Rozdział 31
Pewnego zimnego, styczniowego popołudnia w 1866 roku Scarlett siedziała
w gabinecie, pisząc list do ciotki Pitty, w którym wyjaśniała jej
szczegółowo po raz dziesiąty, czemu ani ona, ani Melania czy Ashley nie
mogą przyjechać do Atlanty, by z nią zamieszkać. Pisała niecierpliwie,
wiedziała bowiem, że ciotka przeczyta jedynie kilka początkowych
linijek, a potem napisze do niej znowu, jęcząc: "Ale ja się boję
mieszkać sama!".
Było jej zimno w ręce, przerywała więc co chwila, by je rozetrzeć i wsunąć stopy głębiej w kawałek starej derki, którą były owinięte.
Zelówki jej pantofli praktycznie już nie istniały. Zastąpione zostały
kawałkami dywanu, który niewiele dawał ciepła. Tego ranka Will zabrał
konia do Jonesboro, by go podkuć. Scarlett pomyślała ponuro, że wszystko
istotnie postawione jest na głowie, skoro konie mają co nosić na
kopytach, a ludzie chodzą boso, jakby byli psami podwórzowymi.
Ujęła pióro, by zakończyć list, ale odłożyła je na bok, usłyszawszy, że
Will podjeżdża do drzwi kuchennych. Usłyszała stukanie jego drewnianej
nogi w holu. Pod drzwiami gabinetu stukanie ucichło. Czekała przez
chwilę, by wszedł, ale gdy nie poruszył się, zawołała go. Uszy miał
czerwone od mrozu, a rudawe włosy potargane. Patrzył na nią z niepewnym
uśmiechem.
- Pani Scarlett, chcę zapytać, ile ma pani pieniędzy w gotówce?
- Czyżbyś miał zamiar poślubić mnie dla moich pieniędzy, Will? -
zapytała nieco zagniewana.
- Nie, proszę pani. Ale chcę wiedzieć.
Popatrzyła na niego badawczo. Nie wyglądało na to, żeby mówił całkiem
serio. Ale czuła, że coś się stało.
- Mam dziesięć dolarów w złocie - powiedziała. - To resztka pieniędzy
Jankesa.
- No cóż, to nie wystarczy.
- Nie wystarczy na co?
- Na podatki - odparł. Pokuśtykał do kominka i usiadł, wyciągając do
ognia czerwone ręce.
- Podatki? - powtórzyła. - Na Boga, Will! Już zapłaciliśmy podatki.
- Tak. Ale według nich za mało. Słyszałem o tym dzisiaj w Jonesboro.
- Nic nie rozumiem! O czym ty mówisz?
- Pani Scarlett, staram się nie martwić pani bez potrzeby, ale tego nie
mogę przed panią zataić. Oni twierdzą, że powinna pani zapłacić o wiele
wyższe podatki, niż to pani uczyniła. Mówi się o wręcz niebotycznej
sumie. O ile wiem, tak wysokich podatków nie nałożono na żadną inną
posiadłość w hrabstwie.
- Nie mogą zmusić nas do zapłacenia większych podatków, skoro już raz
zapłaciliśmy.
- Pani Scarlett, nie jeździła pani zbyt często do Jonesboro i słusznie
pani robiła. Nie jest to bowiem obecnie miejsce odpowiednie dla damy.
Gdyby jednak pani tam pojechała, dowiedziałaby się pani, iż w mieście
działa potężna banda scallawagów, republikanów i carpetbaggerów, która
na wszystkim położyła łapę. Potrafią doprowadzić człowieka do takiej
wściekłości, że pęka jak balon. A poza tym Murzyni spychają białych
ludzi z chodników i...
- Ale co to ma wspólnego z naszymi podatkami?
- Właśnie do tego zmierzam, pani Scarlett. Z jakiejś przyczyny te
łajdaki nałożyły na Tarę takie podatki, że ktoś mógłby pomyśleć, że
produkuje się tutaj tysiące bel bawełny. Kiedy o tym usłyszałem,
zrobiłem sobie rundkę po barach, zbierając plotki, i dowiedziałem się,
że ktoś pragnie kupić Tarę za marne grosze na zorganizowanej przez
władze licytacji, o ile nie zapłaci pani dodatkowego podatku. A wszyscy
dobrze wiedzą, że go pani nie zapłaci. Nie wiem jednak, kto ostrzy sobie
zęby na tę plantację. Tego nie udało mi się dowiedzieć. Ale myślę, że
ten parszywy facet, Hilton, ten, co ożenił się z panną Cathleen, wie,
ponieważ śmiał się ironicznie, gdy próbowałem to z niego wyciągnąć.
Will usiadł na sofie i począł rozcierać sobie kikut nogi. Bolał go
zawsze przy zimnej pogodzie, zaś drewniana proteza nie była porządnie
dopasowana. Scarlett popatrzyła nań z przerażeniem. Jego maniery były
dość osobliwe, skoro właśnie w tej chwili obwieszczał wyrok śmierci na
Tarę. Sprzedana na zorganizowanej przez władze licytacji? Dokąd oni
wszyscy pójdą? Tara w obcych rękach! Nie, to nie do pomyślenia!
Tak zajmowało ją powiększenie produkcji Tary, że niewiele zwracała uwagi
na to, co dzieje się w otaczającym świecie. Teraz, kiedy Will i Ashley
załatwiali wszystkie sprawy w Jonesboro i Fayetteville, rzadko
opuszczała plantację. I tak jak niegdyś zamykała uszy, gdy ojciec mówił
o wojnie, nim wybuchła, tak teraz niewielką wagę przykładała do
dyskusji, jakie Ashley i Will toczyli przy stole po kolacji na temat
początków rekonstrukcji kraju.
Oczywiście wiedziała o scallawagach - południowcach, którzy dla
osobistych korzyści stali się republikanami, a także o carpetbaggerach,
Jankesach, którzy jak sępy przybyli na Południe po kapitulacji z całym
dobytkiem mieszczącym się w płóciennej torbie podróżnej. Miała też już
kilka nieprzyjemnych doświadczeń z Biurem Wyzwoleńców. Słyszała, że
niektórzy wolni Murzyni stali się niezwykle bezczelni. Nie mogła w to
uwierzyć, bowiem nigdy w życiu nie widziała bezczelnego Murzyna.
Istniało jednak wiele spraw, które Ashley i Will trzymali przed nią w tajemnicy. Po koszmarze wojny nastąpił gorszy jeszcze koszmar
rekonstrukcji, ale obaj mężczyźni uzgodnili, że w domu nie będą
wspominać o bardziej niepokojących szczegółach. Zresztą Scarlett rzadko
przysłuchiwała się ich rozmowom, a jeśli nawet, to i tak to, co mówili,
wpadało jej jednym uchem i wypadało drugim.
Słyszała, jak Ashley mówił, że Południe traktuje się jak podbitą
prowincję i że prowadzi się politykę odwetu na pokonanych. Nie wiedziała
jednak, co te słowa znaczą. Polityka to męskie zajęcie. Słyszała, jak
Will mówił, że Północ nie ma zamiaru pozwolić Południu, by ponownie
stanęło na nogi. No cóż - pomyślała wtedy - mężczyźni zawsze muszą
zamartwiać się jakimiś głupstwami. Jankesi nie dali jej rady i póki
zajmuje się swą plantacją, nie zdołają jej pokonać. Należało tylko
pracować i nie martwić się jankeskim rządem. Przecież wojna się
skończyła.
Scarlett nie uświadamiała sobie, że zmieniły się reguły gry i że uczciwa
praca nie zasługuje już na nagrodę. W Georgii obowiązywało prawo
wojenne. Jankeskie garnizony porozmieszczano w całym stanie, a Biuro
Wyzwoleńców sprawowało całkowitą kontrolę nad wszystkim i ustanawiało
dla siebie dogodne prawa. Powołane przez rząd federalny Biuro miało
zajmować się bezczynnymi byłymi niewolnikami. Ściągało ich całymi
tysiącami z plantacji do wsi i miast. Dawało im jeść wtedy, gdy nic nie
robili, i zatruwało ich umysły niechęcią do byłych właścicieli. Dawny
rządca Geralda, Jonas Wilkerson, był w zarządzie lokalnego biura,
funkcję jego zastępcy pełnił zaś mąż Cathleen Calvert, Hilton. Obaj
podstępnie rozpowszechniali pogłoski, że południowcy i demokraci tylko
czekają na okazję, by z powrotem uczynić z Murzynów niewolników, i jedyną nadzieją czarnych na uniknięcie tego losu jest ochrona udzielana
im przez Biuro i partię republikańską.
Wilkerson i Hilton posuwali się jeszcze dalej, przekonując Murzynów, że
są oni równie dobrzy jak biali i we wszystkim im równi, mówili, że
wkrótce dozwolone będą małżeństwa między białymi i czarnymi, a w niedługim też czasie majątki ich byłych właścicieli zostaną podzielone i każdy Murzyn dostanie na własność czterdzieści akrów ziemi i muła.
Podsycali oburzenie czarnych bajkami o popełnianych przez białych
okrucieństwach. W okręgu od dawna słynącym z serdecznych stosunków
między niewolnikami i ich właścicielami poczęła rosnąć nienawiść i podejrzliwość.
Biuro popierali żołnierze. Wojsko wydawało wiele sprzecznych postanowień
określających postępowanie wobec zwyciężonych. Łatwo było zostać
aresztowanym, choćby za sprzeciwienie się urzędnikom Biura. Wojskowe
zarządzenia dotyczyły szkół, przepisów sanitarnych, a nawet tego, jaki
rodzaj guzików wolno komuś nosić przy garniturze i jak sprzedawać różne
artykuły. Wilkerson i Hilton mieli prawo ingerować w każdą transakcję
handlową dokonywaną przez Scarlett i narzucić swe własne ceny na
wszystko, co sprzedawała lub chciała wymienić na coś innego.
Na szczęście Scarlett niewiele miała do czynienia z owymi ludźmi, Will
bowiem przekonał ją, by oddała handel w jego ręce, a sama zajęła się
plantacją. Nic nie mówiąc Scarlett, z właściwym dla siebie spokojem
pokonywał nieraz poważne trudności i jeśli musiał, całkiem nieźle dawał
sobie radę z carpetbaggerami i Jankesami. Ale teraz problem go przerósł.
Ustanowienie dodatkowych podatków i niebezpieczeństwo utraty Tary
należały do spraw, o których Scarlett musiała się dowiedzieć - i to
natychmiast.
Popatrzyła na niego błyszczącymi oczyma.
- Och, przeklęci Jankesi! - zawołała. - Czyż nie dosyć, że zwyciężyli i zrobili z nas nędzarzy? Czy muszą jeszcze nasyłać na nas łajdaków?
Wojna się skończyła, podpisano pokój, ale Jankesi wciąż mogli ją
obrabować, sprawić, że będzie głodowała, wyrzucić ją z jej domu. Jakaż
była głupia, łudząc się przez te ciężkie miesiące, że jeśli tylko
przetrwa do wiosny, wszystko będzie dobrze. Potworna wieść przywieziona
przez Willa stała się kroplą przepełniającą czarę goryczy po roku
ciężkiej pracy i utraconych nadziei.
- Och Will, a ja myślałam, że wszystkie nasze problemy skończą się, gdy
tylko minie wojna!
- Nie. - Will uniósł swą szeroką, chłopską twarz i obrzucił ją poważnym
spojrzeniem. - Nasze kłopoty dopiero się zaczynają.
- Jak duży jest ten dodatkowy podatek?
- Trzysta dolarów.
Przez chwilę stała jak oniemiała. Trzysta dolarów! Równie dobrze mogłoby
to być trzy miliony dolarów.
- Ależ... - wymamrotała - ależ... ależ... w takim razie musimy jakoś
zdobyć te trzy setki...
- Równie dobrze mogłaby pani marzyć o gwiazdce z nieba.
- Och, Will! Oni nie mogą sprzedać Tary. Ależ...
W jego łagodnych, jasnych oczach było teraz pełno goryczy i nienawiści.
- Nie mogą? Ależ mogą i zrobią to z prawdziwą radością. Pani Scarlett,
kraj diabli biorą, proszę wybaczyć to określenie. Ci carpetbaggerzy i scallawagowie mają prawa wyborcze, a większość z nas, demokratów, nie.
Nie mogą brać udziału w wyborach stanowych ci demokraci, którym w 1865
roku wpisano do rejestru podatków sumę większą niż dwa tysiące dolarów.
To wyłącza z głosowania takich ludzi jak pani ojciec, pan Tarleton,
panowie McRae czy młodzi Fontaine'owie. Nie może głosować nikt, kto miał
stopień pułkownika i brał udział w wojnie, a założę się, że ten stan
miał więcej pułkowników niż jakikolwiek inny w Konfederacji. Nie wolno
też głosować tym, którzy pełnili jakikolwiek urząd w konfederackim
rządzie, a to wyklucza nawet wszystkich notariuszy i sędziów. Lasy są
pełne takich ludzi. Niewątpliwie sposób, w jaki Jankesi ułożyli tekst
przysięgi amnestyjnej, całkowicie zakazuje głosowania każdemu, kto był
kimkolwiek przed wojną. Nie mogą tego czynić ani ludzie zdolni, ani
wykształceni, ani bogaci. Ha! Ja mógłbym głosować, gdybym złożył tę
przysięgę. W sześćdziesiątym piątym roku nie miałem żadnych pieniędzy i z całą pewnością nie nadano mi stopnia pułkownika, nie byłem też nikim
znaczącym. Ale ja nie złożę tego ślubowania. Ani mi to w głowie! Gdyby
Jankesi postępowali sprawiedliwie, mógłbym złożyć im przysięgę
lojalności, ale nie w takiej sytuacji. Mogli przyłączyć mnie do Unii,
ale nie przerobią mnie na swego obywatela. Nie złożę im tego ślubowania,
nawet gdybym już nigdy nie miał odzyskać prawa wyborczego. Za to
szumowiny w rodzaju Hiltona mają prawo głosu. I takie łajdaki jak Jonas
Wilkerson. Będą też głosować ubodzy biali, tacy jak Slattery'owie, a także całkiem nieliczący się ludzie w rodzaju MacIntoshów. To od nich
właśnie zależeć będą decyzje we wszystkich sprawach. I jeśli zażyczą
sobie dodatkowych podatków choćby i tuzin razy, mogą to zrobić. Tak samo
jak Murzyn może zabić białego i nie zostać za to powieszony lub... -
umilkł zakłopotany i oboje pomyśleli o tym, co stało się z samotną,
białą kobietą na położonej w odludnym miejscu farmie nieopodal Lovejoy.
- Ci Murzyni mogą zrobić nam wszystko, a Biuro Wyzwoleńców i żołnierze
poprą ich zbrojnie. My zaś, bez prawa głosu, nie będziemy mogli nic
wskórać.
- Prawo głosu! - wykrzyknęła. - Co to ma do rzeczy? Mówimy o podatkach... Will, wszyscy wiedzą, jak dobrą plantacją jest Tara. Jeśli
będziemy musieli, weźmiemy pożyczkę na hipotekę. To wystarczy na
opłacenie podatków.
- Pani Scarlett, co też pani mówi. A któż ma pieniądze, by pożyczyć je
pod zastaw posiadłości? Kto, poza carpetbaggerami, którzy próbują zabrać
pani Tarę? Wszyscy mają ziemię. I wszyscy są biedni. Nie może pani
zastawić ziemi.
- Mam diamentowe kolczyki, które zabrałam Jankesowi. Mogę je sprzedać.
