Przepis na małżeństwo - Iwona Kubis

Kup ebooka

17.02 zł
14.13 zł (14,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Elżbieta obudziła się z ogólnym poczuciem zniechęcenia i beznadziei. Miała poczucie pewnego ciężaru mijających trzydziestu czterech lat. Ciążyły jej też ze cztery zbędne kilogramy, z którymi ciągle nie mogła sobie dać rady. Właściwie jako duża stosiedemdziesięciocztrocentymetrowa kobieta mogła te 4 kilo spokojnie ukryć w ogólnej wadze. Ale nie dzisiaj. Dziś nastrój jej był raczej kiepski. Była co prawda sobota i mogła poleniuchować, ale nawet ta perspektywa nie wydawała jej się dość atrakcyjna. Dla pełnej szczerości przed samą sobą należało się przyznać, że wczorajszy wieczór wybitnie przyczynił się do dzisiejszego stanu.

Spędziły go razem z Ewką, wieloletnią przyjaciółką, kumpelą, bratnią duszą. Ewa była jak siostra. Ewa była od zawsze. Bo Elżbieta nie pamięta wiele z tego, co było przed grupą maluchów w Przedszkolu nr 5 na Warszawskim Mokotowie. A wśród maluchów Ewa już była. "Była" to za mało powiedziane. Ewa po prostu królowała i rządziła. Reszta dzieciaków była zachwycona i podporządkowywała się wszelkim przecudnym i szalonym pomysłom Małej Księżniczki. I tak pozostało do dziś. Ewa jako szefowa i właścicielka sporej agencji zatrudnienia nie tylko skutecznie zarządzała personelem i biznesem, ale też była bardzo lubiana.

Ale wracając do wczorajszego wieczoru. Elżbieta poruszyła się próbując wstać i zaraz tego pożałowała. Zjawiska zachodzące w jej głowie nie tylko nie świadczyły o gotowości do pracy (ani umysłowej, ani fizycznej), ale wręcz wprowadzały stan alarmowy. Trzy godziny w klubie fitness i na basenie, potem miły wieczór w apartamencie Ewki. Miały najpierw iść do fit-klubu, a potem do przytulnej kafejki na pogaduchy. I pewnie poszłyby, ale przecież była akcja "polowanie w sieci". A do tego niezbędny był Internet. Jako dodatek do atrakcji wieczoru posłużyło wytrawne wino, a całości dopełnił miły dostawca pizzy z osiedlowej zaprzyjaźnionej pizzerii. Zresztą, Ewa wszędzie była "zaprzyjaźniona" pomyślała, nie bez ukłucia zazdrości, Elżbieta. To "polowanie" dla Ewki było dokładnie zajęciem zgodnym z nazwą. Ela, gdzieś w głębi duszy, właściwie na samym jej dnie, w sekretnym zakamarku, miała schowaną może Nadzieję, a może nawet Wiarę, że to jest może przepis na znalezienie Tego Jedynego - na Całe Życie. Ewa nie wierzyła w takie rzeczy jak "związeknacałeżycie". Tak właśnie mówiła - jednym ciągiem.

- Nie chcę być czyjąś "drugą połówka", ani tym bardziej stanowić "jedności" z kimś, kto nie wie, czym jest zespół napięcia przedmiesiączkowego, wydziera się przed telewizorem, gdy kilkunastu facetów goni jedną piłkę i brudne skarpetki wpycha pod poduszki na kanapie. Tak właśnie Ewa objawiała swój brak wiary w instytucję małżeństwa, a chyba i stałego związku w ogóle.

Nie dlatego, że miała złe wzorce. Przeciwnie. Małżeństwo jej rodziców, nawet dziadków, o czym Ela dokładnie wiedziała, można było uznać za przykładowe: zgodne, szczęśliwe, pełne wzajemnej miłości i szacunku. Ja nie miałam tyle szczęścia - zamyśliła się Ela ani wzorców, ani własnych przeżyć ... Zaraz jednak przywołała się do równowagi, jak zwykła była nazywać takie akcje pod własnym adresem.

- Wstajemy! - zarządziła. Poruszyła się gwałtownie, przeciwko czemu zbuntował się po pierwsze jej organizm, a po drugie Mister. Od kiedy Elżbieta dzieliła swoje M3 z Misterem - wiele się zmieniło. Ewa zdawała sobie sprawę, że to dzielenie przestrzeni życiowej nakłada na nią pewne obowiązki i w dużym stopniu zmieni tryb jej życia, ale... niekiedy wymagało zbyt dużych poświęceń. Otóż, Mister był chimeryczny. Przy tym stanowczy. Wymagał ciągłej opieki i nadskakiwania. Jadał nieregularnie i pod względem kulinarnym był zupełnie nieprzewidywalny. Bywały takie wieczory, że towarzyszył Elżbiecie przy jej ulubionych programach telewizyjnych, a bywało i tak, że ostentacyjnie wędrował do sypialni, odwracał się tyłkiem i po wielkopańsku zasypiał.

Nie miało znaczenia czy Ela mu nadskakuje "bardzo", "bardzo bardzo" czy też tylko średnio. Jak miał okazać niezadowolenie - to Elżbieta wyczuwała to na kilometr! Teraz również z niechęcią i niemalże potępieniem popatrzył na nią swymi pięknymi, lekko zmrużonymi oczętami w kolorze szmaragdowej zieleni. Z drobinkami złota... Tak, oczy Mistera były przepiękne i oryginalne jak zresztą cały on. Wymagający, piękny i niedostępny. Problem w tym, że Elżbieta darzyła go miłością dużą i raczej nie do końca odwzajemnioną. Jak wiadomo, taki układ uzależnia. Z drugiej strony Mister wniósł w jej życie tyle radości, sprawił, że poczuła się potrzebna, że mogła otoczyć kogoś tak długo skrywanymi uczuciami. Dodajmy, że tych uczuć było w nadmiarze i Elżbieta nie miała, jak ich zagospodarować.

Ela udała się do łazienki. Powitało ją Odbicie CzterechKiloZaDużo i roześmiało się złośliwie z lustra. Ela odwróciła się i weszła pod prysznic. Dzisiaj nie miała chęci konfrontować się ze swoim odbiciem. Ela wiedziała, że jest zbyt ... emocjonalna. To znaczy zanadto uczuciowa w wielu sytuacjach. I że to jej przeszkadza być jak Ewa, która to niczym się nie przejmuje i z życia po prostu korzysta! Wytarła się puchatym ręcznikiem w kolorze świeżej mandarynki i poszła do pokoju nadal zastanawiając się nad zawiłą sferą uczuć.

Nagle rozmyślania nad jej życiowym uczuciowym posłannictwem brutalnie przerwał dźwięk SMS-a.

"I jak się trzymasz, Kobieto, Puchu Marny? Pamiętaj, jesteśmy umówione w Galerii o 14:00. Nie zaśpij". No tak... perfekcyjnie przygotowana do następnego dnia Ewa... Tego również Elżbieta czasami jej zazdrościła. Ponieważ pisanie odpowiedzi wymagało wysiłku intelektualnego i fizycznego - oddzwoniła.

- Hej, już nie śpię. Oczywiście, że pamiętam, Jesteśmy umówione, bo "nie masz co na siebie włożyć" na dzisiejszy upojny wieczór z Jurusiem!

- A żebyś wiedziała, że nie mam! I nie oczaruję go w stroju o którym wiem, że już go nosiłam kilka razy! Rozumie Pani psycholog - psychiczna bariera, wewnętrzny opór.

Ewka tryskała humorem. No tak, z taką wieczorną perspektywą jak Juruś, Elżbiecie też by podniósł się poziom satysfakcji z życia. I to o kilka poziomów. Juruś, o czym warto wspomnieć, był kolejną (którą to w tym miesiącu?) upolowaną w sieci ofiarą. Ewa w ogóle traktowała facetów bardzo przedmiotowo, co Eli się nie podobało, gdyż uważała, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i nie należy ludzi wykorzystywać.

- Naiwna idealistko! - mówiła Ewka, jeśli Ela próbowała wypowiedzieć się na temat etycznej strony takiego postępowania Ewy. Tym bardziej Ela była zdumiona takim nietypowym zaangażowaniem Ewy w rozmowy, spotkania i w ogóle w samego Jerzego. Nazywanego pieszczotliwie "Jurusiem" na co mało który, ba, właściwie żaden - o ile Ela pamięta - facet w życiu Ewki dotąd nie zasłużył.

Atrakcyjność Jurusia była na tyle duża, że, ku zdziwieniu Eli, Ewa umawiała się z nim już piąty raz. P i ą t y raz!

- Kochana, nawet jakby Juruś zamieszkał z Twoją szafą, to znaczy chciałam powiedzieć w Twojej szafie, to nawet po dwóch latach nie połapał by się w Twojej garderobie! Ela wróciła do wątku odzieżowego. Wśród Twoich kolekcji możesz przebierać jak w ulęgałkach. Poza tym mam wrażenie, że jego mniej obchodzi Twa zewnętrzna powłoka... To znaczy ubranie miałam na myśli... No, ale jak ma być nowy ciuch... Jak mus to mus...

- Nie kpij nie kpij, Jurek wyraźnie zaznaczył, że na równi z moją osobowością i intelektem ceni sobie walory mej nadzwyczajnej urody. Zresztą wiesz, że kobiety ubierają się dla siebie. Dla mężczyzn wolą się rozbierać. Mężczyźni też to wolą - tu Ewka zaśmiała się perliście swym niezwykle pociągającym facetów śmiechem.

- To daj mi się ogarnąć i przynajmniej w nikłym stopniu przybliżyć do wizerunku Kobiety Wyzwolonej. Zresztą i tak zniknę w cieniu Twej olśniewającej urody... Ostatnie zdanie miało mieć wymiar ironiczno-prowokacyjny. To znaczy, że Ela liczyła na to, iż jej wieloletnia przyjaciółka wspomni o tym, że Elżbieta przecież też się podoba mężczyznom.

- No już dobrze, dobrze, ale to sadełko na brzusiu to mogłabyś zrzucić! Taak... Ewka umiała być szczera i bezpośrednia.

Historia sadełka na brzusiu miała swoje uzasadnienie. Wszystko przez to, że Elżbieta też myślała, że podoba się mężczyznom. Tak na poważnie i na dłużej, na stałe. A właściwie chodziło o jednego mężczyznę. W przeciwieństwie do Ewy, Elżbieta nie polowała na "okazje", nie zmieniała facetów wraz z porami roku ani ze zmieniającą się modą. Zresztą w wieku 32 lat doszła, nie o raz pierwszy, do wniosku, że pora zweryfikować wymagania. Bogdan właśnie trafił w ten czas, świeżo po weryfikacji.

Elżbieta po Objawieniu Wielkich Prawd o Mężczyznach wiedziała, że liczą się "Wartości Ponadczasowe", żaden tam wygląd czy status materialny. Wrażliwość się liczy. Dusza. Zaangażowanie w życie i w kobietę. I Boguś tę wrażliwą duszę posiadał. I o tych wartościach mówił. Piętnował merkantylizm, interesowność, potępiał układy i układziki i wszelkie "materialistyczne podejścia". Artysta. Nie, nie z zawodu, ale z powołania. Z zawodu to był księgowym. A w duszy był romantykiem i poetą. Pisał dla Eli wiersze, specjalnie dla niej, co podkreślał; potem śpiewał i zupełnie nie miało znaczenia, że troszkę fałszuje, no ale przecież najważniejsze były intencje...

Bardzo szybko okazało się, że oprócz głębokiej wrażliwości Boguś posiada też pojemny żołądek. Elżbieta Objawiona rozumiała prawdziwość teorii naszych babć - przez żołądek do serca. Serce Bogdan też miał wielkie, zatem wartości do niego, przez żołądek idące, musiały być odpowiednie. I tak karmiąc Bogusia, a dokładniej, gotując dla niego według specjalnych przepisów Elżbieta - sama niestety również jedząc nieco więcej (Boguś był wyznawcą teorii, że "kochanego ciałka nigdy nie jest za dużo) - Ela oddawała się marzeniom o wspólnej przyszłości... Nie wiedzieć czemu ich wspólność i przyszłość widziała w postaci wspólnej tabliczki na drzwiach (kto teraz wiesza tabliczki?!). Ale Elżbiecie podobał się ten stary zwyczaj i ich mosiężno-grawerowane E i B Stawińscy. "E" i "B" - Ela w wyobraźni wyraźnie widziała wyżłobienia liter na złotym tle. B, B - śpiewała do swojej wizji, mój B... oguś... Śpiewała i marzyła, aż przed pewnym obiadem wybuchła B... omba. Boguś zadzwonił około trzynastej i skruszonym głosem oznajmił Elżbiecie, że na niedzielnym obiedzie się nie stawi, gdyż "dla dobra rodziny" powrócił właśnie tej soboty do żony - i że to, co teraz robi jest "uczciwe i słuszne". Dalej przekazał już wyłącznie telefonicznej słuchawce, ponieważ Elżbieta padła na kanapę porażona bezwzględnością wrażliwego, szczerego i uczciwego Bogusia, że "bardzo żałuje, że nie wyszło". Ale we wspomnieniach Elżbieta zawsze będzie miała pierwsze miejsce w "najbardziej gorącym zakątku jego serca." Elżbieta nie usłyszawszy tego poetyckiego zamknięcia ich dwuletniej znajomości, nie mogła go, oczywiście, docenić.

Kolejnym doświadczeniem w kwestii budowania relacji damsko-męskiej był Adrian. Adrian Dusza - informatyk w spółdzielni mieszkaniowej, do której Ela chodziła opłacać czynsz, dopóki wersja przelewu przez Internet nie stała się możliwa i wygodniejsza. Adrian, w przeciwieństwie do Bogusia i zgodnie ze swoim nazwiskiem - duszę głęboką i wrażliwą naprawdę posiadał. Poznali się przez przypadek. Kiedyś był jakiś problem ze sprawdzeniem salda i pani Zosia z okienka kasowego powiedziała:

- Zaraz zawołam naszego super-specjalistę i rzeczywiście zawołała w głąb korytarza: Aaadriaaan!

Po chwili pojawił się młody, przystojny szczupły i zielonooki szatyn z kucykiem. Nie przepadała za długimi włosami u mężczyzn, ale u Adriana zupełnie jej ten kucyk nie przeszkadzał. Oczy! Oczy były najważniejsze. Takiego odcienia zieleni, takiego cudownego koloru oczu - Ela nie spotkała jeszcze u nikogo. I zatopiła się w spojrzeniu tych zielono-szmaragdowych oczu. A cudowne i niesamowite oczy Adriana zatopiły się w niej.

- Saldo się zgadza, Pani Elżbietko, to system zrobił nam wszystkim psikusa - chwilę błogiego zauroczenia przerwał wesoły głos pani Zosi. Pani Zosia była zawsze uśmiechnięta (a Ela znała ją od kilkunastu lat, przecież przychodziła opłacać czynsz, jeszcze jak mieszkała tu z rodzicami) w apetyczny sposób pulchna i w sposób charakterystyczny dla takich sympatycznych grubasków - wesoła, optymistyczna i uczynna. Tę zależność Ela sprawdziła już dawno. Czytała wiele opracowań (już jako nastolatka interesowała się psychologią i socjologią!) O osobach z nadwagą często mówi się, że mają łagodny charakter, są ciepłe, życzliwe i potrafią cieszyć się życiem. Ale wracając do wspomnień o Adrianie Duszy - człowieku o wielkiej duszy - bo taką, o czym Ela przekonywała się każdego dnia, Adrian miał i umiał wykorzystać w relacjach - Ela bardzo dobrze i ciepło wspomina ich półroczny związek. Było im ze sobą dobrze. I dobrze zapowiadała się ich wspólna przyszłość. Czy to była miłość? Nie. Ela zastanawiała się nie raz, czy łączyło ich w ogóle jakieś uczucie, poza przyjaźnią, na pewno się lubili, ich seks był udany, rozmawiali bez końca i mieli wiele wspólnych zainteresowań, jak na przykład - rozwój duchowy. Niestety - a może "stety" - bo Ela jednak chciała przeżyć Wielką Miłość z Prawdziwymi Uniesieniami - Aduś otrzymał intratną propozycję zawodową. Wiązała się ona z wyjazdem do... Australii. Ela nie byłą gotowa z nim lecieć. Nie była też pewna czy Aduś jest w ogóle zainteresowany zabraniem jej ze sobą, bo taka propozycja ani razu nie padła. Pewnej wrześniowej niedzieli pożegnała go na Okęciu. Przez jakiś czas pisali do siebie płomienne i pełne "tęsknię" maile, Adrian wysyłał śliczne zdjęcia i całusy. Z czasem jednak coraz rzadziej pisał i coraz rzadziej wysyłał. Niestety - zabrało mu - mimo wrażliwej duszy - odwagi i szczerości.

O jego ślubie z córką polskich imigrantów, którzy prowadzili w Melbourne klinikę chirurgii plastycznej - dowiedziała się od pani Zosi ze spółdzielni. Ela nie płakała w nocy w poduszkę. Nie kochała Adka. Ale było jej przykro, że właśnie jako przyjaciel - nie był z nią szczery. Niebawem miała się przekonać, że nie był to ostatni zawód na przyjacielu w jej życiu... Ta sytuacja miała jednak wiele dobrych stron. Bo gdyby to była miłość, Ela z pewnością by bardzo cierpiała. Poza tym ta historia nauczyła ją: nigdy nie ufaj bez ograniczeń, zostaw sobie margines dystansu. Dbaj o siebie, bo nikt inny tak nie zadba o ciebie, jak Ty sama. Przeżyła z Adrianem naprawdę wartościową relację, wiele zawdzięcza mu w kwestiach erotyki - pomógł jej ukończyć prawdziwą "Akademię Kobiecości". Mimo, że nie była to wielka miłość, a ciekawa kompozycja dobrego seksu z przyjaźnią - Ela nauczyła się jak czuć się kobietą i być rozpieszczaną (pozwolić sobie na to!) przez mężczyznę. Zdecydowanie Adrian potrafił zaznaczać, gdzie jest "pierwiastek męski" a gdzie "pierwiastek żeński" w ich związku, Gdzie jest sfera kobieca, a gdzie sfera męska. Gdzie są "pola wspólne". Tak to zresztą nazywał. Być może jego matematyczno-informatyczna głowa osadzona na ciele romantyka ułożyła nawet jakiś wzór albo algorytm. Ela zupełnie nie ogarniała tych pojęć i nie odróżniała jednego od drugiego. Podobnie zresztą myliły się jej całki z różniczkami. Tak czy inaczej w tym podejrzeniu, że może Adi ma na to jakiś algorytm chodziło Eli o to, że mógł sobie to logicznie i matematycznie poukładać. Ale skutek, czyli zastosowanie tych zasad w ich wzajemnych relacjach - bardzo się Elżbiecie podobało. Adrian potrafił naprawić jej zamek w drzwiach, sprawdzał czy zatankowała paliwo, kupował zapasowe żarówki do samochodu, ale pamiętał też o tym, żeby zapytać, czy nie marzną jej nogi, kiedy siedziała długo wieczorem i okrywał je kocem przyniesionym z szafy. Albo przybiegał z kubkiem malinowej herbaty, którą Ela uwielbiała pić przed snem. Mój "RR" mówiła o nim Ela. Racjonalny Romantyk. "W sumie to wiele mu zawdzięczam i teraz już zupełnie nie czuję do niego żalu. Ciekawe co u niego?". Postanowiła przy okazji poszukać odpowiedzi na wszystko wiedzącym Facebooku.

Darmowy fragment