Wstęp
Wstęp
Głębie naszych lodówek, spiżarni, apteczek
i ogrodów skrywają śmiercionośny sekret. Wystarczy z bliska przyjrzeć
się ziarnku kawy, płatkowi chili, makówce, strzępkom pleśni
Penicillium, liściowi naparstnicy, grzybkowi halucynogennemu,
szczytowi konopi indyjskiej, nasionu gałki muszkatołowej czy komórce
drożdży piwnych, aby odnaleźć w nich dawkę trucizny.
Substancje chemiczne zawarte w tych wytworach natury nie stoją z boku,
ale uczestniczą w rozgrywającej się w przyrodzie wojnie, a my
zaprzęgliśmy je do własnych celów, nic o tej wojnie nie wiedząc.
Korzystamy z toksycznych związków, aby dobrze zacząć dzień (kofeina),
pobudzić kubki smakowe (kapsaicyna), dojść do siebie po operacji
(morfina), zwalczyć infekcję (penicylina), wyleczyć arytmię (digoksyna),
otworzyć umysł (psylocybina), uspokoić skołatane nerwy (kannabinol),
podkręcić smak potraw i napojów (mirystycyna) i uatrakcyjnić swoje życie
towarzyskie (etanol).
Można by pomyśleć, że nazywanie tych substancji truciznami czy toksynami
to przesada. Przecież w zwykle stosowanych dawkach - szczyptach,
pigułkach, szklankach - wręcz poprawiają zdrowie i samopoczucie. Ale w większych ilościach mogą nam pośrednio lub bezpośrednio zaszkodzić, co
potwierdzi każdy, kto kiedykolwiek miał kaca. Jak napisał
szesnastowieczny szwajcarski lekarz Paracelsus, tylko dawka czyni
truciznę1.
Maksyma Paracelsusa jest raczej zbyt ogólna, żeby dało się ją
wykorzystać w praktyce - ale może właśnie o ogólność mu chodziło.
Truciznę czy toksynę trudno zdefiniować, a owa niejednoznaczność będzie
stanowiła część tej opowieści. (W książce posługuję się pojęciami
trucizny i toksyny wymiennie, ponieważ ich znaczenia w dużej mierze się
pokrywają). W niewłaściwej dawce nawet tlen może okazać się
toksyczny2. Nie nazywamy go jednak toksyną i mamy ku temu
powody: rośliny i inne organizmy wyposażone w chloroplasty nie
wytwarzają tlenu w celu wyrządzenia szkody jakimkolwiek stworzeniom. Gaz
ten jest po prostu produktem ubocznym fotosyntezy, czyli procesu zamiany
dwutlenku węgla i wody w cukier.
Związki chemiczne, które nazywam toksynami czy truciznami, są natomiast
bronią używaną przez wszystkie organizmy w zmaganiach o przetrwanie i reprodukcję podczas procesu, który Karol Darwin określił mianem "walki w przyrodzie"3. Walka ta odbywa się między innymi za
pośrednictwem interakcji zachodzących wśród organizmów, na przykład
między drapieżnikiem a ofiarą czy rośliną a owadem zapylającym. Darwin
zastanawiał się, jak w toku koewolucji dochodziło do tych interakcji:
"Jak zajmujące jest spoglądać na gęsto zarośnięte wybrzeże pokryte
roślinami należącymi do różnych gatunków, ze śpiewającym ptactwem w gąszczach, z krążącymi w powietrzu owadami, z drążącymi mokrą glebę
robakami i patrząc na te wszystkie tak dziwnie zbudowane formy, tak
różne i w tak złożony sposób od siebie zależne, pomyśleć, że powstały
one wskutek praw wciąż jeszcze wokół nas działających"4.
Jedno z praw przyrody sformułowanych przez Darwina dotyczy ewolucji
gatunków drogą doboru naturalnego. Mechanizm ten polega na tworzeniu się
dziedzicznych różnic pomiędzy osobnikami, co z czasem zwiększa ich
szanse przetrwania bądź zdolności rozrodcze. Dzięki temu typowi ewolucji
powstają nowe przystosowania. Sam Darwin koncentrował się na cechach
widocznych gołym okiem, takich jak różne kształty dziobów zięb żyjących
na wyspach Galapagos, nazwanych potem ziębami Darwina. Dziś wiemy, że w toku ewolucji, zwłaszcza wskutek koewolucji różnych gatunków, w organizmach żywych pojawiły się rozmaite substancje toksyczne, pełniące
funkcję tajnej broni. Organizmy wykorzystują je dla zdobycia przewagi -
broniąc się i atakując - w darwinowskiej walce o przetrwanie, która
trwa, odkąd powstało życie.
Ta książka pokazuje, w jakich fascynujących, a czasem zaskakujących
procesach toksyny zaistniały w przyrodzie, jak korzystali z nich ludzie
i inne zwierzęta i jak wskutek tego zmieniał się świat. Podążamy kilkoma
krzyżującymi się ścieżkami, przypatrując się, jak te związki chemiczne
wpływają na ewolucję i przenikają życie każdego człowieka na dobre i na
złe.
Jeden z poruszonych tu wątków dotyczy pochodzenia toksyn naturalnie
występujących w wielu organizmach żywych. Paradoksalnie trucizny
pomagają wyjaśnić, dlaczego nasza planeta tak kipi życiem. Okazuje się,
że walka w przyrodzie - w której te substancje pełnią funkcję potężnego
oręża - napędza powstawanie nowych cech i gatunków w cyklach defensywy i kontrdefensywy zachodzących pomiędzy gatunkami, które współwystępują w danym ekosystemie.
Prześledzimy istotne podobieństwa pomiędzy tym, jak ludzie i inne
zwierzęta wykorzystują określone toksyny czerpane z innych organizmów do
zwiększenia własnych szans na przetrwanie i reprodukcję. Zbieżności te
pokazują, że człowiek - choć pod wieloma względami wyjątkowy - jest
tylko jednym z wielu gatunków sięgających do farmakopei natury, a z jej
skarbca toksyn w taki czy inny sposób czerpią wszystkie stworzenia.
Ta książka ujawnia, że liczne rośliny i grzyby, a nawet niewielkie
zwierzęta, wytwarzają znaczne ilości toksyn do złudzenia
przypominających ludzkie hormony i neuroprzekaźniki bądź blokujących ich
działanie. Jednocześnie może cię zaskoczyć, że te same związki chemiczne
o dziwnie brzmiących nazwach, pełniące u roślin funkcje obronne,
powstają również w niewielkich ilościach w naszych ciałach. Zaliczają
się do nich na przykład cząsteczki podobne do aspiryny i morfiny.
Wyjaśnię, w jaki sposób proces ten zachodzi w organizmie człowieka, i pokażę, jak pomaga on zrozumieć podatność na uzależnienia. Równocześnie
okazuje się, że najbardziej obiecujące nowe leki na zaburzenia związane
z nadużywaniem substancji uzależniających wywodzą się z apteki przyrody,
a są nimi psychodeliki. Przyjrzawszy się im bliżej, uświadomimy sobie,
że człowiek wykorzystuje je nie od dzisiaj, a przykłady tego znajdujemy
zarówno w prastarych, jak i współcześnie stosowanych praktykach
rdzennych ludów całej planety.
Inny wątek dotyczy panującej w średniowiecznej i nowożytnej Europie
obsesji na punkcie naturalnych toksyn w postaci azjatyckich przypraw.
Żądza ich zdobycia zapoczątkowała epokę wielkich odkryć geograficznych.
Poszukiwanie nowych źródeł tych towarów i chęć kontrolowania ich
przepływu doprowadziły do geopolitycznego kataklizmu, który kształtował
ostatnie pięćset lat historii człowieka i robi to do tej pory. Jednym z jego następstw, przynajmniej częściowo, jest kryzys globalnej
bioróżnorodności i klimatu, z którym obecnie się borykamy.
Mimo że ekscytowała mnie sama myśl o snuciu opowieści na temat
naturalnych toksyn z uwzględnieniem tych wątków, to nie ona zmotywowała
mnie do napisania tej książki. Pod koniec 2017 roku wskutek nadużywania
szkodliwych substancji w tragicznych okolicznościach zmarł nagle mój
ojciec. Właśnie jego śmierć popchnęła mnie do podjęcia się tego zadania.
Jego długa walka z naturalnymi toksynami dobiegła końca akurat wtedy,
kiedy wraz ze współpracownikami odkryłem, w jaki sposób gąsienica motyla
danaida wędrownego zachowuje odporność na śmiercionośne trucizny zawarte
w liściach trojeści będących podstawą jej diety. Wspomniane motyle
chronią się za pomocą tych toksyn przed ptakami, które na nie polują,
gdy motyle migrują tysiąc kilometrów ze wschodnich prerii Kanady i Stanów Zjednoczonych do podzwrotnikowych lasów Meksyku. Mój ojciec, tak
jak danaidy wędrowne, do pokonania swoich wrogów, psychicznych i fizycznych, wykorzystywał toksyny pozyskane z innych organizmów - tyle
że nie były to te same substancje. W książce wielokrotnie powracam do
jego długiej walki i tragicznej, śmiertelnej spirali, w którą wpadł.
Opisuję też, jak to wpłynęło na mnie.
Usiłując zrozumieć, dlaczego zmarł, rozpoznałem i zebrałem w jednym
miejscu wiele sposobów oddziaływania naturalnych toksyn na świat.
Potrzeba mojego ojca, by spożywać ogromne ilości niektórych trucizn,
stanowi więc tak naprawdę odrębny i najbardziej osobisty wątek tej
książki, który się tu i ówdzie przewija. Może na własnej skórze
doświadczyłeś podobnej walki, a może bliska ci osoba nadużywa substancji
psychoaktywnych. Jeśli tak, mam nadzieję, że w ten wątek wpleciesz
swojej przeżycia.
To mój ojciec, przyrodnik, jako pierwszy wprowadzał mnie w arkana
naturalnych toksyn. Ukształtowała mnie nie tylko jego wiedza, lecz także
dorastanie w północnowschodniej Minnesocie oraz moja skłonność do
ucieczek na łono przyrody.
Chorobliwe zaciekawienie dziecka gatunkami zwierząt potrafiącymi kąsać,
kłuć, drapać, truć i okaleczać jest zmorą niejednego rodzica. W okolicy
zawsze znajdzie się chociaż jeden taki dzieciak - niby cicha woda, ale
kusi los. I ja właśnie taki byłem. Kąsające węże, toksyczne traszki,
kłapiące szczękami żółwie skorpuchy, śmierdzące motyle kraśniki, parzące
pokrzywy, których nie mogłem przestać dotykać (to było silniejsze ode
mnie), kolce jeżozwierzy, raniące nasze psy - fascynowały mnie wszystkie
wojownicze stworzenia. Dobrze pamiętam zakłopotanie malujące się w oczach matki, gdy jako przedszkolak dałem jej w prezencie puszkę po
kawie wypełnioną ponad setką pszczół miodnych, schwytanych na pobliskiej
łące białej koniczyny w naszym mieście Duluth.
Choć pszczoły już przedtem parę razy mnie użądliły, wiedziałem, że
działały w obronie własnej. To był dopiero początek mojej silnej
fascynacji przyrodą. Zdarzało mi się owijać wokół szyi węże
pończoszniki, które wypuszczały z kloaki obrzydliwą wydzielinę. W Teksasie łapałem w dłonie jaszczurki frynosomy rogate, oczarowany tym,
że potrafią tryskać krwią z gałek ocznych. W Nevadzie pakowałem czarne
wdowy do pojemniczków po salsie, żeby je zawieźć do domu. Tej miłości do
przyrody i niebezpiecznych stworzeń nie odziedziczyłem po mamie.
Zawdzięczam ją najprawdopodobniej tacie. Ojciec sprzedawał używane
samochody, potem meble, ale w sercu pozostał przyrodnikiem.
Gdy miałem dziesięć lat, przeprowadziliśmy się z Duluth na mokradła
Sax-Zim, niedaleko osad Toivola (nazwa ta oznacza po fińsku nadzieję),
Elmer i Meadowlands w Minnesocie. Nie wiedziałem wówczas, że mokradła te
są rajem dla ornitologów. Zimą goszczą więcej puszczyków mszarnych
(Strix nebulosa)5 niż jakikolwiek inny obszar
kontynentalnych Stanów Zjednoczonych - ale mało kto zamieszkuje te
tereny. Przenieśliśmy się tam, z dala od rodziny mamy w Duluth, żeby
ojciec mógł objąć lepiej płatne stanowisko kierownika (nieistniejącego
już dziś) sklepu meblarskiego - perły regionu. Sklep zaspokajał potrzeby
kurczącej się społeczności rolniczej, która osuszała bagna, by
pozyskiwać z łąk siano dla krów mlecznych. Przez jakiś czas na
podmokłych łąkach na skraju trzęsawisk rolnikom dobrze się
gospodarowało. Kiedy jednak my tam przyjechaliśmy, populacja okolicznych
miasteczek zdążyła się już zestarzeć i stale malała. Większość
miejscowych dzieci wyprowadziła się, osiągnąwszy wiek dorosły.
Do miejscowej szkoły - w której uczono zarówno przedszkolaków, jak i licealistów - zapisanych było w sumie sto pięćdziesięcioro dzieci. W czwartej klasie liceum w 1994 roku miałem czternaścioro kolegów i koleżanek. Kilka lat później szkoła zatrzasnęła drzwi6. Była
jedną z dziecięciu w okręgu szkolnym wielkości stanu
Connecticut7, rozciągającym się przez sto trzydzieści
kilometrów od Parku Narodowego Voyageurs na granicy z kanadyjskim
Ontario aż po mokradła Sax-Zim na południu.
Jako nastoletni, niewyautowany gej skupiałem swoją uwagę na pięknie
mokradeł, nielicznych przyjaciołach i marzeniach o wyjeździe. Przyroda
dawała mi schronienie i dostarczała duchowych przeżyć. Do dziś pozostaje
dla mnie źródłem natchnienia, prywatnie i zawodowo.
W książce dzielę się też informacjami na temat pracy i podejścia
badawczego biologów ewolucyjnych takich jak ja. W związku z tym chcę
podkreślić, że jestem tylko biologiem, nie antropologiem, chemikiem,
etnobotanikiem, historykiem czy socjologiem. Tym niemniej, zakres tej
książki jest bardzo szeroki, a napisanie jej wymagało ode mnie wyjścia
poza główne obszary moich zainteresowań. Jej korzenie wyrastają z mojego
życia prywatnego, następnie zagłębiają się w nieodległą przeszłość
naszego gatunku, aż w końcu sięgają do zdarzeń zagrzebanych głęboko w piaskach czasu, w odległej historii ewolucji.
1. Śmiercionośne stokrotki
1.
Śmiercionośne stokrotki
Ten wątły kwiatek nam, ludziom, użyczy
Mocy zabójczej równie jak leczniczej.
- William Shakespeare,
Romeo i Julia8
Rzeki, rodziny, refleksje
Wpinając w klapę marynarki kwiatowe przybranie, robiłem w głowie wykaz
gatunków wybranych przez florystkę i zawartych w nich trucizn. Gwiazdą
zimowego bukieciku był jaskrawy złocień z rodziny astrowatych. Otaczały
go iglaste gałązki sosny wejmutki, kiście czerwonych owoców dziurawca i kolczaste, błękitne liście mikołajka nadmorskiego.
Nie zapraszałem trujących roślin na mój ślub. Nie musiałem - wszystkie
rośliny wytwarzają substancje, którymi mogą posłużyć się jak truciznami,
by wyeliminować konkurencję, zniechęcić roślinożerców, zneutralizować
patogeny czy ukarać niewiernych zapylaczy. Rośliny chcą żyć - podobnie
jak wiele grzybów, zwierząt i innych organizmów, które również
korzystają z trucizn w obronie własnej i do ataku.
Nawet w "wątłym kwiatku" złocienia kryje się niejedna toksyna, na
przykład matrycyna z grupy terpenoidów9. Sosna wejmutka ma
w sobie alkaloidy piperydynowe10, dziurawiec zawiera
fenolowy związek hiperycynę11, a mikołajek - aldehyd pod
nazwą eryngial12.
Możliwe, że słyszysz o tych substancjach po raz pierwszy, wiedz jednak,
że każda z nich jest także lekiem. Matrycyna występuje w rumianku i krwawniku pospolitym, ziołach stosowanych w tradycyjnym lecznictwie od
tysięcy lat. W ludzkim organizmie matrycyna rozkłada się do pięknego,
błękitnego chamazulenu, obecnie badanego pod kątem uśmierzania bólu.
Igłami sosny wejmutki liczne rdzenne ludy Ameryki Północnej od dawna
leczą choroby układu oddechowego. Od zawartych w nich alkaloidów
piperydynowych rozpoczyna się syntezę opioidów takich jak fentanyl.
Hiperycynę z dziurawca powszechnie stosuje się w leczeniu depresji i innych zaburzeń psychicznych. Wreszcie, medycyna tradycyjna potrafi
mikołajkiem zwalczać zakażenie glistą ludzką właśnie dzięki toksyczności
eryngialu, jak odkryli jamajscy naukowcy.
Najważniejsze pytanie brzmi, dlaczego rośliny w ogóle zadają sobie trud
wytwarzania tych substancji. Przecież ich synteza pochłania zasoby
cennej energii, którą równie dobrze można by spożytkować na wzrost i rozmnażanie. Istotna podpowiedź pojawiła się w 1964 roku, gdy nieżyjący
już ekolog chemiczny Tom Eisner z zespołem opublikował artykuł
wykazujący, że eryngial (czyli trans-2-dodekenal), ten sam, co w mikołajku i na przykład u cytrusów, imbirowatych czy selerowatych,
powstaje również w organizmie jednego z gatunków gromady krocionogów.
Krocionogi te wydzielają eryngial, gdy zostają zaatakowane przez
agresorów takich jak mrówki czy pasikoniszki. Ponieważ produkcja tej
substancji odbywa się w organizmach zarówno roślin, jak i zwierząt,
można zakładać istnienie wspólnego wzorca ewolucyjnego. Ta sama
korzystna cecha często ewoluuje u różnych organizmów niezależnie - w tym
przypadku jest to obronna zdolność do wytwarzania eryngialu u roślin i zwierząt. Powstanie tej samej cechy w różnych liniach ewolucyjnych
nazywamy konwergencją.
Być może bardziej znajomo niż eryngial u krocionogów zabrzmi lista
kolejnych naturalnych toksyn i ich miejsc występowania. W ziarnach kawy
zawarta jest kofeina, w marihuanie kannabinoidy, w płatkach chili
kapsaicyna, w laskach cynamonu aldehyd cynamonowy, w liściach koki
kokaina, w syropie na kaszel kodeina, a w nasionach jabłek glikozydy
cyjanogenne. Może cię zaskoczyć, że duża część związków chemicznych
wykorzystywanych przez nas w produkcji żywności, napojów oraz lekarstw,
podczas praktyk duchowych i relaksu, a nawet w celach nikczemnych,
takich jak zabijanie, wcale nie wyewoluowała przez wzgląd na nas. A jednak toksyny przeniknęły do naszego życia w sposób równie przyziemny,
co głęboki.
Substancje te mogą zostać wykorzystane jako broń do darwinowskiej walki
w przyrodzie, która zaczęła się u zarania życia, ponad cztery miliardy
lat temu. Do dziś toczą się wokół nas bitwy tej chemicznej wojny.
Decydują one o przebiegu życia każdego człowieka, również mojego. Te
potyczki widać na każdym kroku. W moich oczach wyrokują one o życiu i śmierci, zapowiadają radość i ból, niosą małe przyjemności i dzikie
ekscesy.
Pisanie tej książki rozpocząłem na wsi, w stanie Vermont. W tym samym
czasie wziąłem ślub z Shane'em - był środek zimy, przesilenie. Szliśmy
nad brzeg zamarzniętej rzeki o herbacianych wodach13, gdzie
czekała na nas Anne, sędzia pokoju. Brnąc w śniegu, przypomniałem sobie
zdjęcie matki z dnia jej ślubu. Trzyma na nim bukiet jastrunów i stoi na
brzegu innej czarnej rzeki o źródłach w tajdze Minnesoty, bardzo
przypominającej tą, nad którą staliśmy właśnie z Shane'em.
W dole rzeki Lester, gdzie ubrani w pasujące do siebie koronkowe stroje
pobrali się moi rodzice, ojciec uczył mnie łowić ryby pośród ciemnych
wirów skłębionych pod wodospadem tnącym prastare bazalty. Gdy moje oczy
czterolatka pierwszy raz ujrzały wyciągniętego z rdzawej wody pstrąga
źródlanego, niczym miniaturowy obraz Georgesa Seurata, zaparło mi dech w piersiach. Ojciec stał naprzeciw mnie z uśmiechem, a ja podziwiałem żywe
arcydzieło ewolucji. Oliwkowozielony bok ryby zdobiły rubinowe plamki z szafirowymi obwódkami, na grzbiecie wiły się neonowozielone zawijasy.
Ta rzeka przemieniła mojego ojca w człowieka szczęśliwszego,
spokojniejszego. Nie mógł jej jednak zabrać ze sobą, kiedy wyjeżdżał.
Zmarł oddalony o ponad tysiąc mil od jej wód i od nas wszystkich.
Odszedł w samotności, na wygnaniu, otoczony arsenałem broni palnej i mrowiem nabojów, uzależniony od substancji, którą określał "swoim
lekiem". Naszym jedynym łącznikiem pozostała jego komórka z klapką, z której sporadycznie do mnie pisał i dzwonił.
Rankiem w Boże Narodzenie 2017 roku szeryf hrabstwa znalazł jego martwe,
sześćdziesięciodziewięcioletnie ciało na podłodze naczepy kempingowej w zachodnim Teksasie. Ojciec nie żył od kilku dni, może nawet tygodni.
W 2021 roku urna z jego prochami już od dawna stała w naszym domku w Oakland (Kalifornia), tuż pod ołtarzykiem przy oknie. Ołtarzyk ozdobiłem
wspólnymi zdjęciami - migawkami z naszej relacji. W sierpniu 2021 roku
wraz z Shane'em załadowaliśmy urnę do samochodu i wyruszyliśmy do
Vermontu na nasz roczny urlop naukowy, po drodze zahaczając o Minnesotę.
Po prostu nie mogliśmy ojca tam zostawić.
Ostatni przystanek wypadł w Duluth, w domu siostry mojej matki, która
była również moją matką chrzestną. Żyła dzięki dializom, w ostatniej
fazie choroby nerek, choć około dziesięć lat wcześniej przeszła ratujący
życie przeszczep wątroby. Jej własny narząd był niewydolny po długiej
walce z zaburzeniami używania alkoholu (ZUA), jak dzisiejsze podręczniki
kliniczne określają alkoholizm.
Usiadłem z ciotką na sofie i poczułem jej chłodną dłoń na moim
przedramieniu. Cienka jak pergamin skóra naciągnęła się pod wpływem
uścisku. Ciotka wiedziała, że chcę poruszyć trudny temat. Przyciągnęła
mnie do siebie i spojrzała mi głęboko w oczy. Powiedziałem, że jedziemy
teraz do Vermontu i po drodze chcę rozsypać prochy ojca w rzece.
Odparła:
- Dobrze, podjedź tam i zrób to, hon.
Hon to oczywiście zdrobnienie od honey, kochanie, ale wymówiła to
słowo z tutejszym akcentem, charakterystycznym dla północnej Minnesoty.
Na jego dźwięk skruszała gruba skorupa chroniąca moje serce. Otrzymawszy
od ciotki błogosławieństwo, objąłem jej drobne ciało. To było nasze
ostatnie pożegnanie.
Ujście rzeki, która odegrała tak ważną rolę w życiu mojego ojca,
znajdowało się około półtora kilometra od domu ciotki. Nadszedł wreszcie
czas, by rozstać się z ojcem na dobre. Rozsypaliśmy jego prochy
dokładnie w miejscu, w którym rzeka wpływa do "lśniącego Wielkiego
Jeziora"14, czyli Jeziora Górnego.
Ciemne wiry otoczyły każdy płatek białej kości, a potem prąd na zawsze
porwał ostatnie okruchy ojca. Atomy wapnia i fosforu, zrodzone w sercu
gwiazdy miliardy lat temu, mogły ruszyć w dalszą podróż, od okrzemka
przez jętkę po pstrąga.
Kilka miesięcy później stanąłem naprzeciw Shane'a na ceremonii zaślubin.
Mój wzrok przyciągnął złocień przypięty tuż nad jego sercem. Spiralę
niewielkich płatków oświetlało słońce, w dniu przesilenia wiszące nisko
na zimowym niebie, niczym krwistoczerwona pomarańcza. W kwiecie
złocienia zdawały się mieszać dwie sfery mojego życia, które tak bardzo
starałem się oddzielać: osobista i zawodowa.
Dopatrzyłem się w nim toksyn z bukietu matki, substancji płynących
rzekami, które z tkanek rośliny przenikają najpierw do organizmu
zwierzęcia, a potem do mojego, tych, które zabrały mi tylu członków
rodziny, i tych, którymi zajmowałem się badawczo. Wszystkie wirowały w doskonałej spirali płatków złocienia.
W zimnym, pustym powietrzu unosiły się zaś płatki śniegu. Za plecami
mieliśmy zachód, Minnesotę. Wsunąłem Shane'owi na palec obrączkę
mieniącą się złotem i srebrem. On włożył na mój obrączkę z drewna i bursztynu, grobowca toksyn. Nie zamieniłbym tej chwili na nic innego.
Moja obrączka składa się właściwie z trzech pierścieni. Dwa zewnętrzne
zrobiono z czarnego drewna orzecha włoskiego, zawierającego
juglon15, toksynę wytwarzaną przez to drzewo, zdolną zabić
konkurencyjne rośliny żyjące w jego cieniu. Drewno orzecha ma w sobie
również ciemne taniny, wzmacniające jego tkankę i odstraszające
większość zwierząt, które zechciałyby je zjeść. Wewnętrzny pierścień
wykonano z bursztynu, czyli skamieniałej żywicy składającej się z toksycznych terpenoidów takich jak alfa-pinen, wytworzonych przez drzewa
miliony lat temu do obrony przed napastnikami.
Oddając prochy ojca wodom, które obdarzały go nowym życiem za każdym
razem, gdy przebywał w ich pobliżu, nie mogłem nie pomyśleć o innym
pozornie niezwyciężonym człowieku, który czerpał siłę z rzeki. W ukrytą
słabość tamtego bohatera również ugodziła trucizna.
W poemacie Achilleis rzymski poeta Publiusz Papiniusz Stacjusz opisał,
jak nimfa Tetyda, ostrzeżona o przedwczesnej śmierci jej nowo
narodzonego syna Achillesa, zaniosła go nad rzekę Styks, której wody
miały uczynić go nieśmiertelnym. Zanurzając niemowlę w rzece, Tetyda
trzymała je za piętę i ta jedna, niewielka część ciała pozostała sucha.
Pewnego dnia tę słabość miał wykorzystać Parys, który wraził zatrutą
strzałę w piętę Achillesa, zadając mu w ten sposób śmiertelną ranę.
Narażone na kontuzje ścięgno Achillesa przypomina nam, że ewolucja nie
potrafi przewidywać przyszłości: nie jest w nią wpisany żaden wielki -
ani nawet mały - plan. W rzeczywistości ścięgno to wyewoluowało ze
znacznie krótszego i słabszego, które przez dziesiątki milionów lat bez
zarzutu obsługiwało tylną łapę naszych nadrzewnych przodków. Te wczesne
ssaki naczelne mieszkały w koronach drzew, więc wykorzystywały wszystkie
cztery łapy i dwadzieścia palców do chwytania gałęzi, podobnie jak to
robi wiele współcześnie żyjących naczelnych.
W miarę jak nasza własna linia ewolucyjna zaczęła schodzić z drzew na
twardy grunt, ścięgno tylnych łap pradawnych, drzewnych naczelnych
stopniowo przystosowywało się do dwunożności. Choć ścięgno Achillesa
przy chodzeniu i bieganiu działa dość przyzwoicie, nie jest doskonałym
rozwiązaniem problemu, jakiego nastręcza dwunożność, czyli posługiwanie
się tylnymi nogami jako jedynymi. Przed kontuzją chronią je tylko cienka
pochewka i warstwa skóry, z czego zdaje sobie sprawę każdy, kto kiedyś
je uszkodził.
Tak jak Achillesa, mojego pozornie niezwyciężonego ojca pokonała
toksyna, która znalazła szczególną, ukrytą słabość człowieka: nasze
organizmy korzystają z tych samych odwiecznych przekaźników chemicznych
i białek, którymi posługują się inni zwierzęcy wrogowie roślin, grzybów
i mikrobów.
Po śmierci ojca nie mogłem wiedzieć, że moje badania nie tylko dodadzą
mi otuchy, odwracając uwagę od ponurych okoliczności, lecz także pomogą
zrozumieć naturę jego upadku. Ta książka powstała w wyniku zderzenia
dwóch światów, które kiedyś tak bardzo chciałem oddzielać: dzieła mojego
życia, jakim było zrozumienie naturalnych toksyn, oraz uzależnienia
mojego ojca.
Dostrzegłem, że połączenie tych dwóch części mojej tożsamości może
okazać się użyteczne w opowieści o występujących w przyrodzie toksynach.
Na przykład złocienie przypięte do naszych garniturów w dniu ślubu są
nie tylko metaforą najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Przykładem
roślin z rodziny astrowatych możemy posłużyć się do zarysowania
poszczególnych wątków tej książki. Zacznę od toksyny, która zmieniła
moje życie, pochodzącej od kwiatów spokrewnionych ze złocieniem.
Stokrotki i szkodniki
Był 2001 rok, słoneczny, wiosenny dzień w zoo w Saint Louis. Byłem na
pierwszym roku studiów doktoranckich z biologii tropikalnej, miałem
dwadzieścia pięć lat i dopiero co obroniłem pracę magisterską z entomologii. Może się to wydać dziwne, ale jako początkujący biolog
zajmujący się owadami i roślinami, to właśnie w zoo miałem wypróbować
protokół eksperymentalny, który planowałem zastosować na dzikich ptakach
wysp Galapagos. Badania prowadziła moja opiekunka naukowa, Patricia
Parker, ornitolożka, profesorka Uniwersytetu Missouri-St. Louis (UMSL).
Naszym "królikiem doświadczalnym" był wspaniały rudy kogut. Osobnik
nieskazitelny, każde piórko na swoim miejscu.
Moja znajoma Jane, techniczka weterynaryjna dzikich zwierząt, ostrożnie
go przytrzymała. Ja delikatnie oprószyłem powierzchnię jego piór
naturalnym pudrem na pchły i kleszcze, mając nadzieję, że nie ubodzie
mnie ostrogami, choć na to sobie zasłużyłem. Potem mieliśmy czekać.
Zaraz zdradzę, dlaczego dokładnie się tym zajmowałem i na co czekałem.
Ale najpierw uprzedzę twoje pytanie, co miał wspólnego ten zabieg z astrowatymi czy naturalnymi toksynami. Otóż owadobójczy proszek, którym
posypałem kogucie pióra, wyprodukowano ze zmielonych suszonych kwiatów
dwóch gatunków wrotyczy Tanacetum, należących do rodziny astrowatych,
kiedyś klasyfikowanych w rodzajach Pyrethrum lub Chrysanthemum.
Pyretrum pozostaje jednym z najbezpieczniejszych i najpowszechniej
używanych naturalnych pestycydów na świecie.
Jeśli nie doda się do niego żadnych składników syntetycznych, pyretrum
słusznie oznacza się jako środek "organiczny", "zielony", "naturalny"
czy "roślinny". Może zdarzyło ci się go kiedyś zaaplikować, w proszku
lub spreju, na rośliny w ogrodzie, zwierzaka czy wykładzinę w salonie.
Postawmy sprawę jasno: pyretryny, czyli składniki aktywne pudru
pyretrum, to niezwykle potężne neurotoksyny - ale niegroźne dla ludzi.
Ich stosowanie od dawna stanowiło kwestię życia i śmierci, gdyż
pozwalały pozbyć się wszy, które przenosiły tyfus, i pcheł, które
rozprzestrzeniały dżumę. Rdzenne ludy Kaukazu już dawno przebadały
bezpieczeństwo pudru metodą prób i błędów.
Puder pyretrum zaczęto wykorzystywać jako środek owadobójczy w północnym
Iranie, Armenii i Gruzji. Na terenie Europy wyrabiano go w Dalmacji z różnych gatunków złocieni. Jako produkt handlowy pojawił się w Europie w XIX wieku pod nazwą "proszek perski" za pośrednictwem kupca z Armenii.
Następnie w połowie stulecia zaczęła go masowo wytwarzać z gruzińskiego
wrotyczu szkarłatnego wiedeńska firma Johanna Zacherla.
W 1888 roku, po przejściu na nowy surowiec, wrotycz maruna, syn Zacherla
wybudował w Wiedniu fabrykę, w której wytwarzał produkt pod nazwą
handlową Zacherlin. Jeszcze przed 1888 rokiem rosyjscy żołnierze
podpatrzyli proszek na pchły u czerkieskich więźniów i sami zaczęli go
stosować. Pyretryny do tej pory są składnikiem szamponów przeciwko
wszawicy, czy to głowowej, odzieżowej, czy łonowej.
Astrowate uprawia się w Azji Wschodniej od tysiącleci, zarówno do
ozdoby, jak i leczenia. O wykorzystywaniu ich od pradawnych czasów
świadczy choćby fakt, że złota chryzantema o szesnastu płatkach znajduje
się na pieczęci cesarza Japonii. To emblemat Chryzantemowego Tronu,
najstarszej dziedzicznej monarchii w dziejach. Blisko spokrewnione z cesarską chryzantemą wrotycze wytwarzające pyretrynę zaczęto jednak w Japonii uprawiać dopiero na początku XIX wieku, kiedy tamtejsi badacze
zainicjowali prace nad substancjami owadobójczymi w pyretrum.
Dziś wiemy, jak pyretrum zabija owady: pyretryny wiążą się z ważnymi
białkami (konkretnie z bramkowanymi napięciem kanałami sodowymi), które
przepuszczają jony sodu w komórkach nerwowych. Gdy pyretryna połączy się
z tym białkiem, komórki nerwowe odpalają się jak szalone, powodując
niezależne od woli skurcze mięśni, paraliż, a nawet śmierć.
Brzmi to poważnie i rzeczywiście stanowi zagrożenie dla bezkręgowców
takich jak owady (na przykład motyle), mięczaki (na przykład ośmiornice)
czy pajęczaki (na przykład pająki) i dla niektórych kręgowców, choćby
ryb. Innym kręgowcom, takim jak ludzie czy ptaki, naturalne pyretryny
nie mogą jednak szczególnie zaszkodzić. Identyczna dawka soli spożywczej
jest dla ludzi bardziej toksyczna niż pyretryny. Te międzygatunkowe
różnice wynikają z występowania konkretnych odmian genetycznych na
różnych gałęziach ewolucyjnego drzewa życia.
Na przykład jedna prastara zmiana w DNA owadów sprawiła, że ich komórki
nerwowe są sto razy bardziej wrażliwe na pyretrynę od naszych16.
Z kolei kotom i rybom pyretryny zagrażają bardziej, ponieważ ich
organizmy nie posiadają jednego z enzymów wątrobowych, które bronią
ludzi przed toksycznością pyretryn.
Natomiast inne naturalne toksyny, rażące te same kanały nerwowe, są dla
nas trujące nawet w niewielkich dawkach. Warto przypomnieć smutną
historię dwudziestodziewięcioletniego mieszkańca stanu Oregon, który -
podpuszczony przez kolegów - połknął salamandrę, pacyfotrytona
szorstkiego. Po zaledwie dziesięciu minutach poczuł mrowienie warg, a w kilka godzin później zmarł. Zabiła go tetrodotoksyna na skórze płaza.
Tak jak pyretryny, tetrodotoksyna atakuje bramkowane napięciem kanały
sodowe, ale zlokalizowane gdzie indziej w białku.
O ile pyretrynę wytwarzają rośliny, o tyle tetrodotoksynę produkują
bakterie symbiotycznie żyjące w organizmach niektórych zwierząt słodko-
i słonowodnych, w tym ryb rozdymkokształtnych, ośmiornic z rodzaju
Hapalochlaena czy właśnie salamander. Toksyny tej nie wytwarzają więc
same zwierzęta, a ich własne bramkowane napięciem kanały sodowe są do
niej przystosowane i całkowicie na nią odporne.
Te zwierzęta używają toksycznej tetrodotoksyny do obrony przed atakiem,
podobnie jak my i niektóre astrowate posługujemy się pyretrynami, aby
rozprawić się ze szkodnikami roznoszącymi choroby. My jesteśmy wysoce
podatni na działanie tetrodotoksyny nawet w niewielkich dawkach, a bardzo odporni na pyretryny, natomiast życiu ryb rozdymkokształtnych,
ośmiornic i salamander poważnie zagrażają pyretryny. Selektywna
toksyczność pyretryn tłumaczy, dlaczego to właśnie je - a nie na
przykład inne działające na bramkowane napięciem kanały sodowe trucizny
takie jak tetrodotoksyna - ludzie bezpiecznie stosują do różnych celów,
od odstraszania komarów, przez tępienie pcheł aż po, jak się wkrótce
przekonamy, usuwanie wszy z piór ptaków zagrożonych gatunków.
Jaka z tego nauka? Truciznę dobieraj ostrożnie. Historia pochodzenia
każdej z omówionych substancji zawiera istotne informacje na temat tego,
czy korzyści dla człowieka przeważają nad kosztami, czy też nie. Okazuje
się, że nie wszystko, co stworzone przez naturę, jest dla nas naturalnie
zdrowe.
Natury krwawy ząb i szpon
Gdy pierwszy raz zobaczyłem myszołowa galapagoskiego, zaintrygował mnie
jego wygląd: ptak bardzo przypominał myszołowy, jakie widywałem w północno-wschodniej Minnesocie. Ale pozory mogą mylić.
Dorosła samica prawie pozbawiła mnie przytomności, spadając na mnie z wysoka, a jako prezent pożegnalny zostawiła mi na twarzy bruzdę po
szponach. Osoba, która stała na czatach, wypatrując myszołowów
broniących swojego terytorium przed intruzami takimi jak my, naukowcy,
po prostu jej nie zauważyła. Był to nieszczęśliwy wypadek.
Samica myszołowa zrobiła to, co robi wiele ptaków - od nadobniczek
drzewnych po orły przednie - gdy człowiek za bardzo zbliży się do ich
gniazda: pikowała natrętowi na głowę.
Ptakowi nie stała się żadna krzywda, ale kiedy ja uniosłem powieki,
widziałem tylko na lewe oko. Ze strachu, że znowu nas pogoni,
popędziliśmy pod ciernistą akację i tam staraliśmy się złapać oddech. Z oka, nosa i policzków kapała mi krew. Trucizna nie jest jedyną bronią do
walki w przyrodzie.
Wzrok straciłem na szczęście tylko na chwilę. Oślepiła mnie po prostu
krew z przekłutej powieki.
Ulga nie potrwała jednak długo. Ku naszemu zdumieniu myszołów zatoczył
koło, wylądował na ziemi zaledwie kilka metrów od nas i zaczął kroczyć w naszą stronę. Chociaż samica poruszała się prześmiesznie gołębim chodem,
na poważnie obawialiśmy się, że szykuje się do ataku z ziemi.
Wiele zwierząt na Galapagos ewoluowało bez ingerencji ze strony
człowieka. Brak kontaktów z ludźmi sprawił, że tamtejsze zwierzęta
zazwyczaj nie znają przed nami strachu. Darwin zauważył, że ptaki na
tych wyspach, w tym myszołowy, są tak nielękliwe, iż "strzelba jest tu
zbyteczna, skoro za pomocą lufy strąciłem z gałęzi drzewa drapieżnego
ptaka"17.
Wyobraziłem sobie, że właśnie mimowolnie odtwarzamy scenę z Parku
Jurajskiego z welociraptorami w kuchni. Dwoje przerażonych dzieci chowa
się tam za wyspą kuchenną przed ścigającymi je dinozaurami.
Myszołowy, choć w porównaniu do welociraptorów drobne, są na Galapagos
największymi drapieżnikami lądowymi. Raz widziałem, jak jeden osobnik
przysiadł na gałęzi nad ciężarną kozą, ukrywającą się w trawach pod
drzewem strączyńca. Koza pragnęła ochronić przyszłego potomka przed
szponami myszołowa, zdolnymi zmiażdżyć mu czaszkę. Ptak zaś cierpliwie
czekał, aż samica zacznie rodzić.
Jeśli kiedykolwiek zdarzyło ci się dotrzeć na Galapagos albo oglądać
filmy przyrodnicze tam nakręcone, wiesz, że właśnie opisałem scenę
typową dla tej wyspy. Strach, cierpienie i śmierć są wszędzie, a walka w przyrodzie toczy się w biały dzień.
Natomiast chemiczne bitwy pomiędzy gatunkami, pomiędzy trującymi a otruwanymi, rozgrywają się raczej poza zasięgiem naszego wzroku. Jednak
gdy tylko uchylić zasłonę, ich wpływ na ewolucję, nasze życie codzienne,
a nawet najnowszą historię naszego gatunku okazuje się bardziej
wszechobecny i dramatyczny, niż mogłoby się zdawać.
Tego wieczoru, po spotkaniu z myszołowem, lizałem rany w swoim namiocie
na Isla Santiago. Ze współpracownikami z Ekwadoru rozbiliśmy obóz na
wypalonym słońcem błocie wyschłej laguny za plażą Espumilla w Zatoce
Króla Jakuba. W świetle latarki czytałem Podróż na okręcie "Beagle",
którą wkrótce przed wyjazdem z St. Louis do Ekwadoru wręczyła mi
promotorka. Dowiedziałem się, że Karol Darwin był w moim wieku, gdy
przybył na tę plażę w 1835 roku. Obaj mieliśmy po dwadzieścia sześć lat.
Spróbowałem zamknąć oczy, ale księżyc świecił zbyt jasno. Potem
usłyszałem przytłumiony szelest. Piaskiem ku zatoce sunęły świeżo
wyklute żółwie zielone. Przemieszczały się nocą, bo wówczas ich główni
wrogowie spali z dziobem schowanym pod skrzydło.
Z atramentowej ciemności galapagoskiej nocy wyłaniały się jednak inne
drapieżniki szukające ofiar takich jak malutkie żółwie. Gdy znów się
położyłem, zauważyłem sylwetkę jadowitej, gigantycznej skolopendry
Darwina, której całe 30 centymetrów spoczywało na dachu namiotu. Jedna z największych skolopendr świata atakuje małe ssaki i ptaki,
obezwładniając je potężnym koktajlem białkowego jadu, wstrzykiwanym
przez sierpowate szczęki.
Pobyt na tętniącej życiem wyspie dostarczał niezwykłych wrażeń - każdy
organizm wokół dokładał sił, by przeżyć. Czułem się tam całkiem
swobodnie, mimo że nie mieliśmy nawet telefonu satelitarnego, a jedynie
radiotelefon morski, na wypadek gdyby zaszła potrzeba wezwania pomocy.
Skrajne odosobnienie, pustkowie dookoła i potencjalne niebezpieczeństwa
wbrew pozorom działały na mnie krzepiąco. Tak swobodnie czułem się w przyrodzie ze względu na to, gdzie i w jaki sposób się wychowałem.
Zanim zacząłem pracować na Galapagos, wiedziałem z literatury naukowej,
że myszołowy hodują na piórach swoje własne wszoły albo piojos, jak
zwali je nasi ekwadorscy współpracownicy. W ramach pracy doktorskiej
planowałem zrobić coś, co przechodziłoby najśmielsze wyobrażenia
Darwina.
Chciałem wykorzystać mutacje naturalnie zachodzące w DNA wszołów
pasożytujących na myszołowach jako ewolucyjny wskaźnik historii
kolonizacji tego gatunku ptaków - jego przemieszczania się z wyspy na
wyspę przez setki tysięcy lat. Podejrzewałem, że każdy myszołów zaraża
się wszołami od matki, tak że pasożyty dziedziczone są z pokolenia na
pokolenie, nie inaczej niż geny - jako niezamierzona spuścizna. Aby
zbadać tę koncepcję, musiałem jednak najpierw pozyskać wszoły od
myszołowów.
Z pasożytami ptaków zetknąłem się już wcześniej. W wieku dwunastu lat w lesie za naszym domem zastrzeliłem swojego pierwszego cieciornika,
łownego ptaka wyżynnego. Wróciwszy do domu, położyłem jego ciało na
masce samochodu. Niezliczone wszoły, białe jak śnieg, wypełzły na ciemny
metal. Uciekły, bo ciało ostygło, a maska była nagrzana i stworzonka
pomyliły jej ciepło z potencjalnym żywicielem.
Oczywiście nie mogłem wiedzieć, że pewnego dnia będę badać ptaki i ich
wszoły, ale przygoda z dzieciństwa mnie do tego przygotowała. Na
Galapagos musieliśmy jednak pozyskać wszoły, nie krzywdząc przy tym
ptaków. Na szczęście władze Parku Narodowego Galapagos zgodziły się,
byśmy stosowali w naszych badaniach puder pyretrum, którym testowo
oprószyłem koguta w St. Louis. Środek ten był nieszkodliwy dla
myszołowów. Zadziałał popisowo. Pierwszy myszołów, któremu posypałem
pióra pyretryną, zrzucił setki wszołów na plastikową tacę pożyczoną ze
stołówki Stacji Badawczej im. Karola Darwina. W toku badań
dowiedzieliśmy się, że DNA tych pasożytów rzeczywiście można wykorzystać
do prześledzenia historii kolonizacji wysp Galapagos przez myszołowy.
Na wyspach pyretrum używa się też do celów bardziej praktycznych.
Kłowacz namorzynowy, zagrożony gatunek z grupy tak zwanych zięb Darwina,
zamieszkuje zaledwie kilka wysp. Wśród jego niewielkich populacji sieje
spustoszenie inwazyjny gatunek wampirzej muchy Philornis downsi,
której larwy żerują na krwi i tkankach głowy piskląt, często w rezultacie je zabijając.
Aby opanować plagę much, kierownictwo parku narodowego zabezpiecza
gniazda kłowacza pyretryną - toksyczną dla owadów, ale bezpieczną dla
ptaków. Gniazda jednak trudno zlokalizować i posypać, a na wielką skalę
staje się to niemal niemożliwe.
Ekolożka Sarah Knutie z zespołem sprytnie wykorzystała fakt, że zięby
Darwina zbierają miękkie włókna z dziko rosnącej bawełny Darwina
(Gossypium darwinii) i wykładają nimi gniazda. Naukowcy rozmieścili
kupioną w sklepie watę, potraktowaną pyretrynami, w okolicach
gniazdowania kłowacza niedaleko stacji badawczej. Ptaki rzeczywiście
pozbierały owadobójcze włókna i zaniosły je do gniazd. W gniazdach
osobników, które skorzystały ze spreparowanej waty, udało się ograniczyć
plagę larw, co zwiększyło szanse ich piskląt na przeżycie.
Doświadczenie Knutie było od początku do końca wyreżyserowane, ale pewne
zwierzę robi coś podobnego w naturze. Wróble cynamonowe w Chinach
wykładają gniazda liśćmi bylicy rocznej, która w jakiś sposób odstrasza
bądź tępi pasożyty. Zachowanie to naturalnie zwiększa szanse przeżycia
ich piskląt.
Bylica roczna to kolejny gatunek z rodziny astrowatych. Choć Amerykanom
może wydawać się egzotyczna, zarówno wyglądem, jak i zapachem przypomina
bylicę trójzębną, powszechnie występującą na zachodzie USA.
Nie tylko wróble cynamonowe wykorzystują tę roślinę do odstraszania
wrogów. Ludzie również. Okres budowania gniazd przez te ptaki, w którym
też zaczyna się robić ciepło, pokrywa się z obchodami Święta Smoczych
Łodzi. Zgodnie z tradycją ludzie wieszają wówczas na drzwiach gałązki
bylicy dla odstraszania szkodników. Ten przykład pokazuje, że jeśli
chodzi o instrumentalne wykorzystywanie naturalnych toksyn, zachowania
ludzi i zwierząt często są zbieżne.
Bylica roczna obfituje w toksyny. Należy do nich terpenoid pod nazwą
artemizynina, odkryty przez chińską naukowczynię Tu Youyou w 1972 roku
podczas poszukiwań leku na malarię. W 2015 roku za swoje badania
otrzymała ona Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny, a artemizynina wyznacza dziś złoty standard leczenia malarii.
Pomimo naszych podobieństw do innych zwierząt, istotnie się od nich
różnimy w kwestii samoleczenia. Wykorzystujemy naturalne toksyny zapewne
głównie w wyniku wiedzy nabytej, natomiast u innych zwierząt zachowania
takie są prawdopodobnie wrodzone.
Stosowanie toksycznych narzędzi gładko wniknęło do ustnych i pisemnych
tradycji leczniczych, które określę zbiorowo jako materia medica.
Takie substancje można łatwo znaleźć w każdej kulturze. Na bazie
specyfików od dawna wykorzystywanych w medycynie ludowej powstało prawie
50 procent wszystkich stosowanych dzisiaj leków18.
Zagadnienie staje się bardziej skomplikowane - i szczególnie ciekawe -
gdy przyjrzymy się, w jaki sposób naturalnych toksyn jako leków używają
nasi krewniacy i przodkowie z rzędu naczelnych. Samoleczenie w świecie
zwierząt, czyli zoofarmakognozja, pojawiło się u wielu gatunków, w tym
oczywiście u naszego. Odnosząc się do wykorzystywania naturalnych toksyn
przez ludzi, opuszczamy jednak przedrostek "zoo-" i mówimy po prostu o farmakognozji, czyli "wiedzy o lekach". Lubimy myśleć, że jesteśmy
wyjątkowi - i rzeczywiście pod wieloma względami jesteśmy, ale pod
innymi nie. Prawda jest taka, że tak zwana współczesna medycyna to tylko
wynik milionów lat farmakognozji w naszej linii ewolucyjnej naczelnych.
Profeny i paleomedycyna
Ludzie wykorzystują pyretrynowe astry i artemizyninową bylicę od dawna -
ale od kiedy dokładnie? Na to pytanie odpowiada troje innych członków
rodziny astrowatych, pokazując nam jeszcze starszy związek pomiędzy
naszym współczesnym życiem, życiem naszych przodków a początkami
farmakopei. Te trzy rośliny to krwawnik, rumianek i wernonia.
Homer w Iliadzie opowiada, że armia Achillesa za radą jego wychowawcy
centaura Chirona miała wyposażyć się w krwawnik do leczenia ran. W rzeczywistości starożytni Rzymianie zwali tę roślinę herba militaris,
a później krwawniki otrzymały nazwę systematyczną Achillea. Ludowa
nazwa krwawnika wskazuje na jego właściwości przeciwkrwotoczne. W liczącej sobie dwa tysiące lat rozprawie De materia medica grecki
lekarz i botanik Pedanios Dioskurydes propagował wykorzystanie rośliny
zarówno do gojenia ran, jak i opanowania czerwonki.
Nad właściwościami krwawnika rozwodził się też w XVII wieku brytyjski
lekarz Nicholas Culpeper w dziele Complete Herbal (Zielnik kompletny).
W tej samej publikacji autor pisał, że rumianek, czyli inna roślina
astrowata, "usuwa wiatry, pomaga na odbijanie, potencjalnie wywołuje
menstruację; stosowany w kąpieli pomaga na bóle w boku, kolki i rwanie w brzuchu"19. Brzmi całkiem poprawnie! Ja sam, zanim położę się do
łóżka, lubię wypić rumianek na sen.
Krwawnik, rumianek i inne astrowate takie jak bylica roczna należały od
dawna do najważniejszych roślin leczniczych i do tej pory stosuje się je
na całym świecie. W Oakland, w naszym własnym przydomowym "trującym
ogrodzie" Shane zasadził pod drzewkiem cytrynowym uderzająco piękną
odmianę krwawnika o krwistoczerwonych kwiatach. Od czasu do czasu urywam
kilka jego gałązek i wdycham intensywny, niezapomniany zapach tej
rośliny, wytwarzającej takie lotne związki jak fenolowa matrycyna.
Gorycz krwawnika wytrzymują nieliczni roślinożercy. Odpowiada za nią
między innymi właśnie matrycyna. Substancja należy do grupy terpenoidów,
a wytwarzają ją również inne astrowate, takie jak rumianek czy piołun.
Matrycyna rozpada się w naszych ciałach do wspomnianego już wcześniej
chamazulenu, który po rozpuszczeniu przybiera piękny, ciemnoniebieski
kolor. Ma też inną zaletę: jest profenem, czyli lekiem łagodzącym stany
zapalne. Do profenów należy na przykład niesteroidowy, przeciwzapalny
ibuprofen. Możliwe, że chamazulen działa na nasze ciało podobnie do
ibuprofenu, więc rumianek być może jest czymś więcej niż tylko
składnikiem herbatek na spokojny sen.
Starożytni byli na dobrym tropie. Przytoczone tu anegdoty prowadzą nas
jednak zaledwie kilka tysięcy lat wstecz. Natomiast kiedy wspomniałem,
że niektórzy członkowie rodziny astrowatych łączą nas z naszymi
przodkami i początkami farmakopei, chodziło mi o dalszych protoplastów
człowieka: neandertalczyków, czyli Homo neanderthalensis, gatunek
wymarły około 30 tysięcy lat temu.
Niesamowite jest to, że neandertalczycy żyją do dziś w genomach
miliardów ludzi - część z nas nadal nosi w swoich chromosomach ich
łańcuchy DNA. A wszystko za sprawą tego, że nasi przodkowie, Homo
sapiens, krzyżowali się z Homo neanderthalensis, gdy doszło do
spotkania obu grup poza Afryką.
Starsza afrykańska linia Homo, do której należał H.
neanderthalensis, osiadła w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Azji na
długo przed tym, zanim Afrykę opuścił H. sapiens. Ostatecznie H.
neanderthalensis wymarł, a H. sapiens przetrwał poza tym kontynentem.
Za sprawą międzygatunkowych igraszek genetyczne dziedzictwo
neandertalczyków żyje jednak w wielu z nas.
Cechy neandertalczyków utrwaliły się w DNA, ale również w wielu
artefaktach i kościach pozostałych po nich w jaskiniach. Na podstawie
rozmiaru czaszek można orzec, że na pewno mieli oni mózgi tak duże jak
nasze, a może nawet trochę większe.
Neandertalczyków łączyła z nami zapewne również zdolność do wyczuwania
smaku gorzkich substancji chemicznych. Ludzie różnią się od siebie
upodobaniem albo niechęcią do niektórych gorzkich roślin, takich jak
brokuły czy brukselka. O różnicy tej częściowo stanowią warianty
posiadanego genu TAS2R38, którego ekspresja następuje w naszych kubkach
smakowych.
Powszechna forma tego genu pozwala ludziom odczuwać smak gorzkich
związków takich jak fenylotiokarbamid (PTC), który naukowcy od dawna
stosują w testach określających zdolność do odbierania gorzkiego smaku.
Ci z nas, którzy posiadają przynajmniej jedną kopię tego powszechnego,
dominującego wariantu genu TAS2R38, określani są jako wrażliwi na PTC.
Tych zaś, którzy posiadają dwie kopie mniej powszechnej, recesywnej
formy TAS2R38, nazywa się niewrażliwymi na PTC.
W El Sidrón, jaskini w północno-zachodniej Hiszpanii, znaleziono kości
siedmiu dorosłych neandertalczyków i szóstki dzieci, którzy zmarli około
50 tysięcy lat temu. Sekwencje genetyczne pozyskane z niewielkiego
odłamka kości jednego z dorosłych mężczyzn ujawniły, że był wrażliwy na
PTC. Jest to istotne w kontekście kolejnego odkrycia.
Naukowcy zeskrobali zwapniałą płytkę, czyli kamień nazębny, z prastarych
zębów kilkorga neandertalczyków z El Sidrón. Gdy przesuniesz językiem po
wewnętrznej stronie dolnych jedynek, być może wyczujesz trochę własnego
kamienia.
Na szczęście dla nas neandertalczycy nie chodzili do dentystów. Dzięki
temu w zmineralizowanej płytce zachowały się ważne ślady tego, jak żyli.
Zaawansowane analizy chemiczne kamienia pozwoliły częściowo ustalić,
jakie rośliny jedli ci osobnicy i jakie związki chemiczne znajdowały się
we wdychanym przez nich dymie. Metodami sekwencjonowania DNA udało się
następnie odgadnąć, jakie od dawna martwe mikroby żyły niegdyś w ich
ustach i jakimi roślinami się żywili - mowa tu o roślinach, których nie
można było wykryć analizą chemiczną.
Jeden osobnik, znany jako Dorosły numer 1 z El Sidrón, a sympatyczniej
Sid, w momencie śmierci zapewne był poważnie chory. Wszystko wskazuje na
to, że Sid miał ropień zęba i zaraził się wywołaną przez mikrosporydia
chorobą biegunkową. (Biedak!)
Kamień nazębny Sida zawierał śladowe ilości toksyn z krwawnika i rumianku, w tym chamazulen, a także sekwencje DNA topoli i grzyba
Penicillium. Topola to tradycyjne źródło kwasu salicylowego -
salicylanu, z którego powstaje aspiryna. Gatunki Penicillium to
pleśnie wytwarzające antybiotyk penicylinę. Możliwe, że Sid leczył swoje
schorzenia - albo że leczył go inny neandertalczyk czy neandertalka -
tymi samymi lekami, które stosujemy dziś, około 50 tysięcy lat później.
Oczywiście nigdy się nie dowiemy, czy Sid celowo spożywał te substancje,
by poradzić sobie z chorobą, ale krwawnik, rumianek, topola i Penicillium nie mają żadnej wartości odżywczej. A ponieważ czuł, jak
przynajmniej niektórzy neandertalczycy, gorzki smak związków chemicznych
we wszystkich tych produktach, zapewne odbierał te substancje podobnie
jak większość z nas: jako niesmaczne.
Być może więc Sid wiedział, co robi: uznał, że nieprzyjemny, gorzki smak
warto przecierpieć ze względu na przewidywane korzyści ze spożycia tych
substancji. Jego hipotetyczne zachowanie niewiele różni się od mojego:
chcąc uzyskać kofeinowe pobudzenie, przezwyciężyłem niechęć do goryczy w kawie. Kofeinie szczegółowo przyjrzymy się później. Korzystanie z naturalnych toksyn dla własnych celów, pomimo ewidentnych wad, wpisuje
się w istotę człowieczeństwa.
Chemiczne tajemnice, jakie przez 50 tysięcy lat skrywał kamień nazębny
Sida, są niebywałe, ale ta próba badawcza na razie obejmuje jedną osobę.
Choć taki dowód jest lepszy niż żaden, być może nigdy nie dowiemy się
więcej o neandertalczykach i o tym, jak leczyli się pradawni Homo. Na
szczęście możemy wsiąść do jeszcze innego ewolucyjnego wehikułu czasu.
Najbliższymi krewnymi ludzi spośród żyjących dziś ssaków naczelnych są
szympansy zwyczajne oraz bonobo (zwane szympansami karłowatymi). Nasze
drogi rozeszły się w okresie między 5 a 10 milionów lat temu, kiedy to
żył nasz ostatni wspólny przodek.
Frapujące dane z obserwacji szympansów zwyczajnych w naturze świadczą o tym, że one również leczą się roślinami z rodziny astrowatych.
Obserwacje te uzasadniają przekonanie, że samoleczenie zostaje w rodzinie, a choć stanowi nieodzowną część behawioru ludzkiego, nie
posiadamy go na wyłączność.
Do ulubionych dań Shane'a, kiedy mieszkał w Kamerunie jako ochotnik
Korpusu Pokoju, należało ndolé, zachodnioafrykański gulasz z warzyw i mięsa, którego najważniejszym składnikiem jest zielenina zwana "gorzkim
liściem". Ponieważ gorzki liść to mieszanka odpowiednich części różnych
gatunków równikowych krzewów afrykańskich z rodzaju Vernonia,
należącego do astrowatych, a takie trudno znaleźć w Stanach
Zjednoczonych, nie możemy dokładnie odtworzyć tego przepisu w Kalifornii.
Na medycznych właściwościach bylin z rodzaju Vernonia polega cała
Afryka Zachodnia. Ludzie używają tych roślin do leczenia rozmaitych
chorób, zwłaszcza zakaźnych takich jak malaria, schistosomatoza i pasożytniczych chorób układu pokarmowego.
W 1989 roku ludowy uzdrowiciel Mohamedi Seifu Kalunde oraz jego
współpracownik, badacz naczelnych Michael Huffman, przebywali w Parku
Narodowym Gór Mahale w Tanzanii. Przez dwa dni obserwowali widocznie
chorą dorosłą samicę szympansa zwyczajnego. Wielokrotnie sięgała ona po
pędy dzikiej wernonii, skrupulatnie usuwała liście i korę, a następnie
żuła miękisz, połykała jego gorzki sok i wypluwała resztę. Tak jak Sid,
była jedynym szympansem w grupie, który wykazywał takie zachowanie, a w przeciwieństwie do ludzi szympansy zazwyczaj nie używają tej rośliny
jako źródła pożywienia - nie mogą ugotować ndolé, nawet jeśli mają
dostęp do wernonii!
W kolejnych dziesięciu latach badacze zauważyli, że wiele szympansów z tej populacji żuje gorzkie włókno. Naukowcy w końcu wysnuli hipotezę,
dlaczego zwierzęta tak się zachowują: spożycie wernonii w tym stadzie
powiązano ze wzrostem liczby zakażeń układu pokarmowego nicieniami.
U szympansów, które przeżuwały gorzki miękisz wernonii, zaobserwowano
spadek zarobaczenia - innymi słowy wyleczenie z nicieni - co wskazuje,
że toksyna tej rośliny ma właściwości odrobaczające. Tak jak Sid,
szympansy zdawały się wiedzieć, co robią. Pokarm jest więc spożywany nie
tylko z powodu wartości odżywczych, lecz także w celach medycznych.
Ludzie i szympansy to nie jedyne naczelne, które same się leczą. Robią
tak też goryle i orangutany, nasi następni po szympansach najbliżsi
krewni. Co znaczące, tak jak w przypadku wernonii, rdzenne populacje
ludzi z terenów zamieszkiwanych przez te zwierzęta wykorzystują te same rośliny w swoich
lekach. Na przykład na Borneo zauważono, że orangutany przeżuwają liście
draceny, aż powstaje przypominająca mydliny piana, którą następnie
nakładają na futro, by odstraszać pasożyty i leczyć choroby skóry.
Rdzenni mieszkańcy tych samych lasów także stosują okłady z liści tej
rośliny w leczeniu kilku schorzeń20.
Głównym toksycznym składnikiem dracen są saponiny, gorzkie steroidowe
związki wytwarzane przez wiele roślin w celu obrony przed wrogami.
Niektóre z tych roślin, na przykład mydlnica rosnąca w Europie i Azji
czy mydłodrzew w Ameryce Południowej, służą do wyrobu mydła. Co ciekawe,
saponina z odmiany mydłodrzewu występującej w Chile jest adiuwantem w szczepionce firmy Novavax, zatwierdzonej przez amerykańską Agencję ds.
Żywności i Leków do użytku w celu zapobiegania COVID-19.
Przykłady te wskazują, że ludzie wielokrotnie korzystali z wiedzy swoich
najbliższych krewniaków w poszukiwaniu leczniczej mocy roślin i innych
organizmów. Mogło też być na odwrót: to człekokształtni krewni
przyglądali się nam i się od nas uczyli. A może ten proces przebiegał w obu kierunkach.
W tym rozdziale na przykładzie mikrokosmosu astrowatych omówiłem
pochodzenie naturalnych toksyn, to, jak wykorzystują je do swoich celów
ludzie i inne zwierzęta, i jak toksyny mogą zmienić bieg naszego życia.
Zobaczyliśmy, że rośliny z rodziny astrowatych wytwarzają wiele różnych
grup toksycznych substancji, w tym alkaloidy, flawonoidy, fenole czy
terpenoidy.
Już sama liczba toksyn wytwarzanych przez tylko jedną rodzinę roślin
ujawnia oszałamiającą różnorodność naturalnych trucizn, które są zdolne
na nas wpływać, czasem bez naszej wiedzy. W moją ślubną butonierkę
wpiąłem jednak też inne rośliny, a poza tym w tej opowieści nie mogło
zabraknąć toksyn innych gatunków niż astrowate. Potrzebujemy więc teraz
innego podejścia.
Zamiast omawiać poszczególne klasy organizmów, w każdym z kolejnych
rozdziałów będę się skupiał na jednej czy dwóch szerszych klasach
toksyn, tak jak zrobiłby to chemik. Zajmijmy się najpierw jednymi z najstarszych i najbardziej różnorodnych substancji chemicznych: fenolami
i flawonoidami.