W raju
Koniec września 2017
Ufnie patrzyłam w przyszłość. Czekało mnie parę wolnych dni na złapanie oddechu od prozy życia. Żyłam nadzieją, że spotka mnie coś wyjątkowego, doświadczę zachwytu, przyjemności. Spontaniczny wypad po słońce na wyspę Korfu był moją inicjatywą, a możliwość bezpośredniego lotu z Poznania tylko to ułatwiła. Lato było chłodne tego roku, szybko przyszła dżdżysta i wietrzna jesień, a ja potrzebowałam ciepła. Dogadałam z Vasilisem szczegóły najmu apartamentu w Peramie i warunki wypożyczenia auta, kupiłam bilety lotnicze, stworzyłam szczegółowy plan wakacyjnych atrakcji.
Vasilis czekał na lotnisku. Było przed północą, termometr w jego samochodzie pokazywał dwadzieścia stopni. Cóż za miła perspektywa.
Zdjęłam kurtkę.
- Przyjemnie ciepło. Wiesz, Vasilis, ile stopni było dzisiaj w Polsce? - zapytałam.
- Z dziesięć?
- Plus wichura.
Krętą drogą przy wybrzeżu dojechaliśmy do ukwieconego miejsca, które nawet nocą skąpane było w kolorach. Ceglastoczerwone niewielkie domki z białymi kolumnami spowijał granat nocy i czerwień bugenwilli. W świetle księżyca połyskiwała turkusowa tafla wody w basenie.
- Dobrych snów. Na pewno od razu zasnę, miałem dzisiaj morderczy dzień - powiedział Vasilis, wręczając nam klucze do apartamentu.
Walizki pozostały nierozpakowane w korytarzu, a my z butelką wina i w towarzystwie cykad długo w noc siedzieliśmy na tarasie, chłonąc kolor i zapach Grecji. Zasnęliśmy, gdy zaczął się ruch samolotowy. Lotnisko było bardzo blisko, a obserwowanie blaszanych olbrzymów zniżających lot, by osiąść na bardzo krótkim pasie, było niewątpliwą atrakcją miejsca. Przed wyjazdem oglądałam zdjęcia okolicy, można było stanąć na pomoście prowadzącym do Pontikonissi[1], a samoloty lądowały dosłownie nad głową. Maszyna widziana od spodu, z bliska i w ruchu budziła respekt.
Rano przed drzwiami czekało na nas auto. W biurze, po załatwieniu opłat i formalności, Vasilis namalował na papierowej mapie ciekawe miejscówki, doradzał, jak tam dotrzeć. Marek był na wyspie dla mojej przyjemności, on nie miał potrzeby przemierzania świata w takim stopniu jak ja, przynajmniej tak mówił. Mimo to w jakiś sposób się uzupełnialiśmy. On prowadził auto, a ja nie. On szedł do sklepiku po pieczywo, ja w tym czasie popijałam kawkę na tarasie. Ja czytałam książki obyczajowe, on historyczne i kryminały.
Dla mnie tydzień w cieple greckiej wyspy miał być wypoczynkiem, ale - jak wyszło - był to czas niepozbawiony przygód. Z południowych miejsc wyspy najlepiej mi było w Messonghi. Siedzieliśmy na leżakach pod parasolem na plaży, skąd widać było Albanię i kawałek lądowej Grecji. Na morzu kołysała się niewielka kolorowa łódka, obok wypoczywała para Brytyjczyków, mniej więcej w naszym wieku, z drugiej strony przysiedli nieco młodsi Holendrzy. Wszyscy zatopieni byliśmy w lekturach, ja czytałam Pamiętne lato Lesley Lokko, od czasu do czasu zerkając na okolicę. Marek wpatrywał się w morze, na niczym innym nie mógł się skupić, a to przyprawiło mnie o śmiech. W pamięci miałam opowieści teściowej, jak to jej kilkuletni synek na plaży w Dziwnowie chciał plastikowym wiaderkiem przelać cały Bałtyk.
Potem było Kavos; pusta plaża i znów to spokojne morze, w którym chciało się zanurzyć. Tym razem po kąpieli siedzieliśmy bezpośrednio na piasku. Po plaży spacerowały zatopione w rozmowie dwie ciemnowłose dziewczyny w białych koronkowych plażowych tunikach. Też chciałabym mieć podobną. My rozmawialiśmy o pięknie świata. O pięknie naszego dnia.
- Jesteście Polakami?
Usłyszeliśmy kobiecy głos. Trzy dziewczyny rozsiadały się opodal.
- Tak, a wy skąd, tak dokładniej?
- Z Wrocławia.
- My z Poznania.
Podzieliliśmy się wrażeniami, porozmawialiśmy o tym, co zobaczyć w Europie, gdzie pojechać, co jeszcze mieć w planach. One opowiadały o Porto, że warto, potem o Kijowie. My wspomnieliśmy, że chcemy polecieć do Odessy, na Maderę. Wymieniłam jeszcze parę innych stron świata, miałam bardzo szerokie plany! Dziewczyny wpisały sobie te kierunki na listę.
W porze obiadowej podreptaliśmy ukwieconą uliczką do tawerny, w pobliżu której zostawiliśmy auto. Prażyło słońce, ale w tawernie był przyjemny cień i morze kwiatów. Po cudownej w smaku jagnięcinie raczyłam się ouzo. Gdy wyszliśmy po godzinie, auto nie chciało ruszyć. Marek nie wyłączył świateł, choć oczywiście nie przyznał się do tego! Pomogli nam kelnerzy, którym zostawiłam kilkanaście euro napiwku. Wydatek się opłacił, a może lepiej, zwrócił. Mogliśmy wyruszyć w drogę powrotną.
- Aleś nam narobił wstydu - marudziłam, zapinając pas. - Następnym razem nie ględź, że daję za duży napiwek.
- Naprawdę wyłączyłem światła.
- Taaa...
Potem była Paleokastritsa, znów kąpiel, leżaki, znów parasol, tym razem bardziej na bogato. W tym kurorcie wynajęcie ich kosztowało podwójnie.
Przysiedli się znajomi z samolotu, małżeństwo z córką studentką.
- Ładnie tutaj - powiedziałam.
- Zgoda. Nie chce się wracać do hotelu. Do kraju tym bardziej. Przed chwilą mąż i ja rozmawialiśmy o przyjacielu, który miał z nami tutaj przylecieć. Chciał odpocząć, pracował, zarabiał, wciąż nie miał czasu. Niedawno jego firma popadła w kryzys, ale przecież nawet najgorsze bessy da się pokonać... Rodzina obwiniała go za niepowodzenie, nasłuchał się, choć wszyscy żyli z jego pracy.
- Wykaraska się i przyleci - zapewniłam. W swoim zawodowym życiu widziałam niejeden kryzys, ale i następujące po nich lepsze dni. Często dużo, dużo lepsze. Jak to w życiu.
- Nie przyleci, niestety. Miesiąc temu popełnił samobójstwo.
Nie skomentowaliśmy, milczeniem honorując desperacką śmierć, na pewno niepotrzebną.
Patrzyliśmy w zadumie na morze, które połyskiwało słońcem. Na leżaku i pod parasolem było dobrze, ale skusił nas rejs motorówką. Nawet oszczędnego Marka jakoś do tego przekonałam.
- O, to ja się z państwem zabiorę - zaproponowała dziewczyna.
Z morza zachwycał widok samotnych zatoczek na dwie, trzy osoby, labirynt kamienistych urwisk i jaskiń o niewiarygodnie wymyślnych kształtach skał z siecią różnokolorowych żył. Takich widoków w Polsce próżno byłoby szukać.
Dziewczyna została na samotnej plaży niedostępnej z lądu, chłopak obsługujący motorówkę obiecał po nią wrócić za dwie godziny. Po drodze wypytywał nas, czy córka ma chłopaka. Dziewczyna była śliczna.
Były to cudne wakacje, wypoczęci wracaliśmy do kraju. Po wyjściu z samolotu zderzyliśmy się z jesienną prozą. Zbyt duża amplituda! Czułam ziąb, zapięłam się pod szyję, a mimo to szczękałam zębami.
- Po takim szoku organizm na pewno się na mnie odegra. Podobno tak duża różnica temperatur najbardziej obciąża układ immunologiczny.
Odezwały się moje kasandryczne wizje. Trudno było ich nie mieć w takiej szarzyźnie.
- Znawczyni ludzkich organizmów się znalazła! - Marek nie lubił mojego pesymizmu.
Według mnie, realizmu.
[1] Mysia Wyspa na Korfu.