Czerwiec 1935
Dorota Adamczukówna minęła zamojski ratusz, rozejrzała się i uznawszy, że najkrótsza droga prowadzi przez rynek, ruszyła przed siebie. Z nieba lał się czerwcowy żar, zamieniając plac w patelnię, porastająca go trawa dosłownie się smażyła.
Sapnęła, włożyła palec za stójkę bluzki, by wpuścić pod nią odrobinę powietrza. Nie poczuła się lepiej. Zmieniła marszrutę, gwałtownie skręcając, by jak najszybciej znaleźć się w cieniu kamienic. Idący z przeciwka mężczyzna w ostatniej chwili uskoczył, inaczej wpadliby na siebie.
- Przepraszam - bąknęła.
Tamten podniósł dłoń do letniego kapelusza. Ubrany w jasną kraciastą marynarkę i szare spodnie, pod szyją miał zawiązanego "motylka" czarnego w szary rzucik, a przez ramię niedbale przerzucony popelinowy płaszcz. Dorocie, która przecież pracowała w zakładzie krawieckim, wystarczył rzut oka, by ocenić jakość materiałów i staranność ściegów. Poznała również, że marynarki na pewno nie szył żaden z zamojskich krawców.
Zanim rozeszli się każde w swoją stronę, mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.
Jeszcze dwa kroki, jeszcze jeden i już - uciekła przed spiekotą w chłód podcieni. Jej skóra zareagowała gwałtownie na zmianę temperatury, Dorota poczuła, jak przeszedł ją dreszcz. Dotknęła policzków, by sprawdzić, czy już nie pałają. Otworzyła torebkę, wyjęła batystową chusteczkę, wytarła czoło i kark, po którym spływały krople potu. Poprawiła włosy. Życie w mieście wcale nie było lepsze niż na wsi. Upał jednakowo dokuczał. Jednakowo?, zastanowiła się. Nie. Jednak inaczej. Gdyby teraz była na wsi, chodziłaby z motyką po polu. Ciężka to praca, ale nie musiałaby mieć na sobie gorsetu, bluzki i żakietu. Wystarczyłaby koszula i letnia spódnica. W polu powiewałby wiaterek, czyniąc upał lżejszym do zniesienia. W mieście pracowała na tyłach zakładu, w ciasnym pomieszczeniu, gdzie było nie tyle gorąco, ile duszno. Otwieranie okna, zamiast przynieść ulgę i haust świeżego powietrza, powodowało, że do wnętrza wpadał rynsztokowy smród podwórza.
Ze smutkiem pomyślała, że już wkrótce będzie musiała tam wrócić. Z uproszonej u pryncypała godziny na załatwienie spraw pilnych zostało mniej niż pół. Wszystko przez to, że na poczcie kolejka. Dorota pilnowała, by przynajmniej raz w miesiącu wysłać list do rodziców. Nie myślała o nich zbyt wiele, zajęta pracą. Zresztą o czym było myśleć? Mieli opiekę, Jadźka z nimi została, a teraz przyszedł za zięcia ten jej Kajtek. Dorota westchnęła. Ani ona, ani Wera, ani nikt z rodzeństwa nigdy by nie pomyślał, że Jadźka znajdzie sobie męża. I to wcale nie niezgułę czy jakieś potorocze, tylko chłopa całkiem do rzeczy. Wysoki był, barczysty, całkiem przystojny, bo choć twarz miał okrągłą, prosty nos i szeroka szczęka nadawały jej męski charakter, złagodzony znów przez oczy, duże, wyraziste, z rzęsami jak u panny. Dorota pamiętała Kajtka z lat dawniejszych i sprawiedliwie musiała przyznać, że w przeciwieństwie do wielu chłopaków, którzy z czasem brzydli, on wyprzystojniał. Małomówność można było uznać za zaletę czy wadę, w zależności od tego, co kto lubi. Jadźce najwyraźniej ona pasowała, bo sama nie była gadatliwa.
Znów wróciło to zdziwienie, które ogarniało Dorotę za każdym razem, gdy myślała o małżeństwie Jadźki. Jakże to? I kiedy to się stało? Roześmiała się, bo przecie kiedy zostało zawarte, to wiadomo, nie wiadomo jednak, kiedy się sobie spodobali, kiedy spotykali, jak wyznali uczucie i na koniec jak ustalili, że ślubować sobie będą. Dorota była tego wszystkiego bardzo, bardzo ciekawa, ale od Jadźki niewiele mogła się dowiedzieć, a matka wzruszała ramionami. "Z siostrą gadaj", mówiła. I tak w koło Macieju - milcząca Jadźka i matka, która poplotkować nie chciała. Dorota uzupełniła niewiedzę domysłami, przez co historia siostry stawała się coraz bardziej romansowa. Może nie do końca tak było, bo choć Kajtek patrzył na Jadźkę z dużą życzliwością, a ona odnosiła się do niego miło, ale żeby był tam żar, namiętność, pasja, tego Dorota nie zauważyła. Może to tak już jest, że ludzie nie pokazują swoich uczuć, bo się ich wstydzą? Gdzież tam. Wystarczyło spojrzeć na Dyzia i Natalę - iskrami z ich spojrzeń pod piecem można było rozpalać. Nawet Wera... Na wspomnienie siostry Dorocie gorzka gula stanęła w gardle. Czuła się winna temu, co się wydarzyło, choć głos usprawiedliwienia szeptał, że przecież nie mogła wszystkiego widzieć, wszystkiego się domyślić. Przecież rozmawiały z Werą, były sobie tak bliskie jak najlepsze, najwierniejsze przyjaciółki. Jakże w takiej sytuacji Dorota miała się domyślić, że siostra ma swoje sprawy i sekrety. Mniejsza z tym, mogła je mieć. Przecież Jadźka też siostrze się nie zwierzała.
Najbardziej zaś bolało to, że Wera okazała się nie taką osobą, za jaką Dorota całe życie ją brała. Nie była uczciwa ani porządna, a na koniec okazało się, że nie jest dobrym człowiekiem. Najgorsze zaś, że Wera sprowadziła na Dorotę grzech, zmuszając ją, by milczała. Nie można było ani rodzicom, ani rodzeństwu powiedzieć, co w Zamościu wyczynia. Co prawda Dorota i tak by nie powiedziała, skromność by jej nie pozwoliła. Co innego jednak, gdy słowa same przez usta nie przechodzą, a co innego, kiedy dostają zakaz.
- Matka umrze, gdy się dowie - mówiła Dorota.
- Więc zróbmy wszystko, by się nie dowiedziała - odpowiadała Wera, prychając przy tym złośliwie jak kotka, którą odegnano od kubka ze śmietaną.
Przestały być przyjaciółkami. Siostrzane więzy, kiedyś silne jak konopny powróz, teraz były cienkie jak jedwabna nitka. Dorota miała wrażenie, że byle drobiazg może je zerwać. Modliła się żarliwie za Werę, prosząc Najświętszą Panienkę o zlitowanie. "Niechże ona przejrzy na oczy, niech stanie przed Panem Bogiem i z grzechu się wyspowiada. Ona głupia, pobłądziła. To z biedy. My zawsze byłyśmy biedne, głodne, chodziłyśmy w koszulach tak reperowanych, że już z samych łat się składały, nie z tego materiału, z którego były szyte. Zobaczyła trochę grosza i we łbie jej się pomieszało, ale to dobra dziewczyna". Zapewniała Matkę Bożą o szczerości w sercu siostry, choć sama w to nie wierzyła. Trudno uwierzyć, jak bardzo może się zmienić kobieta za sprawą mężczyzny. Najsmutniejsze zaś to, że w historii Wery nie było nic, absolutnie nic, romansowego.
Tymczasem doszła już do "Centralki" na Bazyliańskiej. Budynek ten onieśmielał Dorotę, a jednocześnie pociągał i fascynował. Wcale nie dlatego, że mieszkał tu Stodołkiewicz, który samego Józefa Piłsudskiego gościł. I nie dlatego, że mieszkał tu pan Leśmian, który o miłości tak pięknie mówił jak nikt. Dorota, przeczytawszy tomik poezji Leśmiana, bardzo chciała go poznać. Czyż mężczyzna, tak cudnie o miłości piszący, nie powinien być nad wyraz urodziwy? Dlatego też w każdej wolnej chwili spacerowała w okolicach jego domu. Nadaremno. Spotkała go przypadkiem, w parku. Ktoś przechodzący mimo szepnął: "Toż to Lesman, Lesman tam idzie". Okazało się, że ani odrobiny piękna w nim nie było. Niski, chudy, jego nogi wydawały się krzywe, twarz paskudna. Gdy mijał Dorotę, rzucił na nią takie spojrzenie, od którego zrobiło się ciepło w podbrzuszu. Wtedy pomyślała, że być może jest brzydki, ale na pewno ma coś do zaoferowania kobiecie, tyle że Dorota nie była tego rodzaju kobietą. Potem już nigdy nie pragnęła go spotkać, marzyła, by cudne słowa Leśmianowskiej poezji szeptał jej kto inny.
Tym, co w budynku przy Bazyliańskiej jednocześnie fascynowało ją i onieśmielało, była Księgarnia Polska braci Pomarańskich. Pierwszy raz Dorota przyszła tu dawno temu, na samym początku swego życia w Zamościu. Zamarzyła bowiem, by wysłać do domu nie zwykły list na wyrwanej z kajetu kartce i w szaroniebieskiej kopercie, a kartę świąteczną. Cóż z tego, że zbierały się z Werą do domu? Tu, w mieście, wszyscy przygotowywali podarki, a mieszkającym daleko znajomym i krewnym posyłali karty. Na wsi nikt tego nie robił, więc Dorocie, zafascynowanej miejskim życiem, jego innością, bardzo się to spodobało. Wciąż pamiętała swoje zawstydzenie, gdy pierwszy raz weszła do tego pomieszczenia, pełnego regałów z książkami, blatów, na których wyłożone były czasopisma, stojaków z kartami. Były tu też przepiękne papeterie, pióra, kałamarze, kajety i obsadki, i stalówki. Między kupującymi kręcili się subiekci, dopytując i doradzając.
Dopiero później Dorota dowiedziała się, że ci mężczyźni nie byli pracownikami, ale właścicielami tego miejsca, a także twórcami wielu z pism, które można było nabyć w księgarni, jak "Czytajmy", "Kronika Powiatu Zamojskiego" czy "Książnica Lasowa". Dowiedziała się też, że najmłodszy z braci, Zygmunt, jest autorem melodii O mój rozmarynie, czego zupełnie wiedzieć nie chciała, bo od tamtej pory za każdym razem, gdy wchodziła do księgarni, nachodziła ją nieodparta ochota, by właśnie to nucić sobie pod nosem. Pamiętała, jak z zazdrością obserwowała zamojskie panie, które bez wstydu sięgały po książki, kartkowały, odstawiały na półkę, aż w końcu wybrały coś dla siebie. Dorota nie wiedziała, jak kupić kartę, a cóż dopiero mówić o książce. Dobrze, że żaden z mężczyzn do niej nie podszedł, bo pewnie by uciekła. Zjawiła się za to starsza pani, dystyngowana i elegancka, której twarz promieniała życzliwością.
- W czymś ci pomóc, drogie dziecko?
Dorotę rozbawiło, że dama nazwała ją dzieckiem, przecież nawet na nie nie wyglądała, miała wtedy prawie trzydzieści lat. Poczuła się swobodniej i bez wstydu poprosiła o kartę świąteczną.
- A coś do czytania?
Poczucie swobody stało się wspomnieniem. Myśl o nabyciu książki była kusząca, a Dorota miała trochę pieniędzy, nie wiedziała jednak, czy ich wystarczy. Wiedziała, ile kosztuje chleb, mleko, jajko czy kawa w kawiarni, wiedziała, ile kosztuje gazeta, ale ile może kosztować książka? Te, które dotychczas czytała, należały do kogoś innego, pożyczone, wyproszone. Przyjemna była myśl, by mieć choć jedną na własność.
Dama chyba wyczuła przyczynę strapienia, bo bez słowa zdjęła kilka książek z półki i położyła przed Dorotą.
- Panienka sobie przejrzy.
Były to małe książeczki w oprawach trochę tylko grubszych od kartek. "Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych i Młodzieży Szkolnej" - przeczytała Dorota. Na okładkach widniały też ceny. Na niektórych przekreślono te stare, jeszcze w markach, i ręcznie wpisano nowe, w złotych. Dorota z radością zauważyła, że stać ją byłoby nie na jedną, a nawet na dwie książki.
- Poproszę tę. - Przesunęła po ladzie egzemplarz Romea i Julii.
- To jest sztuka. Wie panienka, jak to czytać?
- Tak - odpowiedziała, choć nie miała pojęcia.
Pani Maria Pomarańska, bo to ona była, czego również Dorota dowiedziała się znacznie później, przez chwilę nad czymś się zastanawiała.
- Pokażę panience coś jeszcze. - Odeszła, by po chwili wrócić z kolejną książką. - Ta się na pewno bardziej spodoba.
Dorota rzuciła okiem na okładkę.
- Wezmę obie - powiedziała. Poczuła się dumna z siebie. I bogata, choć była biedna, w tej jednej chwili czuła się jak największa bogaczka.
Jakże się cieszyła, gdy wracała do pokoiku, który wynajmowały z Werą, z przepiękną kartą świąteczną i dwiema książkami, opakowanymi w szary papier. Jakże ją w nocy Wera upominała, by już światło zgasić, bo nafty szkoda, jak nazajutrz rugała mistrzyni. "Coś ty, dziewczyno, w nocy robiła? Oczy masz podkrążone. Ja tu u siebie nie chcę takich, które po nocach się łajdaczą". A Dorota była tak szczęśliwa, że te połajanki wcale jej nie przeszkadzały. Marzyła tylko o tym, by do domu wrócić i dalej czytać.
Od tamtego czasu, gdy tylko udało jej się odłożyć trochę grosza, szła do księgarni. Czasem szła tam nawet wtedy, gdy nie miała pieniędzy. Lubiła oglądać książki i planować, co też sobie kupi następnym razem, bo było w tym coś cudownego, magicznego, jakby zapowiedź dalekiej podróży.
Dziś szła po Wrzos Marii Rodziewiczówny. Odkładała na tę książkę od kwietnia. Raz miała już nawet pełną kwotę, ale skończyła się nafta. Teraz czasy były gorsze niż wtedy, gdy sprowadziły się z Werą do Zamościa. Ceny wszystkiego poszły w górę, właścicielka domu co i raz podnosiła cenę najmu izby, w której mieszkały. Jedzenie też drogie. Można by z domu coś przywieźć, ale droga daleka, a podróż kosztowna. Czasem lepiej w ten dodatkowy dzień iść do roboty niż tłuc się do Tynczyna.
Pchnęła drzwi i witana wesołym dźwiękiem dzwoneczka przekroczyła próg księgarni. Od razu owiał ją przyjemny zapach. Teraz wiedziała, że to połączenie zapachu papieru z woniami tuszów i farb, używanych do druku. Ten sam, choć dużo mniej intensywny, miały kartki książek. Pierwsze, co robiła Dorota po powrocie z książką na stancję, to najpierw bardzo powoli zdejmowała szary papier, tak żeby go przypadkiem nie rozerwać, a potem, po rozprostowaniu i odłożeniu opakowania, kartkowała książkę, spędzając długie chwile z nosem między kartkami. Gdyby ją ktoś zapytał, jak pachnie cud, odpowiedziałaby, że pachnie jak nowa książka. Jakżeby inaczej? Przecież to cud był - patrzyła na czarne znaczki liter, a widziała studenta, ratującego dziewczynkę z powodzi, obskurne mieszkanie w Petersburgu, piękny dwór szlachecki, a co najważniejsze, zaglądała do umysłów i serc rozmaitych ludzi - dobrych i złych.
To ostatnie powodowało, że zupełnie inaczej patrzyła na świat. Wiele spraw, które kiedyś wydawały się Dorocie proste, zyskało drugie albo i trzecie dno. Choćby to z Werą. Tamta robiła rzeczy, na które ani ludzie, ani nawet Pan Bóg nie mogli patrzeć bez gniewu, a jednak Dorota, mimo że też potępiała postępowanie siostry, nie mogła jej się wyrzec. A jeśli to coś takiego, co zdarza się w książkach? Może po prostu widzę tylko powierzchnię, a cała głębia przede mną ukryta. Gdyby dane mi ją było zobaczyć, zrozumiałabym i rozgrzeszyła. Zwykle po takich myślach przychodziły inne, mówiące, że cała ta głębia to pieniądze i zło, a Dorota powinna zerwać z siostrą wszelkie stosunki, inaczej sama się w błocie utytła. Kiedyś pewnie tak by zrobiła, i to bez wahania. Teraz nie potrafiła. Wściekała się na Werę, kłóciła z nią, tłumaczyła, ale zostawić nie potrafiła, bo myśl o tym, że sytuacja, w której znalazła się siostra, jest skomplikowana, na to nie pozwalała.
Z zamyślenia wyrwało ją nader grzeczne powitanie. Odpowiedziała z uśmiechem. Już nie bała się subiektów. Znali ją, a ona ich. Zdarzało się, że odkładali jej książkę, o którą prosiła, by nikt inny nie kupił. Czasem doradzali. Pan Zygmunt zachęcił Dorotę, by sięgnęła po "Czytajmy" i "Książnicę Zamojską". Ileż się dzięki temu dowiedziała!
Dziś przyszła tylko po Wrzos.
- Niedługo mieć będziemy nową powieść pana Mostowicza. Podobna do Świata pani Malinowskiej - poinformował księgarz, pakując książkę.
- To przyjdę na pewno. Ta o Dyzmie nie podobała mi się zupełnie, ale ta o pani Malinowskiej cudna - wyznała Dorota i natychmiast się zawstydziła.
Uśmiechnął się z pewną pobłażliwością, ale bez wyższości, ot, jak do dziecka.
- Powiem szczerze, również tych zachwytów nad Dyzmą nie pojmuję - odrzekł. Dorota wiedziała, że to nieprawda, ale zrobiło jej się miło, że zadbał, by nie czuła się niezręcznie.
- Przyjdę niebawem - zapewniła.
Wzięła do rąk swój nabytek i dyskretnie rzuciła okiem na szary papier, którym owinięta była książka. Okładała w niego książki, by ich nie zniszczyć. Był lepszy niż gazeta, bo tusz z gazety pod wpływem ciepła palców czasem się rozmazywał, a gdy dotknęło się takim opuszkiem strony, zostawało na niej szare maźnięcie. Dorotę zasmucały takie ślady, bardziej nawet niż plamy na bluzce czy spódnicy. Lubiła, gdy książki wyglądały jak świeżo przyniesione z księgarni.
To spojrzenie na pakunek, krótkie przecież, spowodowało, że gdy spostrzegła idącego w stronę lady mężczyznę, było już zbyt późno. Tamten widział Dorotę, ustąpił z drogi i tylko dlatego nie wpadli na siebie z całym impetem, a jedynie wzajemnie się otarli.
- Przepraszam - szepnęła zawstydzona Dorota.
- To moja wina - powiedział on.
Od razu poznała w nim człowieka, którego minęła na rynku. Na nieszczęście mężczyzna też ją rozpoznał, zauważyła to po błysku w jego oczach.
Gotów pomyśleć, że zrobiłam to specjalnie, pomyślała.
- Bardzo się śpieszę, muszę wracać do pracy - wyjaśniała, by nic niestosownego nie przyszło mu do głowy.
Niestety. On uśmiechnął się szeroko i stanął na drodze do wyjścia.
- To bardzo smutna wiadomość. Pomyślałem sobie, że skoro los po raz drugi krzyżuje nasze drogi, musi mieć w tym jakiś cel.
- Nie sądzę. Zamość to po prostu niezbyt duże miasto, więc każdego dnia krzyżują się tu drogi wielu jego mieszkańców. - Skinieniem głowy pożegnała księgarza i ominąwszy mężczyznę, ruszyła ku wyjściu.
Poszedł za nią.
- Mnie się jednak wydaje, że to znak. Dopierom przyjechał. Wysiadam z pociągu, a tu ani pół dorożki. Ruszam więc piechotą pod wskazany adres, po drodze spotykam panią. Omal na siebie nie wpadamy. Gdy docieram na miejsce, również spotykam panią. Tym razem nie udaje nam się uniknąć zetknięcia. - Otworzył Dorocie drzwi i wyszedł za nią. - Doprawdy uważa pani, że to wszystko przypadek?
Dorota spojrzała na książkę. Gdyby widać było okładkę, uznałaby, że mężczyzna, zobaczywszy, cóż to za lektura, stroi sobie z niej żarty. Wielu mężczyzn wyśmiewało takie powieści, twierdząc, że tylko niewykształconym kobietom mogą się one podobać. Zdaniem dziewczyny tylko nieczuli mężczyźni mogli tak mówić. Czyli znakomita większość. Dorota nie miała zbyt dobrego zdania o płci przeciwnej. Zdawała sobie sprawę, że istnieją tacy mężczyźni jak na kartach romansów, które czytała, jednak w życiu, poza ojcem, braćmi i może jeszcze Kajtkiem, nie dane jej było takich spotkać. Na ogół byli gburowaci, złośliwi, chcieli... no wiadomo czego chcieli. Paskudy!
Dzięki temu, że na świecie brak było dobrych i szlachetnych mężczyzn, łatwiej dotrzymać obietnicy, dawno temu złożonej, że za mąż nie pójdzie. Bo i po co? Patrzeć na wiecznie głodne dzieci? Pieniądze, które Wawrzek zarobił w Ameryce, odmieniły los ich rodziny, ale nie zdołały odmienić świata. Bieda we wsi była straszna, siedziała pod chałupami, których strzechy sięgały już do ziemi, patrzyła wyłupiastymi oczyma, piszczała jak porzucone przez matkę kocię, ale żyła nadzieją na rybę w rzece złapaną, kartofel, który spadł z wozu bogatszego chłopa, jajko w krzakach zgubione przez nierozważną kokoszkę. Bieda w mieście wyciągała kościstą rękę po datek, a nie dostawszy go, siadała pod murem kościoła i tam umierała. Była sto, a może i tysiąc razy gorsza niż ta na wsi. Nie miała w sobie nawet cienia nadziei. I na taki świat dzieci sprowadzać? To nawet nie głupota, tylko okrucieństwo.
W spojrzeniu mężczyzny nastąpiła zmiana, widocznie na twarzy Doroty musiał się odcisnąć smutek.
- Nie chciałem pani urazić - powiedział zupełnie innym tonem.
- Nie uraził mnie pan. Po prostu nie wierzę w takie zrządzenia losu.
- Przyznam szczerze, ja też nie. Dopiero przyjechałem, nie znam tu nikogo, a pani wydała mi się sympatyczna. Pomyślałem... Już nawet nie wiem, co pomyślałem. Proszę mi wybaczyć.
- Nie było przewiny, to i wybaczać nie trzeba. Na pewno spotka pan wiele miłych osób. Ja po prostu nie mam czasu na... - Miała powiedzieć "takie rzeczy", ale uznała, że może zostać opacznie zrozumiana. - Na nic nie mam czasu. Pracy dużo. Teraz też już muszę wracać do zakładu, inaczej pryncypał odliczy mi z wypłaty. - To mówiąc, skierowała się w stronę rynku.
Mężczyzna zawahał się, jak ktoś, kto nie wie, którą stroną minąć kałużę, po czym ruszył za Dorotą.
- Mogę chociaż panią odprowadzić?
- W przeciwieństwie do pana znam miasto i nie pobłądzę. Skoro już pan trafił pod swój adres, lepiej tu pozostać.
Przyśpieszyła, by dać mu do zrozumienia, że nie chce jego towarzystwa. Pomyślała, co by to było, gdyby stanęli razem pod zakładem. Szczęście, jeśli skończyłoby się na awanturze, mogło jednak być i tak, że straciłaby posadę. Właściciel zakładu straszliwie był na Żydów cięty. "To ty robotę na godzinę rzucasz, żeby się z parchem gzić? Niby Polka, niby katoliczka, a takie bezeceństwa? Nie ma dla ciebie miejsca pod moim dachem" - tak by powiedział.
Mężczyzna uparcie szedł za Dorotą. Zatrzymała się gwałtownie, odwróciła ku niemu. Spojrzała w ciemne oczy, okolone czarnymi rzęsami. Ładne te oczy, stwierdziła, takie ciepłe i jakby aksamitne.
- W zakładzie nie noszę obrączki, ale mam męża. Chyba pan rozumie...
Ruszyła, a on został. Bez "do widzenia, do zobaczenia, może kiedyś". Jakie szczęście, że przyszło jej do głowy tak sprytne kłamstwo.
I jaka szkoda, że on Żyd. Bo oczy to miał bardzo ładne.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI