Rozdział 1
Rozdział
1
Karolina wyszła spod prysznica i owinęła mokre włosy ręcznikiem. Była
spokojna, chociaż jutro miał nastąpić jeden z najważniejszych dni w jej
życiu. Wszystko zostało dokładnie sprawdzone, a ona sama nie miała
najmniejszych wątpliwości. Po tylu latach odnalazła wreszcie to, czego
tak długo szukała. Jeszcze dzisiaj po południu, kiedy siedziała przed
komputerem i dopinała ostatnie elementy planu, serce waliło jej jak
oszalałe, ale teraz już była opanowana. Najważniejsze to nie spalić się
tuż przed metą. Nie zachłysnąć przeczuciem, że wszystko pójdzie jak z płatka, bo w takich sytuacjach życie zazwyczaj podstawia nogę. A ona nie
miała już czasu na kolejne potknięcia.
Popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i ostrożnie się uśmiechnęła. W zasadzie od jakiegoś czasu była ostrożna we wszystkim. Zwłaszcza po tym,
co się stało. Nie ufała ludziom jak kiedyś, w każdym widziała wroga, nie
lubiła spotkań w większym gronie, nie otwierała drzwi nawet
listonoszowi, tylko kazała mu zostawiać paczki na wycieraczce. Wszelkie
kontakty ograniczała do minimum. Wszystko, co robiła, starała się robić
sama. Bez niczyjej pomocy, bo człowiek jest tak dziwnie skonstruowany,
że pomaga tylko wtedy, gdy widzi w tym własny interes. Pozostałe formy
wsparcia są po prostu udawane. Nawet policjanci robią swoje tylko
dlatego, że na tym polega ich praca. A nie dlatego, że komuś współczują.
Że zależy im na prawdzie.
Westchnęła i dotknęła dłońmi rozgrzanych kąpielą policzków.
Miała trzydzieści sześć lat, była wysoka, dość szczupła i bardzo blada.
W zasadzie odnosiła wrażenie, że jej skóra jest niemal przezroczysta. Że
widać pod nią błękitne żyłki i pulsującą w nich krew. Czasem sama nie
mogła uwierzyć w to, że ciągle ma w sobie tyle siły. Kiedy kładła się
wieczorem do łóżka, czuła przede wszystkim ból całego ciała. Jakby coś
rozrywało ją od środka, a ona bała się ruszyć, żeby tylko nie rozpaść
się na tysiące kawałeczków. Wiedziała jednak, że jej nie wolno. Że
następnego dnia musi zacząć poszukiwania. Demony należało zamknąć w szafie i nie pozwolić im się z niej wydostać.
Wyszła z łazienki i nago przeszła do kuchni. Usiadła przy stole,
sięgnęła po winogrona leżące na szklanej paterze, ale jakoś nie czuła
ich smaku. Wypiła więc tylko szklankę wody i posiedziała jeszcze chwilę,
aż poczuła, że robi jej się chłodno.
- Pora spać - powiedziała na głos.
W sypialni przykryła się kołdrą, naciągnęła na siebie dodatkowy koc,
spróbowała raz jeszcze się uśmiechnąć i w końcu poczuła, jak zapada w sen. Jak nie potrafi już otworzyć oczu, bo jej powieki stają się ciężkie
niczym kamienie, jak nie może oblizać językiem ust, bo nie ma na to
wystarczająco dużo siły. Kołdra i koc rozgrzały ją, ale nie mogła ich
zsunąć. Nagle poczuła przerażający strach. Ta niemoc i brak możliwości
ruchu spowodowały, że gwałtownie zaczęła tracić oddech. Czuła, jak jej
ciało się poci, pręży, jak zaczyna walczyć, choć nie miała pojęcia z czym.
"Muszę się obudzić", pomyślała jeszcze. Próbowała nawet krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.
A potem wreszcie wszystko się uspokoiło.
