Przerwane linie serca - Magdalena Artomska-Białobrzeska

Kup ebooka

32.99 zł
26.39 zł (24,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- Do dia­bła! Jak to moż­li­we, że sie­dem lat temu nasz ko­cha­ny kraj sprze­dał Wło­chom od­trut­kę wo­jen­ną, któ­rej ni­g­dy nie wy­two­rzo­no?! Na przy­go­to­wa­nie spe­cy­fi­ku było tyle lat, a tym­cza­sem ba­da­nia nad nią utknę­ły w mar­twym punk­cie! Wło­si do­ma­ga­ją się to­wa­ru, za któ­ry za­pła­ci­li, a my co?! Mamy ich tak po pro­stu prze­pro­sić?! Ta­kie trans­ak­cje w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie na­zy­wa się oszu­stwem! - za­grzmiał mi­ni­ster, pa­trząc z wy­rzu­tem na swo­je­go za­stęp­cę Ar­tu­ra Bla­gę. - Cie­kaw je­stem, kto do tego do­pro­wa­dził!

- Szu­ka­nie win­nych po tylu la­tach jest bez­ce­lo­we. Na­le­ży ude­rzyć się w pier­si i po­pro­sić wiel­bi­cie­li ma­ka­ro­nów o wy­dłu­że­nie ter­mi­nu do­sta­wy. Może w mię­dzy­cza­sie uda się coś jesz­cze wy­my­ślić... No chy­ba że prze­gra­my wy­bo­ry i zwy­cięz­cy przej­mą go­rą­cy kar­to­fel, a wte­dy pro­blem sam się roz­wią­że - pa­dło ze stro­ny Bla­gi.

- Co to za cwa­niac­kie chwy­ty?! Przy­zwo­ici lu­dzie nie po­stę­pu­ją w ten spo­sób! - pod­su­mo­wał roz­mów­ca, po czym za­py­tał: - A tak na­praw­dę to w czym rzecz? Czyż­by coś się sta­ło z tymi, któ­rzy pro­wa­dzi­li pro­jekt? Zo­sta­li zje­dze­ni przez lar­wy ston­ki ziem­nia­cza­nej? Od­le­cie­li na skrzy­dłach bie­dron­ki azja­tyc­kiej? Ga­lo­pu­ją na ko­ni­kach po­lnych?

- Jak nie wia­do­mo, o co cho­dzi, to gra za­wsze to­czy się o pie­nią­dze - usły­szał od za­stęp­cy. - A te ro­ze­szły się na kam­pa­nie spo­łecz­ne. Mają przy­kryć kil­ka gło­śnych afer...

- Miej się na bacz­no­ści! - Tym ra­zem mi­ni­ster ude­rzył pię­ścią w stół. - Wszyst­kie oso­by, któ­re za tym sto­ją, po­nio­są od­po­wie­dzial­ność. Do­pil­nu­ję tego oso­bi­ście.

- Co w ta­kim ra­zie zro­bić?

- Przy­nieść roz­wią­za­nie spra­wy. W zę­bach.

Ar­tur Bla­ga ze­stre­so­wał się nie na żar­ty. Wie­dział, że gra, któ­ra wła­śnie się roz­po­czę­ła, to jego po­li­tycz­ne być albo nie być. Od­szu­kał w po­pło­chu nu­mer te­le­fo­nu do sta­re­go przy­ja­cie­la - by­łe­go se­na­to­ra, a te­raz biz­nes­me­na i mi­lio­ne­ra - Pio­tra Haj­sa. Wie­le lat temu wspól­nie za­czy­na­li przy­go­dę ze świa­tem wła­dzy. Byli świet­nie wy­kształ­ce­ni, obłęd­nie przy­stoj­ni, peł­ni we­rwy i ener­gii, a przede wszyst­kim am­bi­cji. Nie­ste­ty, de­ka­dę temu ich dro­gi się ro­ze­szły, po­nie­waż Hajs wy­co­fał się z ży­cia pu­blicz­ne­go w at­mos­fe­rze skan­da­lu. Sta­ło się to po tym, jak na ryn­ku w Kra­ko­wie zro­bio­no mu se­rię kom­pro­mi­tu­ją­cych zdjęć. Pra­sa, do któ­rej prze­do­sta­ły się fot­ki, uczy­ni­ła z nie­go agre­syw­ne­go oszo­ło­ma, któ­ry dep­tał set­ki czer­wo­nych róż. A póź­niej klę­czał w bło­cie przy po­roz­rzu­ca­nych strzę­pach ro­ślin i pła­kał na głos jak dziec­ko, wzno­sząc ręce ku nie­bu. Plot­ki mó­wi­ły, że po­stra­dał ro­zum z po­wo­du part­ner­ki, Agniesz­ki Skok, z któ­rą miał dziec­ko - cór­kę We­ro­ni­kę.

Bla­ga był pe­wien, że wła­ści­wie za­rzu­ca sieć. Daw­ny przy­ja­ciel to nie­zwy­kle wy­traw­ny gracz. Szyb­ko wró­ci do for­my i ura­tu­je mu ty­łek, a co uszczk­nie na nowo zbu­do­wa­nych kon­tak­tach, bę­dzie jego pre­mią.

*

- Piotr, mam dla cie­bie in­trat­ną pro­po­zy­cję - po­wie­dział Ar­tur Bla­ga wy­wa­żo­nym to­nem, gdy tyl­ko Hajs ode­brał tele­fon. - My­śla­łeś o po­wro­cie do po­li­ty­ki?

- Je­steś na im­pre­zie? Drink od­bi­ja się od drin­ka? - usły­szał. - No chy­ba że osza­la­łeś ze sta­ro­ści. W koń­cu mamy po czter­dzie­ści dwa lata, więc...

- Żar­ty na bok. - Bla­ga nie da­wał za wy­gra­ną, lek­ce­wa­żąc drob­ne zło­śli­wo­ści. - To jak, ja­śnie pa­nie mi­lio­ne­rze?

- Wkrę­casz mnie? Wsze­dłeś w kon­szach­ty z dia­błem? Świa­tem me­diów? Za­ło­ży­łeś się z wy­znaw­cą czar­nej ma­gii?! - Roz­mów­ca po­now­nie za­sy­pał Bla­gę py­ta­nia­mi.

- Że niby mi od­bi­ło? Nic z tych rze­czy - prze­rwał mu kum­­­­pel. - No, de­cy­zja... Szyb­ka de­cy­zja... Wło­sy nam si­wie­ją, a wo­kół oczu ry­su­je się siat­ka zmarsz­czek... Aha, i jesz­cze jed­no, skan­dal z Kra­ko­wa sprzed lat zo­stał wy­gum­ko­wa­ny. Za­rów­no dla pra­sy, jak i opi­nii pu­blicz­nej.

- Mó­wisz i masz - par­sk­nął śmie­chem Hajs, po czym, sta­ra­jąc się na od­czep­ne­go wy­pra­co­wać nie­speł­nial­ne wa­run­ki, po któ­rych kum­pel zre­zy­gnu­je z kpin, do­dał: - Wró­cę, je­śli otrzy­mam tekę mi­ni­stra w pre­sti­żo­wym re­sor­cie.

- Ile za­pła­cisz za umiesz­cze­nie na li­stach wy­bor­czych? - za­py­tał rze­czo­wo Bla­ga.

- Niech to! Mak­sy­mal­nie trzy­dzie­ści mi­lio­nów euro! - rzu­cił za­sko­czo­ny Hajs.

- Umo­wa stoi - usły­szał od ofe­ru­ją­ce­go.

- Do­brze, a te­raz szcze­rze: po­ja­wił się gru­by ­te­mat i szu­­­­ka­cie je­le­nia, któ­ry weź­mie na sie­bie me­ga­prze­kręt?! Czy za­ba­wia­cie się w pro­wo­ka­cje, by afe­rą przy­kryć tur­bo­skan­dal?! - wy­pa­lił, nie­mal­że krzy­cząc. - Za sta­ry je­stem na na­iw­ność!

- Za­pra­szam po­ju­trze o dzie­sią­tej. - Bla­ga po­mi­nął py­ta­nia i in­sy­nu­acje.

- Je­stem we Wło­szech, nad je­zio­rem Como - jęk­nął Piotr prze­cią­gle. - Wiesz, jak to na wy­jaz­dach bywa. Mam tu­taj moją sek­sow­ną Ki­cię...