- A kto tu ma pieniądze na kolczyki? Ludzie nie mają pieniędzy na
boczek, a cóż dopiero na błyskotki. Jeśli pani ma dziesięć dolarów w złocie, to i tak jest to więcej, niż posiadają inni ludzie w okolicy.
Znowu zapadło milczenie. Scarlett czuła się tak, jakby waliła głową w mur. Tak wiele było tych murów przez ostatni rok.
- Co zrobimy, pani Scarlett?
- Nie wiem - odparła, uświadamiając sobie, że wszystko jej obojętnieje.
Okazało się, że o ten jeden mur jest za dużo. Nagle poczuła ogromne
zmęczenie. Czemu miałaby pracować tak ciężko, walczyć, zamęczać się? -
Nie wiem - powtórzyła. - Ale niech tatuś się o tym nie dowie. To by go
bardzo zmartwiło.
- Nie powiem mu.
- Czy mówiłeś już komuś o tym?
- Nie, przyszedłem z tym prosto do pani.
Tak - pomyślała. - Wszyscy zawsze przychodzą prosto do mnie ze złymi
wiadomościami. Czuła się tym już zmęczona.
- Gdzie jest pan Wilkes? Może on coś wymyśli.
Obrócił ku niej swe łagodne spojrzenie i Scarlett uświadomiła sobie,
podobnie jak tego pierwszego dnia po powrocie Ashleya do domu, że Will
wie wszystko.
- Jest w sadzie. Rąbie drewno. Słyszałem siekierę, gdy odprowadzałem
konia. On też nie ma pieniędzy.
- Ale jeśli chcę z nim o tym porozmawiać, to chyba mogę, prawda? -
odburknęła i wstała z miejsca, rozkopując derkę, którą miała owinięte
nogi. Will nie powiedział na to ani słowa i dalej rozcierał dłonie,
trzymając je w pobliżu ognia.
- Lepiej niech pani weźmie szal. Na dworze zrobiło się zimno.
Wyszła jednak bez szala, znajdował się on bowiem na górze, a czuła zbyt
gwałtowną potrzebę zobaczenia Ashleya i podzielenia się z nim swymi
problemami.
Żeby tak zastać go samego w ogrodzie! Od powrotu Ashleya nie zamieniła z nim słowa na osobności. Zawsze otaczała go rodzina. Melania nie
odstępowała go na krok, ciągle dotykając rękawa męża, by upewnić się, że
naprawdę jest tutaj. Obudziło to w Scarlett zazdrosną niechęć, którą
stłumiła w ciągu tych miesięcy, kiedy sądziła, iż Ashley nie żyje. Tym
razem nikt nie powstrzyma jej od porozmawiania z nim sam na sam.
*
Szła przez sad pod nagimi gałęziami. Od wilgotnej trawy miała już mokre
nogi. Słyszała odgłosy siekiery. To Ashley rąbał na sztachety
przywleczone z bagien bale. Odbudowa ogrodzeń tak dokładnie spalonych
przez Jankesów okazała się zadaniem trudnym i pracochłonnym. Wszystko tu
jest ciężką, niekończącą się pracą - pomyślała zniechęcona. Czuła się
zmęczona, ogłupiała i wyczerpana. Gdyby Ashley ożenił się z nią, a nie z Melanią! Jakże dobrze byłoby pójść do niego, przytulić się i z płaczem
złożyć cały ów ciężar na jego barkach, by uczynił to, co uważa za
stosowne!
Obeszła gąszcz drzew granatu, których nagie gałęzie drżały na zimnym
wietrze, i ujrzała go pochylonego nad robotą, ocierającego czoło
wierzchem dłoni. Ashley miał na sobie strzępy tabaczkowych spodni i jedną z koszul Geralda, tę, którą w lepszych czasach ojciec wkładał
jedynie udając się do sądu lub na barbecue - plisowaną koszulę,
stanowczo zbyt kusą na Ashleya. Marynarkę powiesił na gałęzi drzewa,
gdyż rozgrzał się przy pracy. Gdy podeszła, odpoczywał, stojąc.
Na widok Ashleya ubranego w łachmany, z siekierą w ręku, jej serce
zalała fala miłości i oburzenia na los. Nie mogła znieść widoku
subtelnego, wytwornego Ashleya odzianego w szmaty i pracującego
fizycznie. Jego rąk nie stworzono do pracy, zaś jego ciało winno być
przyoblekane jedynie w popelinę i najwykwintniejsze płótno. Bóg
przeznaczył go do życia w wielkim domu, gdzie mógłby rozmawiać z miłymi
ludźmi, grać na fortepianie i pisać rzeczy, które pięknie brzmią i są
zupełnie pozbawione sensu.
Potrafiła znieść widok własnego dziecka w fartuchu uszytym z worków i dziewcząt w starych, spranych sukniach z pasiastej bawełny. Potrafiła
pogodzić się z tym, że Will pracował ciężej niż kiedyś jakikolwiek
robotnik na plantacji, ale nie umiała spokojnie patrzeć na to, że robi
to Ashley. Wydawał się jej człowiekiem zbyt wytwornym do takich rzeczy.
I był jej zbyt drogi. Wolałaby raczej własnoręcznie rąbać drewno, niż
cierpieć, patrząc, jak on to robi.
- Podobno Abe Lincoln zaczynał od ciosania sztachet - powiedział, gdy do
niego podeszła. - Pomyśl tylko, jak wielka kariera mnie czeka!
Zmarszczyła brwi. Zawsze mówił tak beztrosko o ciężkich warunkach życia.
Ale miała z nim do omówienia sprawę śmiertelnie poważną i te jego uwagi
wręcz ją irytowały.
Szybko przekazała mu przywiezioną przez Willa nowinę. Gdy skończyła
mówić, poczuła ulgę. Z pewnością będzie umiał jakoś jej pomóc. Ashley
nic nie powiedział, tylko widząc, że Scarlett drży, zdjął z gałęzi
marynarkę i okrył nią jej ramiona.
- No i co? - powiedziała w końcu. - Czy nie przyszło ci do głowy, że
musimy jakoś zdobyć te pieniądze?
- Tak - odparł. - Ale skąd je wziąć?
- O to właśnie pytam ciebie - odparła ze złością. Uczucie ulgi zniknęło.
Nawet jeśli nie mógł jej pomóc, czemu nie powiedział czegoś
pocieszającego, choćby tylko: "O, tak mi przykro".
Uśmiechnął się.
- Przez wszystkie te miesiące, odkąd przybyłem do domu, słyszałem tylko
o jednym człowieku, który ma teraz pieniądze. Jest nim Rett Butler -
oświadczył.
Ciotka Pittypat napisała Melanii tydzień wcześniej, że Rett jest z powrotem w Atlancie, ma powóz i dwa piękne konie, w kieszeni zaś pełno
zielonych dolarów. Sugerowała, że nie wszedł w ich posiadanie uczciwą
drogą. Ciotka miała teorię, podzielaną przez większość ludzi w Atlancie,
że Rettowi udało się uciec z mitycznymi milionami konfederackiego
skarbu.
- Nie mówmy o nim - ucięła krótko Scarlett. - To drań, jakiego świat nie
widział. Co stanie się z nami teraz?
Ashley odłożył siekierę i popatrzył w dal. Jego oczy zdawały się
wędrować ku jakiejś odległej krainie, do której ona nie mogła udać się
za nim.
- Zastanawiam się - powiedział. - Zastanawiam się nie tylko nad tym, co
stanie się z nami w Tarze, ale co stanie się ze wszystkimi ludźmi na
Południu.
Poczuła się tak, jakby gwałtownie uderzono ją w twarz. Do diabła ze
wszystkimi ludźmi na Południu! Co będzie z nami? - pomyślała, milczała
jednak, gdyż uczucie zmęczenia owładnęło nią znowu, i to bardziej niż
kiedykolwiek. Zawiodła się na Ashleyu.
- Dzieje się tak zawsze, ilekroć upada cywilizacja. Zwyciężają ludzie
odważni i mądrzy, a inni przegrywają. To nawet interesujące na własne
oczy oglądać "Götterdämmerung".
- Co?
- Zmierzch bogów. Na nieszczęście my, południowcy, myśleliśmy, że
jesteśmy bogami.
- Na litość boską, Ashleyu! Nie mów głupstw, kiedy grozi nam katastrofa!
Wreszcie oderwał się od myśli, w których był zatopiony, ujął z czułością
jej dłonie, przypatrując się widniejącym na nich odciskom.
- To najpiękniejsze ręce, jakie znam - oświadczył, całując jej dłonie. -
Są piękne, bo są silne, każdy zaś odcisk jest jak medal. Każde
zgrubienie świadczy o dzielności i braku egoizmu. Pokaleczyłaś sobie
ręce dla nas wszystkich, dla twego ojca, dla sióstr, Melanii, dziecka,
Murzynów i dla mnie. Moja droga, wiem, co myślisz. Myślisz: "Oto stoi
przede mną niepraktyczny głupiec, opowiadający nonsensy o zmarłych
bogach, podczas gdy żywi ludzie są w niebezpieczeństwie". Nieprawdaż?
Skinęła głową, chcąc, by trzymał tak jej ręce przez całą wieczność.
Puścił je jednak.
- Przyszłaś do mnie, mając nadzieję, że zdołam ci pomóc. Niestety, nie
mogę.
Popatrzył na siekierę i stertę bali, a z jego oczu wyjrzała gorycz.
- Mojego domu już nie ma i nie sądzę, bym miał kiedykolwiek te
pieniądze, których posiadanie uważałem za całkowicie oczywiste. Nie
pasuję do świata, bo świat, do którego należałem, przeminął. Nie mogę ci
pomóc, Scarlett. Mogę tylko nauczyć się, jak być farmerem, i to kiepskim
farmerem. To jednak nie pomoże ci zachować Tary. Nie myśl, że nie
uświadamiam sobie goryczy naszej sytuacji. Żyję tutaj na twojej łasce...
tak, Scarlett, na twojej łasce. Nigdy nie potrafię odpłacić ci się za
to, co z dobrego serca zrobiłaś dla mnie i dla moich bliskich. Każdego
dnia uświadamiam to sobie coraz wyraźniej. I każdego dnia coraz jaśniej
widzę, jak źle radzę sobie z pokonywaniem trudności, które na nas
spadły. Co dzień to moje przeklęte odwracanie się od rzeczywistości
sprawia, iż coraz trudniej jest mi stawić czoło nowemu porządkowi. Czy
rozumiesz, co mam na myśli?
Skinęła głową. Miała niezbyt jasne pojęcie o tym, o co mu chodzi, ale
słuchała go z zapartym tchem. Po raz pierwszy Ashley mówił jej o rzeczach, o których myślał, gdy zdawał się tak od niej odległy.
Podniecało ją to tak, jakby dokonywała jakiegoś odkrycia.
- Ta niechęć do patrzenia na nagą rzeczywistość jest moim przekleństwem.
Aż do wojny życie nie wydawało mi się bardziej realne niż cień na
zasłonie. I wolałem taki właśnie stan rzeczy. Nie lubiłem, gdy zarysy
przedmiotów stawały się zbyt wyraźne. Lubiłem, gdy były nieco zamazane i zamglone.
Umilkł, uśmiechając się nieznacznie. Wzdrygnął się, bo chłodny wiatr
przenikał przez jego cienką koszulę.
- Mówiąc innymi słowy, jestem tchórzem.
To, co mówił o ukazujących się cieniach i zamglonych kształtach,
niewiele dla niej znaczyło, ale ostatnie słowa wypowiedział w języku,
który potrafiła zrozumieć. Wiedziała, że to nieprawda. Nie było w nim
ani odrobiny tchórzostwa. Sam jego wygląd świadczył o pokoleniach
dzielnych przodków, a wojenne zasługi Ashleya Scarlett znała na pamięć.
- Wcale tak nie jest! Czy tchórz rzuciłby się na działo pod
Gettysburgiem, na czele oddziału? Czyż generał pofatygowałby się
osobiście powiadomić Melanię o losach tchórza? I...
- To nie jest odwaga - oświadczył znużonym tonem. - Walka jest jak
szampan. Uderza tchórzom do głowy równie szybko jak bohaterom. Każdy
głupiec potrafi być dzielny na polu bitwy, kiedy ma do wyboru: albo
wykazać się odwagą, albo zginąć. Mówię o czymś innym. Mój rodzaj
tchórzostwa jest nieskończenie gorszy, niż gdybym uciekł, usłyszawszy
pierwszy wystrzał z działa.
Wypowiadał słowa wolno, z trudem, jakby sam przypatrując się sobie ze
ściśniętym sercem. Gdyby jakikolwiek inny mężczyzna mówił w ten sposób,
Scarlett uznałaby to za fałszywą skromność i domaganie się pochwał. Ale
Ashley zdawał się naprawdę myśleć to, co mówił. Zimowy wiatr przenikał
jej ciało, zadrżała więc znowu, choć dreszcz ten miał swe źródło
bardziej w jego przerażających słowach, które zapadały jej w serce.
- Ashleyu, o co się właściwie martwisz?
- O rzeczy, których nie umiem nazwać. Takie, które brzmią bardzo głupio,
gdy ubierze się je w słowa. Większość rzeczy w życiu stała się zbyt
realna. Trzeba teraz wchodzić w osobisty kontakt z najprostszymi
sprawami życiowymi. Nie chodzi mi nawet o rąbanie drewna w tym błocie.
Mam na myśli raczej to, co mnie do tego zmusza. Myślę bardzo często o utraconym pięknie dawnego życia, które tak kochałem. Przed wojną,
Scarlett, życie było piękne. Miało swój urok. Było doskonałe i harmonijne, jak w dziełach sztuki greckiej. Być może nie dla wszystkich
tak to wyglądało. Teraz to wiem. Ale dla mnie życie w Dwunastu Dębach
było naprawdę piękne. Należałem do niego. Byłem jego częścią. Teraz
wszystko przeminęło, a ja nie mogę odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Tym właśnie się martwię. Wiem, że w dawnych czasach realne życie było
tylko cieniem, któremu się przyglądałem. Unikałem wszystkiego, co było
bardziej namacalne, ludzi i sytuacji, które uważałem za zbyt prawdziwe,
zbyt żywiołowe. Nie lubiłem, gdy wdzierały się w moje życie. Ciebie
także próbowałem unikać, Scarlett. Zdawałaś mi się zbyt pełna życia, a ja do tego stopnia byłem tchórzem, że wolałem cienie i sny.
- Ale... ale... Mela?
- Melania jest najmilszym ze snów i częścią moich marzeń. Gdyby nie
wojna, spędziłbym całe życie w Dwunastu Dębach, z zadowoleniem patrząc
na mijający czas. Ale kiedy wybuchła wojna, życie w całej swej realności
zaatakowało mnie. Gdy po raz pierwszy znalazłem się na polu walki, pod
Bull Run, widziałem przyjaciół z lat chłopięcych rozrywanych na kawałki.
Słyszałem jęki umierających koni i poznałem straszne, przyprawiające o mdłości uczucie, jakiego doznaje się na widok ludzi wyrzucanych w górę i tryskających krwią, gdy się do nich strzela. Ale nie to było najgorszą
rzeczą na wojnie. Najgorsi byli ludzie, wśród których musiałem żyć.
Przez całe życie uciekałem od ludzi. Miałem tylko kilku starannie
wybranych przyjaciół. A na wojnie przekonałem się, że stworzyłem sobie
swój własny świat, że umieściłem w nim wyśnione przez siebie istoty.
