Przepaszcie biodra waszego umysłu - Alek Skarga

Kup ebooka

2.02 zł
1.68 zł (1,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niepotrzebne starcie

Zgoła niepotrzebne starcia

lichych nietoperzy z przykucniętymi lwami

na jednej z sawann Syberii

po zmierzchu

we śnie?

o nie!

legendy i mity Zachodu tam nie dotarły nigdy,

lodołamaczami starają się zatrzeć

ślady po prawdziwych zwierzętach

w kraju rad czy nie rad,

więc pojutrze już zginie tundra?

i ci, którzy chcieli ją posiąść?

tak, uciekaj stamtąd za koło za umarłych szlak,

ale wszędzie wojny światów:

wołów piżmowych z prekursorami

zbijania pieniędzy na piżmie,

bobrów z przemysłowcami futrzarskimi nowych porządków,

długie noce zatapiania przez zorze

białych niedźwiedzi, bo białe jak morze,

siłowania się renów z Nieńcami,

pertraktowania Niemców z gazownikami,

pogoni Czuwaszy na dzikich konikach

za Krasną Armią na saniach,

starcia petroglifów neolitu z odpadami barbarzyńców 5G

leci przekaz o zagładach przez świat

jak pierwszy sputnik,

jak błędna informacja,

jak militarna deformacja,

jak rewolucji reformacja

na odzew niemowląt i czaszek - baczność!

wojna światów:

zastałego lodu i nadchodzącego ognia

niepotrzebne starcie?

a jednak nieuniknione!

Cloaca Maxima Ubu

Są takie lotne scenariusze końskiej propagandy

czy chcesz w jednym z nich zaistnieć?

pod jaką postacią?

wiem, chcesz być Świętoszkiem Moliera

i Gavroche'em Wiktora,

ale czy Królem Ubu Polakiem Alfreda

chcieć to móc, proszę bardzo

scenariusz się pisze, szukaj przebrania

ćwicz tembr i mimikę

najlepiej na tafli lodowej

użyj sopli zamiast zębów

wkliknięcia i odprzeciągnięcia, niedotknięcia i poplecenia głosowe

to teraz dominuje w technice scenicznej

końska propaganda wymaga mocnych scen

wulgarnych słów i szybkich pustych mów

podwieszę twoją postać wysoko

na pasach i powoli będę cię spuszczać

do studni życzeń,

a ty hej tuj, hej tuj, hej pluj na świętości,

byś zniknął w diamentach cały

czeskich brukselskich jakichś

(Cloaca Maxima)

scenariusz piszę, pisze się, pisz się

poemat chwalę poe mat

gawiedzi pozwalasz na wiele

populistom na pohybel

z lóż

(biorę się za słowo jak za chleb

rzeczywiście tak jak księżyc konnicę ludzie

znają mnie tylko z jednej jesiennej wśród spadających liści

galopującej bez głowy

strony)

rozkład jazdy Apollinaire'a w scenie ostatniej

czasy scenariuszy postrealnych Bukowskiego mijają?

Cloaca Maxima będzie zabudowana

zaśpiewają - cześć tobie, Kato zwany Cenzorem

My nie doprowadzimy do wojen

My nie doprowadzimy do wojen

nie to pokolenie

powtarzam to w kółko

my nie zaczniemy na nowo zorganizowanych działań destrukcyjnych

w Europie już rozgrzanych półcieni

jesteśmy zbyt zacofani

w myśleniu o prometeizmie heglowskim,

co w nawiązaniu do tomistycznych drążeń idei w ciałach

wywołał rewolucję społeczną burzowych gniazd

wszelakich maskonurów pogodowego balansu,

skutkiem czego była ta nawała północna długotrwała

wędrówka paproci, mamutów, sinic

hekatomba kołujących jak smoki pterodaktyli i wolnomyślicieli

w zaściankach pretendujących do roli Świątyni Milionów Lat

Hatszepsut

my to nie oni, ni Kim, ni Hitler, ni Sargon

takie ni to, ni sio człowieczeństwa,

co to raz wpada w groby zaświatów,

a potem zmartwychwstaje zaraz na życzenie gawiedzi

i tak w kółko

my nie zbudujemy kontrowersyjnych piramid nad grobami,

tylko konsekwentne niebieskie pociągi, co przez tysiąclecia

przewozić będą frazy Coltrane'a i grafiki użytkowe Miro

z Kłaja do Szanghaja po dnie oceanu

słabości niskości wesołości

i tak w kółko, beznamiętnie, bezwojennie

dla pokoleń w krainach łagodności

Gołębie milczące

Ale żeby tak nagle powiedzieć

- sprostam, na pewno sprostam?!

szepnął gołębiom wtedy milczącym za dach krach

wy nas wszystkich nacie m-m-ma za myśliwych

- dopowiedział jastrząb nocny się mocujący z nimi,

ale nawet nie znalazłbyś siebie w takiej sytuacji

nawet nie, w kartonach na granicy światów,

a już zamurowano ptaka niewinnego lotnego

chyba to Picasso

albo ktoś z tych kręgów

politeizacja po pokoju

socjalizacja pop koju

ateizacja s pokoju

graffiti na ścianie układnego warszawskiego pokoju

papierowe gołąbki na patykach w pochodzie codzienności

i w gołębnika ch głębi komuniści zaczęli

odliczanie po po ko ju po ko ju i buuuum prawie

Kukliński to przerwał - sprostał,

bo inaczej bylibyśmy jak te kubistyczne

płótna w Guernice tkane,

zawieszone na galerii galerach krzywych wież Moskwy

Amerykanie je namalowali sprayem swoim

i opatrzyli podpisami:

byłem, zrozumiałem, zwyciężyłem

wracam do Maryland z Picassem Syrenką

jestem murem za nim za murem już,

bo wart miliony Polaków dusz

żywy ch nie umarły ch

Solowy występ

Zewnętrznie solowy występ wydawał się

całkiem dobry do czasu

jak na warunki panujące na scenie

i widowni oczywiście nobliwej

bomba spadła po chwili

uderzył w klawisze niezbyt płynnie

korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie,

nasłuchał dodekafonii w Wiedniu,

uderzył zbyt śmiało, złamał palec

bomba uświadomienia spadła

jak we włoskim filmie Droga

jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności

wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść

chciał zawsze ją podnieść nad głowy

chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową

zgotował,

potem żałował,

choć sporadyczne oklaski

okazały się doceniać reżyserię i kurtynę

artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt

po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii

to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory

wobec fizyki przyrody

zewnętrznie bladość wszelka wyglądała

na matni purpurę

i vice versa

takie to bywają mistyfikacje

artysta okazał się tęczą jedynie

tęczą przed burzą, aczkolwiek

dobre i to - ktoś powiedział,

może Didi,

skandal - z jaskółki zlatując,

odkrzyknął Gogo

klap, klap, klap - taki był finał

Chmury abstrakcji

Synchroniczne skalkulowane do bólu

wyliczenia piętnastu matematyków ciszy

zasianej od Cancun do Magadanu

zrewolucjonizowały nakładanie mandatów

na ministrów hałasu

niegdyś niebotyczne sekwoje w Kordylierach umysłu

zawyrokowały na Sejmie jakimś o rozliczalności chmur

dających się podzielić

wędrówka dusz nie jest wędrówką chmur,

powiedział Drzewiec,

i wyleciały wszystkie precyzyjnie

wedle map gwiezdnych kierowane

lotnością umysłów wspierających letargi,

gdy Ziemia spała jeszcze, a sekwoje niespokojnie drżały,

nastało skalkulowane dłubanie w jako takiej ciszy

eksploratorem wzajemnym

niby chcianym, pożądanym, ale oklepanym i nudnym

w 40. wieku ewolucji naczyń poważnych

i butelek zaliczanych do głośnych uwodzicielek matematyków,

wyroiły się więc z gniazd węży szepczące gwiazdy

jak cisza zgasła tuż przed nastaniem ery zaopatrzonych lamp,

a po nich fatalnie zmumifikowane i nierzucające ani snopów,

ani cienia, ani palenia, ani spełnienia

chmury abstrakcji bogów

Lamentacje wielorękich dam

Znowu zaczęła się penetracja jaskiń

i kanionów w głowie przewielebnego

guru monastycznie zdewastowanego

przez schizmę uznającą wyłącznie

posty i lamentacje wielorękich dam sztuki

pozbawionych co prawda atrybutów zewnętrznych

litościwie obnażonego Nabuchodonozora wczorajszości

jak zwykle niemogących dosięgnąć

dzisiejszych złudzeń pobratymców

zupełnie bez wiary kołyszących się na gałęziach

w takt terkoczących silników

kosmicznych pojazdów na parę

i wdychających smog powstający, co rusz

w niszach nieprzeznaczonych do kontemplacji,

ale tak wykorzystywanych właśnie

przez guru podziwianego za jednorękość

zniewalającą po wielokroć odmiennością,

choć dziwactwem wbijającą do cna

w zakamarki grot podwodnych

bez tlenu nadziei i wiary,

którą miano pogłębiać w głębokościach przedwiecznych,

a nie rozjaśniać w niszach i na kosmodromach,

i to zapylonych, zasmrodzonych przez biczowników,

co z gałęzi spadli nieopatrznie

wtedy

Rozchwiany walc

Zdarzyły się niewielkie odchylenia od normy

w czasie lotu nad Szwajcarią

modułu nowoczesnej stacji kosmicznej

nazwanej: "Rilke w Muzot"

potem nastąpiło ciągłe zniżanie tegoż

i nieuchronny upadek w fale Dunaju

obok miejsca gdzie Ivanovici grał Nokturn cis-moll Chopina

na pogrzebie Attyli

dzisiaj nie odróżnisz precyzyjnych Pieśni Orfeusza

od rozchwianego walca wiedeńskiego

granego po wielokroć w Linzu i Monachium

ani galicyjskich wyrzutków Cesarstwa Austro-Węgierskiego

od zwykłych zjadaczy chleba,

co to czytają Wyborczą i porzucają wszelkie wybory

odchylenia zaczynają się w piaskownicy cywilizacji,

a kończą na falach eteru i wysokich orbitach

- czuj! stary pies szczeka

- rozdziobią nas kruki i wrony

- silni, zwarci, gotowi

- tęcza, pacyfa, kotwica, logotyp Solidarności

- które z powyższych jest niewielkim odchyleniem od normy?

nie zgadnie już ani Attyla, ani Luter,

ani Mustafa, ani Jan Trzeci, ani Franz Joseph,

ani Ivanovici, ani Lehar, ani Strauss,

ani Rilke, ani Kokoschka, ani Kafka,

ani Hitler, ani Orfeusz,

ale ty jeszcze możesz!

W przestworza miłości i wolności

Pomyśl, chłopcze, o wszystkich wystrzelonych na Księżyc

gdzie ci się śpieszy

- ilu z nich tak naprawdę wróciło?

marzysz o mieszkanku małym spokojnym na Manhattanie Trytona,

ale zważ na jedno,

jacyś bogowie może tam i są, ale spokoju sumienia nie ma

stamtąd wracają tylko niewolnicy,

a i credo powracających -

pozostać na zawsze na Ziemi

meandry kosmosu przyciągają cię jak delta wielkiej rzeki muł,

przemierzając ją nieraz statkiem rozumu

widziałeś prawdziwe ptaki kołyszące się na falach

owce pijące z brzegu wodę,

krowy zmęczone wylegujące się nad brzegiem w szuwarach,

nagich kąpiących się w nurtach niebezpiecznych

dusza rwie się w przestworza wolności i miłości

każdy ma takie chwile porywu,

a twój zegar smutku tyka inteligencją kosmosu

chcesz popędzić za kometą radości

nietopniejącą od ziemskich zazdrości

pomyśl, ile czasu musiałbyś mieć,

by ją dogonić - w nicości?

a dusza tęsknoty pełna,

zraniona przez złych ludzi,

a dusza płacząca wzruszona prawdą

widziała Zstępującego z Niebios

posłuchaj duszy - ona chce za nim

w przestworza miłości i wolności

chłopcze, ja wiem, wciąż chcesz domu

wysoko poza Ziemią gdzieś

ty o tym nie zapomnisz nigdy,

bo to miejsce czeka na ciebie jak wierny pies

Zmniejszając tramwaje w myślach

Zmniejszając tramwaje w myślach,

błądziłem po liberalnym Krakowie

w smoczej jamie byłem przechodniem między kloszardami

maszkarony Sukiennic pozdrawiałem tępym spojrzeniem

i fascynata, i ordynata, i predystynata

Natknąwszy się na rekruta w fartuszku, udałem się

pod siedziby gazet rozpowszechnianych na papierze czerpanym

wyczerpany emocjonalnie, zawróciłem

Odnowionym spojrzeniem zlustrowałem

przechodniów-stańczyków z Londynu

poprzedzanych przez lewe interesy zurbanizowanych cietrzewi futuryzmu

Z dawnej miłości pozostały zakochane spojrzenia zza krat

wielkie tramwaje w oczach naiwnych

zliczalne katastrofy duchowości Krakowian

w witrynach i bramach

Na rynku rozglądałem się za miejscem

na pomnik dla Chrystusa Króla

według projektu A. Chmielowskiego,

ale zobaczyłem tylko zbyt wielu przekupniów,

zbyt wielu bankierów, zbyt wielu celebrytów,

zbyt wiele za dużych na to miejsce tramwajów

zmniejszając to wszystko, błądziłem w myślach

starych jak hordy, hołdy i rozbiory,

kroczyłem wśród przechodniów w kierunku przejścia

podniebnego acz wąskiego

Na dworcowym kosmodromie rozglądałem się za miejscem

na pomnik dla Chrystusa Króla

według projektu A. Salawy,

ale zobaczyłem tylko zbyt wiele wielbłądów i dromaderów,

zbyt wielu Madianitów i Elamitów z Podlasia i Podhala,

zbyt wielkie teatry, sanitariaty i saturatory

cofanie się przed tym wszystkim

zaprowadziło mnie w okolice muzeów

eksponatów rozdeptanych butami kapitulantów

w muzeach święci jak zwykle krzyczą,

a w winiarniach zwyczajowo klaszczą

święci krzyczą ciszą nadal w zaułkach i pasażach

na każdej ulicy, na każdym skwerze,

lecz nikt ich nie słucha

malutkie tramwaje wożą serca,

malutkie tramwaje wożą serca zbyt małe,

malutkie tramwaje wożą malutkie serca

rosnące stale

Zwiększając tramwaje w myślach,

odnalazłem się w liberalnym Krakowie

według projektu A. Mickiewicza