Przemytnicy życia - Bernard Konrad Świerczyński

Kup ebooka

28.00 zł
22.40 zł (21,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Rodziny

Ta książka to wstęp do świata Kondka. Świata bez nudy, bez szarości, bez kłamstwa i oszustw, świata prawości i odwagi. W takim świecie chciał żyć...

Piszę o Kondku, moim Tacie, w imieniu moim, mojego nieżyjącego brata, mojej mamy, naszej rodziny i "przyszywanej rodziny".

Kondek był kolorowy, przekorny, podejrzliwy i ironiczny wobec każdej władzy, ale także ironiczny wobec samego siebie. Można go było uwielbiać albo nie znosić, ale nie można było być wobec niego obojętnym. Większość ludzi dookoła niego uwielbiała go, wybaczając mu z góry wszystko. Była też mniejszość, która nie mogła wybaczyć mu jego prowokacji, nie rozumiejąc do końca, że każda z nich była po części skierowana ku niemu samemu.

Był wyczulony na jakiekolwiek niesprawiedliwości, a w czasie wojny niejednokrotnie wykazał się odwagą cywilną, która jest niemożliwa do zrozumienia dla ludzi, którzy sami tego nie przeżyli. W czasie, w którym było wiele okazji, by postradać zmysły, zapomnieć o przyzwoitości, o człowieczeństwie, on się nie zatracił. Kochaliśmy go, podziwialiśmy i szanowaliśmy. Był dla nas wzorem i inspiracją.

Najbliżsi kochali go za jego troskę, ciepło, humor w najtrudniejszych sytuacjach. Był nadzwyczajnym i bardzo specjalnym mężem, ojcem i dziadkiem. Bawił się z nami, gdy byliśmy dziećmi, prał, sprzątał, pomagał, jak mógł i komu mógł. Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży z moimi bliźniaczkami, bardzo się niepokoił, że nie będzie mi w stanie pomóc, bo sam był już wtedy bardzo chory. Zawsze dbał też o siebie, lubił drogie garnitury, zegarki, palił papierosy i fajkę. Fajek miał zresztą sporą kolekcję.

Regularnie na nowo oświadczał się mamie. Był postacią niezwykle barwną, wielowarstwową, kompleksową, pełną radości i energii, wdzięku i fantazji. Był zawadiaką grającym z wnukami na afrykańskim bębenku i na wężu od odkurzacza, wpadającym do znajomych, stepując jak Fred Astaire, zdyszany po jeździe na wyścigowym rowerze. Był nieznośny, prowokacyjny i jednocześnie zawsze obecny w potrzebie.

Czarował dowcipem i specyficznym językiem złożonym z jego własnego sposobu wyrażania się oraz z innych powiedzonek zapożyczonych z gwary warszawskiej, z Potopu lub Dobrego wojaka Szwejka. Pamiętamy go jako miłośnika opery i satyrycznego pisma "Szpilki". Był również pełen przekory, mogącej prowadzić do wygłaszania dosyć skrajnych opinii (nazywaliśmy to wtedy "chlapaniem").

Tata urodził się jako ósme dziecko i z rodzeństwa jako jedyny pozostał przy życiu. Inne dzieci zmarły w bardzo wczesnym okresie życia z nieznanych nam przyczyn. Był dzieckiem bardzo oczekiwanym i kochanym. Miał rodziców o silnych osobowościach, którzy wiele od niego oczekiwali. Jego ojca cechowały zdecydowane poglądy anarchistyczne, był zaangażowany w sprawy równości i sprawiedliwości społecznej. W imię tych ideałów wielokrotnie trafiał do więzień - w Polsce i w Rosji. Tata miał zawsze ogromny szacunek i podziw dla swojego ojca i dużo od niego przejął. Opowiadał o nim więcej niż o sobie samym.

Jako nastolatek Tata zakochał się w żydowskiej dziewczynie z sąsiedztwa, mojej przyszłej mamie. Od początku postanowił, że nigdy jej nie opuści i nie odda żadnemu konkurentowi. Zawsze zakochany, nigdy nie spuszczał jej z oczu. Byli młodzi i w tych czasach było jednak nie do pomyślenia, by mogli zostać parą bez wywołania głębokiego konfliktu z rodziną, a także z otoczeniem.

Wybuchła wojna. Kordek uratował swoją dziewczynę i wielu innych Żydów-Polaków od zagłady. Z kilkoma przyjaźnił się do końca życia, a ich dzieci traktował jak część swojej rodziny. Podobnie oni go postrzegali. Ubolewał nad Shoah. Cierpiał z powodu losu swojej matki, która od przed wojny chorowała na gruźlicę kości i leżała bezwładnie w gipsowym łóżku. W czasie powstania warszawskiego została wyrzucona na ulicę i prawdopodobnie zastrzelona przez Niemców.

Znajoma pisarka opisała Kondka z tego okresu w jednej z książek jako chłopaka chudego jak szparag z bladą, aż zielonkawą twarzą, który nie wzbudzał żadnych przeczuć ani podejrzeń, ale za okularami którego kryły się wesołe ogniki.

Ten "szparag" w czasie wojny niejednokrotnie narażał swoje życie, jednak nie myślał o nim jako o najwyższej wartości. Za nią uważał życie bliskich. W wywiadzie o Shoah powiedział: "Po prostu ludzie potrzebowali pomocy, byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie i dlatego włączyłem się w walkę przeciwko Niemcom".

Po powstaniu warszawskim poślubił swoją ukochaną, której prawie cała rodzina została zamordowana. Urodziło im się dwoje dzieci, potem wnuki i prawnuki. Po wojnie pracował jako dziennikarz i redaktor. Był autorem felietonów i reportaży. Pisał dużo o sytuacji na polskiej wsi i jej spółdzielczym powojennym rozwoju. Dzięki swojej osobowości i towarzyskości umiał znaleźć wspólny język z najróżniejszymi ludźmi - działaczami partyjnymi, chłopami, robotnikami, a także znanymi aktorami i pisarzami, w tym m.in. Janem Himilsbachem.

W ostatnich latach ze smutnym uśmiechem kpił ze swoich dolegliwości. Jego humor zgasł w roku 2001, na rok przed śmiercią, gdy w niedowierzaniu i milczeniu opłakiwał przedwczesną śmierć ukochanego syna.

Tata, ten pełen animuszu i fantazji, trochę nieobliczalny człowiek, jest z nami nadal. Czuję, że prawie codziennie przechodzi obok mnie, przypominając o swojej niepowtarzalnej osobowości i głębokim humanizmie. Mam wielką nadzieję, że będzie on wzorem i inspiracją dla naszych dzieci, a także czytelników jego książki.

Córka Aniela, syn Robert, żona Halina z rodzinąi "przyszywaną rodziną"

Pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do wydania książki mojego męża, w tym Jeffreyowi Burtowi, Michałowi Markowi, Annie Rogalskiej-Hedlund, zespołowi Ośrodka KARTA i redaktor Aleksandrze Janiszewskiej. Wysiłek tych oraz innych bliskich mi osób przyczynił się do zachowania pamięci tamtych niewyobrażalnych zdarzeń, a tym samym do przestrzeżenia następnych pokoleń przed możliwością powtórzenia się tej najbrutalniejszej z historii.

Halina (Krystyna) Świerczyńska

Wstęp, czyli skąd się to pisanie wzięło

Kiedy przejrzałem pierwsze kilkadziesiąt stron moich wspomnień, odniosłem wrażenie, że opisywane przeżycia są jakby zawieszone w próżni. Kim był Konrad? Jak to się stało, że niespełna dwudziestoletni chłopak wybrał dla siebie taką właśnie formę walki z okupantem? Pozwól więc, Czytelniku, że zanim opowiem, jak pomagaliśmy Żydom w warszawskim getcie [...] i jak szmuglowano do getta dziesiątki ton żywności, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, kim byli ci, którzy ryzykując własną głową, spełniali swój polski, patriotyczny obowiązek.

Czytałem wiele publikacji, nierzadko wspomnieniowych, przedstawiających Polaków jako zoologicznych antysemitów, którzy swoją "rasistowską ideologię wyssali z mlekiem matki". Niestety większość publikowanych faktów była prawdziwa. Ale taki obraz stanowi zaledwie jedną stronę okupacyjnej rzeczywistości. Obok ludzkich szumowin były też tysiące tych, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, potrafili zachować ludzką godność i którzy za swą patriotyczną postawę ukarani zostali najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. I to jest druga strona czasów okupacyjnej pogardy. Strona równie prawdziwa jak prawdziwe są gorzkie i tragiczne wspomnienia tych, którzy padli ofiarą szmalcowników i szantażystów. [...]

Miałem wielu kolegów i przyjaciół Żydów. Od najmłodszych lat byli towarzyszami moich podwórkowych zabaw i ganiatyk w "berka" czy w "złodziei". W przedwojennym gimnazjum im. Stefana Żeromskiego (niezapomniany i mądry dyrektor Teofil Wojeński) prawie połowę uczniów stanowili Żydzi. Wszyscy w szkole łomotaliśmy się po "zakutych pałach", jak mawiał nasz wychowawca łacinnik, prof. Jaklitsch, tak samo wśród jednych i wśród drugich zdarzały się "tumany" lub "marabuty", jak określał nauczyciel historii prof. Mayzel tych, którzy "przezimowali" na drugi rok. Wśród jednych i drugich bywały "kujony" lub autentyczne talenty z języka polskiego, matematyki czy fizyki.

I mimo że raczkujący polski faszyzm, inspirowany m.in. przez pseudopatriotyczne organizacje studenckie, starał się w niektórych szkołach lub na uniwersytetach wprowadzić podział wśród uczącej się młodzieży, u Żeromskiego każdy podziwiał Frydlanda, bo był najlepszy w łacinie, Gutgesztalta i Świerczyńskiego za to, że byli najlepsi w matematyce.

Ulica Wolska w latach 30. Fot. domena publiczna

A że są w klasie tacy i tacy, uprzytomniały nam dopiero lekcje religii. Rzymskokatolicy szli na "swoją", a ci wyznania mojżeszowego na "swoją" religię. Podział ten jednak, jako że gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego było szkołą postępową, nie zawsze różnił. Tak się składało, że ksiądz, który wykładał historię kościoła katolickiego, i rabin "od wyznania mojżeszowego" zwykli prowadzić swe nauki z zamkniętymi oczyma. Idealna okazja do robienia kawałów! Pamiętam, kiedy "zmówiliśmy się" i rzymskokatolicy poszli na lekcje prowadzone przez rabina, a Żydzi uszczęśliwili swą obecnością księdza. Żaden z wykładowców się nie "skapował". Dopiero dyrektor Wojeński przyłapał całe towarzystwo i każdemu, Żyd czy nie Żyd, dał po dwójce ze sprawowania...

Okupacja potargała lub zerwała nasze przyjaźnie. Wielu szkolnych kolegów zostało zamkniętych w warszawskim getcie, a jeden z nich - Kostryński o pseudonimie "Kostek" - o ile wiem, został nawet członkiem konspiracyjnego CK Bund1.

Wspominając, pragnę złożyć hołd tym moim przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka - Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.