Przeprawa - Matt Brolly

Kup ebooka

36.99 zł
30.33 zł (27,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Przypadek doprowadził ich do opuszczonego gospodarstwa na obrzeżach Bridgwater. Dotarli tam późnym wieczorem nie tyle zwabieni nadzieją, ile w akcie rozpaczy. Louise Blackwell i jej kolega Finch - para śledczych w stopniu inspektora, główni członkowie zespołu dochodzeniowego - już od ponad roku tropili Maxa Waltona.

Louise nigdy nie zapomniała panującego tam odoru. Gospodarstwo tworzyły ustawione w szeregach metalowe stodoły; gdy weszli do pierwszego blaszaka, uderzył ich niewyobrażalny smród - rozkładu odpadów zwierzęcych trwającego przez dziesięciolecia. Gdy oświetliła latarką rojące się kopce na podłodze stodoły, musiała odwrócić się i zwymiotować.

- Louise - odezwał się Finch cicho; jego głos zdradzał, że pewność siebie go opuściła.

Zwalczyła nudności i zajęła się tym, po co przyjechali. Finch stał w kącie stodoły i oświetlał latarką zwłoki zaginionych matki i córki.

Louise zadzwoniła na komisariat.

Procedura nakazywała zostać na miejscu i czekać na wsparcie, ale Finch ani myślał wypuścić okazji z ręki.

- Zajdź go od tyłu - szepnął.

Louise też nie chciała czekać. Od ponad roku ścigali tego porąbanego sukinsyna, więc jeśli nadal tu był, nie zamierzała ryzykować, że z powodu jej bezczynności się im wymknie. Wybiegła na zewnątrz, ale nawet zimne wieczorne powietrze nie rozwiało smrodu gnicia, który wdarł się w jej ubranie i oblepił skórę. Odnosiła wrażenie, że wpełza do jej nosa i ust i się w niej zakorzenia. Z wycelowaną przed siebie latarką ruszyła wyboistą ścieżką na tył stodoły. I wówczas w ruderze domu zobaczyła błysk światła. Zgasło, gdy skręciła za róg, oświetlając wnętrze za rozbitymi szybami.

- Ktoś jest w środku - poinformowała Fincha przez krótkofalówkę i wyjęła pistolet. Po ostatnim zabójstwie Waltona, okropnej strzelaninie w porcie w Bristolu, przydzielono im broń krótką. Louise przeszła szkolenie strzeleckie, a mimo to z pistoletem u boku nie czuła się swobodnie.

- Zaraz wychodzę ze stodoły, od tyłu - odparł Finch.

Tętno Louise przyśpieszyło gwałtownie; otworzyły się drzwi, światło latarki Fincha przeszyło ciemność, a potem ujrzała jego cień.

- Gdzie? - szepnął; on również ściskał w ręce pistolet.

Ruchem głowy wskazała główny budynek gospodarczy.

- Z przodu czy z tyłu? - spytała.

Z perspektywy czasu zrozumiała, że to był jej największy błąd. Na tym etapie nie powinni się rozdzielać, nawet za cenę ryzyka, że zabójca ucieknie.

- Idź od tyłu - polecił Finch.

- Powinniśmy zgłosić, gdzie go namierzyliśmy.

Finch już się podkradał do domu.

- Nie ma czasu - odparł szeptem.

Louise się zawahała.

- Rusz się.

Pokręciła głową, podała swoją pozycję oraz opisała sytuację i dopiero potem ruszyła w kierunku domu. Skręcając za róg, pośliznęła się na śliskiej i mokrej ziemi. Latarkę trzymała nisko opuszczoną.

Pole za domem stanowiło cmentarzysko maszyn rolniczych, królował wśród nich zardzewiały kombajn. Z wielkiej machiny wystawały pnącza i chwasty, jak gdyby utrzymywały ją na miejscu albo wciągały pod ziemię. Dalej rozpościerał się zalesiony teren. Louise zadrżała na myśl, ile zwłok znajdą jeszcze na tych nieużytkach.

Skrzypnęły tylne drzwi domu. Louise okręciła się na pięcie z pistoletem w wyciągniętej ręce, tak jak ją uczono, ale nikogo nie zauważyła. Nie chciała wzywać Fincha przez krótkofalówkę, bo mogłaby zdradzić jego pozycję, więc niechętnie sama ruszyła do drzwi.

Smród w budynku przypominał gnilny odór ze stodoły. Na szczęście jej żołądek trochę się przyzwyczaił. Nie mogła wykluczyć, że Finch znalazł się w niebezpieczeństwie, więc przesuwała się dalej, opierając się plecami o ściany i nasłuchując najcichszych dźwięków. Na ile mogła, sprawdziła parter; światło latarki wydobyło z mroku kolejne sterty niemożliwej do zidentyfikowania materii.

- Finch - wyszeptała, bo z góry doleciał ją brzęk tłuczonego szkła. Nie tracąc czasu, wbiegła na drewniane schody i omal nie skręciła kostki, gdy jej prawa stopa utknęła w dziurze w stopniu. Wyszarpując nogę, usłyszała głos Fincha:

- Ostatni pokój po twojej prawej. - I dorzucił: - Chyba ma broń.

Na czworakach przeszła korytarzem w kierunku Fincha, który tłumaczył Waltonowi, że ma wyjść. Ale tamten milczał.

- Wchodzę - oznajmił Finch.

- Tim, on nigdzie stąd nie ucieknie. Zaczekajmy. Za chwilę dojadą posiłki - przekonywała Louise, choć czuła, że na tym etapie jest już za późno. Finch nie będzie chciał czekać na policyjne wsparcie. Mierzył w coś większego niż tylko złapanie zabójcy. Pragnął chwały i w tym momencie uświadomiła sobie, że całą zasługę zamierzał zgarnąć dla siebie.

- Osłaniaj mnie - powiedział, przekraczając próg.

To się stało błyskawicznie - Finch potykający się w progu, Louise robiąca unik, gdy postać w kącie czymś w nią rzuciła, i w końcu słowa Fincha:

- On ma broń!

OSIEMNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Rozdziałpierwszy

Geoff Simmons zacumował łódź i potykając się z pośpiechu, wdrapał się na wzgórze. Załapał się na przypływ w ostatniej chwili, ale jednak tutaj dotarł. Na szczycie zbocza przystanął, by uspokoić oddech; na tym bezludziu czuł się bezpiecznie. Nadal dokuczał mu lekki ból, który go dopadł, i zastanawiał się, jak długo jeszcze potrwa. Znał powód innych swoich dolegliwości - sińca na ramieniu i ociężałości nóg - ale uciążliwego kłucia w żołądku nie dawało się tak łatwo wyjaśnić.

Wzywał go prowizoryczny dom, ale będzie musiał poczekać. Na razie mozolnie brnął po jałowym płaskowyżu wysepki, aż wreszcie w mroku przedświtu dojrzał zarys stałego lądu. Wyjął z plecaka lornetkę o dużym powiększeniu, zatrzymał się i osunął na wilgotną ziemię. Swędziały go dłonie, zdjął więc skórzane rękawiczki, żeby podrapać pokaleczone ciało. Jego uszy atakował huk rozbijających się o skały fal.

Z miejsca, gdzie siedział, stały ląd był zaledwie cieniem, ciemną plamą od czasu do czasu oświetlaną uliczną latarnią. Przez całe życie mieszkał w Weston-super-Mare, ale teraz bliższy był mu ten kawałek skały, na którym przycupnął. Na stałym lądzie nie było takiego spokoju, jaki otaczał go tutaj. Rzadko ktoś tu zaglądał - o tej porze roku wyspa była całkiem wyludniona - a tymczasem w Weston ludzie roili się na ulicach jak mrówki. Nawet teraz mimo mgły potrafił dojrzeć wędkarza idącego od linii brzegowej ku cofającemu się morzu. Wyregulował obraz z lornetki i wyostrzył postać. Przedziwna pora, by wyruszać na ryby - wkrótce odpływ będzie tak silny, że mężczyzna nie zdoła zarzucić wędki dostatecznie daleko, by przynęta wpadła do wody - ale wcale go to nie dziwiło. W wędkowaniu chodzi o coś więcej niż tylko o złapanie ryby - podejrzewał, że wędkarz szuka takiego samego spokoju, jaki on odczuwał teraz na tej wyspie.

Tak czy owak, ten człowiek już wkrótce bardzo mu się przyda.

Ściskał lornetkę, gdy mężczyzna nagle stanął jak wryty i upuścił sprzęt. Przemknęło mu przez myśl, że wędkarz odwróci się i ucieknie od tego, co zobaczył zaledwie kilka metrów przed sobą, i usłyszał, jak szeptem mówi mu, by szedł dalej.

Czas zatrzymał się, gdy mężczyzna rozglądał się na wszystkie strony, aż wreszcie ruszył powoli przed siebie. Geoff obserwował tylko tego człowieka, jakby mógł zniknąć, gdyby na chwilę spuścił go z oczu. Zdał sobie sprawę, że wstrzymał dech, gdy mężczyzna uklęknął; kiedy wypuścił w końcu powietrze, niemal wystraszył się, że odgłos dotrze aż na stały ląd.

Dopiero wtedy na ułamek sekundy skupił ostrość lornetki na tym, co znalazł wędkarz.

Czy to, co poczuł, to ulga? W każdym razie ucisk w żołądku się wzmógł, gdy zaczął się przedzierać przez krzaki piwonii koralowej - w Wielkiej Brytanii ta roślina występowała jedynie na Steep Holm i na jej siostrzanej wysepce, Flat Holm. W końcu wczołgał się do jaskini wykutej w wapiennej skale. Gdy tata mu ją pokazał, miał zaledwie sześć lat. To była ich tajemnica, której nikomu nie zdradził... wyjawił ją dopiero kilka dni temu. Przez lata spędzili wiele nocy, biwakując obok tej wnęki, bo żaden z nich nie chciał szukać osłony w skale. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Nigdy nie spał w tej jaskini i nadal wybierał się na biwak z jednoosobowym namiotem... ale teraz ktoś tam mieszkał.

Jego latarka odnalazła skrępowanego człowieka, który mrugał w świetle jak ktoś przyłapany na niecnym uczynku. Geoff wyjął mu knebel i wlał do nadstawionych ust trochę wody, jakby podawał mu wino mszalne.

- Nie musisz tego robić - wykrztusił mężczyzna.

Geoff stwierdził, że ignorowanie dźwięków wydawanych przez tego człowieka jest łatwiejsze, niż się spodziewał. Słowa rozpłynęły się w krzyku mew i łagodnym szumie morza. Geoff dał mu jeszcze kilka łyków wody, po czym zakneblował go z powrotem; mężczyzna rozszerzył oczy z konsternacji i ze strachu.

Geoff wturlał swojego więźnia z powrotem do jaskini, najpierw jednak pokazał mu coś, co wsunął do ubrudzonej ziemią kieszeni jego spodni.

Gruby zardzewiały gwóźdź unurzany we krwi.