- Też mi wy­mów­ka - pa­dło. - Bar­dziej bał­bym się tłu­ma­cze­nia przed two­ją kon­ku­bi­ną Ka­ro­li­ną, że za­bie­rasz ko­bie­ty typu Ki­cia na wy­jaz­dy. Co naj­gor­sze, spo­ro od niej młod­sze. Nie wiem, jak to prze­ży­je z jej pę­dem do za­trzy­ma­nia cza­su... We­dług mnie wy­bór jest pro­sty: z two­im ka­pi­ta­łem mo­żesz mieć ta­kich Kici, kot­ków i ko­cią­tek na pęcz­ki. Ni­ko­go to nie zgor­szy. Wszy­scy wie­dzą, że od cza­su roz­sta­nia z Agniesz­ką Skok uży­wasz ile wle­zie. Jed­na w tę czy w tam­tą...

- Nie żar­tuj w ten spo­sób. Za­bra­niam. Ka­ro­li­na ko­cha pra­sę i mnie znisz­czy! - wrza­snął prze­ra­żo­ny mi­lio­ner. - A przy oka­zji i cie­bie!

- De­cy­zja leży w two­ich rę­kach! - po­wie­dział roz­mów­ca i się roz­łą­czył.

*

Te­raz, kie­dy Bla­ga wie­dział, że ma Haj­sa w gar­ści, po­sta­no­wił zwró­cić się o po­moc do przed­sta­wi­cie­li służb spe­cjal­nych. Wsiadł do li­mu­zy­ny i udał się do pil­nie strze­żo­ne­go obiek­tu, któ­ry po­zor­nie wy­da­wał się być ru­iną. Po za­li­cze­niu wszel­kich moż­li­wych za­bez­pie­czeń zna­lazł się w jego wnę­trzu. Po­pro­wa­dzo­no go wprost do sali ob­rad.

- Pa­no­wie, oko­ło dzie­sięć lat temu nasz kraj zo­bo­wią­zał się do do­star­cze­nia spe­cy­fi­ku che­micz­ne­go, któ­ry był w fa­zie ba­dań. Wło­si za­pła­ci­li za pro­dukt awan­sem czter­dzie­ści mi­lio­nów euro. Ale jak to w ży­ciu bywa, pie­nią­dze się ro­ze­szły. Nie dość, że spe­cy­fik nie po­wstał, to na­wet nie ma za co do­koń­czyć cho­ler­nych ba­dań - roz­po­czął spo­tka­nie, po czym drżą­cym gło­sem do­dał: - Spra­wa gar­dło­wa. Wy­sko­czy­ła jak ro­pu­cha spod ka­mie­nia.

- Czy pan my­śli, że mamy ma­szyn­kę na korb­kę do ro­bie­nia pie­nię­dzy i pro­du­ku­je­my coś na lewo?! Czy wy­da­je się panu, że po­sia­da­my we­hi­kuł cza­su, aby cof­nąć się do mo­men­tu, gdy roz­pie­prza­no for­sę?! Czy też może od­niósł pan wra­że­nie, że dys­po­nu­je­my taj­ny­mi, pod­ziem­ny­mi la­bo­ra­to­ria­mi i rze­sza­mi spi­sku­ją­cych na­ukow­ców, go­to­wych na Bóg wie ja­kie zle­ce­nia?! - usły­szał Bla­ga.

- Mar­twi mnie pań­ski brak zro­zu­mie­nia. Ta sy­tu­acja to zwy­kły wy­pa­dek przy pra­cy po­li­tycz­nej, któ­ry w moim prze­ko­na­niu jest w peł­ni roz­wią­zy­wal­ny!

- A niby w jaki spo­sób?! - za­brzmiał zde­cy­do­wa­ny głos mun­du­ro­we­go.

- Po­ja­wił się in­we­stor, któ­ry prze­ka­że trzy­dzie­ści mi­lio­nów euro. Do­dat­ko­wo po­sta­ra­my się o dzie­się­cio­mi­lio­no­we do­ta­cje i gran­ty. W su­mie uzbie­ra się peł­na war­tość kon­trak­tu, czy­li te nie­szczę­sne czter­dzie­ści mi­lio­nów... - wy­li­czał wi­ce­mi­ni­ster. - Albo z po­mo­cą tych pie­nię­dzy do­koń­czy­my ba­da­nia, albo, w ra­zie nie­po­wo­dze­nia, zwró­ci­my Wło­chom zre­ali­zo­wa­ne płat­no­ści. Z od­set­ka­mi, ma się ro­zu­mieć.

- Na czym mia­ła­by po­le­gać na­sza rola? Na spo­rzą­dze­niu kon­trak­tu me­na­dżer­skie­go dla te­goż in­we­sto­ra lub wnio­sku o do­ta­cje czy gran­ty? - za­re­ago­wał kpią­co znie­cier­pli­wio­ny przed­sta­wi­ciel służb, znu­żo­ny owi­ja­niem w ba­weł­nę praw­dzi­we­go celu wi­zy­ty Bla­gi.

- Cho­dzi o to, aby prze­śli­zgnąć się przez prze­pi­sy i pro­ce­du­ry. Wpro­wa­dzić do ob­ro­tu te pie­nią­dze. Prze­cież in­we­stor nie może so­bie ot tak wpła­cić do kasy pań­stwa trzy­dzie­ści czy czter­dzie­ści mi­lio­nów! Bo co to niby mia­ło­by być? Da­ro­wi­zna, od któ­rej za­pła­ci po­da­tek? Czy ano­ni­mo­wo pod­rzu­co­ne wor­ki na śmie­ci wy­pcha­ne for­są? - rzekł wi­ce­mi­ni­ster, wpra­wia­jąc dys­ku­tan­tów w osłu­pie­nie, któ­re za­owo­co­wa­ło ci­szą.

- Naj­pro­ściej za­ło­żyć fir­mę wy­dmusz­kę z bran­ży ko­sme­tycz­nej - rzu­cił roz­mów­ca po chwi­li mil­cze­nia i ba­daw­czo ro­zej­rzał się po sali. - Ko­sme­ty­ki mają to do sie­bie, że nie da się do­kład­nie spraw­dzić, ile wy­da­no na ba­da­nia. A poza tym moż­na sto­sun­ko­wo szyb­ko otrzy­mać do­ta­cję...

- Co ta fik­cyj­na fir­ma ko­sme­tycz­na bę­dzie pro­du­ko­wa­ła? Czyż­by na­szą che­micz­ną od­trut­kę wo­jen­ną? - za­sta­na­wiał się gło­śno Bla­ga.

- Prze­ciw­nie, coś, cze­go nikt nie po­łą­czy z od­trut­ką: elik­­­­sir mło­do­ści! In­no­wa­cyj­ny, in­te­li­gent­ny spe­cy­fik, któ­ry za­stą­pi sa­lo­ny ko­sme­tycz­ne i ga­bi­ne­ty me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej! - usły­szał oży­wio­ny głos. - Na­sze dzia­ła­nia przy­cią­gną za­in­te­re­so­wa­nie i sta­ną się za­sło­ną dym­ną dla prze­pom­po­wa­nia pie­nię­dzy z biz­ne­su do na­ukow­ców, któ­rzy do­koń­czą ba­da­nia nad od­trut­ką.

- Co się sta­nie z elik­si­rem mło­do­ści? - wy­du­kał za­sko­czo­ny Bla­ga.

- Tego pro­duk­tu ni­g­dy nie bę­dzie! Zro­bi­my ni­by­li­mi­to­wa­ną se­rię i na­rzu­ci­my nie­wy­obra­żal­nie wy­so­ką cenę. Upo­zo­ru­je­my szyb­ką wy­prze­daż w ra­mach przed­sprze­da­ży. W ten spo­sób elik­sir ni­g­dy nie tra­fi na otwar­ty ry­nek i pół­ki dro­ge­rii. A co naj­waż­niej­sze: nikt nie bę­dzie miał o to pre­ten­sji - pa­dło w od­po­wie­dzi. - Pro­ste jak pla­śnię­cie z li­ścia.

- W ży­ciu bym na to nie wpadł! - za­wo­łał roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny wi­ce­mi­ni­ster.

- A tak w ogó­le to co to za in­we­stor, któ­ry ma syp­nąć pie­niędz­mi? Skąd się wziął? Kim on wła­ści­wie jest?

- Na­zy­wa się Piotr Hajs - po­wie­dział gło­śno i wy­raź­nie ini­cja­tor spo­tka­nia.

- To ten gość z li­sty naj­bo­gat­szych?! - za­brzmia­ło py­ta­nie.

- Zga­dza się, zbież­ność na­zwisk nie­przy­pad­ko­wa. Uprze­dzam py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści: to za­ufa­ny czło­wiek. Spo­ro ra­zem prze­szli­śmy. Zna­my się od lat. Choć nie za­mie­rzam zdra­dzić mu ca­łej praw­dy o jego roli - za­pew­nił Bla­ga.