*
Była niedziela, godzina dziewiąta dwadzieścia trzy. Florentyna nie
lubiła wolnych weekendów, więc kiedy odebrała telefon o tak wczesnej
porze, odruchowo poczuła coś w rodzaju ulgi. Nie ma nic gorszego od
siedzenia w pustym mieszkaniu i udawania, że wszystko jest w porządku.
Że człowiek docenia chwile tylko dla siebie, delektuje się ciszą i kocha
parzyć kawę wyłącznie dla jednej osoby.
Zdaniem Florentyny takich ludzi nie było, a jeśli ktoś to deklarował,
najzwyczajniej w świecie kłamał.
- Tak? - odezwała się już po pierwszym sygnale i tylko skinęła głową. -
Będę.
Pół godziny później patrzyła na nagie ciało trzydziestokilkuletniej
kobiety. Brunetka, wysoka, szczupła. Na jej skórze było widać plamy
opadowe, a nogi wydawały się nienaturalnie wygięte. Na nocnym stoliku
stały dwa opakowania po lekach nasennych.
- Samobójstwo? - spytała Florentyna.
- Wszystko na to wskazuje, ale to ustali lekarz - odpowiedział jeden z kryminalnych.
"Jak on miał na imię?" - Florentyna zmarszczyła brwi i próbowała sobie
przypomnieć. Do poznańskiego oddziału trafiła niecały rok temu i ciągle
jeszcze nie pamiętała wszystkich imion. Ale być może dlatego, że
niespecjalnie jej na tym zależało.
- Ile tu leży?
- Sąsiedzi nie są pewni. Ten z domu po prawej twierdzi, że widywał ją
przez okno codziennie rano, kiedy szła biegać, ale od kilku dni jej nie
widział. A wczoraj i dzisiaj obudziło go wściekłe miauczenia kota, który
kręcił się pod drzwiami denatki.
- To jej kot?
- Nie wiem.
- Kto ją znalazł?
- My. Po interwencji tego sąsiada, który zadzwonił zaniepokojony
zachowaniem kota właśnie. Powiedział, że denatka mieszkała sama, ale
kiedy poszedł sprawdzić, czy wszystko w porządku, nie otworzyła drzwi.
Ani wczoraj, ani dziś. I że wydało mu się to podejrzane. Uznaliśmy, że
sprawdzimy zgłoszenie.
- Maciej - przypomniała sobie nagle Florentyna.
- Co Maciej? - zdumiał się policjant.
- Tak masz na imię.
- Marcin. Ale byłaś blisko. - Wzruszył ramionami.
- Co jeszcze wiesz?
- To Karolina Markowska. Wynajmowała ten dom zaledwie od roku.
Przeprowadziła się tu z Katowic.
- Czym się zajmowała?
- Coś z komputerami.
- Coś? - Florentyna uniosła brwi.
Marcin tylko się żachnął.
- Jezu, nie wiem jeszcze wszystkiego.
- To się dowiedz, ptaszyno.
Zgrzytnął zębami. Nienawidził, kiedy ta nowa tak się do niego zwracała.
Zresztą nie tylko do niego. Niemal każdy z dochodzeniówki był dla niej
ptaszyną, kurczaczkiem albo żuczkiem. Wolałby nawet, żeby nazwała go
chujem albo chociaż kutasem, ale ona lubowała się w tych kretyńskich
zdrobnieniach. Na dodatek prawie zawsze miała na sobie coś różowego. I to miała być jedna z lepszych policjantek śledczych?
Florentyna nie przejmowała się jego wściekłą miną, tylko raz jeszcze
pochyliła nad denatką.
Ładna kobieta. Delikatnie kręcone włosy splecione w niedbały warkocz,
ciemne brwi, kształtny nos i gładka twarz. Ale wraz ze stężeniem
pośmiertnym zmarszczki zawsze się wygładzały, nawet u starszych ludzi.
Wyglądała, jakby spała, a jednak było w niej coś, co Florentynie nie
dawało spokoju. Jakby chciała przed śmiercią coś zrobić. Powiedzieć.