Przekonałem się, że istnieją realni ludzie, ale nie zdołałem dowiedzieć
się, jak wśród nich żyć. I obawiam się, że nigdy tej wiedzy nie posiądę.
Wiem, że aby utrzymać żonę i dziecko, będę musiał odnaleźć swoją drogę w tym świecie, z którym nie mam nic wspólnego. Ty, Scarlett, bierzesz
życie za rogi i kierujesz nim zgodnie ze swoją wolą. Ale gdzie jest w tym świecie moje miejsce? Wierz mi, że się boję.
Scarlett próbowała w jego słowach znaleźć jakiś sens, ale to, co mówił,
umykało jej jak dziki ptak. Coś gnało go, poganiało okrutnie, jakby
batem, ona jednak nie rozumiała, co to takiego.
- Nie wiem, Scarlett, w jakim momencie uświadomiłem sobie tak jasno, że
mój teatr cieni przestał istnieć. Może stało się to w pierwszych
minutach bitwy pod Bull Run, kiedy zobaczyłem pierwszego martwego
człowieka. Wiedziałem, że nie mogę już dłużej być widzem. Nagle
znalazłem się na scenie. Stałem się aktorem, grającym, wykonującym
daremne gesty. Mój mały, wewnętrzny świat przeminął, zaatakowany przez
ludzi, których myśli były inne od moich, a czyny tak mi obce jak
działanie Hotentotów. Wtargnęli do mego świata w zabłoconych buciorach i nie mam gdzie się schronić. Będąc w obozie myślałem: "Kiedy wojna się
skończy, wrócę do dawnego życia, do dawnych snów. Znowu będę widzem w teatrze cieni". Ale nic już nie wróci, Scarlett. A to, czemu wszyscy
będziemy musieli stawić czoło, jest gorsze od wojny i niewoli. A dla
mnie także gorsze od śmierci... Rozumiesz więc, że ponoszę karę za to,
że się boję.
- Ależ Ashleyu - zaczęła oszołomiona. - Jeśli obawiasz się, że będziemy
głodować, to... to... Och, Ashleyu, poradzimy sobie jakoś! Wiem, że damy
sobie radę!
Przez chwilę spoglądał na nią rozszerzonymi, przejrzyście szarymi
oczyma. Malował się w nich podziw. A potem nagle odwrócił od niej wzrok.
Serce zamarło w Scarlett, gdyż uświadomiła sobie, że wcale nie myślał o głodzie. Jak zawsze mówili różnymi językami. Kochała go jednak i wtedy,
gdy oddalał się od niej i zamykał w sobie. Było tak, jakby słońce skryło
się za horyzontem, pozostawiając ją w chłodnej rosie zmierzchu. Chciała
wziąć go w ramiona i przycisnąć do siebie. Pragnęła, by uświadomił
sobie, że ona także jest istotą z krwi i ciała, nie zaś czymś, o czym
czytał lub śnił. Gdyby tylko mogła połączyć się z nim, za czym tak
tęskniła od tego tak odległego dnia, kiedy powróciwszy z Europy, stał na
schodach Tary i uśmiechał się do niej.
- Głód to nic przyjemnego - powiedział. - Wiem, bo przez to przeszedłem.
Ale nie tego się obawiam. Boję się stanąć twarzą w twarz z życiem
pozbawionym autentycznego piękna, jakie posiadał nasz świat, który
przeminął.
Scarlett pomyślała z rozpaczą, że Melania wiedziałaby, co Ashley ma na
myśli. Mela i on zawsze mówili takie głupstwa o poezji, książkach,
snach, promieniach księżyca i gwiezdnym pyle. On nie bał się tego, co
ona: skurczów pustego żołądka, podmuchów zimowego wiatru ani eksmisji z Tary. Drżał za to z lęku, jakiego ona nigdy nie zaznała ani nie
potrafiła sobie wyobrazić. Na Boga, czegóż można było bać się w tych
ruinach świata prócz głodu, zimna i utraty domu?
Pomyślała, że może gdyby słuchała go uważniej, wiedziałaby, co
odpowiedzieć.
- Och - westchnęła z rozczarowaniem, jak dziecko, które otwiera pięknie
zapakowaną paczkę i widzi, że jest pusta. Usłyszawszy ten ton, Ashley
uśmiechnął się ze skruchą.
- Wybacz mi, Scarlett, że to powiedziałem. Nie możesz mnie zrozumieć, bo
ty nie znasz uczucia strachu. Masz serce lwa i jesteś całkowicie
pozbawiona wyobraźni, a ja zazdroszczę ci obu tych rzeczy. Nigdy nie
boisz się stawić czoła rzeczywistości i nigdy tak jak ja nie pragniesz
od niej uciec.
- Uciec!
To jedno słowo dobrze zrozumiała. Ashley, podobnie jak ona, czuł się
zmęczony walką i pragnął uciec. Zaczęła szybciej oddychać.
- Och, Ashleyu! - wykrzyknęła. - Mylisz się. Ja także chcę uciec. Jestem
tak bardzo tym wszystkim zmęczona.
Jego brwi uniosły się z niedowierzaniem, ona zaś gorączkowo położyła
rękę na jego ramieniu.
- Posłuchaj mnie - zaczęła, szybko wyrzucając z siebie słowa. - Naprawdę
jestem zmęczona tym wszystkim. Śmiertelnie zmęczona i nie zniosę tego
ani chwili dłużej. Walczyłam o jedzenie i o pieniądze. Pieliłam,
gracowałam, zbierałam bawełnę i nawet orałam. Ale teraz nie zniosę tego
ani minuty dłużej. Południe jest martwe! Martwe! Dostali je w swoje łapy
Jankesi, wolni Murzyni i carpetbaggerzy. Nic tu dla nas nie zostało.
Ashleyu, ucieknijmy!
Popatrzył na nią ostro, pochylając głowę.
- Tak, ucieknijmy... zostawmy ich wszystkich! Jestem zmęczona pracą dla
tych ludzi. Ktoś się nimi zajmie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto
zatroszczy się o ludzi, którzy nie potrafią zadbać o siebie. Och,
Ashleyu, ucieknijmy. Ty i ja. Moglibyśmy pojechać do Meksyku. Armii
meksykańskiej potrzebni są oficerowie. Bylibyśmy tam tacy szczęśliwi.
Pracowałabym dla ciebie, Ashleyu. Zrobiłabym dla ciebie wszystko. Wiem,
że nie kochasz Melanii...
Ashley zaczął coś mówić ze zbolałym wyrazem twarzy, ale Scarlett
zagłuszyła go potokiem własnych słów.
- Tamtego dnia powiedziałeś mi, że kochasz mnie bardziej niż ją. Och,
dobrze pamiętam ten dzień! I wiem, że się nie zmieniłeś! A przed chwilą
powiedziałeś, że ona jest niczym więcej jak tylko snem. Och, Ashleyu,
jedźmy stąd! Uczynię cię szczęśliwym. A poza tym - dodała jadowicie -
doktor Fontaine powiedział, że ona nie może mieć już więcej dzieci, a ja
mogłabym dać ci...
Chwycił ją za ramiona tak mocno, że aż ją to zabolało. Zamilkła, nie
mogąc złapać tchu.
- Mieliśmy zapomnieć o tym dniu w Dwunastu Dębach.
- Czy myślałeś, że mogę o nim kiedykolwiek zapomnieć? Czy ty o nim
zapomniałeś? Czy możesz uczciwie powiedzieć, że mnie nie kochasz?
Westchnął głęboko.
- Owszem. Nie kocham cię - odpowiedział krótko.
- To kłamstwo.
- Nawet jeśli tak - odparł Ashley śmiertelnie spokojnym głosem - nie
jest to rzecz, o której można by dyskutować.
- Ty uważasz...
- Czy sądzisz, że mógłbym odejść i porzucić Melanię i dziecko, nawet
gdybym ich nienawidził? Że złamałbym Melanii serce? Zostawiłbym ich na
łasce przyjaciół? Scarlett, czyś ty oszalała? Czy nie ma w tobie ani
odrobiny lojalności? Nie możesz porzucić swego ojca i dziewcząt. Jesteś
za nich odpowiedzialna, tak jak na mnie spoczywa odpowiedzialność za
Melanię i Beau. Nie ma znaczenia, czy jesteś zmęczona, czy nie. Oni są
tutaj i musisz się o nich troszczyć.
- Och, ja potrafiłabym ich zostawić. Robi mi się niedobrze na myśl o nich. Jestem nimi zmęczona.
Pochylił się ku niej i przez moment jej serce ścisnęło się na myśl, że
chce wziąć ją w ramiona. Zamiast tego poklepał ją po plecach, mówiąc do
niej tak, jakby pocieszał dziecko.
- Wiem, że czujesz się chora i zmęczona. To dlatego mówisz w ten sposób.
Dźwigasz ciężar, którego starczyłoby na trzech mężczyzn. Ale ja chcę ci
pomóc... Nie zawsze będę tak niezdarny...
- Jest tylko jeden sposób, w jaki możesz mi pomóc - odparła tępo. -
Zabrać mnie daleko stąd, żebyśmy mogli zacząć wszystko od nowa i żyć
szczęśliwie. Nic nas tutaj nie trzyma.
- Nic - potwierdził spokojnie. - Nic poza honorem.
Popatrzyła na niego z zakłopotaniem i tęsknotą i po raz pierwszy
dostrzegła, że jego rzęsy mają głęboki złoty kolor dojrzałej pszenicy.
Zauważyła też, jak dumnie trzyma głowę. W całej jego postaci było wiele
godności, chociaż okryty był groteskowymi szmatami. Jej wzrok, w którym
malowało się nieme błaganie, napotkał jego oczy. Wyglądały jak górskie
stawy pod szarym niebem.
Nie było wątpliwości, że potępia jej dzikie marzenie, jej szaleńcze
pożądanie.
Uczucie przygnębienia i słabości ogarnęło jej serce, ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Ashley nigdy dotąd nie widział jej płaczącej.
Nigdy nie sądził, że kobiety o tak silnym charakterze mogą płakać.
Ogarnęła go fala czułości i skruchy. Podszedł do niej szybko i już po
chwili trzymał ją w ramionach, głaszcząc pocieszająco i przytulając jej
ciemną głowę do piersi.
- Moje kochanie! - wyszeptał. - Moje dzielne kochanie! Nie wolno ci
płakać!
Gdy dotknął jej, poczuł, jak Scarlett zmienia się pod wpływem jego
uścisku. Było coś szalonego, magicznego w jej szczupłym ciele i w gorącym blasku, jaki bił z jej oczu. Zima wokół nich nagle zniknęła.
Znów wróciła wiosna, na wpół zapomniana, balsamiczna wiosna zielonych
szelestów i pomruków, beztroski i nieróbstwa, radosnych dni, kiedy to
pragnienia młodości rozlewały się ciepłem w jego żyłach. Gorzkie lata,
jakie upłynęły od tamtej pory, odeszły w niepamięć. Zobaczył, że usta,
które obróciły się ku niemu, są czerwone i drżące. Pocałował ją.
Scarlett szumiało w uszach, jakby trzymała przy nich morską muszlę.
Poprzez ten dźwięk usłyszała pośpieszne bicie własnego serca. Jej ciało
zdawało się wtapiać w jego. W jednej chwili przywarli mocno do siebie.
Jego usta żarłocznie błądziły po jej wargach, jakby nigdy nie miały
nasycić się tą pieszczotą.
Kiedy nagle puścił ją, poczuła, że nie potrafi utrzymać się na nogach, i musiała wesprzeć się o ogrodzenie. Podniosła ku niemu lśniące miłością i triumfem oczy.
- Kochasz mnie! Naprawdę mnie kochasz! Powiedz to, powiedz!
Jego ręce wciąż spoczywały na jej ramionach. Czuła, że drżą i kochała to
drżenie. Przechyliła się ku niemu gwałtownie, ale odsunął ją od siebie,
patrząc wzrokiem, w którym nie było już chłodnej obojętności, oczyma
rozdartymi walką i rozpaczą.
- Nie - powiedział. - Nie. Jeśli to zrobię, wezmę cię tu, natychmiast.
Uśmiechnęła się jasnym, gorącym uśmiechem. Zapomniała o czasie, miejscu
i w ogóle o wszystkim poza jego ustami na swych wargach.
Nagle potrząsnął nią raz i drugi, aż czarne włosy rozsypały się jej na
ramiona.
Potrząsał nią tak, jakby był na nią szaleńczo wściekły. Na nią i na
siebie samego.
- Nie zrobimy tego! - oświadczył. - Nie możemy tego zrobić!
Włosy opadły jej na twarz i nic nie widziała, zaś gwałtowność Ashleya
oszołomiła ją zupełnie. Wyrwała mu się i popatrzyła nań ostro. Na jego
czoło wystąpiły małe kropelki potu, pięści miał kurczowo zaciśnięte,
jakby z bólu. Patrzył prosto na nią, przeszywając ją szarymi oczyma.
- To wszystko moja wina. Nigdy już więcej nic takiego się nie powtórzy.
Zabiorę Melanię i dziecko i odejdę.
- Odejdziesz?! - wykrzyknęła z rozpaczą. - Och, nie!
- Tak, na Boga! Czy sądzisz, że zostanę tutaj po tym, co się stało?
Przecież to mogłoby zdarzyć się znowu...
- Ależ nie możesz odejść! Czemu miałbyś to robić? Kochasz mnie...
- Chcesz, żebym ci to powiedział? Dobrze, powiem. Kocham cię.
Pochylił się ku niej z nieoczekiwaną gwałtownością, która sprawiła, że
Scarlett przywarła plecami do ogrodzenia.
- Kocham ciebie, twą odwagę i upór, twój zapał i absolutną
bezwzględność. Jak bardzo cię kocham? Tak bardzo, że jeszcze przed
chwilą mogłem zapomnieć o gościnności domu, który dał schronienie mnie i mojej rodzinie, zapomnieć o najlepszej żonie, jaką kiedykolwiek
przeznaczono mężczyźnie, i wziąć cię tutaj w błocie, jak...
Scarlett walczyła z chaosem myśli. W sercu czuła chłodny ból, jakby
zamroziła je tafla lodu.
- Jeśli tak to czujesz... i nie wziąłeś mnie... to znaczy, że mnie nie
kochasz - powiedziała nienawistnie.
- Nigdy nie zdołasz mnie zrozumieć.
Oboje zamilkli, spoglądając na siebie. Nagle Scarlett zadrżała i jakby
wracając z długiej podróży dostrzegła, że jest zima i że pola są nagie i ostre od ściernisk. Poczuła, że jest jej bardzo zimno. Zauważyła także
dawny, nieprzenikniony wyraz twarzy Ashleya, ten sam, który tak dobrze
znała. Jakby jego twarz była skuta lodem bólu i potępienia.
Mogłaby odwrócić się i zostawić go tutaj, a sama poszukać schronienia w domu, czuła się jednak zbyt zmęczona, by się poruszyć. Mówienie także ją
męczyło.
- Nic nie pozostało - stwierdziła w końcu. - Nic mi nie pozostało. Nic,
co mogłabym kochać. Nic, o co mogłabym walczyć. Tracę i ciebie, i Tarę.
Patrzył na nią przez długą chwilę, a potem pochylił się i podniósł z ziemi małą grudkę czerwonej gliny.
- Jednak coś pozostało - powiedział, a na jego usta wrócił cień dawnego
uśmiechu, jakby kpił teraz z niej i z siebie. - Coś, co kochasz bardziej
niż mnie, choć możesz o tym nie wiedzieć. Wciąż masz Tarę.
Ujął jej bezwładną dłoń i włożył w nią wilgotną glinę, po czym zacisnął
na niej jej palce. W ich dłoniach nie było już tego rozgorączkowania, co
przed chwilą. Patrzyła przez moment na czerwoną ziemię, która nie miała
teraz dla niej żadnego znaczenia. Zerknęła na niego i uświadomiła sobie
jak przez mgłę, że jego spokoju nie zdołają zniweczyć ani jej, ani
niczyje inne namiętne dłonie.
Choćby miało go to zabić, nigdy nie zostawi Melanii. Choćby pożądał
Scarlett do końca swych dni, nigdy jej nie posiądzie i będzie trzymał
się od niej z daleka. Gościnność, lojalność i honor znaczą dla niego
więcej niż ona.
Glina ziębiła jej dłoń.
- Tak - powiedziała. - Wciąż ją mam.
Początkowo te słowa nic dla niej nie znaczyły i glina była tylko
czerwoną grudką. Ale potem pojawiła się niechciana myśl o morzu
czerwonej ziemi, otaczającej dom. Uświadomiła sobie, jak droga jest jej
sercu i jak zażarcie walczyła, by ją utrzymać. Będzie musiała walczyć
jeszcze bardziej, jeśli nadal chce mieć Tarę. Znowu popatrzyła na
Ashleya, zastanawiając się, gdzie podziały się jej uczucia. Mogła
myśleć, ale nic nie czuła. Ani w stosunku do Tary, ani do niego. Jakby
zupełnie wystygły wszelkie jej emocje.
- Nie musisz wyjeżdżać - oświadczyła spokojnie. - Nie chcę, byście
głodowali tylko dlatego, że ja się tobie narzucałam. To się nigdy więcej
nie powtórzy.
Odwróciła się i ruszyła z powrotem do domu przez ściernisko, zawijając
włosy w kok na karku. Ashley obserwował ją, gdy odchodziła, i dostrzegł,
jak prostuje swe wąskie, szczupłe ramiona. Ten gest zapadł mu w serce
bardziej niż wszystkie wypowiedziane przez nią słowa.
Rozdział 32
Kiedy wchodziła po schodach na górę, wciąż ściskała w ręku grudkę
czerwonej gliny. Na wszelki wypadek ominęła tylne wejście, gdzie ostry
wzrok Mammy z pewnością odkryłby, że stało się coś bardzo złego.
Scarlett nie chciała widzieć Mammy ani nikogo innego. Wiedziała, że nie
zniesie niczyjego widoku ani nie podoła rozmowie z kimkolwiek. Nie czuła
wstydu, zakłopotania ani smutku. Była tylko tak zmęczona, że uginały się
pod nią nogi. Czuła pustkę w sercu. Ściskała tylko mocno glinę.
- Wciąż to mam. Wciąż to mam - powtarzała ciągle od nowa jak papuga.
Nie miała nic innego. Nic poza czerwoną ziemią, którą jeszcze kilka
minut temu chciała porzucić jak podartą chusteczkę do nosa. Teraz znów
stała się ona dla niej ważna. Zastanawiała się, co za szaleństwo ją
ogarnęło, gdy tak beztrosko mówiła o wyjeździe. Gdyby Ashley na to
przystał, odeszłaby z nim i porzuciła rodzinę i przyjaciół, nie
oglądając się za siebie. Ale nawet teraz wiedziała, że opuszczenie tych
drogich czerwonych wzgórz, pełnych wody kanałów i smukłych czarnych
sosen złamałoby jej serce. Tęsknie wracałaby do nich w myślach aż do
dnia swej śmierci. Nawet Ashley nie wypełniłby pustki w jej sercu, nie
zająłby miejsca, w które wrastały korzenie Tary. Jakże Ashley jest mądry
i jak dobrze ją zna. Wystarczyło jedynie, by wcisnął jej w dłoń wilgotną
grudkę ziemi, żeby powróciła do rzeczywistości.
Stała w holu i właśnie miała zamknąć drzwi, gdy posłyszała odgłos
końskich kopyt. Tylko gości jej teraz brakowało. Pójdzie do swego pokoju
i wymówi się bólem głowy.
Kiedy jednak powóz podjechał bliżej, zdumiała się. Był to nowy powóz,
lśniący, lakierowany, równie nowy jak połyskująca mosiądzem uprząż. Z pewnością ktoś obcy. Nikt, kogo znała, nie był taki bogaty.
Stała w drzwiach, patrząc na powóz, podczas gdy chłodne powiewy wiatru
podnosiły jej spódnicę powyżej przemoczonych kostek. Powóz zatrzymał się
przed domem i wysiadł z niego Jonas Wilkerson. Scarlett tak zdumiała się
na widok ich byłego rządcy podjeżdżającego pięknym powozem i ubranego w elegancki płaszcz, że przez chwilę nie wierzyła własnym oczom. Will
mówił jej, że Wilkerson wygląda bardzo zamożnie, odkąd dostał nową pracę
w Biurze Wyzwoleńców. Zarabiał tam podobno mnóstwo pieniędzy, oszukując
Murzynów lub rząd, albo też jednych i drugich. Konfiskował ludziom
również bawełnę, twierdząc, że to bawełna Konfederacji. Z całą pewnością
nigdy nie doszedłby do takich pieniędzy uczciwą drogą w tak krótkim
czasie.
A teraz znajdował się tutaj i wysiadał z eleganckiego powozu, podając
rękę szykownie ubranej kobiecie. Jednym rzutem oka Scarlett oceniła, że
suknia jej miała zbyt jaskrawy kolor, tak że wyglądała niemal wulgarnie,
ale mimo to spoglądała na ten strój z nieprzyzwoitym pożądaniem. Od tak
dawna nie widziała żadnych modnych kreacji! A więc krynoliny nie są w tym roku zbyt szerokie - pomyślała, przyglądając się czerwonej
kraciastej sukni. Kiedy zaś zerknęła na czarny aksamitny żakiet,
zdumiała się, że jest tak krótki. I jaki zabawny kapelusz miała na
głowie nieznajoma! Czepki musiały już wyjść z mody, ponieważ to nakrycie
głowy było absurdalnie płaskim krążkiem czerwonego aksamitu,
wyglądającym jak naleśnik. Wstążki miała zawiązane nie pod brodą, jak to
czyniono w wypadku czepków, lecz na karku, pod masą gęstych loków,
opadających z tyłu kapelusza, które zarówno kolorem, jak i wyglądem
różniły się od reszty jej włosów.
Kiedy kobieta stanęła na ziemi i popatrzyła na dom, Scarlett dostrzegła
coś znajomego w jej pokrytej białym pudrem króliczej twarzy.
- Ależ to Emmie Slattery! - wykrzyknęła zdumiona.
- Tak, proszę pani. To ja - odparła Emmie, przywołując na twarz
przymilny uśmiech i podchodząc do schodów.
Emmie Slattery! Ta brudna, rudowłosa dziewucha, której nieślubne dziecko
ochrzciła Ellen. Emmie, która zaraziła tyfusem matkę Scarlett i w ten
sposób ją zabiła. I ten rządca, pospolity, obrzydliwy biały śmieć.
Wchodzi teraz po stopniach Tary, pusząc się i uśmiechając. Scarlett
pomyślała o Ellen i nagle emocje wypełniły pustkę, jaka panowała w jej
umyśle. Owładnęła nią tak mordercza wściekłość, że zatrzęsła się jak
człowiek chory na malarię.
- Wynoś się ty śmieciu, ty dziwko! - krzyknęła. - Wynoś się z tej ziemi!
Wynocha!
Emmie osłupiała. Popatrzyła na Jonasa, który podszedł bliżej, surowo
marszcząc brwi. Mimo wściekłości starał się wyglądać godnie.
- Nie wolno pani mówić w ten sposób do mojej żony - powiedział.
- Żony? - zdziwiła się Scarlett, wybuchając śmiechem, w którym brzmiała
pogarda. - W samą porę się pan z nią ożenił. Ale powiedzcie mi, kto
chrzci teraz wasze bachory, po tym, jak zabiliście moją matkę?
- Och! - wykrzyknęła Emmie, pośpiesznie wycofując się ze schodów, ale
Jonas zatrzymał ją, nie pozwalając umknąć do powozu. Schwycił ją mocno
za ramię.
- Przyjechaliśmy tutaj z wizytą... przyjacielską wizytą - warknął. -
Oraz po to, by omówić interes ze starymi przyjaciółmi...
- Przyjaciółmi? - Głos Scarlett zabrzmiał jak trzask z bata. - Czyżbyśmy
kiedykolwiek przyjaźnili się z takimi jak wy? Slattery'owie żyli na
naszej łasce i odpłacili za to, zabijając moją matkę... a ty... ty...
tatuś zwolnił cię za bękarta Emmie i dobrze o tym wiesz. Przyjaciele?
Wynoś się stąd, nim zawołam pana Benteena i pana Wilkesa.
Słysząc te słowa, Emmie wyrwała się mężowi i uciekła do powozu. Wdrapała
się pośpiesznie do środka, połyskując lakierowanymi bucikami o jaskrawoczerwonych noskach i czerwonych sznurowadłach.
Jonas zatrząsł się z wściekłości, równie silnej jak gniew Scarlett. Jego
nabrzmiała twarz przybrała czerwony kolor, przypominający barwą grzebień
rozzłoszczonego indyka.
- Wciąż patrzy pani na ludzi z wysoka i czuje się potężna, prawda? Cóż,
ja wiem o was wszystko. Wiem, że nie ma pani nawet porządnych butów.
Wiem, że ojciec pani stał się idiotą...
- Wynoś się stąd!
- Och, niedługo już będzie pani śpiewała w ten sposób. Wiem, że już po
was. Wiem, że nie możecie zapłacić wszystkich podatków. Przyjechałem tu,
chcąc zaproponować wam kupno tej posiadłości. Emmie ma wielką ochotę tu
zamieszkać. Ale, Bóg mi świadkiem, teraz nie dam wam ani centa! Dowiecie
się niedługo, wy zarozumiali, pyszni Irlandczycy, kto tu rządzi.
Dowiecie się tego, jak tylko zostaniecie zlicytowani za niezapłacone
podatki. A wtedy ja kupię tę plantację. Wszystko jak leci, włącznie z meblami. I zamieszkam tu.
A więc to Jonas Wilkerson pragnął Tary. Jonas i Emmie, która wymyśliła
sobie, że wyrówna dawne afronty, żyjąc w tym domu. Nienawiść krążyła w żyłach Scarlett. Ta sama nienawiść, która owładnęła nią owego dnia, gdy
wymierzyła lufę pistoletu w brodatą twarz Jankesa i wypaliła. Żałowała,
że teraz nie ma przy sobie broni.
- Rozbiorę ten dom, tak że nie pozostanie tu kamień na kamieniu, albo
też spalę go, a ziemię posypię solą, ale nie pozwolę, by którekolwiek z was postawiło nogę na progu! - wrzasnęła. - Wynoście się, powiedziałam
wam! Wynocha!
Jonas próbował jeszcze coś mówić, a potem wrócił do powozu. Zajął
miejsce obok swej płaczącej żony. Gdy odjeżdżali, Scarlett splunęła za
nimi. Wiedziała, że jest to pospolity, dziecinny gest, ale dzięki niemu
poczuła się lepiej. Żałowała, że nie zrobiła tego wtedy, gdy mogli ją
jeszcze widzieć.
Ci przeklęci wielbiciele Murzynów ośmielili się przyjechać tutaj i szydzić z jej ubóstwa! Ten łajdak nigdy nie miał zamiaru zaproponować
jej kupna Tary. Użył tylko takiego pretekstu, by przybyć tutaj i puszyć
się wraz z Emmie na jej oczach. Ci brudni scallawagowie, obrzydliwe,
nędzne białe śmiecie przechwalali się, że zamieszkają w Tarze!
A potem nagle ogarnęło ją przerażenie. Do licha! Oni naprawdę sprowadzą
się tutaj! Nie mogła uczynić nic, by powstrzymać ich od kupna Tary, nic,
co nie pozwoliłoby im na zabranie stąd wszystkich luster, lśniących
stołów i łóżek z mahoniu i drewna różanego, które należały do Ellen.
Wszystkie rzeczy w tym domu tak wiele dla Scarlett znaczyły, choć całe
ich mnóstwo zniszczyła jankeska kawaleria. Oni zabiorą także srebra
Robillardów! Nie, nie pozwolę im tego zrobić - pomyślała Scarlett
gwałtownie. - Choćbym miała spalić ten dom aż do fundamentów! Emmie
Slattery nie postawi nigdy nogi na podłodze, po której stąpała Ellen!
Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Była bardziej przerażona niż
tego dnia, gdy do domu przybyli ludzie z armii Shermana. Wtedy bała się,
że Tara zostanie spalona. Ale to, co groziło jej domowi teraz, było
znacznie gorsze. Te pospolite kreatury żyjące w jej posiadłości i chwalące się przed swymi równie prostackimi przyjaciółmi, w jaki sposób
wyrzuciły stąd dumnych O'Harów! Być może przyprowadziliby do tego domu
Murzynów, by jadali tu i spali. Will twierdził, że Jonas wiele robił, by
Murzyni zaczęli traktować go jak równego sobie. Jadał z nimi, odwiedzał
ich w domach, woził ich powozem i ostentacyjnie obejmował.
Kiedy pomyślała o możliwości tak skrajnej obrazy dla Tary, serce zabiło
jej tak mocno, że ledwie mogła oddychać. Próbowała powrócić myślami do
własnych kłopotów, starała się znaleźć jakąś drogę wyjścia, ale za
każdym razem, ledwie zebrała myśli, wstrząsał nią nowy przypływ
wściekłości i lęku. Musi istnieć jakieś wyjście, musi gdzieś być ktoś,
kto ma pieniądze i może je pożyczyć. Pieniądze nie mogły tak po prostu
wyparować i rozpuścić się w nicość. Ktoś musi je mieć. Przypomniała
sobie słowa Ashleya.
"Tylko jeden człowiek, Rett Butler... ma pieniądze".
Rett Butler. Przeszła szybko do salonu i zamknęła za sobą drzwi. Otoczył
ją ponury półmrok spowodowany opuszczonymi roletami i zimowym
zmierzchem. Nikomu nie przyjdzie na myśl, żeby szukać jej tutaj, ona zaś
potrzebowała czasu do namysłu. Nie chciała, by ktokolwiek jej
przeszkadzał. Pomysł, jaki przyszedł jej do głowy, był tak prosty, że
zastanawiała się, czemu nie wpadła nań wcześniej.
Dostanę pieniądze od Retta. Sprzedam mu brylantowe kolczyki. Albo
pożyczę od niego pieniądze pod ich zastaw i dam mu je do czasu... gdy
będę mogła wykupić z powrotem.
Przez moment poczuła taką ulgę, że aż zrobiło się jej słabo. Zapłaci
podatki i roześmieje się Jonasowi Wilkersonowi w twarz. Ale zaraz po tej
szczęśliwej myśli nasunęła jej się mniej miła.
Nie tylko w tym roku będę potrzebowała pieniędzy na podatki. Jest
jeszcze rok następny i wszystkie dalsze lata mego życia. Jeśli zapłacę
tym razem, w następnym roku podwyższą mi podatki i będą czynić to tak
długo, aż mnie stąd wyrzucą. Jeśli bawełna da dobry plon, opodatkują ją
tak, że nic dla mnie nie zostanie, albo skonfiskują ją, mówiąc, że
należała do Konfederacji. Jankesi i trzymające z nimi sztamę łotry
zrobią ze mną, co zechcą. Przez całe życie będę się lękać, że dopadną
mnie w jakiś sposób. I przez całe życie towarzyszyć mi będzie brak
pieniędzy. Będę musiała błagać o pożyczki i zapracowywać się na śmierć
tylko po to, by widzieć, jak moja praca idzie na marne, a moja bawełna
jest rozkradana... Pożyczka trzystu dolarów na podatki to tylko doraźne
rozwiązanie. Chcę kłaść się spać, nie martwiąc się, co stanie się ze mną
jutro, za miesiąc lub za rok.
Jej umysł pracował coraz spokojniej. Chłodno i logicznie rodził się w jej głowie pewien pomysł. Pomyślała o Retcie, o błysku białych zębów w śniadej twarzy i o ironicznych czarnych oczach przyglądających się jej
uważnie. Przypomniała sobie gorącą noc w Atlancie, gdy oblężenie wkrótce
miało się zakończyć, kiedy to siedział na schodach werandy ciotki Pitty,
na wpół ukryty w letnim mroku, i gdy poczuła jego gorącą dłoń na swym
ramieniu. Powiedział wówczas, że pragnie jej bardziej, niż kiedykolwiek
pragnął jakiejś kobiety i że czekał na nią dłużej, niż na jakąkolwiek
inną dziewczynę.
Poślubię go - pomyślała chłodno. - A potem nigdy już nie będę się
martwić o pieniądze.
Och, cóż to była za błogosławiona myśl. Nigdy więcej nie troszczyć się o pieniądze. Wiedzieć, że Tarze nic nie grozi, a rodzina jest nakarmiona i bezpieczna. Mieć świadomość, że już nigdy nie trzeba będzie walić głową
w mur!
Czuła się bardzo staro. Zdarzenia tego popołudnia sprawiły, że wszystkie
jej uczucia wypaliły się. Najpierw przerażająca wieść o podatkach, potem
Ashley, a potem ta mordercza wściekłość na Jonasa Wilkersona. Nie było w niej już żadnych uczuć. Nagle opuściła ją zdolność odczuwania
czegokolwiek. Jakaś część jej osobowości protestowała przeciw planowi,
który rysował się w jej umyśle, nienawidziła bowiem Retta bardziej niż
kogokolwiek innego na świecie. Ale nie doznawała żadnego wzruszenia.
Potrafiła jedynie docenić praktyczną stronę swojego pomysłu.
Powiedziałam kilka okropnych rzeczy pod jego adresem tej nocy, gdy
zostawił nas na drodze, ale mogę sprawić, by o tym zapomniał - pomyślała
z pogardą, wciąż pewna mocy swego czaru. - Sam miód będzie płynął z moich ust, gdy znajdę się w jego obecności. Zrobię tak, by myślał, że
zawsze go kochałam i że owej nocy byłam po prostu przerażona. Mężczyźni
są tak naiwni, że wierzą we wszystko, co się im wmawia... Nie mogę
pozwolić, by się domyślił, w jakim znajdujemy się położeniu. Nie może
się o tym dowiedzieć! Gdyby choć podejrzewał, jak jesteśmy biedni,
wiedziałby, że pragnę pieniędzy, a nie jego samego. Ale skąd ma się o tym dowiedzieć? Nawet ciotka Pitty nie wie najgorszego. A kiedy weźmiemy
ślub, będzie nam musiał jakoś pomóc. Nie pozwoli przecież głodować
krewnym swojej żony.
Jego żona! Pani Rettowa Butler! Poczuła nagle jakąś niechęć, skrytą
głęboko pod chłodną kalkulacją. Przypomniała sobie wprawiające w zakłopotanie, nieprzyjemne chwile swego krótkiego miodowego miesiąca z Charlesem. Niepewne ręce męża, jego niezdarność i niepojęte emocje
oraz... Wade'a Hamptona.
Nie będę teraz o tym myśleć - uznała. - Będę się martwić po ślubie. Po
wyjściu za niego za mąż. W pamięci rozdzwoniły się dzwonki alarmowe.
Ciarki przebiegły jej po plecach. Przypomniała sobie ponownie tę noc na
werandzie ciotki Pitty i przed oczyma stanęła jej chwila, gdy zapytała
go, czy się jej oświadcza, a on roześmiał się wówczas w sposób, jakiego
nienawidziła, i stwierdził, że nie jest człowiekiem nadającym się do
małżeństwa.
Przypuśćmy, że wciąż uważa, że nie nadaje się do małżeństwa. Przypuśćmy,
że mimo całego jej wdzięku i forteli odmówi poślubienia jej.
Przypuśćmy... och, co za straszna myśl!... przypuśćmy, że całkowicie o niej zapomniał i stara się o względy jakiejś innej dziewczyny.
"Pragnę cię bardziej, niż kiedykolwiek pragnąłem jakiejkolwiek
kobiety...".
Scarlett, zaciskając pięści, wbiła paznokcie w dłonie.
Jeśli o mnie zapomniał, sprawię, żeby sobie o mnie przypomniał -
postanowiła. - Zrobię tak, by zapragnął mnie znowu.
A jeśli nie chciałby jej poślubić, ale wciąż by jej pragnął, to i tak
była to droga do zdobycia pieniędzy. Wszak już kiedyś prosił ją, by
została jego kochanką.
W mrocznym salonie Scarlett stoczyła pośpieszną bitwę z własnymi
myślami, zastanawiając się nad trzema największymi skarbami swej duszy:
pamięcią o Ellen, naukami jej religii i miłością do Ashleya. Wiedziała,
że to, o czym myśli, musiałoby wydać się matce czymś potwornym. I to
nawet w odległym, ciepłym niebie, w którym z pewnością się znajdowała.
Zdawała sobie sprawę, że zrobienie czegoś takiego jest śmiertelnym
grzechem. Wiedziała też, że skoro kocha Ashleya, jej plan jest podwójną
prostytucją.
Wszystkie te rzeczy ustępowały jednak przed falą ogarniającej ją
rozpaczy. Ellen nie żyła, a niewykluczone, że śmierć pozwala wszystko
zrozumieć. Religia karze grzechy cielesne mękami w ogniu piekielnym, ale
czy Kościół wziął pod uwagę to, że Scarlett ma zamiar poruszyć niebo i ziemię, żeby tylko ocalić Tarę i uchronić swoją rodzinę od głodu? Niech
się Kościół sam o to martwi, ona nie będzie się tym kłopotać.
Przynajmniej nie w tej chwili. A Ashley... Ashley jej nie chce. Owszem,
pragnął jej. Mówiło o tym wspomnienie jego ciepłych ust na jej wargach.
Ale nigdy jej stąd nie zabierze. To dziwne, że ucieczka z Ashleyem nie
wydawała się jej grzechem, a z Rettem...
W mrocznym zmierzchu zimowego popołudnia Scarlett dotarła do końca
drogi, na którą weszła owej nocy, gdy padła Atlanta. Pierwsze kroki na
tym szlaku stawiała jako zepsuta, egoistyczna i niedoświadczona życiowo
dziewczyna. Pełna młodzieńczych uczuć, ciepła i wzruszeń, lekko
oszołomiona życiem. Teraz na końcu tej drogi z owej dziewczyny nie
pozostało już nic. Głód i ciężka praca, strach i ciągłe napięcie, lęk
przed wojną i rekonstrukcja kraju odebrały jej całe ciepło,
młodzieńczość, delikatność. Wokół jej wewnętrznej istoty uformowała się
twarda skorupa. W ciągu tych niekończących się miesięcy skorupa ta
robiła się coraz grubsza.
Ale też do dnia dzisiejszego nie traciła nadziei na dwie rzeczy. Po
pierwsze na to, że gdy skończy się wojna, życie stopniowo zacznie
wyglądać tak jak w dawnych czasach. Po drugie wierzyła, że powrót
Ashleya do domu nada jej życiu jakiś sens. Teraz wszystko to legło w gruzach. Widok Jonasa Wilkersona na frontowym podjeździe Tary uświadomił
jej, że dla niej, podobnie jak dla całego Południa, wojna nigdy się nie
skończy. Gorzka walka i najbardziej brutalne starcia dopiero się
zaczynały. Ashley zaś na zawsze pozostanie uwięziony w świecie słów
odbierających mu wolność bardziej niż jakiekolwiek więzienie.
Zawiodła się na pokoju i na Ashleyu. Na jednym i drugim tego samego
dnia. To było tak, jakby ostatnia dziura w skorupie została zatkana.
Nastąpiło to, przed czym przestrzegała ją babcia Fontaine. Scarlett
stała się kobietą, która widziała już wszystko, co najgorsze, i nigdy
nic już nie zdoła jej przerazić. Nie boi się już ani życia, ani matki,
ani utraty miłości czy potępienia ze strony opinii publicznej. Tylko
głód i jej nocny koszmar, który śnił się jej, gdy była głodna, budziły w niej jeszcze lęk.
Wypełniło ją naraz dziwne uczucie lekkości i wolności. W końcu
uodporniła serce na wszystko, co wiązało ją z dawnymi czasami i z dawną
Scarlett. Podjęła decyzję i, dziękować Bogu, nie bała się. Nie miała nic
do stracenia.
Jeśli tylko zdoła oczarować Retta tak, by zechciał się z nią ożenić,
wszystko będzie dobrze. A jeśli tego nie osiągnie... cóż, tak czy owak,
dostanie pieniądze. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czego
mężczyźni oczekują od kochanki. Czy Rett będzie upierał się przy
zatrzymaniu jej w Atlancie, tak jak, zdaniem plotkarzy, zatrzymał tam tę
Watling? Jeśli zażyczy sobie, by została w Atlancie, będzie musiał
dobrze jej za to zapłacić. Przecież plantacja musi jakoś bez niej
funkcjonować. Scarlett nie wiedziała zupełnie nic o tamtej stronie
męskiego życia i nie miała sposobności dowiedzieć się, jak taki związek
z mężczyzną może wyglądać. Zastanawiała się, co by było, gdyby miała
dziecko. Wydawało się jej to czymś ze wszech miar potwornym.
Nie będę teraz o tym myślała. Zastanowię się nad tym później -
stwierdziła stanowczo, odpychając od siebie tę niemiłą myśl, by nie
zachwiała jej postanowieniem. Powie dziś wieczorem rodzinie, że wybiera
się do Atlanty, by pożyczyć pieniądze, i że spróbuje, jeśli to będzie
konieczne, zaciągnąć pożyczkę na hipotekę Tary. Więcej niczego nie
potrzebują wiedzieć, aż do tej strasznej chwili, gdy odkryją, że sprawy
wyglądają inaczej.
Na myśl o jakimś działaniu uniosła głowę i wyprostowała się. Wiedziała,
że ma do czynienia z niełatwym problemem. Niegdyś to Rett dopraszał się
o jej względy i to ona miała silniejszą pozycję. Teraz zaś jest
żebraczką i nie ma możliwości dyktowania warunków.
Nie, nie pojadę do niego jak żebraczka - postanowiła. - Udam się tam jak
królowa udzielająca swej łaski. Nie dowie się o mojej sytuacji.
Podeszła do wielkiego lustra i trzymając wysoko głowę, przejrzała się w nim. Zobaczyła obcą kobietę otoczoną popękaną, łuszczącą się, pozłacaną
ramą. Czuła się tak, jakby zobaczyła się po raz pierwszy od roku.
Przeglądała się codziennie w lusterku, żeby sprawdzić, czy jej twarz
jest czysta, a włosy uczesane, ale zawsze miała na głowie zbyt wiele
spraw, by uważnie na siebie popatrzeć. Kim jest ta obca osoba? Przecież
ta kobieta o wystających kościach policzkowych nie może być Scarlett
O'Harą! Tamta miała piękną, ponętną, uduchowioną twarz. A twarz, na
którą patrzyła teraz, wcale nie wyglądała ładnie i nie miała w sobie nic
z dawnego uroku. Miała bladą cerę i ostre rysy, a czarne brwi ponad
skośnymi, zielonymi oczyma odcinały się od bladej skóry jak skrzydła
przerażonego ptaka. W twarzy jej malował się wyraz zaciętości i twardości.
Nie jestem dostatecznie piękna, by go uwieść - pomyślała i znów ogarnęła
ją rozpacz. - Jestem chuda, och, jak okropnie chuda!
Poklepała się po policzkach, niespokojnie pomacała obojczyki, czując,
jak sterczą pod stanikiem sukni. Biust miała teraz bardzo mały, prawie
tak mały jak Melania. Musiałaby podłożyć sobie pod piersi zwinięte
szmatki, by wyglądał na nieco większy, zawsze zaś gardziła dziewczętami,
które uciekały się do takich wybiegów. Zwinięte szmatki! To skierowało
jej myśli na inny tor. Jej ubiór! Popatrzyła na swoją suknię,
rozprostowując w dłoniach szerokie, połatane fałdy. Rett lubił dobrze
ubrane kobiety, odziane w modne suknie. Z tęsknotą wspomniała
falbaniastą zieloną sukienkę, którą włożyła, gdy tylko pozbyła się
żałoby. Ubrała się tak wówczas, kiedy Rett przywiózł jej zielony
kapelusz z piórem. Rett powiedział jej wtedy wiele pełnych zachwytu
komplementów. Z ostrym, nienawistnym ukłuciem zazdrości pomyślała o kraciastej czerwonej sukni, sznurowanych bucikach z czerwonymi noskami i przypominającym naleśnik kapeluszu Emmie Slattery. Rzeczy te wyglądały
wyzywająco, ale były nowe i modne. I z pewnością zwracały uwagę. A ona,
och, jak bardzo chciała przyciągać wzrok! Szczególnie wzrok Retta
Butlera! Jeśli zobaczy ją w starej sukni, zorientuje się natychmiast,
jak źle wiedzie się Tarze. A przecież nie może znać prawdy.
Jakże głupia była, myśląc, że może pojechać do Atlanty i mieć go na
każde skinienie. Ona, ze swoją wychudłą szyją, oczyma zgłodniałego kota
i podartą suknią! Jeśli nie potrafiła zmusić go do oświadczyn, kiedy
wyglądała kwitnąco i miała na sobie swą najpiękniejszą suknię, jakże
mogła oczekiwać, że poprosi ją o rękę teraz, gdy jest brzydka i byle jak
ubrana? Jeśli to, co pisała panna Pitty, jest prawdą, Rett musi mieć
więcej pieniędzy niż ktokolwiek inny w Atlancie i z pewnością wzbudza
zainteresowanie wszystkich pięknych dam. Cóż - pomyślała ponuro. - Ja
mam coś, czego nie ma większość pięknych kobiet - zdecydowanie. I gdybym
miała choć jedną piękną suknię!
W Tarze nie znajdzie ani jednej ładnej sukienki. Nie znajdzie nawet
takiej, która nie byłaby nicowana i cerowana.
Tak to jest - pomyślała, patrząc w przygnębieniu na podłogę. Wzrok jej
padł na aksamitny, zielony jak mech dywan Ellen, teraz zniszczony,
zdeptany, podarty i poplamiony przez niezliczoną liczbę ludzi, którzy na
nim spali. Widok ten sprawił, że jeszcze bardziej posmutniała,
uświadomiła sobie bowiem, że Tara jest równie obdarta jak ona sama.
Ciemny pokój przygnębiał ją. Podeszła do okna i rozsunęła zasłony,
otwarła okiennice i pozwoliła, by ostatnie promienie zachodzącego,
zimowego słońca oświetliły salon. Potem zamknęła okno i oparłszy głowę o aksamitną zasłonę, popatrzyła w dal, na opustoszałe pastwisko, na ciemne
cedry rosnące na rodzinnym cmentarzyku.
Zielona zasłona w kolorze mchu była delikatna i miękka, Scarlett
przytuliła więc do niej policzek i zaczęła ocierać się o nią z rozkoszą.
Wyglądała teraz jak łaszący się kot. A potem nagle świeżym okiem
spojrzała na zasłony.
Minutę później ciągnęła już ciężki stół z marmurowym blatem. Ustawiwszy
go pod oknem, zebrała fałdy spódnicy, weszła na stół i wspięła się na
palce, by dosięgnąć ciężkiego karnisza, na którym zawieszono zasłony.
Karnisz wciąż jednak był zbyt wysoko. Szarpnęła zasłony tak gwałtownie,
że wszystko z hukiem spadło na podłogę.
Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w tym samym momencie
otworzyły się drzwi salonu i ukazała się w nich szeroka twarz Mammy.
Spojrzała potępiająco na Scarlett, która stała na stole ze spódnicą
zadartą aż po kolana, szykując się do zeskoczenia na podłogę. Na twarzy
dziewczyny malował się wyraz podniecenia i triumfu, który obudził w Mammy jeszcze większą nieufność.
- Cóż to panienka robić z portierami pani Ellen? - zapytała.
- A cóż ty robisz, podsłuchując pod drzwiami? - odpowiedziała Scarlett
pytaniem na pytanie, zeskakując na podłogę i rozkładając przed sobą
ciężki, zakurzony aksamit.
- Ja nie znaleźć się tutaj po to, żeby podsłuchiwać - zaprotestowała
Mammy, zbierając siły do walki. - Co to panienka mieć za interes do
portier pani Ellen, że panienka zrzucić je z karnisza i tarzać po
podłodze w kurzu? Pani Ellen lubić te portiery i ja nie mieć zamiaru
pozwolić panience traktować je w ten sposób.
Scarlett spojrzała na Mammy zielonymi oczyma, w których lśniła
gorączkowa radość. Wyglądała jak niegrzeczna mała dziewczynka, której
wyczyny w dawnych dobrych czasach tak niepokoiły Mammy.
- Skocz na strych i przynieś mi moje pudło z wykrojami sukien, Mammy -
zawołała Scarlett, lekko ją popychając. - Mam zamiar uszyć sobie nową
suknię.
Mammy poczuła oburzenie na wieść, że jej dziewięćdziesiąt kilogramów
miałoby skakać dokądkolwiek, a już szczególnie na strych, i zrodziły się
w niej przerażające podejrzenia. Szybko wyrwała Scarlett zasłonę i przycisnęła ją do swych olbrzymich, obwisłych piersi, jakby były świętą
relikwią.
- Nie będzie panienka robić żadnej nowej sukni z portier pani Ellen.
Panienka o tym zapomnieć. Będę bronić tych zasłon, póki starczyć mi tchu
w piersiach.
Scarlett spojrzała na nią ze złością, ale już chwilę później na jej
twarzy pojawił się uśmiech, któremu Mammy nigdy nie mogła się oprzeć.
Jednakże tym razem Mammy nie dała się na to nabrać. Nie miała zamiaru
ustąpić.
- Mammy, wybieram się do Atlanty, żeby pożyczyć trochę pieniędzy, i muszę mieć nową suknię.
- Panienka nie potrzebować nowej sukni. Żadne inne damy też nie mieć
nowych sukien. One nosić te stare z dumą. Czemu dziecko pani Ellen nie
móc ubierać się w łatane stroje? Tylko dlatego, że tego nie chcieć?
Wszyscy i tak szanować panienkę tak samo, jakby panienka nosić jedwabie.
Scarlett znów spojrzała na nią ze złością. Mammy pomyślała, że jej
wychowanka coraz bardziej robi się podobna do pana Geralda, a coraz
mniej przypomina panią Ellen!
- Och, Mammy, wiesz, że ciotka Pitty napisała nam, że panna Fanny Elsing
wychodzi za mąż w sobotę. Pojadę na ślub. I dlatego potrzebuję nowej
sukni.
- Ta suknia, którą panienka mieć, być tak samo ładna jak ślubna suknia
panny Fanny. Panna Pitty pisać, że Elsingowie być teraz bardzo biedni.
- Ale ja muszę mieć nową suknię! Mammy, nie wiesz, jak bardzo
potrzebujemy pieniędzy. Podatki...
- Tak. Ja wiedzieć wszystko o podatkach, ale...
- Wiesz o nich?
- Bóg dać mi uszy po to, żebym ja nimi słuchać. Szczególnie, że pan Will
nigdy nie zadawać sobie trudu, by zamknąć drzwi.
Czy istniało coś, czego Mammy nie podsłuchała? Scarlett pomyślała, jak
to jest możliwe, że ociężała Mammy, pod którą trzęsła się podłoga, może
czasem przemykać się tak niepostrzeżenie.
- No cóż, jeśli wszystko słyszałaś, przypuszczam, że wiesz także o Jonasie Wilkersonie i tej Emmie.
- Owszem - odparła Mammy z błyszczącymi oczyma.
- Nie upieraj się więc jak osioł, Mammy. Czy nie widzisz, że muszę
pojechać do Atlanty, żeby zdobyć pieniądze na podatki? Muszę dostać
nieco pieniędzy. I dostanę je! Na Boga, Mammy, oni wyrzucą nas z Tary i gdzież się wtedy podziejemy? Chcesz kłócić się ze mną o taką błahostkę
jak mamine zasłony, kiedy Emmie Slattery, ten śmieć, który zabił mi
matkę, przymierza się do zajęcia domu i sypiania w łóżku, w którym
sypiała Ellen?
Mammy przestępowała z nogi na nogę jak uparty słoń. Czuła, że będzie
musiała ustąpić.
- Nie, ja nie chcieć widzieć śmieci w domu pani Ellen ani dożyć, jak oni
wyrzucić nas wszystkich z Tary, ale... - Zmierzyła Scarlett nagłym,
oskarżycielskim wzrokiem. - Od kogóż to takiego panienka chcieć dostać
pieniądze, że potrzebować aż nowej sukni?
- To jest... - odparła Scarlett, zaskoczona tym pytaniem. - To moja
sprawa.
Mammy popatrzyła na nią przenikliwie, jak to czyniła w czasach, gdy
Scarlett była mała i próbowała bezskutecznie znaleźć jakieś
usprawiedliwienie, gdy coś przeskrobała. Zdawało się, że Murzynka czyta
w jej myślach, i Scarlett niechętnie opuściła wzrok. Po raz pierwszy
ogarnęło ją poczucie winy za to, co zamierzała zrobić.
- A więc panienka potrzebować szykownej, nowej, pięknej sukni, żeby w niej pożyczyć pieniądze. To nie wyglądać mi dobrze. I nie chcieć
panienka powiedzieć, skąd chcieć te pieniądze wziąć.
- Nic na ten temat nie powiem - oświadczyła Scarlett gwałtownie. - To
moja sprawa. Czy dasz mi tę zasłonę i pomożesz uszyć suknię?
- Zgoda - odparła Murzynka, tak nagle kapitulując, że aż było to
podejrzane. - Ja pomóc panience w szyciu i ja sądzić, że my móc zrobić
halkę z atłasowego płótna podszewki. I obszyć brzeg pantalonów skrawkami
koronki.
Oddała Scarlett aksamitną zasłonę, a przez jej twarz przemknął
przebiegły uśmieszek.
- Pani Mela wybierać się z panienką do Atlanty?
- Nie - odrzekła Scarlett ostro, zaczynając pojmować, co się święci. -
Jadę sama.
- Panience się tylko tak wydawać - odparła Mammy z mocą. - Ale ja
pojechać razem z panienką i tą nową suknią. Ja panienki pilnować na
każdym kroku.
Przez chwilę Scarlett wyobraziła sobie podróż do Atlanty i konwersację z Rettem w obecności Mammy pełniącej rolę przyzwoitki. Uśmiechnęła się
ponownie i położyła dłoń na ramieniu Murzynki.
- Mammy, kochanie, to miło z twej strony, że chcesz ze mną jechać i mi
pomagać, ale jak, u licha, poradzą sobie tutaj bez ciebie wszyscy
domownicy? Przecież to ty zarządzasz Tarą.
- Ha! - wykrzyknęła Mammy. - Nic ci nie przyjść, panienko, z tych
słodkich słówek. Ja znać cię od czasu, gdy po raz pierwszy zawinąć cię w pieluchy. Ja powiedzieć, że pojechać z panienką do Atlanty, i ja to
zrobić. Pani Ellen przewrócić się w grobie, jeśli ja puścić panienkę
samą do miasta, które być pełne Jankesów, wolnych Murzynów i takich tam.
- Ależ ja zatrzymam się u ciotki Pittypat - zapewniła gorąco Scarlett.
- Panna Pittypat być miłą kobietą, ale ona myśleć, że widzieć wszystko,
podczas gdy wcale tak nie być - stwierdziła Mammy, odwróciła się
majestatycznie, dając tym do zrozumienia, że zakończyła dyskusję, i wyszła na korytarz. - Prissy, dziecko! - zawołała tak, że aż zatrzęsły
się ściany. - Ty podskoczyć na górę, znaleźć pudło z wykrojami panienki
Scarlett, które leżeć na strychu. Ty spróbować także poszukać nożyczek,
bez gadania o tym przez cały wieczór.
A to ci dopiero - pomyślała Scarlett przygnębiona. - Wkrótce poślą za
mną psa gończego.
Kiedy po kolacji sprzątnięto ze stołu, Scarlett i Mammy rozłożyły
wykroje na stole w jadalni, zaś Zuela i Karina z przejęciem wypruwały
atłasową podszewkę z zasłony. Melania czyściła aksamit szczotką do
włosów, usuwając z niego kurz. Gerald, Will i Ashley siedzieli w pokoju,
paląc i z uśmiechem przyglądając się babskiemu rozgardiaszowi. Uczucie
przyjemnego podniecenia, które zdawało się promieniować ze Scarlett,
udzieliło się im wszystkim, choć nie rozumieli jej wzruszenia. Policzki
Scarlett zarumieniły się, a w jej oczach ukazał się jasny blask. Co
chwila wybuchała śmiechem. Jej śmiech sprawiał przyjemność wszystkim,
upłynęły bowiem miesiące od dnia, gdy słyszeli go po raz ostatni.
Wesołość Scarlett szczególnie cieszyła Geralda. Jego oczy wydawały się
mniej nieprzytomne niż zwykle. Wodził wzrokiem za kręcącą się po pokoju
córką i poklepywał ją z zadowoleniem, ilekroć znajdowała się na tyle
blisko, by mógł jej dosięgnąć. Dziewczęta czuły się tak podekscytowane,
jak gdyby przygotowywały się na bal. Pruły, kroiły i fastrygowały, jakby
szykowały suknie balowe dla siebie samych.
Scarlett wybierała się do Atlanty, żeby pożyczyć pieniądze albo, o ile
będzie to konieczne, zaciągnąć kredyt hipoteczny na Tarę. Ale co to
takiego hipoteka? Scarlett powiedziała, że łatwo spłacą to z przyszłorocznych zbiorów, a i tak zostanie im jeszcze sporo pieniędzy.
Oświadczyła to tak zdecydowanym tonem, że nikomu nie przyszło na myśl,
by zadawać jej jakieś pytania. A kiedy spytano, od kogo ma zamiar
pożyczyć pieniądze, powiedziała, że ciekawość to pierwszy stopień do
piekła. Powiedziała to tak łobuzerskim tonem, że wszyscy wybuchnęli
śmiechem i zaczęli się z nią przekomarzać, że najwidoczniej musi mieć
jakichś przyjaciół milionerów.
- To z pewnością kapitan Butler - rzekła chytrze Melania i zapanowała
ogólna wesołość, bo pomysł ten wszystkim wydał się absurdalny. Wiedziano
bowiem, że Scarlett nienawidzi tego człowieka i nigdy nie traci okazji,
by powiedzieć o nim: "Ten łajdak, Rett Butler".
Ale Scarlett nie roześmiała się w tym momencie i Ashley, który śmiał się
ze wszystkimi, nagle spoważniał, dostrzegłszy szybkie jak błyskawica
spojrzenie, jakim Mammy obrzuciła Scarlett.
Zuela, zachęcona do hojności odświętną atmosferą, jaka tu zapanowała,
przyniosła swój kołnierzyk z irlandzkiej koronki, trochę znoszony, ale
wciąż piękny. Karina nalegała, by na podróż do Atlanty Scarlett włożyła
jej pantofle, bo były one w dużo lepszym stanie niż obuwie pozostałych
mieszkańców Tary. Melania błagała Mammy, żeby zostawiła jej trochę
skrawków aksamitu do obszycia ronda zniszczonego kapelusza Scarlett, i wybuchnęła śmiechem, oświadczając, iż stary kogut zostanie pozbawiony
swych olśniewających brązowo-zielono-czarnych piór z ogona, chyba że
natychmiast ucieknie na bagna.
Obserwując migające palce i słysząc śmiechy, Scarlett usiłowała ukryć
rozgoryczenie i pogardę.
Oni nie mają pojęcia, co naprawdę przydarzyło się mnie, im i całemu
Południu. Mimo wszystkiego, co się dzieje, wciąż myślą, że nic naprawdę
złego nie może się im przytrafić, ponieważ są tym, kim są: O'Harami,
Wilkesami, Hamiltonami. Nawet Murzyni rozumują w ten sam sposób. Och,
jacyż oni wszyscy są głupi! Nawet sobie tego nie uświadamiają! Będą
postępowali, myśleli i żyli dokładnie tak jak niegdyś. Nic ich nie
zmieni. Mela może ubierać się w łachmany, zbierać bawełnę, a nawet
pomagać w dokonaniu morderstwa, ale to jej nie zmienia. Wciąż jest
dobrze wychowaną panią Wilkes, stuprocentową damą! A Ashley, choć
widział śmierć, wojnę, był ranny i przebywał w niewoli, po czym wrócił
do domu, nie mając grosza przy duszy, wciąż jednak jest tym samym
dżentelmenem co wówczas, gdy posiadał Dwanaście Dębów. Z Willem rzecz ma
się inaczej. Wie, jak naprawdę sprawy stoją, ale też nie ma nic do
stracenia. Jeśli chodzi o Zuelę i Karinę, to myślą one, że wszystko
prędzej czy później wróci do normy. Nie zmieniły się w zetknięciu z odmiennymi warunkami życia, ponieważ uważają, że wszystko wkrótce się
skończy. Sądzą, że Bóg uczyni cud specjalnie na ich cześć. Ale On tego
nie zrobi. Jedyny cud, jaki może się tutaj zdarzyć, to ten, który mam
zamiar sprawić przy pomocy Retta Butlera. Oni się nie zmienią. Może po
prostu nie potrafią. Jedynie ja umiałam to zrobić. A i ja nie
zmieniłabym się, gdybym mogła temu jakoś zaradzić.
Mammy wyrzuciła w końcu mężczyzn z jadalni i zamknęła drzwi. Zaczęło się
mierzenie. Pork zaprowadził Geralda na górę do łóżka, Will i Ashley
pozostali sami, siedząc w blasku lampy we frontowym holu. Milczeli przez
chwilę. Will żuł tytoń jak spokojnie skubiące trawę zwierzę. Ale na jego
łagodnej twarzy malował się niepokój.
- Nie podoba mi się ten wyjazd do Atlanty - powiedział w końcu cicho. -
Ani trochę.
Ashley obrzucił Willa szybkim spojrzeniem, a potem zapatrzył się w dal,
nic nie mówiąc. Zastanawiał się, czy Willa gnębią te same straszne
podejrzenia, co jego. Uznał to jednak za niemożliwe. Will nie wiedział,
co zdarzyło się w sadzie i do jakiej rozpaczy popchnęło to Scarlett. Nie
zauważył też wyrazu twarzy Mammy, gdy wspomniano nazwisko Retta Butlera.
Prócz tego Will nie wiedział o pieniądzach dawnego przemytnika i jego
strasznej reputacji. W każdym razie Ashley nie przypuszczał, że Will,
podobnie jak Mammy, wie o sprawach, o których mu nie mówiono, i potrafi
przewidywać przyszłość. W powietrzu wisiało coś złowieszczego, czego
Ashley nie umiał dokładnie określić i przed czym nie miał sił ochronić
Scarlett. Przez cały wieczór nawet na niego nie spojrzała, a obojętna,
pogodna wesołość, z jaką go traktowała, wydawała mu się przerażająca.
Podejrzenia, które mu się nasunęły, były zbyt straszne, by wyrażać je
słowami. Nie miał żadnego prawa do obrażania jej pytaniami, czy jego
przypuszczenia są słuszne. Zacisnął pięści. Nie miał prawa do niczego,
co jej dotyczyło. Stracił je całkowicie, raz na zawsze, dziś po
południu. Nie umiał jej pomóc. Nikt tego nie potrafił. Ale kiedy
pomyślał, z jaką determinacją Mammy cięła zielony aksamit, uspokoił się
nieco. Mammy zatroszczy się o Scarlett, czy ona sobie tego życzy, czy
nie.
Jestem sprawcą tego wszystkiego - pomyślał z rozpaczą. - To ja ją do
tego popchnąłem.
Przypomniał sobie sposób, w jaki wyprostowała ramiona, kiedy odwróciła
się od niego. Przypomniał sobie wysoko podniesioną głowę Scarlett. Serce
Ashleya wyrywało się do niej, szarpało się bezsilnie, przepełnione
podziwem. Wiedział, że w jej słowniku nie istnieje słowo "bohaterstwo".
Zdawał sobie sprawę, że popatrzyłaby na niego ze zdumieniem, gdyby
powiedział jej, że jest najdzielniejszą istotą, jaką kiedykolwiek
spotkał. Miał świadomość, że nie zrozumiałaby, jak wiele prawdziwie
pięknych zalet jej przypisywał. Wiedział, że przyjmowała życie takim,
jakie jest, przeciwstawiając się swą rogatą duszą wszystkim trudnościom,
na jakie napotykała, walcząc z determinacją, która nie znała pojęcia
klęski, tocząc bój nawet wtedy, gdy porażka zdawała się nieunikniona.
Ale w ostatnich czterech latach widywał także innych ludzi, którzy nie
mogli pogodzić się z klęską. Ludzi, którzy radośnie zmierzali ku pewnemu
nieszczęściu, ponieważ byli dzielni. W końcu i oni przegrywali.
Patrząc na siedzącego w mrocznym holu Willa, Ashley pomyślał, że nigdy
nie spotkał się z taką dzielnością jak dzielność Scarlett O'Hary, która
wyruszała na podbój świata w aksamitnych zasłonach swej matki i piórach
wyrwanych z ogona koguta.
Rozdział 33
Zimowy, ostry wiatr gnał po niebie ciemnoszare chmury, kiedy nazajutrz
Scarlett i Mammy wysiadły z pociągu w Atlancie. Dworzec nie został
odbudowany po pożarze miasta. Znalazły się wśród popiołów i błota,
otaczających poczerniałe ruiny stacji. Scarlett z przyzwyczajenia
rozglądała się za wujem Peterem i powozem Pitty. W czasie wojny powóz
ten zawsze czekał na nią, gdy powracała z Tary do Atlanty. Po chwili
jednak skarciła się za bezmyślność. Petera oczywiście nie mogło tu być,
bo nie zawiadomiła ciotki Pitty o swoim przyjeździe. Ponadto zaś
przypomniała sobie, że w jednym z listów stara dama z rozpaczą opisywała
śmierć starego konia, którego Peter zdobył, chcąc zawieźć ją po
kapitulacji do Atlanty.
Scarlett rozejrzała się po zrytym koleinami placu wokół zrujnowanego
dworca, mając nadzieję, że dostrzeże powóz kogoś ze starych przyjaciół
czy znajomych, który mógłby odwieźć ją do domu ciotki Pitty. Nie
rozpoznała jednak nikogo, ani białego, ani czarnego. Prawdopodobnie nikt
z jej dawnych przyjaciół nie miał teraz powozu, jeżeli to, co pisała o nich Pitty, było prawdą. Nastały tak ciężkie czasy, że trudno było
znaleźć mieszkanie i wyżywić ludzi, cóż dopiero mówić o zwierzętach.
Większość przyjaciół Pitty, tak samo jak i ona, poruszała się teraz na
własnych nogach.
Z wagonów przeładowywano towary do kilku stojących w pobliżu furgonów.
Obok stało wiele ubłoconych bryczek z nieznajomymi stangretami o surowych twarzach i tylko dwa powozy. Jeden był zamknięty, w drugim,
otwartym, siedziała wytwornie ubrana kobieta i jankeski oficer. Scarlett
aż dech zaparło na widok jego munduru. Chociaż Pitty pisała, że w Atlancie stacjonuje garnizon i ulice pełne są żołnierzy, widok
niebieskiego munduru zaskoczył ją i przestraszył. Z trudem uświadamiała
sobie, że wojna już się skończyła i że ten człowiek nie będzie jej
gonił, nie obrabuje jej ani nie obrazi.
Pusty plac koło dworca przypominał jej poranek 1862 roku, kiedy przybyła
do Atlanty jako młoda wdowa w żałobie umierająca z nudów. Pomyślała, jak
pełno było tu wtedy furgonów, powozów i ambulansów, jak hałaśliwie
nawoływali się woźnice i jak przyjezdni witali się z przyjaciółmi.
Zatęskniła do beztroskiego podniecenia wojennych dni, a potem westchnęła
ciężko na myśl o tym, że będzie musiała przejść pieszo całą drogę do
domu ciotki Pitty. Wciąż liczyła jednak na to, że gdy znajdzie się na
Peachtree Street, spotka kogoś, kto ich podwiezie.
Gdy tak stała, rozglądając się wokół, podjechał do niej zamknięty powóz.
Stangret, Murzyn w średnim wieku o oliwkowym odcieniu skóry, nachylił
się z kozła i zapytał:
- Powóz, pani? Za dwa srebrne ja zawieźć wszędzie w Atlancie.
Mammy spiorunowała go wzrokiem.
- Wynajęty powóz! - huknęła. - Murzynie, czy ty nie widzieć, kto my być?
Mammy nie zawsze mieszkała na wsi, wiedziała więc, że cnotliwa kobieta
nigdy nie jeździ wynajętym powozem - zwłaszcza zamkniętym powozem -
jeśli nie towarzyszy jej mężczyzna z jej rodziny. Nawet obecność
murzyńskiej służącej nie czyniła zadość zasadom dobrego wychowania.
Mammy, widząc, że Scarlett tęsknie spogląda na powóz, obrzuciła ją
surowym spojrzeniem.
- Ty stąd odejść, panienko Scarlett! Wynajęty powóz i wyzwolony Murzyn!
Ależ dobre połączenie.
- Ja nie być wyzwolonym Murzynem - żywo zaprotestował woźnica. - Ja
należeć do starej pani Talbot i ten tutaj powóz też być jej. Ja jeździć,
żeby zarobić dla nas pieniądze.
- Co to za pani Talbot?
- Pani Suzannah Talbot z Milledgeville. My przenieść się tutaj, kiedy
stary pan zostać zabity.
- Czy ty znać ją, panienko Scarlett?
- Nie - odparła Scarlett niechętnie. - Znam niewiele osób z Milledgeville.
- Więc my iść pieszo - powiedziała twardo Mammy. - Z drogi, Murzynie.
Podniosła torbę podróżną, w której znajdowała się nowa, aksamitna
sukienka Scarlett, czepek i koszula nocna, wzięła pod pachę tobołek z kolorowej chusty ze swoimi rzeczami i poprowadziła Scarlett przez pełen
zgliszcz plac. Chociaż Scarlett chciała jechać powozem, nie spierała się
z Mammy, wolała bowiem nie mieć z nią żadnych nieporozumień. Mammy od
wczorajszego popołudnia, kiedy przyłapała Scarlett z zasłonami, wciąż
spoglądała na nią podejrzliwie. Wyglądało na to, że niełatwo będzie
uwolnić się od jej towarzystwa. Dlatego też Scarlett nie chciała
denerwować Mammy, jeśli można było tego uniknąć.
Kiedy wąskim chodnikiem szły w stronę Peachtree Street, Scarlett
przeraziła się, widząc, jak bardzo zniszczona jest Atlanta, jak bardzo
różna od miasta, które pamiętała. Z pięknego hotelu "Atlanta", gdzie
mieszkali Rett i wuj Henry, pozostały tylko osmalone ściany. Składy
towarowe, które ciągnęły się wzdłuż torów przez pół kilometra, nie
zostały odbudowane. Ich prostokątne sylwetki rysowały się posępnie na
tle ciemnego nieba. Bez stojących po obu stronach magazynów i bez
wozowni tory kolejowe były tak odsłonięte, że zdawały się nagie. Gdzieś
pomiędzy tymi niemożliwymi do odróżnienia ruinami znajdowały się
szczątki jej własnego składu, który pozostawił Charles. Wuj Henry
opłacił jej zeszłoroczne podatki za ten skład. Kiedyś będzie musiała
oddać mu te pieniądze. Kolejny kłopot.
Gdy skręciły za rogiem na Peachtree Street, Scarlett spojrzała w stronę
Five Points i krzyknęła przerażona. Chociaż Frank uprzedził ją, że
miasto spłonęło aż do fundamentów, nigdy nie wyobrażała sobie tak
całkowitego zniszczenia. W jej pamięci miasto, które tak lubiła, wciąż
pełne było stojących gęsto budynków i pięknych domów. Ale Peachtree
Street, na którą teraz patrzyła, była tak ogołocona i tak obca, jakby
widziała ją po raz pierwszy. Tysiące razy w czasie wojny jeździła tą
błotnistą ulicą. Tędy też uciekała podczas oblężenia ze spuszczoną głową
i nogami drżącymi ze strachu, kiedy padały wokół niej pociski. Ulica, na
którą patrzyła ostatni raz w upalnym dniu ucieczki, teraz wyglądała tak
obco, że zbierało się jej na płacz.
Chociaż w ciągu roku, który upłynął od wycofania się Shermana z płonącego miasta, do Atlanty powróciło wielu konfederatów i wybudowano
sporo nowych budynków, wokół Five Points wciąż było mnóstwo wielkich,
pustych placów, na których pośród śmieci, zeschniętej trawy i chwastów
leżały popękane, sczerniałe cegły. W niektórych ruinach rozpoznawała
dawne domy. Przyglądała się ceglanym murom bez dachów, przez które
przeświecało przytłumione światło dnia, wybitym oknom i samotnie
sterczącym kominom. Od czasu do czasu jej wzrok zatrzymywał się na
znajomym sklepie, który częściowo przetrwał bombardowanie i pożar, potem
zaś został odbudowany. Jaskrawa czerwień nowych cegieł kontrastowała z osmalonymi, starymi murami. Nad drzwiami nowych sklepów i biur z radością odnajdywała nazwiska ludzi, których znała. Niektóre szyldy
jednak nic jej nie mówiły. Dotyczyło to zwłaszcza tuzinów tabliczek z nazwiskami lekarzy, adwokatów i kupców bawełny. Kiedyś znała w Atlancie
niemal wszystkich, dlatego widok tylu nieznanych nazwisk bardzo ją
przygnębił. Humor poprawił jej się na widok nowych domów, stojących
nieco dalej na tej samej ulicy.
Było ich całe mnóstwo, kilka nawet trzypiętrowych! I budowa trwała
nadal. Gdy podniosła wzrok i popatrzyła w dal, żeby przyzwyczaić się do
nowej Atlanty, usłyszała radosny dźwięk młotków i pił. Zobaczyła
rusztowania i ludzi wspinających się na drabiny z nosidłami pełnymi
cegieł. Spojrzała na ulicę, którą tak bardzo lubiła, i oczy zaszły jej
mgłą.
Oni cię spalili - pomyślała. - Zburzyli do fundamentów. Ale nie zdołali
cię pokonać. Odrodzisz się znowu tak wielka i dumna jak kiedyś!
Ruszyła wzdłuż Peachtree Street, za nią zaś kuśtykała Mammy. Scarlett
stwierdziła, że chodniki są tak samo zatłoczone jak w czasie wojny.
Odbudowie miasta towarzyszyły pośpiech i krzątanina, które sprawiły, że
podobnie jak dawno temu, gdy po raz pierwszy przyjechała z wizytą do
ciotki Pitty, krew zawrzała jej w żyłach. Miała wrażenie, iż przez błoto
przedziera się równie dużo pojazdów jak wtedy - tyle że nie było wśród
nich ambulansów Konfederacji - a do barierek przed sklepowymi wystawami
przywiązywano tyle samo co kiedyś koni i mułów. Chociaż na chodnikach
panował tłok, twarze mijanych ludzi zdawały się tak samo obce jak szyldy
i tabliczki. To byli zupełnie nowi przybysze - prostacko wyglądający
mężczyźni i krzykliwie ubrane kobiety. Na ulicach wałęsało się mnóstwo
Murzynów, którzy opierali się o ściany albo siadali na krawężnikach.
Gapili się na przejeżdżające pojazdy z naiwną ciekawością dzieci
obserwujących cyrkową paradę.
- Wyzwoleni Murzyni ze wsi - prychnęła Mammy. - Oni zachowywać się,
jakby przez całe życie nie widzieć porządnego powozu. I jak bezczelnie
oni patrzeć.
Scarlett musiała przyznać, że Murzyni rzeczywiście bezczelnie, zuchwale
na nią spoglądali, jednakże szok, którego doznała, widząc znowu
niebieskie mundury, sprawił, że od razu o Murzynach zapomniała. Miasto
było pełne jankeskich żołnierzy, jadących konno, wozami lub idących
pieszo. Kręcili się po ulicach i wytaczali z knajp.
Nigdy nie przywyknę do nich - pomyślała, zaciskając pięści. - Nigdy!
- Pośpiesz się, Mammy - zawołała przez ramię. - Wyjdźmy z tłumu.
- Dobrze, niech mi tylko ten czarny śmieć zejść z drogi - odpowiedziała
głośno Mammy, energicznie wymachując torbą podróżną przed nosem czarnego
młodzieńca, który prowokacyjnie zagrodził jej drogę. - Nie podobać mi
się to miasto, panienko Scarlett. Zbyt wielu tu Jankesów i nędznych
wyzwoleńców.
- Zrobi się przyjemniej, kiedy nie będzie tak tłoczno. Musimy tylko
minąć Five Points.
