Przeprawa - Marzanna Bogumiła Kielar

Reflow text when sidebars are open.
Ratownik przysiadł na niskim ogrodzeniu po drugiej stronie ulicy, pali.
Drugi w ambulansie wolno zbiera papiery.
Bezładna tekstura godziny twojej śmierci.
Tropy kilku ostatnich słów prowadzą w ściółkę z mrowiem zrębków,
w śnieg; kiedy przyszli, wsunęli ciało w biały futerał.
Składnia twojej śmierci - nie do pojęcia.
Zapalać ci słowa odmienione, wkładać je w ziemię,
lodowe kwiaty o żywych kolcach.
Nie będzie wspólnej starości.
A co potem?
Od ściany w łazience odjąć poręcz.
Notatka z Plotyna, znaleziona po latach w zakurzonym słowniku
pojęć filozoficznych: "A przecież każda dusza jest córką Ducha".
Żadnych przydatnych słów.
Wystaje kikut, słup elektryczny złamany przez burzę lodową.
Podkurczona martwa poczwarka na postumencie ze zgniecionej wylinki.
Tych parę wersów.
Skrzypaczka trzyma ręce blisko twarzy; smyczek zaczyna od gęstych,
rozpryskujących się kropli, okrawa płomienie ognia
za żelazną barierą, która się opuszcza.
K. przyniosła ci białą różę.
Śmierć jest śmiercią, jest śmiercią, jest śmiercią.
Obrączki, oko przy oku. Zaśnij.
W twoim paszporcie: Colore degli occhi: marroni.
Z gazetą wsuniętą w kieszeń witasz mnie na lotnisku - ten obraz powraca, niesie się
jak głęboki dźwięk wody spadającej ze skalnego progu.
W szufladzie kartka ze zmienionym charakterem pisma, kiedy jeszcze
mogłeś pisać.
Do kogo teraz należą nasze noce?
Pot występujący na skórę?
Założyła jego lnianą koszulę czy to on ubrał się w jej ciało, objął ją?
Przed naszym nadmorskim domem nadal rośnie cedr. Już go nie widzisz.
Przy samej krawędzi nocy, uskok; twój głos: Nie chwytaj mnie, nie zatrzymuj,
mój głos: Pociągnij mnie za sobą, biegnijmy!
Nieprzemijalność twojej śmierci, jej żywotny kontynent, odpełzają od niego
lodowcowe szelfy.
Świta - bezkrwiste płomienie wgryzają się w ciemność, w bryły jej torfu;
biały ogień sięga nocy do gardła nad zamarzniętą plażą.
Nędza wiersza w miejsce twojego ciała.