Krzyknąć? W jej twarzy widać było jakieś napięcie, cień gniewu i jednocześnie rozczarowania. Na ramieniu miała znamię w kształcie
gwiazdki. Tak idealne, że wyglądało niemal jak wymalowane. A jednak było
tylko ciekawą formą pieprzyka.
- Jest Medyk. - W drzwiach pojawił się kolejny policjant z dochodzeniówki, ale jego imienia Florentyna już naprawdę nie pamiętała.
Pół godziny później stała przed Dominikiem Zielińskim, lekarzem medycyny
sądowej (zwanym Medykiem) i dokładnie słuchała tego, co miał jej do
powiedzenia. Nie robiła notatek, niczego nie nagrywała. Wiedziała, że i tak zapamięta każdy szczegół. W przeciwieństwie do imion.
- Leży tu mniej więcej od trzech dni. Nie zaczął się jeszcze proces
gnicia, ciało nie wydziela gazów, przynajmniej na razie. Plamy opadowe
również wskazują na śmierć, która mogła nastąpić przed upływem
siedemdziesięciu dwóch godzin. Jest sztywna, stężenie pośmiertne jeszcze
nie zaczęło ustępować.
- Przyczyna śmierci?
Medyk pokręcił przecząco głową.
- Powiem ci za parę godzin. Ale na szyi zauważyłem dwa krwiaki.
- Uduszenie?
Rozłożył ręce.
- Możliwe. Często coś, co wygląda na samobójstwo, okazuje się
zabójstwem. Ale czasem bywa odwrotnie. - Zaśmiał się.
Florentyna odwróciła się do niego plecami. Właściwie niemal od początku
to przeczuwała. Za dużo było spokoju w tym domu, zdecydowanie więcej niż
na twarzy dziewczyny. Idealnie wysprzątane pomieszczenia, pranie
rozwieszone na suszarce. To wszystko zdążyła już zauważyć. Ktoś, kto
planuje popełnić samobójstwo, bardziej skupia się na sobie niż na
szczegółach otoczenia. I rzadko kiedy kładzie się nagi do łóżka.
Paradoksalnie, podświadomie zastanawia się, jak będzie wyglądał, kiedy
zostanie znaleziony. A już na pewno dotyczy to kobiet.
Florentyna wyszła z pokoju, nie chciała przeszkadzać technikowi, który
zabezpieczał ślady. Weszła do łazienki i rozejrzała się wkoło. Tu też
panował idealny porządek. Na półce koło lustra stały dwa słoiczki z kremami do twarzy, tonik oraz perfumy.
S?, Giorgio Armani.
Ostrożnie odkręciła nakrętkę i powąchała zawartość flakonika. Czarna
porzeczka, mandarynka i chyba gruszka? Ale też wanilia i drzewo
sandałowe. Znała się na tym. Kilka lat temu brała udział w rozpracowywaniu morderstwa w jednym z zakładów produkujących perfumy.
Przepytała wtedy dziesiątki pracowników, a przy okazji sporo nauczyła
się o samej produkcji. Lubiła poznawać nowe rzeczy, wnikać w szczegóły,
które być może nie miały żadnego związku ze sprawą, a jednak jakoś ją do
niej przybliżały. Odnosiła wrażenie, że im bardziej wkracza w świat
denata, tym łatwiej jest jej go zrozumieć. Poznać, nawet po śmierci.
Zeszła raz jeszcze na dół i stanęła pośrodku kuchni. Antracytowe meble
były proste i funkcjonalne. Szerokie szuflady, duże szafy, piekarnik na
wysokości twarzy. Przynajmniej nie trzeba było się schylać. W lodówce
jabłka, cytryny, pomidory, kilka puszek z tuńczykiem, ogórki kiszone i siedem jajek. Winogrona na stole wyglądały na przywiędnięte i dość mocno
zaatakowane przez muszki owocówki. Florentyna nachyliła się i zobaczyła
pod jedną z szafek srebrną miseczkę.
- Czyli to był twój kot. Nie mogłaś się zabić, nie zostawiłabyś
zwierzaka na pastwę losu - powiedziała na głos i rozejrzała się, ale
kota nigdzie nie było.
Wróciła na piętro i weszła do pokoiku, który wyglądał na miejsce pracy.
Pośrodku stało niewielkie biurko. Tyle że nigdzie nie było ani
komputera, ani chociaż laptopa. Jeśli Markowska pracowała w tej branży,
trochę dziwne, że nie posiadała żadnego sprzętu w domu. Florentyna
otworzyła szafę i zobaczyła równo ustawione czarne segregatory. W środku
znajdowały się różne dokumenty, ubezpieczenia, wyciągi z banku,
świadectwo pierwszej komunii i całe mnóstwo innych rzeczy, które trzeba
będzie dokładnie przejrzeć.
Na każdej z półek stało dokładnie siedem segregatorów. Z wyjątkiem
górnej, na której znajdowały się tylko cztery. Trzy po lewej stronie,
jeden po prawej. Trzech środkowych brakowało i wyglądało to tak, jakby
ktoś specjalnie je stąd wyjął. I nie było to tylko przeczucie
Florentyny. Ledwo zauważalny kurz został w trzech miejscach przecięty,
"wyczyszczony" przez wyciągnięcie teczek.
- Flo, mogę cię na chwilę prosić? - Do pokoju zajrzał prokurator
Mączyński.
Odwróciła się gwałtownie w jego kierunku, a potem wycedziła przez zęby:
- Nigdy, przenigdy nie mów do mnie Flo. Słyszysz, ptaszyno? Jeśli
zrobisz to raz jeszcze, nie ręczę za siebie.
Prokurator wpatrywał się z osłupieniem w tę drobną szatynkę w różowym
sweterku, która stała teraz przed nim i patrzyła na niego tak, że sam
poczuł się jak nieboszczyk. I kompletnie zapomniał, co chciał jej
powiedzieć.
Rozdział 2
Rozdział
2
Florentyna wróciła do domu późnym popołudniem. Za każdym razem bardzo
szczegółowo oglądała miejsce zbrodni, starając się wyobrazić sobie, co
mogło się wydarzyć. Nie wierzyła w samobójstwo tej kobiety, więc kiedy
zadzwonił Medyk, przeczuwała, co chciał jej powiedzieć.
- Tak jak podejrzewałem. Te krwiaki na szyi nie dawały mi spokoju, poza
tym znaleźliśmy drobne punkcikowe wynaczynienia w okolicach otrzewnej i nasierdzia. A kiedy okazało się, że denatka ma w płucach krew, wszystko
stało się jasne.
- Uduszenie? - bardziej stwierdziła, niż zapytała.
- Dokładnie.
- A te tabletki?
- W organizmie nie ma po nich śladu. Ktoś próbował upozorować
samobójstwo, ale dość nieudolnie. Pewnie po prostu wyrzucił leki, a kobietę udusił.
- Poduszką?
- Najprawdopodobniej. Możliwe, że wtedy spała, stąd dość naturalne
ułożenie ciała. Nie widać było oznak walki.
"Poza tym dziwnym wyrazem twarzy", pomyślała Florentyna.
Usiadła przy kuchennym stole, zamknęła oczy i raz jeszcze odtworzyła w myślach wszystko to, co dzisiaj zobaczyła. I to, co zobaczyć powinna, a jednak z jakiegoś powodu nie mogła. Puste miejsca po segregatorach. Brak
laptopa w biurze. Nigdzie też nie zauważyła żadnych obrazków czy choćby
zdjęć. Całkowicie opróżniona dolna szuflada w komodzie w sypialni.
Najwyraźniej ktoś bardzo dokładnie zadbał, żeby śledczy nie natrafili na
te rzeczy. I zapewne starał się również nie zostawić żadnych tropów.
Tyle że to było dzisiaj niezwykle trudne. Na szczęście w jej zespole
byli świetni dochodzeniowcy, którzy potrafili znaleźć ślady w najbardziej niedorzecznych miejscach.
Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do brata. Robiła tak za każdym razem,
kiedy trafiało jej się zabójstwo. Nie mówiła mu, po co dzwoni, ale on i tak wiedział. Nie rozmawiali o śmierci, śledztwie czy podejrzanych,
chociaż on czasem podpytywał, tylko o wszystkim innym. O porach roku,
owadożernych roślinach, miniaturowych małpkach niewiele większych od
ludzkiej dłoni, najlepszym schabowym w mieście. To pozwalało Florentynie
odreagować, przygotować się psychicznie do chwili, w której rozpocznie
się oficjalne dochodzenie. Wtedy nie będzie już miała czasu na nic.
Każde zabójstwo traktowała priorytetowo. Nie dzieliła ich na te mniej
lub bardziej ważne. I nigdy nie mogła pogodzić się z tym, że nie udało
jej się znaleźć winnego.
- O czym chcesz dzisiaj pogadać? - spytał ją Kacper. Był od niej dwa
lata starszy, ale ona odnosiła wrażenie, że jest jej młodszym
braciszkiem, którym powinna się opiekować. To zaczęło się już w szkole
podstawowej, kiedy kompletnie nie potrafił odnaleźć się w swojej grupie
rówieśniczej. Zawsze stał z boku, przyglądając się swoim kolegom, którzy
nigdy nie zapraszali go do wspólnej zabawy.
Florentynie ściskało się na ten widok serce i za każdym razem próbowała
robić wszystko, żeby jej brat nie czuł się samotny. Nauczyła się grać w piłkę nożną i była świetna w puszczaniu kaczek. Chodziła z nim na długie
spacery i nigdy nie narzekała, kiedy godzinami siedzieli na drzewie,
żeby obserwować chmury.
Kacper został artystą, oczywiście niespełnionym, co jednak poczytywał
sobie za zaletę. Wychodził z założenia, że prawdziwi twórcy nie mogą być
doceniani za życia, bo wtedy są tylko komercyjni. Dobra sztuka obroni
się sama, a kiedyś, po latach, ktoś odkryje ją na nowo i dostrzeże to,
co autor próbował przekazać światu.
- Dowiedziałam się ostatnio, że kocie nosy są tak samo unikalne jak
linie papilarne u człowieka - powiedziała teraz, zaparzając sobie białą
herbatę, do której zawsze wrzucała kawałek świeżego imbiru.
Mikołaj ją tego nauczył.
Zabolało, jak zawsze kiedy o nim pomyślała.
- A ja wiem, że koty nie mają obojczyków - Kacper się zaśmiał.
- Naprawdę?
- Moja była miała świra na punkcie kotów i ciągle dokarmiała mnie
jakimiś ciekawostkami na ich temat. Cieszę się, że nasz związek dobiegł
końca - dodał pewnym siebie tonem.
Florentyna wiedziała jednak, że Kacper wyjątkowo mocno przeżywa każde
rozstanie. Zupełnie jakby utwierdzało go ono w przekonaniu, że jednak
nie nadaje się na partnera, że jest jakiś wybrakowany. I pewnie coś w tym było, bo zawsze to kobiety od niego odchodziły, chociaż on sam był
przekonany, że wszystko dobrze się układa.
- Może cię odwiedzę w przyszłym tygodniu? - spytała.
- Uważasz, że cierpię?
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedziała natychmiast. - Po prostu lubię
u ciebie wypić kawę. Masz świetny ekspres.
- Jasne. Nie musisz się zapowiadać. Ja i tak jestem w domu. Wymyśliłem
dzieło zatytułowane Nieskończoność podświadomości i będę je malował.
Od rana do wieczora.
Uśmiechnęła się czule, choć przecież nie mógł tego widzieć. Pojedzie do
niego w przyszłą sobotę. Od jutra zaś musi całkowicie wejść w zbyt
szybko zakończone życie Karoliny Markowskiej i dowiedzieć się, kto i dlaczego ją udusił.
*
Gdyby Florentyna miała wymienić choć jedną osobę, która w poznańskiej
policji była jej bliższa, pewnie nie potrafiłaby wskazać nikogo takiego.
Ale nie przejmowała się tym. Wiedziała, że nowych zawsze traktuje się z dystansem. Nie czuła otwartej wrogości, nie mogła nawet powiedzieć, że
ktoś był dla niej szczególnie niemiły, ale wiedziała, że jest obca. I że
jej różowe ciuchy i dodatki nie spotykają się tu ze zrozumieniem.
Tyle że jej to kompletnie nie obchodziło.
Dzisiaj rano jak zwykle stanęła przed szafą i starannie przygotowała
swoje ubranie. Od tego nie mogło być żadnego odstępstwa. Uporczywie
trzymała się pewnych rytuałów, które pozwalały jej przetrwać kolejny
dzień. Była przekonana, że jeśli nie wypije kawy z ulubionego kubka, nie
włoży butów pod kolor torebki i nie pomaluje rzęs, świat znowu się
zawali. To, co trzymało ją w pionie, to były nawyki, które ustawiały jej
codzienność. Bała się z nich zrezygnować, zupełnie jakby miało to
oznaczać wielką katastrofę. Być może również dlatego nie zaprzyjaźniała
się, unikała spoufalania i wspólnych wypadów na piwo. Nabrała w tej
pracy przekonania, że ludzie są tymczasowi. I że czyjeś życie kończy się
czasem szybciej niż proces nalania kawy do filiżanki. Ktoś, kto jeszcze
wczoraj kupował jabłka na szarlotkę, dzisiaj leżał w kostnicy i nikogo
nie obchodziło, czy upiekł to ciasto, czy nie. Ktoś, kto jeszcze wczoraj
dzwonił do znajomych i umawiał się na spotkanie, dzisiaj po prostu nie
oddychał, a lekarz medycyny sądowej zapisywał przyczynę zgonu.
Nic nie było trwałe.
Nic nie było pewne.
Oddechy zanikały jeden po drugim, a zadaniem Florentyny było dopaść
tych, którym wydawało się, że wolno odebrać komuś życie.
Wciągnęła głęboko powietrze, a potem włożyła popielatą, plisowaną
spódnicę, do której dobrała sweter w kolorze pudrowego różu. Na nogi
wsunęła szare czółenka, a włosy upięła w kok. Umalowała usta bladoróżową
szminką i starannie wyszczotkowała rzęsy. Sięgnęła też po bransoletkę z różowego kwarcu i podobne kolczyki. Uśmiechnęła się ironicznie do
swojego odbicia w lustrze. Zdecydowanie nie wyglądała na policjantkę
śledczą. Raczej na nauczycielkę, może prawniczkę albo przynajmniej
sekretarkę w kancelarii adwokackiej.
Tylko jakie to miało znaczenie?
Na komendzie pojawiła się około dziewiątej rano i doceniła fakt, że na
jej biurku leżało już całkiem sporo materiałów związanych z zabójstwem
Markowskiej. Opis patologa, protokół z oględzin, notatki śledczych.
Morderstwo pierwszego stopnia. Zaplanowane, przemyślane, przeprowadzone
nadzwyczaj starannie. Upozorowanie próby samobójczej było jednak dość
śmieszne, zupełnie jakby miało tylko chwilowo odwrócić uwagę policji.
- Są już wyniki wstępnych oględzin? - spytała Monikę, aspirantkę
sztabową z zespołu dochodzeniowego. Monika była dość małomówna, ale
konkretna. Nosiła wojskowe buty i wielkie swetry, nawet latem. Miała
krótko ścięte blond włosy i nie znosiła się malować.
- Nie ma. Podobno ciężko coś znaleźć, morderca musiał dobrze się
przygotować.
- Jadę raz jeszcze na miejsce zbrodni. - Florentyna zerknęła na notatki,
a potem sięgnęła po torebkę i kluczyki do samochodu. Udała też, że nie
widzi wzroku Moniki, zniesmaczonej widokiem jej różowej apaszki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki