Przemytnicy - Anita Bilniewicz

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Przez Pol­skę pły­nie morze nie­le­gal­nych papie­ro­sów, nar­ko­ty­ków i pie­nię­dzy. Hur­towe ilo­ści koka­iny docie­rają do nas w kon­te­ne­rach na stat­kach z Ame­ryki Połu­dnio­wej, wymie­szane z pulpą ana­na­sową albo kredą. Mniej­sze ilo­ści towaru są wszy­wane w dywany, ukry­wane w figur­kach Matki Boskiej lub żołąd­kach czy narzą­dach rod­nych "mułów". W naszym kraju krzy­żują się szlaki szmu­gle­rów i pro­du­cen­tów nie­le­gal­nych papie­ro­sów. Parają się tym zarówno mię­dzy­na­ro­dowe gangi, jak i "mrówki".

Pogra­nicz­nicy mówią, że na wschod­niej gra­nicy o "fajki" toczy się praw­dziwa wojna.

"Jasz­czyki" jadą tirami, zapa­ko­wane w tafle szkła, zato­pione w smole albo zbior­niku na feka­lia. Płyną prze­rzu­cane pon­to­nami przez Bug. Są zrzu­cane z radziec­kich anto­no­wów i dro­nów. Drobni szmu­gle­rzy przy­kle­jają pakiety do ciała, cho­wają w chle­bie, tor­cie albo mot­kach wełny.

Nie­le­galni imi­granci - okre­ślani pogar­dli­wie "waliz­kami" albo "kur­cza­kami" - wysia­dają z tirów w Kro­śnie, Jaśle lub we Wro­cła­wiu, prze­ko­nani, że wła­śnie dotarli do Nie­miec.

Z lot­nisk odla­tują setki milio­nów dola­rów w gotówce poupy­chane w tor­bach podróż­nych lub pasach, któ­rymi oplata się kurie­rów.

Z samo­cho­do­wych skry­tek są wycią­gane żół­wie zakle­jone taśmą, by nie chro­bo­tały, albo papugi wci­śnięte w pla­sti­kowe butelki.

W prze­my­cie wszyst­kie chwyty są dozwo­lone

Nar­ko­ty­kowy rynek deta­liczny w UE "wyce­nia się" na 30 mld euro. Zda­niem ana­li­ty­ków z Euro­polu i Euro­pej­skiego Cen­trum Moni­to­ro­wa­nia Nar­ko­ty­ków i Nar­ko­ma­nii (EMCDDA), two­rzą­cych raport EU Drug Mar­kets Report, pro­duk­cja koka­iny w Ame­ryce Połu­dnio­wej i hero­iny w Afga­ni­sta­nie pla­suje się na histo­rycz­nie wyso­kim pozio­mie. Towar, który tra­fia do nas w hur­cie, jest coraz czyst­szy, a ceny utrzy­mują się na sta­bil­nym pozio­mie.

W przy­padku konopi indyj­skich i nar­ko­ty­ków syn­te­tycz­nych Europa dokłada wszel­kich sta­rań, by zaspo­koić swój popyt. Jest także glo­bal­nym dostawcą ecstasy (MDMA) i amfe­ta­miny. Na mapie euro­pej­skich liczą­cych się pro­du­cen­tów związ­ków syn­te­tycz­nych figu­ruje także Pol­ska, gdzie rocz­nie likwi­duje się ponad 20 labo­ra­to­riów. W 2019 roku było ich aż 28, a rok póź­niej 31. Towar trzeba jakoś sprze­dać. Pol­skie gangi odgry­wają ważną rolę w han­dlu syn­te­tycz­nymi nar­ko­ty­kami i ich dys­try­bu­cją m.in. w kra­jach skan­dy­naw­skich.

Z danych EMCDDA wynika też, że pol­skie grupy, które wcze­śniej zaj­mo­wały się pro­duk­cją amfe­ta­miny i w latach 90. pod­bi­jały euro­pej­skie rynki, teraz prze­rzu­cają się na che­mi­ka­lia potrzebne do wytwa­rza­nia nar­ko­ty­ków, które prze­my­cają m.in. do Holan­dii i Bel­gii.

Głów­nym dostawcą koka­iny do Europy i Pol­ski jest Kolum­bia, a pod­sta­wowe bramy wwo­zowe tego nar­ko­tyku na Stary Kon­ty­nent pro­wa­dzą przez Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski (przede wszyst­kim Hisz­pa­nię) oraz Holan­dię. Tu klu­czową rolę odgrywa trans­port mor­ski i lot­ni­czy. Coraz czę­ściej zda­rza się też prze­myt nar­ko­ty­ków zawar­tych w innych mate­ria­łach, takich jak two­rzywa sztuczne. Aby go odzy­skać, trzeba prze­pro­wa­dzić eks­trak­cję che­miczną w labo­ra­to­rium. Według EMCDDA, Pol­ska zaj­muje dzie­wiąte miej­sce wśród odbior­ców koksu w Euro­pie. Jest postrze­gana jako naj­więk­szy rynek kon­su­mencki tego nar­ko­tyku w Euro­pie Wschod­niej.

Przez nasz kraj wiodą dwa główne szlaki prze­myt­ni­cze - bał­kań­ski i jedwabny. Chęt­nie są wyko­rzy­sty­wane przez prze­myt­ni­ków hero­iny.

Szlak bał­kań­ski pro­wa­dzi z Afga­ni­stanu przez Paki­stan, Iran i Tur­cję, gdzie roz­dziela się na trasy: połu­dniową - przez Alba­nię, Wło­chy, Ser­bię, Czar­no­górę, Bośnię i Her­ce­go­winę, i pół­nocną - przez Buł­ga­rię, Rumu­nię, Węgry i Austrię, Cze­chy, Pol­skę do Nie­miec. W prze­ciwną stronę, z Europy do pro­du­cen­tów hero­iny w Azji, idzie bez­wod­nik octowy, pre­kur­sor słu­żący do pro­duk­cji nar­ko­ty­ków. W 2018 roku w Paki­stanie skon­fi­sko­wano ponad 15 ton tej sub­stan­cji, która - zda­niem służb - pocho­dziła z Pol­ski.

Nato­miast szlak jedwabny wie­dzie przez pań­stwa Azji Cen­tral­nej, Rosję, Ukra­inę do Pol­ski i dalej na Zachód. Na pol­skim odcinku jest zdo­mi­no­wany przez szmu­gle­rów tego, co przez nasz kraj prze­rzuca się naj­wię­cej, czyli papie­ro­sów. Jadą także drogą pół­nocną z Litwy i Bia­ło­rusi.

Tylko w 2019 roku Kra­jowa Admi­ni­stra­cja Skar­bowa (KAS) skon­fi­sko­wała 253 637 155 sztuk nie­le­gal­nych papie­ro­sów, a w pierw­szym pół­ro­czu 2020 roku - 89 311 560 sztuk. "Fajki" są do nas prze­my­cane głów­nie wiel­kimi trans­por­tami w samo­cho­dach dostaw­czych, naj­czę­ściej pomię­dzy legal­nym towa­rem lub w spe­cjal­nie zbu­do­wa­nych skryt­kach kon­struk­cyj­nych. To naj­chęt­niej wyko­rzy­sty­wana przez gangi metoda prze­mytu pod przy­krywką legal­nej dzia­łal­no­ści trans­por­to­wej. Podob­nie dzia­łają także grupy prze­rzu­ca­jące nar­ko­tyki. Na dru­gim miej­scu, jeśli cho­dzi o spo­sób prze­rzutu nie­le­gal­nych papie­ro­sów, pla­sują się samo­chody oso­bowe. Tu liczą się: kre­atyw­ność, zna­jo­mość budowy pojazdu i zdol­no­ści manu­alne potrzebne do pre­cy­zyj­nego zała­do­wa­nia oso­bówki. Na prze­myt­ni­czym podium tyto­nio­wym zna­la­zły się także pociągi.

Insty­tut Pro­gnoz i Ana­liz Gospo­dar­czych w swoim rapor­cie na temat sza­rej strefy sza­cuje, że w 2020 roku prze­my­cono do Pol­ski papie­rosy warte 2,2 mld zło­tych. Eko­no­mi­sta Jacek Fun­do­wicz, wice­pre­zes IPAG, wyli­cza, że Skarb Pań­stwa mógł na tym stra­cić około 1,7 mld zło­tych. Pod­kre­śla jed­no­cze­śnie, że na takie wyniki wpływ miał w dużej mie­rze efekt pan­de­mii, który przy­czy­nił się do zmniej­sze­nia skali zja­wi­ska, bo han­del nie­le­gal­nymi papie­ro­sami był zna­cząco utrud­niony. Podatki sta­no­wią obec­nie w Pol­sce około 81 proc. ceny paczki papie­ro­sów. - Ale prze­myt gene­ruje także więk­sze obroty, wpły­wa­jąc tym samym na war­tość PKB - mówi Jacek Fun­do­wicz. Pra­wie jedna szó­sta pol­skiego PKB jest wytwa­rzana w sza­rej stre­fie gospo­darki. Gotówka pocho­dząca z prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści oddzia­łuje na legalną gospo­darkę - służy do naby­wa­nia firm i akty­wów; to jeden ze spo­so­bów pra­nia pie­nię­dzy.

Ze spra­woz­da­nia Komi­sji Euro­pej­skiej z 2017 roku wynika, że gdyby wszyst­kie papie­rosy tra­fia­jące na czarny rynek były sprze­dane legal­nie, to do budżetu unij­nego i państw człon­kow­skich tra­fia­łoby ponad 10 mld euro rocz­nie. Warto dodać, że część z tych pie­nię­dzy zasila śro­do­wi­ska finan­su­jące ter­ro­ryzm.

Euro­pej­ski raport nar­ko­ty­kowy poka­zuje, że zor­ga­ni­zo­wane grupy prze­stęp­cze szybko dosto­so­wały się do nowej sytu­acji. Posta­wiły na dark­net, usługi kurier­skie, a nar­ko­ty­kowi kurie­rzy prze­brali się za dostaw­ców paczek czy pizzy. Na pozio­mie hur­to­wym stra­cił prze­myt lot­ni­czy, ale szmu­giel drogą mor­ską kwit­nie jak przed pan­de­mią. Nie ucier­piała też pro­duk­cja dra­gów syn­te­tycz­nych i uprawy konopi indyj­skich w Euro­pie.

Utar­tymi szla­kami chęt­nie podą­żają rów­nież prze­myt­nicy ludzi. Rocz­nie Straż Gra­niczna zatrzy­muje nawet 5 tys. ucie­ki­nie­rów z państw trze­cich - osoby te nie­le­gal­nie prze­kro­czyły naszą gra­nicę lub usi­ło­wały to zro­bić. Wśród nich są także ofiary han­dlu ludźmi. Raport MSWiA z 2019 roku poka­zuje też zmianę prze­stęp­czych tren­dów w spo­so­bie wyzy­ski­wa­nia ofiar. Przez lata mie­li­śmy do czy­nie­nia głów­nie z wyko­rzy­sta­niem kobiet w seks­biz­ne­sie. Teraz to się zmie­nia i coraz wię­cej ofiar tra­fia do pracy przy­mu­so­wej. Pol­ska jako atrak­cyjny rynek pracy, gwa­ran­tu­jący dobrą jakość życia, przy­ciąga obco­kra­jow­ców pra­gną­cych popra­wić swój los. Nie­rzadko jed­nak wpa­dają w ręce gan­gów, które zamie­niają ich życie w kosz­mar. Odbie­rane są im doku­menty toż­sa­mo­ści, nie otrzy­mują wyna­gro­dze­nia, pod­le­gają sys­te­mowi kar za błahe prze­wi­nie­nia, np. za pale­nie papie­ro­sów, i w ten spo­sób wpa­dają w fik­cyjną "spi­ralę długu". Wobec nich sto­suje się także prze­moc. Dane poka­zują, że na takie trak­to­wa­nie szcze­gól­nie są nara­żeni oby­wa­tele państw zza wschod­niej gra­nicy, głów­nie z Ukra­iny, oraz osoby pocho­dzące z Azji, np. Wiet­nam­czycy.

Co roku ofia­rami han­dlu ludźmi padają miliony osób na świe­cie. Skala ta nie jest dosza­co­wana, bowiem wiele osób nie zgła­sza się do orga­nów ści­ga­nia, oba­wia­jąc się kon­se­kwen­cji, zemsty opraw­ców albo nie chcąc ucho­dzić za nie­za­radne życiowo. Z danych Pro­ku­ra­tury Kra­jo­wej wynika, że w ostat­nich latach w Pol­sce naj­wię­cej osób pokrzyw­dzo­nych w związku z han­dlem ludźmi zare­je­stro­wano w 2017 roku - ponad 450. W kolej­nych latach noto­wano po około 200 osób.

Książka, którą oddaję w ręce Czy­tel­ni­ków, trak­tuje przede wszyst­kim o tym, jak w Pol­sce wiel­kie gangi, hur­tow­nicy i drobni szmu­gle­rzy dwoją się i troją, by wywieść służby w pole. A także o tym, jak rodzime i mię­dzy­na­ro­dowe orga­ni­za­cje pil­nu­jące porządku zwie­rają szyki, by roz­gryźć prze­stęp­cze modus ope­randi.

Roz­dział 1. Pod­niebna kon­tra­banda

Roz­dział 1

Pod­niebna kon­tra­banda

Lot­ni­sko Cho­pina w War­sza­wie. Hala przy­lo­tów. Wła­śnie wylą­do­wał samo­lot rej­sowy z San­tiago de Chile przez Paryż. Pasa­że­ro­wie wysy­pują się na salę. Jedni idą szybko, inni roz­glą­dają się. Cze­ka­jąc na bagaż, sia­dają pod lustrza­nymi ścia­nami, włą­czają tele­fony. Zata­piają się w swo­ich spra­wach. Nie wszy­scy zdają sobie sprawę, że przez cały czas są czuj­nie obser­wo­wani nie tylko przez kamery, któ­rymi naszpi­ko­wano cały port, lecz także przez funk­cjo­na­riu­szy Kra­jo­wej Admi­ni­stra­cji Skar­bo­wej, ukry­tych za wenec­kimi lustrami zain­sta­lo­wa­nymi wokół hali. Zwra­cają oni uwagę szcze­gól­nie na dziw­nie zacho­wu­jące się osoby, które ner­wowo się roz­glą­dają, szu­kają wyj­ścia lub toa­lety. Ale ewen­tu­al­nych prze­myt­ni­ków służby typują przede wszyst­kim na pod­sta­wie ana­lizy ryzyka: szybki lot, tanie linie, krótki pobyt, miej­sce startu i port doce­lowy, bilet kupiony za gotówkę, nie­wielki bagaż. Z Ame­ryki Połu­dnio­wej trans­por­tuje się do Europy koka­inę, a z Azji i Afryki - hero­inę. Metod na prze­myt jest sporo, wciąż jed­nak poja­wiają się nowe, bo kre­atyw­ność prze­myt­ni­ków jest prze­ogromna.

Muły na połyku

Bar­dzo popu­larną metodą prze­rzutu nar­ko­ty­ków, głów­nie koka­iny, jest prze­myt wewnątrz­u­stro­jowy. "Poły­ka­czy" zwy­kle wer­buje się z ubo­gich śro­do­wisk. Za jeden, bar­dzo ryzy­kowny prze­rzut - wszak na szali kładą wła­sne życie - zara­biają 1-2 tys. dola­rów, a w żołądku mają nar­ko­tyki warte pół miliona zło­tych! Poły­kają kap­sułki wypeł­nione nar­ko­tykiem, naj­czę­ściej jed­nym rodza­jem - hero­iną lub koka­iną. Ale zda­rza się, że w ten spo­sób prze­my­cają pakiety z róż­nymi sub­stan­cjami. Daw­niej pro­szek wie­lo­krot­nie owi­jano w pre­zer­wa­tywy, ste­arynę czy folię, two­rząc poje­dyn­czy pakiet. Obec­nie sta­wia się na żelowe kap­sułki - są pew­niej­sze, ist­nieje też mniej­sze ryzyko prze­rwa­nia lub prze­dziu­ra­wie­nia i zazwy­czaj są trud­niej­sze do wykry­cia na zdję­ciu rent­ge­now­skim. Aby "poły­ka­czowi" udo­wod­nić prze­myt, trzeba go prze­wieźć do szpi­tala, gdzie - po zba­da­niu przez leka­rza - zostaje pod­da­wany tomo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej, a wtedy wszystko widać jak na dłoni.

"Muły" poły­kają np. po kil­ka­na­ście pakie­tów, które ważą nawet po 40 g każdy. Prze­łknię­cia grudki takiej wiel­ko­ści uczą się, uży­wa­jąc np. dużych wino­gron. Jed­no­ra­zowo mogą prze­wieźć ponad kilo­gram nie­le­gal­nego towaru. Rekor­dzi­sta pró­bo­wał prze­my­cić aż 2,7 kg.

Funk­cjo­na­riu­sze z Lot­ni­ska Cho­pina wspo­mi­nają drobną kobietę z Uru­gwaju, która połknęła 180 pakie­tów. Towar ważył 1,8 kg. Po wyko­na­niu zdję­cia rent­ge­now­skiego oka­zało się, że kobieta jest w trze­cim mie­siącu ciąży, o czym podobno nie wie­działa. Miała już kil­koro dzieci. - Była naprawdę bar­dzo mała, fili­gra­nowa. Mówiła, że zro­biła to dla swo­ich dzieci, dla rodziny, która żyje w bie­dzie - opo­wiada jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Nie ma spo­sobu na prze­myt dosko­nały - pod­kre­ślają śled­czy. Jeśli komuś się uda, to tylko dla­tego, że służby nie są w sta­nie skon­tro­lo­wać każ­dego podróż­nego.

Lot­ni­sko Cho­pina, naj­więk­szy port lot­ni­czy w Pol­sce, tylko w 2019 roku obsłu­żył 18,86 mln pasa­że­rów. Prze­trans­por­to­wano ponad 16 tys. ton poczty i nie­mal 100 tys. ton róż­nych ładun­ków. W takiej masie towa­rów nie­zwy­kle łatwo coś prze­oczyć - trans­port mebli z Dubaju z dodat­kową zawar­to­ścią czy podej­rza­nego pasa­żera.

- W ciągu nie­spełna trzech lat, od 2017 do 2019 roku, funk­cjo­na­riu­sze Służby Celno-Skar­bo­wej ujaw­nili w baga­żach podróż­nych pra­wie 35 kg hero­iny i 4,65 kg koka­iny. To efekt zdo­by­tych doświad­czeń i coraz lep­szej ana­lizy ryzyka, pro­wa­dzo­nych przez funk­cjo­na­riu­szy Służby Celno-Skar­bo­wej - wyja­śnia Justyna Pasie­czyń­ska, rzecz­niczka pra­sowa mazo­wiec­kiej Izby Admi­ni­stra­cji Skar­bo­wej.

Kiedy cel­nicy namie­rzą podej­rzaną osobę, rewi­dują jej bagaż - naj­czę­ściej jest nie­wielki, bo "poły­ka­cze" zwy­kle lecą tam i z powro­tem. U celu muszą spę­dzić kil­ka­dzie­siąt godzin potrzeb­nych na wyda­le­nie kap­su­łek. Nie mają ani czasu, ani pie­nię­dzy na wycieczki i zwie­dza­nie. Jeśli funk­cjo­na­riu­sze natkną się w tor­bie na leki prze­czysz­cza­jące lub hamu­jące pracę jelit, zyskują kolejną wska­zówkę, że mogą mieć do czy­nie­nia z "poły­ka­czem". Wtedy kie­rują na rewi­zję oso­bi­stą. Funk­cjo­na­riuszka, która wie­lo­krot­nie wyko­ny­wała ten rodzaj obszu­ka­nia, roz­wiewa mity.

- To trudne zada­nie i nie zawsze przy­nosi rezul­taty. Nie mam prawa dotknąć rewi­do­wa­nej kobiety. Mogę jedy­nie instru­ować, by np. pod­nio­sła piersi, pod któ­rymi coś może być ukryte. Pro­simy o kil­ku­krotne ukuc­nię­cie, licząc, że jeśli coś jest w odby­cie, to się wysu­nie.

Kon­trole oso­bi­ste mogą być też nie­bez­pieczne.

- Mam prawo dotknąć jedy­nie wło­sów prze­szu­ki­wa­nej, bo mogą być w nie wple­cione np. nar­ko­tyki. Ostrze­gano mnie jed­nak, by robić to bar­dzo ostroż­nie, bo można natra­fić na ostre narzę­dzia. Zda­rzały się przy­padki, że kobiety ukry­wały we fry­zu­rach żyletki - opo­wiada cel­niczka.

Następ­nie jest wyko­ny­wany test nar­ko­ty­kowy. Jeśli potwier­dzi obec­ność sub­stan­cji w orga­ni­zmie lub da nie­jed­no­znaczny wynik, deli­kwent musi zostać prze­trans­por­to­wany do szpi­tala na bada­nie i prze­świe­tle­nie tomo­gra­fem. W zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przy­pad­ków takie osoby mają w swoim orga­ni­zmie nar­ko­ty­kowe pakiety. Rzadko się zda­rza, by funk­cjo­na­riu­sze się pomy­lili. Zwłasz­cza że prze­myt­ni­ków zdra­dza też zacho­wa­nie - naj­czę­ściej są nad wyraz spo­kojni, zarówno cze­ka­jąc na trans­port do szpi­tala, pod­czas prze­jazdu, jak i tuż przed prze­świe­tle­niem.

- Nie zdra­dzają żad­nych oznak zde­ner­wo­wa­nia, jakby do końca wie­rzyli, że się uda. Nawet wcho­dząc na salę z tomo­gra­fem, wciąż twier­dzą, że nic w sobie nie mają - mówi jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Po bada­niu wszystko się zmie­nia. A to dopiero począ­tek pro­cesu odzy­ski­wa­nia zawar­to­ści.

"Poły­kacz" razem z czte­rema uzbro­jo­nymi funk­cjo­na­riu­szami KAS tra­fia do spe­cjal­nej jed­no­oso­bo­wej sali z łazienką. Spę­dza tu kilka dni - zwy­kle pięć, ale zda­rza się, że i tydzień. Funk­cjo­na­riu­sze zmie­niają się co kilka godzin i nie spusz­czają prze­myt­nika z oczu. Cho­dzą z nim do toa­lety, gdzie przy otwar­tych drzwiach wypróż­nia się na spe­cjalną pla­sti­kową nakładkę na sedes. Jedna z funk­cjo­na­riu­szek, która wie­lo­krot­nie peł­niła taką straż, opo­wiada, że nie wszy­scy są w sta­nie pod­jąć się tego zada­nia.

- Przed pierw­szym takim dyżu­rem zosta­łam uprze­dzona przez star­szą kole­żankę, że muszę być przy­go­to­wana na bar­dzo spe­cy­ficzny i nie­przy­jemny zapach, który towa­rzy­szy wypróż­nia­niu się "poły­ka­cza". Miała rację. Trudno to z czymś porów­nać. I zawsze jest tak samo. Mie­sza­nina ludz­kich odcho­dów, prze­tra­wio­nych nar­ko­ty­ków i stra­chu - wyznaje.

Po wypróż­nie­niu deli­kwent musi wyjąć pakiety w obec­no­ści cel­ni­ków, umyć je i wło­żyć do spe­cjal­nej folio­wej torby. Przez tych kilka dni prze­myt­nik dużo pije, je lek­ko­strawne potrawy, kle­iki i... czeka. Gdy wszyst­kie kap­sułki zostaną wyda­lone, tra­fia w ręce poli­cji. I tu rola KAS się koń­czy.

- Zda­rza się, że prze­myt­nik jest agre­sywny, wtedy trzeba go przy­kuć kaj­dan­kami do łóżka - opo­wiada jedna z funk­cjo­na­riu­szek.

Naj­czę­ściej jed­nak pła­czą, mówią, dla­czego zde­cy­do­wali się na tak dra­styczny i ryzy­kowny krok. Opo­wia­dają o dzie­ciach, któ­rych teraz długo nie zoba­czą, i zaczy­nają żało­wać. Boją się tego, co ich czeka. Na tym eta­pie podają także dokładną liczbę pakie­tów, które połknęli.

- Z obawy, że coś może pójść nie tak i opa­ko­wa­nie pęk­nie, wolą wyznać prawdę - wspo­mina funk­cjo­na­riuszka ope­ra­cyjna.

Funk­cjo­na­riu­sze KAS mają dwie pod­sta­wowe metody dzia­ła­nia. Pierw­sza to ana­liza ryzyka, nad którą pra­cują całe działy - spraw­dzają kie­ru­nek podróży, dłu­gość jej trwa­nia, prze­siadki, liczbę lotów, a nawet spo­sób płat­no­ści za bilet. Wymie­niają także infor­ma­cje z innymi służ­bami. Do tego docho­dzi wspo­mniana już obser­wa­cja zacho­wań podróż­nych. Jest też wyryw­kowe dzia­ła­nie, które czę­sto odbywa się na chy­bił tra­fił - pra­cow­nik lot­ni­ska prosi wtedy podróż­nego o przej­ście do spe­cjal­nego pomiesz­cze­nia z apa­ra­tem prze­świe­tla­ją­cym. Tam duży bagaż ode­brany z luku samo­lo­to­wego tra­fia na taśmę, a na moni­to­rze widać jego zawar­tość. Tury­ści czę­sto są także pro­szeni o otwar­cie wali­zek. Jeśli kon­trola prze­bie­gnie bez zarzutu, mogą iść dalej.

Tra­fie­nia poje­dyn­cze i podwójne

W lutym 2016 roku na Lot­ni­sku Cho­pina wpa­dła 29-latka z Wene­zu­eli. Wytro­pili ją poli­cjanci zaj­mu­jący się zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści nar­ko­ty­ko­wej w Komen­dzie Sto­łecz­nej Poli­cji. Robert Opas z biura pra­so­wego KSP w roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzami wyja­śniał wów­czas, że funk­cjo­na­riu­sze mieli infor­ma­cje, że kobieta leci z Bra­zy­lii przez Dubaj do War­szawy. Kiedy samo­lot wylą­do­wał, natych­miast wkro­czyli do akcji.

Pode­szli do kobiety, gdy zbli­żała się do przej­ścia "nic do zgło­sze­nia" (tzw. zie­lona linia). Cze­kała przy sta­no­wi­sku odprawy pasz­por­to­wej. Zacho­wy­wała się ner­wowo.

- Prze­myt­nicy oka­zują zanie­po­ko­je­nie, gdy myślą, że nikt na nich nie patrzy - mówi doświad­czony funk­cjo­na­riusz.

W jej walizce odkryto dwie ory­gi­nal­nie zapa­ko­wane butelki z szam­po­nem, które zostały wypeł­nione 14 wal­co­wa­tymi zawi­niąt­kami. Była też torebka stru­nowa z bia­łym prosz­kiem. Prze­świe­tle­nie i szcze­gó­łowa kon­trola obna­żyły kolejne skrytki prze­myt­niczki. Koka­inę ukryła też w swo­ich miej­scach intym­nych, a 15 pakie­tów z nar­ko­ty­kiem miała w żołądku. W sumie pró­bo­wała prze­szmu­glo­wać około kilo­grama koka­iny. Przy­znała, że zro­biła to dla pie­nię­dzy. Obie­cano jej 2 tys. zło­tych. Pie­nią­dze miała otrzy­mać od kuriera, z któ­rym była umó­wiona w War­sza­wie. To 35-letni oby­wa­tel Nige­rii - został zatrzy­many w jed­nym z hoteli w Wila­no­wie.

Funk­cjo­na­riu­sze pod­kre­ślają, że kwota, którą "muły" otrzy­mują za swoją pracę, jest nie­współ­mier­nie mała w sto­sunku do ryzyka, jakie pono­szą.

Nie­spełna rok póź­niej, w stycz­niu 2017 roku, rów­nież na lot­ni­sku w War­sza­wie wpa­dła jej kra­janka, 28-let­nia oby­wa­telka Wene­zu­eli. Przy­le­ciała do War­szawy z Săo Paulo przez Zurych. Kiedy wyszła na halę przy­lo­tów, natych­miast skie­ro­wała się do przej­ścia "nic do zgło­sze­nia". Jed­nak mazo­wieccy funk­cjo­na­riu­sze KAS mieli już kobietę na oku. Prze­ana­li­zo­wali trasę jej podróży i od razu zwró­cili uwagę na krótki czas trwa­nia, a przede wszyst­kim kie­ru­nek.

Kobietę pod­dano wstęp­nym testom na obec­ność nar­ko­ty­ków w śli­nie, a następ­nie w moczu. Mimo nie­jed­no­znacz­nego wyniku nar­ko­te­stów pod­jęto decy­zję o prze­wie­zie­niu Wene­zu­elki do szpi­tala, by tam wyko­nać tomo­gra­fię kom­pu­te­rową. W prze­wo­dzie pokar­mo­wym kobiety dostrze­żono podej­rzaną zawar­tość. W żołądku miała koka­inę zapa­ko­waną w 80 kap­su­łek o łącz­nej wadze 0,75 kg. W każ­dej znaj­do­wało się około 9 gra­mów nar­ko­tyku. Czar­no­ryn­kowa war­tość prze­my­ca­nego przez nią towaru to pra­wie 700 tys. zło­tych. Z takiej ilo­ści nar­ko­ty­ków - przy zało­że­niu 100-pro­cen­to­wej czy­sto­ści - w detalu można by wypro­du­ko­wać nawet 4 tys. dzia­łek.

Z kolei w paź­dzier­niku 2017 roku na Lot­ni­sku Cho­pina zain­te­re­so­wa­nie mazo­wiec­kich funk­cjo­na­riu­szy celno-skar­bo­wych wzbu­dziło dwóch Ukra­iń­ców, 31- i 32-latek, któ­rzy przy­le­cieli z Bra­zy­lii. Naj­pierw prze­świe­tlono ich bagaże, ale kon­trola nic nie wyka­zała. Cel­nicy nie dawali jed­nak za wygraną. Podróż­nych pod­dano więc rewi­zji oso­bi­stej, która także zakoń­czyła się nega­tyw­nie. Szu­kano dalej. Pozy­tywny wynik dały dopiero testy na obec­ność nar­ko­ty­ków w moczu. W szpi­talu potwier­dzono, że nar­ko­tyki są prze­my­cane wewnątrz orga­ni­zmu. Po ich wyda­le­niu oka­zało się, że koka­inę zapa­ko­wano w 45 gumo­wych worecz­ków, każ­dym po około 40 gra­mów, o łącz­nej wadze ponad 1,8 kg. Czar­no­ryn­kowa war­tość towaru to pra­wie 600 tys. zło­tych i 15 tys. dzia­łek w detalu.

Choć "muły" prze­my­cają naj­czę­ściej jeden rodzaj nar­ko­tyku, to zda­rzają się przy­padki, gdy sta­wiają na zróż­ni­co­wany towar. Tak było w czerwcu 2016 roku na Okę­ciu. 36-letni Nige­ryj­czyk leciał z Zambii przez Zjed­no­czone Emi­raty Arab­skie. Kie­ru­nek podróży i krótki czas pobytu wzbu­dziły podej­rze­nia cel­ni­ków. Został zawró­cony z przej­ścia "nic do zgło­sze­nia". Skon­tro­lo­wano jego bagaż. Pod­dano go testom na obec­ność nar­ko­ty­ków w śli­nie, a następ­nie w moczu. Ten drugi dał jed­no­znacz­nie pozy­tywny wynik. Męż­czy­zna tra­fił do szpi­tala, gdzie wyda­lił ponad 1,5 kg koka­iny i hero­iny. Towar był zapa­ko­wany w 90 kap­su­łek. Każda ważyła około 17 gra­mów. Cel­nicy oce­nili, że po roz­cień­cze­niu wypeł­nia­czami wyszłoby z tego około 10 tys. dzia­łek. Śledz­two wyka­zało, że nar­ko­tyki miały tra­fić na pol­ski rynek.

"Poły­ka­cze" czy "muły" zda­rzają się także wśród Pola­ków. W lipcu 2012 roku na Lot­ni­sku Cho­pina zatrzy­mano 22-let­nią kobietę i jej 35-let­niego kom­pana, któ­rzy przy­le­cieli z Amster­damu. Już wstępne testy śliny i moczu wyka­zały, że oboje mieli do czy­nie­nia z nar­ko­ty­kami. Ale mogli je po pro­stu zaży­wać. Funk­cjo­na­riu­sze drą­żyli jed­nak dalej. Bagaże pary zba­dano detek­to­rem mikro­śla­dów, który wychwy­tuje nawet śla­dowe ilo­ści nar­ko­ty­ków. Wynik też był pozy­tywny. W szpi­talu, tuż przed prze­świe­tle­niem jamy brzusz­nej, pękli. Oboje przy­znali, że połknęli nar­ko­tyki. Dziew­czyna miała w sobie 40 kap­su­łek, chło­pak - aż 91. Były wypeł­nione zarówno koka­iną, jak i hero­iną, które wyce­niono na ponad 324 tys. zło­tych.

Na lot­ni­skach w Pol­sce wpa­dają zazwy­czaj poje­dyn­czy kurie­rzy, cza­sem, jak w tym przy­padku, w parach, nato­miast na przy­kład przez holen­der­skie gra­nice pły­nie rwąca rzeka prze­myt­ni­ków. Tam­tej­sze służby na pokła­dzie jed­nego samo­lotu potra­fią ziden­ty­fi­ko­wać nawet kilku "poły­ka­czy".

Zda­rza się, że nie są w sta­nie wszyst­kich od razu wyła­pać, pozwa­lają im więc kon­ty­nu­ować podróż do kolej­nego portu, gdzie cze­kają na nich służby innego pań­stwa.

Śled­czy pod­kre­ślają, że prze­myt wewnątrz­u­stro­jowy, na któ­rym można zaro­bić nawet 10 tys. dola­rów, to zachęta nie tylko dla bied­nych. Stawka zależy oczy­wi­ście od wielu czyn­ni­ków, m.in od kraju i miej­sca, w któ­rym pozy­skuje się kuriera. "Poły­ka­cze" czę­sto są wer­bo­wani z pato­lo­gicz­nych śro­do­wisk czy spod budki z piwem. Ale był też przy­pa­dek, gdy pro­ce­deru pod­jął się Austra­lij­czyk pol­skiego pocho­dze­nia, który był już na eme­ry­tu­rze. - Przy­le­ciał na połyku z Ame­ryki Połu­dnio­wej do Pol­ski - mówi funk­cjo­na­riusz. Powie­dział, że pla­nuje odwie­dzić w Pol­sce matkę. Jak się póź­niej oka­zało, dawno już nie żyła.

Współ­praca z mafią nar­ko­ty­kową ma jed­nak zwy­kle kata­stro­falne kon­se­kwen­cje. Gang uza­leż­nia kuriera od sie­bie. Prze­stępcy poży­czają mu pie­nią­dze, obie­cują pomoc w róż­nych spra­wach, a w zamian żądają przy­sługi. Mówią: "To nic takiego. Dar­mowe wczasy, a przy oka­zji kuszący zaro­bek". Zapew­niają, że wszystko jest bez­pieczne i przy­go­to­wane tak, by zmi­ni­ma­li­zo­wać ryzyko wpadki. Zda­rza się też, że zwy­kli podróżni są pro­szeni o przy­sługę i prze­wie­zie­nie paczki dla rodziny czy zna­jo­mych. Ten argu­ment sta­nowi naj­czę­ściej linię obrony, gdy akcja koń­czy się nie­po­wo­dze­niem.

Pod­czas gdy z Afryki, Azji czy Ame­ryki Połu­dnio­wej prze­rzuca się do Pol­ski koka­inę i hero­inę, nasi rodzimi prze­stępcy wyspe­cja­li­zo­wali się w pro­duk­cji nar­ko­ty­ków syn­te­tycz­nych, w tym amfe­ta­miny. Cho­ciaż nie ryzy­kują wpadki na gra­nicy, to i tak cały czas ucie­kają przed poli­cją. Pol­skie fabryki amfe­ta­miny są słynne na całym świe­cie, a biały pro­szek made in Poland cie­szy się dużym zain­te­re­so­wa­niem grup prze­stęp­czych m.in. w Skan­dy­na­wii. Wyjeż­dża tam głów­nie samo­cho­dami oso­bo­wymi, lepiej lub gorzej ukryty.

Kilka lat temu szwedz­kie służby zaalar­mo­wały naszych śled­czych, że coraz czę­ściej zatrzy­mują pol­skich "poły­ka­czy" z amfe­ta­miną w żołądku. Docho­dze­nie wyka­zało, że "mułami" sta­wały się osoby, które jeź­dziły tam do pracy, np. na budo­wach. Miał to być dla nich dodat­kowy zaro­bek. W wyniku śledz­twa zatrzy­mano kilku kurie­rów, głów­nie męż­czyzn w wieku pro­duk­cyj­nym. Amfe­ta­mina była prze­my­cana także w bagażu zasad­ni­czym. W ręce cel­ni­ków wpa­dały nawet kilo­gra­mowe paczki. Nato­miast rzadko ukrywa się towar w bagażu pod­ręcz­nym - za duże ryzyko, w stre­fie secu­rity trudno cokol­wiek ukryć.

Jed­nak poły­ka­nie pakie­tów z nar­ko­ty­kami nie­sie ze sobą wiel­kie ryzyko. W 2016 roku roz­bito grupę, która na tej zasa­dzie z Aruby prze­my­cała koka­inę. Przed wej­ściem na pokład samo­lo­tów "muły" poły­kały od kilku do kil­ku­na­stu pakie­tów. Pod­czas śledz­twa jeden z człon­ków zde­cy­do­wał się na współ­pracę z orga­nami ści­ga­nia. W jej efek­cie doszło do eks­hu­ma­cji jed­nego z kurie­rów, któ­rego śmierć w 2012 roku po powro­cie z wyspy archi­pe­lagu Małych Antyli nie wzbu­dziła podej­rzeń. Uznano, że doszło do niej z przy­czyn natu­ral­nych. Po latach w jego wnętrz­no­ściach odkryto 12 pakie­tów zawie­ra­ją­cych 740 g koka­iny.

Kolum­bij­skie waka­cje życia

Pol­ska rodzina wpa­dła w Kolum­bii z 5 kg koka­iny. Tam młoda dziew­czyna zabrała swo­ich rodzi­ców na waka­cje. Miała to być podróż ich życia. Dla dwójki star­szych osób skoń­czyła się jed­nak kosz­ma­rem. Wylą­do­wali w tam­tej­szym wię­zie­niu. Oka­zało się, że córka - licząc na pobieżną kon­trolę bagażu star­szych osób - wło­żyła nar­ko­tyki do walizki rodzi­ców. Oni wpa­dli, ona wró­ciła do Pol­ski, gdzie została zatrzy­mana przez nasze służby. Sprawa stała się gło­śna po tym, jak do pre­zy­denta Kolum­bii wpły­nęła prośba o uła­ska­wie­nie. Rodzice prze­ko­ny­wali, że nie wie­dzieli o dodat­ko­wym bagażu.

- Liczyli na bez­tro­skie waka­cje, które miały być pre­zen­tem od córki, tym­cza­sem był to chy­trze przy­go­to­wany plan zarobku - oce­niają funk­cjo­na­riu­sze.

Dziew­czyna wyparła się wszyst­kiego. Także po przy­lo­cie do Pol­ski prze­ko­ny­wała, że nie wie­działa o prze­my­cie. Dzięki takiej linii obrony udało jej się wyje­chać z Kolum­bii, lecz rodzice zostali tam w wię­zie­niu na lata. Nie otrzy­mali uła­ska­wie­nia. Śled­czy twier­dzą, że i tak mieli szczę­ście, bo są kraje, gdzie za prze­myt nar­ko­ty­ków płaci się życiem.

Karty ecstasy

Funk­cjo­na­riu­sze KAS przy­ta­czają też zatrzy­ma­nie na sali przy­lo­tów mło­dego chło­paka. Opa­ko­wa­nie z kar­tami do gry prze­ro­bił tak, że po otwar­ciu z obu stron widać było karty, ale w środku ukryto ecstasy. W sumie 280 sztuk. Kiedy funk­cjo­na­riusz oglą­dał karty, zauwa­żył, że są dziw­nie nie­ru­chome. I zde­cy­do­wał się roze­rwać opa­ko­wa­nie. - Powie­dzia­łem mu, że gdyby wpadł w Sin­ga­pu­rze, skąd przy­le­ciał, gro­zi­łaby mu za to kara śmierci - mówi cel­nik. "To chyba jedyny plus", odrzekł.

Koka­inowy ludek

Do rangi sym­bolu kre­atyw­no­ści ura­sta inny prze­myt wykryty w sto­łecz­nym por­cie lot­ni­czym. Funk­cjo­na­riu­sze czę­sto wska­zują go jako przy­kład dużej pracy i skru­pu­lat­no­ści prze­stęp­ców. Cho­dzi o trans­port zabaw­ko­wych robo­tów na bate­rie. W środku każ­dego R-20, aku­mu­la­tor spo­rych roz­mia­rów. Po włą­cze­niu ludek poru­szał się, jak należy. Jed­nak bar­dzo wni­kliwa kon­trola ujaw­niła, że każda bate­ria zawie­rała koka­inę. Obu­dowę otwarto od dołu, wycią­gnięto zawar­tość, do środka wci­śnięto nar­ko­tyki oraz bate­rię palu­szek i połą­czono prze­wo­dami. Zabawka dzia­łała.

Bez­cenne bagaże

Naj­czę­ściej jed­nak skrytki wkom­po­no­wuje się w ele­menty kon­struk­cyjne wali­zek i toreb. W poło­wie 2018 roku, na pod­sta­wie ana­lizy ryzyka, skon­tro­lo­wano 23-let­niego oby­wa­tela Łotwy, który wra­cał z Mozam­biku. Podej­rzany wyda­wał się m.in. krótki czas jego pobytu za gra­nicą. Funk­cjo­na­riu­sze pode­szli do podróż­nego, gdy ode­brał już bagaż i zmie­rzał do wyj­ścia. Zapa­dła decy­zja o prze­świe­tle­niu toreb. Obraz rent­ge­now­ski był nie­jed­no­znaczny. To skło­niło służby do szcze­gó­ło­wego prze­szu­ka­nia. Gdy torba została opróż­niona, dostrze­żono nie­na­tu­ralne wzmoc­nie­nia w bocz­nych ścia­nach oraz dnie ple­caka, który znaj­do­wał się w walizce. W środku był beżowy pro­szek - hero­ina. W sumie 3,5 kg o war­to­ści ponad 700 tys. zło­tych. Z takiej ilo­ści można by wypro­du­ko­wać nawet 25 tys. dzia­łek war­tych znacz­nie wię­cej niż sza­cun­kowa war­tość hur­towa. Męż­czy­zna prze­ko­ny­wał, że nie wie­dział, co znaj­duje się w środku. Mimo to w wię­zie­niu może spę­dzić nawet 15 lat.

Nie mniej fine­zyjne wydaje się odkry­cie z grud­nia 2014 roku. Na war­szaw­skim lot­ni­sku zna­le­ziono ponad 2,6 kg koka­iny o sza­cun­ko­wej war­to­ści 2,5 mln zło­tych. Nar­ko­tyki usi­ło­wali prze­my­cić dwaj oby­wa­tele Litwy. Towar w pię­ciu pakie­tach ukryli w bocz­nych ścian­kach i pokry­wie walizki oraz w pusz­kach... po pędach bam­busa.

Dla pew­no­ści prze­świe­tlono także samych prze­myt­ni­ków, ale w ich cia­łach nic nie wykryto. Męż­czyźni wyja­śnili, że koka­ina miała tra­fić na Litwę, a oni dzia­łali na zle­ce­nie jed­nego z miej­sco­wych dile­rów.

Z kolei ner­wo­wym zacho­wa­niem zwró­cił na sie­bie uwagę pewien Grek, który w 2019 roku przy­le­ciał do War­szawy z Johan­nes­burga. Pod­czas roz­mowy był nie­spo­kojny i nie­cier­pli­wie odpo­wia­dał na ruty­nowe pyta­nia. Po roz­pa­ko­wa­niu jego walizki i demon­tażu nie­na­tu­ral­nej gru­bo­ści jej ścia­nek odkryto dwie paczki z hero­iną, w sumie 6 kg. Śled­czy uwa­żają, że towar miał tra­fić na pol­ski rynek.

Podob­nie zdra­dziła się także Hisz­panka, która przy­le­ciała w 2019 roku do War­szawy z Mada­ga­skaru. Kobieta nie umiała logicz­nie wyja­śnić swo­jego pobytu w Afryce. Dla funk­cjo­na­riu­szy było to impul­sem do prze­pro­wa­dze­nia szcze­gó­ło­wej rewi­zji. W podwój­nych ścian­kach i na dnie jej walizki odkryto trzy pakiety hero­iny. Paczki ważyły ponad 5 kg.

W 2017 roku rekord nale­żał do 33-let­niego Buł­gara wra­ca­ją­cego z Bra­zy­lii. Zna­le­ziono przy nim 3,5 kg koka­iny. Ukrył kon­tra­bandę w ścian­kach i paskach ple­caka oraz torby pod­ręcz­nej. Wcze­śniej pakiety owi­nięto w folię i gąbkę. Całość spra­wiała wra­że­nie zwy­czaj­nego bagażu. Dopiero po wyję­ciu ubrań z torby na ekra­nie urzą­dze­nia rent­ge­now­skiego można było zauwa­żyć, że nie wszystko wygląda wła­ści­wie. Funk­cjo­na­riu­sze roz­pruli mate­riał i wyjęli sie­dem pakun­ków. Zarzą­dzono ruty­nową w takich sytu­acjach kon­trolę oso­bi­stą. Męż­czy­zna tra­fił także do szpi­tala na prze­świe­tle­nie jamy brzusz­nej. Ale nic wię­cej nie zna­le­ziono. Towar osza­co­wano na 700 tys. zło­tych. Można by z niego spo­rzą­dzić nawet 30 tys. dzia­łek. Bada­nie labo­ra­to­ryjne wyka­zało, że koka­ina była wyso­kiej czy­sto­ści.

Akcje na rym­pał

Szmu­gle­rzy nie zawsze tru­dzą się żmud­nym ukry­wa­niem kon­tra­bandy. Bywa, że - licząc na łut szczę­ścia - dzia­łają na rym­pał, czyli bez zbyt­niego wysiłku. I wła­śnie tak było w listo­pa­dzie 2012 roku, gdy na Okę­ciu prze­jęto jeden z rekor­do­wych prze­my­tów koka­iny. Dwóch chło­pa­ków i dziew­czyna, w wieku od 21 do 25 lat, pocho­dzący z oko­lic Mławy, wra­cali z Domi­ni­kany. W ich waliz­kach zna­le­ziono odpo­wied­nio 18,5 kg, 17 kg i 12 kg nar­ko­ty­ków. Razem prze­wo­zili towar o war­to­ści około 9,5 mln zło­tych.

O szcze­gó­ło­wej kon­troli zde­cy­do­wano po prze­świe­tle­niu rent­ge­now­skim ich bagażu. Funk­cjo­na­riu­sze począt­kowo myśleli, że to paczki z kawą lub her­batą, którą czę­sto przy­wozi się z Domi­ni­kany. Kiedy jed­nak otwo­rzyli walizki, dosłow­nie wysy­pały się z nich pla­sti­kowe pakiety owi­nięte taśmą. W środku była koka­ina, z któ­rej można by wyko­nać 400 tys. dzia­łek. Według eks­per­tów taka ilość koka­iny odkryta w pasa­żer­skim ruchu lot­ni­czym jest naj­więk­szym suk­ce­sem w histo­rii pol­skiego cel­nic­twa. Prze­ciętny prze­myt lot­ni­skowy waha się bowiem od kilku gra­mów do kilku kilogra­mów.

W listo­pa­dzie 2019 roku na Lot­ni­sku Cho­pina pró­bo­wała też akcji na rym­pał Bra­zy­lijka. Zwró­ciła na sie­bie uwagę funk­cjo­na­riu­szy, bo zacho­wy­wała się ner­wowo. Pocze­kali aż, w stre­fie przy­lo­tów podej­dzie do przej­ścia "nic do zgło­sze­nia". W bagażu reje­stro­wa­nym nie zna­leźli nic podej­rza­nego. Kobieta miała ze sobą jesz­cze foliową rekla­mówkę z zaku­pami w stre­fie bez­cło­wej i wła­śnie tam ukryła her­me­tycz­nie zamkniętą paczkę z cukier­kami zawi­nię­tymi w papierki, które tylko z wyglądu przy­po­mi­nały cukierki. Kobieta wpa­dła z koka­iną. W paczce były 53 fał­szywe cukierki ważące w sumie pra­wie kilo­gram.

- To jeden z naj­bar­dziej bły­sko­tli­wych pomy­słów - oce­nia młody sta­żem cel­nik. - Wciąż jed­nak naj­bar­dziej zaska­kuje mnie bez­tro­ska podróż­nych wra­ca­ją­cych np. z Holan­dii, któ­rzy mają przy sobie 2-3 g mari­hu­any i robią wiel­kie oczy, gdy je znaj­dziemy. Tłu­ma­czą wtedy, że o tym zapo­mnieli. Tyle że to już prze­stęp­stwo - dodaje.

Złote walizki i bry­lan­towe buty

Cel­nicy naj­czę­ściej wyła­pują podej­rza­nych podróż­nych, gdy ci pod­cho­dzą do zie­lo­nego przej­ścia z napi­sem "nic do zgło­sze­nia". Tak też było w przy­padku Polaka, który przy­le­ciał z Sin­ga­puru przez Dubaj. Pod pod­szewką walizki ukrył trzy luk­su­sowe szwaj­car­skie zegarki na rękę o łącz­nej war­to­ści pra­wie 260 tys. zło­tych. Ory­gi­nalne opa­ko­wa­nia i cer­ty­fi­katy tych eks­klu­zyw­nych cacek z limi­to­wa­nej serii zna­le­ziono w bagażu reje­stro­wa­nym. Uszczu­ple­nie Skarbu Pań­stwa z tytułu nie­od­pro­wa­dzo­nego cła oraz podatku od towa­rów i usług wyli­czono na około 60 tys. zło­tych.

Z kolei pewien Turek sam ścią­gnął na sie­bie uwagę służb. Działo się to na war­szaw­skim lot­ni­sku w 2019 roku. Wypy­ty­wał funk­cjo­na­riu­szy celno-skar­bo­wych o prze­pisy doty­czące obrotu dewi­zo­wego, ale gdy zapy­tali go o towar do ocle­nia, sta­now­czo stwier­dził, że nic nie ma. Prze­szu­kano wtedy jego walizkę, w któ­rej ukrył praw­dziwy skarb - 25 kg biżu­te­rii o war­to­ści 2 mln zło­tych. Miał też przy sobie fak­turę, z któ­rej wyni­kało, że towar jechał do bia­ło­stoc­kiej firmy. Za taki czyn grozi kara grzywny, kara pozba­wie­nia wol­no­ści albo obie te kary łącz­nie.

Wpa­dła także pomy­słowa szmu­glerka, gdy po przej­ściu przez bramkę kon­tro­lną popro­szono ją, by zdjęła buty. Funk­cjo­na­riu­sze wspo­mi­nają, że kobieta była młoda i bar­dzo ładna. Wła­śnie urodą naj­pierw ścią­gnęła na sie­bie ich uwagę. Ale coś nie tak było z jej butami. Zaczęli je oglą­dać z każ­dej strony. W jed­nym z obca­sów zna­leźli bry­lanty o war­to­ści 50 tys. euro.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki