Przenikanie mediów - Maciej Mrozowski

Kup ebooka

114.00 zł
91.20 zł (74,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

ŚRODKI

Mózg nigdy nie śpi. Ciągle pracuje i wciąż czegoś się uczy. Już w łonie matki, od około 20 tygodnia ciąży, mózg dziecka reaguje na rozmaite bodźce: dotyka, wącha, smakuje i słyszy (tylko wzrok jeszcze próżnuje). I zapamiętuje wiele z tych doznań. Po narodzinach, gdy zmysły bombardowane są nowymi bodźcami, zwłaszcza optycznymi, proces ten gwałtownie przyspiesza. Wraz z fizycznym rozwojem mózgu rośnie efektywność odbierania i przetwarzania bodźców zmysłowych, co służy lepszemu nabywaniu wiedzy i umiejętności. W przeciwieństwie bowiem do wielu gatunków, których potomstwo przychodzi na świat "od razu gotowe" do radzenia sobie w środowisku, ludzkie noworodki są rezultatem ewolucyjnego kompromisu między "byciem gotowym od początku" a "stawaniem się gotowym" (Spitzer, 2011). Dziecko rodzi się z pewnymi dyspozycjami w zakresie przetwarzania informacji (np. umiejętność rozpoznawania twarzy) oraz reagowania na bodźce (odruchy, instynkty, popędy), ale jest ich niewiele (wciąż nie wiadomo ile i jakie), ma za to duży potencjał i możliwości uczenia się coraz bardziej złożonych umiejętności.

Każde nowe doświadczenie zostawia w komórkach neuronowych mózgu ślady pamięciowe (engramy) w postaci połączeń synaptycznych między pewną liczbą komórek. Jeśli są one dostatecznie wyraźne, zostają utrwalone w uproszczonej formie jako wzorzec czy schemat reprezentacji neuronowej (obiektu, sytuacji, zachowania) w układach wyspecjalizowanych w odbieraniu, gromadzeniu i przetwarzaniu wrażeń (informacji) danego rodzaju: wzrokowych, słuchowych, dotykowych, smakowych czy węchowych. Każdy z tych układów jest więc zarówno magazynem pamięci, jak też procesorem informacji. I choć każdy działa "po swojemu", to dzięki mechanizmowi synchronizacji, który łączy je w większe struktury (w hipokampie, będącym centralnym magazynem pamięci długotrwałej), można wywoływać z pamięci (w istocie: rekonstruować) obrazy zdarzeń minionych tudzież tworzyć wyobrażenia zdarzeń przyszłych, hipotetycznych, prawdopodobnych czy całkiem fantastycznych (zmyślonych). Proces powstawania nowych połączeń synaptycznych zachodzi bezustannie, a połączenia stare, długo nieaktywowane przez bodźce, ulegają rozpadowi, dlatego mózg cechuje duża neuroplastyczność. Człowiek może przez całe życie wzbogacać posiadaną wiedzę, zapominać urazy, odświeżać wspomnienia, ciągle rozwijać wyobraźnię oraz nabywać nowe umiejętności adaptacyjne. Dzięki nim może przekształcać swoje środowisko lub przenosić się w inne. Wielofunkcyjność i kreatywność tego mechanizmu czynią z niego najdoskonalszy wytwór procesu ewolucji.

II

INSTYTUCJE

Instytucje osaczają nas zewsząd. Rozmaite, mniej lub bardziej sformalizowane. W każdej dziedzinie życia, po śmierci zresztą też. Dawniej było ich mniej, teraz ich liczba wzrosła. I wciąż przybywają kolejne. Instytucje powołują instytucje, które stanowią prawo instytucjonalizujące nasze życie. Szukając ratunku przed jednymi instytucjami, tworzymy inne, które coraz głębiej wnikają w nasze życie. Ujmują nasze działania w reguły formalne, wyznaczające ramy społecznych zachowań i interakcji oraz nadające im znaczenie; określają też środki i procedury strzegące owych reguł, nagradzając ich respektowanie, karząc natomiast za ich naruszanie. Instytucje tworzą porządek dyskursywny, wdrażają go do praktyki, wyznaczają margines tolerancji dla zachowań dewiacyjnych, uruchamiają praktyki korekcyjne lub eliminujące wobec osobników czy grup, które opierają się subordynacji bądź rozmyślnie gwałcą ustanowione reguły. Wszystko to razem tworzy ład społeczny.

W ujęciu teoretycznym instytucje to wszystkie wymyślone przez człowieka, czyli zaprojektowane i nałożone na ludzkie zachowania, zasady i reguły, które kontrolują, porządkują i czynią przewidywalnym (a przez to możliwym i produktywnym) świat społecznych interakcji (Chmielewski, 1995, s. 9). W praktyce konkretne instytucje to stosunkowo trwałe i odpowiednio zorganizowane typy działalności zaspokajające potrzeby lub rozwiązujące problemy egzystencjalne zbiorowości bądź jednostek. Żeby skutecznie realizowały stawiane przed nimi cele, ich działalność musi się opierać na harmonijnym (niekiedy wręcz organicznym) powiązaniu trzech składników: wzorów działania, zorganizowanego zespołu ludzi wykonujących te działania oraz urządzeń i zasobów niezbędnych do ich realizacji (Skąpska, Ziółkowski, 1998). Każda instytucja jest heterogenicznym agregatem łączącym ludzi, rzeczy, maszyny i dyskursy, czasem także zwierzęta, czyniących z niej aktora-sieci o określonej mocy sprawczej. Na najniższym szczeblu organizacji społecznej jest to gospodarstwo domowe, na najwyższym - aparat władzy państwowej oraz organizacje międzynarodowe.

Media masowe, ujmowane tu jako firmy (wydawnictwa, redakcje, stacje radiowe i telewizyjne, portale, platformy internetowe itp.), które wprowadzają do publicznego obiegu rozmaite przekazy (własne lub pozyskiwane z zewnątrz), to instytucje spełniające wskazane wyżej wymogi. Działają w sposób zorganizowany i celowy, zgodnie z obowiązującym prawem, które określa ich status i zasady funkcjonowania. Są elementem ładu społecznego i zarazem współtworzą ów ład, sprawując pewien rodzaj władzy. Jest to władza symboliczna, ma ona jednak realny wpływ na ludzi i powoduje konkretne skutki społeczne. Siła tego wpływu zależy głównie od potencjału ekonomicznego i technologicznego środków masowego przekazu. Ale nie zawsze. Jeszcze do niedawna dominacja mediów głównego nurtu, tj. ogólnokrajowych gazet i periodyków oraz centralnych programów radiowych i telewizyjnych, była niezachwiana. Obecnie, wraz z rozwojem internetu, sytuacja ulega gwałtownym zmianom - małe, niszowe, tematyczne czy środowiskowe portale i platformy mają taki sam zasięg społeczny, jak media głównego nurtu, stanowiąc dla nich realną przeciwwagę, a nawet konkurencję. Tych pierwszych, pod naporem ruchów społecznych, wciąż przybywa, tych drugich natomiast, wskutek koncentracji własności, ciągle ubywa. Wielu obserwatorów internetu wieści więc decentralizację i fragmentację komunikacji masowej - schyłek wielkich mediów sformatowanych oraz triumf małych mediów spersonalizowanych. Czyżby więc los medialnych gigantów był przesądzony, wedle maksymy: nec Hercules contra plures? Być może, lecz sytuacja wcale nie jest tak oczywista. Albowiem inni badacze społeczeństwa sieciowego dowodzą, że otwartość i różnorodność internetu jest pozorna, gdyż większość liczących się kanałów komunikacji sieciowej jest pod całkowitą lub częściową kontrolą kilkunastu ponadnarodowych konglomeratów multimedialnych (Castells, 2013). System mediów, i szerzej: komunikacji społecznej, rozrasta się i komplikuje, tracąc przejrzystość - przybywa ludzkich i pozaludzkich aktorów-sieci, a powiązania między nimi są coraz bardziej złożone, zmienne i coraz trudniej rozpoznać je i opisać. Zasadne jest więc pytanie: czy i do jakiego stopnia jest to wciąż system (względnie uporządkowana i spójna całość), czy tylko heterogeniczny zbiór, do którego wkrada się chaos, burząc ustalone struktury i zastępując je zmienną konfiguracją procesów i sił odśrodkowych (McNair, 2006).

WSTĘP

Ta książka jest o mediach. O mediach, którym codziennie poświęcamy dużo czasu - o prasie, telewizji, internecie. O tym, jak działają, do czego służą, co powodują, a także co my z nimi robimy i co one robią z nami. I jeszcze o innych rzeczach.

Książek o mediach jest sporo, bo i mediów, zajmujących ważne miejsce w naszym życiu, jest sporo. Z tej przyczyny są przedmiotem zainteresowania wszystkich nauk humanistycznych i społecznych. Jedni badacze, reprezentujący dyscypliny o ściśle określonym profilu, skupiają uwagę na wybranych aspektach ich działania, np. języku, historii, prawie, ekonomii, marketingu. Inni, reprezentujący dziedziny wiedzy o szerszych horyzontach, jak np. psychologia, socjologia, kulturoznawstwo, starają się ujmować media wieloaspektowo, stosownie do ich roli w życiu człowieka, systemie społecznym, kulturze. Obie grupy uczonych różnią się podejściem do mediów, ale łączy je to, że traktują środki masowego przekazu jako drugorzędny przedmiot zainteresowania, którym zajmują się o tyle, o ile te pojawiają się w polu ich głównego przedmiotu zainteresowania - historii, ekonomii, polityki, psychiki, społeczeństwa, kultury. Jest wreszcie medioznawstwo, dla którego media to główny obszar badawczy, a czerpanie z dorobku innych dyscyplin służy poznaniu całej złożoności ich form istnienia i działania. Być może nie ma dziś bardziej interdyscyplinarnej dziedziny wiedzy niż medioznawstwo. Nie wiadomo, czy to jego słabość czy atut, ale wiadomo, że jest na to skazane, bo "ten typ (wiedzy), tak ma". Ta książka natomiast też ma - w intencji autora - przyczynić się do rozwijania tak właśnie pojmowanego, czyli interdyscyplinarnego, medioznawstwa, z wszystkimi tego dobrymi i złymi skutkami.

Szerokie ujmowanie zjawisk tak złożonych, jak rola mediów w życiu człowieka i społeczeństwa służy lepszemu poznaniu ludzkich dążeń do poprawy warunków egzystencji, ale zastawia też liczne pułapki na śmiałków, którzy poważą się na tak ambitne przedsięwzięcie. Największą trudność sprawia określenie reguły porządkującej opis zjawisk zmiennych i polimorficznych, a także przyjęcie zasady godzącej różne perspektywy i punkty widzenia. Gdy idzie o kwestię pierwszą: regułę porządkującą opis, to najpewniejsze jest oparcie się na tezie o współzależności mediów i życia ludzkiego we wszystkich jego wymiarach, a zarazem przyjęcie, że owa współzależność ma charakter systemowy, tzn. odbywa się w ramach szerszego ładu, który porządkuje świat społeczny i reguluje działanie mediów. Do niedawna była to oczywistość. Ale dziś, gdy światem targają gwałtowne zmiany wywracające ustalony porządek we wszystkich dziedzinach praktyki, nie wydaje się to już tak oczywiste. Obserwując gwałtowne przyspieszenie zmian cywilizacyjnych w ostatnim ćwierćwieczu, można odnieść wrażenie, że świat wypadł z ram i pogrąża się w chaosie. Pokazanie, jaki udział mają w tym media oraz jak wpływają na warunki życia dzisiejszych ludzi, to jedno z dwóch głównych zadań tej książki.

Drugie zadanie dotyczy wskazania zasady godzącej różne perspektywy i punkty widzenia na opisywane zjawiska. Każda dyscyplina wnosząca jakiś wkład w rozwój wiedzy o mediach ma swoje teorie, metodologie i procedury badawcze, zazwyczaj dość zazdrośnie strzegąc za ich pomocą swojej suwerenności. Medioznawstwo też ma swoje "oprzyrządowanie" teoretyczne i metodologiczne, lecz nie pretenduje do nadrzędności nad studiami dziedzinowymi, dotyczącymi poszczególnych aspektów działania mediów. Także w tej książce nie będzie prób tego rodzaju uzurpacji. Zamiast tego przyjęto rozwiązanie dużo prostsze. Ponieważ głównym przedmiotem zainteresowania jest tu proces zmian, które zachodzą w mediach oraz wokół nich i które - ujmowane w dłuższej perspektywie - mają ewolucyjny charakter, jako podstawę harmonizowania różnych perspektyw i punktów widzenia przyjęto tezy ogólnej teorii ewolucji. Nie umniejszając w niczym wartości heurystycznej innych, wyżej wspomnianych, dyscyplin badawczych, trudno nie zauważyć, że w nich też występują pewne elementy modelu zmian ewolucyjnych, wypracowanego przez ogólną teorię ewolucji (darwinizm), a rozwiniętego przez jej nowsze wersje (neoewolucjonizm). Sam Darwin nie przenosił swoich ustaleń na ludzi, choć ród ludzki uważał za szczególny gatunek zwierzostanu, a nie jego przeciwieństwo. Śmielej postępują jego następcy. Najmocniej z teorią ewolucji są związane etologia i psychologia ewolucyjna, będące de facto jej współczesną kontynuacją, a także antropologia, choć nie zawsze to przyznaje. Dość ambiwalentnie do ewolucjonizmu podchodzi socjologia. Po zbyt pochopnym odrzuceniu "darwinizmu społecznego" oraz zepchnięciu socjobiologii na margines niewielu socjologów otwarcie nawiązuje do ewolucjonizmu, a wielu jawnie się od niego odżegnuje. Lecz w rozcieńczonej wersji ewolucjonizm jest w socjologii wszechobecny, bo nie może być inaczej. Sporo go też w innych dyscyplinach, jak np. kulturoznawstwie, językoznawstwie, prawie, ekonomii, o historii nawet nie wspominając. Jednak zwykle traktowany jest tam powierzchownie, jako punkt odniesienia dla opisu zmian w sferze ludzkich zachowań i ich wytworów, na ogół bez wnikania w ich zależności od głębokiego podłoża i analizy ich wartości adaptacyjnej. Również w medioznawstwie odwołania do ewolucjonizmu są powierzchowne. Niewiele jest prac czyniących z niego poważniejszy użytek - chlubny wyjątek to książka Tomasza Szlendaka i Tomasza Kozłowskiego Naga małpa przed telewizorem (2008).

Osoby uczulone na ewolucjonizm należy uspokoić - będzie tu aplikowany w dawkach nieszkodliwych. Tylko o tyle, o ile ukaże zbieżność czy nawet spójność między różnymi ujęciami i aspektami opisywanych zjawisk. Do tego nie jest potrzebne stosowanie ewolucjonizmu jako paradygmatu, z całym jego rygoryzmem teoretycznym i metodologicznym, wystarczy odwoływanie się do niego jako do metafory epistemologicznej, w pewien sposób profilującej spojrzenie na opisywane zjawiska. W szczególności ma ona pomóc w ukazaniu współzależności i współbieżności zmian w układzie: media - człowiek - społeczeństwo - kultura. Tylko ogólna teoria ewolucji pozwala ukazać te zmiany w sposób, który nie preferuje żadnego ujęcia dziedzinowego, tylko wydobywa czynniki i mechanizmy określające ich dynamikę, kierunki, współzależność. Chodzi więc o takie zastosowanie tej teorii, które czyni z niej narzędzie porządkowania wiedzy o procesach zmian w mediach i wokół mediów oraz interpretacji ich charakteru, jako efektów ludzkich dążeń do poprawy warunków życia i lepszego zaspokajania potrzeb.

Złożoność, współzależność i współbieżność tych procesów wykluczają całościowe ich ujmowanie. Z konieczności zostały tu więc podzielone na trzy poziomy. Poziom pierwszy to zagadnienia dotyczące relacji człowiek - media. Temu poświęcona jest część pierwsza Środki i ostatnia Użytkownicy. W części pierwszej teoria ewolucji służy do charakterystyki środków i mechanizmów, za pomocą których ludzie się porozumiewają, a w części ostatniej omawiane są uwarunkowania i formy aktywności użytkowników mediów oraz niektóre "klasyczne" teorie efektów mediów, ujmowane w perspektywie nowych technologii i praktyk komunikacyjnych. Poziom drugi obejmuje zagadnienia dotyczące relacji media - społeczeństwo. Temu poświęcona jest część druga Instytucje. Poruszane w niej zagadnienia pokazują, jak zmieniały się instytucje nadawcze różnego typu (komercyjne, publiczne, społeczne), jak były i są regulowane przez system oraz jak działają w społeczeństwie konsumpcyjnym i środowisku komunikacji sieciowej. Poziom trzeci obejmuje kluczowe zagadnienia z obszaru relacji media - kultura. Poświęcona temu część trzecia: Narracje, wychodząc od budowania opowieści o zdarzeniach, przez ewolucję gatunkowych ram narracji, prowadzi do konstrukcji świata przedstawionego w mediach. Punktem wyjścia jest tradycyjny ład socjokulturowy, a punktem dojścia konstruowanie (nie)ładu posttradycyjnego, co wiąże się z rozwojem konsumpcjonizmu, procesami konwergencji kultury, zmianami pokoleniowymi, technologią cyfrową i komunikacją sieciową oraz dążeniami emancypacyjnymi różnych grup szukających w mediach nowych wzorów i form tożsamości.

Sumarycznym efektem wywodów zawartych w tej książce, a także jej myślą przewodnią, jest pokazanie, jak procesy ewolucji w środowisku mediów, adaptacje mediów do tych zmian oraz zachowania i praktyki użytkowników mediów prowadzą do przenikania mediów, czyli coraz większego ich wnikania w psychikę i życie użytkowników. Ujmując to w ramy teorii ewolucji - chodzi o pokazanie, jak doszło do symbiotycznego związku mediów z ich użytkownikami (jednostkami, grupami), który to związek przeradza się teraz, pod wpływem kolejnych zmian ewolucyjnych, w organiczny zrost, z wszystkimi tego dobrymi i złymi następstwami.

Rozdział 1

NIM POJAWIŁY SIĘ MEDIA MASOWE

NARODZINY HOMO SAPIENS

Choć ogólnie znana, teoria ewolucji bywa sprowadzana do ogólników i ostentacyjnie wykpiwana. Nie tylko dlatego, że obraża uczucia religijne zwolenników kreacjonizmu, którzy wierzą, iż człowiek został stworzony przez Boga na jego wzór i podobieństwo (teoria inteligentnego projektu), lecz także dlatego, że większość ludzi mierzi pomysł, jakoby pochodzili od małpy lub - co gorsza - od wspólnego dla człowieka i małpy, więc jeszcze bardziej niż ona prymitywnego przodka. Tej niechęci wcale nie rozpraszają codzienne obserwacje ludzkich poczynań, dostarczające niezbitych dowodów na to, że człowiek ma więcej wspólnego z małpą oraz innymi zwierzętami niż z jakąkolwiek boską istotą. Odkładając jednak na bok tego typu idiosynkrazje, należy przypomnieć, na potrzeby dalszych rozważań, podstawowe ustalenia ewolucjonizmu. Chodzi tu tylko o elementy podstawowe, tworzące paradygmat (ramy pojęciowe i główne twierdzenia) ogólnej teorii ewolucji.

Wedle twórcy teorii doboru naturalnego, Karola Darwina, koncepcja ewolucji opiera się na trzech elementach: zróżnicowaniu, dziedziczeniu i selekcji (Buss, 2001). Zróżnicowanie wynika z przypadkowej zmiany, mutacji, w kodzie genetycznym jakiegoś osobnika danego gatunku, która to zmiana uwidacznia się w postaci modyfikacji budowy i funkcji jakiegoś narządu czy wręcz powstaniu nowego narządu i funkcji. Zmiana ta może utrudniać lub ułatwiać zdobywanie pożywienia, łączenie się w pary, płodzenie potomków czy opiekę nad nimi. Gdy to utrudnia, następne pokolenie się nie pojawia bądź umiera, nie zostawiając potomstwa (mutacja niknie), gdy zaś to ułatwia - potomstwo żyje dłużej i lepiej się rozmnaża (reprodukcja), przekazując mutację kolejnym generacjom. Przekazywanie genetycznej modyfikacji z pokolenia na pokolenie utrwala ją i upowszechnia wśród coraz większej liczby osobników (populacji). Zmiana staje się cechą dziedziczną, która z czasem, tzn. na przestrzeni tysięcy czy milionów pokoleń, i w połączeniu z innymi zmianami prowadzi do powstania nowego gatunku.

Nowy gatunek różni się od pozostałych tym, że lepiej wykorzystuje zasoby środowiska lub zagospodarowuje nowe środowisko (adaptacja), w obu przypadkach zwiększając swoje szanse na przetrwanie i sukces reprodukcyjny. Środowisko jest więc czynnikiem naturalnej selekcji (doboru) gatunków, sprzyjając rozwojowi tych lepiej przystosowanych do życia w nim i eliminując gorzej przystosowane. W istocie działa tu dwojaki dobór naturalny: płciowy - zapewniający reprodukcję, i środowiskowy - umożliwiający przetrwanie nowych organizmów. Jest to proces ciągły, bo środowisko też się zmienia na skutek działania sił natury (np. ruchy tektoniczne, meteoryty itp.) oraz pod wpływem żerujących na nim gatunków, ułatwiając przetrwanie i reprodukcje jednych, a utrudniając to innym. Za przyczyną tych mechanizmów gatunki powstają i giną, a ok. 15-16 milionów lat temu zaczął wyodrębniać się gatunek hominidów (człowiekowatych), z którego ok. 180 tysięcy lat temu wyłonił się Homo sapiens. Mimo długiej drogi ewolucyjnej, jaką ten gatunek przebył, by stać się dzisiejszym człowiekiem, nadal sporo go łączy z innymi gatunkami, z którymi jest mniej lub bardziej spokrewniony przez wspólnych antenatów. Dzięki odkryciom genetyki wiemy dziś ponad wszelką wątpliwość, że choć człowiek nie pochodzi od małpy, tylko łączy go z nią wspólny przodek (żył ok. 5-6 milionów lat temu na afrykańskiej sawannie), to kod DNA człowieka i jego najbliższego krewnego, szympansa, w ponad 98 proc. jest taki sam.

Selekcja naturalna różnicuje zatem organizmy i zachowania poszczególnych gatunków w ich dążeniach do przetrwania i reprodukcji. W walce o przetrwanie każdy gatunek tworzy sobie właściwe mechanizmy adaptacyjne. Mutacje mogą ułatwiać rozwiązywanie konkretnych problemów na drodze do sukcesu reprodukcyjnego, ale nie każda mutacja staje się mechanizmem adaptacyjnym. Adaptacją jest tylko taka zmiana, którą cechuje niezawodność, skuteczność i ekonomiczność nowego rozwiązania (Williams, 1966). Mutacja staje się adaptacją tylko wtedy, gdy występuje u wszystkich osobników danej populacji i w ich środowisku życia zawsze działa (niezawodność), dobrze rozwiązuje konkretny problem egzystencjalny (skuteczność) oraz nie obciąża organizmu nadmiernym wysiłkiem (ekonomiczność). Ewolucyjne zmiany, które nie spełniają tych kryteriów, to efekty uboczne mutacji (niekiedy korzystne) bądź ewolucyjne szumy (zupełnie bezużyteczne). Każda zmiana adaptacyjna zostaje utrwalona w określonym układzie kory mózgowej, stając się stałym elementem zdolności adaptacyjnych danego gatunku. Ogół właściwych dla tego gatunku mechanizmów adaptacyjnych tworzy typową dla niego "adaptacyjną skrzynkę narzędziową", jak ewolucjoniści zwykli nazywać metaforycznie całość wydolności mózgowych i dyspozycji fizycznych poszczególnych osobników, które to cechy określają ich szanse w procesie doboru naturalnego.

W klasycznej wersji ewolucjonizmu cały mechanizm doboru naturalnego opierał się na dążeniu "samolubnego genu" do przetrwania. Gen ten traktował organizm danego osobnika wyłącznie jako swój nośnik i środek służący przekazaniu go następnemu pokoleniu, możliwie w wielu kopiach, tzn. jako narzędzie replikacji i multiplikacji genów. W tym ujęciu dobór naturalny premiował skrajnie egoistyczne i pasożytnicze zachowania organizmu. Nowsze wersje teorii ewolucji nie zmieniają jej istoty, tylko pełniej ukazują różne strategie adaptacji. I tak, teoria inwestycji rodzicielskiej dowodzi, że każdy osobnik tym staranniej dobiera partnera i ostrożniej zabiera się za reprodukcję, im sam więcej inwestuje w płodzenie i wychowanie potomstwa, a więc ryzykuje więcej, gdy sparzy się ze źle dobranym partnerem (Trivers, 1972). Zwykle to samica staranniej wybiera partnera, szukając osobnika mającego pożądane zasoby, radzącego sobie w środowisku, gotowego do opieki nad nią i potomstwem, lecz szanse na jego znalezienie zależą od jej atrakcyjności (głównie zdrowego wyglądu) oraz szeregu czynników zewnętrznych (m.in. dostępności innych samic). Teoria inwestycji rodzicielskiej pokazuje zatem, jak rozbudowane i skomplikowane bywają mechanizmy doboru naturalnego.

Jeszcze dalej idzie teoria dostosowania łącznego (Hamilton, 1964), podważająca dogmat "samolubnego genu". Wskazuje się w niej, że choć reprodukcja bezpośrednia, tj. płodzenie potomstwa, jest najlepszą drogą przekazywania genów, bo dziecko dziedziczy połowę DNA każdego z rodziców, to można przekazywać je także drogą reprodukcji pośredniej, przez krewnych, gdyż każdy z nich nosi część genów tego organizmu - zależnie od stopnia pokrewieństwa (z każdym stopniem pokrewieństwa pula dziedziczonych genów zmniejsza się o połowę, bo liczba "udziałowców" w dziedziczeniu zwiększa się dwukrotnie). Pomoc i opieka udzielone krewnym mogą więc również zapewnić (częściowy) sukces reprodukcyjny danego organizmu. Tym samym egoizm zmienia się w altruizm (stopniowalny). Ten zresztą wcale nie musi ograniczać się tylko do kręgu krewnych. Jak bowiem przekonuje inna modyfikacja teorii doboru naturalnego: teoria altruizmu wzajemnego (Trivers, 1971), między osobnikami niespokrewnionymi może dochodzić do wymiany dóbr i rozwijania wzajemnie korzystnych relacji, jeśli - rzecz jasna - nie jest to zbyt kosztowne dla któregoś z nich i prowadzi do odwzajemnienia. Tego rodzaju zachowania stanowią podstawę i budulec relacji społecznych opartych na kooperacji wewnątrzgatunkowej, niekiedy nawet międzygatunkowej, ułatwiającej rozwiązywanie problemów adaptacyjnych.

Problemy adaptacyjne każdego gatunku i osobnika są zawsze konkretne, wynikające z warunków środowiska; obejmują cztery rodzaje działań: (1) utrzymanie się przy życiu, (2) dobór partnera, (3) opieka nad potomstwem, (4) pomoc krewnym (Buss, 2001). Jeśli dodamy do tego jeszcze problemy związane ze zdobyciem i utrzymaniem silnej pozycji w grupie (społeczności), co zwykle pomaga w rozwiązywaniu pozostałych problemów, to uzyskamy zestaw podstawowych wymogów egzystencjalnych, którym muszą odpowiadać konkretne mechanizmy adaptacyjne. Każdy gatunek i osobnik dysponuje swoistym dla niego zestawem takich mechanizmów, składających się na adaptacyjną skrzynkę narzędziową, a każdy z tych mechanizmów służy do rozwiązywania konkretnej trudności i jest uruchamiany wtedy, gdy taka trudność się pojawia. Mimo tej funkcjonalnej różnorodności wszystkie (lub prawie wszystkie) mechanizmy adaptacyjne łączy czynnik komunikacji. W zdecydowanej bowiem większości przypadków przetrwanie i osiągnięcie sukcesu reprodukcyjnego wymaga właściwej reakcji na bodźce zewnętrzne oraz współdziałania co najmniej dwóch osobników, umiejętnie łączących swoje inwestycje rodzicielskie. Im zaś skuteczniej współdziała większa liczba osobników, na zasadzie doboru łącznego i altruizmu odwzajemnionego, tym więcej z nich osiąga sukces reprodukcyjny. Na tym polega istota wszelkiego rodzaju komunikowania, tj. tworzenie i rozwijanie relacji łączących poszczególne osobniki w zdolne do współdziałania pary, grupy, zbiorowości. Można więc przyjąć, że komunikacja jest warunkiem istnienia wszystkich form życia i ewoluuje wraz z nimi, od form najprostszych do najbardziej złożonych.

Tak oto, od koncepcji "samolubnego genu", który kierując się własnym interesem, wikła jednostkę w ciągłą rywalizację każdego z każdym, przechodzimy - w sposób ewolucyjny, rzecz jasna - do koncepcji "genu uspołecznionego", który nadal kieruje się własnym interesem, ale wie, że w pojedynkę nie przetrwa, dlatego nawiązuje i utrwala więzi grupowe, bo współpraca wielu jednostek umożliwia lepsze zagospodarowanie środowiska oraz wygranie rywalizacji z innymi grupami lub gatunkami. To wyjaśnia, dlaczego człowiek, podobnie jak większość naczelnych, jest zwierzęciem społecznym - bo inaczej by nie przetrwał. Wedle hipotezy inteligencji społecznej na pewnym etapie ewolucji naczelne zaczęły wykorzystywać umiejętności wyszukiwania partnerów seksualnych i tworzenia stabilnych związków reprodukcyjnych do budowania relacji z innymi osobnikami przez wiązanie się w grupy społeczne. Niektórzy badacze utrzymują, że od początku relacje w grupie miały też charakter sieci społecznych, a zdolność budowania relacji sieciowych jest immanentną cechą wielu gatunków, najpełniej rozwiniętą w ludzkim mózgu (Christakis, Fowler, 2011). Człowiek ma większy mózg niż inne naczelne, toteż może żyć w liczniejszych niż one grupach.

Praktyka społeczna dowodzi (od wielu wieków), że człowiek najlepiej funkcjonuje w grupach liczących od kilku do ok. 150 osobników. Taka liczba wyznacza maksymalny poziom złożoności sieci relacji, jaką mózg człowieka jest w stanie ogarnąć - przy większej liczebności grupy sieć relacji traci przejrzystość. Oprócz korzyści związanych z rozwiązywaniem problemów adaptacyjnych grupowe relacje spajają też inne czynniki. Na najniższym poziomie jest to iskanie, czyli kontakt cielesny budujący więzi emocjonalne, z którego z czasem wyewoluowała mowa - wszak funkcja fatyczna, tj. podtrzymywanie kontaktu, jest główną funkcją mowy i komunikacji w ogóle. Natomiast na najwyższym poziomie relacji grupę spaja lęk przed tajemną siłą wyższą, czyli nieodgadnionymi mocami natury. Z prób oswojenia tego lęku wyewoluowały mity i wierzenia religijne personifikujące ową siłę wyższą w postaci Boga. Taka personifikacja nie tylko umożliwia rozmaite praktyki rytualne mające zyskać jego przychylność i obłaskawić siły natury, ale także czyni z niego bliskiego "wspólnego znajomego" dla szerokiego kręgu osób podzielających wiarę, a więc należących do szerszej wspólnoty, dla której Bóg jest centralnym i najważniejszym węzłem sieci społecznej. W czasach bliższych współczesności Boga w tej funkcji zaczęli uzupełniać, czy zgoła zastępować, ludzie sławni z racji swoich heroicznych dokonań lub wybitnych zdolności bądź tylko cieszący się popularnością, tzw. celebryci.

MÓZG STAJE SIĘ UMYSŁEM

Dobór naturalny zawsze polega na zmaganiach ze środowiskiem fizycznym oraz innymi osobnikami tego samego lub innych gatunków. Powodzenie tych zmagań zależy nie tylko od walorów fizycznych osobnika, lecz także od trafnego rozpoznania cech środowiska. Decydują o tym adaptacje służące odbieraniu różnorakich bodźców płynących z otoczenia i przetwarzaniu ich w dyspozycje kierujące reakcjami organizmu. To domena systemu nerwowego i zawiadującego nim mózgu. Pod tym względem ewolucja gatunku Homo sapiens wyprzedziła wszystkie inne gatunki, pozwalając człowiekowi wspiąć się na szczyty drabiny ewolucyjnej. Wykształcony w toku przemian ludzki mózg jest najdoskonalszą adaptacyjną skrzynką narzędziową, jaką stworzyła natura. Rozwinięte zaś, dzięki neuroplastyczności mózgu, umiejętności adaptacyjne pozwalają człowiekowi dominować nad innymi gatunkami, wyzwoliły w nim też zuchwałe zapędy do panowania nad światem, a nawet kosmosem - z wszystkimi tego dobrymi (eksploatacja zasobów, eksploracja kosmosu) i złymi (niszczenie środowiska naturalnego) następstwami.

Mózg człowieka jest organem o najwyższym stopniu strukturalnej i funkcjonalnej złożoności, której nauka w pełni jeszcze nie rozpoznała. Rozbudowywał się w ciągu milionów lat przez kumulację wielu mutacji genetycznych i anatomicznych, które wykształciły całość składającą się z trzech nawarstwionych na sobie części. Podstawową i najstarszą częścią tej konstrukcji jest tzw. mózg gadzi (trzewiowy), wyrastający bezpośrednio z rdzenia kręgowego. Działa poza kontrolą świadomości, regulując funkcje biologiczne warunkujące przeżycie organizmu (oddychanie, pracę serca, ciśnienie krwi, metabolizm, sen, czuwanie, głód, pragnienie), a także zachowania instynktowe dotyczące zdobywania pokarmu, rozmnażania się i reakcji na zagrożenie (unik, ucieczka, walka). Drugą częścią mózgu, narosłą nad mózgiem gadzim i wokół niego, jest układ limbiczny (mózg ssaczy, emocjonalny), który reguluje reakcje emocjonalne, uczenie się i pamięć długotrwałą. Najważniejsze elementy tego układu to hipokamp i ciało migdałowate. Hipokamp zapewnia orientację przestrzenną oraz pamięć długotrwałą. Ciało migdałowate zarządza reakcjami emocjonalnymi, odczuwanymi jako doznania przyjemne (radość, euforia) lub nieprzyjemne (strach, lęk, agresja). Współdziałanie różnych elementów układu limbicznego umożliwia uczenie się odruchowych zachowań adaptacyjnych.

Trzecia, zewnętrzna część mózgu (powstała ok. 45 tysięcy lat temu), to kora mózgowa (neocortex, mózg myślący). Składa się z dwóch półkul, gdzie umiejscowione są układy (komórki, ośrodki, obwody) służące do rejestracji i przetwarzania bodźców odbieranych z zewnątrz (przez oczy, uszy, skórę, nos, kubki smakowe) i z wnętrza organizmu (nerwy, krwiobieg). Układy te regulują złożone procesy przetwarzania wrażeń, jak myślenie pojęciowe, planowanie, tworzenie i rozumienie znaków oraz reguł ich użycia, czyli tworzenie i używanie języka, rozwiązywanie problemów, twórczość artystyczną (Kurcz, 2000). Funkcjonowanie każdego z tych układów opiera się na neuronowych wzorcach dyspozycyjnych (wydających dyspozycje innym neuronom), określanych jako schematy poznawcze, które sterują gromadzeniem i przetwarzaniem wrażeń oraz reakcjami organizmu na zmiany w jego otoczeniu. Wzorce te są po części wrodzone, ale mózg je modyfikuje i tworzy nowe, lepiej służące organizmowi do utrzymania homeostatycznych relacji z otoczeniem, a zwłaszcza podejmowania działań nakierowanych na pozyskiwanie zasobów i unikanie zagrożeń.

Na poziomie reakcji biologicznych (mózg gadzi i układ limbiczny: relacje mózg--ciało) wzorce neuronowe uruchamiają instynkty, popędy, emocje, czyli zautomatyzowane działania (mimika, postawy, gesty, ruchy, zmiany w organach wewnętrznych itp.) wyzwalane przez określone cechy bodźców zewnętrznych. Na poziomie procesów myślowych (kora mózgowa: relacje mózg-umysł) wzorce dyspozycyjne uruchamiają procesy poznawcze, które uzmysławiają reakcje biologiczne przez odczucia i uczucia o określonej walencji (przyjemne lub nieprzyjemne), a także sterują tworzeniem w umyśle obrazów. Są to zarówno obrazy percepcyjne o różnych modalnościach czuciowych (wizualne, akustyczne, dotykowe, smakowe, zapachowe), reprezentujące obiekty świata zewnętrznego, z jakimi styka się organizm, jak też obrazy przywołane, reprezentujące doznania minione, rekonstruowane z wrażeń przechowywanych w zasobach pamięci. Umysł może też tworzyć wyobrażenia przyszłych stanów możliwych i niemożliwych, fikcyjnych, które będą tak samo realne, jak obrazy percepcyjne (Maruszewski, 2017).

Wraz z rozwojem mechanizmów przetwarzania danych percepcyjnych i gromadzonych w pamięci mózg generuje coraz bardziej złożone reprezentacje rzeczywistości, najpierw mimetyczne (naśladowcze), później znakowe (pojęciowe). Mózg staje się umysłem. Czynnikiem ostatecznie wieńczącym ten proces jest język werbalny. Z jego powstaniem pojawia się umiejętność kategoryzowania wrażeń (uogólniania i klasyfikowania) oraz myślenie abstrakcyjne, czyli formułowanie sądów o rzeczywistości wykraczających poza doświadczenie. Za jego pomocą człowiek może nadawać znaczenie obiektom świata zewnętrznego i ich umysłowym reprezentacjom, może nabywać nową wiedzę i ciągle ją modyfikować, może refleksyjnie (krytycznie i konstruktywnie) oceniać swoje położenie oraz rozmyślać, jak je poprawić, może też wyobrażać sobie, jak inni go postrzegają i oceniają. Ta zdolność do decentracji, czyli spoglądania na siebie i otoczenie z perspektywy innego, a nawet wielu innych, znamionuje najwyższy poziom zdolności intelektualnych człowieka (Mead, 1975).

Złożoność funkcjonalną ludzkiego mózgu/umysłu dobrze wyjaśnia teoria modułów umysłowych (Fodor, 1983; Wellman, 1990; Buss, 2001). Zakłada ona, że umiejętności przyjmowania perspektywy innego oraz posługiwania się językiem stanowią podstawę tworzenia "teorii umysłu", czyli modułów obejmujących procedury wnioskowania na temat poglądów, pragnień i zamierzeń innych ludzi oraz przewidywania ich zachowań. Każdy taki moduł (teoria), a może ich być wiele, bo mózg tworzy je nieustannie, wykonuje operacje poznawcze służące rozwiązywaniu konkretnych problemów adaptacyjnych. Treść poszczególnych modułów zależy od płci, wieku, sytuacji i doświadczeń życiowych człowieka. Tak więc mężczyźni rozwijają teorię umysłu kobiecego, kobiety - teorię umysłu męskiego, rodzice tworzą teorie umysłu swoich dzieci, a dzieci (w miarę dorastania) - teorie umysłu rodziców i innych dorosłych itd. Wszystkie te teorie zmieniają się w miarę przechodzenia przez kolejne fazy cyklu życiowego oraz zależnie od środowiska.

Relacje między stałymi i zmiennymi składnikami modułów umysłowych decydują o efektywności zachowań przystosowawczych. Bo jeśli mózg/umysł ma utrzymać homeostazę wewnątrz organizmu, który przechodzi przez różne fazy cyklu życia, oraz w relacjach organizmu ze środowiskiem, które ciągle się zmienia pod wpływem wielu czynników, to musi dysponować wzorcami dyspozycyjnymi o różnej elastyczności i podatności na modyfikacje. Potrzebuje więc wzorców dość sztywnych, odpornych na zmiany, które stabilizują funkcjonowanie organizmu, ale też wzorców dynamicznych, aktywujących w okamgnieniu zmiany zachowania. Na poziomie reakcji biologicznych (mózg) równowagę obu wymogów i ogólny dobrostan organizmu zapewniają emocje, instynkty, popędy. Odgrywają one kluczową rolę w wyborze żywności, unikaniu zachowań ryzykownych, a zwłaszcza w doborze seksualnym - w różnych epokach, społeczeństwach i kulturach funkcjonują dość podobne i względnie stałe kanony atrakcyjności fizycznej, które określają szanse na znalezienie partnera gwarantującego sukces reprodukcyjny (Etcoff, 2000). Na poziomie myślenia pojęciowego i reprezentacji obrazowych (umysł) wszystko zależy od wzorców dyspozycyjnych oraz wiedzy nabytej, które cechuje pewna elastyczność. Umysł może wzorce te kontrolować, manipulując gromadzeniem i przetwarzaniem wiedzy pod kątem dalekosiężnych korzyści kosztem doraźnych wyrzeczeń. Może też hamować wpływ emocji, popędów i instynktów na zachowanie organizmu, przedkładając np. walory intelektualne (choćby poczucie humoru) czy społeczne (pozycja, zasoby) potencjalnego partnera nad jego atrakcyjność fizyczną. Ale tylko w pewnych granicach. Trudno wszak wyobrazić sobie, żeby instynkt samozachowawczy pozwolił człowiekowi "zdrowemu na umyśle" inwestować w związek z osobnikiem starym, głupim, schorowanym i ubogim, gdy ma jakieś widoki na znalezienie partnera młodego, mądrego, zdrowego i zasobnego.

Optymalnym pod względem stałości-elastyczności składnikiem świadomości ludzkiej jest moduł językowy. Łączy on w sposób doskonały elementy stałe/wrodzone i nabyte/zmienne. Poza tym może funkcjonować samodzielnie oraz jako składnik modyfikujący wzorce dyspozycyjne i treści obrazowe wszystkich innych modułów umysłowych. Język werbalny jest wytworem ewolucji ludzkiego mózgu, ale tak się z nim zrósł, że stał się genetycznym spoiwem i oprzyrządowaniem zarówno jego, jak i umysłu. Jak bowiem dowiódł amerykański badacz języka, Noam Chomsky, człowiek przychodzi na świat z wrodzonymi zasadami Uniwersalnej Gramatyki. Dzięki nim dziecko szybko nauczy się budowania nieskończonej liczby poprawnych wypowiedzi generowanych za pomocą funkcjonujących w mózgu/umyśle reguł (wzorców dyspozycyjnych) składni oraz reguł fonologicznych i semantycznych (Lyons, 1975; Chomsky, 1982; Kurcz, 2000). Za ich pomocą mózg/rozum może budować wielopiętrowe reprezentacje rzeczywistości (oparte na doświadczeniu potocznym, badaniach naukowych, twórczości artystycznej czy przekonaniach normatywnych), ciągle je modyfikować tudzież tworzyć reprezentacje fikcyjnych światów, będące w istocie ich kreacją. Nie znaczy to bynajmniej, że język werbalny wypacza reprezentacje obrazowe. Wprost przeciwnie. Stale rozbudowując kategoryzację wszystkich modalności czuciowych, pełniej uzmysławia całą złożoność świata zewnętrznego i różnorodność doznań zmysłowych. Działając zaś równolegle do innych wzorców dyspozycyjnych i obwodów neuronowych, pobudza spostrzegawczość i ułatwia koordynację uwagi, a nazywając poszczególne spostrzeżenia i doznania, pozwala je lepiej zapamiętać, szybciej wydobywać z zasobów pamięci, sprawniej je przetwarzać (Lindsay, Norman, 1984; Maruszewski, 2017).

Wszystkie emocje, popędy, instynkty oraz wrodzone wzorce dyspozycyjne i zawarta w nich wiedza wrodzona mają istotny wpływ na ludzkie zachowanie, ale nie na zasadzie determinizmu genetycznego wykluczającego wolną wolę. Owszem, człowiek przychodzi na świat wyposażony w pewne zdolności adaptacyjne, lecz korzysta z nich odpowiednio do warunków środowiska. Jego zachowania są zawsze wypadkową wpływu genów i środowiska, są więc podatne na zmiany. Wynikają one z potrzeby unikania niepowodzeń oraz zwiększania skuteczności podejmowanych działań. Uczenie się i modyfikowanie sposobów funkcjonowania to podstawowy użytek, jaki człowiek czyni z możliwości mózgu, umacniając dzięki temu swoją dominację nad światem. To zaś, że musi taki użytek czynić i ciągle doskonalić swoje zdolności adaptacyjne, wynika stąd, że ewolucja gatunku Homo sapiens przebiega wolniej niż zmiany środowiska. Nasze mózgi ukształtowały się w epoce kamienia łupanego i są nieźle przystosowane do życia łowiecko-zbierackiego, czym ludzie trudnili się przez 99 proc. swojej historii, a przecież za ich pomocą stworzyli w ostatnich 300 latach, czyli "w mgnieniu oka", nowoczesną cywilizację przemysłową. Ale też wpędzili się w fatalną pułapkę - stworzyli środowisko, do którego nie są przystosowani. Jeśli się zatem nie opamiętają i szybko nie wykształcą nowych mechanizmów adaptacyjnych, to owo środowisko stworzone przez człowieka zacznie działać selekcyjnie, przeciw niemu, zagrażając przetrwaniu ludzkiego gatunku, tak jak już wyeliminowało i nadal eliminuje setki tysięcy innych gatunków (Lorenz, 1986).

OBRAZY W NASZYCH GŁOWACH. MEBLOWANIE CZASZKI

Ludzki organizm dysponuje najdoskonalszym aparatem poznawczym, jaki stworzyła natura, dzięki czemu obraz świata w świadomości człowieka jest na tyle dokładny i wierny, na ile wymagają tego potrzeby adaptacyjne człowieka. Jednak powstanie takiego obrazu zależy od tego, czy zmysły prawidłowo rejestrują wrażenia, a mózg prawidłowo je przetwarza w neuronowe reprezentacje, oraz czy umysł prawidłowo składa z nich większe całości. Wszystko zależy więc od prawidłowego działania wielu narządów i układów, które składają się na mózg/umysł człowieka. Nauka mozolnie bada, na czym polega prawidłowe działanie tego najbardziej złożonego organu ludzkiej anatomii. Nie wszystko już wiadomo o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, lecz na podstawie tego, czego się już dowiedziano, można odtworzyć ogólny mechanizm powstawania w naszych głowach obrazów świata.

Mózg: reprezentacje neuronowe

Odbieranie wrażeń to jedyny bezpośredni kontakt człowieka z otoczeniem. Realnie, fizycznie, istnieje dla niego tylko to, co jest źródłem bodźców odbieranych przez zmysły wzroku, słuchu, węchu, smaku czy dotyku, przesyłanych w formie impulsów do komórek mózgowych (neuronów). Z tych receptorów do mózgu biegnie ok. 2,5 miliona włókien, które w ciągu sekundy mogą przesyłać ok. 750 milionów impulsów. Większość tych włókien łączy oczy z mózgiem, dlatego w kontaktach z otoczeniem wzrok jest najważniejszy. Każdy ze zmysłów rejestruje tylko bodźce określonego pod względem charakterystyki i natężenia rodzaju. Te cechy świata materialnego, które nie mieszczą się w zakresie wrażliwości poszczególnych receptorów, dla człowieka nie istnieją, a mózg może je poznawać tylko pośrednio, za pomocą specjalnych urządzeń i operacji myślowych. Mimo naturalnych ograniczeń ludzkie zmysły są jednak dostatecznie sprawne, by zapewnić właściwą orientację w otaczającej rzeczywistości i dobrze służą rozwiązywaniu problemów adaptacyjnych człowieka.

Impulsy zewnętrzne i z wnętrza organizmu trafiają do obwodów w mózgu, gdzie są przetwarzane i aktywują różne reakcje, z których tylko część znajduje odbicie w umyśle jako uświadomiony przejaw pracy mózgu. Bo to mózg, a nie umysł, kontroluje zachowanie organizmu, często poza świadomością. Badacze ustalili, że aktywność mózgu nieznacznie (ok. 300 milisekund) wyprzedza świadomość podjęcia jakiejś czynności, a ta nieznacznie (ok. 200 milisekund) wyprzedza faktyczne jej podjęcie (Firth, 2011). Mózg może podejmować właściwe (w danej sytuacji) działania wyprzedzające refleksję, niekiedy bez udziału świadomości, a nawet wbrew woli człowieka. Zwykle sądzimy, że przyczyną naszych działań są świadome zamiary wyrażające naszą wolną wolę. Jednak to tylko złudzenie, raczej wniosek uzasadniający sensowność działania niż jego przyczyna. W przypadku wielu codziennych zachowań i czynności zamiar (akt woli) pojawia się przed świadomością lub kieruje działaniem poza świadomością. Mózg zresztą ukrywa przed umysłem dużo więcej, a bywa, że go zwodzi, przekazując umysłowi wyobrażenia urojone, halucynacje, omamy.

Podstawową funkcją doświadczenia zmysłowego jest rozpoznawanie otoczenia. Polega ono na wyodrębnianiu poszczególnych obiektów i zjawisk w otoczeniu oraz ustalaniu: które z nich są dla człowieka korzystne - zaspokajają jego potrzeby, które są niekorzystne - stwarzają zagrożenie, a które obojętne - nie służą mu i nie szkodzą. Proces rozpoznania otoczenia tworzy w mózgu neuronowe reprezentacje poszczególnych obiektów, które w umyśle pojawiają się w formie wyobrażeń, jako reprezentacje mentalne. Choć jest to proces skomplikowany, to przebiega błyskawicznie, przechodzi przez kilka faz i obejmuje szereg złożonych, równoczesnych i niezależnych ciągów operacji we wszystkich obwodach mózgowych (sieciach neuronów).

Człowiek, żeby wiedzieć, z czym ma styczność i czego doświadcza, musi to coś sobie wyobrazić - rodzaj substancji, jej właściwości, strukturę, usytuowanie w czasie i przestrzeni. Takie wyobrażenie nie jest pełnym odbiciem rzeczy samej w sobie, tylko uproszczonym jej kształtem (zbiorem cech). Powstaje on w wyniku skomplikowanego procesu rozkładania docierających do mózgu wrażeń zmysłowych na cząstki elementarne. Poszczególne cechy bodźca - np. krawędzie, linie, ruch, kolory, częstotliwość lub wysokość dźwięku itp. - pobudzają odpowiednie neurony kategorii, tzn. komórki wyspecjalizowane w rejestracji określonej cechy. Neurony kategorii tworzą w korze mózgowej odrębne dla każdego zmysłu mapy sensoryczne, które porządkują docierające do mózgu impulsy (wrażenia) wedle ich podobieństwa (czego dotyczą) oraz częstości i nasilenia. W ten sposób dokonuje się porządkowanie i kategoryzowanie bodźców. Następnie te cechy bodźców, które mózg odbiera jako istotne, czyli najbardziej wyraziste i/lub charakterystyczne (inne pomija), są łączone w większe struktury, czym sterują neurony reguł, czyli wspomniane wyżej wzorce dyspozycyjne. Oprócz wzorców stanowiących genetyczne wyposażenie człowieka (o których wciąż wiadomo niewiele) mózg korzysta z tych, które sam tworzy i gromadzi w różnych obszarach (Lindsay, Norman, 1984; Spitzer, 2011; Damasio, 2013). Na tym podłożu przebiega proces tworzenia reprezentacji neuronowych, który w uproszczonej formie przedstawia rysunek 1.

Rysunek 1: Cykl weryfikacji/modyfikacji modelu świata w mózgu

Źródło: opracowanie własne.

Aktywacja tego procesu może być celowa (np. wpatrujemy się na przystanku w nadjeżdżające tramwaje) lub przypadkowa (np. kontemplujemy sielski krajobraz i nagle jakiś ruch przykuwa naszą uwagę). W pierwszym przypadku już wiemy, co chcemy zobaczyć, w drugim wiemy tylko, że coś może się pojawić. Ale nie możemy trwać w niepewności, co się pojawi (może to być coś groźnego?), musimy zatem nastawić uwagę na coś, z czym w danej sytuacji ten ruch i odgłosy się kojarzą - raczej ze zwierzęciem średniej wielkości niż nadjeżdżającym tramwajem. W obu przypadkach takie ukierunkowanie uwagi jest konieczne, bo mózg nie zbiera wrażeń w sposób przypadkowy, tylko kieruje się wiedzą wstępną, która obejmuje pewien zbiór wzorców dyspozycyjnych, schematów poznawczych, modeli świata, a także przekonań i uprzedzeń dotyczących różnych obiektów, zwłaszcza ludzi i zwierząt. Ta wiedza wstępna określa oczekiwania poznawcze mózgu (w danej sytuacji) oraz kieruje aktywnością percepcyjną zmysłów i przetwarzaniem wrażeń.

Tak więc na podstawie cząstkowych danych sensorycznych, które aktywizują obwody mózgowe (sterowanie oddolne), oraz pobudzanych przez te dane (i do nich pasujące) wzorców dyspozycyjnych, które sterują pracą owych obwodów (sterowanie odgórne), powstaje hipoteza percepcyjna dotycząca kształtu i charakteru rozpoznawanego obiektu - jego ogólne wyobrażenie pasujące do danej sytuacji (jeśli mózg dysponuje pasującym do niej modelem świata). Hipoteza określa przewidywania i oczekiwania percepcyjne, czyli to, jakiego rodzaju bodźców i wrażeń mózg poszukuje, żeby potwierdzić hipotezę. Przewidywania i oczekiwania kierują obserwacją, wyostrzając wrażliwość tych receptorów, które reagują na najbardziej wyraziste cechy obiektu. W obserwację może być zaangażowany jeden zmysł (wypatrywanie, nadsłuchiwanie, dotykanie po omacku itp.), kilka lub wszystkie (np. spożywanie posiłku w towarzystwie). Obserwacja zawsze przynosi skutek w postaci wrażeń zmysłowych, trafiających do odpowiednich map sensorycznych, gdzie następuje przetwarzanie bodźców, tzn. porządkowanie i kategoryzowanie ich cech. Jest to część skomplikowanych operacji, które można określić jak wnioskowanie nieświadome, choć to termin wielce nieprecyzyjny. Oprócz analizy wrażeń wzorce dyspozycyjne sterujące tymi operacjami mogą przywoływać z pamięci przechowywane tam doznania (wiedzę wrodzoną i/lub nabytą) mające związek z postrzeganym obiektem (lub innymi, do niego podobnymi). Poza tym do gry włączają się sygnały emocjonalne wysyłane przez ciało, reagujące na bodźce zmysłowe równolegle i niezależnie od ich przetwarzania przez obwody mózgowe. Końcowym ogniwem tego procesu jest scalanie cząstkowej charakterystyki postrzeganego i odczuwanego obiektu w większą całość - reprezentację dyspozycyjną (aktywującą określone neurony). Nie jest wciąż jasne, czy owo scalanie dokonuje się przez łączenie impulsów pochodzących z różnych modalności zmysłowych w jednym miejscu (np. pamięci asocjacyjnej; Francuz, 2007), czy też powstają różne reprezentacje dyspozycyjne odpowiadające odrębnym cechom fizycznym obiektu, które są aktywowane synchronicznie, w tym samym momencie (Damasio, 2013). Ale mniejsza o to. Ważne, że mózg jakoś sobie z tym radzi i porównuje reprezentacje dyspozycyjne z hipotezą percepcyjną.

Gdy reprezentacje dyspozycyjne pasują do hipotezy percepcyjnej, ustala się wzorzec poprawnej charakterystyki obiektu (zgadza się, to jest to!); jeśli zaś nie pasują, mózg szuka w zasobach innego wzorca dyspozycyjnego, modyfikuje hipotezę percepcyjną (ma teraz więcej danych), aktywuje percepcję i przetwarzanie wrażeń. I tak do skutku. Jeśli wzorzec poprawnej charakterystyki jest bardzo podobny do innej, wcześniej zapisanej w pamięci reprezentacji neuronowej, ulega ona wzmocnieniu, a drobne różnice nie są zapisywane w pamięci; jeśli natomiast różni się on wyraźnie od tego, co zapisane w pamięci, mózg bądź tworzy nowy wariant znanego wzorca, bądź zupełnie nowy wzorzec. Na podstawie wielu spostrzeżeń mózg/umysł tworzy prototyp i utrwala go w pamięci, a potem magazynuje już tylko odchylenia od prototypu. Na tej zasadzie w mózgu funkcjonuje wzorzec rozpoznawania ludzkich twarzy. Jest to prototyp fizjonomii, który umożliwia identyfikowanie i zapamiętywanie twarzy konkretnych osób przez dostrzeganie odchyleń od owego prototypu (duże oczy, mały nos, grube wargi itp.). W ciągu życia widzimy miliony twarzy i większość klasyfikujemy w sposób ogólny - wedle rasy, płci, wieku, ogólnego wrażenia; natomiast zapamiętujemy tylko niektóre z nich. Najlepiej, rzecz jasna, własną i twarze osób najbliższych, bo przyglądamy się im często i uważnie, dostrzegając wiele szczegółów. Dobrze zapamiętujemy też twarze osób podobnych do nas i naszych bliskich oraz osób znajomych. Poza tym łatwo zapamiętujemy fizjonomie charakterystyczne, wyróżniające się istotnym szczegółem. Reszta pozostaje anonimowym zbiorem. W podobny sposób radzimy sobie z wszystkimi innymi obiektami, bo tak jest najbardziej ekonomicznie.

W rezultacie wszystkich tych działań umysł otrzymuje od mózgu obraz postrzeganego obiektu i uznaje go zwykle za adekwatną reprezentację obiektów świata zewnętrznego. Tymczasem w istocie są to tylko stworzone przez mózg modele świata. Innymi słowy: treścią percepcji jest nie świat, lecz tworzony przez mózg model świata. Percepcja go potwierdza lub wymusza jego zmianę. Modele tworzone przez nasz mózg to fantazje, które pokrywają się, lub nie, z rzeczywistością (Firth, 2011). Tego zaś człowiek nie może w żaden sposób sprawdzić, może to tylko uprawdopodobnić przez obserwowanie skutków działań podejmowanych na podstawie tych modeli - gdy skutki działania odpowiadają zamiarom, model spełnia swoje zadanie, co mózgowi wystarcza, by uznać go za "prawdziwy". To jedyne, zupełnie wystarczające dla przetrwania i adaptacji, kryterium prawdziwości ludzkiej wiedzy o świecie.

Scharakteryzowany wyżej (pokrótce) mechanizm dotyczy postrzegania rzeczy, obiektów materialnych. W przypadku postrzegania organizmów żywych, zwłaszcza ludzi, wymaga on dodatkowych operacji. Tu bowiem sytuacja jest bardziej skomplikowana, gdyż pojawiają się nowe, ważne elementy. Ludzkie zachowania mają przeważnie charakter czynności, tzn. są podejmowane w zamiarze i nastawione na cel. Wobec tego określenie znaczenia ludzkich zachowań wymaga rozpoznania kryjącego się za nimi zamiaru i kierującego nimi celu. Oznacza to konieczność wyjścia poza samą obserwację zachowania innych ludzi i wnikanie w procesy zachodzące w ich mózgach, których zresztą sami nie zawsze są świadomi. Mózg obserwatora musi więc tworzyć modele mózgów/umysłów innych ludzi: ich pragnień, zamiarów, przekonań, oraz odpowiadających tymże modelom wzorów działania. Wydaje się to zadaniem dość trudnym, lecz mózg i z tym daje sobie radę. W głównej, niekiedy decydującej mierze dzięki emocjom.

Ciało: emocje, uczucia, markery somatyczne

Równocześnie z przetwarzaniem bodźców według wzorców dyspozycyjnych oraz scalaniem ich w większe całości: reprezentacje dyspozycyjne postrzeganego obiektu, kształtuje się znaczenie tego obiektu dla człowieka. To również proces wieloetapowy i złożony. Głównym czynnikiem kształtującym znaczenie reprezentacji dyspozycyjnej są reakcje emocjonalne na bodźce, czyli cechy obiektu wywołujące wrażenia zmysłowe. Reakcje te mogą tworzyć się jeszcze przed powstaniem reprezentacji dyspozycyjnej obiektu, tylko na podstawie poszczególnych bodźców/wrażeń lub hipotezy percepcyjnej, bo są to reakcje sterowane przez wrodzone bądź nabyte wzorce dyspozycyjne. Mózg może uruchomić reakcje emocjonalne, zanim się zorientuje, co je wywołało, po tym, gdy już się zorientował, a nawet na samo wspomnienie tego, co te reakcje wywołało w przeszłości.

Emocje to zautomatyzowane, wrodzone lub nabyte programy reakcji ciała na pewne bodźce lub niektóre ich cechy (kształt, ruch, kolor, dźwięk, nutę smakową itd.), które powodują określone zmiany w funkcjonowaniu organizmu. W trakcie przetwarzania wrażeń zmysłowych docierających do mózgu wzorce dyspozycyjne uruchamiają (w mózgu gadzim i układzie limbicznym) przesyłanie impulsów nerwowych z mózgu do różnych organów i narządów wewnątrz organizmu lub wydzielanie do krwi substancji chemicznych, które rozchodzą się po całym organizmie. Te impulsy i substancje wywołują szereg reakcji wewnętrznych i zewnętrznych, jak np. zmiany tętna i ciśnienia krwi powodujące ból i zawroty głowy, zwężenie naczyń krwionośnych powodujące bladość twarzy, rozszerzenie naczyń krwionośnych powodujące zaczerwienienie twarzy, napięcia mięśni powodujące sztywnienie lub drżenie rąk i/lub nóg, pobudzenie różnych gruczołów, które wydzielają do organizmu lub na zewnątrz różne wydzieliny i substancje zapachowe. Bardziej złożone reakcje obejmują rozmaite grymasy twarzy, nerwowe gestykulacje, ogólne podniecenie (wzwód członka, twardnienie sutków itd.), zaburzenia pracy jelit, oddychania i mowy, płacz, wybuchy śmiechu, utratę przytomności, udar mózgu (apopleksja), a nawet śmierć "na miejscu", by wymienić najważniejsze. Przy niewielkim nasileniu niektórych reakcji człowiek nie dostrzega zmian stanu ciała, ale po przekroczeniu pewnego progu wrażliwości zaczyna odczuwać ich natężenie i charakter (chyba że szlag go trafi na miejscu) (Doliński, 2002).

Człowiekiem targa wiele różnych emocji, zwierzętami zresztą też, o różnym kierunku i natężeniu. Często równocześnie odczuwamy sprzeczne emocje lub ich gwałtowne zmiany. Bywa, że te same obiekty, zwłaszcza ludzie, w tym samym czasie i tej samej sytuacji są źródłem wielu różnych bodźców, przetwarzanych przez mózg na różne sposoby i pobudzających rozmaite reakcje emocjonalne. Dzieje się tak dlatego, że pewne obiekty czy sytuacje mogą pobudzać równocześnie emocje uniwersalne, podstawowe (gniew, pogardę, wstręt, strach, radość, smutek, zdziwienie) oraz emocje społeczne, wyższego rzędu (wstyd, współczucie, zażenowanie, poczucie winy, zawiść, duma, podziw). Gdy np. do pomieszczenia, gdzie przebywa wiele osób, znienacka wchodzi osoba ułomna, w pierwszej chwili możemy odczuwać zdziwienie, litość lub niechęć, lecz natychmiast tłumimy te emocje (blokujemy ich ekspresję), bo odczuwamy zażenowanie, wstyd, a nawet strach przed kompromitacją, która mogłaby nas spotkać, gdybyśmy dali wyraz tym (prymitywnym, społecznie nagannym) odczuciom (Damasio, 2011).

Emocje same w sobie nie mają znaczenia, nabierają go dopiero jako uczucia, tzn. gdy umysł postrzega (odczuwa) ich charakter i natężenie, a więc to, czy sprawiają mu przykrość (emocje/uczucia negatywne) czy przyjemność (emocje/uczucia pozytywne). Z reguły to, co organizmowi nie służy, wywołuje uczucia negatywne, a to, co mu służy, rodzi uczucia pozytywne. Dzięki temu, że człowiek uświadamia sobie reakcje organizmu na określone zdarzenia, odczuwając je jako przyjemne lub nieprzyjemne, może tak kierować swoim działaniem, żeby unikać zagrożeń, bo są zwykle nieprzyjemne, lub dążyć do korzyści, bo są zwykle przyjemne. Umysł nie może zmieniać sposobu odczuwania emocji, może je tylko kategoryzować i racjonalizować ex post. Ale może je przewidywać ex ante, a także celowo wywoływać u innych przez odpowiednie działania - np. nie wystarczy zapewnić słuchaczy, że dowcip będzie śmieszny, trzeba go tak opowiedzieć, żeby wywołać ich śmiech.

Powstawaniem emocji negatywnych kierują w mózgu neurony, które pod wpływem odpowiednich bodźców uruchamiają nieprzyjemne reakcje wegetatywne i somatyczne - szybszy puls, skoki ciśnienia, napięcie mięśni, pocenie się, drżenie rąk itd. Żeby ich unikać w przyszłości, mózg szybko uczy się rozpoznawać, które wrażenia czy hipotezy percepcyjne kojarzą się z przykrymi doznaniami. Dotyczy to zwłaszcza rozmaitych niebezpieczeństw i zagrożeń. Już jednorazowe doświadczenie czegoś przykrego (np. bólu spowodowanego przez ugryzienie psa) zapada w pamięci i sprawia, że każdy bodziec sygnalizujący takie samo lub podobne zagrożenie (np. szczekanie, ślady psich łap, zapach psiej sierści, widok psa) przywołuje tamto doznanie i uruchamia zachowania chroniące przed zagrożeniem bądź gotujące do obrony, gdy nie da się go uniknąć. Taki bodziec jest więc źródłem przykrych doznań (urazu), ale pomaga uniknąć niebezpiecznych zdarzeń. Czasem jednak bywa narzędziem celowego rozbudzania negatywnych emocji, wręcz terroryzowania jednostek lub zbiorowości. Dzieje się tak np. w przypadku mowy nienawiści (czy internetowego hejtu), kiedy to groźby, inwektywy, otwarte poniżanie czy stygmatyzowanie ludzi wystawiają ich na pogardę oraz wywołują fizyczne cierpienie. W tym sensie "groźba daje przedsmak czynu", bo choć jest tylko gestem lub słowem, to może wywoływać takie same reakcje jak czyn, który zapowiada (Butler, 2010).

Tak właśnie działa system ostrzegawczy mózgu, chroniący człowieka przed nieprzyjaznym środowiskiem. Ma to jednak swoją cenę. Najbardziej przykre emocje, zwłaszcza silny lęk (kaskady lęku), sprzyjają szybkiemu uczeniu się automatycznych reakcji unikowych lub obronnych, zwiększając bezpieczeństwo jednostki, ale hamują przetwarzanie informacji innych niż te, które dotyczą ich źródła. W efekcie emocje negatywne (strach, wstręt, wstyd, poczucie winy) kształtują określony sposób postrzegania i reagowania na rzeczywistość: ułatwiają wykonywanie prostych, wyuczonych działań, lecz równocześnie utrudniają kojarzenie informacji wykraczających poza jednostkowe fakty (Fiedler, 1988). Postawa obronna hamuje więc kreatywność i możliwości rozwoju jednostki. Pod tym względem zdecydowanie lepsze są emocje pozytywne.

Aktywowaniem emocji pozytywnych kieruje tzw. układ nagrody. Jest to część złożonego układu, w którym określone neurony wytwarzają i przekazują do innych komórek mózgowych dopaminę, substancję przekaźnikową aktywizującą ośrodki sterujące czterema rodzajami funkcji. Dwie z nich tworzą właśnie układ nagrody - jedna wywołuje przyjemny nastrój (ciarki przechodzą po plecach, pojawia się gęsia skórka, rośnie podniecenie), druga wzmacnia ciekawość i chęć jej zaspokojenia. Układ nagrody jest pobudzany przez wiele różnych bodźców, np. czekoladę, kokainę, muzykę, wymianę uśmiechów, uprawianie seksu, smaczną żywność itd. Jednakże przyjemność pojawia się wtedy, gdy sekwencja kolejnych bodźców (zachowań, zdarzeń) prowadzi do rezultatu lepszego niż jednostka się spodziewała na podstawie hipotezy percepcyjnej i przewidywanych reakcji organizmu. Zdarzenia i bodźce wywołujące reakcje nadspodziewanie przyjemne łatwo utrwalają się w pamięci, wywołując chęć ich ponownego doświadczania. Skutkuje to nabywaniem nowych umiejętności, zapewniających pożądane bodźce, lecz może też prowadzić do uzależnienia jednostki od tych bodźców (gdy są to kontakty z inną osobą, mówimy o miłości lub przyjaźni, gdy używki, nazywany to nałogiem). Oprócz mechanizmu nagrody dopamina uruchamia też mechanizm pobudzania ciekawości i poszukiwania nowości, motywujący do zachowań eksploracyjnych. Mózg otwiera się na nowe doznania, staje się bardziej czujny, uważniej rejestruje bodźce płynące z otoczenia; przetwarza je też dokładniej, konstruując pełniejsze reprezentacje neuronowe postrzeganych obiektów (bo nic go nie goni). W rezultacie korzyść jest podwójna: przyjemne wiąże się z pożytecznym - przyjemne doznania nagradzają nabywanie pożytecznych umiejętności adaptacyjnych (Spitzer, 2011).

Układ nagrody jest też korzystny w szerszym wymiarze: wiążąc przyjemność z niektórymi zachowaniami społecznymi i formami kontaktów między ludźmi wzmacnia motywację do rozwijania tych zachowań i kontaktów. O ile więc emocje negatywne uruchamiają reakcje unikowe lub obronne, blokujące pewne zachowania i budzące nieufność do otoczenia, o tyle emocje pozytywne rodzą otwartość, ciekawość oraz chęć współpracy z innymi. Pierwsze wzmacniają adaptacje oparte na działaniach egoistycznych, drugie - na zachowaniach altruistycznych i budowaniu wspólnoty (dostosowanie łączne).

Oprócz doraźnych skutków zadziałania emocji, gdy wyzwalają one odruchy obronne (np. unik przed ciosem napastnika, cofnięcie ręki czującej żar) bądź wprawiają w osłupienie, zachwyt czy zauroczenie (np. miłość od pierwszego wejrzenia, czyli coup de foudre, jak mawiają Francuzi), emocje pomagają w planowaniu przyszłości oraz decydowaniu w sprawach osobistych i społecznych. Zasadniczo takie decyzje powinny opierać się na analizie różnych scenariuszy oraz kalkulacji kosztów i korzyści każdej opcji. Jednak kalkulacje oparte na logice formalnej i obiektywnych kryteriach rzadko kiedy prowadzą do jednoznacznych rozstrzygnięć. Częściej komplikują sytuację - uzmysławiają, że każda opcja ma wady i zalety, co nie rozprasza wątpliwości, tylko pogłębia zamęt myślowy. Wtedy z pomocą przychodzą emocje/uczucia, które jednostka wiąże, na podstawie swoich doświadczeń, ze skutkami pewnych scenariuszy rozwoju zdarzeń, niektóre z nich odczuwając jako korzystne, a inne jako szkodliwe dla siebie lub społeczeństwa. Przenosząc te związki na przewidywany rozwój wypadków, jednostka zaczyna dostrzegać ich możliwe pozytywne lub negatywne następstwa, co ułatwia jej podjęcie decyzji. Te odczucia (reakcje fizyczne organizmu na wyobrażenia) to markery somatyczne (Damasio, 2013). Nie przesądzają one dokonywanych wyborów, ale mają na nie wpływ - eliminują opcje skrajne oraz uwypuklają zalety i wady innych branych pod uwagę rozwiązań. Często sprowadzają wybór do dylematu: korzyści teraz - wyrzeczenia później albo wysiłek teraz - gratyfikacje później.

Markery somatyczne nie gwarantują, że ludzkie wybory są obiektywnie korzystne dla organizmu; niekiedy nawet to wykluczają. Działają w sposób mechaniczny, wedle utrwalonych wzorców - gdy zachowania człowieka są dla organizmu (ciała) korzystne, organizm "nagradza" go na samą myśl o nich za pomocą szerokiej gamy przyjemnych uczuć (od dobrego samopoczucia po ekstatyczne uniesienie), gdy zaś są dla niego niekorzystne, "karze" jednostkę, gdy ta tylko o nich pomyśli, za pomocą bogatego zestawu uczuć przykrych (od złego samopoczucia po paraliżujący ból). W stabilnym środowisko to wystarcza, żeby wymuszać na mózgu/umyśle "rozsądne" postępowanie. Jednak mechanizm ten zawodzi, gdy środowisko zmienia się szybciej, niż organizm może przystosować się do tych zmian, a tak właśnie się dzieje od dwóch stuleci. Organizm ludzki, żyjąc w środowisku, do jakiego nie jest przystosowany, uruchomił nowe mechanizmy obronne z właściwymi im markerami somatycznymi - stresy, depresje, wypalenie, alergie, choroby krążenia, nowotwory itp. Jednak z drugiej strony zmiany cywilizacyjne też służą organizmowi, uwalniając go od wielu uciążliwości i podnosząc jakość życia. Poza tym człowiek wynalazł szereg środków (używki, medykamenty) i sposobów (sport, rozrywka) doraźnego kontrolowania emocji, redukując uczucia negatywne oraz stymulując emocje pozytywne. Zmiany te są tak głębokie i złożone, że nie da się sporządzić ich bilansu. Niemniej dowodzą one, że człowiek uczy się coraz pełniej kontrolować swoje ciało i rządzące nim emocje. Umysł nabiera świadomości tego, co robi z nim mózg i jak steruje funkcjonowaniem całego organizmu. Uczy się też, jak czynić z tej wiedzy użytek.

Umysł: przestrzenie mentalne

Dysponując prawidłowo funkcjonującymi zmysłami i obwodami neuronów, ludzki mózg/umysł może dość wnikliwie eksplorować otoczenie. Jednak zazwyczaj korzysta z tego potencjału nader oszczędnie. Bo jak dowodzą psychologowie, człowiek jest skąpcem poznawczym, który idąc po linii najmniejszego oporu, praktykuje "myślenie na skróty", czyli zadowala się uproszczonym opisem rzeczywistości (Aronson, Wilson, Akert, 1997). Opis ten opiera się na schematach poznawczych, które powstają w umyśle jako efekt przetwarzania przez mózg - za pomocą hipotez percepcyjnych oraz wzorców i reprezentacji dyspozycyjnych - całego bogactwa wrażeń zmysłowych w znaczące informacje i struktury. Schematy służą do selekcjonowania, kategoryzowania i porządkowania informacji według określonych tematów, a także do zapamiętywania i rekonstruowania obrazów świata. W nich zawarta jest podstawowa wiedza o świecie i sposobach jego odczuwania. Porównując nowe doświadczenia z utrwalonymi schematami (prototypem, wzorcem), umysł łatwo odróżnia to, co istotne i ważne (co różni dany obiekt od jego prototypu/wzorca), od tego, co marginalne, przypisując temu, co istotne i ważne, określone (co do treści i odczucia) znaczenia. Szczególnym rodzajem schematów jest stereotyp, czyli uproszczone postrzeganie jakiejś grupy czy sytuacji społecznej, sprowadzające jej obraz myślowy do kilku przypisywanych jej cech, uznawanych za typowe dla wszystkich przedstawicieli tej grupy czy wariantów sytuacji, zazwyczaj jednoznacznie kategoryzowanych i negatywnie odczuwanych, poza tym dość trwałych (Kurcz, 1994; Macrae, Stangor, Hawstone, 1999).

Schematy ułatwiają radzenie sobie mózgu/umysłu z całą złożonością otaczającego świata. Wszelako zbytnie poleganie na schematach, zwłaszcza stereotypach, prowadzi do zniekształconej percepcji i błędnej interpretacji otoczenia. Lecz dopóki ludzie nie przekonują się na własnej skórze o kosztach schematycznego myślenia, dopóty nie są skłonni do modyfikacji schematów, do których przywykli, a tym bardziej porzucenia ich na rzecz pogłębionej refleksji, czyli szczegółowej analizy danego schematu w odniesieniu do większej liczby przypadków, z uwzględnieniem większej puli czynników wpływających na ich percepcję. Ale to wymaga wysiłku. Komfort myślowy (czytaj: wygoda), jaki dają schematy, jest tak duży, że nawet ich bolesna konfrontacja z rzeczywistością często nie podważa przekonania o ich trafności, bo przecież wyjątki potwierdzają regułę.

Świadomość zawodności schematów poznawczych zmienia niewiele, bo jesteśmy na nie skazani - bez nich umysł nie może organizować informacji płynących ze zmysłów do mózgu ani nadawać im znaczenia. Można jednak sprawdzać trafność (prawdziwość i adekwatność) schematów w konkretnych sytuacjach. Zwykle odbywa się to na dwa sposoby. Po pierwsze - sprawdzając zgodność różnych schematów dotyczących danej sytuacji czy zdarzenia. Ten schemat, który umysł rozpoznaje jako najtrafniejszy i najbardziej jednoznaczny dla danej sytuacji, stanowi ramę odniesienia dla innych schematów kojarzonych z innymi elementami czy okolicznościami tej sytuacji (bardziej szczegółowymi lub ogólniejszymi). Jeśli do niego pasują, potwierdzają trafność ramy odniesienia, która tym samym definiuje charakter sytuacji. Po drugie - sprawdzając zgodność definicji sytuacji z jej przewidywanym rozwojem i następstwami. Ramy odniesienia służą nie tylko do definiowania sytuacji, przede wszystkim do przewidywania zachowań jej uczestników, tj. formułowania hipotez dotyczących ich prawdopodobnych zachowań (rozwoju sytuacji). Jeśli zatem działania uczestników zdarzeń i następstwa tych działań pasują do przyjętej hipotezy, potwierdzają trafność przyjętych ram odniesienia. Gdy te działania odbiegają od przewidywanego scenariusza (skryptu), umysł musi błyskawicznie szukać innych ram odniesienia, inaczej definiujących sytuację, i na tej podstawie formułuje nowe, bardziej prawdopodobne hipotezy poznawcze. Za każdym kolejnym razem jest to łatwiejsze, bo umysł ma do dyspozycji więcej informacji. Tyle że czas ucieka - w ryzykownej sytuacji, gdy grozi poważne niebezpieczeństwo, na właściwą reakcję może być za późno.

Najważniejsze schematy poznawcze to niewątpliwie te, które dotyczą ludzkiego działania. Obserwując działania innej osoby (ruchy jej oczu, mimikę, gesty, sposób poruszania się), mózg uruchamia wzorzec czynności wiążący działanie z celem, który najpełniej pasuje do obserwowanej sytuacji. Wzorzec czynności może stanowić ramę odniesienia dla definicji tej sytuacji bądź z niej wynikać, ma jednak decydujący wpływ na ocenę ludzkich działań. Zakładając, że sam zastosowałby określony wzorzec, gdyby realizował daną czynność (w tej sytuacji), mózg/umysł obserwatora uznaje, iż trafnie rozpoznaje zamiar i cel działania postrzeganej osoby (brak takiego założenia rodzi niepewność). Przewidując zaś jej kolejne ruchy, potwierdza (lub nie) trafność odczytania zamiaru. Czasem ruch i sposób poruszania się są jednoznaczne, a zamiar oczywisty; częściej zachowanie jest wieloznaczne, a zamiar niejasny. Gdy obserwator nie ma pewności, że trafnie pojmuje motywy działania innej osoby, obserwuje dłuższą sekwencję jej zachowań, porównując je z różnymi wzorcami czynności i przewidując kolejne ruchy. W ten sposób eliminuje jedne wzorce i uwiarygodnia inne, tworząc w swoim mózgu reprezentację idei, która kieruje działaniami innej osoby.

