Przeprawa - Jack Ketchum

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JE­DEN

Oto, co po­wie­działa Har­towi, Matce i mnie o tym, jak to się za­częło.

Po­noć wszystko przez ha­łas.

Po­noć ku­raki ze sto­doły do­ma­gały się po­ran­nego kar­mie­nia tak gło­śno, że z ich po­wodu nie usły­szała tę­tentu koń­skich ko­pyt.

Elena od da­wien dawna nie cier­piała dro­biu, a te­raz jesz­cze to.

Wle­pia­jąc za­spane jak za­wsze oczy w kłę­biące się stado, które po­kry­wało całe gumno, na­bie­rała pa­szę z ce­brzyka peł­nymi gar­ściami i sy­pała ją tak, by wy­wa­bić na ze­wnątrz głodne ptac­two, które wy­lało się w końcu na po­dwó­rze ni­czym lawa, po raz ko­lejny skła­nia­jąc dziew­czynę do my­śli, że kury przy­po­mi­nają za­cho­wa­niem ra­czej mrówki, albo ła­wice ma­łych ry­bek że­ru­ją­cych w rzece, niż co­kol­wiek in­nego zna­nego jej z na­tury. Tyle że żadna mrówka ani płotka nie cuch­nie tak strasz­li­wie. To, że kur­czaki są tak bar­dzo od niej za­leżne, zdu­mie­wało ją. Były prze­cież szyb­kie, zdolne do gwał­tow­nych ru­chów, i miały ta­kie zimne spoj­rze­nia. Brzy­dziło ją, że te za­cie­kłe istoty zo­stały zre­du­ko­wane do mar­nej na­miastki sa­mych sie­bie.

Zdą­żyła dwa razy za­wo­łać Ce­linę, swoją sio­strę, ka­żąc jej wy­zbie­rać jajka, lecz ta wciąż była dziec­kiem i wsta­wała z naj­więk­szą nie­chę­cią, dla­tego po­skut­ko­wało do­piero trze­cie we­zwa­nie: drzwi się otwo­rzyły i w progu po­ja­wiło się śliczne, na wpół za­spane, na­dą­sane dziew­czę, na któ­rego wi­dok Elena wbrew ro­sną­cemu roz­draż­nie­niu uśmiech­nęła się mi­mo­wol­nie. Drzwi za­trza­snęły się z hu­kiem, prze­nio­sła więc wzrok na mętne okno i pod­cią­ga­ją­cego szelki ojca, który rzu­cił im tylko prze­lotne spoj­rze­nie i za­raz się od­wró­cił.

Mi­nęła bez słowa sio­strę, a gdy Ce­lina znik­nęła w sto­dole, kil­koma za­ma­szy­stymi łu­kami roz­rzu­ciła resztę pa­szy ze sta­rego cięż­kiego ce­brzyka, po czym skie­ro­wała się w stronę domu i to wła­śnie wtedy ich zo­ba­czyła, jak pę­dzą pro­sto na nią.

Czte­rej męż­czyźni na mło­dych, sil­nych ko­niach.

Trzej Mek­sy­ka­nie i czwarty, który wy­da­wał się biały, choć wszy­scy byli równo za­ku­rzeni i spo­ceni po dłu­giej jeź­dzie w sio­dle. Za­uwa­żyła też broń, każdy miał ka­ra­bin i pi­sto­let. Pasy z amu­ni­cją krzy­żo­wały się na ich pier­siach.

Bo­jowcy, uznała.

Ich obec­ność wy­stra­szyła ją i za­gnie­wała jed­no­cze­śnie. Zwłasz­cza tego ma­syw­nego ły­sego bia­łasa, który mie­rzył ją uważ­nym i pew­nym spoj­rze­niem sza­rych oczu, gdy tak su­nął przez mo­rze pierz­cha­ją­cych pod ko­py­tami ku­ra­ków, do­póki nie zna­lazł się na tyle bli­sko niej, że wy­raź­nie zo­ba­czyła wciąż świeżą bli­znę w kształ­cie li­tery D, którą ktoś wy­pa­lił mu na twa­rzy: od żu­chwy po kość po­licz­kową i z po­wro­tem.

Niech cię pie­kło po­chło­nie, po­my­ślała, nie spusz­cza­jąc wzroku. Dość już mamy tej wojny.

Sły­szała śmie­chy Mek­sy­ka­nów, któ­rzy mieli trud­no­ści z opa­no­wa­niem wierz­chow­ców nie­na­wy­kłych do tylu ma­łych stwo­rzeń pod ko­py­tami - pło­sząc do reszty ku­rze stadko, zwie­rzęta dro­biły, pró­bo­wały sta­wać dęba i rżały wście­kle. Sły­szała od­głos wy­cią­ga­nych z ol­ster ka­ra­bi­nów i wi­działa, jak ten tycz­ko­waty, w któ­rego ży­łach mu­siała pły­nąć do­mieszka in­diań­skiej krwi jak u jej nie­ży­ją­cej matki, wy­mie­rza i strzela pro­sto w kłę­bo­wi­sko, ale kula wzbiła je­dy­nie nieco pyłu, po­pra­wił więc i tym ra­zem, tam gdzie przed chwilą stał żywy kur­czak, le­żało te­raz bez­głowe bez­skrzy­dłe tru­chło dra­piące pa­zu­rami w ago­nii.

Od tej pory wy­da­rze­nia na­brały tempa.

Tylko Bia­łas za­cho­wał spo­kój, po­zo­stali ru­szyli z ko­pyta, strze­la­jąc do kur­cza­ków i wrzesz­cząc: "Co­mida! Co­mida!"[1], czym ro­bili wię­cej za­mie­sza­nia, niż siali znisz­cze­nia. Elena do­strze­gła Ce­linę wy­glą­da­jącą ze sto­doły, by spraw­dzić, kto strzela - sio­stra cof­nęła się na­tych­miast, lecz ten gruby, na któ­rego wo­łali Fredo, jak się póź­niej do­wie­działa, zdą­żył ją za­uwa­żyć i wje­chał do środka. Gdy zer­k­nęła w okno, zo­ba­czyła ojca, który wła­śnie się od­wra­cał, by pójść po strzelbę.

Kiedy gruby wró­cił na po­dwó­rze, wiózł prze­rzu­coną przez łęk, wierz­ga­jącą i pró­bu­jącą go po­dra­pać Ce­linę. Śmiał się z tego w głos, tak samo jak jego to­wa­rzy­sze. Na­wet Bia­łas wy­szcze­rzył zęby. Zro­biła trzy kroki w stronę gru­basa i wal­nęła go ce­brzy­kiem w łeb, czemu to­wa­rzy­szył od­głos po­dobny do tego, gdy wrzu­cić ka­mień do głę­bo­kiej studni, ją zaś prze­szył ból od nad­garstka aż po bark i za­lała fala sa­tys­fak­cji na wi­dok try­ska­ją­cej krwi.

Gru­bas za­wył, zrzu­cił jej sio­strę na zie­mię i sam spadłby z sio­dła, gdyby nie to, że chwy­cił się łęku, i wła­śnie wtedy, jak twier­dziła, w drzwiach domu po­ka­zał się jej oj­ciec, co wi­dząc, Bia­łas się­gnął po broń i wy­pa­lił czte­ro­krot­nie raz po raz. Sta­ru­szek zwa­lił się na plecy z wielką dziurą w czole, a jego krew zbry­zgała odra­paną fu­trynę.

Nie po­wie­działa nam, jak to przy­jęła, a my nie do­py­ty­wa­li­śmy. Nie było ta­kiej po­trzeby. Roz­ma­wia­li­śmy wie­czo­rem, przed prze­prawą na drugi brzeg rzeki Ko­lo­rado; jej twarz, lśniąca w bla­sku obo­zo­wego ogni­ska, wy­glą­dała tak, jakby wy­kuto ją przed wie­kami w po­le­ro­wa­nym ka­mie­niu. Je­dli­śmy fa­solę, pe­klo­waną wo­ło­winę, chleb i mięso grze­chot­nika, kiedy się do nas pierw­szy raz ode­zwała na­prawdę, ga­sząc na­wet Matkę.

Po­noć za­py­tała Bia­łasa o imię, a on jej po­wie­dział, że na­zywa się Paddy Ryan.

- Przy­je­cha­li­ście po kwoki, to je so­bie bierz­cie - syk­nęła.

- Tak zro­bimy - od­parł.

Zsie­dli z koni i tam je obie wzięli po raz pierw­szy, po­śród dro­biu na po­dwó­rzu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki