3
Nowoczesna kobieta wdaje się w spory, aczkolwiek często ulega sile miłości i rozsądku. Jeśli tylko będzie słuchać w ciszy - co jest dla niej bolesnym doświadczeniem - można stanowczo, rozumnie i życzliwie przekonać ją, że nie zawsze ma rację.
Walter Gallichan, Modern Woman and How to Manage Her (1910) [Nowoczesna kobieta. Jak nią kierować?]
Alice
Wewnątrz było ciemnawo i chłodno. Alice wetknęła zziębnięte dłonie pod pachy i rozejrzała się wokoło. Wszystko tutaj miało swoje lata, łącznie z warstwą kurzu pokrywającego tapety, o których Beverly nie przestawała mówić, że są "retro", tak jakby to była jakaś zaleta. Stare biurko zostało wepchnięte pod frontowe okno, a na środku salonu pod przybrudzonym prześcieradłem stało coś, co mogło być kanapą.
- Czy któreś z was gra?
- Słucham? - Alice nie była pewna, o co chodzi Beverly.
- Na pianinie - Beverly podniosła klapę pianina wciśniętego w kąt salonu i nacisnęła kilka klawiszy. - Zakurzone i rozstrojone, ale poza tym jest w świetnym stanie.
- Niestety nie - odpowiedział Nate. - Ale może jeszcze się nauczymy.
Co do tego Alice miała poważne wątpliwości - żadne z nich nie wykazywało szczególnych zdolności muzycznych. A jeśli chodzi o Nate'a - tego była pewna, ponieważ od paru lat słyszała, jak śpiewa pod prysznicem. Nie miał on za grosz talentu.
Przez łukowe drzwi przeszli z salonu do kuchni. Kuchnia, podobnie jak reszta domu, nie była unowocześniana od lat: morelowe szafki, wiekowa lodówka, która dziwnym trafem wciąż działała, a hałas wydawany przez nią przypominał ryk przejeżdżającego pociągu towarowego, pokryty laminatem owalny stół na chromowanych nogach. Pod ścianą piętrzyły się cztery krzesła, jasnoniebieskie jak jaja rudzika. W narożnych szafkach wciąż stały stosy naczyń - matowobiałych z deseniem w kwiatowe zawijasy. Alice widywała podobne na targach staroci i w sklepach z używanymi rzeczami. Dom wystawiono na sprzedaż "w jego obecnym stanie", czyli ze wszystkim, co jest w środku. Kto wie, może nawet zarobiliby na sprzedaży talerzy, w końcu były retro.
- A to do czego służyło? - Alice wskazała niewielki metalowy pojemnik umieszczony obok zlewu i uniosła prostokątną pokrywę, żeby zajrzeć do środka.
- To coś w rodzaju zsypu na śmieci - odpowiedziała Beverly. - Na obierki i niedojedzone resztki z talerzy.
Otworzyła szafkę znajdującą się dokładnie pod pojemnikiem i pokazała płaską metalową miskę, lekko zardzewiałą na brzegach.
- Potem wystarczyło opróżnić miskę. Kiedyś coś takiego znajdowało się w wyposażeniu każdej porządnej kuchni.
- Sprytne - zauważył Nate, który zaglądał do szuflad i otwierał kolejne szafki. Odkrył metalowy stojak na książki kucharskie, rząd haczyków przeznaczony do wieszania garnków i patelni na tylnej ścianie kredensu oraz wyciąganą deskę, która - jak wyjaśniła Beverly - pozwalała gospodyni przygotowywać jedzenie na siedząco.
Nate oddawał się swojemu zajęciu z takim zaangażowaniem i radością, że Alice starała się nie zauważać żałosnego stanu znajdowanych przedmiotów. Skupiła się na wyobrażaniu sobie, jak wyglądałby dom po przeróbkach. A może właśnie czegoś takiego potrzebowali? Od kilku miesięcy atmosfera w ich małżeństwie wyraźnie gęstniała, za co - jak się jej wydawało - wyłącznie ona ponosiła odpowiedzialność. Z tego powodu powinna się poświęcić, nawet jeśli oznacza to życie w całkowicie obcym świecie.
Może, zgodnie z wielokrotnie powtarzaną radą Beverly, powinna wykorzystać swoją gorączkową energię na przekształcenie martwego budynku w prawdziwy dom? Zedrzeć "retro" tapety, choć było ich tyle, że na samą myśl o nich chciało jej się płakać. Rozbić ściany dzielące pokoje. Stworzyć dużą, jasną przestrzeń oświetloną światłem z frontowych i tylnych okien.
Kiedy starała się skupić na pozytywach, Nate szepnął, wskazując biurko pod oknem, że to idealne miejsce do pisania.
- Wyobraź sobie, że na regale obok postawimy twoje powieści, kiedy już powstaną - dodał.
Kto wie, może. Alice umiała się dostosować. Opanowała tę umiejętność do perfekcji i dlatego wyznaczano ją w firmie do rozmów z najtrudniejszymi klientami. "Na wszystko jest sposób. Zawsze" - powtarzała jak mantrę.
- Założę się, że to super teren do joggingu - powiedział Nate.
Alice nie miała wątpliwości, że obliczał już w duchu mile, które wspólnie przebiegną w weekendy. Klik - klik. Niemal widziała jak cyferki przesuwają się na liczniku w jego głowie. A może to nie był głupi pomysł. Może dobrze byłoby znowu zająć się poważnie bieganiem, śmigać po wysadzanych drzewami ulicach bez obawy, że potrąci cię samochód, kiedy przypadkiem zejdziesz z chodnika.
Beverly z zapałem pokiwała głową.
- O! - zawołała. - Właśnie ktoś biegnie.
Wyjrzeli wszyscy przez okno salonu. Biegnąca kobieta miała wyczucie czasu. Zupełnie jakby była wynajętą przez Beverly statystką.
- Niedawno mówiłaś, jak bardzo chcesz wrócić do biegania. Przynajmniej zanim pojawi się dziecko - Nate wyciągnął rękę i pogłaskał okolice żołądka Alice.
- O! Spodziewacie się potomka? - zapytała Beverly na wdechu, bo oczekiwane dziecko sprawia, że kupno domu staje się nagłą potrzebą, a sam dom wydaje się lepszy niż jest w istocie. - To wymarzona okolica dla młodych małżeństw - ciągnęła. - Nie byliśmy jeszcze w suterenie. Jest tam wielka pralka z suszarką. Idealna, gdy ma się góry dziecięcych rzeczy do prania. Wcale nie trzeba wychodzić z domu.
- Nie spodziewamy się - odpowiedziała Alice.
Szybko i stanowczo.
Nie była zadowolona, że Nate poruszył ten temat i to w towarzystwie kompletnie obcej osoby. Stan jej macicy jest wyłącznie jej osobistą sprawą, a poza tym, dopiero niedawno ustalili, że zaczną starać się o dziecko.
- Przynajmniej na razie - uściślił Nate i zanim zdjął rękę z brzucha Alice, klepnął ją tam, gdzie T-shirt ohydnie opinał jej brzuch.
Alice zawsze była szczupła. Zejście o jeden rozmiar w dół nie sprawiało jej nigdy trudności - wystarczyło, że przez tydzień piła soki z zielonych warzyw na przemian z kawą i nie jadła nic oprócz cienkiego bulionu i arbuzów. No i praca. Ona też cudownie odchudzała, ponieważ nie dawała nawet jednej chwili na przyswajanie kalorii niezbędnych do przybrania na wadze. Jednak bezrobocie zrobiło swoje. Nate uwielbiał zaokrąglone kształty Alice i wciąż powtarzał, że zbyt chude kobiety mają trudności z zajściem w ciążę. Kiedy go pytała, skąd to wie, odpowiadał, że nie pamięta. Podejrzewała, że zdążył już dodać do zakładek w swoim komputerze co najmniej kilka stron poświęconych ciąży. Nate Hale nigdy nie był nieprzygotowany.
- Pracujesz, Alice? Mam na myśli, poza domem?
Alice poczuła się urażona pytaniem Beverly. Przecież nie wyglądała jak jakiś nierób, który nie wie, czym jest praca. Mam dwadzieścia dziewięć lat. Oczywiście, że pracuję - zamierzała odpowiedzieć wyniośle. Tyle że to nie była prawda. Już nie. Znowu poczuła ścisk żołądka, tym razem z żalu - męczącego jak swędzenie w miejscu, którego nie da się podrapać.
Tęskniła za pracą. Brakowało jej pośpiechu, wyzwań, własnych pieniędzy na koncie... Nawet butów na zbyt wysokich obcasach. Zakładała je czasami i chodziła w nich po mieszkaniu, kiedy Nate był w pracy. Czuła się w nich bardziej... sobą.
- Zajmuję się public relations. Niedawno rzuciłam posadę. Chcę się skupić na czymś innym - odpowiedziała Alice.
- Ali pisze powieść - dodał Nate.
Alice z trudem pohamowała się, żeby go nie uciszyć. Nate nie miał pojęcia, że nie napisała dotąd ani jednego zdania. Nie wiedział też, co naprawdę zdarzyło się jej w pracy.
Na wzmiankę o powieści brwi Beverly uniosły się, a usta ułożyły w doskonale okrągłą literę O. Alice pomyślała, że panu Dixonowi - o ile istniał - na pewno bardzo się te usta podobają.
- Fantastycznie - powiedziała Beverly. - Chciałabym umieć pisać. Szczytem moich możliwości jest lista zakupów i informacje o nieruchomościach na sprzedaż.
Uśmiechnęła się szeroko. Różowy ząb ukazał się w pełnej krasie. Nate powiedział, że z nim jest podobnie. Poprzestaje więc na cyfrach i wykresach.
- O czym jest? Mam na myśli powieść - spytała Beverly.
- Jest... Eee... O młodej kobiecie z branży PR. Coś w rodzaju Diabeł ubiera się u Prady.
- Kocham ten film! - wykrzyknęła Beverly.
- Ale mam dopiero wstępny szkic. Zobaczymy, co z tego wyjdzie - Alice zajęła się zakładaniem za ucho sterczącego kosmyka włosów, rozpaczliwie pragnąc zmiany tematu rozmowy.
Nate położył dłonie na jej ramionach i delikatnie ją uścisnął.
- Ali nie chce zdradzać zbyt wiele. Pisarze mają swoje tajemnice, prawda, maleńka?
- Ależ oczywiście - Beverly pokiwała znacząco głową. - Zapraszam teraz na górę.
- Damy pierwsze - Nate zapraszającym gestem wskazał schody.
- Pisarka... Niesamowite, Alice. W każdym razie, ja lubię czytać.
Drewno zatrzeszczało, kiedy Beverly postawiła nogę na pierwszym stopniu. Trzymając się kurczowo poręczy spojrzała przez ramię, żeby sprawdzić, czy idą za nią. Schody były wąskie i strome, dlatego wchodzili na górę gęsiego.
- Co lubisz czytać? - spytała Alice.
- Różne książki. Tak naprawdę, czytam wszystko. Chociaż moją ulubioną lekturą są kroniki policyjne.
Kroniki policyjne. Hm. Dość nieoczekiwany wybór.
Weszli do pierwszej z rzędu sypialni. Alice podeszła do okna, wychodzącego na sąsiedni dom, częściowo zasłonięty gałęziami wysokiego drzewa. W porównaniu z tym, który być może niedługo stanie się ich własnością, tamten wydawał się być w całkiem przyzwoitym stanie.
- Co mogłabyś powiedzieć nam o poprzednich właścicielach? - spytała Alice.
Przeszli do większej sypialni, w której stały dwa łóżka. Chyba wstawiono je tam tylko na pokaz, bo spod skromnej, byle jak narzuconej kapy wystawały nagie materace. Bieliźniarki, do których zajrzała Alice, były puste. Na nocnych szafkach nie stały żadne rupiecie, a w łazience brakowało papieru toaletowego.
- Dom stał pusty przez ponad rok - powiedziała Beverly.
- Rok?
To wyjaśniało sprawę zarośniętego trawnika i obłażących z farby drzwi wejściowych. To dlatego wszędzie były pokłady kurzu, a ciemne pokoje, w których na podłodze kładły się długie cienie i śmierdziało stęchlizną, sprawiały mocno grobowe wrażenie. Wydawało się, że dom został porzucony przez kogoś, kto lata temu wyszedł na chwilę po mleko, po czym postanowił nigdy tu nie wracać.
- Dlaczego dopiero teraz wystawiono go na sprzedaż?
Beverly zadzwoniła bransoletkami i odchrząknęła.
- Właścicielka umarła. Zostawiła dom i resztę nieruchomości prawnikowi, który miał się wszystkim zająć po jej śmierci. Podobno nie miała żadnej rodziny.
Beverly zmarszczyła brwi, ale natychmiast się rozchmurzyła.
- Właśnie dlatego ma taką dobrą cenę! - zawołała. - Kiedy na początku roku pojawił się w naszej ofercie, był wyceniony trochę wyżej. Ale nie było chętnych. Teraz jest znów na rynku i na dodatek w przystępnej dla was cenie.
Nawet Alice ze swoją zerową wiedzą o remontach zrozumiała, że powodem "przystępnej ceny" jest konieczność przeprowadzenia modernizacji całego budynku. Gdyby zdecydowali się na istotne zmiany, na przykład na wyburzenie kilku ścian, prawie na pewno do wymiany byłaby instalacja elektryczna. Hydraulika prawdopodobnie też. Powinni też usunąć azbest i w miarę swoich finansowych możliwości powymieniać okna, żeby obniżyć rachunki za prąd. Tak naprawdę, każdy centymetr kwadratowy tego domu wymagał naprawy.
- Czy jest jeszcze coś, o czym powinniśmy wiedzieć? - spytała Alice.
Nate podskoczył na jednej nodze. Deski zatrzeszczały.
- Podłogi są w porządku - oświadczył, nie przestając skakać.
Alice spojrzała pod nogi.
- Czy też są oryginalne? - spytała.
- Wydaje mi się, że wymieniono je jakiś czas temu. - Beverly otworzyła skoroszyt i przejechała palcem po pierwszej kartce. - Tak. Dobrze pamiętałam. W 1985.
- I tak wciąż jest retro! - zaśmiał się Nate.
- Beverly, co jeszcze powinniśmy wiedzieć o tym domu? - powtórzyła Alicja, ignorując zapał Nate'a. - Chcę uniknąć przykrych niespodzianek, tym bardziej, że już na pierwszy rzut oka widać, ile pracy trzeba w niego włożyć.
Uradowany Nate patrzył na Beverly, pewien, że nie usłyszy niczego więcej. Podobał mu się ten dom. Chciał go mieć.
- Mogłabym o tym nie mówić, ale jesteście taką miłą parą... I widzę wasze zainteresowanie... Poprzednia właścicielka... Ona....
Beverly ściszyła głos. Jej brwi zbiegły się w jedną kreskę. Błyszczące paznokcie stukały w kartonową teczkę.
- Ona tu... Umarła. - Beverly wygięła usta w podkówkę.
Marzyła, żeby wrócić do rozmowy o staroświeckich tapetach, niedawno wymienionych podłogach, solidnej konstrukcji i ewentualnej możliwości zejścia z ceny.
- Ach. Umarła w domu... Co się wydarzyło? - dopytywała się Alice.
- Rak. Tak mi powiedziano. - Beverly przeraziła się, że Hale'owie mogą należeć do ludzi, którzy nigdy nie kupią domu z taką historią.
I tak właśnie było. Ani Greenville, ani ten dom nie odpowiadały Alice. Musiała działać szybko i zaciągnąć ich znów na Manhattan. Nieważne, że od niedawna miasto oznaczało dla niej porażkę.
- Rozumiem. - Alice rozcierała ramiona, jakby chciała pozbyć się gęsiej skórki. - Interesujące - dodała, a ton jej głosu sugerował, że "interesujące" w tym wypadku znaczy "niepokojące".
- Powtórzę, że to się stało dawno temu. - Beverly widziała w wyobraźni, jak prowizja wymyka się jej z rąk i ucieka przez frontowe okno z szybkami z ołowiowego szkła.
- No, nie wiem, czy rok to naprawdę jest "dawno temu" - zmarszczyła brwi Alice.
Usta agentki wygięły się jeszcze mocniej.
- Prawdę mówiąc, trudno dziś znaleźć stary dom bez podobnej historii.
- Nie wiem, co o tym myśleć, kochanie - wzdrygnęła się Alice, spoglądając na Nate'a. - To trochę przerażające.
- Naprawdę? Aż przerażające? - Nate przeniósł wzrok z Alice na Beverly. - Nigdy nie byliśmy szczególnie przesądni. Beverly powiedziała, że zdarzyło się to rok temu, więc nawet jeśli żył tu jakiś duch, na pewno zdążył już znaleźć sobie lepsze mieszkanie.
Beverly zachichotała, Nate parsknął śmiechem, a Alice zdała sobie sprawę, że zmarnowała szansę.
Nate patrzył na nią z nadzieją. W jego wzroku kryło się pytanie, więc kiedy Alice kiwnęła głową (było to ledwo widoczne kiwnięcie, ale jednak kiwnięcie), natychmiast odwrócił się do Beverly.
- Jesteśmy zainteresowani. Nawet bardzo - powiedział.