Wszystko to odbywa się w obszarze uaktywnionej przestrzeni mentalnej, która obejmuje wiedzę, percepcje i wyobrażenia dotyczące tego, czym umysł akurat się zajmuje i czym akurat dysponuje. Przestrzeń mentalna to wydobywane z zasobów pamięci pojęcia, schematy i ramy myślowe, definicje sytuacji, wspomnienia i wyobrażenia, które mózg/umysł kojarzy z bieżącymi doświadczeniami i używa do przetwarzania informacji dostarczanych przez zmysły, nadając im znaczenie i konstruując z nich obraz (model) obserwowanych zdarzeń (czy rozważanych zagadnień), a zarazem przewidując dalszy możliwy rozwój sytuacji (Fauconnier, 2018). Umysł konstruuje ten obraz za pomocą mechanizmu pokazanego na rysunku 1, używając do tego wszystkich elementów, jakimi dysponuje mózg, i w takiej kolejności, w jakiej następuje ich uaktywnienie - albo założone ramy odniesienia czy definicja sytuacji sterują przetwarzaniem informacji dostarczanych przez zmysły (schemat góra - dół), albo informacje dostarczane przez zmysły uruchamiają szukanie ram odniesienia i definicji sytuacji wiążących te informacje w spójną całość (schemat dół - góra). Zazwyczaj oba te schematy działają niemal równocześnie i się weryfikują (gdy są zgodne) lub falsyfikują (gdy są sprzeczne). Ich funkcją jest prognozowanie najbardziej prawdopodobnego rozwoju sytuacji oraz wybranie skutecznego (wobec zamiaru jednostki) sposobu działania. Trafność tego wyboru (działanie realizuje zamiar) to ostateczna miara adaptacyjnych zdolności ludzkiego umysłu.

Studium przypadku: opowieść o pewnym zdarzeniu

Złożoność opisanego wyżej mechanizmu lepiej widać na konkretnym przykładzie. Wyobraźmy sobie takie oto zdarzenie, nieco wydumane, ale prawdopodobne, relacjonowane z perspektywy jej uczestnika (JA).

Zatrzymałem się onegdaj na nocleg w niedużym mieście i udałem na kolację do renomowanej restauracji, słynącej tam, zdaniem hotelowej recepcjonistki, ze stylowego wnętrza (autentyczna secesja), wytwornego towarzystwa (miejscowa elita), wybornej kuchni (smacznie, zdrowo, apetycznie) i dobrej obsługi (klient nasz pan). Gdy dotarłem na miejsce, wejście do restauracji, jej przedsionek i szatnia zrobiły na mnie miłe wrażenie, potwierdzając moje oczekiwania. Było elegancko, szatniarz się uśmiechał, był usłużny. Zachowywał się nieco przesadnie, co odebrałem jako ostentacyjny respekt dla obcych, schlebianie tutejszej socjecie lub zabieganie o napiwek; tak czy owak nabrałem przekonania, że jestem tu "panem sytuacji". Skierowałem się więc śmiało do głównej sali. To, że nikt mnie nie witał i nie prowadził do wolnego stolika, trochę mnie rozczarowało; no cóż, pomyślałem, to jednak prowincja. Wszedłem zatem do środka i się rozejrzałem. Istotnie, wnętrze było pod każdym względem stylowe, goście raczej eleganccy, były też wolne stoliki. Lecz od razu zauważyłem, że coś jest nie tak. Choć stoły były zastawione, to nikt nie jadł, wszyscy patrzyli na mnie. Poczułem się nieswojo: co u licha, pojawił się ktoś obcy, coś ich zaciekawiło? Niby co? Wzięli mnie za ważną personę, znanego polityka, celebrytę? Zaraz jednak spostrzegłem, że oni nie patrzyli na mnie, tylko obok mnie, na kogoś/coś innego. Spojrzałem więc za siebie i zobaczyłem ponurego draba mierzącego do mnie z pistoletu. Wzrokiem i gestem nieznoszącym sprzeciwu, a raczej lufą pistoletu, wskazał mi stolik, gdzie miałem usiąść. Zdezorientowany i poruszony, co starałem się ukryć, usiadłem, gdzie wskazał. Lepiej go nie prowokować i zejść z linii strzału, pomyślałem. Chcąc ogarnąć sytuację, uruchomiłem wyobraźnię. O co tu chodzi? Gonitwa myśli: napad rabunkowy (mam tylko zegarek i gotówkę), porachunki bandyckie (mnie nie dotyczą), szaleniec, mściciel, zazdrośnik (odreaguje na miejscowych), terrorysta (strzela na oślep, ale skąd taki w tej dziurze)? Domysły goniły domysły, niepewność rodziła strach i odwrotnie, nie wiedziałem, czego się spodziewać, co robić. Szukając wskazówek, obserwowałem uważnie posępną gębę draba. On zaś wodził mętnym wzrokiem po sali, najwyraźniej wypatrując ofiary. Nagle zatrzymał wzrok, na szczęście na kimś innym, wolno podniósł pistolet, odwrócił go ku sobie i włożył lufę do ust. No nie, tego się nie spodziewałem, więc to jakiś desperat-samobójca? Schyliłem głowę, uszami i oczami wyobraźni słysząc strzał, który zaraz padnie, i widząc już krwawe rozbryzgi jego mózgu. Strach i niepewność ustąpiły miejsca obrzydzeniu i wściekłości. Miał być smaczny posiłek, a teraz zbiera mi się na wymioty. Jednak zamiast strzału usłyszałem chrupanie. Podniosłem wzrok. Drab, teraz uśmiechnięty, zjadał pistolet. Bo to nie był żaden pistolet, tylko czekoladowa atrapa. Dostrzegłem to dopiero teraz. W tej samej chwili usłyszałem oklaski i śmiechy z sąsiednich stolików, sam też zacząłem klaskać, odruchowo, dla rozładowania napięcia. Też się śmiałem, choć wcale nie było mi wesoło. Targały mną sprzeczne uczucia - radość, że zagrożenie minęło, wstyd, że dałem się nabrać, zażenowanie, że bałem się bez powodu, złość, że wrobiono mnie w tandetny spektakl. Gdy w dodatku usłyszałem, jak ten żałosny aktorzyna wygłaszał reklamowy banał w rodzaju: Czekolada Z. Bedel budzi radość życia i pomaga rozwiązać każdy problem. Spróbujcie, a uwierzycie, doznałem nieprzyjemnego wrażenia, że ktoś robi ze mnie idiotę. Niesmak nie minął nawet wtedy, kiedy pojawili się nieobecni dotąd kelnerzy i rozdawali każdemu sporą paczkę czekolady rzeczonej firmy. To licha "zapłata" za doznane upokorzenie, pomyślałem, ale najważniejsze, że cała ta farsa się skończyła. Bo właśnie poczułem, że wraca mi apetyt na suty posiłek. Zakrapiany. Po tym wszystkim należało mi się.

Zdarzenie fikcyjne, niemniej prawdopodobne - jeśli żaden "spec od reklamy" dotąd czegoś takiego nie zrobił, któryś kiedyś to zrobi. Marketing nie ma sumienia. Jeśli tego typu zdarzenie jest sprytnie zaaranżowane i odegrane, staje się rzeczywistością, która wciąga i uruchamia reakcje somatyczne i poznawcze. Co więcej, nawet gdy oglądamy taką scenę w kinie, z pozycji trzeciej osoby (ON), a jest dobrze wyreżyserowana, zagrana, sfilmowana i zmontowana, to także przeżywamy ją realnie - emocje (markery somatyczne) dają o sobie znać (Pisarek, Francuz, 2007). Co jednak najważniejsze, opisane zdarzenie dobrze obrazuje całą złożoność i dynamikę procesów poznawczych w ludzkim umyśle. A więc po kolei.

Nasz bohater (NB) idzie na kolację do restauracji, której nie zna, ale zebrał o niej nieco informacji i próbuje sobie wyobrazić, co to za lokal, co można tam zjeść. Wszystkie restauracje i serwowane w nich posiłki są pod wieloma względami podobne, więc uaktywnienie ram odniesienia następuje w tym przypadku automatycznie. A że NB często jada "na mieście", bo dużo podróżuje, to ramy te szybko wypełnia wyobrażeniami, branymi z pamięci i tworzonymi ad hoc, odnośnie do wystroju wnętrza, obsługi, serwowanych potraw. Na tej podstawie NB określa swoje oczekiwania: na co ma apetyt i co chciałby tam zjeść.

Wszystko to odbywa się w obszarze uaktywnionej przestrzeni mentalnej, która obejmuje wiedzę, percepcję i wyobrażenia dotyczące tego, czym umysł akurat się zajmuje i czym dysponuje. W opowieści sytuacja wyjściowa NB i odpowiadająca jej przestrzeń mentalna były jasne: z bogatej wiedzy o restauracjach i informacji od recepcjonistki NB stworzył ogólny obraz wybranego lokalu i określił swoje oczekiwania co do posiłku, jaki zamierzał w nim zjeść (schemat góra - dół plus pozytywne emocje). Gdy przybył na miejsce, pierwsze wrażenia potwierdziły te wyobrażenia i oczekiwania - pewne szczegóły do nich nie pasowały (zachowanie szatniarza, brak szefa sali witającego gości), ale wymagało to tylko nieznacznej korekty schematu (to prowincja). Jednak reakcja gości na jego widok oraz postać draba z pistoletem schemat ten w mig zburzyły. Gwałtowna zmiana sytuacji wyzwoliła negatywne emocje (uwaga: śmiertelne zagrożenie) oraz potrzebę reakcji na postrzegany wzorzec czynności draba z pistoletem. Tyle że kluczowy komponent tego wzorca: cel był niejasny. W umyśle NB uaktywniały się więc kolejno różne przestrzenie mentalne, odnoszące nową sytuację do różnych schematów i szukające takiego, który by pasował do niej idealnie (schematy dół - góra). Ale zachowanie draba pasowało do różnych schematów (napad, porachunki, zemsta, terror), więc żaden z nich nie znajdował jednoznacznego zakotwiczenia, co tylko pogarszało sytuację (strach rósł) i paraliżowało reakcję. W efekcie NB skupił się na obserwacji twarzy draba, w niej szukając klucza do odczytania jego zamiaru. Tym samym usunął z pola widzenia inne szczegóły (np. wygląd pistoletu), a rosnący strach blokował uaktywnienie przestrzeni mentalnych podsuwających inne schematy poznawcze (np. to tylko inscenizacja). Kolejny nagły zwrot akcji (drab wkłada pistolet do ust) zdawał się definitywnie wyjaśniać sytuację (samobójstwo) i uaktywnił teraz już właściwą przestrzeń mentalną (schemat góra - dół). Redukowała ona poczucie zagrożenia i pobudzała wyobraźnię, która tworzyła obrazy tego, co zaraz nastąpi (strzał, rozbryzgi mózgu), a to uruchomiło markery somatyczne (mdłości) zastępujące strach innym nieprzyjemnym odczuciem: obrzydzeniem. Reakcja NB (schylenie głowy) na to, co miało nastąpić, minęła się jednak z kolejnym nagłym zwrotem akcji - drab zaczął zjadać pistolet, który okazał się czekoladową atrapą. Teraz stało się już jasne, że całe wydarzenie to tylko spektakl (schemat góra - dół), a nowa uaktywniona przestrzeń mentalna natychmiast umieściła go w odpowiednich ramach, które automatycznie uruchomiły: szczegółowe schematy poznawcze (aktor, gra, występ), reakcje somatyczne (poczucie ulgi), działania (śmiech, oklaski). Nowa przestrzeń mentalna nie usunęła jednak całkiem śladów poprzednich odczuć, dlatego mimo przejawów wesołości umysłem NB targały mieszane uczucia (zażenowanie, wstyd, złość). Nie rozwiała ich też deklamacja aktora, definitywnie klarująca obraz sytuacji (reklamowy spektakl), za to sprowadziła ona emocjonalną huśtawkę NB do wspólnego mianownika: traktują mnie jak idiotę. To niewątpliwie przykre uczucie. Przewidując je, autorzy spektaklu starali się wynagrodzić to widzom, obdarowując ich paczkami czekolady, która, jak wiadomo, uruchamia układ nagrody już na samą myśl o przyjemności jej jedzenia. Wprawdzie to też nie "udobruchało" zupełnie NB, lecz przywróciło mu apetyt. Toteż jedyną reakcją, która ostatecznie wprawiła go w dobre samopoczucie oraz była zgodna z miejscem pobytu i pierwotnym zamiarem, była męska decyzja: napić się wódki. Co też zapewne uczynił.

Opisane zdarzenie pokazuje, jak ważną rolę w działaniach adaptacyjnych grają przestrzenie mentalne i tworzone w nich modele świata. Umysł tworzy je po to, żeby przewidywać ciągi zdarzeń i wybierać najlepsze sposoby działania. Najczęściej nie jest do tego niezbędna reprezentacja mentalna całej sytuacji, wystarczy tylko jej trafna definicja, identyfikująca zależności funkcjonalne, zwłaszcza związki przyczynowe. Bo z ewolucyjnego punktu widzenia nie jest ważne, czym dany obiekt (rzeczywistość) jest sam w sobie, lecz to, czym on jest dla człowieka, jakie ma dla niego znaczenie: co dobrego lub złego może człowiekowi czynić, jak człowiek może go wykorzystać. We względnie stabilnych warunkach łatwo to ustalić (NB słusznie sądził, że w małych miastach panuje spokój i nic nie zakłóci mu planowanej kolacji). W warunkach szybkich zmian (jakie zaskoczyły NB, burząc jego oczekiwania) umysł szuka "po omacku", dopasowując do kaskady wrażeń różne schematy, nierzadko pochopnie budzące skrajne reakcje, np. euforię lub panikę bądź chwilowy stupor (umysł NB uaktywnił wiele przestrzeni mentalnych, lecz jak się okazało, żadna nie rozpoznała trafnie rozwoju sytuacji i epilogu, a przed pochopną reakcją uchroniła go tylko powodowana strachem bierność).

Tak więc, w uproszczeniu przestrzenie mentalne to wielowymiarowe, rozciągliwe i zmienne pojemniki ludzkiej świadomości, powstające w umyśle błyskawicznie i równie błyskawicznie się zmieniające, gdy zmienia się przedmiot zainteresowania lub pojawia się nowy element. Pojemniki te zawierają reprezentacje (obrazy, modele) świata zewnętrznego, wyobrażenia i fantazje, które też mają charakter dynamiczny. Umysł bezustannie tworzy te reprezentacje i wyobrażenia za pomocą wrodzonych i nabytych schematów poznawczych z wrażeń zmysłowych, wspomnień oraz znaków i pojęć abstrakcyjnych - z wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość informacyjną i jest akurat dostępne. Bez nich nie mógłby nadawać znaczenia rzeczywistości (także stanom ludzkiego organizmu), formułować przeświadczeń i oczekiwań (prognoz) co do przebiegu zdarzeń ani rozważać alternatywnych wariantów działania, wybierając wariant (plan) najbardziej efektywny (maksimum skuteczności, minimum wysiłku); nie mógłby też sterować ludzkim zachowaniem, pilnując jego zgodności z obranym celem. Umysł nie może wyjść poza reprezentacje i wyobrażenia, nie może nawet tego sobie wyobrazić, może jednak wyjść poza otaczającą rzeczywistość i tworzyć alternatywne modele zdarzeń, jak też wyobrażenia światów fikcyjnych, i może tworzyć ich nieskończenie wiele. Dzięki temu ewolucja gatunku Homo sapiens wyniosła człowieka ponad wszystkie inne gatunki, dają mu do ręki coraz doskonalsze narzędzia poznawania rzeczywistości.

Niewątpliwie najdoskonalszym narzędziem tego rodzaju są dziś media elektroniczne. Ich możliwości w zakresie przekazu informacji ciągle rosną, ale to stawia ludzki umysł przed coraz trudniejszymi wyzwaniami, zmuszając go do coraz większego wysiłku. Wystarczy sobie wyobrazić, jak bardzo umysł musi się napracować, żeby zrozumieć telewizyjne programy informacyjne, dla wielu będące głównym źródłem wiedzy o świecie. Programy takie zawierają średnio 8-12 newsów, trwających po ok. 1-3 minuty. Każdy z newsów dotyczy zwykle innej dziedziny rzeczywistości i sfery zjawisk, a ponadto w każdym przedstawiane są różne zagadnienia, postacie, punkty widzenia, aspekty, opinie i okoliczności, w dodatku ujmowane wyrywkowo i zmieniające się jak w kalejdoskopie. Jeśli dodać do tego bogaty materiał ilustracyjny i dynamiczny montaż, to mamy listę czynników utrudniających percepcję i rozumienie przekazywanych informacji. W porównaniu z przedstawioną wyżej "opowieścią o pewnym zdarzeniu", która jest szczegółowa i można ją czytać wolno, nawet kilkakrotnie, aby wszystko dobrze zrozumieć, newsy telewizyjne są opowieściami skondensowanymi, niepełnymi, często wielowątkowymi, które nie dają czasu na ich przemyślenie. Żeby śledzić tok narracji takich przekazów, widz musi błyskawicznie zmieniać przestrzenie mentalne, przerzucając uwagę między odległymi zagadnieniami i rejonami rzeczywistości, na bieżąco tworząc ze strzępów informacji cząstkowe reprezentacje opisywanych zdarzeń. Żeby zaś nadać im znaczenie, musi te reprezentacje uzupełniać wiedzą czerpaną z pamięci, która lokuje odbierane informacje w szerszym kontekście (ramie odniesienia), bez czego trudno zrozumieć ich sens i utrwalić je w zasobach pamięci. To duży wysiłek intelektualny, któremu potrafi podołać niewielu odbiorców. Potwierdzają to badania odbioru (recepcji) telewizyjnych programów informacyjnych, które dowodzą, że ich widzowie rozumieją i zapamiętują tylko niewielką część przekazywanych informacji (Gunter, 1987; Francuz, 2002).

Sprzeczności, które trapią i które radują

Sprzedajesz stare auto średniej klasy i kupujesz na kredyt nowe, droższe, wyższej klasy. Teraz masz wątpliwości, czy nie byłoby rozsądniej kupić nowe auto średniej klasy i zachować trochę gotówki na inne wydatki, np. wakacyjne wojaże. Żeby te wątpliwości rozproszyć, przekonujesz siebie i innych, że było warto, bo jest to samochód bardziej bezpieczny, wygodny, nowoczesny, łatwy w obsłudze, podnosi prestiż rodziny i nie traci na wartości. Przekonujesz tak długo, aż w to uwierzysz, skończysz spłacać kredyt, a czasem jeszcze dłużej.

Człowiek jest skąpcem poznawczym. Jednak troska o dobro własne i najbliższych sprawia, że w życiu kieruje się przekonaniami opartymi na ugruntowanej wiedzy i sprawdzonych doświadczeniach, z czego wynikają uzasadnione oczekiwania, iż trafnie przewiduje następstwa zdarzeń. Ugruntowane przekonania jako podstawa uzasadnionych oczekiwań to najbardziej pożądany wytwór uaktywnionych przestrzeni mentalnych. Jeśli jednostka dysponuje dużymi zasobami mentalnymi (bogata wiedza, logiczne myślenie, szybkie kojarzenie, pomysłowość itp.), to w warunkach względnie stabilnych jej umysł dość sprawnie tworzy uzasadnione oczekiwania (jeśli dysponuje małymi zasobami, to jej oczekiwania zawodzą, a wtedy winą za swoje błędne mniemania obarcza czynniki zewnętrzne, np. fatum, pecha, Żydów, kapitalistów, Komitet Obrony Demokracji lub inne złe moce). Gorzej, gdy rzeczywistość traci przejrzystość. Tak właśnie było w przypadku opowieści NB, tak jest też w przypadku newsów, które z założenia opisują zdarzenia nadzwyczajne, naruszające ustalony porządek. W obu tych, i im podobnych, przypadkach procesy poznawcze w przestrzeniach mentalnych komplikują trzy czynniki: nagłe zmiany sytuacji, sprzeczności oraz presja czasu. Nagłe zmiany sytuacji i presja czasu zwykle idą w parze. Powodują przejściową dezorientację czy zamęt myślowy, co po uspokojeniu sytuacji łatwo usunąć (choć skutki tego bywają nieodwracalne, np. wypadki samochodowe). Prawdziwy problem stanowią sprzeczności. Biorą się one bądź z samej rzeczywistości, a reprezentacje mentalne tylko je odzwierciedlają, bądź z błędnego rozpoznania sytuacji, gdy np. te same wrażenia aktywują odmienne schematy poznawcze. W obu przypadkach jest to komplikacja utrudniająca wybór działań adaptacyjnych. Umysł komplikację tę może rozwikłać na kilka sposobów, z których najważniejszy polega na szukaniu nadrzędnej zasady (ramy, definicji), która: (1) wzmacnia (ugruntowuje) jedne przeświadczenia i osłabia inne, co czyni sprzeczność pozorną, (2) rodzi przeświadczenie, że nie ma sprzeczności, a to, co się nią wydaje, to tylko różne przejawy (aspekty) tego samego zjawiska, (3) uzasadnia sprzeczność jako immanentną cechę rzeczywistości, efekt ścierania się antagonistycznych sił, tendencji, dążeń. Ową nadrzędną zasadą może być prawo natury, prawo stanowione lub prawa nauki, a gdy żadne nie wyjaśnia wszystkiego, pozostaje ostatnia deska ratunku - metafizyka (religia, mity, zabobony itp.), która jak wiadomo wyjaśnia wszystko.

(A)

Jaś bawi się na podwórku i woła:

- Mamo, mamo, mamo!

Mama wygląda przez okno:

- Czego chcesz Jasiu?

- Zawołaj tatę!

(B)

Rudy spotyka łysego i mówi:

- Nie dała Bozia włosków, nie dała.

Łysy na to:

- Dawała, ale rude, to nie wziąłem.

(C)

P: Dlaczego blondynka się cieszy, gdy uda jej się ułożyć puzzle w trzy dni?

O: Bo na pudełku jest napis: od 3 do 5 lat.

(D)

Zakrwawiony osadnik leży obok płonącego wozu. Z piersi sterczy mu strzała. Podjeżdża do niego oficer kawalerii i pyta:

- Boli?

- Tylko wtedy, kiedy się śmieję.

Każda sprzeczność myślowa może być dolegliwa, jeśli dotyczy nas (mnie) i grozi przykrymi skutkami. Wyjaśnia to teoria dysonansu poznawczego. Powstaje on w umyśle wtedy, gdy zderzają się w nim dwa (lub więcej) sprzeczne przekonania o podobnym stopniu ugruntowania, które dotyczą zachowań potencjalnie szkodliwych (grożących np. poważną stratą lub śmiercią), a przez to godzą w samoocenę jednostki, tj. jej przekonanie o tym, że działa racjonalnie. Taka kolizja dwóch lub więcej przekonań rodzi dyskomfort i pobudza do prób jego zredukowania. Gdy zbagatelizowanie sprawy nie wchodzi w grę, pozostaje tylko zmiana zachowania bądź szukanie argumentów, które zracjonalizują owo zachowanie. W praktyce prowadzi to często do samookłamywania się, cynizmu oraz większej podatności na informacyjne manipulacje (przedkładanie argumentów niewiarygodnych ale wygodnych nad wiarygodnymi ale niewygodnymi) (Aronson, Wilson, Akert, 1997). Wynajdywanie takich argumentów i szermowanie nimi nie jest trudne, bo myślenie potoczne i cała skarbnica mądrości ludowych dostarcza ich w nadmiarze. Dziś dochodzą do tego jeszcze reklama i presja konsumpcjonizmu, które odwracają kolej rzeczy: to, co może być uzasadnieniem nieracjonalnych decyzji, staje się ich przyczyną.

Przeciwieństwo dysonansu poznawczego to sprzeczność myślowa, która dotyczy innych ludzi, łatwo daje się usunąć i jest źródłem przyjemności. To idealny materiał na humorystyczne opowieści, dowcipy i przedstawienia komediowe wszelkiego rodzaju, czyli najbardziej popularne przekazy kulturowe. Jest wiele teorii humoru. Teorię wpisującą humor/dowcip w koncepcję przestrzeni mentalnych i uwzględniającą perspektywę ewolucjonistyczną przedstawili: Matthew Hurley, Daniel C. Dennett i Reginald B. Adams (2016). Wedle ich teorii humor (efekt śmieszności) pojawia się wtedy, gdy w przestrzeni mentalnej powstaje obraz zdarzenia, który uaktywnia uznawane za trafne (ugruntowane) przekonanie odnoszące się do tego zdarzenia, lecz zaraz pojawia się nowy element i przekonanie to okazuje się nieprawdziwe (błędne), a odkrycie tego nie wywołuje emocji negatywnych (umysł pobłądził), tylko emocje pozytywne (umysł odkrył prawdę). Emocje pozytywne, radość, wesołość i śmiech, są nagrodą za dobrze wykonaną pracę umysłu, który nie tylko odkrył prawdę, ale zrobił coś więcej i coś znacznie ważniejszego - utrzymał spójność reprezentacji wiedzy o świecie.

Już to ma wartość adaptacyjną. Ale humor pełni też inne ważne funkcje adaptacyjne: wskazuje praktyczne sposoby działania (przykład A - lepiej nie odrywać ojca od jego zajęć, raczej niech to zrobi mama); piętnuje fałszywą dumę i bezzasadne poczucie wyższości (przykład B - rudzi wcale nie są lepsi od łysych, może nawet jest odwrotnie); umacnia kapitał społeczny integrujący jakąś grupę (przykład C - naigrywanie się z blondynek utrwala seksistowskie stereotypy, które cementują męską solidarność i poczucie wyższości wobec kobiet); no i pozwala błysnąć inteligencją (przykład D - głupie pytanie można zbyć sarkastyczną uwagą, a jak mawiał Oscar Wilde: sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji). Poza tym każda odmiana humoru, nawet tak głupia jak kpiny z blondynek, pobudza myślenie i motywuje do szukania rozwiązań spajających różne elementy wiedzy o świecie, co ma niewątpliwie niebagatelną wartość adaptacyjną.

Nie wszystkie dowcipy wszystkich śmieszą w jednakowym stopniu. Reakcje zależą od zbieżności poziomu intelektualnego dowcipu z poziomem zasobu wiedzy odbiorcy. Poza tym w grę wchodzą różnice kulturowe oraz stosunek do opisywanej sytuacji (blondynki są raczej zażenowane poziomem dowcipów o blondynkach). Opisana wcześniej przygoda NB też zawierała humorystyczne akcenty, a w całości była bliska farsie. Mimo to nie rozbawiła NB, bo nie odkrył on żadnej prawdy, niczego się nie dowiedział, a jego wiedza o świecie nie została ugruntowana. Nagroda też okazała się zbyt mała, żeby pobudzić pozytywne emocje. Niemniej to zdarzenie oraz wszystkie inne zdarzenia warte opowieści, a także wszystkie opowieści zasługujące na uwagę, przedstawiają obrazy świata oparte na mniej lub bardziej sprzecznych przekonaniach oraz na mniej lub bardziej wyrazistych i przeciwstawnych przestrzeniach mentalnych. Bez nich nie ma żadnej akcji, dramaturgii i w ogóle niczego interesującego.

HUMANISTYCZNY KONTRAPUNKT

Żadna teoria nie wyjaśnia wszystkiego, a jeśli rości sobie takie pretensje, obnaża swoje słabości i wiedzie na manowce (intelektualne). Na szczęście teoria ewolucji nie ma takich aspiracji, aczkolwiek miałaby ku temu silne podstawy. Była zresztą inspiracją dla wielu znaczących koncepcji społecznych, jak np. ewolucjonizm społeczny Herberta Spencera (Szacki, 2002) i socjobiologia Edwarda O. Wilsona (2001), pewne zaś jej elementy przeniknęły na stałe do większości teorii w obszarze nauk humanistycznych i społecznych. Ma też jednak zagorzałych oponentów, wzdragających się przed ujmowaniem ludzkiego życia w kategoriach czynników biologicznych i naturalnej selekcji. Wprawdzie człowieka od szympansa różni niecałe 2 proc. genów, ale dla oponentów ewolucjonizmu 98 proc. podobieństw ma mniejsze znaczenie niż owe niecałe 2 proc. różnic. Na nich zasadza się wszystko, co swoiście ludzkie, czyli cała ludzka cywilizacja i kultura. Na tych różnicach oraz ich konsekwencjach skupia się również uwaga szeroko ujmowanej orientacji humanistycznej w nauce.

W psychologii humanistyczna koncepcja człowieka zajmuje ugruntowaną pozycję (Kozielecki, 1998). Znamienitym przykładem tej orientacji jest znana koncepcja dążenia do samorealizacji i piramidy potrzeb człowieka Abrahama Maslowa (2014). Według tego uczonego motorem ludzkich działań jest wszechstronny rozwój zmierzający do samourzeczywistnienia ludzkich pragnień. Potrzeba samorealizacji wyznacza najwyższy poziom dążeń jednostki. Dopiero na nim człowiek staje się sobą w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jednak żeby ten stan osiągnąć, człowiek musi najpierw zaspokoić potrzeby niższego rzędu, tworzące układ hierarchiczny. I tak, podstawowy poziom ludzkich działań określają potrzeby fizjologiczne - oddychanie, głód, picie, ochrona termiczna, popęd seksualny, zmęczenie, senność. Drugi poziom to potrzeby bezpieczeństwa - ochrona przed zagrożeniami dla życia, zdrowia, własności, reguł prawa i porządku, stabilności otoczenia. Trzeci poziom wyznaczają potrzeby przynależności i miłości - wspólna praca, życie rodzinne, więzy uczuciowe, relacje towarzyskie, afiliacje środowiskowe. Poziom czwarty tworzą potrzeby szacunku i uznania - docenianie przez otoczenie osiągnięć, niezależności, statusu i prestiżu jednostki, dominacja nad otoczeniem. Wreszcie na poziomie piątym dochodzą do głosu potrzeby samorealizacji, które wymagają ciągłego wzbogacania posiadanej wiedzy, nowych przeżyć estetycznych, rozwijania kreatywności, pogłębionej refleksji moralnej, odrzucenia uprzedzeń, spontaniczności i niezależności.

Doceniając oryginalność i wartość poznawczą humanistycznej koncepcji człowieka Maslowa, nie sposób nie zauważyć, że nie zrywa ona całkowicie z ewolucjonizmem, a tym bardziej nie jest jego zaprzeczeniem. Łatwo bowiem dostrzec jej daleko idące podobieństwa czy zgoła "genetyczne pokrewieństwo" z teorią ewolucji. Przecież cztery pierwsze poziomy piramidy potrzeb Maslowa to nic innego, jak tylko (rozbudowana i uszczegółowiona) hierarchia problemów adaptacyjnych człowieka: walka o byt i przetrwanie - pierwszy i drugi poziom potrzeb; dobór partnera i inwestycje rodzicielskie - poziom trzeci; pomoc krewnym i altruizm wzajemny - poziom trzeci i czwarty. Owszem, poziom piąty, czyli potrzeby samorealizacji, wykracza poza konieczności adaptacyjne i tworzy niejako wartość dodaną do adaptacyjnej skrzynki narzędziowej. Ale czy może to być wartość oderwana od problemów adaptacyjnych, oryginalna i niepowtarzalna? Czy mózg/umysł w dążeniu do samorealizacji może oderwać się od wiedzy wstępnej i wyjść poza wpisane w jego strukturę modele świata? Czy przetwarzanie informacji, fantazje i wyobrażenia mogą tworzyć w mózgu światy alternatywne całkowicie zrywające z egzystencjalnym doświadczeniem? Nie wydaje się to możliwe, aczkolwiek nie należy niczego wykluczać, gdyż fantazje, majaki, omamy, złudzenia czy urojenia były, są i będą inspiracją dla artystów oraz wizjonerów. Tyle tylko, że jak dotąd wszystkie znaczące nurty twórczości artystycznej rozwijały się według tej samej logiki - przetwarzały i modyfikowały schematy, konwencje i formy wypracowane przez wcześniejszych artystów, zwykle też obracały się w kręgu podstawowych problemów egzystencjalnych człowieka. Co zaś tyczy się wizjonerów, doświadczenia ubiegłego wieku pokazały, że oderwane od rzeczywistości wizje "nowego wspaniałego świata" pchnęły owładnięte nimi grupy do ludobójstwa i prześladowań na masową skalę (nazizm, komunizm).

Przyjmując zatem, że umysł nie może wyjść poza mózg, czyli przekroczyć własnych ograniczeń, a człowiek nie może dowolnie kształtować warunków swojej egzystencji, należy się zgodzić z główną tezą ewolucjonizmu: żeby przetrwać i reprodukować swoje geny, człowiek musi dostosowywać się do środowiska naturalnego i społecznego za pomocą ewolucyjnie wykształconych umiejętności przetwarzania informacji oraz myślenia symbolicznego (zapewniającego mu przewagę nad innymi gatunkami). W rezultacie życie należy ujmować w kontekście trojakiego rodzaju praktyk: materialnych - określających warunki życia i szanse przetrwania, społecznych - regulujących relacje i więzi w grupach oraz symbolicznych - tworzących modele zachowań adaptacyjnych, kierujących działaniami jednostki. Praktyki te, i odpowiadające im sfery egzystencji, są organicznie i funkcjonalnie powiązane, a ich szczególny splot określa sposób i styl życia jednostki - czy zaspokaja ona potrzeby życiowe wedle reguł i uwarunkowań zewnętrznych (sposób życia), czy też może rozwijać swoje pragnienia, a nawet spełniać swoje zachcianki wedle indywidualnej koncepcji samorealizacji (styl życia).

Jak wcześniej wspomniano, ewolucja gatunku Homo sapiens przebiega wolniej niż zmienia się środowisko, w którym gatunek żyje. Człowiek jest ewolucyjnie przystosowany do egzystencji w małych społecznościach zbieracko-łowieckich, bo tak żył "od zawsze". Tymczasem w ciągu ostatnich kilkuset lat głębokie zmiany cywilizacyjne całkowicie zmieniły środowisko i warunki życia ludzi. Dziś większa ich część żyje w wielkomiejskich skupiskach, gdzie sztuczne środowisko całkowicie zastąpiło naturę, a zbieracko-łowiecki sposób życia został wyparty przez masową produkcję i konsumpcję, która wymusza indywidualizację stylów życia. Ludzie nie są przystosowani do egzystowania w takich warunkach, dlatego borykają się z wciąż nawarstwiającymi się i kumulującymi problemami adaptacyjnymi. Taki właśnie człowiek, nieprzystosowany do współczesności, targający bagaż nierozwiązanych problemów, jest twórcą, bohaterem i odbiorcą mediów masowych, które stanowią element sztucznego środowiska oraz czynnik kształtujący relacje między jednostką i tym środowiskiem. Jak media kształtują owe relacje, a zwłaszcza jak wpływają na zdolności adaptacyjne współczesnego człowieka, to temat dalszych rozważań tej książki.

Rozdział 2

ZNAKI - DYSKURSY - MEDIA

Człowiek jest zwierzęciem społecznym. Bez względu na to, czy kieruje nim samolubny gen, czy mechanizm doboru łącznego bądź altruizm, musi żyć i współdziałać z innymi osobnikami. Przetrwanie i sukces reprodukcyjny wymagają poznania otoczenia oraz charakteru innych ludzi. Człowiek uczy się tego od zarania dziejów. Z powodzeniem. Nie tylko dlatego, że może lepiej poznawać rzeczywistość niż jakikolwiek inny gatunek, także dlatego, że potrafi dzielić się tą wiedzą z innymi. Korzystając zaś z doświadczenia i wiedzy innych, uczy się na cudzych błędach oraz nabywa umiejętności, które posiedli inni. Wymiana doświadczeń i wiedzy to istota porozumiewania się ludzi, służąca co najmniej trzem celom adaptacyjnym: pozwala ona unikać zagrożeń i zwiększać korzyści związane z warunkami życia (bezpieczeństwo); ujawnia podobieństwa i różnice między ludźmi żyjącymi w obrębie zbiorowości (dobór osobniczy); buduje więzi między ludźmi i przekształca zbiorowość w zdolną do współpracy wspólnotę (dostosowanie łączne).

Tak ważne i dalekosiężne cele da się realizować tylko wtedy, gdy jednostki posługują się coraz lepszymi środkami porozumiewania się: znakami, kodami i językami oraz ich materialnymi nośnikami. Historia postępu cywilizacyjnego to ciągły rozwój tych narzędzi, dających coraz bardziej złożone formy reprezentacji rzeczywistości. Ewolucja sposobów porozumiewania się ludzi przebiega w wyraźnie określonym kierunku - od opisu konkretnych zdarzeń ku myśleniu abstrakcyjnemu. Wraz z pojawieniem się myślenia abstrakcyjnego rodzi się też refleksja nad naturą znaków. Zapoczątkowana we wczesnej starożytności, rozwijana przez wielu nowożytnych filozofów i myślicieli, z czasem nabrała naukowego charakteru, by na początku ubiegłego stulecia ostatecznie przekształcić się w naukę o znakach, określaną jako semiologia (Barthes, 2009; Eco, 1966a) lub semiotyka (Eco, 2009).

ZNAK: ZNACZY CO?

Porozumiewanie się ludzi jest trudne i mozolne. Zwykle nie uświadamiamy sobie, ile operacji myślowych trzeba wykonać, byśmy nabrali przekonania, że się rozumiemy, co nie znaczy: zgadzamy. Zresztą tego, czy się rozumiemy, i tak nie wiemy, bo nie mamy bezpośredniego wglądu w mózgi innych ludzi. Wszystko, co im przekazujemy, musimy zawrzeć w znakach, licząc na to, że je znają i pojmują tak samo, jak my. Znaki są jedynym obiektywnym nośnikiem znaczeń, który umożliwia komunikację między ludźmi. Lecz jako "obiektywny nośnik" są tylko odpowiednio uformowanymi obiektami materialnymi (np. gesty, fale głosowe, zadrukowany papier, impulsy świetlne itd.), pustą formą, niczym ponadto. Nie zawierają żadnej treści pojęciowej, wyobrażenia czy emocji, bo te istnieją tylko w ludzkim mózgu/umyśle, nigdy poza nim. Dopóki zatem umysł człowieka nie wypełni tej formy jakąś treścią, znak nie istnieje jako znak. Tak właśnie definiował go jeden z koryfeuszy semiotyki (nauki o znakach) - Ferdinand de Saussure. Znak to, według niego, związek dwóch elementów: znaczącego, czyli formy materialnej, oraz znaczonego, czyli treści pojęciowej. Związek ten jest: (1) nierozerwalny - jeden element stanowi konieczne dopełnienie drugiego; (2) konwencjonalny - oba elementy oraz łączący je związek są wytworem praktyk społecznych i istnieją na mocy umowy społecznej; (3) systemowy - znak jest zawsze częścią szerszego zbioru znaków, tak uporządkowanego, żeby elementy tworzące poszczególne znaki wyraźnie się od siebie różniły. Znak powstaje przez wyodrębnienie obu elementów (znaczącego i znaczonego) w ramach pewnego zbioru znaków, z którymi łączą go podobieństwa (pokrewieństwa), pozwalające zaliczyć go do tego zbioru, a zarazem dzielą różnice (dystynkcje), określające jego miejsce i znaczenie w tym zbiorze (de Saussure, 1961).

Najprostszym i bodaj najbardziej uniwersalnym zbiorem znaków jest drogowa sygnalizacja świetlna, obejmująca trzy lub tylko dwa znaki. Jej podstawą jest opozycja dwóch kolorów: czerwony - zielony - oraz odpowiadająca im opozycja reguł zachowania pojazdów i ludzi: stój - idź/jedź (elementowi trzeciemu: kolor żółty, odpowiada dyspozycja: uważaj). Elementy znaczące są częścią tego samego zbioru, tj. widma optycznego (spectrum), a różnią się długością fal świetlnych, natomiast elementy znaczone to reguły zachowania użytkowników dróg różniące się wyraźnie typem komendy (Hall, 1997). Gdyby nie te różnice, to zmiany świateł nie pełniłyby swojej funkcji, tj. regulacji ruchu drogowego, a skutki tego byłyby tragiczne. Ten zbiór znaków można więc uznać za wzorcowy model kodu społecznego.

Znak jest tworem praktyki społecznej, ale powstaje na podłożu procesów zachodzących w ludzkim organizmie, w złożonym układzie zależności między ciałem - mózgiem - umysłem (rysunek 2).

Rysunek 2: Neuropsychiczne podłoże tworzenia znaków

Źródło: opracowanie własne.

Najważniejsze z tych zależności zostały już pokrótce omówione.

Zatem reasumując: wszystkimi zmysłami ciało odbiera bodźce sensoryczne płynące z otoczenia i jako wrażenia, tj. reakcje neuronowe na określone cechy obiektów zewnętrznych, kieruje je do odpowiednich ośrodków w mózgu. Tam są analizowane, kategoryzowane i porządkowane, a te, które są najbardziej wyraziste (kontrast, kształt, natężenie, ruch itp.), mózg scala w większe całości. Jeśli pasują do jakiegoś wrodzonego lub nabytego wzorca dyspozycyjnego, mózg uaktywnia ten wzorzec, dodając do niego cechy wyróżniające dany obiekt. Jeśli zaś nie pasują do żadnego wzorca, mózg może tworzyć nowy wzorzec obiektu bądź odrzuca wrażenia jako nieważne. Tak modyfikowany lub tworzony wzorzec to odwzorowana w mózgu/umyśle forma znacząca znaku, powiązana - przez podobieństwa i różnice - z formami znaczącymi innych znaków. Te powiązania uaktywniają przestrzeń mentalną (jedną lub więcej), w której forma ta nabiera znaczenia przez włączenie jej w odpowiednie ramy interpretacyjne i schematy poznawcze. W ten sposób kształtuje się treść pojęciowa znaku. Jeśli owa forma i treść zostają dostatecznie wyraźnie wyodrębnione i utrwalone w zasobach pamięci, funkcjonują jako odrębny znak. Może on służyć do identyfikowania zarówno obiektów realnych, np. ludzkich twarzy, jak też ich artefaktów, np. fotografii czy portretów.

Tą ostatnią kwestią de Saussure się nie zajmował, bo relacja znaku do rzeczywistości niezbyt go interesowała. Jednak kwestia ta jest nader istotna dla analizy procesów komunikowania i nie można jej bagatelizować. Toteż nie umniejszając wagi teorii de Saussure'a, która legła u podstaw strukturalizmu i wywarła wpływ na wiele dyscyplin nauki, równie ważną dla rozwoju nauki o znakach stała się teoria znaku amerykańskiego uczonego Charlesa S. Peirce'a (1997). Dla niego relacja znaku do odniesienia jest kwestią fundamentalną, gdyż w jego definicji znak jest czymś, co dla kogoś zastępuje coś innego pod pewnym względem lub ze względu na pewne właściwości. Znak nigdy nie zastępuje innej rzeczy w sposób całkowity, pod każdym względem, bo byłby tą rzeczą, nie mógłby jej więc zastępować; jest tylko nośnikiem pewnych jej cech lub właściwości. Będąc zaś nośnikiem jakichś cech czy właściwości pewnego obiektu spełnia wobec niego funkcję reprezentacji - jest znakiem, który reprezentuje "coś innego". Niekoniecznie w sensie obiektywnym, wystarczy, że tylko ktoś żywi takie przekonanie (np. bilet do kina zachowany jako pamiątka pierwszej randki i pierwszego pocałunku obiektywnie jest tylko świadectwem wizyty w kinie, lecz subiektywnie reprezentuje pamięć tamtych chwil). Takie przekonanie sprawia, że znak jest dwojakiego rodzaju reprezentacją: po pierwsze - reprezentuje inny obiekt, będący jego odniesieniem, po drugie - reprezentuje wyobrażenia i odczucia związane z tym obiektem, określające jego znaczenie. Układ relacji (funkcji) między tymi trzema elementami tworzy tzw. trójkąt semiotyczny (rysunek 3),

Rysunek 3: trójkąt semiotyczny

Źródło: opracowanie własne na podstawie Ogden, Richards, 1923.

sformułowany pod wpływem inspiracji Peirce'a przez Charlesa K. Ogdena i Ivora A. Richardsa (1923).

Łatwo zauważyć, że figura trójkąta semiotycznego to zmodyfikowana wersja rysunku 2, czyli relacji między mózgiem, umysłem i ciałem. To oczywiste, bo choć znak jest obiektem fizycznym (źródłem bodźców zmysłowych), który z jakiegoś powodu zastępuje komuś inny obiekt, już niekoniecznie fizyczny, także idealny, to zastępuje go tylko o tyle, o ile mózg rozpoznaje jeden obiekt (znak) jako reprezentację innego (odniesienie), a umysł wiąże oba te obiekty za pomocą przypisywanych im treści mentalnych (znaczeń, np. modele mentalne, wyobrażenia, uczucia, percepcje). Ponieważ relacja znaku do odniesienia wykracza częstokroć poza sferę styczności cielesnej (aczkolwiek nawet wtedy odniesienie może wywoływać wrażenia cielesne w postaci markerów somatycznych), na rysunku sygnalizuje to linia przerywana. Relacja ta może być luźna, wielorako zapośredniczona, jednak dla powstania i funkcjonowania znaku jest zawsze najważniejsza, po prostu konstytutywna. Bo gdy jakaś forma materialna niczego nie reprezentuje, nic nie znaczy, a jeśli nic nie znaczy, nikomu do niczego nie jest potrzebna. Nie istnieje zatem jako znak, jakkolwiek w każdej chwili mocą czyjejś intencji znakiem stać się może.

Znak - odniesienie

Zmienny charakter przedmiotu odniesienia powoduje, że relacja znak - odniesienie kształtuje się rozmaicie. W ślad za wywodami Peirce'a można wyróżnić trzy zasadniczo różne jej warianty.

Po pierwsze: znak i odniesienie są obiektami, które łączy naturalny związek przyczynowo-skutkowy - jedno zjawisko jest przejawem lub następstwem innego. Wiemy, że nie ma dymu bez ognia - dym jest efektem spalania wydzielającej go substancji. Inaczej być nie może. Tak samo śmiech jest przejawem wesołości, płacz - smutku, podniesiony głos - złości itp. Jednak związek dwóch zjawisk nie ustanawia znaku, gdyż sam w sobie nie ma żadnego znaczenia - po prostu jest, i tyle. Dopiero gdy człowiek uświadamia sobie charakter tego związku, jedno zjawisko (skutek) stanowi reprezentację naturalną drugiego (przyczyna). Z tą chwilą reprezentacja ta staje się znakiem naturalnym, określanym jako: oznaka, indeks, symptom; np. wskazania termometru pełnią funkcję znakową indeksu - wskazują temperaturę. W świecie społecznym też występują obiektywne zależności, dlatego ich przejawy mają status znaku naturalnego, np. kosztowna biżuteria jest oznaką zamożności.

Po drugie: znak i odniesienie są całkowicie różnymi obiektami materialnymi, jednak wywołują wrażenie podobieństwa - ich reprezentacje mentalne są wariantami tego samego wzorca i aktywizują podobne, niekiedy wręcz takie same reakcje. Taka analogia percepcyjna między znakiem i odniesieniem sprawia, że znak pełni funkcję znakową jako reprezentacja mimetyczna odniesienia, tzn. znak niejako naśladuje (mimesis) ten obiekt, zwłaszcza jego wygląd, niekiedy wydaje się nawet jego substytutem. Na przykład obraz przedstawiający jakąś osobę czy scenę może wywoływać w mózgu/umyśle patrzącego tak silne wrażenie podobieństwa do tej osoby, znanej mu bezpośrednio, bądź tak silne poczucie autentyzmu przedstawianej sceny, że patrzący reaguje na ten obraz tak, jak zareagowałby na żywą osobę lub scenę rozgrywającą się na żywo (o czym świadczą markery somatyczne). Na tym polega magia obrazu. Takie złudzenia (iluzje) wywołują gównie przedstawienia obrazowe, dlatego ten typ znaków określa się jako znak ikoniczny (ikona). Jednak tak samo działają znaki dźwiękonaśladowcze (onomatopeje), dlatego też są zaliczane do tej kategorii.

Po trzecie: znak i odniesienie są całkowicie od siebie niezależne i nie wywołują wrażenia podobieństwa, łączy je zaś sztuczna i arbitralna relacja, istniejąca tylko w umyśle człowieka. Dzieje się tak wtedy, gdy odniesieniem jest wiele różnych obiektów materialnych lub obiekty abstrakcyjne, których kształt oraz istota wymykają się poznaniu zmysłowemu, bądź też takie, które są tylko wytworem ludzkiej wyobraźni (fantazje). Takim zjawiskom można przyporządkować funkcję znakową nie na mocy relacji naturalnej ani analogii percepcyjnej, tylko na zasadzie reprezentacji symbolicznej. Polega ona na tym, że jakiś obiekt realny (np. człowiek, zwierzę, przedmiot, roślina itp.), jego przedstawienie obrazowe albo też figura abstrakcyjna (trójkąt, koło, linie, barwy, światło, dźwięki itp.) funkcjonują jako znak symboliczny (symbol) czegoś bardziej złożonego, wieloznacznego, niedookreślonego (metafizycznego), a przez to tajemniczego. Jednak symbole mogą odnosić się zarówno do zjawisk bardzo skomplikowanych (np. abstrakcyjne idee) czy wykraczających poza możliwości poznawcze człowieka (np. istoty nadprzyrodzone), których nie można bądź nie wolno (tabu) przedstawiać w postaci ikon (obrazy Boga w malarstwie religijnym nie są ikoną, są symbolem uczłowieczenia idei Absolutu), jak również do obiektów realnych i konkretnych, przedstawianych w sposób uproszczony, np. znaki drogowe czy symbole chemiczne.

Odkrycie przez człowieka, że zjawiska i obiekty złożone, a także wysoce abstrakcyjne idee, można zastępować przez proste symbolizacje, legło u podstaw wynalezienia najpierw języka werbalnego, gdzie artykulacje dźwięku (fonemy, słowa) reprezentują treści pojęciowe i stany rzeczywistości, a później stworzenia jego graficznego zapisu, pozwalającego za pomocą kilkudziesięciu figur graficznych (liter) tworzyć nieskończenie wiele reprezentacji symbolicznych.

Odniesienie - znaczenie

Wydaje się oczywiste, że aby znak, czymkolwiek jest, mógł komuś zastępować "coś innego", ten ktoś musi najpierw założyć, że owo "coś innego" istnieje. Taka wiedza wstępna wydaje się logicznym punktem wyjścia całego trójkąta semiotycznego. Jednak nie zawsze. Albowiem odniesieniem znaku może być: (1) obiekt konkretny, realny i doświadczany zmysłowo, o którego istnieniu można się przekonać empirycznie; (2) obiekt abstrakcyjny, realny w swoich niektórych przejawach, ale złożony i niematerialny w swojej istocie (np. naród, sprawiedliwość, proces dziejowy), który jako całość może istnieć tylko jako model mentalny; (3) obiekt fikcyjny, niemający żadnych przejawów materialnych, istniejący wyłącznie w obszarze przestrzeni mentalnej jednej lub wielu osób jako byt intencjonalny.

W pierwszym przypadku relacja odniesienie - znaczenie jest prosta i oczywista. Fizyczny kontakt z obiektem materialnym (odniesienie) powoduje powstanie w umyśle osoby postrzegającej ów obiekt jego mentalnej reprezentacji (odwzorowanie formy znaczącej). Jest ona zależna od przyjętych ram odniesienia i zastosowanych schematów poznawczych, może się zmieniać pod wpływem nowych doświadczeń (wiedzy o właściwościach przedmiotu odniesienia), jak też wracać do wspomnień (retrospekcje) lub wybiegać w przyszłość, tworząc wyobrażania przyszłych stanów obiektu (projekcje, fantazje), lecz treści pojęciowe dotyczące obiektów realnych dają się zazwyczaj łatwo kategoryzować i porządkować.

Sprawa się komplikuje, gdy odniesieniem jest zjawisko ogólniejszej natury, tylko częściowo dostępne zmysłom, np. złożone relacje czy zaszłości (struktura, sprawiedliwość, inflacja, demokracja itp.). Wtedy reprezentacja mentalna nabiera cech abstraktu, czyli pojęcia ogólnego (powstającego w wyniku abstrahowania, czyli wyodrębniania cech wspólnych dla różnych stanów/wariantów obiektu odniesienia), które nie musi mieć konkretnego odpowiednika w świecie rzeczy i zjawisk materialnych. W takim przypadku reprezentacja odniesienia konstruowana jest w obszarze jednej czy wielu przestrzeni mentalnych z cząstkowych świadectw empirycznych (wrażeń), informacji czerpanych z zasobów pamięci oraz wyobrażonych (wymyślonych) modeli mentalnych. Tak powstałe znaczenie to konstrukt teoretyczny, zależny od zasobów poznawczych jednostki (wiedzy, myślenia pojęciowego, kompetencji językowej). Gdy są one duże, łączące kategorie abstrakcyjne z myśleniem logicznym, jednostka może konstruować teorie naukowe opisujące rzeczywistość (np. przyrodę, politykę, kulturę itd.) za pomocą modeli, praw, zależności; gdy zaś są małe, oparte jedynie na codziennym doświadczeniu, jednostka może co najwyżej budować teorie potoczne, skonstruowane z tzw. prawd obiegowych (dotyczących np. inteligencji blondynek).

Pozornie najbardziej złożona, a w istocie dość prosta, jest sytuacja, gdy odniesieniem jest byt fikcyjny, istniejący tylko w czyimś mózgu/umyśle i z mocy jego woli, czyli intencjonalny wytwór fantazji. Znaczenie i odniesienie stanowią tu jedność - znaczenie jest odniesieniem, odniesienie znaczeniem. W przypadku wytworu fantazji znaczenie jest wyobrażonym odwzorowaniem obiektu odniesienia, ale de facto tworzy ów obiekt jako wyobrażony. Trudności powstają wtedy, gdy jednostka chce podzielić się swoim wyobrażeniem z innymi. Jedynym sposobem na to jest znalezienie odpowiedniej formy wyrazu, czyli odwrócenie procesu sygnifikacji - obiekt odniesienia nie jest punktem wyjścia funkcji znakowej, lecz jej wytworem. Żeby np. opisać kosmitów, trzeba najpierw wyobrazić ich sobie, a następnie znaleźć takie określenia czy formy plastyczne, które wywołają (funkcja znakowa) w mózgu/umyśle innych osób podobne wyobrażenia. Bez pośrednictwa języka i wyobraźni symbolicznej nie jest to możliwe. W istocie więc żaden akt kreacji, w tym zwłaszcza twórczość artystyczna (np. bajki, science fiction, fantasy, horror), mity i wierzenia religijne oraz wszelkie formy potocznego czy wzniosłego kłamstwa, nie mogą obyć się bez pośrednictwa form symbolicznych, bo tylko dzięki nim i w nich mogą zaistnieć.

Znak - znaczenie

Przedstawiona wyżej, z konieczności pobieżna, charakterystyka relacji: znak - odniesienie i odniesienie - znaczenie pokazuje, że żadnej z nich nie da się opisać w oderwaniu od relacji znak - znaczenie, natomiast ta bywa ujmowana w oderwaniu od obu pozostałych. Tak właśnie czynił de Saussure, uznając znak za wytwór ludzkiego umysłu, będący wymyślonym związkiem dwóch wymyślonych elementów: znaczącego (signifiant - forma znacząca) i znaczonego (signifie - znaczona treść pojęciowa). Związek obu elementów tworzy znak, którego przeznaczeniem jest wyrażanie ludzkich myśli i emocji. W tej koncepcji relacja obu elementów do jakiegoś odniesienia, realnego bądź fikcyjnego, jest kwestią drugorzędną, pochodną czy zgoła marginalną, bo znak jako taki może funkcjonować w oderwaniu od świata zewnętrznego. Nie jest to koncepcja całkiem chybiona, gdyż słusznie wskazuje, że znak jest wytworem ludzkiego mózgu/umysłu, lecz bezzasadnie odrywa ona mechanizm tworzenia i funkcjonowania znaków od uwarunkowań zewnętrznych. Przecież trudno sobie (dziś) wyobrazić, żeby ludzki mózg/umysł tworzył znaki bez jakichkolwiek wrażeń zmysłowych, choćby tylko markerów somatycznych. Taki koncept byłby całkowicie sprzeczny z naturą ludzką, a ponadto odrywałby znak od jakichkolwiek funkcji adaptacyjnych, co jest w ogóle nie do pomyślenia. Wszelkie praznaki czy protoznaki brały się z relacji i na użytek relacji naszych praprzodków z otoczeniem i między sobą. Tak też było i jest w przypadku wszystkich innych gatunków, jakie kiedykolwiek istniały. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Pod tym więc względem znak należy ujmować w perspektywie teorii Peirce'a. Jednak de Saussure słusznie zwraca uwagę na to, że formowanie znaku i przypisywanie mu treści pojęciowej to całkowicie domena ludzkiej wyobraźni, a także na to, że te operacje myślowe podlegają ścisłym rygorom, które wykraczają poza świadectwa zmysłów i opierają się na systemie reguł tworzących znaki i określających ich konwencjonalny charakter.

Żeby bowiem powstał znak, który wykracza poza doświadczenie zmysłowe i dzięki temu może je kategoryzować i porządkować, a więc nadawać mu znaczenie, potrzebny jest system reguł formalnych, generujących znaki jako elementy systemu znaków. Owe reguły określają, z jednej strony: kryteria przynależności znaku do systemu - cechy elementu znaczącego i elementu znaczonego wiążące znak z innymi znakami systemu, tj. pokrewieństwa; a z drugiej strony: kryteria odrębności znaku w systemie - cechy elementu znaczącego i elementu znaczonego, które wyróżniają (pozycjonują) znak w systemie, tj. dystynkcje. Różnice są przy tym dużo ważniejsze od podobieństw, gdyż na zasadzie opozycji binarnych (czarne - białe, małe - duże, proste - krzywe, jasne - ciemne, itd.) określają swoistość (tożsamość) znaku w zestawieniu z innymi znakami. Tak powstały system to kod - podstawa każdej formy komunikowania się ludzi (i nie tylko). Przykładem dobrego kodu jest system znaków drogowych, gdzie określonej konfiguracji abstrakcyjnych elementów znaczących (kształty, kolory, linie, figury) są przyporządkowane, w sposób jasny, wyraźny i jednoznaczny, konkretne elementy znaczone (reguły poruszania się ludzi i pojazdów). Dzięki tej wyrazistości znak może być szybko i łatwo rozpoznany, co jest warunkiem pełnienia przez niego funkcji adaptacyjnej, tj. bezpiecznej regulacji ruchu ludzi i pojazdów na drogach. Ale są też kody z założenia mniej jasne i bardziej wieloznaczne, bez których nie mogłaby się obyć twórczość artystyczna, np. poezja czy satyra. Dość często, choć nie zawsze, na bazie kodu kształtuje się wyższy poziom reguł formalnych - gramatyka, która określa zasady łączenia znaków kodu w większe całości znaczące. Gdy kod na trwale zespoli się z regułami gramatyki, powstaje język. Tak dzieje się w przypadku języków etnicznych, w których zasady gramatyki (morfologia, słowotwórstwo, składnia) są ściśle sformalizowane. Jednak w innych przypadkach (np. język ciała, filmu, muzyki, baletu itp.) pojęcie języka stosowane jest z dużą dowolnością.

Żaden znak nie może powstać ani funkcjonować poza kodem, może natomiast funkcjonować w kilku różnych kodach, w każdym reprezentując inne treści znaczone. W większości przypadków umysł koduje znaki co najmniej w dwóch kodach: z jednej strony w kodzie systematyzującym wrażenia zmysłowe danego rodzaju (kod wizualny, audialny, smakowy, węchowy, dotykowy), z drugiej strony w kodzie werbalnym, nazywającym i kategoryzującym te wrażenia (Maruszewski, 2017). Oprócz tego, a raczej równolegle do tego, znak jest kodowany ze względu na rodzaj przypisywanych mu znaczeń. Tu kodem podstawowym jest zawsze ten, który określa pierwotną formę elementu znaczącego oraz podstawowe treści elementu znaczonego, tj. denotacje (kod denotacyjny). Denotacja obejmuje zwykle pewien opis cech obiektu odniesienia: realnego, abstrakcyjnego, fikcyjnego. Jednak z chwilą utrwalenia się denotacji i wejścia znaku w różne obiegi komunikacyjne wchodzi on w rozmaite relacje z innymi znakami, czego efektem mogą być nowe treści znaczone, którymi znak "obrasta". Tak powstaje drugi, wyższy poziom treści znaczonych, czyli konotacje (kody konotacyjne). Ich swoistość polega na tym, że do treści opisowych dodają treści symboliczne wartościujące obiekt odniesienia i wyrażające ludzkie emocje z nim związane. Często te same elementy znaczące konotują równocześnie odmienne treści i emocje, np. w przypadku logotypów czy emblematów partii politycznych, które u zwolenników i przeciwników poszczególnych ugrupowań wywołują zupełnie odmienne odczucia. Gdy te elementy dodane się utrwalają (konwencjonalizują), powstaje wtórny system znakowy, swego rodzaju subkod (kod konotacyjny). Na przykład na bazie kodu opisującego cechy gatunkowe zwierząt (denotacje) powstają subkody konotacyjne używane w bajkach, legendach czy mitach, gdzie poszczególne zwierzęta symbolizują cechy lub emocje typowo ludzkie; np. lis konotuje przebiegłość, pies - wierność, sowa - mądrość, lew - dominację, osioł - głupotę, żółw - powolność itd. (Fiske, 1999).

TWORZENIE ZNAKÓW

Pismo Święte głosi: "na początku było Słowo", jednak takie stwierdzenie wydaje się mocno przesadzone - jeśli nie było nikogo, to do kogo Stwórca miałby się odzywać? Zanim więc pojawiło się słowo, nasi praprzodkowie porozumiewali się za pomocą sygnałów niewerbalnych (mimiki, gestykulacji, dotyku, dźwięków, zapachów), wyrażających uczucia i zamiary. To wystarczało do tworzenia związków oraz współdziałania w zbieractwie i łowiectwie, ale jeszcze nie odróżniało człowieka od zwierząt. Dopiero powiększenie się ludzkiego mózgu zapoczątkowało ciąg zmian prowadzących do wykształcenia się umiejętności myślenia pojęciowego i stworzenia języka, dzięki któremu człowiek ostatecznie umocnił swoją supremację nad innymi gatunkami.

Czynniki sprawcze:mózg, środowisko, potrzeby

Badacze nie są i zapewne nigdy nie będą zgodni w kwestii genezy języka. Jedni genezy tej upatrują w czynnikach endogennych, czyli w ewolucji ludzkiego mózgu. Radykalnie kwestię tę stawia teoria natywizmu językowego Chomsky'ego (1982). Dowodzi ona, że umiejętności językowe są naturalną, specyficznie gatunkową dyspozycją ludzkiego mózgu, która pojawiła się na pewnym etapie jego biologicznej ewolucji. Dzięki niej za pomocą niewielkiej liczby reguł (gramatyka uniwersalna) można generować nieskończenie wiele słów, zdań, wypowiedzi. Człowiek rodzi się z tą umiejętnością, a w toku socjalizacji tylko ją rozwija, stosownie do wymogów środowiska. W efekcie głęboka struktura wszystkich języków jest podobna. Wzór konstrukcji poprawnej wypowiedzi, czyli paradygmat, z reguły obejmuje podmiot, orzeczenie, dopełnienie. Natomiast nieskończenie wiele wypowiedzi generowanych na podstawie tego paradygmatu, czyli syntagmy, cechują rozmaite różnice powierzchniowe w zakresie słownictwa i drugorzędnych elementów zdaniowych, charakterystyczne dla poszczególnych języków, gwar, dialektów. Są one wynikiem odmiennych warunków środowiskowych oraz innych strategii adaptacyjnych stosowanych przez użytkowników języka. Na tym rozróżnieniu zasadza się obecna już w koncepcji de Saussure'a opozycja między językiem (system reguł) a mową (użycie języka), która u Chomsky'ego przybiera postać opozycji między kompetencją językową a wykonaniem. Jeśli zatem jest tak, jak chce Chomsky, to należy przyjąć, że nie tylko język werbalny, lecz także wszystkie inne formy komunikacji, z twórczością artystyczną włącznie (malarstwo, muzyka, taniec itd.), podlegają opisywanym przez niego uniwersalnym regułom transformacyjno-generacyjnym.

Uwodzicielska logika teorii natywizmu językowego nie wszystkich przekonuje. Wielu badaczy, zwłaszcza zajmujących się społeczeństwem i kulturą, odrzuca ten punkt widzenia, genezy języka upatrując w czynnikach egzogennych, czyli uwarunkowaniach środowiskowych. Oczywiście nie negują oni całkowicie uwarunkowań naturalnych, bo graniczyłoby to z absurdem, jednak punkt ciężkości przenoszą na czynniki zewnętrzne, związane z materialnymi i społecznymi warunkami życia hominidów. Wśród różnych propozycji wskazujących, jakie to czynniki zewnętrzne miałyby odegrać kluczową rolę w powstaniu języka, najbardziej przekonująca wydaje się koncepcja wiążąca rozwój języka z nabywaniem umiejętności tworzenia narzędzi (Guille-Escuret, 1994, za: Marody, Giza-Poleszczuk, 2004). Nie wiadomo, kiedy ani jak to się stało, ale gdy człowiek zaczął wytwarzać narzędzia, musiał przekazywać tę umiejętność swoim następcom. Najpierw wystarczała nauka przez proste naśladownictwo, jednak przy bardziej rozwiniętych technikach zdobywania pożywienia, budowy domostwa czy walki niezbędne stało się pośrednictwo języka oraz zdolność wyobrażania sobie, za pomocą pojęć, przyszłych sytuacji czy stanów, czyli wyjście poza "tu i teraz". Na przykład doskonaląc umiejętność polowania na bizony, człowiek musiał nauczyć się przedstawiać ich kształt, by je szybko rozpoznawać z dużego dystansu lub wśród zarośli oraz sygnalizować ich obecność za pomocą okrzyków. Z tej praktycznej potrzeby rodziła się umiejętność nazywania rzeczy i sztuka tworzenia obrazów. Wspomagając przekazywanie umiejętności technicznych, język sam stawał się coraz doskonalszym narzędziem - rozwijał wyobraźnię i ułatwiał wymyślanie coraz lepszych narzędzi oraz ich zastosowań. I tak jest do dzisiaj. Takie sprzężenie oderwało definitywnie język i technikę od sfery biologii (natury), przekształcając je w autonomiczne, choć wielorako współzależne, dziedziny praktyki - sferę techniczno-użytkową. Odtąd każdy przedmiot staje się znakiem funkcji, której ma służyć, a także wyznacznikiem (i oznaką) statusu jego posiadacza. Na przykład pług wskazuje pewien sposób uprawiania roli oraz określa poziom zamożności gospodarza.

Zgodnie z koncepcją hierarchii potrzeb Maslowa trzeba przyjąć, że rozwijanie narzędzi zaspokajających potrzeby niższego rzędu: bytowe i bezpieczeństwa, sprzyja tworzeniu narzędzi służących potrzebom wyższego rzędu: społecznym, prestiżu, samorealizacji. Gdy więc umiejętności językowe na trwale sprzęgnięto z działalnością techniczno-użytkową, obsługującą potrzeby bytowe człowieka, coraz intensywniej zaczęto używać języka jako narzędzia regulowania relacji między ludźmi. Jakieś formy protojęzyka regulowały stosunki międzyludzkie niemal "od zawsze", głównie na podstawie mechanizmów biologicznych (popędy i emocje sterowane przez sygnały i bodźce niewerbalne). Jednak dopiero wraz z rozwojem języka i myślenia pojęciowego zaczęto tworzyć normy, reguły, wzory, które określały zachowania jednostek oraz budowały oparty na stosunkach władzy i panowania hierarchiczny ład społeczny. Zanim przybrały one postać prawa stanowionego (pozytywnego), działały w postaci rytuałów, obrzędów, ceremonii, sankcjonowanych przez wiarę w moc sił nadprzyrodzonych (magia, prawo objawione). Ich praktykowanie i interpretowanie spowodowało wyodrębnienie sfery komunikacji kulturowej, tworzącej ramy dla zaspokajania potrzeb społecznych i potrzeby uznania (Burszta, 1998).

Magiczna moc znaków:rytuały, sacrum

Wśród praktyk komunikacyjnych, które integrują zbiorowość oraz kształtują ład społeczny, szczególne miejsce zajmują rytuały. Jest ich wiele i występują w różnych dziedzinach życia, lecz ich istota jest niezmienna - każdy rytuał stanowi dobrowolne wykonanie odpowiednio uwzorowanego zachowania w celu symbolicznego oddziaływania na życie poważne lub uczestniczenia w nim (Rothenbuhler, 2003, s. 45). Tak pojmowane rytuały to podstawowe sposoby służące człowiekowi do konstruowania i utrzymywania ładu społecznego oraz nadawania sensu swojej egzystencji. Najważniejsze są tzw. rytuały przejścia, które oddzielają poszczególne stadia w życiu jednostek i zbiorowości (narodziny, wkraczanie w dorosłość, wesela, rocznice, awans społeczny, pogrzeby, obejmowanie urzędów, zmiany władzy, następstwo pór roku itd.). Nie mniej ważne są też rytuały interakcyjne w relacjach między ludźmi, jak okazywanie szacunku, autoprezentacja czy rytuały przebłagalne (Goffman, 2006). Szczególna rola rytuałów wynika z owego "uwzorowania zachowań" i "symbolicznego oddziaływania", które w dłuższej perspektywie: jednoczą zbiorowość i przekształcają ją we wspólnotę; kształtują poczucie związania jednostki ze wspólnotą; ustanawiają współzależności między jednostkami oparte na trosce o dobro wspólne; nadają sens i znaczenie działaniom jednostek; kształtują ogólną wizję świata i wynikający z niej porządek społeczny; wskazują różnice dzielące daną wspólnotę od innych zbiorowości (Marody, Giza-Poleszczuk, 2004).

Rytuały, obrzędy, ceremonie, przy wszystkich dzielących je różnicach, mają jedną cechę wspólną - wytwarzają bogate kody symboliczne. Najwyższym, zarazem najbardziej abstrakcyjnym poziomem kodów symbolicznych są mity i wierzenia religijne. Powstają na podłożu komunikacji kulturowej, jednak wykraczają poza nią, kierując ludzką wyobraźnię ku światu nadprzyrodzonemu - tajemniczemu, niepoznawalnemu. Tam właśnie od zarania dziejów człowiek lokował siły rządzące światem, tam też wypatrywał wyroków kierujących jego losem. Szukając w mitach religijnych odpowiedzi na pytania o swoje pochodzenie, tożsamość, przeznaczenie i sens życia, człowiek rozbudowywał za pomocą praktyk symbolicznych sferę światopoglądową, gdzie urzeczywistniał potrzebę samorealizacji. W ten sposób komunikacja językowa oraz towarzyszące jej praktyki obrzędowe czy ceremonie doprowadziły ostatecznie do powstania sfery sacrum (świętość) i oddzielenia jej od sfery profanum ("zwykłość"). Podział na to, co codzienne i przyziemne (profanum), oraz to, co wzniosłe i odświętne (sacrum), nie jest immanentną cechą rzeczywistości. Jest to twór ludzkiej wyobraźni, która symbolicznie strukturuje czas i przestrzeń ludzkiej egzystencji, przyporządkowując obu sferom swoiste dla nich praktyki. Jednak ich trwałość i zakorzenienie w ludzkim życiu świadczą o potędze ludzkiej wyobraźni, ponieważ to, co symboliczne, staje się realne - człowiek realizuje te praktyki, bo jest przekonany, że taki jest naturalny porządek rzeczy. W rezultacie więc myśli i działa tak, jak gdyby odtwarzał ten porządek i mu się poddawał, gdy w istocie go tworzy i umacnia, czyniąc go niejako immanentną cechą rzeczywistości.

Powstanie sfery sacrum dowodzi ogromnej kreatywności ludzkiego mózgu. O ile bowiem sfera profanum opiera się na "zwykłym" doświadczeniu i może być opisywana za pomocą reprezentacji mimetycznych, o tyle wizje świata nadprzyrodzonego wykraczają poza zwykłe doświadczenia i wymagają tworzenia abstrakcyjnych reprezentacji symbolicznych. Zasadne jest więc pytanie: skąd się one biorą? W przeszłości ich źródła upatrywano w boskiej interwencji lub cudownej inspiracji (teoria iluminacji). Uznawano, że rzeczy piękne i wielkie są tylko dziełem Boga, człowiek może je więc czynić jedynie wtedy, gdy dosięgnie go "iskra Boża" lub dozna "Bożej łaski". Dzisiaj wyjaśnienie jest prostsze. Wystarczy odwołać się do wiedzy o ludzkim mózgu. Jak wiemy, ten tworzy wyobrażenia z wrażeń, których dostarczają zmysły - nie może wyjść poza nie, ale może je przetwarzać na wiele różnych sposobów. Jeśli zatem "coś" sprawi, że mózg zawiesi zwykle stosowane "programy operacyjne" (modele świata, hipotezy percepcyjne, wzory poprawnej charakterystyki itd.) i zda się na luźne skojarzenia, to z zasobu gromadzonych w pamięci wrażeń może tworzyć zupełnie nowe, całkowicie fantastyczne wyobrażenia. Tak powstają halucynacje, omamy, przywidzenia, fantazje i wizje (Firth, 2011). Niektóre z nich mogą mieć religijny charakter. Na tego rodzaju praktyki zwracają uwagę m.in. teorie, które wizje religijne wiążą z rozmaitymi technikami ekstazy (Eliade, 1994). Techniki te służą temu, by za pomocą środków halucynogennych, rytmicznych dźwięków, medytacji, długiego postu itp. wprawiać jednostki i zbiorowości w stan transu, przenoszący je w "odmienne stany świadomości", dla których mózg szuka równie "odmiennej" formy wyrazu. Owe techniki ekstazy to właśnie to "coś", co zmienia tryb pracy ludzkiego mózgu i uruchamia kreatywność. Wyzwolone przez nią fantazje ogarniają całą rzeczywistość. Tak mogą się rodzić, i się rodzą, nie tylko wyobrażenia istot boskich czy wizje profetyczne, ale także oryginalne wizje artystyczne, rewolucyjne koncepcje polityczne, niekiedy nawet genialne odkrycia naukowe, choć zapewne częściej prowadzi to do szaleństwa i obłędu.

Metafory nasze codzienne

Charakteryzując mechanizmy tworzenia znaków, warto wspomnieć jeszcze o dwóch innych ważnych i znanych koncepcjach, które pokazują ich funkcjonowanie w potocznej komunikacji językowej oraz w twórczości artystycznej.

Pierwsza dotyczy metaforycznych podstaw języka. Jej autorzy, George Lakoff i Mark Johnson (1988), dowodzą, że język werbalny ma z gruntu metaforyczny charakter - ludzie opisują, a przez to rozumieją i doświadczają rzeczy danego rodzaju w terminach odnoszonych do innych rzeczy. Robią zaś tak po to, żeby za pomocą określeń metaforycznych uwypuklić i skupić uwagę na jakimś jednym aspekcie pojęcia, jednocześnie ukrywając inne jego aspekty. Najlepiej nadają się do tego pojęcia konkretne, oparte na wyrazistych, zmysłowo uchwytnych doświadczeniach, które w całości lub części są przenoszone na pojęcia bardziej ogólne czy abstrakcyjne. Dlatego najczęściej stosowane są metafory orientacyjne, oparte na relacjach przestrzennych: dół - góra, przód - tył, do - od, głęboko - płytko, blisko - daleko, głęboko - płytko. Na przykład określenia odwołujące się do tego, co na górze, znaczą: większy (wzrost dochodów), wysoki (szczyt kariery), dobry (wysoka jakość), racjonalny (wznieść się ponad emocje), dominujący (wysoka pozycja), prawy (szczytne zasady), świadomy (wstawać wcześnie), zdrowy (szczytowa forma); z kolei odniesienie do tego, co na dole, znaczy: mniejszy (mały dochód), niski (spaść na dno), zły (podły, podstępny), emocjonalny (pogrążony w smutku, w dołku), podległy (niskie stanowisko), nieprawy (zniżył się do tego), nieświadomy (pod narkozą), chory (podupadły na zdrowiu). Równie skuteczne są metafory ontologiczne, oparte na doświadczeniu czegoś, jako rzeczy lub substancji, np. ciężar długu, krucha psychika, szlifowanie formy, pole widzenia; personifikacje, np. teoria wyjaśnia, fakt przemawia, religia zabrania, inflacja zżera; metafory strukturalne, np. wojna polityczna, czas to pieniądz, strategia działania; a także wiele innych.

W większości przypadków metafory tego rodzaju są tak głęboko wbudowane w język i tak oczywiste, że ich w ogóle nie dostrzegamy. Ale są określenia i pojęcia, które mają wyłącznie strukturę metaforyczną. Dotyczy to zwłaszcza uczuć i emocji - nie sposób np. mówić o miłości bez metafor, o czym wie każdy zakochany. Metafory nie zastępują doświadczenia, jednak często silniej niż ono kształtują reprezentację mentalną tego, czego ono dotyczy, często pod wpływem zadziałania markerów somatycznych. Przez to wskazują, że doświadczenie ma zawsze kulturowy i osobisty charakter. Tak więc metaforyczność jako taka jest uniwersalną cechą języka, lecz każdy język i krąg jego użytkowników posługuje się inną metaforyką, wskazującą na swoiste dla danej kultury sposoby doświadczania, rozumienia i wartościowania świata. Języki różni też bogactwo określeń metaforycznych, jak również ich zróżnicowanie i stopień koherencji. I to właśnie jest wdzięczne pole dociekań badawczych.

Sztuka obrazu:iluzja przedstawiania, przedstawianie iluzji

Żadna dziedzina twórczości artystycznej nie ma tak długiej, bogatej i różnorodnej tradycji jak sztuki plastyczne. Od czasów prastarych malowideł naskalnych do współczesnej "cywilizacji obrazu" zmieniały się techniki, style i funkcje przedstawienia ikonicznego, lecz sama zasada jego tworzenia pozostała niezmienna. Trafnie ujął ją i opisał Ernst H. Gombrich (1981), wskazując, że cała twórczość plastyczna opiera się na dziecinnie prostej, bo już przez dzieci stosowanej, zasadzie prymatu kształtowania nad upodabnianiem, czemu odpowiada reguła schematu i korekty. Twórca musi najpierw zdecydować, co chce przedstawić i po co (pomysł, motyw, koncepcja), następnie określić ogólny kształt obrazu (kompozycja, schemat, stereotyp), kończąc na modyfikowaniu schematu i dodawaniu do niego charakterystycznych szczegółów upodabniających obraz do wyglądu obiektu, który ma przedstawiać. Powstały obraz to płaska powierzchnia pokryta farbami w określonym porządku, reszta to tylko iluzja. Historia sztuki to dzieje sposobów wywoływania i funkcji iluzji, czyli pokazywania tego, czego w obrazie nie ma (np. technika trompe l'oeil).

W starożytności chodziło o iluzję nieprzemijalności - posągi władców miały zapewnić im życie wiekuiste (jak dziś pomniki). Później Grecy wymyślili mimesis, wyznaczając iluzji nowe zadania - posągi i obrazy miały wywoływać złudzenie naśladowania natury. Schematy i techniki temu służące doprowadzili do perfekcji twórcy renesansowi przez zasady perspektywy linearnej, sposoby operowania kolorem i światłocieniem oraz umiejętności chwytania postaci w ruchu i gestów ruch sugerujących. Ciągłe modyfikowanie schematów przybliżających do wiernego naśladowania natury (realizmu, naturalizmu) zostało jednak radykalnie przełamane przez impresjonistów. Odrzucili oni schematyzm wyglądów, oparty na wiedzy o sposobach przedstawiania natury, gdyż pojawienie się fotografii zmieniło sytuację malarza - obiektyw kamery i fotochemiczny zapis światła lepiej oddają wygląd świata niż wizja artysty i farby na płótnie. Zamiast więc rywalizować z fotografią pod względem sposobu przedstawiania natury, malarze zajęli się teraz przedstawianiem natury samego sposobu widzenia, czyli pokazania wrażeń powstających "w świeżym oku", zanim mózg przerobi je w znaczący obraz. Tyle że malowane kompozycje plam i kolorów nie były niczym innym, jak tylko nową konwencją przedstawiania, też opartą na wiedzy. Żeby bowiem pokazać migot barwnych plam na siatkówce oka, twórcy musieli znaleźć dla tego odpowiednią formę i środki wyrazu, tzn. wymyślić nowy schemat. Tak więc najbardziej radykalna próba zerwania z myśleniem konceptualnym jako podstawą przedstawienia obrazowego, mająca pokazać wrażenia "świeżego oka", okazała się mitem. Artysta może coś przedstawić tylko wtedy, gdy wie, co i jak ma być przedstawione. Tak jest nawet w przypadku malarstwa abstrakcyjnego, które świadomie odchodzi od upodabniania, ale nadal coś i w jakiś sposób przedstawia.

Analizowana przez Gombricha niemożność wyjścia poza schematy i pokazania surowego obrazu natury: prawdziwych wyglądów, a nie wyobrażeń malarzy, wynika nie tyle z logiki przedstawienia obrazowego, ile raczej z natury procesu percepcji. Malarze wcześniej niż psychologowie odkryli, że nie da się oddzielić wrażeń wywoływanych przez postrzegany obiekt od wyobrażeń o nim, powstających w przestrzeni mentalnej na podstawie kojarzonej z nim hipotezy percepcyjnej, którą owe wrażenia potwierdzają, modyfikują lub obalają. Obrany przez twórcę schemat wyjściowy jest więc ekwiwalentem owej hipotezy, a jego korekty upodabniają obraz do wizji artysty. Korekty mogą wynikać ze świadomych poszukiwań nowych form wyrazu (eksperyment artystyczny) lub być dziełem przypadku, swego rodzaju mutacją, która ujawnia nowe możliwości twórcze lub wiedzie na manowce. Jednak wraz z rozwojem wiedzy i umiejętności kształtowania obrazu korekty prowadzą do tworzenia nowych schematów, które zapoczątkowują nowy styl lub tendencję artystyczną, otwierając nowy etap niekończącej się gry oczekiwań między twórcą i odbiorcą.

Powodzenie tej gry, czyli osiągnięcie porozumienia między artystą i widzem, zależy od zdolności odbiorcy do prawidłowego odczytania obrazu i współtworzenia iluzji. Bo iluzja działa na zasadzie powtórnego rozpoznania - odbiorca rozpoznaje w obrazie tylko to, co już wcześniej rozpoznał, czego doświadczył, co obejmuje jego uprzednia wiedza. Dokonuje on projekcji, tj. rzutuje na obraz własne wyobrażenia (schematy poznawcze) i dopasowuje je do przedstawionych kształtów. Wyobrażenia, które najpełniej pasują do obrazu, nadają mu znaczenie. Żeby projekcja wywołała iluzję, obraz musi spełniać trzy warunki: (1) musi zawierać elementy charakterystyczne, wyraźnie sugerujące kierunek interpretacji; (2) elementy te muszą tworzyć zborny, niesprzeczny układ; (3) między nimi muszą istnieć "puste miejsca", które wypełnia wyobraźnia odbiorcy. Jeśli dwa pierwsze czynniki tworzą obraz zbyt wyrazisty i jednoznaczny, odbiorca nie ma czego dopełniać i słabo się angażuje; jeśli zaś obraz jest zbyt niedookreślony i wieloznaczny, odbiorca nie wie, jak go dopełnić, i odczuwa frustrację. Sukces artystyczny i komunikacyjny jest wtedy, gdy odbiorca znajduje właściwy klucz interpretacyjny, równocześnie wzbogacając swoją wiedzę (przez korektę schematów poznawczych). Wbrew potocznym mniemaniom gra oczekiwań między twórcą i odbiorcą ma całkowicie racjonalny charakter i podlega dość ścisłym regułom, które wyznaczają rozmaite kody wizualne. Badacze tych kodów wciąż zgłębiają naszą wiedzę o tym, jak morfologia, struktura i kontekst przedstawienia obrazowego określają jego percepcję i sposób rozumienia (Bagiński, Francuz, 2007).

DYSKURS. WŁADZA UKRYTA W ZNAKACH

Pojęcie dyskursu szturmem wdarło się (w latach 80.-90. XX wieku) do nauk humanistycznych i społecznych, także medioznawstwa, i zadomowiło się w nich na dobre. Wywiedzione z łaciny (discursus - rozproszenie, bieganie tu i tam, rozmowa), na gruncie współczesnego językoznawstwa nabrało nowego znaczenia i zostało przejęte przez inne dyscypliny badawcze. Pojęciem tym zaczęto określać takie użycie języka, gdy wypowiedź jednej osoby skierowana do innej (innych) wywołuje jej (ich) reakcje w postaci wypowiedzi zwrotnej oraz/lub odpowiedniego działania (np. owego "biegania tu i tam"). Odpowiedniego znaczy tu: zgodnego z intencją (myślą) zawartą w początkowej wypowiedzi (Czyżewski, 2005).

Najprostszym przykładem praktyki dyskursywnej jest zwykła ceremonia powitania. Osoba wchodząca do pomieszczenia, gdzie przebywają inne osoby, zwraca się do nich zwykle słowami "dzień dobry", a one odpowiadają: "dzień dobry", "cześć", "witam", "się masz", "czołem"; niektóre z nich wykonują też gest powitania ręką lub skinieniem głowy bądź podają rękę do powitalnego uścisku. W tej prostej ceremonii zawarta jest cała mechanika dyskursu. Nowo przybyły, wypowiadając słowa "dzień dobry", zwraca na siebie uwagę i dokonuje autoprezentacji wobec osób obecnych w pomieszczeniu - chce być zauważony jako podmiot, osoba ludzka, i uznany za uprawnionego do przebywania w tym pomieszczeniu i towarzystwie tych osób, nie zaś traktowany jako nieproszony intruz. Gdy zna te osoby, potwierdza to i odnawia łączące go z nimi relacje; gdy ich nie zna, przedstawia się jako osoba kulturalna, chcąca nawiązać z wszystkimi poprawne czy nawet życzliwe stosunki. Reakcje innych osób wyrażają stosunek do nowo przybyłego - odpowiedź "dzień dobry" sygnalizuje stosunek cokolwiek oficjalny, zwroty "cześć", "czołem", "się masz" oznaczają zażyłość i sympatię, natomiast słowo "witam" wyraża sympatię bez zażyłości. W ten sposób dokonuje się akt włączenia nowo przybyłego do grupy oraz potwierdzenie lub nawiązanie z nim stosunków przez jej członków. Jeśli ktoś nie zareaguje na powitanie przybysza, zamanifestuje niechęć lub obcość wobec niego, pośrednio zdystansuje się też do grupy. Z pozoru zachowania członków grupy są więc reakcją na słowa nowo przybyłego. W rzeczywistości każdy reaguje na model mentalny sytuacji uaktywniony w jego przestrzeni mentalnej (umyśle), który obejmuje: regułę formalną (reguła działania określająca wzorce zachowań uczestników określonej sytuacji, np. powitania); kontekst socjokulturowy (rozpoznanie miejsca i charakteru sytuacji: prywatna lub publiczna, oraz mających odniesienie do niej norm, obyczajów i wzorców zachowania określanych przez inne dyskursy, relacji władzy, prestiżu i uznania, stopnia formalizacji kontaktów, różnic statusów, praktyk materialnych, a także wszelkich okoliczności, które modyfikują regułę formalną, np. niepełnosprawność, ciąża, nagłe wydarzenie itp.) oraz czynnik indywidualny (płeć, wiek, status, rola i pozycja społeczna, a także atrakcyjność interpersonalna, maniery, nastrój itp.). Słowami "dzień dobry" przybysz uruchamia nie tylko działanie dyskursu grzeczności, zmuszając pozostałych do uobecnienia się w jego ramach ("jestem dobrze wychowany, więc odpowiadam"), uaktywnia także inne dyskursy (regulujące stosunki rodzinne, towarzyskie, służbowe czy określoną dziedzinę praktyki zawodowej), zostawiając zarazem każdemu nieco swobody na określenie swojego stosunku do przybysza ("znam cię", "szanuje cię", "lubię cię"). Tak oto, za pomocą dyskursu grzeczności, przybysz aktywizuje (i utrwala) określony model mentalny pewnej sytuacji (będący częścią ogólniejszej wizji społeczeństwa) oraz powoduje zachowania nadające mu realną postać. Dyskurs jest konstruktem społecznym, który spaja w nierozerwalną całość wypowiedź (język), ideę (schemat poznawczy) i zachowanie (interakcję). Każdy z tych elementów aktywizuje pozostałe, a wszystkie razem współtworzą świat społeczny człowieka (van Dijk, 2001).

Podany przykład ilustruje działanie dyskursu na najniższym poziomie praktyki społecznej. Jednak dyskursy przenikają wszystkie obszary życia społecznego, ich zaś rzeczywistą moc stanowienia ładu społecznego widać tam, gdzie regulują praktyki o dużym stopniu złożoności oraz zróżnicowania statusów, ról społecznych, interesów, czyli w instytucjonalnie wyodrębnionych dziedzinach życia społecznego, jak np. rodzina, religia, seksualność, polityka, medycyna, nauka, prawo i porządek (Foucault, 1977; 1993; 1999; 2002). Złożoność tych dziedzin praktyki znajduje odbicie w złożoności właściwych im struktur dyskursywnych, co z kolei odbija się na teoriach dyskursu. A jest ich sporo i różnią się znacznie. Te z nich, które koncentrują się na praktyce komunikacyjnej i zawężają pole analizy do relacji język - myślenie, są dość spójne i dobrze uporządkowane (Kurcz, 2000), natomiast te, które obejmują wszystkie aspekty praktyk dyskursywnych, czyli język - myślenie - interakcje, uwzględniając nadto ich szeroki kontekst socjokulturowy, cechuje brak precyzji, ogólnikowość czy nawet wewnętrzna niespójność (Howarth, 2008; Horolets, 2008).

Nie ma wobec tego jednej ogólnej, szeroko akceptowanej teorii dyskursu. Mimo to w różnych teoriach znaleźć można szereg elementów wspólnych. Tak więc przy szerokim ujmowaniu dyskursu należy uwzględniać trojakiego rodzaju elementy go tworzące:

- działania komunikacyjne - swoiste dla danej dziedziny praktyki i regulującego ją dyskursu sposoby posługiwania się językiem werbalnym i niewerbalnym (konwencje gatunkowe, schematy pojęciowe, formuły stylistyczne, figury retoryczne itp.) oraz kategoryzacje i formy reprezentacji, za pomocą których ludzie opisują rzeczywistość, wyrażają swoje zamiary oraz usiłują wpływać na zachowania innych ludzi (lokucja); - modele mentalne - sposoby pojmowania zdarzeń w danej dziedzinie praktyki oraz nadawania im znaczeń w ramach przestrzeni mentalnych, wpisujące te zdarzenia/znaczenia w ogólniejsze wyobrażenia i wiedzę o świecie (wiedzę potoczną, naukę, religię, ideologię), z czego wynikają bliższe określenia dotyczące (illokucja): - czynnika indywidualnego, tj. cech osobowych (płeć, wiek, wykształcenie, tożsamość, status społeczny) i innych atrybutów jednostki, które warunkują uznanie jej podmiotowości w ramach danego dyskursu i dziedziny praktyki oraz czynią jej wypowiedzi i działania ważnymi (zobowiązującymi innych do reakcji) bądź to wykluczają; - reguł formalnych, tj. wzorów i zasad działania w danej dziedzinie praktyki oraz praw i powinności jednostki w kontaktach z innymi ludźmi, jak też sposobów wpływania na ich zachowania i powodowania pożądanych (właściwych) reakcji na nie; - kontekstu socjokulturowego, tj. podmiotowego i przedmiotowego zakresu dyskursu, w tym zwłaszcza: środowiska lub grupy społecznej respektującej dyskurs, standardów kultury, norm prawnych, stylów życia oraz innych czynników, także innych dyskursów podporządkowanych danemu dyskursowi lub opozycyjnych wobec niego, które wpływają na relację między ludźmi, każdemu wyznaczając jego pozycję oraz dyspozycje do działania w obszarze dyskursu; - interakcje - reakcje jednostek, zbiorowości lub instytucji na działania komunikacyjne podmiotów dyskursu (perlokucja), kształtujące relacje między nimi oraz ogólne ramy ładu społecznego w dziedzinie praktyki objętej dyskursem.

Tak ujmowane dyskursy powstają na bazie języka naturalnego (etnicznego) oraz praktyk komunikacyjnych wielkich zbiorowości społecznych (kręgu kulturowego, społeczeństwa, narodu) i są wytworem poszczególnych grup (klas, warstw, grup zawodowych, środowisk), które łączą (a w obrębie tej zbiorowości różnicują) wspólne interesy, wartości i dążenia. Za pomocą określonych treści symbolicznych (mitu, ideologii, religii, nauki) oraz specyficznych dla nich form wyrazu i środków przekazu (znaków, kodów, konwencji, rytuałów, norm prawa) grupy te chcą kształtować poszczególne dziedziny praktyki społecznej lub wręcz narzucić ramy całego ładu społecznego. Motywem i celem tworzenia dyskursu jest dążenie do ochrony wspólnych interesów szerszej społeczności (np. bezpieczeństwa, suwerenności, wolności, praw obywatelskich, dostępu do zasobów itp.) bądź troska o partykularny interes pewnej jej części (klasy, wspólnoty religijnej, grupy zawodowej, mniejszości etnicznej, mężczyzn, kobiet itp.) kosztem reszty. Dyskurs jest faktycznie dyskursem o tyle, o ile wpływa na sposób myślenia i postępowania ludzi, a jeśli wpływa, to jest nośnikiem wiedzy i wyobrażeń o rzeczywistości, które są źródłem i narzędziem władzy nad ludźmi żyjącymi w tej rzeczywistości. Pełnię władzy dyskurs osiąga wtedy, gdy ulega naturalizacji i instytucjonalizacji - gdy zawarta w nim wizja świata zostaje uznana za obiektywną reprezentację rzeczywistości ("świat taki jest", "tak się rzeczy mają") oraz gdy powstają instytucje i praktyki skutecznie eliminujące z życia danej grupy czy szerszej społeczności zachowania i działania sprzeczne z dyskursem, więc nienaturalne, nienormalne, dewiacyjne, patologiczne itd. Kto potrafi narzucić innym swój dyskurs, ten ma nad nimi jakąś władzę, lecz dyskurs może narzucić ten, kto już ma na kimś jakąś władzę, bo jak mawiał Bertolt Brecht "nieprzymuszony, nikt przymusu nie chce". W zamierzchłych czasach dyskurs narzucano mocą miecza i magią religii, później siłą pieniądza i podstępem ideologii, a dzisiaj potęgą mediów i czarem kultury popularnej.

Poszczególne dyskursy są mniej lub bardziej rozbudowane, obejmują węższą lub szerszą dziedzinę spraw, lecz zawsze wiążą: język, schematy poznawcze i interakcję, bo na tym polega ich regulacyjna i adaptacyjna rola - wskazują, co należy, a czego nie należy robić, żeby osiągnąć zamierzone cele. Żeby jednak w ogóle odegrały jakąkolwiek rolę, najpierw muszą być rozumiane i akceptowane przez tych, do których są kierowane. W tym sensie dyskursy podlegają wszystkim wymogom, jakie określają skuteczność każdego działania komunikacyjnego. Wymogi te doskonale wyłożył Jürgen Habermas w swojej teorii działania komunikacyjnego jako podstawy demokratycznego ładu społecznego (Habermas, 1999). Według niej ów ład tworzą tylko takie interakcje, w których ludzie koordynują swoje plany działania na podstawie komunikacyjnie osiągniętej zgody. Dochodzi do niej zaś wtedy, gdy jedna strona zgłasza roszczenia do ważności swoich działań komunikacyjnych (chce, by jej wypowiedzi i działania traktować poważnie), a druga je akceptuje, podejmując odpowiednie działania zwrotne, wiążące akcję i reakcję w interakcję. Ściślej: osoba kierująca wypowiedź do innej osoby oczekuje (roszczenia ważnościowe), że tamta uzna jej wypowiedź za: zrozumiałą (jest dostatecznie jasna), trafną (mówi prawdę i na temat), szczerą (nie ma w niej ukrytych zamiarów), słuszną (zawarte w niej przekonania i oczekiwania są uzasadnione). Przy czym, co najważniejsze: kryteria weryfikacji roszczeń ważnościowych dotyczących działań komunikacyjnych w ramach określonej dziedziny praktyki społecznej określa dyskurs regulujący tę dziedzinę. Adresat wypowiedzi ocenia te roszczenia na podstawie swojego obrazu sytuacji (modelu mentalnego), wywiedzionego z tego samego dyskursu, którym posłużył się autor wypowiedzi, lub innego, gdy ów lepiej chroni jego interesy. Jeśli odrzuci choćby jedno z roszczeń ważnościowych, a tym bardziej kilka czy wszystkie, to unieważni wypowiedź - nie musi traktować jej na serio i reagować zgodnie z zawartymi w niej dyspozycjami. Jeśli natomiast uzna, że wszystkie roszczenia są ważne, to uważni całą wypowiedź i musi potraktować ją na serio - gdy tego nie zrobi, stawia się poza porządkiem dyskursu, co często oznacza wykluczenie z danej społeczności. To rodzi powinność reakcji (perlokucja) zgodnej z dyspozycjami zawartymi w wypowiedzi lub wynikającymi z kontekstu czy sytuacji komunikacyjnej. Oczywiście reakcja może być inna, bo adresat wypowiedzi źle ją zrozumiał albo nie chce czy nie może zrobić tego, co należałoby. Wtedy porozumienie jest dalej negocjowane lub w ogóle niemożliwe.

Jeśli połączymy przedstawione wcześniej ujęcie dyskursu z teorią działania komunikacyjnego Habermasa, uzyskamy ogólny model dyskursu. Łączy on w całość ideologiczną (wewnętrzną, mentalną) i komunikacyjną (zewnętrzną, czynnościową) strony dyskursu, co pokazuje rysunek 4.

Rysunek 4: Ogólny model dyskursu

Źródło: opracowanie własne.

Tak skonstruowany dyskurs umożliwia porozumiewanie się ludzi i reguluje relacje między nimi, jest więc źródłem władzy. Nie jest to władza "w czystej postaci" (przymus, siła fizyczna), lecz władza wbudowana w pewien model rzeczywistości oraz wynikające z niego reguły organizacji praktyki społecznej, traktowane jako naturalny porządek rzeczy. Każdy, kto ma jakieś interesy w obszarze tej praktyki, musi poznać te reguły i poddać się ich reżimowi (władza dyscyplinarna), by móc osiągnąć zamierzone cele. Władza dyskursu polega zatem na mocy sprawczej w zakresie nadawania znaczeń oraz kształtowania relacji między ludźmi wedle formuły "wiedzieć to móc" - np. im ktoś lepiej zna reguły dyskursu medycznego, tym lepiej komunikuje się z lekarzami, więcej dowiaduje się o zwalczaniu dolegliwości zdrowotnych i skuteczniej je zwalcza z korzyścią dla siebie i otoczenia (także lekarzy). Poddanie się władzy dyskursów jest adaptacyjną koniecznością, ponieważ regulują one wszystkie dziedziny praktyki społecznej i zrealizowanie któregokolwiek z głównych celów adaptacyjnych (poprawa warunków życia, znalezienie partnera i założenie rodziny, wychowanie potomstwa, osiągnięcie znaczącej pozycji społecznej, samorealizacja) poza porządkiem odpowiedniego dyskursu nie jest możliwe. Oczywiście nie oznacza to, że dyskursy są wieczne. Przeciwnie, są tworami historycznymi - powstają na pewnym etapie ewolucji społeczeństwa i kultury, same podlegają ewolucji, a z czasem przestają pełnić funkcje adaptacyjne i ulegają selekcji, czyli wychodzą z użycia. Im bardziej dyskurs jest znaturalizowany i wrośnięty w rzeczywistość społeczną, tym owa selekcja trwa dłużej. Można to obserwować na przykładzie dyskursu religijnego oraz opartego na nim dyskursu patriarchalnego, obejmującego wszystkie dziedziny życia społecznego. Dyskurs religijny został zakwestionowany już w dobie oświecenia (XVIII wiek), lecz dopiero w ostatnim półwieczu sekularyzacja nabrała tempa, zastępując go innymi formacjami dyskursywnymi, jak: neoliberalizm, indywidualizm, feminizm, konsumpcjonizm, postmodernizm oraz innymi izmami. Proces ich wrastania w rzeczywistość przebiega z różną intensywnością, ale nie da się go zatrzymać.

CZŁOWIEK JAKO MEDIUM. OD ORALNOŚCI DO CIELESNOŚCI

Żaden znak ani żadna forma reprezentacji rzeczywistości nie mogą istnieć bez jakiegoś nośnika materialnego, zapewniającego im obiektywny byt. Nośnikiem reprezentacji mentalnych są połączenia synaptyczne między komórkami neuronowymi (utrwalone w hipokampie), nośnikami reprezentacji semiotycznych są odpowiednio uformowane obiekty fizyczne, którym komunikujący się ludzie nadają status znaków o przypisanych im znaczeniach. Określenie "odpowiednio uformowane" oddaje sens łacińskiej etymologii terminu "informacja", bo informare to nadawać czemuś kształt, coś zamykać w formie. W określeniu tym występują trzy elementy: czemuś/coś, kształt/forma, nadawać/zamykać. Pierwszy dotyczy jakiejś materii, substancji, rzeczy oraz narzędzi będących fizycznym tworzywem i nośnikiem informacji (np. głos ludzki, papier, farby, drewno, kamień, instrumenty muzyczne, kamera filmowa, technika wideo, komputer). Drugi odnosi się do kodów, języków, konwencji narracyjnych i stylistycznych, które wskazują, jak kształtować tworzywo, żeby przedstawiało/reprezentowało/wyrażało określone znaczenia (obrazy ludzi i świata, treści pojęciowe, emocje, zamiary). Element trzeci to wiedza i umiejętności dotyczące tworzywa, narzędzi jego przetwarzania oraz reguł działania, które warunkują nadanie tworzywu pożądanego kształtu (co zwykle określa się jako wiedzę i umiejętności warsztatowe).

Materii nie da się oderwać od formy ani formy od materii, a bez odpowiednich narzędzi i umiejętności formowanie materii nie daje pożądanych rezultatów, tzn. nie tworzy znaku, któremu przysługuje określone znaczenie. Dlatego wszystkie te trzy elementy ujmuje się z reguły łącznie i określa zbiorczym terminem "medium". Nierozerwalność i współzależność tych elementów widać na przykładzie najbardziej podstawowego i naturalnego medium komunikacji między ludźmi, jakim jest sam człowiek, stanowiący nierozerwalny splot własności fizycznych, psychicznych, społecznych. Właśnie nierozerwalność tego splotu sprawia, że tylko człowiek i tylko w bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem może najpełniej wyrazić siebie, zrozumieć drugiego i się z nim porozumieć, jeśli obaj tego chcą i do tego dążą.

Odkąd człowiek nauczył się mówić, komunikacja werbalna w sytuacji bezpośredniego kontaktu jest najbardziej naturalną formą porozumiewania się ludzi. Tak było, jest i będzie. Jednak warunki, w jakich ludzie używają słów, określają charakter komunikacji. Inaczej przebiega ona dzisiaj, w środowisku nasyconym rozmaitymi mediami rejestracji, gdy każde wypowiedziane słowo może być utrwalone "na wieki", a inaczej przebiegała w czasach, kiedy nie istniało jeszcze pismo, a wszystko, co miało przetrwać, musiało być zapamiętane i powtarzane. I tylko to przetrwało. W czasach przedpiśmienności, nazywanych okresem oralności pierwotnej, kształtowały się zręby naszej cywilizacji i kultury, pewne zaś sposoby budowania obrazów rzeczywistości z samych słów przetrwały do dziś, jak tego dowodzą badacze owej oralności, Walter J. Ong (1992) czy Eric A. Havelock (2006).

Trudno sobie wyobrazić świat "nieskażony pismem", gdzie słowa były ulotne, jak dźwięki, które wybrzmiewają, zanim słowo zostanie wypowiedziane (gdy mówiąc "słowo", przechodzę do "wo", to "sło" już uleciało). W tych warunkach słowa i niesione przez nie myśli mogą przetrwać o tyle, o ile osadzą się w pamięci mówcy i słuchacza - "wiem, co pamiętam, czego nie pamiętam, nie istnieje". Cała więc sztuka komunikacji oralnej polegała na maksymalnym dostosowaniu sposobu mówienia do reguł funkcjonowania mózgu. Jak zwykle zadziałał mechanizm selekcji - metodą prób i błędów wypracowano takie środki ekspresji, które najlepiej służyły zapamiętywaniu słów i myśli. W praktyce polegało to na posługiwaniu się ustalonymi formami (przysłowia, porzekadła, formuły, metafory, maksymy itp.) oraz stosowaniu rozmaitych środków mnemonicznych, ułatwiających zapamiętywanie przekazu. Wtedy zapewne narodziła się opisana przez Gombricha zasada schematu i korekty.

Środkami mnemonicznymi typowymi dla pierwotnej kultury oralnej są: silna rytmizacja wypowiedzi (stały rozkład akcentów); dodawanie kolejnych elementów rozwijanej opowieści jako równoważnych, zamiast ich porządkowania wedle ważności (addytywność); gromadzenie epitetów, superlatywów, określeń opartych na jasnych podziałach i opozycjach; powtarzanie tych samych myśli lub sformułowań (redundancja); podtrzymywanie znanych prawd i mądrości oraz uznanej wiedzy (zachowawczość); odnoszenie myśli i wiedzy do świata ludzkich działań i doświadczeń; nasycenie opowieści konfliktami, wrogimi zmaganiami czy sporami angażującymi uwagę słuchacza, prowokującymi do żywych reakcji; budowanie empatii oraz emocjonalnej relacji między mówcą i słuchaczem; określanie znaczenia słów przez odnoszenie ich do konkretnych obiektów lub sytuacji (a nie innych słów); brak wyrażeń i pojęć abstrakcyjnych (Ong, 1992).

Mówimy o oralności, ale przekaz ustny zawsze był wspomagany przez zachowanie mówcy i słuchaczy, a także otoczenie, czyli spajającą wszystko sytuację. Gesty, ruchy ciała, wokalizy i zaśpiewy, dźwięki wydawane przez proste instrumenty, reakcje odbiorców miały ułatwiać rozumienie opowieści i utrwalać ją w pamięci. Mówca nie tyle ilustrował wypowiedź, ile raczej odgrywał opowiadane zdarzenia. Przekaz stawał się więc czymś więcej niż tylko reprezentacją rzeczywistości, on ją tworzył. A ponieważ był budowany ze znanych, po wielokroć powtarzanych tematów i formuł, odbiorcy mogli łatwo włączać się do opowieści i wpływać na jej przebieg. Tak rodziła się wspólnota, która ciągle modyfikowała opowiadane historie. Tym łatwiej, że nie opierały się one na fabule linearnej i związkach chronologicznych, tylko na narracji epizodycznej, której układ mógł zmieniać się z opowieści na opowieść. Mówca "zszywał" narrację wedle tego, jak wyczuwał nastawienie słuchaczy, w każdym epizodzie wprowadzając ich od razu w istotę rzeczy (in medias res, "w rzeczy samej"). Przedmiotem opowieści były zaś postacie wyolbrzymione, monumentalne lub skrajnie dziwaczne, dokonujące czynów heroicznych lub siejące grozę. Bo takich bohaterów, takie zdarzenia, takie formy opowieści - łatwiej zapamiętać.

Wynalezienie pisma, a później upowszechnienie druku zmieniło sytuację. Wprawdzie ludzie nadal porozumiewali się głównie ustnie, lecz słowa traciły na znaczeniu, a mowa przestała pełnić tak ważne funkcje, jak kiedyś. Wszystko, co ważne, można było zapisać, akumulacja wiedzy nie wymagała już wysiłku pamięciowego, podstawę ładu społecznego stanowiły przepisy prawa, a codzienne konwersacje i wypowiedzi publiczne podlegały wpływom języka literackiego. Nie wszyscy jednak w równym stopniu korzystali z dobrodziejstw piśmienności i druku. Analfabetyzm znikał powoli. A gdy po kilku stuleciach spychania żywego słowa na margines zbliżał się ostateczny triumf piśmienności, pojawiły się nowe - naonczas - media: telefon, radio, patefon, film dźwiękowy, telewizja, które radykalnie zmieniły bieg historii. Słowo mówione zaczęło odzyskiwać utraconą pozycję. Ale było to inne słowo i inna mowa. Jeśli więc można mówić o zwrocie ku oralności, to z pewnością jest to oralność wtórna (Ong, 1992; Silverstone, 1990; Levinson, 1999).

W przeciwieństwie do oralności pierwotnej, rządzącej się jasnymi prawami, charakterystyka oralności wtórnej nie jest łatwa. Jest to bowiem zjawisko bardzo złożone i zmienne, nadal ewoluujące pod wpływem kolejnych nowych mediów: komputera, internetu, telefonu komórkowego, które tworzą nowe środowisko komunikacyjne. Zachowując wszystkie cechy oralności pierwotnej, słowa mówione nie mają dziś takiej mocy, jak kiedyś. Nie angażują już tak silnie odbiorcy - nie mają takiej nośności, znaczenia ani oddziaływania. Wprawdzie ludzie mówią dziś dużo i szybko, ale niezbyt starannie, bez świadomości wagi słów. Te tracą więc swoją wagę. Zmieniają się też funkcje mowy. Nie jest już ona takim spoiwem ani fundamentem ładu społecznego, jak w erze przedpiśmiennej. W cechującej współczesność kulturze indywidualizmu mowa bardziej dzieli, niż łączy, służy bardziej manifestowaniu własnej podmiotowości i odrębności niż integrowaniu ludzkich zbiorowości (Jacyno, 2007). A jeśli służy integrowaniu, to na krótką metę, wspomagając powstawanie efemerycznych wspólnot, swego rodzaju "nowych plemion" (Maffesoli, 2008). Jednak głównym i czynnikami destrukcji oralności pierwotnej jest niewątpliwie dynamizm współczesnego świata. Nie ma dziś sensu zbytnio obciążać mózgu "pamięcią świata", bo szybko traci ona "datę ważności"; dłużej trwa zapamiętywanie wiedzy o świecie niż jej praktyczna użyteczność. Zresztą, po co w ogóle człowiek miałby to robić, jeśli w każdej chwili może skorzystać z nieprzebranych zasobów internetu?

Choć więc ludzie nadal dużo mówią, a czasem nawet coś z tego wynika, to najczęściej słowa mają drugorzędny charakter. Różnie się to przejawia. Po pierwsze - w świecie zdominowanym przez media liczą się tylko te słowa, które zostaną utrwalone i nagłośnione przez media. Prymarna mowa nabiera nośności dzięki mediom wtórnym; jako forma (auto)prezentacji jednostki mowa jest podporządkowana (re)prezentacji medialnej, jest "tworzywem" nowego przekazu - media kształtują dziś sposoby mówienia, zwyczaje językowe oraz wzorce (auto)prezentacji. Każde medium wyrywa ludzką mowę z jej pierwotnego kontekstu, wbudowując ją w inny układ kontekstowy, gdzie zestawiona z innymi słowami czy obrazami nabiera nowego znaczenia. Dzisiejsza kultura medialna jest kulturą wysokiego kontekstu (Hall, 2001). Znaczy to, że cała przestrzeń, w której przebiega komunikacja, nasycona jest kodami, schematami, obrazami i informacjami wpływającymi na rozumienie słów, często w sposób decydujący (np. te same wypowiedzi polityka cytowane w różnych mediach i inaczej komentowane mogą mieć przeciwstawne znaczenie). Nawet smartfon, najbardziej osobiste medium, wyrywa słowa z kontekstu mówcy i przenosi je w kontekst interlokutora, zresztą coraz częściej za pomocą SMS-ów.

Po drugie - w kulturze indywidualizmu komunikowanie niewerbalne bardziej określa tożsamość jednostki niż przekaz werbalny. Jak obliczyli badacze tzw. mowy ciała, rozumienie ludzkich zachowań komunikacyjnych zależy w 7 procentach od słów, w 38 procentach od sygnałów głosowych i aż w 55 procentach od rozmaitych sygnałów niewerbalnych (Pease, Pease, 2011). Niewerbalny kontekst wypowiedzi (mimika, gestykulacja, postawa, ubranie, rekwizyty, przestrzeń itd.) zawsze był ważny, także w oralności pierwotnej, lecz tam służył wyrazistości przekazu i efektom mnemonicznym; teraz jest podporządkowany budowaniu własnego wizerunku, własnej tożsamości mówcy. Każda wypowiedź określa dziś przede wszystkim samego mówcę, a interpretacja jego słów zależy głównie od tego, jakie sprawia wrażenie. W coraz bardziej przelotnych, krótkotrwałych i powierzchownych relacjach między ludźmi skupienie uwagi i utrzymanie kontaktu (fatyczność) oraz atrakcyjność i intencje mówiącego (samozwrotność przekazu) liczą się bardziej niż znaczenia wypowiadanych słów. Ważniejsze niż to, co się mówi, jest to, jak się jest postrzeganym; to zaś, jak jestem postrzegany, zależy bardziej od wrażeń wywoływanych przez mój wygląd i zachowanie niż wrażeń przekazywanych w akcie mówienia (Goffman, 2000); ergo cielesność znaczy dziś więcej niż oralność. Oto sylogizm, który pokazuje istotę współczesnej komunikacji interpersonalnej.

Cielesny i fizyczny wymiar ludzkiej egzystencji nie tylko tworzy ramy komunikacji społecznej, jest też terenem walki o władzę nad człowiekiem. Z jednej strony, ciało i zachowania podlegają praktykom rozmaitych instytucji regulujących ład społeczny (poczynając od rodziny, szkoły, a na dyktatorach mody kończąc), z drugiej strony - wyrażają ludzką indywidualność i niezależność lub ich brak. W przeszłości człowiek podlegał wielu rygorom "biowładzy" regulującej ściśle jego zachowania zarówno w sferze publicznej, jak też prywatnej, a nawet intymnej (Foucault, 2011). Jego możliwości (auto)ekspresji były więc odgórnie sterowane i ograniczone. Dzisiaj może korzystać ze znacznie szerszej swobody (choć nadal ograniczanej przez media, które wpędzają wiele kobiet i wielu mężczyzn w obsesyjną troskę o dopasowanie własnego ciała i wyglądu do eksponowanych w nich wzorców fizycznej atrakcyjności), traktując ciało jako środek ekspresji własnej osobowości oraz transgresji krępujących go norm, obyczajów czy systemów wartości. W tym celu może swobodnie posługiwać się ciałem zarówno zakrytym, jak też odkrytym. Przez sposoby zakrywania ciała (ubiór, makijaż, ozdoby, tatuaż) może manifestować swój status społeczny oraz gust czy upodobania; przez sposób jego odkrywania - swoją kondycję oraz atrakcyjność seksualną. We wszystkich tych i innych aspektach ludzkiej egzystencji cielesność jest bardziej wyrazista, sugestywna i wiarygodna niż oralność. Bo oczy przesyłają do mózgu/umysłu więcej wrażeń niż uszy, a wrażenia wzrokowe wywołują szybsze i intensywniejsze reakcje emocjonalne niż mowa - "pierwsze wrażenie" często definiuje nasz stosunek do innych ludzi na długo, niekiedy na zawsze.

MEDIA MASOWE. (RE)PRODUKCJA RZECZYWISTOŚCI

Tylko człowiek może wyrazić siebie i swoje myśli najpełniej, ale jego ekspresje są ulotne - istnieją tu i teraz, przez chwilę, po czym znikają bezpowrotnie, na zawsze. Od niepamiętnych czasów ludzie szukali więc środków i sposobów, żeby te ekspresje utrwalać, pokonując czas, i przenosić w inne miejsca, pokonując przestrzeń. Poszukiwania te owocowały wynajdywaniem różnych środków przekazu, które na trwałe wpisały się w cywilizacyjną, społeczną i kulturalną historię ludzkości (Ihnatowicz, 1989; Bajka, 2008; Burke, Briggs, 2010). Kamienie milowe i punkty zwrotne tej historii wyznaczały z jednej strony ewolucja pisma (od obrazkowego do alfabetycznego) oraz techniki jego utrwalania (od glinianych tabliczek do papieru), a z drugiej - modyfikacje narzędzi, form i stylów twórczości artystycznej (rzeźby, malarstwa, muzyki, sztuk dekoracyjnych). Zwieńczeniem, zamknięciem i dziedzictwem prehistorii mediów stały się budowle sakralne, zwłaszcza gotyckie katedry, które do dziś imponują potęgą wyobraźni, mocą symbolicznych form oraz harmonią i dostojeństwem budowli. Jako obiekty religijnego kultu były to miejsca komunikacji multimedialnej, wiążącej w spójną całość słowo, śpiew, muzykę, obrazy, rzeźby, światło, inscenizacje teatralne i performans (ceremonie i rytuały). Jednak medium to służyło przekazywaniu człowiekowi nakazów religijnych, problemy człowieka spychając na margines. Dopiero kiedy Johannes Gutenberg uruchomił swoją maszynę drukarską i zaczął seryjnie produkować książki, zachwiał potęgą Katedry. Nowe medium zapoczątkowało nowy typ komunikacji zorientowanej na człowieka, która pchnęła rozwój cywilizacji na nowe tory. Dalekosiężne skutki tej zmiany mediów trafnie wyraża powiedzenie: "księga zabiła Katedrę". Nie dlatego, że była od niej silniejsza, ani dlatego, że umożliwiła bardziej bezpośredni i osobisty kontakt z Bogiem, tylko dlatego, że boskiej transcendencji przeciwstawiała ziemską egzystencję. Bo o ile Katedra była "medium boskim", o tyle książki i druki periodyczne (rodząca się prasa) były "mediami ludzkimi", które zajmowały się problemami życiowymi człowieka. W ten sposób druk zapoczątkował narodziny formacji cywilizacyjnej opartej na mediach i komunikacji masowej, która umożliwia utrwalanie, powielanie i przenoszenie (w czasie i przestrzeni) ludzkich myśli oraz reprezentacji wszelkich form ludzkiej aktywności na niespotykaną dotąd skalę.

Dotychczasowa historia mediów pokazuje, że pomysłowość człowieka w tworzeniu coraz lepszych środków opisu rzeczywistości oraz przekazu słów, obrazów i dźwięków nie zna granic. Jak w innych obszarach cywilizacji, także w dziedzinie komunikowania rozwój mediów przebiega od środków i narzędzi prostych do urządzeń i technologii złożonych, wielofunkcyjnych. I choć wszystko dzieje się w sferze świadomej i celowej aktywności człowieka, a nie w polu zmagań sił natury, to rozwój mediów ma charakter ewolucyjny i podlega mechanizmom selekcji. W naturze mechanizm selekcji uruchamia przypadkowa mutacja, która wyposaża osobniki gatunku w nowe cechy lub możliwości ułatwiające ich dostosowanie do otoczenia. W ewolucji mediów motorem zmian jest ludzka inwencja, czyli powstające w mózgu/umyśle nowe pomysły i idee. Biorą się one z celowego poszukiwania nowych rozwiązań bądź przypadkowych skojarzeń, przebłysków wyobraźni czy zbiegów okoliczności. Zazwyczaj nowe idee i ucieleśniające je media nie są całkowicie nowe. Analizy historyczne pokazują, że z reguły nowe media są produktem rozmaitych modyfikacji i rekombinacji technik wcześniej stosowanych (remediacje), a nawet powrotem do rozwiązań zarzuconych (Lister i in., 2009). Także więc i tu daje o sobie znać zasada schematu i korekty.

Gdy nowe medium trafia do użytkowników, zaczyna się proces selekcji. Najpierw nadawcy, metodą prób i błędów, szukają dla niego takich treści czy zastosowań, które ujawniają nowe własności przekazu, lepiej zaspokajające potrzeby odbiorców, niż czynią to media (teraz już) stare. Pierwszymi użytkownikami nowego medium są zwykle elity społeczne, które chętnie sięgają po innowacje z ciekawości i w nadziei, że ułatwią im życie. Gdy te okażą się użyteczne lub przypadną im do gustu, oswajają się z nim na dobre. Przykład elit zapładnia wyobraźnię reszty społeczeństwa i uruchamia efekt naśladownictwa - w miarę jak obniżają się ekonomiczne i techniczne bariery dostępu do nowego medium, zaczynają z niego korzystać coraz szersze kręgi społeczne. Rozpoczyna się stadium umasowienia i popularyzacji nowego środka przekazu (Merrill, Lowenstein, 1971; Mrozowski, 2001).

Nie wszystkie nowe media są "skazane na sukces". Niektóre od początku nie mają szans na umasowienie i muszą szukać swojego miejsca w jakiejś niszy, np. faks w pracy biurowej. Gdy jednak umasowienie nabiera impetu, zaczyna się walka nowego medium ze starymi o przyciągnięcie uwagi odbiorców, co ostatecznie przesądza o losie każdego z nich. Presja selekcyjna odbiorców sprawia, że nowe technologie medialne eliminują media starsze, oferujące mniej zróżnicowane treści i funkcje. Taki los spotkał np. kino nieme, czarno-białą fotografię, magnetofon i magnetowid szpulowy i kasetowy, a teraz odsyła do lamusa całą technikę analogowego zapisu i transmisji przekazu. Presji selekcyjnej opierają się tylko te stare media, które głęboko wrosły w kulturę, np. książka i prasa, lub szybko dostosowują się do nowych technologii, np. kino i telewizja. Ale i one ponoszą dotkliwe straty, a ich przyszłość wcale nie jest pewna - niektórzy badacze już wieszczą "śmierć gazet" (Poulet, 2011), a nawet "zmierzch telewizji" (Bielak, Filiciak, Paszek, 2011).

Mimo pozornej meandryczności kierunek ewolucji technik medialnych rysuje się dość wyraźnie. Paul Levinson (1997) określił go jako tendencję antropotropiczną. Polega ona na tym, że najstarsze media: pismo i druk, przedłużając komunikacyjne możliwości człowieka, naruszyły naturalną równowagę między zmysłami i zubożyły sposób doświadczania świata. Człowiek poszukuje więc wciąż nowych mediów, które zachowałyby uzyskane w przeszłości przedłużenia, dodając do nich kolejne przedłużenia, przywracające utracone elementy naturalnej ludzkiej komunikacji. Najdoskonalszym dziś tego wyrazem jest multimedialna technika cyfrowa, łącząca wszystkie znane dotąd środki przekazu i dodająca nowe możliwości (obraz 3D, rzeczywistość wirtualną i rozszerzoną, teleportację, a już niedługo także efekty sensoryczne). Mimo ewidentnego postępu techniki trudno dokładnie oszacować, w jakim stopniu najnowsze technologie cyfrowe humanizują komunikację medialną, a nawet czy w ogóle to robią. Jest tak dlatego, że każde medium wywołuje nie tylko zmiany przewidziane, lecz także skutki niezamierzone i niepożądane. Tych ostatnich zresztą jest coraz więcej, bo coraz trudniej kontrolować korzystanie z mediów coraz bardziej wielofunkcyjnych. Zaletą tychże jest to, że tworzą iluzję niemal bezpośredniego obcowania z innymi ludźmi, wadą zaś to, że iluzja ta jest tak sugestywna, iż coraz częściej zastępuje samą potrzebę rzeczywistych kontaktów z żywymi ludźmi.

Mnogość i różnorodność dzisiejszych urządzeń do przetwarzania informacji i komunikowania się ludzi, ich wielorakie uwikłania organizacyjne i instytucjonalne oraz zastosowania praktyczne, a także globalna skala procesów komunikacji, wszystko to niebywale komplikuje zakres i treść pojęcia medium. Bywa ono używane w różnych znaczeniach i odnoszone do różnych elementów procesu komunikacji. Aby kwestie te nieco uporządkować, należy wyodrębnić zasadnicze składniki włączane w zakres tego pojęcia. Tak więc pojęcie "medium" obejmuje:

- urządzenia do wytwarzania znaków, ich materialne nośniki oraz kanały dystrybucji - chodzi zarówno o rejestracje i transmisje zdarzeń realnych, jak też tworzenie przedstawień symbolicznych (hardware); - instrukcje obsługi, oprogramowanie, kody estetyczne, konwencje przekazu i sposoby przedstawiania świata służące do tworzenia treści odpowiadających specyfice danego środka przekazu (software); - infrastrukturę organizacyjną, ramy prawne oraz zasady działania jednostek lub zespołów, które wytwarzają i wprowadzają do publicznego obiegu treści wszelkiego rodzaju (dostawcy treści, nadawcy, dostawcy usług, platformy i kanały dystrybucji); - praktyki komunikacyjne użytkowników mediów - sposoby korzystania z urządzeń medialnych i przekazywanych treści przez różne grupy odbiorców oraz możliwości ich wpływu na nadawców (sprzężenie zwrotne, treści tworzone przez użytkowników).

Jak z powyższego zestawienia wynika, pojęcie medium może być ujmowane wąsko, tylko jako pierwszy z wyliczonych elementów, tj. urządzenia do wytwarzania, utrwalania i przekazywania znaków, bądź szeroko, obejmując wszystkie wyliczone elementy. Jednak oba skrajne ujęcia wypaczają sens tej kategorii - wąskie dlatego, że pomija to, co najważniejsze, czyli relacje człowiek - technika, a najszersze dlatego, że relację tę umieszcza w szerokim kontekście społecznym, dopuszczającym działanie zbyt wielu czynników pośredniczących, zamazujących ich istotę. Wobec tego najwłaściwsze wydaje się takie ujęcie, które pojęcie medium utożsamia z dwoma pierwszymi składnikami (hardware i software) oraz wyodrębnia relacje między medium a kluczowymi uczestnikami procesów komunikacji, określającymi jej skalę, charakter i dynamikę. Schematyczny układ takich relacji przedstawia rysunek 5.

Rysunek 5: Medium w relacji do głównych uczestników procesu komunikowania

Źródło: opracowanie własne.

Wyodrębnienie relacji między poszczególnymi mediami a kluczowymi uczestnikami procesów komunikowania ma dużą wartość analityczną - pozwala uchwycić specyfikę i dynamikę każdej z tych relacji. A różnią się one pod wieloma względami, zależnie od specyfiki danego medium, statusu i celów nadawcy, charakteru źródeł i dostawców treści, skali i sposobu działania dostawców usług medialnych i kanałów dystrybucji treści, liczebności i składu socjodemograficznego odbiorców/użytkowników mediów. Oprócz cech typowych każdy z tych uczestników ma też cechy indywidualne, odrębne interesy i dążenia, a także szereg uwarunkowań sytuacyjnych, które znakomicie komplikują cały układ relacji uwidocznionych na rysunku 5. Jeśli do tego dodać jeszcze, że w przestrzeni społecznej funkcjonuje tyle takich układów, ile instytucji nadawczych, te zaś w krajach rozwiniętych liczy się w tysiącach, a w skali kontynentów w setkach tysięcy, to uzyskamy ogólne wyobrażenie o złożoności "sektora mediów" w dzisiejszym świecie.

Niezależnie od sensowności rozpatrywania istotnych czynników różnicujących relacje człowiek - media, o czym w ujęciu teoretycznym będzie mowa w tym rozdziale, a w innych ujęciach: historycznym, instytucjonalnym, psychologicznym, konstrukcji świata przedstawianego w rozdziałach następnych, już teraz należy zwrócić uwagę na absolutnie najważniejszy aspekt wszystkich tych relacji, czyli wpływ specyfiki poszczególnych mediów na umysłowość ludzi często się z nimi stykających. Każde medium cechują specyficzne dla niego sposoby przedstawiania treści, które kształtują sposoby myślenia o świecie twórców i dostawców tych treści oraz ich intensywnych odbiorców/użytkowników, czyli wszystkich, którzy znajdują się w kręgu oddziaływania tego medium. Badacze współczesnych środków przekazu ową specyfikę określają rozmaicie, np. jako "logikę mediów", która sposobom przedstawiania świata typowym dla medium dominującego w komunikacji społecznej podporządkowuje działania ludzi i instytucji w świecie realnym (Altheide, Snow, 1979), bądź jako "metaforę epistemologiczną", czyli opisywanie całego świata z pomocą ograniczonego zestawu schematów, formuł czy metafor, charakterystycznych dla mediów dominujących (Postman, 2002), bądź wreszcie wszystko wrzucają do wspólnego worka z napisem "mediatyzacja" (Michalczyk, 2008; Livingstone, 2009). Każde z tych określeń jest użyteczne i eksponuje jakiś aspekt relacji człowiek/społeczeństwo - media, lecz żadne z nich nie chwyta istoty rzeczy, czyli styku medium - mózg/umysł. Pod tym względem najtrafniejsze wydaje się określenie technologie intelektu (Marody, 1987). Wymyślone przed laty na użytek analizy wpływu języka, pisma i różnych kodów językowych na myślenie potoczne i ludzkie działania, dobrze pasuje do podobnych analiz dotyczących wszystkich mediów. Rozszerzając zatem nieco zakres tego pojęcia, przyjąć można, że technologie intelektu to swoiste dla poszczególnych typów mediów konfiguracje narzędzi i schematów reprezentacji rzeczywistości oraz sposobów odbioru przekazywanych treści, które kształtują mentalność ich użytkowników oraz wpływają na to, jak ludzie konstruują za ich pomocą swój świat społeczny.

Każde medium można rozpatrywać jako odrębną technologię intelektu, ale tak postępując, łatwo stracić z pola widzenia istotne podobieństwa na rzecz mniej istotnych różnic. Ujmując zatem poszczególne media w szerszej perspektywie ewolucji techniki jako takiej, można wyróżnić trzy zasadnicze stadia ewolucji mediów masowych oparte na dominacji: technologii mechanicznej, elektrycznej, elektronicznej. Podobnie jak ewolucja żywych organizmów, także ewolucja wszystkich rodzajów techniki (wytwórczej, militarnej, medycznej, komunikacyjnej) przebiegała od technologii prostych i jednorodnych do złożonych i różnorodnych, a w przypadku mediów - od monomediów do multimediów. Kierunek ewolucji mediów jest zdecydowanie antropotropiczny - w każdym kolejnym stadium zwiększał się wachlarz form reprezentacji rzeczywistości i funkcji komunikacyjnych, rosła skala działania mediów. Co jednak najważniejsze - każda z wyróżnionych technologii inaczej kształtuje mentalność odbiorców i inaczej pozycjonuje ich w procesie komunikacji. Żeby pełniej ukazać swoistość poszczególnych technologii intelektu oraz wpływ każdej z nich na życie społeczne i kulturę, należy bliżej scharakteryzować media wiodące w każdym z tych trzech stadiów ewolucji: książkę (technologia mechaniczna), telewizję (technologia elektryczna), internet i media mobilne (technologia elektroniczna).

Książka

Książka, jaką dziś znamy, powstała nie od razu, tylko w efekcie kumulacji szeregu zmian, które nadały jej ostateczną postać w dobie oświecenia (XVIII wiek), będącego zresztą w dużej mierze jej dziełem. Jako przedmiot materialny jest tworem dość prostym - kilkaset stron papieru zapełnionych rzędami standardowych liter, dzielonych na słowa, zdania, akapity i rozdziały, opatrzonych przypisami, spisem treści i indeksami, czasem także ilustracjami graficznymi, zamkniętych w mniej lub bardziej ozdobnej oprawie. Ot i wszystko. Jako przedmiot ma pewną wartość dekoracyjną (jeśli jest starannie wydana), jako zbiór przedmiotów tworzy bibliotekę w postaci ozdobnego mebla lub osobnego pomieszczenia świadczącego o statusie właściciela. Jako przekaz jest zbiorem znaków symbolicznych należących do zasobu języka literackiego, będącego rozwiniętą odmianą języka potocznego jakiejś wspólnoty etnicznej. Żeby w pełni korzystać z potencjału semiotycznego tego przekazu, należy nie tylko umieć czytać, trzeba posiąść umiejętność czytania głębokiego, wprowadzającego czytelnika w "świat książki".

Umiejętność czytania głębokiego jest zaprzeczeniem naturalnej percepcji świata. Zamiast bowiem rozglądać się dookoła i wszystkimi zmysłami chłonąć bodźce zewnętrzne, śledząc ruch i zmiany w otoczeniu, należy postępować dokładnie odwrotnie - wyłączyć się z otoczenia, przybrać nieruchomą pozycję, skupić wzrok na niewielkiej nieruchomej przestrzeni i wodzić po niej jednostajnym ruchem oczu od góry do dołu kolejnych stron trzymanej nieruchomo książki. Jedyna czynność to przewracanie co jakiś czas kartek papieru. Takie ograniczenie aktywności fizycznej, wymagające cierpliwości i koncentracji uwagi, uruchamia skomplikowaną aktywność psychiczną. Odbierane przez mózg bodźce wzrokowe są dekodowane w przestrzeniach mentalnych jako symboliczne znaki językowe, słowa i zdania, którym umysł przyporządkowuje treści pojęciowe: konkretne, dotyczące przedmiotów, oraz abstrakcyjne, odnoszące się do sytuacji, relacji czy konstruktów teoretycznych. Ciągłe przetwarzanie znaków symbolicznych wymaga wytężonego myślenia pojęciowego, które aktywizuje wiele funkcji poznawczych: z cząstkowych informacji powstają wyobrażenia świata przedstawionego, ustalają się wzorce poprawnej charakterystyki obiektów tego świata, umysł uzupełnia - za pomocą zasobów pamięci symbolicznej - brakujące elementy opisywanych sytuacji, uaktywniają się reakcje emocjonalne (markery somatyczne) na opisywane zdarzenia. Wszystko to sprawia, że czytanie głębokie nie jest odtwarzaniem świata zapisanego na kartach książki, bo taki świat nie istnieje. Czytanie to par excellence akt kreacji - tworzenie świata wyobrażonego od podstaw i przeżywanie go jako sui generis rzeczywistości. Mózg uruchamia tu całą swoją neuroplastyczność: wzbogacając zasoby pamięci oraz rozwijając umiejętność logicznego myślenia, z poszczególnych informacji buduje kompleksową wizję świata, wykraczającą poza jednostkowe doświadczenia czytelników. Żadne inne medium nie dysponuje taką mocą aktywizowania ludzkiej wyobraźni i wzbogacania jej kreatywnego potencjału.

Praktykowanie czytania głębokiego rozwija kompetencję językową (zasób pojęć abstrakcyjnych, zdania złożone, znaczenia określane przez kod, a nie doświadczenie), kształtującą refleksyjny, zdystansowany stosunek do świata i umiejętność porozumiewania się z innymi ludźmi. Dzięki tej umiejętności gatunek Homo sapiens osiąga szczytowy poziom rozwoju. Jego ucieleśnieniem jest oświeceniowa koncepcja człowieka jako istoty rozumnej, kierującej się rozsądkiem, nie zaś emocjami czy popędami, zdolnej do tworzenia racjonalnego ładu społecznego, opartego na wiedzy teoretycznej i demokracji. Tak więc ograniczone możliwości techniczne tego medium sprzyjają zaangażowaniu i wysiłkowi poznawczemu odbiorcy, uzyskującemu w zamian znaczne korzyści i satysfakcje intelektualne.

Przeciwieństwem czytania głębokiego jest czytanie płytkie, typowe dla czytelników prasy i literatury popularnej, nastawione na proste informacje (fakty, fabuły), których znaczenie oparte jest na wiedzy potocznej oraz codziennym doświadczeniu, czemu odpowiada ograniczona kompetencja językowa.

Telewizja

Pojawienie się telewizji, która w połowie ubiegłego stulecia zdominowała inne media, a u jego schyłku przeszła z przekazu analogowego na cyfrowy, burzy kształtowaną przez książkę architekturę mózgu/umysłu oraz całą oświeceniową koncepcję człowieka. Charakter tego medium zmienia sytuację odbioru - telewizję ogląda się zwykle w pomieszczeniach, gdzie toczy się normalne życie, którego jest ona integralnym składnikiem. Powoduje to stan ciągłego rozproszenia uwagi odbiorcy (dystrakcja), który rzadko kiedy może wyłączyć się z otoczenia i skupić na odbiorze. Reszty dopełnia charakter przekazu. Telewizja jest maszyną do reprodukcji fizycznej powłoki rzeczywistości, przekształcając to, i tylko to, co widać i słychać, w audiowizualne obrazy. Budulcem przekazu są głównie znaki ikoniczne, częściowo będące oznakami, którym towarzyszą efekty dźwiękowe, w tym mowa ludzka. Daje to wrażenie bezpośredniego obcowania z pokazywaną rzeczywistością (efekt naoczności), umożliwiając rozpoznawanie ludzi i rzeczy tak samo, jak w otaczającym świecie, tzn. na zasadzie naturalnej percepcji, bez zbędnego wysiłku myślowego, czyli wedle staropolskiej mądrości: "koń jaki jest, każdy widzi".

Technologia telewizyjna jeśli nie wyklucza, to znacznie utrudnia głęboki odbiór oparty na myśleniu abstrakcyjnym i refleksyjnym stosunku do przekazu. Z trzech powodów. Po pierwsze: przekaz określa, w jakiej kolejności i tempie widz ogląda i słucha, nie może więc zawierać treści zbyt skomplikowanych, prowokujących do myślenia, bo mogłoby to utrudniać odbiorcy śledzenie i rozumienie akcji (w przestrzeniach mentalnych odbiorców powstają więc niepełne reprezentacje świata przedstawionego na ekranie, których nie mogą oni uzupełnić, bo nie mają na to czasu). Po drugie: obraz angażuje większość uwagi widza, który stara się nadążyć za akcją i rekonstruować jej przebieg w wyobraźni. W czasach telewizji analogowej i słabego dźwięku odbiorca musiał uzupełniać nieostrość obrazu i deficyt informacji. Dziś wielkoformatowy obraz HD i dźwięk stereofoniczny dostarczają nadmiaru informacji, z których widz musi błyskawicznie wydobywać to, co istotne, i w oparciu o zasoby pamięci nadawać temu znaczenie. Po trzecie: język towarzyszący przekazowi zwykle objaśnia akcję lub charakterystykę postaci w sposób schematyczny, nie wnikając zbytnio w analizę mechanizmów rządzących światem. Zestawienie konkretnego obrazu z pojęciami abstrakcyjnymi rodzi napięcie, które rozsadza przekaz od środka, co prowadzi do tego, że aktywowane przez obraz schematy dół - góra rywalizują o uwagę odbiorcy z aktywowanymi przez pojęcia abstrakcyjne schematami góra - dół, zmuszając mózg/umysł odbiorcy do wysiłku myślowego, często przekraczającego jego możliwości. Gdy dochodzi do starcia konkretu (obraz) z abstrakcją (język), z reguły wygrywa ten pierwszy. Widać to zwłaszcza w przypadku dyskusji i debat telewizyjnych, w których zachowania i mimika interlokutorów mają większy wpływ na rozumienie ich wypowiedzi niż logiczna i merytoryczna argumentacja, zwykle zresztą sprowadzana do prostych, jednoznacznych i wyrazistych stwierdzeń, często nacechowanych emocjonalnie (bo to utrudnia rozumienie wypowiedzi oponentów). Gdy jednak nadawca chce przełamać te ograniczenia i "omówić" kwestie ogólniejsze, musi odwołać się do formy filmowej i znaleźć dla nich odpowiednią ramę dramaturgiczną, czyli scenę, scenografię i konwencję przekazu (akcja, sposób filmowania, montaż). Może to być np. konwencja opery mydlanej, w której "zwykli ludzie" omawiają w swoich domach swoje sprawy, lub konwencja dramatu sądowego, w której wspierani przez ekspertów prawnicy dokonują na sali sądowej wiwisekcji ludzkich charakterów, obnażają patologie toczące różne instytucje lub rozkładają zawiłe problemy na czynniki pierwsze. Ale nawet wtedy specyfika telewizyjnego przekazu (prymat obrazu) utrudnia skupienie uwagi na treściach werbalnych i śledzenie toku zawartego w nich rozumowaniu.

W rezultacie telewizja nie rozwija refleksyjnego stosunku do przekazu ani myślenia abstrakcyjnego. Technologia telewizyjna blokuje odbiór symboliczny, szukający w przekazie prawd ogólniejszych i głębszych sensów, wzmacniając odbiór mimetyczny, sycący oczy zmysłowym realizmem świata przedstawionego. Wykorzystując format HD, telewizja może wprawić odbiorcę wręcz w stan ekstatycznego zauroczenia obrazami piękniejszymi, bardziej wyrazistymi niż rzeczywistość. Percepcja takiego obrazu uruchamia naturalne reakcje emocjonalne (markery somatyczne), które wyprzedzają rozumienie przekazu (torują je przez efekt pierwszego wrażenia), sprowadzając jego interpretację do poziomu codziennego doświadczenia i wiedzy potocznej. To też wysiłek intelektualny, ale mniejszego kalibru. Rzecz jasna, "widz literacki", zaprawiony w głębokim czytaniu literatury poważnej, twórczo wzbogaci przekaz, używając go jako materiału do przemyśleń; natomiast "widz telewizyjny", stroniący od takiej literatury i lektury, tego nie uczyni. Bo i po co - przeżywa to, co rozumie, rozumie to, co wie, wie to, co widzi. Na takim rozpoznawaniu schematycznych reprezentacji świata (z niewielkim marginesem na korekty) polega satysfakcja, której dostarcza telewizja (Eco, 1990). Czynnikiem wzmagającym poczucie satysfakcji jest bogactwo ofert (zróżnicowanych tematycznie i profilowanych), z których każdy widz może układać własną "dietę telewizyjną", wybierając to, co najpełniej odpowiada jego smakowi, i w takich proporcjach, które gwarantują zaspokojenie apetytu.

Rosnąca konkurencja (walka o widza) wśród nadawców telewizyjnych przyczynia się do pełniejszego wykorzystywania wizualnych walorów techniki HD - oprócz widowisk studyjnych opartych na bogatej scenografii i oprawie plastycznej pojawiają się serie i seriale wysokiej jakości (quality television), epatujące inscenizacyjnym rozmachem, efektami specjalnymi, spektakularnymi scenami, feerią obrazów. W tego rodzaju produkcjach, poruszających często tematy trudne i kontrowersyjne, swojej szansy upatrują nadawcy płatni (HBO, Canal+, Netflix), telewizje publiczne (BBC), a także niektóre kanały edukacyjne (Planet, Discovery). Żeby dodatkowo aktywizować widzów, uruchamiają bogaty zestaw ofert płatnych typu "wideo na życzenie", które z założenia kierowane są do publiczności bardziej wymagającej, szukającej czegoś więcej niż to, co oferują kanały otwarte.

Choć w kanałach typu premium (płatnych, oferujących pozycje premierowe wysokiej jakości) sporo jest twórczości ambitnej, prowokującej do refleksji, to jednak tu też przeważają produkcje popularne, przedkładające atrakcyjny, dynamiczny obraz i wartką akcję nad intelektualną głębię. Bo taka jest natura tego medium, bo dla większości odbiorców telewizja jest głównie lub wyłącznie źródłem emocji ożywiających szarą codzienność. Intelektualiści i elity mogą załamywać ręce i to robią, lamentując nad utratą wiary w rozumność człowieka, ale w niczym nie zmieni to fenomenu telewizji. Będąc źródłem rozrywki, wszystko, co pokazuje, przekształca ona w rozrywkę i tak kształtuje mentalność odbiorców. Jak podkreślają analitycy: rozrywka jest naturalnym formatem telewizji, który określa schematy reprezentacji wszystkich dziedzin życia (polityki, edukacji, religii itd.), niszcząc w efekcie poważny dyskurs publiczny (Postman, 2002). Inni autorzy idą nawet dalej, stwierdzając wręcz, że ekspansja telewizji zastopowała ewolucję ludzkiego umysłu, ba, nawet odwróciła jej bieg (dewolucja) - oglądanie zastępuje myślenie, Homo sapiens zamienia się stopniowo w Homo videns, wkraczamy w epokę postmyślenia (Sartori, 2007). To oczywiście przesada, bo mózg człowieka od tysięcy lat się nie zmienił, niemniej ciągle zmieniają się sposoby jego adaptacji do otoczenia (neuroplastyczność), także pod wpływem technologii medialnych. Jest więc coś na rzeczy.

Komputer, internet, media mobilne

Kłopoty z telewizją bledną w porównaniu z problemami, jakie stwarzają komputer, internet oraz media mobilne (laptop, tablet, smartfon), a także mnożące się aplikacje, które bezustannie rozbudowują całą infrastrukturę komunikacji cyfrowej. Kompatybilny i synergiczny charakter mediów mobilnych sprawia, że stanowią one zintegrowaną technologię intelektu o niespotykanych dotąd możliwościach, skali działania i sile oddziaływania. Nie da się oszacować potencjału tej technologii, bo ciągle się rozwija, co rusz zaskakując nowymi rozwiązaniami i zastosowaniami. Pewne jest tylko to, że oparta na komputerach multimedialna komunikacja sieciowa wchłania wszystkie istniejące media masowe i otwiera nowe nieograniczone możliwości, kierując rozwój cywilizacji na nowe tory (Castells, 2007; Barney, 2008).

Wielość nowych jakości i zastosowań, jakie komputer, internet i media mobilne już oferują oraz ujawnią w przyszłości, rodzi potrzebę znalezienia dla nich nowej nazwy. Określenie "technologia multimedialna" wydaje się zbyt staroświeckie, korzeniami tkwiące w epoce mediów analogowych. Z kolei określenie "technologia cyfrowa", choć oddaje istotę rzeczy, wydaje się zbyt abstrakcyjne, redukując całą złożoność zjawiska do najbardziej tajemniczego i niewidzialnego jego aspektu. Stąd głód innych określeń łączących to, co znane, z tym, co nowe i jeszcze nieznane, bo tak jawi się nam komputer i oparte na nim media. Określeniami, które najpełniej wychodzą tym oczekiwaniom naprzeciw, są terminy "metamedium" i "postmedia". Pierwszy sugeruje, że komputer to coś, co łączy w sobie wszystkie wcześniejsze technologie intelektu, dodając do nich nowy, nieograniczony potencjał, który umożliwia realizację wszystkiego, co mózg/umysł człowieka wymyśli. Jeszcze dalej idzie drugi termin, wskazując, że za sprawą komputera kultura wkracza w nowy etap rozwoju, w którym wszystkie istniejące "gramatyki medialne" zostaną zastąpione przez nową estetykę będącą emanacją cybernetycznego software (Celiński, 2013). Niedookreśloność obu terminów jest tyleż zamierzona, co konieczna. Bo komputer, internet i media mobilne łatwiej jest opisywać niż jednoznacznie zdefiniować i nazwać ich rolę w świecie, który współtworzą.

Charakterystyka internetu i mediów cyfrowych nie wydaje się trudna, gdyż sporo już o nich wiadomo. Mimo to nadal nie jest łatwo oddzielić ich cechy esencjalne od akcydentalnych, bo każde z nich z osobna i wszystkie razem są "konstrukcją w procesie", wciąż objawiając nowe własności. Jednak gdy idzie o właściwe dla tych mediów sposoby reprezentacji rzeczywistości oraz ich wpływ na mentalność ludzi, bezspornie kluczowe znaczenie mają cztery cechy technologii komputerowej (Lister i in., 2009; van Dijk, 2010; Levinson, 2010; Jakubowicz, 2011). Są to:

- Cyfrowość - technika konwersji różnych kodów znakowych na jednolity kod cyfrowy (binarny) powoduje konwergencję odmiennych form przekazu. Wszystkie dotąd powstałe i na bieżąco tworzone przekazy mogą być digitalizowane i wprowadzane do zasobów sieci. To poszerza krąg odbiorców, ale też zmienia charakter przekazu. Technika druku zastąpiła dzieła oryginalne produkowanymi masowo kopiami, teraz technika cyfrowa przekształca kopie w krążące po sieci pliki i kumulujące się gdzieś w cyfrowych chmurach impulsy. Jako cyfrowy plik przekaz traci materialny byt i integralną postać - każdy użytkownik sieci może go szatkować na kawałki i przetwarzać w nieskończoność. I wielu to robi (recykling, remiks, muschup), całkowicie ignorując pierwotną integralność tekstów i związane z nimi prawa autorskie, które stają się tak samo niewidoczne jak ontyczne podstawy cyfrowych obrazów świata. - Interaktywność - odbiorca jest aktywnym użytkownikiem zasobów sieci, samemu wybierając treść, konfigurację i czas przekazu. Może też wzbogacać zasoby sieci, wnosząc do niej treści nowe lub przetwarzając stare. Wymiana ról nadawcy i odbiorcy zaciera granicę między produkcją i konsumpcją treści: użytkownik staje się prosumentem. Jego wkład do sieciowych reprezentacji rzeczywistości może polegać na komentowaniu cudzych przekazów (czaty, fora), współtworzeniu nowych treści (YouTube, Wikipedia) lub rozwijaniu własnej twórczości (blogi, fandom). Jednak najczęstszą i najwyższą formą zaangażowania jest aktywność na portalach i serwisach społecznościowych, bo tu reprezentacja świata jest aktem tworzenia świata społecznego sui generis, a przynajmniej sprawia takie wrażenie. - Hipertekstualność - wydobywanie informacji z rosnących w gigantycznym tempie zasobów sieci wymaga zastąpienia metod linearnych (indeksy alfabetyczne lub numeryczne) przez nielinearne relacje hipertekstowe, czyli generowaną przez program operacyjny (przeglądarka, wyszukiwarka) zmienną sieć powiązań (linki) między zasobami sieci (pliki). Powiązania te powstają na zasadzie asocjacji, tj. kojarzenia słów wskazanych przez użytkownika z plikami zawierającymi te słowa. Wszystkie asocjacje są równorzędne, ale komputer wskazuje wyszukane pliki w porządku linearnym, w zmiennej kolejności. Daje to w efekcie zmienny splot multilinearnych (zarazem linearnych i nielinearnych) ścieżek wyszukiwania i przeglądania zasobów sieci. Hipertekst działa podobnie jak ludzki mózg - na zasadzie asocjacji, z tym że mózg kojarzy wrażenia i tworzy reprezentację rzeczywistości, a hipertekst kojarzy pliki i tworzy reprezentację zasobów sieci. Na poziomie hipertekstu mamy więc do czynienia z hiperreprezentacją rzeczywistości, która po części odnosi się do świata zewnętrznego, a po części ustanawia świat własny. - Wirtualność - technologia cyfrowa może generować obrazy łudząco podobne do rzeczywistości, niebędące jednak reprezentacją rzeczywistości, tylko odrębnym bytem - rzeczywistością swego rodzaju. Stopień wirtualności może być różny: od przerabiania obrazów realnych (np. Photoshop), przez hybrydyzację obrazów, łączącą elementy realne i fikcyjne, po tworzenie symulacji, tj. obrazów fikcyjnych, wyglądających jak wierne kopie obiektów, których nie ma, czyli kopie bez oryginału. Stosując zarówno znane, jak też nowe sposoby wywoływania iluzji, technologia wirtualna tworzy coś więcej niż iluzję podobieństwa obrazów świata generowanych przez komputer do obrazów rzeczywistości realnej, może tworzyć iluzję, że świat wirtualny jest inną rzeczywistością realną, możliwym światem alternatywnym. Najpełniej wirtualność ucieleśniają gry komputerowe (np. Second life, SimCity, World of Warcraft itp.), przedstawiające iluzoryczne światy, w które człowiek może wejść (immersja), przybrać alternatywną postać (awatar) i wieść tam "normalne" życie, czerpiąc z tego całkiem realne satysfakcje. W tej i każdej innej postaci rzeczywistość wirtualna nie jest reprezentacją świata realnego ani jego imitacją, lecz konstruktem semiotycznym sprawiającym realne wrażenie, a nawet powodującym realne skutki (np. wirtualna bankowość, bitcoin). W wymiarze czysto technologicznym wirtualna symulacja to zakodowany w pamięci operacyjnej komputera (kodach i algorytmach) model świata, który wyprzedza obrazy rzeczywistości, tworzone w reakcji na dyspozycje użytkowników sieci.

Właściwości technologii cyfrowej powodują, że w przestrzeni internetu powstaje "świat równoległy" do świata realnego, będący swoistym amalgamatem reprezentacji świata realnego i obrazów świata wirtualnego, do czego pasuje określenie "hiperrzeczywistość", spopularyzowane przez francuskiego filozofa Jeana Baudrillarda (2005). Relacje między przedstawieniami świata wirtualnego i realnego są złożone i ciągle się komplikują. W pewnych obszarach świat wirtualny jest odbiciem świata realnego (reprezentacja), w innych kreacją świata alternatywnego (symulakrum), a w jeszcze innych oba się przenikają i mieszają na różne sposoby (hybrydyzacja, rzeczywistość rozszerzona). Oba światy oferują szereg atrakcji i korzyści, lecz rządzą się innymi prawami, by więc z nich korzystać, trzeba rozwijać inne umiejętności adaptacyjne. To rodzi fundamentalne pytania: czy adaptacja do wymogów świata wirtualnego sprzyja lepszemu radzeniu sobie także w rzeczywistości realnej, czy raczej odwrotnie, zadomowienie się w świecie wirtualnym grozi wyobcowaniem (alienacją) ze świata realnego?

Na żadne z tych pytań nie ma jeszcze dobrej odpowiedzi. Ogólna zgoda panuje co do tego, że brak podstawowych umiejętności poruszania się w przestrzeni internetu grozi upośledzeniem społecznym (wykluczenie cyfrowe). Różnice stanowisk, i to zasadnicze, dotyczą jednak tego, czy sprawne poruszanie się w tej przestrzeni ułatwia czy utrudnia adaptację społeczną.

Entuzjaści technologii cyfrowej widzą w niej ogromny potencjał emancypacyjny, kształtujący zupełnie nowe cechy osobowe. Don Tapscott (2010), obserwator pierwszego pokolenia sieci (pokolenie Y, urodzone w latach 1977-1997, dojrzewające w okresie, gdy rodził się internet), dowodzi, że cyfrowa immersja (zanurzanie się w świecie wirtualnym i wędrowanie po hiperrzeczywistości) dobrze wpływa na mózgi nastolatków, więc jako ludzie dorośli zmienią oni świat na lepszy. Umysłowość pokolenia sieci wyróżnia głównie to, że: dużo i szybko ono czyta (teksty online, nie książki); jest spostrzegawcze; ma dużą podzielność i zmienność uwagi; przeszukuje internet w sposób nielinearny, łatwo znajdując użyteczne informacje; może równocześnie przetwarzać wiele danych, zwłaszcza wizualnych; potrafi też działać wielozadaniowo i uczyć się mimowolnie (przy okazji, metodą prób i błędów). Wprawdzie Tapscott przyznaje, że niektóre badania wskazują na trudności z koncentracją uwagi, małą kreatywność, słabe zapamiętywanie, brak ram konceptualnych (warunkujących przetwarzanie informacji w wiedzę) i ogólną ignorancję tego pokolenia, lecz bagatelizuje te badania. Uważa, że są to przejściowe ograniczenia, które miną z wiekiem, a nadto są one mniejszej wagi niż umiejętności nabyte pod wpływem technologii cyfrowej. Jest to bowiem pierwsza generacja posiadająca osiem cech odróżniających ją od ludzi wychowanych na telewizji. Cechy te to: (1) wolność wyboru, (2) dopasowywanie rzeczy do swoich potrzeb (kastomizacja), (3) obserwacja otoczenia, (4) wiarygodność i tolerancja, (5) gotowość do współpracy, (6) umiłowanie rozrywki, (7) szybkie tempo działania, (8) innowacyjność.

Jak łatwo zauważyć, cechy wskazane przez Tapscotta dobrze służą adaptacji do świata wirtualnego, czy jednak wystarczą do zmiany na lepsze świata realnego? Jeśli tak, to o przyszłość nie trzeba się martwić, a o czarnowidztwie Neila Postmana czy Giovanniego Sartoriego wolno zapomnieć. Należałoby tylko sobie życzyć, by żadna z tych cech nie okazała się równie wirtualna, jak czynniki, które ją ukształtowały, i wytrzymała konfrontację z rzeczywistością realną. A to okaże się nie wcześniej niż za kilkadziesiąt lat, jak dobrze pójdzie.

Rzecz w tym, że wcale nie musi dobrze pójść, a rozczarowanie może przyjść wcześniej, może nawet już przyszło. Tak sądzą ci autorzy, którzy lekceważone przez Tapscotta badania traktują poważnie i w oparciu o nie rysują pesymistyczny obraz prawdziwych dzieci sieci, tj. urodzonych już po upowszechnieniu się dostępu do niej. Powodem owego pesymizmu jest rosnące uzależnienie dzieci i młodzieży od mediów mobilnych, zwłaszcza smartfonu, który narzuca bardziej powierzchowny sposób korzystania z zasobów internetu niż komputer stacjonarny. Od czasu upowszechnienia się smartfonu stał się on dla młodych ludzi obiektem pożądania, a gdy już go posiedli, jest ich nieodłącznym towarzyszem, wręcz atrybutem pokoleniowej odrębności - nie rozstają się z nim nawet na chwilę, ciągle muszą go mieć w zasięgu ręki, zaglądając do niego kilkadziesiąt razy dziennie, nawet częściej. Przyczyną tak namiętnego związku jest niebywała łatwość pobudzania przez smartfon (i tablet) układu nagrody. Już samo manipulowanie nim sprawia przyjemność, a swoboda poruszania się po sieci, jaką zapewnia, daje poczucie upajającej wolności i mocy, porównywalnej z satysfakcją konkwistadora podbijającego nieznane lądy. Ale jak w przypadku każdego uzależnienia, dłuższe chwile absencji rodzą lęk, że posiadacza smartfonu ominie coś ważnego, że przegapi on wyjątkową okazję (FOMO) czy - o zgrozo - wypadnie z obiegu. Żeby więc temu zapobiec, zagląda do urządzenia coraz częściej i przegląda w nim wszystko, co mu się nawinie, popadając w jeszcze większe uzależnienie, które negatywnie odbija się na zdrowiu, śnie, nauce, samopoczuciu i kontaktach z otoczeniem (Spitzer, 2016).

Komputery i oferowane przez nie funkcje uzależniają nie tylko ludzi młodych. Na różne odmiany cyberuzależnień cierpi także wielu starszych użytkowników internetu i mediów cyfrowych. Jednak media te łatwiej odrywają od rzeczywistości i wciągają w świat wirtualny ludzi młodych niż osoby starsze. Dając wrażenie kontroli nad tym światem i stymulując wiele ośrodków mózgowych, sieć dostarcza pozytywnych wzmocnień (przez markery somatyczne, układ nagrody) i kształtuje nawyk kompulsywnego powtarzania tych samych czynności. Główną jest przeglądanie i czytanie hipertekstu. Jak podkreśla Nicolas Carr (2013), internauci faktycznie czytają więcej niż "mole książkowe", lecz czytają inne teksty, inaczej i z innym skutkiem. W ramach hipertekstu każdy przekaz tekstowy, zwykle krótki, rozbity na części i pisany prostym językiem, jest obudowany linkami, odnośnikami, ilustracjami, reklamami oraz fragmentami innych tekstów bądź materiałów audio-wideo. Całość tworzy migotliwą kakofonię, która pogania czytelnika, kusząc go innymi "atrakcjami" - na tym polega paradoks hipertekstu: skupia uwagę po to, by ją rozpraszać. Nawet jeśli odbiorca im się oprze i doczyta tekst do końca, robi to pośpiesznie, przeznaczając na stronę średnio 10-20 sekund. To mało, by uważnie czytać, i dużo za mało, by przemyśleć, zrozumieć i zapamiętać przekaz. Szybkie, pobieżne czytanie (raczej przeglądnie i skanowanie), ciągle przerywane przez rozpraszające bodźce, wyklucza refleksję. Łączenie słów w większe całości i przetwarzanie w schematy percepcyjne oraz porównywanie ich ze schematami zmagazynowanymi w pamięci wymaga skupienia uwagi. Jeśli mózg nie może tego zrobić, bo musi równocześnie podejmować szereg innych decyzji (kliknąć inne linki czy nie) i jest poganiany przez kolejne bodźce, to bądź przerywa przetwarzanie informacji, bądź przetwarza je w sposób uproszczony, sprowadzając przekaz do najprostszych schematów. W efekcie hipertekst powoduje nawarstwianie się samych płycizn - płytkiego czytania, płytkiego rozumienia, płytkiego zapamiętywania, płytkiej wiedzy. A z tego nie może powstać nic innego, jak tylko płytka inteligencja. Manfred Spitzer (2015) używa określenia dosadniejszego - cyfrowa demencja.

Tak więc wyróżnione przez Tapscotta cechy pierwszego pokolenia epoki cyfrowej (testowane na przykładzie młodzieży dobrze wykształconej) mogą zamienić się w swoje przeciwieństwo (zwłaszcza wśród młodzieży gorzej wyedukowanej): (1) wolność wyboru to unikanie zobowiązań i odpowiedzialności; (2) kastomizacja to egocentryzm, narcyzm i wygodnictwo; (3) obserwacja otoczenia to śledzenie profili w mediach społecznościowych i szukanie zakupowych okazji; (4) wiarygodność i tolerancja to łatwowierność i hejtowanie; (5) gotowość do współpracy to komentowanie i lajkowanie; (6) umiłowanie rozrywki to unikanie poważnych tematów; (7) szybkie tempo działania to dekoncentracja i płytkie myślenie; (8) innowacyjność to ciągle poszukiwanie nowych treści.

Deficytu inteligencji, powodowanego przez hipertekst, nie kompensują inne funkcje, które rozwija technologia cyfrowa, jak sprawne wyszukiwanie informacji czy koordynacja ręki i oka, gdyż ich przydatność poza hiperrzeczywistością jest raczej ograniczona. W rezultacie obraz sieci i jej użytkowników nie nastraja optymistycznie. Nie jest to może kasandryczna wizja upadku gatunku ludzkiego, co wieszczy Sartori, ale jednak stanowi sygnał wskazujący na ryzyko cywilizacyjnego regresu. Regres ten polegałby na odwróceniu trajektorii rozwoju i cofnięciu człowieka do epoki zbieractwa i łowiectwa. Albowiem w świecie wirtualnym może odnosić sukcesy ten tylko, kto potrafi sprawnie łowić i zbierać użyteczne informacje (np. o promocjach, wyprzedażach czy ofertach). W tym kontekście wcale nie dziwi, że sieć nie zabija telewizji, której internauci oglądają nawet więcej - cóż, zmęczeni znojnym łowieniem i zbieraniem informacji mogą sobie wreszcie coś spokojnie pooglądać.

Obie przywołane wyżej wizje, optymistyczna i pesymistyczna, mają skrajny charakter. Są raczej projekcją nadziei i obaw związanych z technologią cyfrową niż diagnozą stanu rzeczy. Ta wymaga bardziej zrównoważonego podejścia. Przede wszystkim musi ona uwzględnić fakt, że w sieci jest wiele treści wartościowych pod względem intelektualnym i artystycznym, można też nawiązywać i rozwijać w niej budujące relacje społeczne. Wszystko sprowadza się do rozsądnego i krytycznego korzystania z zasobów i potencjału internetu. Jak dowodzi Jan van Dijk (2010), najbardziej sprzyja temu umiejętne łączenie relacji sieciowych z interakcjami w świecie realnym; wówczas atuty komunikacji bezpośredniej i sieciowej się wzmacniają, sprzyjając lepszemu nabywaniu wiedzy, rozwijaniu twórczej i zaangażowanej postawy, kształtowaniu społeczeństwa obywatelskiego oraz wielu innym korzyściom. W tym więc obszarze kształtować się będą nowe umiejętności adaptacyjne człowieka przyszłości. Ci ludzie młodzi, dorastający i dorośli, który je posiądą, będą tworzyć nową elitę władzy rządzącą światem (netokracja), ci zaś, którzy tylko zadowolą się konsumowaniem sieci, zasilą szeregi globalnego proletariatu sieciowego (Bard, Söderqvist, 2006).

SZCZYPTA TEORII

Ludzie od zawsze mieli ambiwalentny stosunek do narzędzi, które wytwarzają, żeby im służyły, widząc zarówno korzyści, jak też zagrożenia płynące z postępu technicznego. Bo wszystko, co człowiekowi służy, człowieka uzależnia. Coraz doskonalsza technika działa niczym zniewalający narkotyk. Niektórzy uczeni wieszczą wręcz nadejście ery technopolu, czyli ostatecznego triumfu i totalnej władzy techniki nad człowiekiem (Postman, 1995). Najwięcej nadziei i obaw zawsze budzą techniki komunikowania, gdyż one bezpośrednio wpływają na ludzką psychikę. Już pierwszą z nich, czyli pismo, jedni witali z nadzieją, np. kapłani i władcy, widzący w nim narzędzie umacniania swojego panowania, inni zaś wskazywali na jego zgubne skutki, np. grecki filozof, Sokrates, który uważał, że pismo upośledza ludzką pamięć i niszczy dialog, tj. podstawową formę porozumiewania się ludzi. Wszystkie późniejsze media także rozbudzały nadzieje i obawy. Próby ich zracjonalizowania podejmują rozmaite teorie mediów, starając się ukazać "naturę" poszczególnych środków przekazu oraz ich wpływ na człowieka i społeczeństwo. Spośród teorii, które koncentrują się na relacji człowiek - medium, trzy zasługują na szczególną uwagę. Jedna występuje pod hasłem "determinizm mediów", druga pod nazwą "równanie mediów", trzecie pod szyldem "aktor-sieci".

Teoria determinizmu mediów

Teoria determinizmu mediów jest odmianą teorii determinizmu technologicznego, która głosi, że postęp techniczny jest głównym czynnikiem określającym kierunki i dynamikę rozwoju cywilizacji oraz formy organizacji życia społecznego (Ellul, 1974). Wszystkie formy i przejawy życia społecznego w decydującym stopniu zależą od szeroko ujmowanej techniki - narzędzi i urządzeń, sposobów działania. W odniesieniu do mediów teorię determinizmu technologicznego rozwinął kanadyjski uczony, Marshall McLuhan (2004), dowodząc, że media są tymi technikami, które najmocniej określają rozwój cywilizacji, kultury i społeczeństwa. Ich kształt, a zwłaszcza ludzka mentalność, zależą od technicznych właściwości mediów.

Punktem wyjścia teorii McLuhana jest oczywiste stwierdzenie, że każde medium jest przedłużeniem jakichś zmysłów i dyspozycji fizycznych człowieka i jako takie wzmacnia aktywność tej części mózgu, gdzie znajdują się ośrodki sterujące owymi zmysłami i dyspozycjami. Mowa ludzka (zwłaszcza w oralności pierwotnej) najpełniej pobudza wszystkie zmysły, aktywizuje więc cały mózg. Pojawienie się pisma, a później eksplozja druku, radykalnie zmieniło sposób komunikowania się ludzi. Pismo i druk są przedłużeniem oka, pobudzają zmysł wzroku, a ten bardziej aktywuje lewą półkulę mózgu i zlokalizowane w niej funkcje niż półkulę prawą. Lewa półkula kieruje takimi funkcjami poznawczymi, jak: mowa, czytanie, pisanie, nazywanie oraz myślenie logiczne, linearne, analityczne i sekwencyjne (McLuhan, 2001). Dominacja druku sprzyja zatem rozwijaniu wyspecjalizowanego myślenia i działania ("człowiek cząstkowy"). Doprowadziło to m.in. do rozbicia wspólnot plemiennych (detrybalizacji), rozwoju nauki, podziału pracy, powstania państw narodowych.

Rozkwit formacji cywilizacyjnej opartej na technice druku (nazwanej przez McLuhana "galaktyką Gutenberga"; McLuhan, 1969) zastopowało pojawienie się radia (które zapoczątkowało rozwój "galaktyki Marconiego"), a zaraz potem kina dźwiękowego i telewizji. Radio stanowi przedłużenie ucha, telewizja pobudza oko i ucho, przywracając tym samym równowagę zburzoną przez pismo i druk. Oba te media, a także wszystkie późniejsze techniki audiowizualne, aktywizują silnie prawą półkulę mózgu i zlokalizowane w niej funkcje psychiczne: postrzeganie przestrzenne, holistyczne, syntetyczne, rozpoznawanie wyrazu twarzy i abstrakcyjnych wzorów, symultaniczność, emocjonalność. Powoduje to zmianę stosunku człowieka do rzeczywistości - zamiast dalej rozkładać ją na części, a te porządkować w szyku linearnym, teraz jednostka scala rzeczywistość zarówno w swojej wyobraźni (myślenie holistyczne), jak też działaniu praktycznym ("człowiek integralny"). Widocznym tego skutkiem jest odradzanie się wspólnotowych form życia (retrybalizacja), wymagających współpracy, zaangażowania oraz integracji we wszystkich jego dziedzinach.

Kwintesencją teorii mediów McLuhana jest słynne stwierdzenie: "środek przekazu jest przekazem". Sformułowanie to McLuhan przeciwstawia tym teoriom mediów, które ich wpływ na rzeczywistość wiążą z przekazywanymi przez nie treściami. Bynajmniej ich nie lekceważąc, autor ten podkreśla dobitnie, że [p]rzekazem dowolnego środka przekazu lub techniki jest bowiem zmiana skali, tempa lub wzorca, jaką ten środek wprowadza w ludzkie życie (McLuhan, 2004, s. 40). A więc bardziej niż przekazywane treści wpływ danego środka przekazu na ludzkie myślenie i działanie określa swoisty dla niego wzorzec konstruowania reprezentacji świata. Ściślej: jeśli druk tworzy przekaz z kilkudziesięciu typowych elementów (czcionek/liter) łączonych w porządku linearnym w większe całości (słowa, zdania, akapity itd.), to kształtuje taki wzorzec myślenia i działania, który cechują: fragmentacja, linearność, sekwencyjność oraz inne cechy typowe dla lewej półkuli mózgu (ucieleśniają to urządzenia mechaniczne zbudowane z poszczególnych części). Z kolei media elektroniczne, operujące światłem i dźwiękiem, generują całościowe i wielowymiarowe reprezentacje świata, składające się nie z pojedynczych elementów, ale z całych scen, niejako "bloków rzeczywistości", co kształtuje holistyczny sposób myślenia i działania, typowy dla prawej półkuli mózgu (ucieleśniają to urządzenia elektroniczne zbudowane z podzespołów i układów scalonych) (McLuhan, 2001). Właśnie to, czyli określony wzorzec myślenia i działania, jest prawdziwym przekazem każdego medium.

Zarysowane wyżej różnice prowadzą McLuhana do podziału mediów na gorące i zimne (McLuhan, 2004, s. 57-67). Kryterium klasyfikacji jest to, czy dany przekaźnik przedłuża jeden zmysł, czy więcej, oraz stopień wyrazistości przekazu, tzn. nasycenia go szczegółowymi danymi. Media gorące to takie, które przedłużają tylko jeden zmysł i przekazują wyraziste informacje ("wysoka rozdzielczość), nie pozostawiając odbiorcy miejsca na domyślność. Media gorące wyłączają odbiorcę, czyniąc go obiektem oddziaływania. Tak wpływa na człowieka druk, fotografia, film czy radio. Natomiast media zimne pobudzają jeden lub więcej zmysłów, ale dostarczają informacji niezbyt wyrazistych ("niska rozdzielczość"), które pozostawiają odbiorcy sporo miejsca na domyślność i uzupełnienia. Media zimne włączają odbiorcę, angażują go i czynią niemal współtwórcą przekazu. Tak działa na człowieka mowa, pismo, rysunek i malarstwo, telefon oraz telewizja.

Gdy McLuhan ogłosił swoją typologię (rok 1964), analogowa telewizja była medium zimnym: mały ekran, nieostry obraz, słaby dźwięk. Dziś już taka nie jest. Duże ekrany, wysoka rozdzielczość (HD) oraz dźwięk stereofoniczny zdecydowanie przesunęły telewizję cyfrową w kierunku mediów gorących, o najwyższym nasyceniu i wyrazistości przekazu. Za to zwolnione przez nią miejsce zajęły sieć i media cyfrowe: komputer, internet, smartfon. Łącząc różne modalności (wzrokową, słuchową, czuciową), multimedia te stanowią warianty idealnego, wymarzonego przez McLuhana, medium zimnego o globalnym zasięgu. Albowiem po raz pierwszy w historii jeden środek przekazu przedłuża aż trzy zmysły (wzrok, słuch, dotyk) i funkcjonuje na zasadzie całkowitego zaangażowania ludzkiej psychiki. Czuciowy kontakt z internetem (przez klawiaturę komputera, myszkę, dotykowy ekran) oraz dominacja przeka­zów skrótowych, wyrywkowych i niedookreślonych (czaty, posty, maile, miniblogi, np. tweety) wymagają interaktywnego udziału w każdym akcie komunikacji i dopełniania przekazywanych treści, co w efekcie całkowicie włącza człowieka do przekazu, a ten pochłania go często niemal bez reszty.

Tak więc po śmierci McLuhana pojawiły się kolejne media będące potwierdzeniem jego teorii, które przedłużyły jej żywotność i poszerzyły jej zakres. Łącząc cechy mediów gorących i zimnych, interpersonalnych i masowych, cyfrowe multimedia sieciowe zwiększają możliwości komunikacji społecznej, poddając ją zarazem ścisłym rygorom technologicznym. Teraz myślenie i działanie użytkowników mediów cyfrowych determinują nie tylko cechy samych urządzeń (hardware) - wysoka rozdzielczość obrazu, generowanie obrazów wirtualnych i 3D, rzeczywistość rozszerzona, wielkoekranowość, teleportacja, lecz także ich oprogramowanie (software), czyli sposoby znakowania i porządkowania danych, algorytmy przeglądarek i wyszukiwarek, protokoły formatowania i przesyłu plików, interfejsy, połączenia domyślne. Twórcy oprogramowania starają się czynić je coraz łatwiejszym w obsłudze, lecz nie mogą zmienić logiki działania samych urządzeń, muszą do niej dostosować wszystkie aplikacje i funkcje, a za ich pośrednictwem także działanie użytkowników owych urządzeń/aplikacji. Tak oto oprogramowanie mediów cyfrowych staje się też oprogramowaniem ich użytkowników, narzucając im określone wzorce myślenia i działania (Fuller, 2008; Goffey, 2008; Berry, 2011). Dobrze to widać na przykładzie algorytmów (sekwencji ściśle zdefiniowanych czynności sterujących przetwarzaniem określonych danych wejściowych w określone dane wyjściowe), regulujących wszystkie obszary komunikacji sieciowej. Ich logika i wszechobecność sprawiają, że wszystkie obszary ludzkiej aktywności podlegają algorytmizacji, która wypiera i zastępuje myślenie refleksyjne (Krzysztofek, 2006; Kreft, 2019). Zdaniem wielu badaczy już żyjemy w świecie kultury algorytmicznej (Hallinan, Striphas, 2014; Carah, Louw, 2015; Harari, 2018a, 2018b). Nawet jeśli przyjmiemy, że to diagnoza przedwczesna, bo algorytmy są miękkim (elastycznym) narzędziem determinizmu medialnego (Levinson, 2006), to wcale nie znaczy, że są przez to mniej skuteczne. Wprost przeciwnie, dzięki temu łatwiej i głębiej przenikają ludzki mózg/umysł oraz całą rzeczywistość społeczną.

Teoria równania mediów:media = ludzie

Skomplikowane relacje między ludźmi i mediami, które najpełniej upodabniają przekaz do komunikacji oralnej (telewizja, komputer), są przedmiotem zainteresowania teorii "równania mediów" (media equation), autorstwa Byrona Reevesa i Clifforda Nassa (2000). Nie nawiązuje ona do teorii determinizmu mediów, choć jest z nią w wielu punktach zbieżna; ma też mniejszy zakres odniesienia, jest za to dobrze udokumentowana przez szereg badań empirycznych. Cała teoria zasadza się na stwierdzeniu, że ludzie utożsamiają przekazy medialne z rzeczywistością, a na telewizję i komputery reagują tak, jak na obiekty świata fizycznego i żywych ludzi (media = ludzie). Na ogół ludzie nie są tego świadomi, nawet w ogóle nie dopuszczają takiej możliwości, bo przecież wiedzą, że świat w mediach to nie rzeczywistość, tylko jej symboliczne reprezentacje. Jednak na te reprezentacje reagują podobnie, a nawet tak samo, jak na rzeczywistość. Zachowują się tak, ponieważ nasze mózgi są stare, a telewizja i komputery młode. Ludzki mózg rozwijał się w świecie, w którym jedynie ludzie przejawiali zachowania społeczne, wszystkie zaś postrzegane przedmioty były martwymi obiektami fizycznymi. Nic więc dziwnego ani nienormalnego w tym, że kiedy pojawiły się media, które pokazują ludzi i sceny z ich życia w sposób realistyczny, to widzowie reagują na te obrazy tak, jak na istoty i zdarzenia realne. Anegdotycznym dowodem na to były projekcje filmiku braci Lumi?re (w 1896 roku) Wjazd pociągu na stację w La Ciotat - widząc nadjeżdżający pociąg, widzowie rzekomo zaczęli uciekać sprzed ekranu (rzekomo, bo zdarzenie to uchodzi bardziej za "mit założycielski kina" niż fakt empiryczny). Ludzie mogą wprawdzie wyłączyć taki tryb odbioru mediów i tłumić naturalne reakcje, ale robią to rzadko, bo to wymaga wysiłku, w dodatku umniejsza przyjemność odbioru (jaki sens miałoby wtedy oglądanie romantycznych komedii czy horrorów). W rezultacie interakcje ludzi z telewizją, komputerami i mediami cyfrowymi są z zasady społeczne oraz naturalne, tak jak interakcje z innymi ludźmi w świecie rzeczywistym (Reeves, Nass, 2000).

Swoje twierdzenia Reeves i Nass udokumentowali serią eksperymentów, w których dowiedli, iż odpowiednio zaprogramowane komputery sprawiają, że: ich użytkownicy przestrzegają dobrych manier, dostrzegają w nich rysy osobowościowe, nawiązują z nimi kontakt emocjonalny, przypisują im cechy płciowe i atrybuty ról społecznych - wprawdzie stereotypowe, niemniej kształtujące zachowania osób korzystających z tych urządzeń. Proste zabiegi antropomorfizacji mediów cyfrowych czynią z nich potężne narzędzie wpływu społecznego, skutecznie manipulujące ludzkimi emocjami. Zdarza się więc, że im bardziej ludzie humanizują swoje komputery, tym bardziej dehumanizują tych, o których na tych komputerach się wypowiadają, traktując ich w sposób przedmiotowy, co łatwo zauważyć na forach czy platformach społecznościowych. Robią to, rzecz jasna, głównie dla własnej przyjemności, jaką zapewnia im komputer przez szczególne połączenie anonimowości (sprzyjającej deindywiduacji i rozhamowaniu zachowań; Joinson, 2009) z układem nagrody (radującym się na samą myśl, że urządzenie kogoś poruszy). Ale gdy to robią zbyt często, może im to - w efekcie - wejść w krew, zachęcając do notorycznego psucia krwi innym.

Tak zażyły, intymny wręcz, związek człowieka z komputerem tłumaczy wiele zachowań użytkowników sieci. Skoro bowiem jest tak, że komputer traktujemy jak partnera interakcji, tzn. drugą osobę, to wszystkich ludzi, o których lub do których wypowiadamy się za jego pośrednictwem, traktujemy automatycznie jako osoby trzecie - oni. W ten sposób całkowicie bezwiednie uruchamiamy mechanizm nazywany w teorii mediów "efektem trzeciej osoby" (Mrozowski, 2003). Polega on na tym, że stopnie dystansu społecznego (ja - ty - on/oni) wyznaczają stosunek do ludzi. Wobec siebie jestem wyrozumiały: jeśli "ja" zrobię coś złego, to z powodu niesprzyjających okoliczności, bo przecież z natury jestem dobry i zawsze mam rację, natomiast gdy inni - "oni" czynią źle, to dlatego, że są źli z natury i zwykle nie mają racji, trzeba więc być wobec nich stanowczym. Pośredniczący zaś w relacjach ja - on/oni komputer, z którym jestem "na ty", staje się powiernikiem sekretów mojego ja. Otwieram się do granic szczerości, gdy mówię o sobie, i daję upust niechęci do świata oraz odreagowuję frustracje, gdy mówię o innych lub gdy dowiaduję się, co inni sądzą o mnie czy takich jak ja. Ten chwiejny stan wyrozumiałości i stanowczości, poufałości i dystansu, wyznacza amplitudę drgań emocjonalnych cechującą relacje człowiek - komputer (Wallace, 2001). Nie wiadomo, jak daleko zajdzie proces antropomorfizacji komputera i naszej od niego zależności, ale dalsze wdrażanie w życie (przez twórców sprzętu i programistów) formuły media = ludzie nie wróży niczego dobrego. Niezależnie bowiem od ogromnych zalet i atutów technologii cyfrowej komputer stwarza niebywale sugestywną iluzję bliskości i towarzystwa, w rzeczywistości pogłębiając i maskując coraz bardziej dojmujące poczucie osamotnienia "człowieka (w) sieci".

Komputer w każdej postaci ma wielką moc wnikania w psychikę człowieka, jednak takiej mocy jej przenikania, jaką mają media mobilne, zwłaszcza smartfon, nie miał dotąd żaden inny środek przekazu. Jakkolwiek niepokojące, opisy tego, co komputery stacjonarne robią z ludźmi, nie są tak poruszające, jak obserwacje wpływu smartfonów na komunikację interpersonalną. Choć ewolucyjnie wyrosły z telefonu komórkowego, to dziś są spersonalizowanymi urządzeniami multimedialnymi, łączącymi funkcję telefonu z możliwościami komputera, internetu, odbiornika radiowo-telewizyjnego, kamery i mikrofonu, uniwersalnej sekretarki oraz wielofunkcyjnego urządzenia, będącego informacyjnym odpowiednikiem "szwajcarskiego scyzoryka". Pokoleniom wyrosłym w przekonaniu, że telefon służy do rozmowy między oddalonymi od siebie ludźmi, trudno wprost uwierzyć, że można za jego pomocą unikać rozmowy i budować, a nie niwelować, dystans między ludźmi. Tymczasem badania pokazują, że coraz częściej tak właśnie jest wykorzystywany.

Badacze obserwujący sposoby posługiwania się smartfonem przez młodzież w Stanach Zjednoczonych (Turkle, 2013), Polsce (Bougsiaa i in., 2016) oraz w innych krajach (Spitzer, 2016) wskazują, że główną funkcją "komórki" staje się permanentne wysyłanie i odbieranie sms-ów, tweetów, maili, postów, a zwłaszcza ciągłe fotografowanie się i umieszczanie selfie na popularnych serwisach (Instagram, Facebook). Wygląda na to, że młodzi ludzie dość wcześnie uczą się, jak "być w kontakcie" z innymi, unikając zarazem rozmowy z nimi. Bo tekstowy, a jeszcze bardziej fotograficzny kontakt z ludźmi jest wygodniejszy i bezpieczniejszy od głosowego. Tekst i selfie maskują, umożliwiają autokreację, uwalniają od bezpośrednich reakcji, natomiast mowa zawsze demaskuje, zdradza emocje, zmusza do słuchania i bezpośredniej reakcji. W trakcie rozmowy ludzie często tracą kontrolę nad sytuacją i swoim zachowaniem, angażują się. Rozmowa wymaga pewnych umiejętności i wysiłku, a SMS-y, tweety, maile czy fotki od tego zwalniają. Dają ludziom iluzję bezpośredniego kontaktu, zostawiając ich w spokoju. Smartfon staje się więc "robotem do towarzystwa", który wytwarza substytut towarzystwa - wypełnia samotność, pozwala brać empatię udawaną za prawdziwą, umożliwia szczerość i intymność bez uwzględniania cudzej wrażliwości i jakichkolwiek zobowiązań wobec kogokolwiek.

Nie wiadomo, do czego to doprowadzi kolejne pokolenia wychowane na takiej komunikacji. Jednak już dziś wiadomo, że utrudnia ona budowanie głębokich relacji społecznych, będących podstawą autentycznej wspólnoty. Jest więc wielkim paradoksem, że telefon komórkowy, który umożliwia komunikację mobilną z każdym, w każdych warunkach i na każdą odległość, zamiast wzmacniać "wtórną oralność", odbudowując pewne cechy oralności pierwotnej (więzi emocjonalne), w istocie rozwija "wtórną piśmienność", dalej osłabiającą zarówno komunikowanie oralne, jak też kulturę pisma. W rezultacie "komórka" sprawia, że nie związki między ludźmi (rodzina), ale izolowana jednostka (nawet nie będąc "singlem") staje się podstawową "komórką" społeczną.

Teoria aktora-sieci

W obu przywołanych teoriach relacje człowiek - medium są punktem wyjścia do szerszego ujmowania procesów i efektów komunikowania. Jednak każda z nich już na starcie skupia się na jednej stronie tych relacji, przypisując jej moc sprawczą, co usuwa z pola widzenia inne czynniki i okoliczności, bez których obraz zjawiska jest niepełny, wręcz spaczony. Teoria determinizmu mediów absolutyzuje ich techniczną naturę, która w decydującym stopniu określa przebieg i efekty komunikowania. Wpływ tego czynnika jest tak silny, że człowiek nie może mu się przeciwstawić, a ulegając mu, ludzie przenoszą techniczne własności mediów na swoje działania i otoczenie. Teoria równania mediów natomiast odwraca perspektywę i w relacjach ludzie - media rolę dominującą przyznaje ludziom, którzy reagują na media tak, jak na inne osoby, bo ewolucja nie wyposażyła nas w różne sposoby reagowania na żywych ludzi i na ich obrazy. Mechanizm reagowania na medialne obrazy ludzi jak na żywe organizmy przenosimy na same media, a interaktywny charakter nowych środków przekazu dodatkowo wzmacnia wrażenie kontaktu z żywym organizmem. W rezultacie determinizm technologiczny podporządkowuje ludzką naturę technice, a równanie mediów antropomorfizuje technikę. Oba podejścia są dobrze uargumentowane, ale nie dadzą się pogodzić. Nie dlatego, że któreś bądź oba są błędne, lecz dlatego, że redukują całą złożoność relacji ludzie - media do jednego aspektu i absolutyzują jeden z czynników, pomijając wszystkie inne. Ta jednostronność ujęcia bynajmniej nie ogranicza wartości i znaczenia żadnej z tych teorii, bo obie zgłębiają ważne aspekty procesów komunikowania, wymaga jednak przeciwstawienia im jeszcze innego ujęcia, równoważnie traktującego obie strony interakcji ludzie - media. Takie nowe, poszerzone ujęcie potrzebne jest też dlatego, że wraz z rozwojem internetu i mediów mobilnych procesy komunikowania komplikują się w stopniu i skali dotąd niespotykanych.

Odpowiedzią nauki na dynamiczny rozwój internetu były próby stworzenia teorii ujmującej relacje ludzie - media w sposób kompleksowy, łączący poziom mikro, tj. relację człowiek - komputer, z poziomem makro, tj. relacjami społeczeństwo - sieć. Najbardziej spójną i całościową propozycją tego rodzaju jest teoria społeczeństwa sieci wyłożona w trylogii Manuela Castellsa (2007; 2008; 2009). Wychodząc od prostego, trójelementowego ujmowania sieci jako związku węzłów, połączeń i przepływów, autor ten pokazuje, jak dzięki nowoczesnej technice informacyjno-komunikacyjnej z elementów tych powstają złożone układy zależności o zasięgu globalnym, które zmieniają wszystkie dziedziny życia społecznego - gospodarkę, politykę, kulturę, wielkie i małe wspólnoty, a także indywidualne tożsamości i style życia. Choć komunikacja sieciowa jest w centrum rozważań Castellsa, poświęcił jej nawet dwie książki (Castells, 2003; 2013), to jednak traktuje ją instrumentalnie, jako czynnik kształtowania (się) nowych form organizacji społeczeństwa, a zwłaszcza nowych struktur władzy i dominacji (autor nawiązuje do koncepcji determinizmu mediów McLuhana). Natomiast nią samą, jej wewnętrzną specyfiką i wpływem na ludzi zajmuje się dość pobieżnie. Można to zrozumieć, bo Castells jest socjologiem, którego interesują zmiany systemowe i procesy społeczne, lecz to ogranicza przydatność jego teorii dla medioznawstwa. Owszem, ustaleń tego autora nie wolno bagatelizować, stanowią wręcz teoretyczne ramy dla studiów nad komunikacją sieciową, lecz zrozumienie głębokości jej wpływu na ludzi, poszczególne jednostki, wymaga innego podejścia, innej inspiracji.

W sposób dość niespodziewany inspiracji takiej dostarczyła teoria, która pojawiła się przed powstaniem internetu, jako efekt studiów nad funkcjonowaniem laboratoriów naukowo-badawczych, gdzie dokonuje się odkryć naukowych i tworzy nowe technologie; w rozwiniętej wersji dotyczy ona całokształtu ludzkiego świata, więc także relacji ludzie - media, a w swoim wymiarze filozoficznym (metafizycznym) w ogóle wszystkiego. Chodzi o teorię aktora-sieci (actor-network theory, ANT), której najwybitniejszym przedstawicielem jest Bruno Latour (2010). Od razu trzeba zaznaczyć, że użyte w nazwie tej teorii określenie "sieć" nie odnosi się do żadnej konkretnej sieci, tylko do powiązań (splotów) między bytami wszelkiego rodzaju, które sprawiają, że człowiek jest taki, jaki jest, i ciągle się zmienia, jego środowisko jest takie, jakie jest, i ciągle się zmienia, i świat jest taki, jaki jest, i też się zmienia. Tak szerokie podejście do rzeczywistości jest wyrazem sprzeciwu wobec klasycznej socjologii, zawężającej świat społeczny do ludzi i instytucji oraz przeciwstawiającej człowieka systemowi, jednostkę - społeczeństwu, czemu Latour przeciwstawia "socjologię powiązań" jako "bardziej realistyczny realizm". Wedle komentatorów i egzegetów Latoura (Abriszewski, 2008; Harman, 2016) ANT to jednak coś więcej niż tylko teoria socjologiczna, to wręcz nowa i całkowicie oryginalna koncepcja filozoficzna.

Teoria aktora-sieci opiera się na szeregu założeń i stwierdzeń, z których najważniejsze są cztery:

- świat, w jakim człowiek żyje, jest konstrukcją, którą tworzą czynniki ludzkie (humans): ludzie, ich cechy, atrybuty i zachowania, oraz czynniki pozaludzkie (nonhumans): organizmy, twory przyrody, rzeczy, urządzenia, znaki, idee, zdarzenia itd.; - czynniki ludzkie i pozaludzkie współtworzą rozmaite sieci połączeń i wielorako na siebie oddziałują; - jeśli działanie jakiegoś czynnika nie zmienia ruchu innych elementów sieci (nie czyni różnicy), jest on tylko zapośredniczeniem, jeśli zaś zmienia ruch innych elementów (czyni różnice), jest mediatorem; - każdy czynnik ludzki lub pozaludzki, który wprowadza zmiany w otoczeniu (działa jak mediator), jest aktorem mającym określoną moc sprawczą, co przydaje mu waloru podmiotowości.

Zapośredniczenia tylko przenoszą siły i ruch na inne elementy, podtrzymując i stabilizując powiązania między elementami, natomiast mediatory (aktorzy) powiązania te zmieniają, sprawiając (modyfikacja, translacja), że zmienia się kierunek, dynamika bądź charakter tych sił - np. komputer jest zapośredniczeniem, kiedy nie wpływa na tekst pisany przez użytkownika i przekazuje go adresatowi, gdy zaś umieszczony w nim algorytm, wirus lub program hakerski zmienia tekst i/lub kieruje go na inny adres, wtedy staje się mediatorem, czyli aktorem.

Każdy ludzki i pozaludzki aktor (współ)tworzy łańcuchy mediatorów i uruchamia ciągi przekształceń (translacji) sił przez nie przenoszonych, co sprawia, że inni aktorzy (ludzie, zwierzęta, rzeczy) "robią coś", co objawia się w wydarzeniach wywoływanych przez tych aktorów/mediatorów. Łańcuchy mediatorów i ciągi przekształceń przeplatają się i splatają na wiele sposobów i to właśnie te sploty autorzy ANT nazywają siecią. Innymi słowy: sieć to szereg powiązanych działań, w których każdy z elementów "czyni różnicę" i o tyle, o ile ją czyni, jest aktorem: aktorem-sieci. W tej niefortunnej i nieco mylącej, jak przyznaje Latour, zbitce pojęciowej, oba elementy są kluczowe. Pierwszy (aktor) ujawnia niewielką przestrzeń, w której wylęgają się wszystkie ważne składniki świata; druga część (sieć) pozwala wyjaśnić, przez jakie wehikuły, ślady, szlaki bądź typy informacji świat zostaje ulokowany wewnątrz tych miejsc, a następnie po przetransformowaniu zostaje na powrót wypompowany na zewnątrz poza wąskie mury (Latour, 2010, s. 263). Owa sekwencja przepływu i translacji sił: do wewnątrz - przekształcenie - na zewnątrz (w ujęciu cybernetycznym: wejście - konwersja bodźca - wyjście) stanowi istotę każdej sieci, jej podstawowy element konstrukcyjny wiążący sieć i czyniący aktorów. Nierozdzielność tych elementów, ich splotu z innymi elementami i powiązaniami, zaciera - relatywizuje - granice między tym, co biologiczne, społeczne, fizyczne i techniczne, wewnętrzne i zewnętrzne, lokalne i globalne, między naturą i kulturą, człowiekiem i społeczeństwem, jednostką i systemem, poziomem mikro i makro, strukturą i działaniem.

Aktorem-sieci był np. średniowieczny rycerz (jak wojownicy, rzemieślnicy i artyści wieki przed nim), który stanowił integralny splot czynników biologicznych (ciało i kondycja jego, konia i giermka), materialnych (zbroja, wyposażenie konia i giermka), społecznych (lojalność wobec władcy, stan społeczny), kulturowych (etos rycerski) i technicznych (konstrukcja zbroi, umiejętność posługiwania się tarczą, mieczem, kopią); był on aktorem lokalnym (służył konkretnemu władcy) i globalnym (służył chrześcijańskiemu Bogu); człowiekiem (kondycja, sprawność) i instytucją (filar systemu społecznego). Każdy z tych elementów był powiązany z innymi czynnikami współtworzącymi figurę rycerza jako aktora-sieci, a także z innymi elementami współtworzącymi innych aktorów-sieci - innych rycerzy, ich władców, płatnerzy, giermków, stajennych itd. Był też żywym upostaciowieniem rycerskiego dyskursu, łączącym czynnik indywidualny i regułę formalną z kontekstem socjokulturowym. W tych powiązaniach czynniki ludzkie były tak samo ważne i znaczące (czyniące różnice), jak czynniki pozaludzkie - bez konia i zbroi nie było rycerza, nie było go także bez herbu czy chorągwi określających jego przynależność oraz bez wielu innych atrybutów, które warunkowały jego indywidualność, sposób działania i usytuowanie społeczne, czyli jedność bytu i dyskursu.

Wraz z rozwojem cywilizacji (nauki, techniki, przemysłu) nasycenie ludzkiego środowiska urządzeniami technicznymi, najpierw mechanicznymi, później elektrycznymi, a teraz elektronicznymi (inteligentne urządzenia, którymi człowiek steruje na odległość, oraz tzw. technologie ubieralne, czyli opaski i czujniki noszone na ręku lub w ubraniu, które monitorują stan organizmu: ciśnienie, tętno, poziom cukru, napięcie itp., a także lokalizację przestrzenną człowieka) systematycznie rosło, aż osiągnęło taki poziom złożoności, że relacje między tym, co ludzkie i pozaludzkie, ulegają odwróceniu - człowiek nie jest już użytkownikiem rzeczy, on się nimi wysługuje i wyręcza, a one coraz częściej kierują jego zachowaniem lub działają bez jego udziału (roboty zastępują pracowników). Jeszcze niedawno w relacjach kierowca - auto człowiek był stroną aktywną, maszyna reaktywną, dziś prowadzenie samochodu to interakcja człowiek - komputer - maszyna, a już niebawem człowiek będzie tylko wydawać polecenia (na głos lub w myślach), które inteligentny pojazd wykona "po swojemu" (automatycznie, wedle algorytmów komunikacji sieciowej sterującej jego ruchem). Poza tym nie będzie to już człowiek, lecz istota postludzka, symbiotyczny splot żywego organizmu i urządzeń technicznych, hybryda jednostki ludzkiej i maszyny, czyli cyborg. Ów cyborg będzie podłączony na stałe do globalnej sieci komunikacyjnej, dzięki czemu będzie aktorem-sieci integralnie wplecionym w lokalne i globalne środowisko. Prototypem takiej istoty są dzisiejsze nastolatki, które od wczesnego dzieciństwa tak intensywnie "zżywają się" z swoim smartfonem, że już po kilku latach nie potrafią bez niego "normalnie" funkcjonować.

Hybrydyzacja człowieka i maszyny (cybernetyczny organizm) to produkt rozwoju nauk przyrodniczych i technicznych oraz ich zastosowań praktycznych (w medycynie, inżynierii, nowych technologiach), które zburzyły tradycyjne wyobrażenie o człowieku i społeczeństwie, ufundowane na chrześcijańskiej teologii, rozwinięte przez nauki humanistyczne i społeczne. Opierało się ono na esencjalistycznym przekonaniu o rozumności istoty ludzkiej, obdarzonej mocą sprawczą, której nie ma żaden inny organizm i nie może mieć żadna maszyna. To przekonanie o wyjątkowości człowieka podważyły najpierw nauki przyrodnicze. Etologia, badająca zachowania zwierząt, dowiodła, że człowiek różni się od nich niewiele, o ile w ogóle, a wszystkie atrybuty jego człowieczeństwa to ewolucyjnie zmodyfikowane cechy zwierząt - ludzkie człowieczeństwo to tylko ludzka zwierzęcość (Wickler, 1974; Lorenz, 1986; Eibl-Eibesfeldt, 1987). Jeszcze energiczniej do destrukcji mitu człowieczeństwa włączyły się nauki ścisłe, inżynieria, cybernetyka. Bez teoretycznego zadęcia, na gruncie praktyki, tworzyły one urządzenia (serwomechanizmy, automaty, roboty) i programy sterujące (algorytmy), które przejmowały poszczególne funkcje ludzkiego organizmu, kompensując jego fizyczne ułomności (protezy, implanty) bądź wspierając i zastępując ludzi w wykonywaniu wielu czynności (automatyzacja, robotyzacja). I chociaż cel finalny tych dążeń: stworzenie sztucznej inteligencji dorównującej możliwościom ludzkiego umysłu, nie został jeszcze osiągnięty, to prace nad samoprogramującymi się komputerami są zaawansowane, a funkcjonalne sprzężenie mózgu i komputera weszło w fazę praktycznej operacjonalizacji.

W kontekście wskazanych wyżej procesów teoria aktora-sieci nie jest więc konceptem radykalnym ani rewolucyjnym. Jest rozsądną próbą przezwyciężenia ograniczeń humanistyki, ślepo zapatrzonej w człowieka, oraz socjologii, skupionej tylko na tym, "co społeczne", mającej przywrócić rzeczom i maszynom (także przyrodzie) należne im miejsce w badaniach ludzkich zbiorowości. Pod względem wizjonerskiej potencji ANT nie dorównuje też wytworom kultury popularnej (pomijając starożytne centaury czy syreny, gotyckie wampiry oraz inne półludzkie monstra), która systematycznie doskonali figurę cyborga, ewoluującego od topornego Frankensteina po hipersprawne terminatory i robocopy oraz seksowne androidy.

Rosnąca atrakcyjność postaci cyborgów w świecie mediów oraz zacieśnianie związków człowieka z techniką w świecie realnym czyniły z tych pierwszych mityczne upostaciowienie istoty doskonałej, wzorcowego agenta-sieci nowego typu, działającego ponad podziałami na to, co naturalne/sztuczne, zwierzęce/ludzkie, cielesne/umysłowe, organiczne/mechaniczne, kobiece/męskie, uległe/dominujące, prywatne/publiczne, zdolnego przezwyciężać wynikające z tych podziałów ograniczenia i problemy (upośledzenie, dyskryminacja, wykluczenie itp.), budującego swobodne relacje z otoczeniem i mającego nad nimi kontrolę. Dzięki tym cechom i zdolnościom postać cyborga, jako istoty przeciwstawiającej się niesprawiedliwej władzy, wszelkiemu złu i krzywdzie, nabierała ideologicznej nośności.

Szczytowym wyrazem mityzacji cyborga był ogłoszony w 1985 roku przez Donnę Haraway Manifest cyborgów (2003) - ironiczno-poważny, naukowo-polityczny esej cyberfeministyczny o tym, jak zacieśniające się związki człowieka z techniką, ciała z maszyną, mogą pomóc kobietom wyswobodzić się spod męskiej dominacji i obciążeń przypisanych (przez mężczyzn) ich płci, biologii, rolom społecznym, źródła ich zniewolenia i opresji. Cyborg - w eseju Haraway - jest metaforą, która uosabia społeczną i cielesną rzeczywistość, ale jest też źródłem wyobraźni, z którego można czerpać inspirujące pomysły. Przed epoką cyborgów, czyli od zawsze, kobiety, zwierzęta i maszyny miały służyć mężczyznom jako bezwolne narzędzia ich panowania nad światem. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy mężczyźni zaczęli tworzyć maszyny cybernetyczne wyposażone w coraz większą moc sprawczą, a częściowo także samoświadomość (zakodowaną w oprogramowaniu), dające im pewną autonomię w relacjach z ludźmi. Maszyny te w dalszym ciągu służą im w ich szaleńczym podboju (wszech)świata i obłędnej walce o dominację, lecz równocześnie sterują nimi i ich kontrolują - w porównaniu z średniowiecznym rycerzem dzisiejszy żołnierz to człowiek-maszyna do zabijania i niszczenia, którego "siłę rażenia" określa broń, jaką dysponuje, co zmienia współczesną wojnę w "orgię cyborgów" (rycerz robił to, co umiał, żołnierz robi to, na co pozwala mu technika). Ale maszyny nie mają płci, mogą więc służyć tak samo mężczyznom, jak kobietom, zwiększając ich moc sprawczą, a przez to także samoświadomość. Mit o cyborgu mówi o przekraczaniu granic i pokonywaniu dualizmów. Gdyby zatem kobiety spojrzały na świat i swoją sytuację z jego perspektywy, wówczas takie "przesunięcie perspektywy" stworzyłoby im, jak mniema Haraway, lepsze szanse na zakwestionowanie obowiązujących norm i ułatwiło walkę o inne formy władzy i przyjemności w społeczeństwie, gdzie technologia określa życie. Postać cyborga, krótko mówiąc, powinna dać kobietom do myślenia - o tym, jak korzystać z maszyn, żeby zwiększyć swoją sprawczość i poprawić swój los, a w efekcie samemu określać swoją podmiotowość i tożsamość, uwłasnowolnić się.

Gdy Haraway ogłosiła swój manifest, otwierając przed feminizmem nowe perspektywy, teoria aktora-sieci dopiero powstawała, komputery osobiste zaczęły wchodzić do powszechnego użytku, internet był w powijakach, a o smartfonach marzyli tylko twórcy science fiction. Gdy jednak dekadę później rewolucja cyfrowa nabrała impetu, internet rozpoczął podbój świata, a nowe media sieciowe zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, Manifest cyborgów i ANT nabrały nowego znaczenia. Figura aktora-sieci i metafora cyborga lepiej pasowały do opisu zmieniającej się rzeczywistości niż tworzone naprędce modyfikacje starszych teorii socjologicznych, kulturoznawczych i medioznawczych, o humanistyce nie wspominając. Dlatego też badacze nowych mediów uznali oba koncepty za jedyną poważną alternatywę dla teorii determinizmu mediów, przeciwstawiającą wizji zniewolenia człowieka przez sieć i komputery ("twardy determinizm") obraz bardziej zrównoważony ("miękki determinizm"), w którym relacje: człowiek - komputer - sieć mogą służyć emancypacji grup upośledzonych oraz demokratyzacji systemu, ale tego nie gwarantują, bo źle wykorzystywane mogą utrwalać stare podziały i tworzyć nowe, oparte na wykluczeniu cyfrowym (Lister i in., 2009).

W szerokiej perspektywie, obejmującej bliższe i dalsze efekty komunikacji sieciowej, teoria aktora-sieci pomaga pełniej niż inne teorie opisać układ zależności między działaniem i otoczeniem nowych mediów (sieć) a konstruowaniem tożsamości przez ich użytkowników (aktorzy), będący podstawą posttradycyjnego ładu socjokulturowego (rozwijanego od końca lat 60. XX wieku). Pod wieloma względami układ ten jest odwrotnością mechanizmów, które określały role mediów w ładzie tradycyjnym, z wolna odchodzącym w przeszłość. W ramach starego układu wzorce tożsamości, formy podmiotowości i wzory zachowań są dziedzictwem tradycji, transmitowanym przez media i narzucanym odbiorcom (ich wdrażanie nadzoruje rodzina, szkoła, Kościół). Młodzieżowa rewolta końca lat 60. ubiegłego stulecia, feminizm drugiej fali oraz rozkwit konsumpcjonizmu ład ten zdestabilizowały, a ekspansja internetu rozbiła go doszczętnie. Pokolenia dorastające w świecie sieci budują swoją tożsamość w opozycji do tradycji i w odwrotnej kolejności niż ich rodzice i dziadkowie - najpierw kształtują swój wizerunek (profile sieciowe, zewnętrzne Ja), później starają się zaznaczyć własną podmiotowość (sprawczość, manifestacja wewnętrznego Ja), a następnie wszystko to usiłują połączyć w mniej lub bardziej spójną całość, określającą tożsamość i pozycje jednostki (społeczne Ja) w szerszym układzie odniesienia (społeczności sieciowe). Całość ta, składająca się na mniej lub bardziej spójny profil internauty, jest konstruowana - za pomocą kodów i algorytmów - z różnych elementów: obrazów siebie, znajomych, znanych postaci oraz rzeczy-znaków wszelkiego rodzaju (zwierzątka, przedmioty, urządzenia, przyroda, architektura itd.), jest to więc taki splot elementów ludzkich i pozaludzkich, o jakim pisze Latour (assemblage). Jeśli do tego dodać, że każdy użytkownik internetu może funkcjonować w wielu sieciach społecznościowych "pod przykryciem" (pseudonim, awatar, fałszywa tożsamość), a wyspecjalizowane algorytmy mogą tworzyć różne jego profile (na podstawie zebranych ciągle aktualizowanych informacji o jego poruszaniu się w sieci określające jego zainteresowania, potrzeby i pragnienia, a nawet cechy charakterologiczne i kondycję fizyczną) na użytek różnych zleceniodawców (firmy komercyjne, partie polityczne, służby specjalne), to okazuje się, że jeden użytkownik sieci może funkcjonować w niej jako wielu różnych aktorów-sieci istniejących w różnych wariantach, wersjach, konfiguracjach i "stanach skupienia".

Tak samo, jak powstaje (i rozmnaża się) figura jednostkowego aktora-sieci i jego cyfrowa reprezentacja, formuje się postać zbiorowego aktora-sieci, czyli instytucji systemu, społeczności lokalnej, społeczeństwa. Latour przestrzega przed określaniem takich aktorów jako grup bądź społeczności, bo to błędnie sugeruje (w duchu socjologii klasycznej), że składają się oni tylko z czynników ludzkich i tego, "co społeczne", bez znaczącego udziału czynników pozaludzkich, a to nieuprawniony, fałszujący obraz rzeczywistości redukcjonizm. Zamiast więc o grupach ANT mówi o procesach grupotwórczych, a zamiast o społecznościach, o heterogenicznych zbiorowościach (kolektywach). Nie są to tylko przesunięcia terminologiczne, słowna kosmetyka, lecz idą za tym istotne implikacje teoretyczne i metodologiczne. W obu przypadkach, choć w różnej skali, są to mniej lub bardziej złożone agregaty różnych elementów: ludzi, rzeczy, zwierząt, przyrody, form semiotycznych (język, dyskursy, mity, rytuały, symbole tożsamości, miejsca pamięci itp.), które są powiązane siecią dynamicznych relacji i tylko o tyle, o ile są powiązane takimi relacjami, tworzą względne wyodrębnialne i trwałe zbiorowości. Takie rozumienie heterogenicznych zbiorowości pasuje do kierunku ewolucji internetu, w którym internet ludzi coraz ściślej splata się z internetem rzeczy, czyli inteligentnymi urządzeniami, interakcje między użytkownikami sieci oplatającymi interakcjami ludzie - rzeczy oraz rzeczy - rzeczy.

Większość badaczy nowych mediów i komunikacji sieciowej nie odwołuje się do teorii aktora-sieci, w tym nawet ci, którzy mają ambicje całościowego ujmowania społecznych kontekstów cyfrowej rewolucji (np. van Dijk, 2010). Ale jest też wiele przykładów bezpośredniego stosowania tej teorii (np. przy analizie powstania i ewolucji mediów społecznościowych; van Dijck, 2013) bądź korzystania z niej, jak też ze zbieżnej z nią metafory cyborga, jako inspiracji lub ramy teoretycznej do badania użytkowników nowych mediów (np. Bougsiaa i in., 2016). Jednak presja rzeczywistości robi swoje. Można ignorować ANT i Latoura, ale nie można nie dostrzegać zmian zachodzących w rzeczywistości, zwłaszcza gdy są one przedmiotem badań. Choć zatem wielu autorów pomija ANT, to w swoich studiach nad cyfrowymi mediami mobilnymi dostrzegają oni coraz ściślejsze i bardziej złożone związki (sploty, kłącza, zrosty) między ludźmi i technologiami medialnymi, których ludzie ci używają na co dzień i które coraz głębiej przenikają ich organizmy oraz cały świat społeczny. Autorzy badający te procesy dochodzą różnymi drogami, często bezwiednie, do tych samych ustaleń i sposobu myślenia, które ANT formułuje expressis verbis. Także w tej książce bezpośrednie odwołania do teorii aktora-sieci będą rzadkie, lecz charakterystyczny dla niej sposób myślenia i opisywania rzeczywistości przenika wszystkie jej części.

Żadna teoria nie może wyjaśnić wszystkiego, nawet nie powinna tego próbować. Teoria aktora-sieci ma szerokie ambicje, ale też wyraźne ograniczenia i słabe punkty. Traktując o przepływie i translacji sił wiążących aktorów w sieci, nie wskazuję, skąd się te siły biorą, co określa charakter translacji ani co decyduje o trwałości powiązań. Wszystkich tych kwestii nie da się sprowadzić tylko do aktywności i sprawczości aktorów oraz ich wzajemnych oddziaływań. Bo wtedy ANT popadłaby w pułapkę redukcjonizmu, przed czym ostrzega. Jak zwykle w takich razach ratunkiem są inne teorie. W typ przypadku, lub raczej: także i w tym przypadku, niezwykle przydatna okazuje się teoria ewolucji, która pod wieloma względami jest uderzająco zbieżna z ANT. Do tego stopnia, że teorię aktora-sieci można potraktować jako rozwinięcie i uogólnienie konceptu dostosowania łącznego. W takim zestawieniu źródłem sił scalających i dynamizujących sieć jest z jednej strony genetycznie uwarunkowany instynkt przetrwania (ożywiający ludzi, zwierzęta, przyrodę), a z drugiej strony tworzenie i wymiana zasobów, które warunkują adaptację do warunków środowiska (oprócz ludzi, zwierząt i przyrody są to rzeczy, maszyny i środki komunikowania, algorytmy). W tym kontekście np. nowoczesne maszyny są ważnym aktorem-sieci, bo wspomagają tworzenie zasobów (adaptacja) i równocześnie likwidują stanowiska pracy (selekcja). Zbieżności obu teorii jest więcej, ale nie chodzi tu o ich punktowanie. Chodzi raczej o podkreślenie, że przyjęta perspektywa ewolucjonistyczna ma służyć wskazywaniu zbieżności i komplementarności różnych podejść, a nie ich hierarchizowaniu.

Rozdział 3

MEDIA MASOWE W PERSPEKTYWIE EWOLUCJONIZMU

Instytucje są wytworem ewolucji i podlegają ewolucji. Dzisiejsze ludzkie społeczności dzieli od pierwszych żywych organizmów, jakie pojawiły się na ziemi, dystans miliardów lat i niezliczony ciąg mutacji (przypadkowych zmian), które lepiej (przetrwały) lub gorzej (zaginęły) sposobiły te organizmy do zmieniającego się otoczenia. Jednak sam czynnik sprawczy oraz mechanizm ewolucji są niezmienne. Owym czynnikiem, jak dowiódł Richard Dawkins (2012), jest "samolubny gen", czyli - przypomnijmy - cząsteczka chromosomu zawierająca DNA, zdolna do wytwarzania kopii (replikator), lecz niezdolna do samodzielnego życia. Aby zatem gen ten mógł przetrwać i się mnożyć, potrzebuje nośnika w postaci zdolnego do reprodukcji organizmu - "maszyny przetrwania". Każdy gen "troszczy się" tylko o swoje przetrwanie i tylko do tego "używa" organizmu. Jednak replikacja genów zależy od reprodukcji organizmu. Dlatego najlepiej "służą" im takie organizmy, które reprodukują się szybko i dokładnie, co gwarantuje identyczność wielu kopii, a poza tym są trwałe (mają liczne potomstwo) i dostosowane do otoczenia (faworyzowane przez selekcję naturalną). Takim organizmem jest człowiek. Lecz by żyć i się rozmnażać, potrzebuje stałego dostępu do zasobów oraz stabilnych warunków życia. Żeby je stworzyć i utrzymać, zaczął konstruować coraz doskonalsze maszyny przetrwania. Jednym z ich rodzajów były, są i będą urządzenia i instytucje służące porozumiewaniu się ludzi - media masowe.

DRABINA EWOLUCJI. INSTYTUCJONALIZACJA NATURY, NATURA INSTYTUCJI

Szczebel pierwszy: natura

Geny nie wpływają bezpośrednio na selekcję naturalną ani bezpośrednio jej nie podlegają. Powstają przez replikacje i przypadkowe zmiany (mutacje). Kształtują one fizyczne i funkcjonalne właściwości organizmu (nosiciela) oraz jego zdolności adaptacyjne, od czego zależy przeżycie i reprodukcja organizmu, czyli dalsza replikacja genów. Mutacje genów zmieniają cechy i zachowania organizmu, zwiększając lub zmniejszając jego zdolność do pozyskiwania zasobów oraz unikania zagrożeń w środowisku życia. Osobniki, które czynią to lepiej, rozmnażają się łatwiej i szybciej, zwiększając pulę genów swego gatunku. Ale im szybciej rośnie populacja ich nosicieli, tym szybciej maleją zasoby i rosną zagrożenia ze strony innych organizmów rywalizujących o te same zasoby. Pogarszają się warunki egzystencji, nasila się presja selekcyjna środowiska. Jeśli w ciągu kolejnych pokoleń nie pojawi się żadna mutacja genetyczna poprawiająca dostęp gatunku do zasobów, zagrożony jest dalszy wzrost populacji, a nawet samo jej istnienie. W ten sposób selekcja naturalna faworyzuje gatunki, które w drodze kolejnych mutacji zyskują nowe, bardziej złożone i efektywne umiejętności adaptacyjne. Choć więc geny nie uczestniczą bezpośrednio w selekcji naturalnej, tylko wpływają na nią pośrednio, przez mutacje zmieniające cechy organizmu ("maszyny przetrwania"), to jednak powodują głębokie i dalekosiężne skutki. Kolejne, nawarstwiające się mutacje rodzą coraz bardziej złożone organizmy, tworzące coraz bardziej złożony łańcuch zależności przyczynowo-skutkowych między cechami tych organizmów a ich wpływem na otoczenie, co w efekcie sprzyja ekspansji jednych gatunków i zanikowi innych. W długim ciągu takich mutacji z prostych organizmów jednokomórkowych wyewoluowały istoty człekokształtne, u których rozwinął się mózg/umysł, pojawiła się świadomość (jaźń) i myślenie symboliczne - narodził się Homo sapiens zdolny do tworzenia języków i narzędzi ułatwiających życie, uczący się współpracy z innymi ludźmi oraz życia w zorganizowanych społecznościach. Przejście od adaptacji biologicznej (dobór osobniczy) do adaptacji społecznej (dobór grupowy) pchnęło procesy ewolucyjne na nowe tory: przypadkowej zmienności organizmów biologicznych, Homo sapiens przeciwstawia działania świadome i celowe, oparte na wiedzy i doświadczeniu, a naturalną selekcję ujmuje w ramy zinstytucjonalizowanych norm i form kontroli. I aż dziw bierze, że jak dawniej, tak i teraz, całym tym mechanizmem steruje "samolubny gen". No bo cóżby innego?

Najprostszą formą adaptacji społecznej jest żerowanie na cudzych zasobach bądź wykorzystywanie innych organizmów do własnych potrzeb. Stosując rozmaite sztuczki, oszustwa czy podstępy, sprawdzone w teście doboru naturalnego, wiele pasożytów (pasażerowie na gapę) czyni to dość skutecznie. Gdy interesy reprodukcyjne pasożyta i jego ofiary są rozbieżne, geny darmozjada osiągają sukces reprodukcyjny tylko o tyle, o ile nie szkodzą reprodukcji organizmów wyzyskiwanych. Bo jeśli ofiary przestaną się reprodukować, to samo czeka łupieżców - stracą życiodajne zasoby i zginą, a wraz z nimi ich geny. Lepsze widoki na sukces reprodukcyjny mają te pasożyty, które coś robią, by ulżyć doli swoich ofiar. Nawet gdy wkład pasożyta, jego koszty adaptacji są zdecydowanie mniejsze niż jego zysk reprodukcyjny oraz koszty ponoszone przez ofiarę wyzysku, to i tak szanse na reprodukcję obu organizmów (replikację genów każdego z nich) są korzystne. Gdy zaś między pasożytem i ofiarą następuje podział funkcji życiowych, który poprawia reprodukcyjne szanse obu organizmów, to zaczynają one ze sobą współpracować (dostosowanie łączne, altruizm odwzajemniony). Korzyści płynące z takiej współpracy prowadzą, w dalszej perspektywie, do symbiotycznego związku - geny obu organizmów nadal replikują się osobno, ale organizmy stają się współzależne: trudno im bez siebie przetrwać. Kolejna, kulminacyjna faza ewolucji następuje wtedy, gdy symbiotyczny związek przekształca się w organiczny zrost, tzn. geny obu organizmów replikują się wspólnie, za pomocą tego samego nośnika (plemnik i jajo tworzą komórkę rozrodczą, zarodek), a organizmy muszą współpracować, żeby spłodzić i wychować potomstwo. Powstaje rodzina. Taka forma koegzystencji zamyka jeden cykl ewolucji (pasożyt - współpraca - symbiotyczny związek - organiczny zrost) i otwiera następny. Nowo powstały organizm ma większe możliwości i potrzeby, zaczyna więc pasożytować, bo musi, na szerszą skalę, szukając nowych zasobów i ofiar, ale z czasem rozwija współpracę z nimi, i cykl toczy się dalej. Tak powstają nowe gatunki oraz kolejne, wyższe szczeble "drabiny ewolucji".

Szczebel drugi: kultura

Trudno ustalić, gdzie kończy się poziom ewolucji biologicznej, a zaczyna napędzana przez nią ewolucja społeczna, bo, jak pouczają etologowie (Wickler, 1974; Eibl-Eibesfeldt, 1987), wszystkie ludzkie i społeczne formy życia występują wśród gatunków lokowanych niżej na drabinie ewolucji. Jednak to, co wyróżnia ludzkie społeczności na tle innych gatunków, to wyodrębniona sfera kultury, czyli oparta na świadomym nadawaniu znaczeń i wartościowaniu świata instytucjonalizacja mechanizmów regulujących procesy ewolucji i adaptacji. Nie są to mechanizmy nowe, "dodane" do ewolucji jako takiej, lecz jej immanentne składniki od prapoczątków. Tyle tylko, że człowiek nauczył się je wykorzystywać w sposób celowy, by za ich pomocą zwiększyć skalę, szybkość i skuteczność działań adaptacyjnych, tworząc dostosowane do swoich potrzeb złożone, względnie stabilne struktury społeczne. Owe mechanizmy to: dobór krewniaczy (rodzina jako podstawa współpracy i szkielet organizacji społecznej), zasada wzajemności (równoważenie kosztów i zysków dostosowania łącznego, ograniczanie oszustwa i wyzysku), przymus (budowanie ładu opartego na stosunkach dominacji i podporządkowania) (Berghe, 2006). Mechanizmy te nie ograniczają działania "samolubnego genu", przeciwnie, stanowią jego przedłużenie w wymiarze społecznym i kulturowym - mają realizować na wyższym szczeblu drabiny ewolucji główne cele adaptacyjne: zapewniać stabilną równowagę (homeostazę) w bliższym (organizm) i dalszym (środowisko) otoczeniu oraz tworzyć warunki sprzyjające przeżyciu i reprodukcji organizmów.

Metafora "drabiny ewolucji" wskazuje nie tylko na to, że mutacje i selekcja "tworzą" organizmy i struktury (maszyny przetrwania) o coraz większym stopniu złożoności, ale także na to, że na kolejnych, wyższych poziomach ewolucji mogą pojawiać się nowe replikatory. I, zdaniem Dawkinsa, się pojawiają. Takim nowym replikatorem, który pojawił się na poziomie ludzkiej kultury, jest mem (skrót od mimesis, naśladownictwo), czyli jednostka przekazu kulturowego, jednostka naśladownictwa. Stara ewolucja, oparta na doborze genowym, tworząc mózgi, doprowadziła tym samym do pojawienia się "bulionu", w którym powstały pierwsze memy. W momencie pojawienia się memów zdolnych do samokopiowania wystartowała ich własna, znacznie szybsza ewolucja. Idea ewolucji genetycznej wrosła nam, biologom, tak głęboko w umysły, że skłonni jesteśmy zapominać, iż jest to tylko jeden z wielu jej typów (Dawkins, 2012, s. 361). Dawkins nie rozwija swojego konceptu, pozostawiając to badaczom społeczeństwa i kultury (ci zaś niezbyt kwapią się, by porzucić swoje teorie i przejść na ewolucjonizm, choć nolens volens uwzględniają jego ustalenia w coraz większym stopniu). Jeśli ogólnie przyjąć, że mem to każdy utrwalony w kulturze schemat pojęciowy ułatwiający rozumienie świata i gromadzenie wiedzy o nim, a jego maszynami przetrwania (replikacji) są konwencjonalne formy znakowe, to otwiera się pole dla efektownych porównań i analogii. Przejawy tak pojmowanej ewolucji memetycznej łatwo znaleźć w każdej dziedzinie życia społecznego i kultury: w religii, prawodawstwie, twórczości artystycznej, ubiorze, wyposażeniu wnętrz, kulinariach, działalności gospodarczej oraz innych obszarach praktyki społecznej, o stereotypach, mitach czy dyskursach nawet nie wspominając. Czyż wskazana przez Gombricha formuła schematu i korekty jako sprężyna rozwoju sztuki nie jest uderzająco zbieżna z formułą replikacji i mutacji jako motoru ewolucji; a czy wzrost i spadek popularności różnych stylów, wzorów, trendów i mód to nie są przejawy selekcji naturalnej? Idąc dalej tym tropem, można przyjąć, że także w toku ewolucji kulturowej da się wyróżnić podobne etapy cyklu, jak w ewolucji biologicznej, tzn. pasożytnictwo (zbieractwo-łowiectwo, szamanizm), współpraca (rolnictwo, folklor), symbiotyczne związki (rycerstwo, rzemiosło, relacje twórca - mecenas), a wreszcie organiczne zrosty (aparat państwa pilnujący prawa i porządku, czyli tworzący jeden z najcenniejszych zasobów - ład i porządek). Właśnie instytucje, szczytowy wytwór ewolucji kulturowej, są dla memów maszynami przetrwania, jak żywe organizmy dla genów.

Instytucje ustanawiają ład i porządek, a każda jego forma jest lepsza od nieładu i nieporządku. Nawet jeśli nie gwarantuje bezpieczeństwa egzystencjalnego, to przynajmniej zapewnia "bezpieczeństwo poznawcze" - określa reguły rządzące praktyką, dzięki czemu każdy wie, czego się trzymać, żeby chronić swoje interesy. Instytucje mają służyć temu dwojako - wskazywać wzory działania zaspokajającego potrzeby życiowe oraz tworzyć warunki temu sprzyjające. I na ogół temu służą. Jednak nie wszystkie wszystkim i nie każdemu w jednakowym stopniu. Instytucje mają bowiem za zadanie zarówno zaspokojenie potrzeb adaptacyjnych poszczególnych jednostek (dobór osobniczy) oraz całych grup (dostosowanie łączne), jak też uzyskanie przewagi adaptacyjnej jednej grupy nad innymi (walka o byt). Instytucje mają pełnić funkcje adaptacyjne i integracyjne na rzecz pewnej zbiorowości i jej kultury, często przerzucając koszty tego na inne zbiorowości i kultury. Ułatwiając życie jednym, mogą je utrudniać innym; podnosząc wartość jednych wytworów kultury, obniżają rangę i znaczenie innych, zwłaszcza gdy rywalizacja dotyczy tych samych zasobów. Tak się dzieje nawet wtedy, gdy instytucje mają służyć dobru ogólnemu i wspólnym wartościom. W miarę bowiem wrastania w praktykę społeczną ich działalność podlega modyfikacjom, a często wypaczeniom. Z czasem, oprócz funkcji jawnych (działania znane i pożądane), instytucje zaczynają pełnić funkcje ukryte (oddziaływania nieznane i niepożądane), a niektóre spośród nich nabierają wręcz charakteru dysfunkcji, tzn. utrudniają adaptację i integrację społeczną (Merton, 2002).

Im rzeczywistość społeczna jest bardziej złożona, im więcej instytucji współtworzy ład socjokulturowy, tym większe prawdopodobieństwo, że pewne ich działania będą wymykać się spod kontroli, pojawią się funkcje ukryte, ujawnią się dysfunkcje. W społeczeństwie tradycyjnym (stanowym, feudalnym), opartym na sztywnej strukturze i zamkniętym ładzie kulturowym (spójnej kosmologii), takie ryzyko było niewielkie. Nowoczesne społeczeństwo uruchomiło szereg procesów cywilizacyjnych (rozwój nauki, sekularyzacja, demokracja, kapitalizm, rewolucja przemysłowa, urbanizacja itp.) rozsadzających ten ład od środka, sprzyjając powstawaniu i rozrostowi (globalizacji) nowych instytucji, które w społeczeństwie ponowoczesnym osiągnęły taką złożoność, skalę i dynamikę działania, że utrzymanie ładu społecznego staje się coraz trudniejsze, o ile w ogóle jeszcze możliwe. W dodatku realizowana od początku lat 80. ubiegłego wieku polityka deregulacji - liberalizująca tworzenie i działanie instytucji - ostatecznie zdestabilizowała podstawy tradycyjnego ładu społecznego i kulturowego. Zrazu sprzyjało to rozwojowi ekonomicznemu (tworzeniu zasobów) oraz demokratyzacji kultury (wielokulturowości, pluralizmowi tożsamości), jednak później ujawniły się ukryte i dysfunkcjonalne tego efekty w postaci kryzysu ekonomicznego (kryzys finansów publicznych) oraz fali niepokojów społecznych (brak perspektyw, kryzys tożsamości, radykalizacja mniejszości i grup upośledzonych). Tak więc instytucje, które miały stymulować rozwój i ułatwiać przystosowanie społeczne, faktycznie destabilizują - i to w skali globalnej - ład socjokulturowy i wyzwalają żywiołowe zmiany, które w efekcie utrudniają jakąkolwiek adaptację (Wallerstein, 2007).

Szczebel trzeci: technologia

Skumulowane procesy zmian cywilizacyjnych oraz instytucjonalizacji ładu społecznego całkowicie zmieniły środowisko i warunki życia w krajach rozwiniętych. Środowisko naturalne zostało w znacznym stopniu zastąpione przez materialne i symboliczne wytwory ludzkiej działalności. Większość ludzi żyje dziś w miastach, nie mając prawie żadnego kontaktu z naturą, którą zna tylko z filmów czy seriali przyrodniczych, życiem zaś wielkomiejskich skupisk rządzą reguły formalne narzucane przez instytucje, a nie naturalne mechanizmy adaptacyjne. W tych warunkach wykształcone przez tysiące lat zachowania adaptacyjne tracą funkcjonalność. Ludzie muszą rozwijać nowe umiejętności, co jest tym trudniejsze, że środowisko cywilizacyjne ciągle się zmienia. Kolejne generacje mają więc z tym coraz większe trudności, popadając w rosnącą zależność od instytucji systemu (państwa, samorządu, biznesu, organizacji społecznych itp.). Oczekują, że system zapewni im godziwe warunki życia, czyli dobrze płatną pracę lub wysokie zasiłki, a także szeroki wachlarz świadczeń społecznych. Ale zabezpieczenia socjalne, które zapewniają jedne instytucje, w powiązaniu ze swobodą działania, którą gwarantują inne instytucje, podkopują fundament jeszcze innych instytucji, głównie tradycyjnej rodziny oraz Kościoła jako jej strażnika. Skoro bowiem pojmowana tradycyjnie rodzina nie jest już warunkiem przetrwania, bo jej funkcje przejmują różne instytucje, ogranicza zaś wolność (zależność kobiet od mężczyzn, obowiązek troski o krewnych), rośnie liczba chętnych do życia w związkach partnerskich (małżeńskich lub nieformalnych) bądź w pojedynkę (single). Korzyści z tego płynące są oczywiste - większa swoboda działania i mobilność społeczna, poprawa warunków materialnych oraz jakości i długości życia. Ale to skutkuje mniejszą prokreacją i kryzysem demograficznym, co zagraża równowadze i stabilności systemu społecznego - przybywa emerytów żyjących z zasobów, ubywa ludzi aktywnych zawodowo, zasoby te tworzących (Rosling, 2018). Żeby temu przeciwdziałać, system prowadzi politykę prorodzinną, która wspiera zawieranie małżeństw (preferencyjne kredyty, programy mieszkaniowe) oraz posiadanie dzieci (urlopy rodzicielskie, żłobki, przedszkola, zasiłki typu 500+). Próbując ratować rodzinę, instytucje systemu przejmują niektóre z jej funkcji (upaństwowienie rodziny). Jednak na dłuższą metę może to być przeciwskuteczne - nie będzie jej wzmacniać, ale dalej deprecjonować. Tym bardziej, że postępy genetyki (zapłodnienie in vitro, regeneracja komórek, żywność GMO itd.) podkopują także biologiczny fundament rodziny, bo umożliwiają replikację genów bez trwałych związków, otwierają też nowe możliwości generowania życiodajnych zasobów (Harari, 2018a, 2018b).

Wygląda więc na to, że dobiega końca kolejny cykl ewolucji, napędzany przez instytucje społeczne i kulturę, a zaczyna się następny, w którym głównym motorem reprodukcji i selekcji będą zmiany technologiczne. Bo jeśli "samolubny gen" (czyli przekaz informacji) już dziś znajduje częściowo niezależne od ludzkiego organizmu i rodziny sposoby replikacji, to w niedalekiej przyszłości może znaleźć całkowicie nowe maszyny przetrwania, zastępujące geny przez memy. Owe memy to dla Dawkinsa wszelkiego rodzaju replikatory jednostek przekazu kulturowego (idee, obrazy, melodie, ubrania, budowle). Dziś internauci zawężają ten termin do popularnej formy sieciowego przekazu, łączącej wyraziste obrazy, głównie fotografie prasowe, z krótkimi zdaniami, będącymi ironiczno-szyderczym komentarzem do bieżących zdarzeń (Kamińska, 2011; Juza, 2013; Krzanicki, 2015). Ale w przyszłości może on nabrać nowego znaczenia, charakteru i funkcji.

Niezależnie od tego, jak dalej potoczy się los memów: czy zostaną uznane za samoreplikujące się cząsteczki kultury, czy pozostaną "dziwacznym pomysłem Dawkinsa", jak chcieliby tego szacowni przedstawiciele nauk społecznych (Szacki, 2006), nie ulega wątpliwości, że postęp naukowo-techniczny generuje coraz doskonalsze technologie i urządzenia, które stopniowo uniezależniają człowieka, kulturę i życie społeczne od uwarunkowań biologicznych. Technologie te już pozwalają na zastępowanie ludzkich organów przez protezy czy implanty, a także na klonowanie komórek i całych organizmów. Powstają coraz sprawniejsze roboty, które wyręczają człowieka w różnych funkcjach społecznych, tzw. maszyny społeczne (Afeltowicz, Pietrowicz, 2013; Turkle, 2013). Prace zaś nad inteligentnymi biotechnologiami i sztuczną inteligencją prą do połączenia mózgu/umysłu z procesorami sterującymi serwomechanizmami, które zastępują ludzkie narządy. Jeszcze powoli, ale już coraz szybciej, zza horyzontu (techniki) wyłania się człekokształtny robot - android. W świecie kultury popularnej już dawno uzyskał on (a raczej ono, bo to twór bezpłciowy) obywatelstwo, niebawem może je uzyskać w świecie realnym, co zdarzyło się już w Arabii Saudyjskiej - fembot Sophia, robot o kobiecych kształtach, uzyskał w 2017 roku obywatelstwo tego kraju, a wraz z nim więcej praw, niż mają tam kobiety (Robot Sophia, 2017).

Inteligentne maszyny mają już moc sprawczą, która czyni z nich pełnoprawnych aktorów-sieci, zdolnych skutecznie komunikować się i budować powiązania z człowiekiem, wspomagając lub zastępując go w wielu czynnościach. Niebawem, gdy sztuczna inteligencja wyposaży je w jakąś formę samoświadomości (samoprogramowania), mogą stać się realnymi partnerami człowieka lub raczej tego, co po człowieku zostanie. Bowiem równolegle do procesu antropomorfizacji robotów trwa proces cyborgizacji ludzi. Wspomniane wyżej biotechnologie to zaledwie przygrywka do pełnej hybrydyzacji mózgu i komputera, umysłu i oprogramowania, inteligencji naturalnej i sztucznej. Trudno ocenić stopień zaawansowania tego projektu, lecz pierwsze urządzenia zapewniające bezpośrednie połączenie mózgu z komputerem są już testowane pod kątem praktycznej użyteczności (pierwsi rzucili się na nie specjaliści od marketingu i reklamy). W ten sposób zbliża się moment pełnego zespolenia (organiczno-technologicznego zrostu) człowieka i maszyny - powstania hybrydy człowieka-maszyny, latourowskiego aktora-sieci nowego typu, dotąd znanego tylko z twórczości science fiction, będącego inkarnacją metaforycznej figury cyborga opisanego przez Haraway w jej Manifeście cyborgów (2003), działającego ponad wszystkimi podziałami, które ograniczają ludzkie możliwości. Gdy to się dokona, cała ewolucja przeniesie się wtedy w zupełnie nowe środowisko - system-świat całkowicie niezależny od biologicznego podłoża, istniejący wyłącznie w "bulionie" technologii cyfrowej (cyberrzeczywistość). Choć nie nastąpi to jutro, to pewni badacze już proklamowali erę postczłowieka i epokę transhumanizmu (Kurzweil, 2013; Braidotti, 2018). Jeszcze bardziej w przyszłość wybiega fantazja artystów, którzy tworzą coraz bardziej sugestywne wizje cyborgizacji człowieka i antropomorfizacji robotów w filmach, np. Łowca androidów (1982), Terminator (1984), Prometeusz (2012), AI: Sztuczna inteligencja (2001), Matrix (1999), Incepcja (2010), Ona (2013), czy serialach, np. Westworld (2016-2018), a także grach komputerowych.

Media masowe od początku miały być maszynami przetrwania dla ludzkich myśli, służącymi do ich utrwalania i replikacji. Levinson (2006) nazwał to "tendencją antropotropiczną", czyli dążeniem do konstruowania takich urządzeń, które coraz bardziej upodobnią sposób przedstawiania świata przez media do sposobu postrzegania świata przez człowieka. I faktycznie, kolejne technologie medialne robią to coraz lepiej. Współczesne media audiowizualne robią to nawet sprawniej niż ludzkie organizmy - "widzą" i "słyszą" więcej, wyraźniej i na większe odległości niż oczy i uszy człowieka, pełniej rejestrują też przestrzenny wymiar obrazu i dźwięku. W dodatku potrafią to utrwalać. Maszyny zaczynają "przerastać" człowieka. Kolejne generacje technologii komunikacyjnych cechują także coraz lepsze parametry replikacji, tzn. większa płodność (wydajność), długowieczność (trwałość) oraz wierność kopiowania (identyczność kopii). Prawdziwym przeskokiem jakościowym w tej dziedzinie stały się technologia cyfrowa i komunikacja sieciowa, zdominowane przez czynniki i aktorów pozaludzkich - urządzenia cybernetyczne i algorytmy. W środowisku internetu powstał świat wirtualny, naśladujący rzeczywistość realną, lecz rządzący się swoimi prawami, poza tym otwarty dla nieskończenie wielu jego użytkowników.

Jakkolwiek dzisiejsza hiperrzeczywistość jest niedoskonałą zapowiedzią tego, co pojawi się w niedalekiej przyszłości, bo taka jest logika postępu, to już dziś ujawnia swą uwodzicielską, zgoła czarowną moc - absorbuje ludzi, a niektórych pochłania bez reszty. Internet nie może wchłonąć świata realnego, jednak tworzy równoległy do niego świat cyfrowy - życie biologiczne nie może przejść (jeszcze?) do świata cyfrowego, lecz życie społeczne i kultura mogą, i sukcesywnie przechodzą. Stawia to organizm ludzki, a pośrednio także "samolubny gen", przed nowymi wyzwaniami, gdyż nowe środowisko uruchamia nowe procesy selekcyjne, wymagające nowych mechanizmów adaptacyjnych. Ale w nowym środowisku człowiek ma też do wyboru dwie drogi reprodukcji: realną (naturalną), replikującą jego geny z pokolenia na pokolenie w coraz mniejszym stopniu i przy rosnących kosztach, albo/oraz hiperrealną (cyfrową), replikującą jego memy, czyli symboliczne istnienie w sieci, ale bez większych kosztów, w relacji 1 do 1, na skalę globalną, na zawsze. Większość ludzi zapewne skorzysta z obu form reprodukcji, jednak niektórzy, i może być ich coraz więcej, będą wybrać tylko drugą, łatwiejszą, mniej kosztowną, dającą nadto poczucie nieśmiertelności. Zamiast troszczyć się o potomstwo, będą generować memy utrwalające pamięć o sobie, krążące w sieci lub zalegające w jej zasobach na wieki (ale gotowe do natychmiastowego wskrzeszenia). Starsze media nie zapewniały takich afordancji, internet czyni taką reprodukcję memetyczną ogólnie dostępną, łatwą i trwałą. O tym żaden gen nie może nawet marzyć.