjęcie portretowe Howarda Sterne'a. Byłam załamana.

Howard był dla mnie bogiem. Podziwiałam, jak pod przykrywką audycji o pierdzeniu i striptizerkach prowadził inteligentną debatę społeczno-polityczną. Poza tym każdego ranka rozśmieszał mnie do rozpuku. Błyskotliwy, bezpretensjonalny i zabawny; Howard nadawał na tych samych falach, co ja. A każdy, kto mnie znał, wiedział, że go uwielbiam. Dlatego kolega z poprzedniej pracy poprosił swojego przyjaciela, producenta w K-Rock, gdzie Howard prowadził swój program, o unikatowe zdjęcie portretowe, które właśnie zostało zniszczone.

- Coś wymyślimy - powiedział John.

- Wymyślimy? Najwyraźniej kiepsko idzie to wymyślanie, bo spakowaliście już wszystkie moje rzeczy - powiedziałam.

- Na pewno uda nam się znaleźć jakieś rozwiązanie - wtrącił znowu.

- Nie wiem, po co właściwie musisz mieć gabinet. Przecież nawet tu nie pracujesz.

- Michael! - zawołał John.

- Może gdzie indziej takie rzeczy uchodzą ci płazem, ale nie tutaj.

- Michael!

Pomimo butnej pozy poczułam przypływ niepewności, kiedy uświadomiłam sobie, że ktoś wyżej w hierarchii może najzwyczajniej w świecie przyjść i zabrać mi wszystko, co mam - mój wspaniały gabinet, pracę i nowe życie na Manhattanie. Powinnam być na to gotowa. Ale nie zamierzałam się poddać.

Michael zawołał mnie do swojego gabinetu. Zostawiłam pakujących moje życie do pudła Johna i jego pomocnika i powoli zrobiłam dziesięć kroków do gabinetu Michaela. Sprawy przedstawiały się poważnie. Wchodziło się tam tylko po ocenę swojej pracy. Zawsze wstawiał się za swoimi ludźmi, nawet kiedy klient nie był zadowolony, ale nie zajmował się sprawami niższego szczebla. Dawał swoimi decyzjami przykład, co się sprawdza w public relations, a co nie.

Co mi do łba strzeliło, żeby zbesztać Johna F. Kennedy'ego juniora? Czy postradałam zmysły? "No cóż - pomyślałam - w PR/NY było miło, ale się skończyło... Praca w Starbucks już na mnie czeka".

Weszłam do gabinetu, w którym panował nieskazitelny porządek. Michael siedział za wytwornym biurkiem; wszystkie jego doskonałe pióra były ułożone w eleganckim skórzanym kubku, a w rogu stała doniczka z pszenicą. Trzymał dłonie złożone przed sobą, a na twarzy miał szeroki uśmiech. Nie był zły; w rzeczy samej przednio się bawił, obserwując scysję. Michael nigdy nie właził Johnowi w tyłek i wyraźnie mu się spodobało, że ktoś poszedł w jego ślady.

- Wiesz, Rose - powiedział rozbawiony Michael. - Za taką odzywkę do Johna w niektórych stanach mogłabyś trafić za kratki.

- Dlaczego on zabiera mi gabinet? - zajęczałam.

- Jest moim współpracownikiem. Nie oszukujmy się. Naprawdę myślisz, że dałbym mu mniejszy gabinet? Nic ci się nie stanie. Nie będzie wchodził ci w paradę. Oczywiście, to nie ma żadnego związku z tobą. Więc starczy już tego zamieszania.

Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać i wyszłam z gabinetu szczęśliwa, że nie straciłam pracy. Choć ta pyskówka przypadła Michaelowi do gustu, wiedziałam, że muszę trzymać w ryzach swój włoski temperament, który nierzadko był źródłem konfliktów. Jeżeli pokłóciłam się na randce, zdarzało mi się wyjść i zostawić mężczyznę w restauracji. Jeżeli nie podobało mi się, jak ktoś się do mnie zwraca przez telefon, rozłączałam się. Podczas pewnej szczególnie zaciekłej kłótni z Frankiem w jego mieszkaniu, ściągnęłam z półek wszystko, co tam trzymał, i rzuciłam na środek podłogi worek z jego zostawionymi u mnie ubraniami. Nie pamiętam, co było przyczyną kłótni, ale zdemolowałam mu mieszkanie. Gdy skończyłam, wyglądało jak miejsce zbrodni.

Moja niestabilność emocjonalna była efektem ubocznym stresującego dzieciństwa w nieprzewidywalnym otoczeniu, gdzie w każdej chwili mogła wybuchnąć kłótnia. A kobietą trzymającą zapalniczkę przy beczce prochu była Marion, moja sycylijska matka. I to by było na tyle na temat włoskiego temperamentu.

Moja matka pracowała zwykle na dwa etaty, biorąc na swoje barki i utrzymanie naszej rodziny, i wychowanie czwórki dzieci zupełnie inaczej, niż ona sama była wychowana. Moi dziadkowie nie byli wspaniałymi rodzicami, a kiedy się rozeszli, matka krążyła wte i wewte jak niechciane dziecko. Postanowiła lepiej się wykazać wobec własnych dzieci, co wiązało się z wielką presją. Moje siostry są ode mnie starsze: Anita i Andrea odpowiednio o siedemnaście i dziesięć lat, a Amy o cztery lata; pomagały w moim wychowaniu i zawsze lepiej ode mnie radziły sobie z domowymi napięciami.

Kiedy miałam sześć lat, popełniłam błąd, skarżąc się na prezenty gwiazdkowe. W rzeczywistości mój prezent bardzo mi się podobał: dostałam lalkę, która poruszona mrugała powiekami. Moja ciotka Rita zawsze kupowała mi pod choinkę lalkę, bo wiedziała, że je uwielbiam. Wszystkie moje pozostałe prezenty były użyteczne - skarpety, swetry, buty - więc to lalka była tym prawdziwym prezentem. Ale drugiego dnia świąt zawsze jest spadek nastrojów i, jak wiele dzieci, szykowałam się do awantury, kiedy przypałętałam się do kuchni z moją nową lalką i oznajmiłam, że nie mam się czym bawić. Marudziłam i płakałam, aż moja mama miała w końcu dość. Odstawiła kubek czarnej kawy i zaciągnęła się mocno koolem.

- Dość tego! - wrzasnęła, po czym wyrwała mi lalkę z rąk i cisnęła nią o ścianę, aż roztrzaskał się jej korpus, powyginały kończyny, a mrugające oczy zastygły w zezowatym wytrzeszczu. Potem, kiedy błagałam ją ze łzami w oczach, żeby przestała, rzuciła mi zniszczone resztki.

- Jak się nie uspokoisz, to będziesz miała prawdziwy powód do płaczu - zagroziła.

Innym razem, po trwającym całą sobotę sprzątaniu matki w moim pokoju zapanował idealny porządek. Dwa dni później, kiedy do niego weszła, ujrzała stertę ubrań na podłodze, niepościelone łóżko i porozrzucane wszędzie książki i papiery. Nie odzywała się, co było dużo straszniejsze niż jej krzyki, po czym zaczęła zbierać z podłogi T-shirty, dżinsy i swetry i wrzucała je do kołyski mojej lalki. Patrzyłam, jak matka przeciąga kołyskę do okna, podnosi siatkę i wyrzuca zawartość na ganek. Przez chwilę myślałam, że ja będę następna. Ale ona wyszła z pokoju, nawet na mnie nie spoglądając. Popędziłam na dół, biorąc po drodze torbę na śmieci, i wyszłam, żeby upokorzona pozbierać swoje rzeczy pod czujnym okiem grupki zaciekawionych sąsiadów. Mieszkańcy naszej okolicy uwielbiali podglądać domowe niesnaski.

Największym źródłem napięć w naszym domu był wieczny brak pieniędzy. Rodzice zawsze pracowali w dziesięciu miejscach naraz. Gros dochodu mamy pochodziło z jej pracy jako sekretarki, choć sprzątała też gabinety lekarskie i pracowała w fabryce perfum na Bronksie, gdzie wytwarzano takie zapachy jak Charlie i Jontue. Jej zimowe palto było do cna przesiąknięte tymi woniami. Mój tata czasami sprzątał z nią. Pracował też w sklepie monopolowym za dnia i jako barman w nocy.

Pomimo tych wszystkich prac zawsze byliśmy kompletnie spłukani. Jeżeli popsuł się samochód, mieliśmy do wyboru zapłacić za nową skrzynię biegów albo za prąd; jeśli zbliżał się termin opłaty za szkołę, mogliśmy uregulować czesne albo rachunek za telefon; jeżeli terma się popsuła, kiedy byliśmy w finansowym dołku, w domu było zimno. Moje dzieciństwo było naznaczone takimi wyborami.

Mój ojciec Anthony pracował równie ciężko jak matka; uważał się za przedsiębiorcę, ale jego inwestycje nie były trafione. Otworzył bar, który splajtował, bo wspólnik zostawił go na lodzie; pizzerię, po której bankructwie rodzice zostali z pięćdziesięcioma tysiącami dolarów długu; i narożny sklepik ze słodyczami, gdzie sprzedawał też papierosy i prasę, lecz i ten interes musiał zamknąć.

Moja matka, która przez większość życia była żywicielką naszej rodziny, w obliczu problemów z pieniędzmi bardzo się denerwowała. Kwestie finansowe spoczywały wyłącznie na jej barkach - była odpowiedzialna za rodzinę i zdawała sobie z tego sprawę. Kiedy czuła się zaszczuta, puszczały jej nerwy. A mając męża, który nie potrafił utrzymać swoich czterech córek, nie mówiąc o zmniejszeniu kolosalnego zadłużenia, czuła się zaszczuta bez przerwy.

Jednak nawet w tak trudnej sytuacji moja matka była dzielna. Kiedyś nawet kościół katolicki trafił na jej czarną listę. Byłam w trzeciej klasie św. Dominika, katolickiej szkoły, do której od ponad sześćdziesięciu lat chodziły całe pokolenia mojej rodziny. Wprowadzono tam nowy przepis, zgodnie z którym, jeżeli rodzina na czas nie opłaci czesnego, dziecko nie dostanie świadectwa. Przedtem wstyd związany z nieotrzymaniem małej żółtej kartki zarezerwowany był dla dzieci, które nie zdały do następnej klasy. Ja nigdy nie znalazłam się w tej grupie. Ale po tym, jak doszły mnie wrzaski kłócących się o czesne rodziców, wiedziałam, że w tym semestrze ja też będę się musiała wstydzić. Siedziałam więc pewnego dnia w klasie, robiąc w portki ze strachu, kiedy siostra Mary Josephine powoli przechodziła przez cały alfabet, wzywając dzieci, jedno po drugim, po odbiór świadectw. Czułam, jak twarde oparcie drewnianego krzesła wbija mi się w kręgosłup, kiedy doszła do nazwisk na literę R, potem na literę S, po czym wymieniła ze swoim liturgicznym zaśpiewem wszystkie nazwiska zaczynające się na T. Nie było wśród nich "Terenzio". Jak tylko odezwał się dzwonek, wybiegłam z klasy, mijając zatroskanych kolegów, i popędziłam trzy przecznice do domu.

Kiedy tego wieczoru mama wróciła później z pracy, przywitał ją widok mojej zapłakanej twarzy.

- Co się stało? - zapytała.

Opowiedziałam jej o upokarzającym incydencie ze świadectwem.

- Jak oni śmią? Wysłałam do tej szkoły czworo dzieci! - wrzasnęła. - Cała rodzina twojego ojca też tam chodziła. Nie mają wstydu. - Zapaliła papierosa i wypuściła dym nosem. - Już ja im powiem, co myślę o ich chrześcijańskim duchu.

Następnego ranka moja matka zadzwoniła do probostwa i poprosiła do słuchawki biskupa, któremu spokojnie przedstawiła sytuację. 

- Jesteśmy teraz w dołku, księże biskupie, ale wie pan, że zapłacimy. Wysłałam do pana szkoły czwórkę dzieci i mam nadzieję, że zrobi pan dla nas wyjątek.

- Przykro mi, pani Terenzio, takie są przepisy i obowiązują one wszystkich.

Wyraźnie nie wiedział, z kim ma do czynienia: Marion Terenzio nie obchodziła się z nikim w rękawiczkach. Przekazała mu swoje zdanie na temat chrześcijańskiego ducha ich szkoły i rzuciła słuchawkę.

Tej niedzieli poszliśmy na mszę jak zwykle do św. Dominika. Kiedy byłam mała, ten kościółek z cegły koloru piasku, z iglicą, grubymi oknami witrażowymi i ciemnym wnętrzem miał majestat prawdziwej katedry; był dla mnie jak kościół św. Patryka. Choć w rzeczywistości był to miejscowy kościółek w nabożnym przyczółku robotniczym. Msza tej konkretnej niedzieli poświęcona była fetowaniu przybycia naszego nowego biskupa, tego samego człowieka, który był odpowiedzialny za przepis, że bez czesnego nie ma świadectwa. Przed mszą biskup stał w westybulu wystrojony w różowo-złote szaty i uśmiechał się dobrotliwie. Z moim ojcem i moimi siostrami u boku matka chciała go bez słowa wyminąć, ale biskup ją zatrzymał.

- Dzień dobry, pani Terenzio - powiedział, wystawiając pierścień do pocałunku. Mając za sobą tłum wiernych czekających w kolejce do biskupa, moja matka posłała mu pogardliwe spojrzenie.

- Księże biskupie - odparła opanowanym tonem. - Żebym pocałowała księdza biskupa w pierścień, ksiądz biskup musiałby pocałować mnie w dupę.

Potem poprowadziła nas na przód kościoła, gdzie modliła się przed Bogiem i biskupem bez krzty winy bądź wyrzutów sumienia.

W poniedziałek rano w szkole czekało na mnie świadectwo.

///

Dwadzieścia lat później tuż po mojej własnej przepychance z jego świątobliwością Johnem postanowiłam pójść w ślady matki i go zignorować. Johnowi być może udało się przejąć mój gabinet, a nawet musiałam znosić go w pracy, ale to nie znaczyło, że miałam go lubić albo choćby zwracać na niego uwagę.

Człowiek, który wszystko miał podawane na tacy, nie od razu oswoił się z moim nastawieniem. Każdego dnia, kiedy przechodził lub przejeżdżał na łyżworolkach obok mojego gabinetu, witał mnie radosnym "Dzień dobry". I nigdy nie otrzymywał odpowiedzi, nawet na niego nie spoglądałam. Słyszałam, jak się zbliża, i tuż przed tym jak wsadzał głowę, żeby się przywitać, szybko podnosiłam słuchawkę i udawałam, że rozmawiam, a w myślach mówiłam mu: "Wal się. Mam nadzieję, koleś, że podoba ci się nowy gabinet".

Wiem, że takie traktowanie współpracownika, nie mówiąc o Johnie Kennedym, może się wydawać niedojrzałe, ale to była kwestia dumy. Kiedy czuję się pokrzywdzona, nie przebaczam. Jak się okazało, John był taki sam - choć jego podejście było zupełnie inne. Każdego ranka witał się ze mną coraz radośniej, najwyraźniej nie zwracając uwagi na to, że go ignoruję. John nie umiał zmienić swoich doskonałych manier: wpojono mu je bardzo wcześnie, podczas gdy ja w tym samym wieku doskonaliłam bezduszną pozę. I tak pojedynek ciągnął się tygodniami.

Przez ten czas John rozgościł się w PR/NY, choć żadne z nas nie miało pojęcia, co tu robi. Sprowadził sobie stażystkę, córkę przyjaciela rodziny, która odbierała telefony i zajmowała się korespondencją. Wyraźnie była w nim zadurzona i wkradła się w łaski Sama, jakby ów humorzasty pies miał być kluczem do serca Johna. Pewnego dnia leżała z Samem na podłodze - turlała się po parkiecie z przerażającym psem, który co jakiś czas kłapał pyskiem, aż kiedyś ugryzł ją w twarz. Nie chciała iść na pogotowie. Krew, wścieklizna, cokolwiek by się działo, Sam był psem Johna, więc wszystko było w najlepszym porządku, to tylko draśnięcie, nie ma się czym martwić... Przy Johnie ludzie tracili zmysły.

Ja też odchodziłam od zmysłów, i to nie tylko dlatego, że zwędził mi gabinet. Zaczynało mnie martwić, że nie wiemy, co on tu właściwie robi. Po kilku miesiącach było oczywiste, że nie zajmuje się zbiórką pieniędzy. I z pewnością nie wynajmował tylko gabinetu - biuro było przyjemne, ale bez przesady. Co więcej, to odciągało Michaela od codziennych spraw agencji - nie poświęcał moim komunikatom prasowym takiej uwagi jak kiedyś ani nie pytał o sytuację klienta. Najbardziej zaś niepokojące było to, że przestaliśmy wysyłać oferty do nowych klientów.

Mniej więcej miesiąc po przejęciu przez Johna mojego gabinetu usłyszałam, jak idzie korytarzem w stronę mojego nowego lokum. "Tak jak każdego ranka - pomyślałam. - On po prostu nie odpuści".

- Dzień dobry, Rose.

Zaskoczyło mnie, kiedy usłyszałam z jego ust swoje imię. Wcześniej nigdy go nie wypowiedział, więc podniosłam wzrok. Wtedy zobaczyłam, że stoi w drzwiach i pokazuje mi środkowy palec. Nie opanowałam się: wybuchnęłam śmiechem. W końcu ze mną wygrał.

Następnego dnia, kiedy przyszedł do pracy, nie usłyszałam "dzień dobry".

- Jak leci, frajerko?

- Sam jesteś frajerem - odparłam.

- W takim razie ty jesteś głupia.

- Nie tak głupia jak ty.

"Jest dość zabawny" - pomyślałam.

///

Latem 1994 roku już nie tylko nasza grupka w PR/NY chciała znać zamiary Johna. Prasa również zaczynała węszyć. Minął rok, od kiedy odszedł z prokuratury, i - o ile było mi wiadomo - niczym innym się nie zajmował. Media szukały sensacji: czy rozkręcał własny interes, czy groziło mu załamanie nerwowe? Magazyn "People" nawiązał do tej kwestii sensacyjnym nagłówkiem: "Coś się szykuje, czy adonis dryfuje?".

Złapałam czasopismo, które wcześniej widziałam w kioskach po drodze do pracy, i wyciągnęłam je podczas naszego porannego sparingu.

- Witam adonisa - zagaiłam, kiedy wszedł do agencji.

- Może byś tak zdjęła tę straszną perukę? To nie Halloween - zripostował.

- Przykro mi, ale nie wszyscy mogą być tak atrakcyjni jak ty.

- Stul dziób, Rosie.

Nikt oprócz mojej rodziny nie nazywał mnie "Rosie". Ale nie przeszkadzało mi, kiedy John tak się do mnie zwracał; powoli zaczynałam go traktować jak starszego brata, którego nie miałam.

Nasze żarty stały się częścią rutyny, rytuałem, z którego oboje czerpaliśmy przyjemność, jak kawa z budki albo zaczynanie lektury gazet od działu plotek. John równie dobrze umiał żartować z innych jak śmiać się z siebie, co mnie zupełnie zaskoczyło. A jego docinki nigdy nie były nieprzyjemne. W istocie były dość głupkowate. Podobało mi się, że nasze utarczki słowne zaczęły się po tym, jak John mi się postawił, kiedy go ignorowałam. Dorównywał mi szczerością i kiedy było trzeba, nie bał się nazywać rzeczy po imieniu. Pokazanie mi środkowego palca stało się pierwszym z wielu przykładów tego, jak walczył o swoje.

Byliśmy bezpośredni pod wieloma względami, nie tylko humoru. Kiedy John przyszedł do PR/NY pierwszy raz po tym, jak w maju tego roku zmarła mu matka, która musiała być jego emocjonalną opoką, nie wiedziałam, co powiedzieć. Zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam coś mówić. Nie wiadomo, jak zareagować na tragedię kolegi z biura. Ale miał tak ponurą minę, że nie mogłam udawać, że nic się nie stało.

- Cześć - powiedziałam.

- Cześć - odparł John.

- Przykro mi z powodu twojej mamy.

- Dziękuję ci, Rosie - odparł, po czym mnie niespodziewanie objął.

- Mówi się, że dopiero po śmierci obojga rodziców człowiek staje się dorosły - powiedział mi później.

John zawsze wydawał mi się dorosły. Często rozmawialiśmy o bieżących sprawach i pytałam go, co - jego zdaniem - kryło się pod najważniejszą wiadomością dnia. Podobało mi się jego wyważone podejście do świata i to, jak umiał bezstronnie zrelacjonować każdą historię. Po śmierci prezydenta Richarda Nixona przewróciłam oczami i powiedziałam mu, że mój ojciec popierał Nixona (i Reagana).

- Nixon był wspaniałym człowiekiem - skomentował John.

Zszokowało mnie, że nie zmieszał z błotem zhańbionego prezydenta, co było wówczas modne. Inteligentni ludzie widzą obie strony medalu i John dostrzegał walory nawet u ludzi pełnych wad, mając świadomość, że wszyscy popełniają błędy.

Niedługo po pojawieniu się nagłówka o "dryfującym adonisie" Michael znów wezwał mnie do gabinetu. Łamałam sobie głowę, zastanawiając się, jaki popełniłam błąd. Nie było za wiele pracy, którą można by sknocić; być może to był właśnie problem. Po wejściu do gabinetu oprócz Michaela zobaczyłam też opartego o parapet Willa.

- Usiądź - powiedział Michael zza biurka.

"Jezu, zaraz wylecę z roboty".

- Sprzedajemy PR/NY. Will zajmie się czymś innym, a ja... - Michael na chwilę urwał. - Ja wchodzę w spółkę z Johnem.

"Wiedziałam. Kurwa, wiedziałam. Michael się zmywał".

- Nie mógłbyś wziąć mnie ze sobą?

- To nie ma związku z public relations, Rose. I wszystko stoi jeszcze pod znakiem zapytania. Ale nie martw się. Znalazłem ci nową pracę.

- Nie chcę nowej pracy. Chcę tu zostać.

Dzięki Michaelowi poczułam, że jestem niezastąpiona. Oceniając mnie kiedyś, napisał wręcz: "Jesteś chlubą mojej zagrody". Nie pojmowałam, dlaczego mógłby nie chcieć mnie ze sobą zabrać.

- Nie ma już żadnego "tu" - wyjaśnił. - Sprzedałem firmę innej agencji public relations. Wszyscy klienci i ty jesteście częścią transakcji. Będziesz pracować dla nich.

- A jeżeli mi się tam nie spodoba?

- Nie skreślaj z góry kobiety w nowej firmie. Spotkaj się z nią. - Podał mi skrawek papieru ze śródmiejskim adresem i umówiłam się z nią na spotkanie tego popołudnia. Ale kiedy zbliżałam się do znajdującego się w centrum biura mojego nowego pracodawcy, byłam wściekła na Michaela za to, że poinformował mnie w ostatniej chwili i nadal nie mówił mi całej prawdy. Co to była za sprawa z Johnem i dlaczego nie mógł mnie ze sobą zabrać? W windzie, która wiozła mnie na tę pospiesznie zaaranżowaną rozmowę o pracę, usiłowałam sobie powiedzieć, że pewnie dobrze się stało. Być może moja nowa praca będzie jeszcze lepsza od tej w PR/NY. Musiałam się pozbyć uprzedzeń.

Kiedy tylko drzwi się otworzyły, wiedziałam, że nie czeka mnie tu nic dobrego. Recepcja była urządzona na modłę baru tiki; na wyłożonych boazerią ścianach wisiały kolorowe lampki choinkowe, rozpaczliwie starano się wytworzyć "zajefajną" atmosferę. Z eleganckiego minimalistycznego biura miałam trafić do knajpy rodem z Las Vegas.

Recepcjonistka skierowała mnie na spotkanie z przyszłą szefową, która miała typowy ponury gabinet ze szczelinami okien, skąd roztaczała się panorama żałości pracowników korporacji, którzy wyskakiwali po lunch, po czym wracali pędem do biura, starając się znaleźć chwilę, żeby go zjeść. Kiedy kobieta wstała i wyciągnęła dłoń, w moją stronę poleciała gryząca, nieprzyjemna woń - czuć było od niej alkoholem.

- Michael mi powiedział, że świetnie sobie pani radzi z klientami i rezerwacją mediów.

"Owszem - pomyślałam - jestem chlubą, której chce się pozbyć".

- Proszę sporządzić komunikat prasowy, muszę zobaczyć próbkę pani umiejętności - powiedziała bełkotliwie.

- Teraz? - zapytałam. Byłam dość zdenerwowana. Wiedziałam już, że nie chcę pracować u tej pani, ale potrzebna mi była jakaś praca. Kobieta wstała bez słowa zza biurka i odsunęła się chwiejnie, żebym mogła skorzystać z jej komputera. Usiadłam w jej fotelu i odczekałam chwilę w niezręcznej ciszy. Czy ona za mną przypadkiem nie zemdlała?

- Co to ma być? - zapytałam.

- Słucham? - powiedziała kobieta.

- Jaki komunikat prasowy mam napisać?

- A, właśnie... Bóg oznajmia koniec świata, a pani ma napisać komunikat prasowy.

To musiał być żart.

- A kto jest klientem? - zapytałam.

- Bóg.

Wlepiłam wzrok w ekran z nadgarstkami spoczywającymi na klawiaturze i gotowymi palcami, nie mając pojęcia, co mam napisać. "Nie ma mowy, żebym to zrobiła" - pomyślałam, wpatrując się w migający kursor. Wstałam i spojrzałam jej prosto w oczy.

- Cóż, jeżeli Bóg jest pani klientem, to nie potrzebuje pani ani mnie, ani komunikatu prasowego - powiedziałam, wzięłam torebkę i wybiegłam z jej gabinetu.

Popędziłam przez stylizowaną na bar tiki recepcję do wind i zaczęłam naciskać nerwowo przycisk wzywający windę, mając nadzieję, że kobieta za mną nie przyjdzie. Kabina była pusta, a kiedy drzwi się zasunęły, oparłam się o ścianę i zaczęłam szlochać. Wpadłam w histerię. Właśnie traciłam wszystko, co składało się na moje udane życie. Straciłam posadę, którą miałam szczęście zdobyć i której utrzymanie kosztowało mnie tyle pracy. Nie będę już się zadawać z ludźmi pokroju Michaela i Johna czy choćby Liz i Tricii. Prawdopodobnie będę się musiała pożegnać z mieszkaniem i wprowadzić do Franka i jego mamy albo - co gorsza - z powrotem do domu.

Płakałam całą drogę ze śródmieścia na Dwudziestą Szóstą Ulicę. Gdzieś po drodze wypadło mi z oka szkło kontaktowe, więc kiedy wróciłam do PR/NY, byłam spuchnięta, zapłakana i prawie ślepa. Poszłam prosto do mojego gabinetu i trzasnęłam drzwiami.

Za chwilę Michael załomotał do drzwi i powiedział: 

- Rose, proszę cię, otwórz. 

Ale ja nie otwierałam. Krzyknęłam przez drzwi: 

- Daj spokój. To nie do wiary, że się mnie w ten sposób pozbywasz.

Zza drzwi doszło mnie pytanie Johna:

- Co się dzieje? 

Potem przez chwilę słyszałam przyciszoną rozmowę Johna i Michaela na mój temat. Usłyszałam oddalające się kroki i uznałam, że John wrócił do gabinetu - który nadal uważałam za swój.

- Rosie, uspokój się.

To był John.

- Może uda nam się coś wymyślić - powiedział.

Martwiłam się, że będzie mnie pocieszał z litości, ale i tak otworzyłam drzwi. John usiadł na brzegu mojego biurka i spojrzał mi prosto w oczy. 

- Nie chciałabyś pracować u mnie?

Poruszyło go, że nie chciałam odchodzić. Miałam się przekonać, że lojalność cenił sobie ponad wszystko. Oprócz tego lubił moje poczucie humoru; rozśmieszałam go i chciał, żebym została... choć nie miałam pojęcia, w jakim charakterze.

- Co szykujesz? - zapytałam.

John się zaśmiał:

- Zakładam czasopismo.