- Któ­re ośrod­ki ba­daw­cze za­an­ga­żu­je­my? - za­py­ta­no, scho­dząc z te­ma­tu in­we­sto­ra.

- In­sty­tut Ba­dań Stra­te­gicz­nych i In­sty­tut Mię­dzy­na­ro­do­wych Ba­dań Che­micz­nych. To one pro­wa­dzi­ły ba­da­nia nad od­trut­ką. Od te­raz będą wy­ko­rzy­sty­wa­ne tak­że do pro­wa­dze­nia fik­cyj­nych prac nad elik­si­rem. Oczy­wi­ście w taki spo­sób, aby ich pra­cow­ni­cy nie zo­rien­to­wa­li się w na­szych za­ku­li­so­wych za­gryw­kach - pa­dło ze stro­ny Bla­gi.

- Czy to bez­piecz­ne? Sły­sza­łem, że w In­sty­tu­cie Ba­dań Stra­te­gicz­nych jest ktoś, kto był po­dej­rze­wa­ny o wy­no­sze­nie da­nych ana­li­tycz­nych do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji ze Wscho­du. Co się sta­nie, je­śli ma­te­ria­ły do­ty­czą­ce na­sze­go taj­ne­go przed­się­wzię­cia tra­fią w ta­aakie ręce? - za­py­ta­no.

- Bez obaw, od kil­ku ty­go­dni mamy tam jed­ne­go z na­szych do­sko­na­le przy­go­to­wa­nych i do­świad­czo­nych współ­pra­cow­ni­ków: pro­fe­so­ra To­ma­sza Wty­kę, ofi­ce­ra w sta­nie spo­czyn­ku, któ­ry bacz­nie przy­glą­da się po­czy­na­niom do­no­si­cie­la. Na­tu­ral­nie, wie­dza pro­fe­so­ra w za­kre­sie ście­my z elik­si­rem i od­trut­ką bę­dzie ogra­ni­czo­na. Czy­taj: żad­na!

Rozdział I

Agniesz­ka

- Wy­jeż­dżam na kil­ka dni - po­wie­dział mój mąż bez­na­mięt­nym to­nem.

- To­masz? Kie­dy i do­kąd? Czy tym ra­zem to po­now­nie ja­kaś bli­żej nie­okre­ślo­na miej­sców­ka? Owia­na ta­jem­ni­cą służ­bo­wą data, któ­rą bę­dziesz ukry­wał przede mną, spo­wied­ni­kiem, a na­wet są­dem? A osta­tecz­nie za­bie­rzesz ją ze sobą do gro­bu? - za­py­ta­łam, nie da­jąc po so­bie po­znać, jak bar­dzo je­stem wście­kła.

- Daj spo­kój - rzekł i gło­śno wes­tchnąw­szy, do­dał: - Szu­kasz po­wo­du do woj­ny na ar­gu­men­ty, to...

- Nie szu­kam, je­stem przy­zwy­cza­jo­na do sa­mot­no­ści. Bar­dzo ją so­bie ce­nię. Uwiel­biam sy­tu­acje, gdy wszyst­ko zo­sta­je na mo­jej gło­wie - prze­rwa­łam mu, da­jąc do zro­zu­mie­nia, co jest przy­czy­ną mo­jej re­ak­cji. - W koń­cu całe ży­cie za­wo­do­we spę­dzi­łeś w roz­jaz­dach i da­wa­łam radę. Dla­cze­go te­raz mia­ło­by być ina­czej?

- Za­wsze po­wta­rza­łaś, że lu­bisz wszyst­ko mieć pod kon­tro­lą i nie zno­sisz ogra­ni­czeń w po­sta­ci mo­je­go zda­nia. - Za­ak­cen­to­wał sło­wo "kon­tro­la", pa­trząc prze­cią­gle i z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie będę się wda­wa­ła w dal­szą dys­ku­sję. Uwła­cza mi to - po­now­nie da­łam wy­raz temu, jak bar­dzo ne­ga­tyw­nie na mnie od­dzia­łu­je.

- Odłóż­my tę roz­mo­wę na póź­niej. Spie­szę się do pra­cy - usły­sza­łam i nim się spo­strze­głam i po­spie­szy­łam z ri­po­stą, To­masz za­mknął za sobą drzwi wyj­ścio­we.

Ma­jąc ocho­tę dać uj­ście zło­ści, wy­bie­głam na dwór z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Chcia­łam go do­go­nić i się na nie­go rzu­cić. Nie­ste­ty, spóź­ni­łam się - za­nim go do­pa­dłam, od­je­chał z pi­skiem opon. Od­wró­ci­łam się i po­pa­trzy­łam z za­chwy­tem na na­sze nowe gniazd­ko pod mia­stem, gdzie prze­nie­śli­śmy się dwa mie­sią­ce temu z War­sza­wy. Bu­dy­nek miał pro­stą bry­łę, któ­ra w kon­struk­cji skry­wa­ła dwa pię­tra. Do tego pięk­ne drew­nia­ne okien­ni­ce po­ma­lo­wa­ne na ciem­no­zie­lo­no, po­dob­nie zresz­tą jak dach. Front po­sia­dło­ści ozda­bia­ły pro­ste ko­lum­ny, nad któ­ry­mi umiesz­czo­ny był nie­wiel­ki bal­kon. Przy­po­mi­nał ten, na któ­rym Ju­lia w We­ro­nie kon­wer­so­wa­ła z Ro­meo. Nie­ste­ty, wbrew pięk­nu i oka­za­ło­ści oraz moim ma­rze­niom, ten dom wca­le nie tęt­nił ra­do­ścią. A ze mnie taka Ju­lia, jak z mo­je­go męża Ro­meo. Żad­na.

Skąd to sko­ja­rze­nie? Ko­cha­łam Wło­chy. Za­nim się tu­taj osie­dli­li­śmy, chcia­łam w każ­dy week­end prze­ista­czać się w ty­po­wą pol­sko-wło­ską ma­muś­kę. Sku­piać się wy­łącz­nie na do­bro­sta­nie bli­skich i przy­ja­ciół. W tym celu ku­pi­łam mnó­stwo ksią­żek z prze­pi­sa­mi ku­li­nar­ny­mi i wy­myśl­nych na­czyń do ser­wo­wa­nia. Pla­no­wa­łam urzą­dzać pik­ni­ki i przy­ję­cia, pie­lę­gno­wać ogród i przy­do­mo­wy wa­rzyw­nik, zaj­mo­wać się ro­bie­niem na­le­wek, go­to­wa­niem ma­ka­ro­nów i cięż­kich, ka­lo­rycz­nych so­sów w oka­za­łych garn­kach. Chcia­łam pa­lić w ko­min­ku, do­glą­dać po­rząd­ków, spraw­dzać sta­ny za­pa­sów. Na­wet je­śli mu­sia­ła­bym oszu­ki­wać sie­bie, bli­skich i przy­ja­ciół, że wszyst­ko jest o wie­le pięk­niej­sze niż po­nu­ra rze­czy­wi­stość.

Praw­da była taka, że na­sze mał­żeń­stwo nie na­le­ża­ło do naj­szczę­śliw­szych. Ży­li­śmy ra­zem, choć zu­peł­nie osob­no. Łu­dzi­łam się jed­nak, że to jesz­cze nie ko­niec, że jesz­cze od­wró­ci­my złą kar­tę. Tym­cza­sem po dwóch mie­sią­cach od prze­pro­wadz­ki wszyst­ko było po sta­re­mu. Do­kład­nie tak, jak wów­czas, gdy miesz­ka­li­śmy, a ra­czej wza­jem­nie się mi­ja­li­śmy w drzwiach sta­re­go miesz­ka­nia w ka­mie­ni­cy na Mo­ko­to­wie. Bo To­masz ni­g­dy nie miał za­cię­cia do rze­czy przy­ziem­nych. Był ty­po­wym na­ukow­cem. Świat na­ma­cal­ny le­żał poza ob­sza­rem jego za­in­te­re­so­wań. W zle­wie mo­gły pię­trzyć się na­czy­nia, po pod­ło­dze bie­gać mrów­ki, a w po­wie­trzu uno­sić się dro­bi­ny ku­rzu jak gę­sta mgła. Dla wiecz­nie nie­obec­ne­go du­chem To­ma­sza wa­run­kiem brze­go­wym każ­de­go lo­kum był duży ga­bi­net, w któ­rym skła­do­wał do­ku­men­ty i książ­ki. Nie wspo­mi­na­jąc o sta­rym, so­lid­nym biur­ku, któ­re odzie­dzi­czył po dziad­ku - przed­wo­jen­nym woj­sko­wym pro­fe­so­rze.

Za to ja, Agniesz­ka Skok-Wty­ka, żona te­goż pana, by­łam jego prze­ci­wień­stwem: am­bit­ną per­fek­cjo­nist­ką, pną­cą się po szcze­blach ka­rie­ry w świe­cie biz­ne­su. Ode­bra­łam su­ro­we wy­cho­wa­nie, więc ni­g­dy nie po­zwa­la­łam so­bie na błę­dy i nie­do­pa­trze­nia - tak w domu, jak i w pra­cy wszyst­ko mu­sia­ło być do­pię­te i ukoń­czo­ne z suk­ce­sem.

Ostat­nio wy­ma­ga­łam od To­ma­sza jesz­cze mniej niż za­zwy­czaj. Wła­śnie zmie­nił pra­cę. Po osiem­na­stu la­tach w woj­sku i zdo­by­ciu stop­nia pro­fe­so­ra ty­tu­lar­ne­go zde­cy­do­wał o przej­ściu do świa­ta cy­wil­ne­go. Jako eme­ryt od tej je­sie­ni miał się zaj­mo­wać pro­jek­ta­mi ba­daw­czy­mi w In­sty­tu­cie Ba­dań Stra­te­gicz­nych. Nie by­łam na­iw­na i wie­dzia­łam, że doj­rza­łe­go trzy­dzie­sto­ośmio­let­nie­go fa­ce­ta nie da się zmie­nić. Mimo wszyst­ko w głę­bi du­szy li­czy­łam, że trans­for­ma­cja za­wo­do­wa ko­rzyst­nie wpły­nie na rytm ży­cia ro­dzi­ny. A już z pew­no­ścią zwie­lo­krot­ni jego obec­ność w domu.

Peł­ne go­ry­czy i żalu roz­my­śla­nia prze­rwał zim­ny po­dmuch wia­tru. Po­sta­no­wi­łam jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu i ko­rzy­sta­jąc z wol­ne­go z ty­tu­łu od­bio­ru nad­go­dzin, zmie­rzyć się ze zwy­kłą, sza­rą co­dzien­no­ścią.

*

W po­ko­ju mo­jej cór­ki We­ro­ni­ki, a pa­sier­bi­cy To­ma­sza, pa­no­wał so­lid­ny nie­ład. Lu­bi­łam ją uspra­wie­dli­wiać. Tłu­ma­czy­łam, że jest to tak zwa­ny twór­czy ba­ła­gan. Pa­mię­ta­łam do­sko­na­le z dzie­ciń­stwa, że sama rów­nież nie lu­bi­łam sprzą­tać. Wy­da­wa­ło mi się to bez­ce­lo­we. Za­bie­ra­ło czas, któ­ry mógł­by być po­świę­co­ny na inne roz­ryw­ki, jak sport lub książ­ki. O jak­że ja ko­cha­łam ro­wer, bie­ga­nie, a na­wet ska­ka­nie na ska­kan­ce. Do tego czy­ta­łam jak sza­lo­na. Wszyst­ko, co wpa­dło mi w ręce. Na samą myśl, jak pod­kra­da­łam ro­dzi­com lek­tu­ry dla do­ro­słych, uśmiech­nę­łam się do sie­bie. A jed­nak po chwi­li roz­rzew­nie­nia wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciń­stwa ze­szłam na zie­mię. Nie z wła­snej woli, lecz z po­wo­du za­sta­na­wia­ją­cych oko­licz­no­ści. Prze­glą­da­jąc sza­fę w po­szu­ki­wa­niu rze­czy do pra­nia, na­tra­fi­łam na po­pla­mio­ne je­an­sy. Wło­ży­łam dło­nie do kie­sze­ni, aby wy­rzu­cić mo­ne­ty i inne przed­mio­ty.

- We­ro­ni­ka­aa! - krzyk­nę­łam zszo­ko­wa­na, na­ty­ka­jąc się na zmię­to­lo­ny zwi­tek, któ­ry przy­po­mi­nał pa­pier to­a­le­to­wy z li­ść­mi her­ba­ty umiesz­czo­ny­mi we­wnątrz. - Chodź na­tych­miast!!! - wrza­snę­łam jesz­cze gło­śniej niż po­przed­nio.

- Iii­dę! - ode­zwa­ła się i w mgnie­niu oka sta­nę­ła przede mną, pa­trząc na trzy­ma­ne­go w dło­niach pa­pie­ro­sa, a ra­czej jego reszt­ki.

- Skąd to się wzię­ło? - za­ata­ko­wa­łam, pa­trząc na brud­ne je­an­sy, któ­re trzy­ma­łam w dło­niach.

- Z no­co­wan­ki - uspra­wie­dli­wia­ła się za­sko­czo­na cór­ka.

- Wiesz, ile kosz­tu­ją za­bie­gi na cerę znisz­czo­ną przez pa­pie­ro­sy, al­ko­hol i nar­ko­ty­ki?! - Tyl­ko to w tej chwi­li przy­szło mi do gło­wy. - Je­śli nie wiesz, to ci po­wiem. A po­tem roz­ka­żę to na­pi­sać fla­ma­strem na kart­ce i po­wie­sić na ta­bli­cy kor­ko­wej nad two­im biur­kiem. Je­śli nie po­skut­ku­je, za­rzą­dzę, że ko­niec z no­co­wan­ka­mi.

- Sko­ro to zna­la­złaś, to zna­czy, że nie za­pa­li­łam... - usły­sza­łam w od­po­wie­dzi i po­czu­łam na so­bie prze­ni­kli­we spoj­rze­nie cór­ki, któ­ra za­czę­ła lu­stro­wać moją cerę. - A tak w ogó­le to dla­cze­go mó­wisz o za­bie­gach na twarz? Coś z tobą nie tak? Prze­cież cał­kiem nie­źle wy­glą­dasz jak na oso­bę wie­ko­wą. Na do­da­tek po przej­ściach z mę­żem i ży­ją­cą w stre­sie z po­wo­du wy­rod­ne­go dziec­ka... O co tak na­praw­dę cho­dzi?

- O to, z czym wią­żą się używ­ki - wes­tchnę­łam, wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi.

- Nie pa­ni­kuj - po­wie­dzia­ła moja roz­mów­czy­ni. - Nie wol­­­­no pa­lić i nie będę! Nie chcę się przed­wcze­śnie ze­sta­rzeć jak ty i inne doj­rza­łe ko­bie­ty! Idę na spa­cer!

- Tak rano? - zdzi­wi­łam się.

- No, spa­ce­ry to zdro­wie! To two­je sło­wa! - wy­tłu­ma­czy­ła.

We­ro­ni­ka była krnąbr­na i upar­ta. Po­dob­nie jak jej bio­lo­gicz­ny oj­ciec - Piotr Hajs. Od lat pró­bo­wa­łam wy­ma­zać tego czło­wie­ka z pa­mię­ci, co nie­ste­ty, z uwa­gi na róż­ne oko­licz­no­ści, gra­ni­czy­ło z cu­dem. Po pierw­sze, sta­le wi­dzia­łam jego ob­raz w oczach wła­sne­go, uko­cha­ne­go dziec­ka. Po dru­gie to, kim był i co ro­bił, nie po­zwa­la­ło raz a do­brze scho­wać, a na­stęp­nie za­mknąć go w szu­fla­dzie z na­pi­sem "prze­szłość".

Za­da­nia nie uła­twia­ło, że nie­gdyś jako czyn­ny po­li­tyk, a te­raz jako mi­lio­ner z li­sty naj­bo­gat­szych Po­la­ków, po­ja­wiał się na gło­śnych wy­da­rze­niach. Me­dia skrzęt­nie je re­la­cjo­no­wa­ły. Uni­ka­łam ta­kich in­for­ma­cji jak ognia. Nie mia­łam ocho­ty na mie­rze­nie się z ja­kim­kol­wiek prze­ja­wem jego obec­no­ści w świe­cie ży­wych. Nie za­wsze się to uda­wa­ło.

Gdy upew­ni­łam się, że drzwi za cór­ką się za­trza­snę­ły i zo­sta­łam w domu sama, ze­szłam po scho­dach do kuch­ni. Wy­ję­łam za­pal­nicz­kę i za­pa­li­łam pa­pie­ro­sa, a ra­czej jego po­zo­sta­ło­ści. Roz­ko­szo­wa­łam się wde­chem i wy­de­chem, za­cią­gnię­ciem i wy­pusz­cze­niem dymu. Znu­dzo­na, po­de­szłam do kre­den­su z kie­lisz­ka­mi i wy­ję­łam naj­więk­szy pu­char. Wy­peł­ni­łam na­czy­nie po brze­gi czer­wo­nym wi­nem. Prze­mknę­łam do ła­zien­ki. Po­pa­la­łam i po­pi­ja­łam tru­nek, od cza­su do cza­su od­kła­da­jąc pa­pie­ro­sa i kie­li­szek na umy­wal­kę, aby dłoń­mi po­roz­cią­gać po­licz­ki. W koń­cu za­czę­łam po­wta­rzać na głos sa­mo­gło­ski: "a, o, i, y, u...". To ćwi­cze­nie mia­ło mieć zba­wien­ny wpływ na ela­stycz­ność skó­ry.

Ni z tego, ni z owe­go na­pły­nę­ły wspo­mnie­nia sprzed wie­lu lat, gdy mia­łam ide­al­ną cerę. Z cza­sów, gdy ja i prze­klę­ty Piotr za­czę­li­śmy się spo­ty­kać. Na­sza zna­jo­mość na­zna­czo­na zo­sta­­ła zra­nie­niem tych, z któ­ry­mi wte­dy by­li­śmy. Ja pew­nie bym od­pu­ści­ła, ale Piotr oka­zał się zde­ter­mi­no­wa­ny i prze­ko­nu­ją­cy. Nie mo­głam się oprzeć i po­pły­nę­łam. Za­mknę­łam oczy, a ob­raz­ki z prze­szło­ści za­la­ły moją du­szę...

To było lato sprzed po­nad de­ka­dy, gdy spę­dzi­li­śmy dwa ty­go­dnie na Ma­zu­rach. W ma­łym, ka­me­ral­nym ho­te­lu w Mi­ko­łaj­kach. Wy­jazd był szarp­nię­ciem fi­nan­so­wym, ale nie ża­ło­wa­li­śmy wy­dat­ku. Do­świad­czy­li­śmy w tam­tym miej­scu wie­lu upoj­nych chwil. Pa­mię­ta­łam, jak pew­ne­go dnia Piotr za­brał mnie na wy­ciecz­kę stat­kiem z Mi­ko­ła­jek do Rynu. Pod­czas rej­su wy­zię­bi­li­śmy się, bo po­mi­mo tego, że świe­ci­ło słoń­ce, su­ro­wy wiatr sma­gał po twa­rzach. Na lą­dzie mie­li­śmy oko­ło dwóch go­dzin wol­ne­go, a póź­niej że­glu­ga pla­no­wa­ła po­wrót. Nie ma­jąc nic cie­ka­we­go do ro­bo­ty, po­szli­śmy do przy­brzeż­nej re­stau­ra­cji, aby wy­pić po drin­ku i roz­grzać się przed po­wro­tem. I rze­czy­wi­ście nas roz­grza­ło. Tyle że ero­tycz­nie. Nie do wy­trzy­ma­nia.

Piotr wpadł na po­mysł, aby­śmy wy­bra­li się do Zam­ku Ryn i wy­na­ję­li po­kój na go­dzi­ny, co oczy­wi­ście było nie­moż­li­we. W tej sy­tu­acji wy­na­ję­li­śmy go na całą dobę, a do Mi­ko­ła­jek wró­ci­li­śmy na­stęp­ne­go dnia in­nym rej­sem. Nie mie­li­śmy ze sobą ubrań na zmia­nę ani przy­bo­rów to­a­le­to­wych. Nie sta­no­wi­ło to pro­ble­mu, bo i tak przez wie­le go­dzin nie ro­bi­li­śmy nic in­ne­go poza ko­cha­niem się. W każ­dym moż­li­wym miej­scu tego po­ko­ju, z wy­ko­rzy­sta­niem każ­de­go moż­li­we­go sprzę­tu. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łam te­raz ho­ry­zont je­zio­ra, wi­docz­ny z po­ko­ju, któ­ry wy­na­ję­li­śmy. Zza tego ho­ry­zon­tu wy­ła­nia­ło się po­ran­ne słoń­ce, ską­pa­ne we wszyst­kich moż­li­wych od­cie­niach różu i po­ma­rań­czu. Na­wet ten spek­ta­ku­lar­ny wi­dok nie był w sta­nie prze­bić szczę­ścia i mi­ło­ści, któ­rą dzie­li­li­śmy. Ufni jak nie­opie­rze­ni li­ce­ali­ści. Na­pę­dza­ni ma­rze­nia­mi o przy­szło­ści. Nie­po­praw­nie opty­mi­stycz­ni. Na­iw­nie peł­ni na­dziei. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy zbyt wie­le do tego, aby uno­sić się kil­ka cen­ty­me­trów nad zie­mią.

A póź­niej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Nie tyl­ko na gor­sze, ale wręcz dra­ma­tycz­nie po­sęp­ne i smut­ne. Stop. Nie ma co tra­cić ener­gii na czło­wie­ka, któ­ry się­gnął mo­ral­ne­go dna. Po­pa­trzy­łam po­now­nie w lu­stro. Ku­rze łap­ki, lwia zmarszcz­ka, li­nie ma­rio­net­ki... - oce­nia­łam kry­tycz­nie w my­ślach swój wy­gląd.

- Cho­le­ra ja­sna! Tyle szma­lu zo­sta­wiam w sa­lo­nach ko­sme­tycz­nych i to wszyst­ko na nic! Je­dy­ny ra­tu­nek w tym, że kie­dyś wy­naj­dą ja­kiś cu­dow­ny elik­sir mło­do­ści! Niech się sta­nie! - krzyk­nę­łam, a z rąk wy­padł mi pu­char z wi­nem i roz­trza­skał się w drob­ny mak.

Po­my­śla­łam, że roz­bi­te szkło zwia­stu­je szczę­ście. Tyl­ko cie­ka­we w czym?

Piotr

Nie wi­dzie­li­śmy się od lat, ale go­oglo­wa­łem Agniesz­kę cał­kiem re­gu­lar­nie. Do­brze, że jest in­ter­net. Gdy­by nie było mi dane jej oglą­dać choć­by z da­le­ka, daw­no za­si­lił­bym sze­re­gi czub­ków. W sie­ci znaj­do­wa­ło się mnó­stwo ak­tu­al­nych zdjęć, wy­ko­na­nych na oko­licz­ność jej po­czy­nań za­wo­do­wych. Nic dziw­ne­go, w koń­cu była dy­rek­to­rem ds. mar­ke­tin­gu w jed­nej z wio­dą­cych firm far­ma­ceu­tycz­nych. Ni­g­dy nie mo­głem się na­pa­trzeć na jej dłu­gie, ja­sne wło­sy, spły­wa­ją­ce ka­ska­dą po ple­cach. Za­uwa­ży­łem, że na rau­tach za­zwy­czaj mia­ła na so­bie wie­czo­ro­we suk­nie i dość moc­ny ma­ki­jaż. Te­raz wy­da­wa­ła się jesz­cze pięk­niej­sza niż nie­gdyś. Uwa­ża­łem, że z wie­kiem jej uro­da na­bra­ła szla­chet­no­ści. Za­rów­no ona, jak i ja mie­li­śmy po czter­dzie­ści dwa lata, ale pa­trząc na fot­ki pra­so­we, od­no­si­łem wra­że­nie, że jest tą samą mło­dą, roz­ga­da­ną, re­zo­lut­ną dziew­czy­ną. Pod­czas gdy ja sta­łem się doj­rza­łym fa­ce­tem w sile wie­ku. Z uro­dą nad­gry­zio­ną przez ząb cza­su. Zresz­tą jaki ząb?! Ostry, nie­ubła­ga­ny, bez­względ­ny kieł ma­mu­ta!

Agniesz­ka była je­dy­nacz­ką z tak zwa­ne­go do­bre­go domu. Jej mat­ka pra­co­wa­ła w in­sty­tu­cjach pań­stwo­wych, a oj­ciec był pro­fe­so­rem. Ma­rzy­li o zię­ciu, któ­ry bę­dzie przy­sta­wał do ro­dzi­ny. Naj­le­piej z ko­nek­sja­mi w świe­cie le­kar­skim lub praw­ni­czym. No, ewen­tu­al­nie mógł być na­ukow­cem, bo choć to nie za­ję­cie in­trat­ne fi­nan­so­wo, to jed­nak pre­sti­żo­we. Tym­cza­sem by­łem sy­nem kraw­co­wej i sto­la­rza, uro­dzo­nym i wy­cho­wa­nym w wie­lo­dziet­nej ro­dzi­nie. Na do­da­tek w ma­łej, za­py­zia­łej miej­sco­wo­ści na po­łu­dniu Pol­ski. Zdol­ny i po­my­sło­wy, ale w ich prze­ko­na­niu wciąż nie­wy­star­cza­ją­co do­bry. Dla­te­go pra­co­wa­łem jak osza­la­ły, aby udo­wod­nić ca­łe­mu świa­tu, że na nią za­słu­gu­ję, bo je­stem w sta­nie za­pew­nić jej ży­cie na ta­kim po­zio­mie, o ja­kim na­wet nie śni­ła i nie ma­rzy­ła.

Nie­ste­ty, wir ka­rie­ry i suk­ce­sów wcią­gnął mnie zbyt moc­no. Na mój brak doj­rza­ło­ści i bą­bel­ki szam­pa­na, któ­rym za­pi­ja­łem pierw­sze suk­ce­sy za­wo­do­we, na­ło­żył się po­waż­ny kon­flikt z ro­dzi­ca­mi Agniesz­ki. Nie po­tra­fi­łem od­po­wied­nio ro­ze­grać spra­wy, gdy przy­pad­kiem sta­łem się świad­kiem roz­mo­wy o smut­nej i przy­bi­ja­ją­cej ta­jem­ni­cy ro­dzin­nej, któ­rą za­ta­ili przed cór­ką. Jej oj­ciec, któ­re­go od po­cząt­ku zna­jo­mo­ści czci­ła i sta­wia­ła mi za wzór, wca­le nie był żad­nym świę­tym, lecz zdra­dza­ją­cym mat­kę na pra­wo i lewo roz­pust­ni­kiem. Owo­cem jego roz­wią­zło­ści po­zo­sta­wa­ło dziec­ko po­za­mał­żeń­skie, więc Agniesz­ka nie była w rze­czy­wi­sto­ści je­dy­nacz­ką, choć nie mia­ła o tym po­ję­cia.

Wie­dząc, że nie mam szans na po­ro­zu­mie­nie się z oj­cem i mat­ką uko­cha­nej, któ­rzy za­czę­li mnie szan­ta­żo­wać znisz­cze­niem ka­rie­ry, je­śli ujaw­nię to, co pod­słu­cha­łem w ich roz­mo­wie, osta­tecz­nie usu­ną­łem się w cień. Zo­sta­wi­łem Agniesz­kę, chcąc, by była szczę­śli­wa i uło­ży­ła so­bie ży­cie z kimś, kto być może rzu­ci jej świat do stóp i przy­czy­ni się do har­mo­nij­nych re­la­cji w ro­dzi­nie. Zro­bi­łem to z po­twor­nym bó­lem ser­ca, po­nie­waż mu­sia­łem od­su­nąć się wów­czas tak­że od mo­jej ma­ło­let­niej cór­ki We­ro­ni­ki, ale na tam­ten mo­ment wy­da­ło mi się to je­dy­nym moż­li­wym wyj­ściem.

Po kil­ku la­tach, gdy by­łem u szczy­tu ka­rie­ry, zy­ska­łem na od­wa­dze i doj­rza­łem na tyle, że chcia­łem na­pra­wić błąd z prze­szło­ści. Tli­ła się we mnie iskra na­dziei, że Agniesz­ka po­da­ru­je mi dru­gą szan­sę. Po­zwo­li się wy­tłu­ma­czyć i wy­ba­czy mi­nio­ne cza­sy. Chcia­łem wy­znać, że nie po­tra­fię bez niej żyć. Że ją ko­cham i ni­g­dy nie prze­sta­nę, a wszyst­ko, co­kol­wiek bym zro­bił, nie ma dla mnie bez niej sen­su. Nie mia­ło zna­cze­nia, czy od razu uwie­rzy w moje sło­wa, czy będę mu­siał po­wta­rzać je po ty­siąc­kroć.

Wte­dy, nie znaj­du­jąc in­ne­go punk­tu od­nie­sie­nia, zde­cy­do­wa­łem, że po­szu­kam so­jusz­ni­ka w jej znie­na­wi­dzo­nych ro­dzi­cach. Mia­łem pie­nią­dze i po­pu­lar­ność, sta­łem się sza­no­wa­nym czło­wie­kiem, któ­ry mógł za­pew­nić ich cór­ce na­praw­dę wie­le. Po­trze­bo­wa­łem wspar­cia, na­wet je­śli nie uwa­ża­łem ich za war­to­ścio­wych lu­dzi. Wbrew moim oba­wom zo­bo­wią­za­li się prze­ka­zać Agniesz­ce za­pro­sze­nie na spo­tka­nie.

Mia­ło się od­być na neu­tral­nym grun­cie - na ryn­ku w Kra­ko­wie. Ku­pi­łem set­ki czer­wo­nych róż i cze­ka­łem po­nad go­dzi­nę w wy­zna­czo­nym miej­scu. Czas dłu­żył się, a ona wciąż nie przy­cho­dzi­ła. Pa­dał deszcz i po­cząt­ko­wo my­śla­łem, że skry­ła się w któ­rejś z po­bli­skich ka­wiar­ni. Przy­szło mi tak­że do gło­wy, że roz­ła­do­wał się jej te­le­fon albo w piw­ni­cach knaj­pek nie ma za­się­gu. Po dwóch go­dzi­nach wy­cze­ki­wa­nia, prze­mok­nię­ty do su­chej nit­ki i osza­la­ły z tę­sk­no­ty i mi­ło­ści, za­czą­łem wcho­dzić do wszyst­kich oko­licz­nych lo­ka­li. Go­rącz­ko­wo wy­pa­try­wa­łem jej za­rów­no w tłu­mie, jak i w twa­rzy każ­de­go po­je­dyn­cze­go czło­wie­ka.

W koń­cu mu­sia­łem spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Nie od­na­la­złem jej, bo nie przy­szła. Roz­go­ry­czo­ny i po­zba­wio­ny na­dziei, nie ba­cząc na to, że je­stem zna­nym po­li­ty­kiem i roz­po­zna­wal­ną oso­bą pu­blicz­ną, ci­sną­łem na­rę­czem kwia­tów o zie­mię. Zro­bi­łem to na tyle moc­no, że z czę­ści z nich ode­rwa­ły się łeb­ki, a z czę­ści po­sy­pa­ły płat­ki. Na­stęp­nie sta­ną­łem na znisz­czo­nych ro­śli­nach obu­nóż i za­czą­łem z ca­łej siły wdep­ty­wać je w mo­kry i po­kry­ty bło­tem chod­nik.

Nie po­ma­ga­ło.

I na­gle wszyst­ko, co mnie ota­cza­ło, sta­ło się obo­jęt­ne. Jak ostat­ni idio­ta uklą­kłem na kwia­tach i za­czą­łem wyć. Moim cia­łem wstrzą­sa­ły na prze­mian dresz­cze i kon­wul­sje, nad któ­ry­mi nie by­łem w sta­nie za­pa­no­wać. Póź­niej snu­łem się i błą­dzi­łem przez wie­le go­dzin po noc­nych, za­mglo­nych uli­cach Kra­ko­wa, szu­ka­jąc choć­by cie­nia Agniesz­ki.

Na próż­no.

Po kil­ku ty­go­dniach od wspól­nych zna­jo­mych do­wie­dzia­łem się, że ko­bie­ta mo­je­go ży­cia w tym fe­ral­nym dniu zo­sta­ła szczę­śli­wą żoną To­ma­sza Wty­ki - woj­sko­we­go na­ukow­ca z dzie­dzi­ny che­mii. Tra­fił mnie szlag, i to na tyle moc­no, że z per­spek­ty­wy cza­su dzię­ko­wa­łem Bogu, iż nie ubra­no mnie wte­dy, gdy po­pa­dłem w szał, w bia­ły ka­ftan.

Te­raz, po obej­rze­niu fo­tek z wczo­raj, z ja­kie­goś ban­kie­tu, na któ­rym była Agniesz­ka, nie wy­trzy­ma­łem. Ko­rzy­sta­jąc z nie­obec­no­ści mo­jej kon­ku­bi­ny Ka­ro­li­ny, na­la­łem so­bie kil­ka szkla­ne­czek whi­sky i od­pa­li­łem te­le­wi­zję, aby obej­rzeć w spo­ko­ju wia­do­mo­ści. Mia­łem na­dzie­ję, że po­mo­że mi się to wy­ci­szyć, a przede wszyst­kim od­ciąć od wspo­mnień. A jed­nak, mimo wszyst­ko, zo­sta­łem zdo­mi­no­wa­ny przez wy­kań­cza­ją­ce za­jaw­ki z prze­szło­ści. Tym ra­zem z cza­su, gdy z Agniesz­ką wy­bra­li­śmy się na week­end do Lidz­bar­ka War­miń­skie­go.

We­ro­ni­ka była wte­dy bar­dzo mała, mia­ła kil­ka la­tek. Nie mie­li­śmy jej z kim zo­sta­wić. Pa­dło na mo­ich, ży­ją­cych jesz­cze wów­czas, ro­dzi­ców. Ro­dzi­ce Agniesz­ki, za­ję­ci wła­sny­mi spra­wa­mi to­wa­rzy­ski­mi, ni­g­dy nie mie­li dla niej cza­su.

Mat­ka nie po­sia­da­ła się z ra­do­ści, gdy ją przy­wio­złem do na­sze­go skrom­ne­go miesz­ka­nia. A my zy­ska­li­śmy całe dwa i pół dnia na wy­po­czy­nek. Na wspo­mnie­nie tam­tych chwil za­mkną­łem oczy. Jak ja wte­dy dzię­ko­wa­łem Bogu, że Agniesz­ka wy­bra­ła wła­śnie mnie. Była naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą w ho­te­lu, na ba­se­nie, w spa i na uli­cach mia­stecz­ka. Wy­da­wa­ło mi się, że spa­ce­ru­ję pod rękę z gwiaz­dą ro­dem z Hol­ly­wo­od. Cho­ciaż nie! Gwiaz­dy z Hol­ly­wo­od mo­gły w tam­tych cza­sach Agniesz­ce czy­ścić je­dy­nie buty! Nikt i nic nie rów­na­ło się z jej nie­ziem­ską uro­dą i sil­ną, bo­ga­tą oso­bo­wo­ścią...

Nie. Tego było zbyt wie­le. Wspo­mnie­nia mnie kie­dyś wy­koń­czą. Za­mach­ną­łem się i ci­sną­łem z ca­łej siły pu­stą szklan­ką po whi­sky w śnież­no­bia­łą ścia­nę. Szkło roz­trza­ska­ło się, roz­sy­pu­jąc po pod­ło­dze i oko­licz­nych sprzę­tach.

- Niech to szlag! - wrza­sną­łem i opa­dłem na ka­na­pę, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

Na­stęp­ne­go dnia by­łem umó­wio­ny z Ar­tu­rem Bla­gą, przy­ja­cie­lem ze sta­rych cza­sów, któ­re zwa­łem w my­ślach "cza­sa­mi Agniesz­ki". Wie­dzia­łem, że mu­szę coś wy­my­ślić, naj­le­piej w ra­mach re­ali­zo­wa­ne­go de­alu po­li­tycz­ne­go i biz­ne­so­we­go. Nie­za­leż­nie od tego, jak wy­so­ka bę­dzie staw­ka w tej grze i na ja­kie na­ra­zi mnie ry­zy­ko. Trze­ba prze­rwać sza­leń­stwo, któ­re do­pa­da­ło mnie za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko zbyt dłu­go kon­cen­tro­wa­łem się na tej ko­bie­cie. A dzia­ło się to co­raz czę­ściej. W spo­sób, któ­ry nisz­czył ży­cie mnie i moim bli­skim.

*

- Wi­taj, jak in­te­re­sy? - po­wie­dział bez ce­re­gie­li i kur­tu­azji Ar­tur Bla­ga, roz­sia­da­jąc się wy­god­nie w moim biu­rze, miesz­czą­cym się w jed­nym z re­no­mo­wa­nych dra­pa­czy chmur w cen­trum War­sza­wy.

- Do­sko­na­le. For­mal­no­ści do­gra­ne. Fir­ma za­ło­żo­na. Ka­pi­tał wpła­co­ny. Wnio­ski o do­fi­nan­so­wa­nia przy­go­to­wa­ne. Mu­szę je­dy­nie do­piąć spra­wy pod wzglę­dem ka­dro­wym - od­po­wie­dzia­łem z wła­ści­wą dla sie­bie pew­no­ścią, po czym, ski­nąw­szy gło­wą w kie­run­ku bar­ku wbu­do­wa­ne­go w jed­ną ze ścian ga­bi­ne­tu, za­gad­ną­łem: - Na­pi­jesz się?

- Przy­wiózł mnie kie­row­ca. Nie mu­szę być trzeź­wy - za­ko­mu­ni­ko­wał.

- Nie ma jak tor­fo­wa... - Upi­łem łyk whi­sky.

- Tor­fo­wa, nie tor­fo­wa... Do­brze mieć za­moż­nych zna­jo­mych - prze­rwał mi.

- Je­śli chcia­łeś mnie po­łech­tać, uda­ło ci się - po­wie­dzia­łem. - A te­raz coś z in­nej baj­ki: sko­ro wy­kła­dam po­waż­ną for­sę, uczest­ni­czę w za­awan­so­wa­nym i pół­le­gal­nym knu­ciu i spi­sko­wa­niu, nie ma­jąc tak na­praw­dę do­stę­pu do ją­dra wie­dzy, chciał­bym po­sta­wić choć­by mi­ni­mal­ne wa­run­ki...

- O co kon­kret­nie cho­dzi? - za­py­tał, pa­nicz­nie bo­jąc się no­wych ini­cja­tyw.

- Chcę, aby mar­ke­tin­giem elik­si­ru mło­do­ści za­ję­ła się Agniesz­ka Skok-Wty­ka. - Wbi­łem w osłu­pie­nie mo­je­go roz­mów­cę. - Ma na tym za­ro­bić kwo­tę, o ja­kiej na­wet by nie po­my­śla­ła. Ani nie śni­ła.

- Pier­do­lisz?! - krzyk­nął Bla­ga. - Po moim tru­pie!

- Tyl­ko ona jest w sta­nie spra­wić, że uli­ce i środ­ki ma­so­we­go prze­ka­zu zo­sta­ną za­la­ne in­for­ma­cja­mi o elik­si­rze! Jest naj­lep­sza!

- Jak so­bie wy­obra­żasz po­spi­na­nie taj­nych za­mie­rzeń z otwar­tym i nie­mal­że prze­zro­czy­stym ryn­kiem far­ma­ceu­tycz­nym?! Czy to, co się sta­ło lata temu, wy­pa­ro­wa­ło ci z pa­mię­ci jak po­ran­na rosa w Ta­trach?! A je­śli tym ra­zem ma­riaż uczuć wzglę­dem Agniesz­ki i spraw ran­gi pań­stwo­wej skoń­czy się po­dob­nie?! - za­rzu­cił mnie py­ta­nia­mi Bla­ga, a na­stęp­nie, sta­ra­jąc się na­kło­nić do zmia­ny zda­nia, do­dał: - Jest ta­kie po­wie­dze­nie, że nie na­le­ży dwa razy po­wta­rzać tych sa­mych błę­dów...

- Jest też ta­kie, że praw­dzi­we uczu­cie ni­g­dy nie prze­mi­ja - za­śmia­łem się. - I wiesz co? Je­steś ja­kiś zner­wi­co­wa­ny... bla­dy... zmę­czo­ny... Przy­ja­ciel ma win­ni­cę w Ka­li­for­nii. Mnó­stwo po­koi, pięk­ne wi­do­ki i tym po­dob­ne spra­wy. Dzie­ci z pew­no­ścią ucie­szy­ła­by wi­zy­ta w Uni­ver­sal Stu­dios... Za­ła­twić ci bi­le­ty wstę­pu?

Wie­dzia­łem, że Bla­ga jako mąż nie­pra­cu­ją­cej żony i oj­ciec piąt­ki dzie­ci ni­g­dy nie mógł­by po­zwo­lić so­bie na tego typu wy­jazd. Nie czu­łem się zbyt do­brze, pro­po­nu­jąc mu to mało etycz­ne roz­wią­za­nie, ale dla mo­ich pla­nów zwią­za­nych z Agniesz­ką po­pro­wa­dził­bym Bla­gę i jego ro­dzi­nę pod rękę wprost do sa­me­go dia­bła. Na tacy, na tacz­ce, na tar­czy.

- Wy­ra­żam zgo­dę na za­an­ga­żo­wa­nie Agniesz­ki w pra­ce, ale z za­cho­wa­niem naj­wyż­sze­go stop­nia po­uf­no­ści. Ona nie ma pra­wa wie­dzieć o dru­gim dnie. - Bla­ga zmiękł. - Aha, i jesz­cze jed­no: mu­sisz to za­ła­twić sam. O tym, czy chcesz się ujaw­nić jako wspa­nia­ło­myśl­ny chrzest­ny jej ka­rie­ry i for­tu­­­­ny, też mu­sisz za­de­cy­do­wać sam.

- Moja w tym gło­wa. Mam fi­nan­so­wą moc spraw­czą - od­par­łem cy­nicz­nie.

Agnieszka

W ra­mach tak zwa­ne­go roz­wo­ju oso­bi­ste­go, ko­niecz­no­ści pra­cy nad sobą i związ­kiem z To­ma­szem za­pi­sa­łam się na rocz­ne warsz­ta­ty w Ośrod­ku Wal­ki z Ty­pa­mi Wam­pi­rycz­ny­mi. No­si­ły na­zwę: Uśmie­rza­nie bólu mał­żeń­stwa i part­ner­stwa. Mia­ły po­móc w upo­rząd­ko­wa­niu prio­ry­te­tów po czter­dzie­stym roku ży­cia. Dzi­siaj uczest­ni­czy­łam w nich po raz pierw­szy. Czas sprzy­jał, po­nie­waż To­masz wy­je­chał do Gdań­ska.

Na po­czą­tek za­le­co­no, aby­śmy usia­dły przy sto­le, na któ­rym sta­ły ter­mo­sy ze świe­żo za­pa­rzo­ną kawą, her­ba­tą i mię­tą. Oprócz tego za­ofe­ro­wa­no zdro­we prze­ką­ski: se­ler na­cio­wy, po­mi­dor­ki kok­taj­lo­we, su­szo­ne owo­ce. Kie­dy roz­sia­dły­śmy się wy­god­nie i za­czę­ły­śmy czę­sto­wać, roz­da­no mio­teł­ki z dziu­raw­ca, któ­re po­le­co­no od­pa­lić w taki spo­sób, aby się le­d­wie tli­ły. Sko­rzy­sta­łam z lek­kie­go za­mie­sza­nia i przyj­rza­łam się uczest­nicz­kom. Czy­ta­jąc ogło­sze­nie o warsz­ta­tach, spo­dzie­wa­łam się bi­tych, po­ni­ża­nych i po­rzu­co­nych ko­biet, któ­re wal­czą ze świa­tem rów­nie moc­no, jak ja z do­mnie­ma­ną nad­wa­gą. Tym­cza­sem przy sto­le za­sia­da­ły: zna­na ak­tor­ka, roz­po­zna­wal­na me­dial­nie była mo­del­ka i inne. Ab­so­lut­nie nie przy­po­mi­na­ły za­gu­bio­nych czy nie­szczę­śli­wych. A jed­nak się tu­taj zna­la­zły! Po­dob­nie jak ja!

Nie za­pa­mię­ta­łam ich imion, ale dla wła­snych po­trzeb na­zwa­łam je zgod­nie z wy­róż­nia­ją­cy­mi je ce­cha­mi: "Pulch­na po pięć­dzie­siąt­ce", "Ruda", "Kłó­tli­wa", "Ko­bie­ta w sty­lu boho", "Ar­tyst­ka".

- Oka­dza­my się! Do­kład­nie! - mó­wi­ła pro­wa­dzą­ca, wska­zu­jąc na wiąz­ki dziu­raw­ca. - Oka­dza­my się, aby prze­pę­dzić złe ży­cze­nia, ko­chan­ki na­szych part­ne­rów, wro­gów!

Po­miesz­cze­nie było to­tal­nie za­dy­mio­ne. Za­pach grzęzł w gar­dle, po­wo­du­jąc od­ruch nie­po­wstrzy­my­wa­ne­go ka­sła­nia. Mo­ścił się we wło­sach i cie­le, nie wspo­mi­na­jąc o ubra­niach. Wszy­scy nie­cier­pli­wie cze­ka­li na dal­szą część spo­tka­nia, pa­trząc wy­mow­nie w stro­nę ani­ma­tor­ki. Wów­czas ta, spo­wi­ta chmu­rą dymu, po­wie­dzia­ła od­kryw­czym gło­sem:

- Im wię­cej uwa­gi po­świę­casz so­bie, tym moc­niej on my­śli, że ro­bisz to dla nie­go! Dla­te­go, dro­gie sio­stry, myśl­my wy­łącz­nie o so­bie. Sta­waj­my się ma­ły­mi, wy­zwo­lo­ny­mi, pod­ły­mi, pie­przo­ny­mi ego­ist­ka­mi!

- Co ra­cja, to ra­cja. Przez całe ży­cie wszyst­ko ro­bi­łam dla mo­je­go pana. Przy­by­ło mi dwa­dzie­ścia lat, dzie­sięć kilo­gra­mów i ty­sią­ce si­wych wło­sów. Ale i skó­rę mam ­grub­szą, bo się uod­por­ni­łam na dra­nia! - pod­chwy­ci­ła Pulch­na po pięć­dzie­siąt­ce.

- Wiek? Nie masz na to wpły­wu! Ki­lo­gra­my? Ko­cha­ne­go cia­ła ni­g­dy za dużo! Siwe wło­sy? No, te­raz są na to­pie! Daj spo­kój, jak na ko­bie­tę w ta­aakim wie­ku, je­steś za­dba­na! A co naj­waż­niej­sze, wca­le nie wy­glą­dasz na oso­bę, któ­ra mo­gła­by być nie­za­do­wo­lo­na z wy­glą­du! - pa­dły sło­wa po­cie­sze­nia ze stro­ny Ru­dej.

- O, prze­pra­szam! W dzi­siej­szych cza­sach si­wi­zna to ka­ry­god­ne wy­kro­cze­nie - skwi­to­wa­ła kry­tycz­nie i bez skru­pu­łów Ko­bie­ta w sty­lu boho, przy­cią­ga­jąc za­że­no­wa­ny wzrok po­zo­sta­łych uczest­ni­czek.

Nie zwa­ża­jąc na py­sków­kę, głos za­bra­ła pro­wa­dzą­ca:

- Kon­cen­tra­cja na part­ne­rze to sku­pie­nie na so­bie. Im bar­dziej do­sto­so­wu­jesz świat do wła­snych po­trzeb, tym bar­dziej ten pie­przo­ny, sier­mięż­ny świat po­dzi­wia two­ją wy­jąt­ko­wość. A te­raz niech każ­da z was opo­wie o tym, co pięk­ne­go, do­bre­go i wy­jąt­ko­we­go robi dla sie­bie i pod­łe­go, prze­brzy­dłe­go świa­ta, za­czy­na­jąc zda­nie od słów: "Dla sie­bie...".

- Dla sie­bie? Jest przed dwu­dzie­stą dru­gą, więc jesz­cze nie pora na żar­ty, ale niech bę­dzie, po­wiem, co ro­bię dla sie­bie... - rzu­ci­ła Ko­bie­ta w sty­lu boho, przy­bie­ra­jąc cy­nicz­ny ton. - Otóż, dla sie­bie, miłe pa­nie, przy­my­kam oczy na za­cho­wa­nia męża. Na przy­kład uda­ję, że nie czu­ję, gdy cza­sa­mi szar­pie za ubra­nie, albo mar­ku­ję wie­dzę, że mnie zdra­dza.

- Dla sie­bie na­mięt­nie cho­dzę do sa­lo­nów wel­l­ness & spa - za­bra­łam głos. - Pin­drzę się, ma­lu­ję i czę­sto od­wie­dzam fry­zje­ra. Dla sie­bie dbam o li­nię, bo lu­bię się mie­ścić w ciu­chy, któ­re ku­pi­łam lata świetl­ne temu. Poza tym dla sie­bie flir­tu­ję i uwo­dzę, bo uwiel­biam się po­do­bać fa­ce­tom i prze­pa­dam za tym, jak mnie ad­o­ru­ją. A póź­niej, jak już do­trę do celu i któ­re­muś bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo wpad­nę w oko, wy­ży­wam się na nim za ca­ło­kształt. Pro­ste i przy­jem­ne.

- Dla sie­bie wy­rzu­cam wszyst­ko, co mi leży na ser­cu, żo­łąd­ku, a na­wet wą­tro­bie. Jak kto woli. Lu­bię w so­bie to, że mam od­wa­gę się kłó­cić i spie­rać. Do upa­dłe­go. Na śmierć i ży­cie. W koń­cu mój znak to skor­pion - wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła zner­wi­co­wa­nym to­nem ko­bie­ta, któ­rą okre­śli­łam per Kłó­tli­wa. - Od razu uprze­dzam, że gdy­by któ­raś z was oka­za­ła się nie­lo­jal­na i ze­chcia­ła wy­nieść na ze­wnątrz to, o czym tu­taj roz­ma­wia­my, spo­tka ją za­słu­żo­na kara. A będę o tym wie­dzia­ła, bo prze­cież skor­pio­ny mają szó­sty zmysł. Tak więc wiem wszyst­ko znacz­nie wcze­śniej, niż zo­sta­nie ujaw­nio­ne...

- Dla sie­bie w ak­cie bun­tu, a po czę­ści w po­go­ni za modą na na­tu­rę, nie de­pi­lo­wa­łam przez pół roku nóg i pach. Cho­le­ra ja­sna! Było brzyd­ko i nie­este­tycz­nie! Ale mie­ści­łam się we współ­cze­snym tren­dzie, więc chy­ba nie jest źle, praw­da? - po­wie­dzia­ła dum­na z sie­bie Ruda.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.