Przeszły po śliskich kamieniach, którymi wybrukowano błotnistą ulicę
Decatur, i wróciły na Peachtree Street, gdzie panował już znacznie
mniejszy tłok. Dotarły do kaplicy metodystów, przy której Scarlett
zatrzymała się, by złapać oddech tamtego pamiętnego dnia w 1864 roku,
gdy biegła po doktora Meade'a. Teraz spojrzała na nią i zaśmiała się
krótko, głośno i gorzko. Bystre, stare oczy piastunki popatrzyły na nią
podejrzliwie i pytająco, ciekawość Mammy pozostała jednak
niezaspokojona. Scarlett wspominała z niesmakiem lęk, któremu tamtego
dnia uległa. Gnało ją wtedy przerażenie i ogłupiał strach. Strach przed
Jankesami, strach przed zbliżającymi się narodzinami Beau. Aż dziw, że
mogła być tak przerażona, przerażona jak dziecko, które posłyszało jakiś
hałas. I jakim naprawdę dzieckiem była, myśląc, że Jankesi, pożar i klęska Południa to najgorsze rzeczy, jakie mogą się jej przydarzyć!
Jakże błahe okazały się wobec śmierci Ellen i kłopotów z Geraldem, nie
mówiąc o głodzie, zimnie, morderczej pracy i braku bezpieczeństwa. Jak
łatwo było być dzielnym w obliczu armii najeźdźców, a jak trudno
zażegnać niebezpieczeństwo, które zagrażało Tarze! Nie, nigdy więcej nie
będzie lękać się niczego poza nędzą.
Ulicą Peachtree przejeżdżał jakiś zamknięty powóz i Scarlett podeszła do
krawężnika, żeby przekonać się, czy nie zna czasem właściciela. Do domu
ciotki Pitty wciąż pozostawał jeszcze kawał drogi. Kiedy powóz zrównał
się z nimi, a Scarlett, uśmiechając się z przymusem, już miała go
zatrzymać, w oknie pojawiła się na chwilę kobieca głowa z płomiennorudymi włosami pod piękną, futrzaną czapką. Obie kobiety
natychmiast się rozpoznały i Scarlett cofnęła się o krok. To była Bella
Watling, która skrzywiła się leciutko, nim znów zniknęła w głębi powozu.
Jakie to dziwne, że właśnie ona była pierwszą znajomą osobą, którą
spotkała.
- Kto to być? - zapytała Mammy podejrzliwie. - Ona cię poznać, ale się
nie ukłonić. Ja przez całe życie nie widzieć włosów o takim kolorze. I to nawet w rodzinie Tarletonów. One wyglądać mi na pofarbowane!
- Bo są - powiedziała Scarlett i przyśpieszyła kroku.
- Czy ty znać tę kobietę o farbowanych włosach? Ty powiedzieć mi, kto to
taki.
- To tutejsza upadła kobieta - wyjaśniła krótko Scarlett. - I przysięgam
ci, że jej nie znam.
- Jezu Chryste! - zasapała Mammy. Popatrzyła w ślad za powozem z tak
wielką ciekawością, że aż otworzyła usta. Nie widziała kobiety
trudniącej się nierządem od wyjazdu z Ellen z Savannah, przeszło
dwadzieścia lat temu, ogromnie więc żałowała, że nie mogła dokładniej
przyjrzeć się Belli. - Ona mieć takie ładne ubranie i piękny powóz i stangreta - mruczała. - Ja sama już nie wiedzieć, co Bóg myśleć, kiedy
pozwalać, żeby upadłym kobietom tak się powodzić, gdy my, porządni
ludzie, być głodni i bez butów.
- Bóg przestał o nas myśleć wiele lat temu - rzekła stanowczo Scarlett.
- I nie mów, że moja matka, słuchając tego, przewraca się w grobie.
Bardzo chciała poczuć, że jest lepsza od Belli, ale nie potrafiła.
Jeżeli uda się jej to, co zaplanowała, będzie w podobnej sytuacji i znajdzie się na utrzymaniu tego samego mężczyzny. Chociaż nie żałowała
swej decyzji, to jednak postawienie sprawy tak jasno popsuło jej nieco
humor. Nie będę o tym teraz myśleć - powiedziała sobie i przyspieszyła
kroku.
Minęły plac, przy którym niegdyś stał dom Meade'ów. Teraz pozostało z niego tylko parę samotnych, kamiennych schodków i dróżka prowadząca
donikąd. Tam gdzie znajdował się dom Whitingów, widniał jedynie pusty
plac. Znikły nawet kamienie z fundamentów i cegły z kominów. Scarlett
dostrzegła koleiny wozu, którym wywieziono stąd materiały budowlane.
Stał za to murowany dom Elsingów - z nowym dachem i dobudowanym drugim
piętrem. Dom Bonnellów, byle jak naprawiony - dziury w dachu załatano
nie dachówkami, lecz zwykłymi deskami - także prezentował się całkiem
nieźle. W oknach tych domów nie widać było żadnej twarzy. Nikt też nie
stał na ganku. Ucieszyło ją to - nie chciała teraz z nikim rozmawiać.
W końcu zobaczyła nowy, kryty gontem dach. Ceglane ściany domu ciotki
Pitty. Serce zabiło jej gwałtownie. Jakże miłosierny był Bóg, nie
niszcząc tego domu tak, by nie można było go naprawić! Na dziedziniec
przed domem wyszedł właśnie wuj Peter z koszykiem na zakupy
przewieszonym przez ramię. Kiedy zobaczył Scarlett i wlokącą się za nią
Mammy, jego czarną twarz rozjaśnił szeroki uśmiech niedowierzania.
Tak się cieszę, widząc tego starego, czarnego głupca, że mogłabym go
pocałować - pomyślała radośnie Scarlett.
- Leć po sole trzeźwiące cioci, Peter! To naprawdę ja! - zawołała.
Tego wieczora, w czasie kolacji, na stole ciotki Pitty pojawiły się jak
zwykle mamałyga i suszona fasola. Scarlett zjadła je, przysięgając
sobie, że gdy tylko znów będzie miała pieniądze, te dwa dania nigdy nie
pojawią się na jej stole. Niezależnie od tego, ile będzie ją to
kosztowało, zamierzała zdobyć te pieniądze. I to więcej, niż potrzeba
było na zapłacenie podatków za Tarę. Kiedyś, wszystko jedno jak,
zdobędzie mnóstwo pieniędzy. Nawet jeśli musiałaby dla nich dokonać
morderstwa.
W żółtym świetle lampy w jadalni zapytała Pitty o jej sytuację
finansową. Wbrew zdrowemu rozsądkowi miała nadzieję, że zdoła pożyczyć
pieniądze od rodziny Charlesa. Pytania Scarlett nie grzeszyły
subtelnością, ale Pitty, zachwycona tym, że może porozmawiać z kimś z rodziny, nawet nie zauważyła ich bezpośredniości. Tonąc we łzach,
opowiadała szczegółowo o swoich nieszczęściach. Nie miała pojęcia, jak
to się stało, że straciła swe farmy, nieruchomości i pieniądze. Tak
przynajmniej powiedział jej brat Henry. Nie był w stanie płacić
podatków, którymi obłożono jej posiadłości. Straciła wszystko z wyjątkiem domu, w którym mieszkała, a Pitty ani na chwilę nie
zapominała, że i on należał nie do niej, lecz do Melanii i Scarlett. Jej
brat Henry radził, by płacić podatki tylko za dom. Dawał też Pitty co
miesiąc drobną sumę, by miała za co żyć. I chociaż branie od niego
pieniędzy bardzo ją upokarzało, robiła to.
- Mój brat Henry mówi, że nie wie, w jaki sposób zdoła związać koniec z końcem. Spoczywa na nim tak wielka odpowiedzialność, a podatki są wciąż
wysokie. Prawdopodobnie kłamie. Ma bardzo dużo pieniędzy, tylko skąpi
ich mnie.
Scarlett zdawała sobie sprawę, że wuj Henry nie kłamał. Dowodziło tego
kilka listów, które dostała od niego w związku z majątkiem Charlesa.
Stary prawnik walczył dzielnie, chcąc ocalić chociaż dom i kawałek
placu, gdzie znajdował się skład. Pragnął, by Wade'owi zostało coś po
ojcu. Scarlett wiedziała, że opłacenie za nią podatków było dla niego
wielkim poświęceniem.
Z pewnością wuj nie ma pieniędzy - pomyślała smutno Scarlett. - Cóż,
trzeba będzie skreślić z listy i jego, i ciotkę Pitty. Pozostał tylko
Rett. Będę musiała to zrobić. Muszę to zrobić. Ale nie wolno mi teraz o tym myśleć... Trzeba skierować rozmowę na Retta tak, żebym mogła niby to
przypadkowo podsunąć jej myśl, by zaprosiła go tutaj jutro.
Uśmiechnęła się i uścisnęła miękkie dłonie ciotki Pitty.
- Kochana ciociu - zaczęła. - Nie rozmawiajmy już o rzeczach tak
denerwujących jak pieniądze. Zapomnijmy o nich i pomówmy raczej o czymś
przyjemnym. Musisz mi opowiedzieć wszystkie nowiny o naszych starych
przyjaciołach. Co słychać u pani Merriwether i pani Maybelle? Słyszałam,
że mały Kreol Maybelle cało wrócił do domu. Jak się miewają Elsingowie i doktor Meade z żoną?
Pittypat rozpromieniła się. Gdy zmienił się temat rozmowy, łzy przestały
płynąć po jej dziecięcej twarzy. Zaczęła zdawać szczegółowe raporty o wszystkich sąsiadach, o tym, co robili, w co się ubierali, co jedli i o czym myśleli. Głosem przepełnionym zgrozą opowiedziała, jak to pani
Merriwether i Maybelle, aby związać koniec z końcem, nim René Picard
wrócił z wojny, musiały piec ciasta i herbatniki i sprzedawać je
jankeskim żołnierzom.
- Możesz to sobie wyobrazić? Czasem na dziedzińcu domu Merriwetherów
stały ze dwa tuziny Jankesów, czekając na świeże ciasto. Teraz René
codziennie jeździ starym wozem do Jankesów i sprzedaje żołnierzom
ciasta, placki i herbatniki. Pani Merriwether powiedziała, że gdy odłoży
trochę pieniędzy, otworzy w centrum piekarnię. Nie mam zamiaru jej
krytykować, ale mimo wszystko... - Ciotka Pitty wyjaśniła, że ona sama
wolałaby głodować, niż wdawać się w jakieś interesy z Jankesami.
Postanowiła nawet mierzyć pogardliwym wzrokiem każdego napotkanego
żołnierza i przechodzić w demonstracyjnie obraźliwy sposób na drugą
stronę ulicy, chociaż nie było to zbyt przyjemne w czasie deszczowej
pogody. Scarlett mogła więc przekonać się, że nie ma poświęcenia zbyt
wielkiego dla panny Pitty, gdy szło o udowodnienie wierności dla
Konfederacji. Nawet jeśli w grę wchodziło powalanie błotem butów.
Pani Meade i doktor stracili dom, kiedy Jankesi spalili miasto. Teraz,
gdy Darcy i Phil nie żyli, nie mieli ani pieniędzy, ani ochoty, żeby go
odbudować. Pani Meade powiedziała, że nie chce już nigdy mieć domu, bo
co to za dom bez dzieci i wnuków? Oboje byli bardzo samotni i przenieśli
się do Elsingów, którzy odbudowali zniszczoną część swego domu. Państwo
Whiting także zajmowali tam pokój, a pani Bonnell zamierzała
przeprowadzić się tam, gdy tylko będzie mieć dość szczęścia, żeby
wynająć swój dom jakiemuś jankeskiemu oficerowi i jego rodzinie.
- Jakże oni wszyscy tam się zmieszczą? - zawołała Scarlett. - Jest tam
pani Elsing i Fanny, i Hugh...
- Pani Elsing i Fanny śpią w salonie, a Hugh na strychu - wyjaśniła
Pitty, która dobrze się orientowała w najdrobniejszych nawet szczegółach
życia swoich przyjaciół. - Moja droga, niechętnie ci to mówię, ale...
choć pani Elsing nazywa ich "pensjonariuszami" - Pitty zniżyła głos - to
w istocie rzeczy nie są niczym innym niż jej lokatorami. Pani Elsing
prowadzi pensjonat! Czyż to nie okropne?
- Myślę, że to wspaniałe - ucięła krótko Scarlett. - Szkoda, że przez
cały zeszły rok nie mieliśmy takich "pensjonariuszy" zamiast zwyczajnych
gości. Może dzięki temu teraz nie bylibyśmy tak biedni.
- Scarlett, jak możesz tak mówić? Twoja biedna matka przewróciłaby się w grobie na samą myśl o żądaniu pieniędzy za gościnę w Tarze! Wiadomo, że
pani Elsing została do tego po prostu zmuszona, bo choć zajęła się
szyciem - a robi to pięknie - Fanny zaś malowaniem na porcelanie, a Hugh
handlem drewnem na opał, wciąż klepali straszną biedę. Wyobraź sobie,
kochany Hugh zmuszony do handlowania drewnem! A przecież przygotowywał
się do tego, by zostać prawnikiem! Zbiera mi się na płacz, kiedy patrzę
na to, czym muszą się zajmować nasi chłopcy!
Scarlett pomyślała o rzędach krzaków bawełny pod płonącym żarem niebem
nad Tarą i o tym, jak bolało ją w krzyżu, gdy się nad nimi pochylała.
Przypomniała sobie, co czuła, trzymając pług w swych pokrytych
pęcherzami dłoniach i wcale nie uważała, że należy współczuć Hugh
Elsingowi. Jakże naiwna była stara Pitty. I jakże było jej z tym dobrze,
mimo że wszystko wokół niej leżało w gruzach!
- Jeżeli nie podoba mu się handel, dlaczego nie zaczyna praktyki
adwokackiej? Czyżby nie można teraz w Atlancie zajmować się prawem?
- Ależ tak, moja droga! Jest wiele kancelarii adwokackich. Właściwie
wszyscy procesują się teraz ze wszystkimi. Wszystko się spaliło, więc
linie graniczne się zatarły. Nikt nie wie, gdzie się jego posiadłość
zaczyna, a gdzie kończy. Ale za procesy nie dostaje się żadnych
honorariów, bo nikt nie ma pieniędzy. Dlatego Hugh musi zajmować się
handlem... Och, prawie zapomniałam! Czy napisałam ci o tym? Jutro
wieczorem Fanny Elsing wychodzi za mąż. Rzecz jasna, musisz być na jej
ślubie. Sprawisz wielką przyjemność pani Elsing. Na pewno bardzo się
ucieszy, kiedy się dowie, że przyjechałaś do miasta. Mam nadzieję, że
przywiozłaś jeszcze inny strój poza tym, który masz na sobie. To bardzo
ładna sukienka, kochanie... tylko, widzisz, wygląda na trochę
podniszczoną. Och, a więc masz nową suknię? Cieszy mnie to, bo to będzie
pierwszy prawdziwy ślub od czasu zdobycia miasta przez Jankesów. Będą
ciasta, wino i tańce. Nie pojmuję, jak Elsingów stać na to wszystko - są
przecież tacy biedni.
- Kogo poślubi Fanny? Myślałam, że po tym, jak Dallas McLure został
zabity pod Gettysburgiem...
- Kochanie, nie wolno ci krytykować Fanny. Nikt nie jest tak wierny
żadnemu zmarłemu jak ty biednemu Charlesowi. Muszę pomyśleć. Jak on się
nazywa? Nigdy nie mogę zapamiętać nazwisk... Chyba ma na imię Tom.
Znałam dobrze jego matkę, chodziłyśmy razem do szkoły żeńskiej w La
Grange. Nazywała się wówczas Tomlinson. Pochodziła z La Grange. Jej
matka z kolei nazywała się... zaraz, zaraz... Perkins? Parkins?
Perkinson! O, właśnie. Pochodziła ze Sparty. Bardzo dobra rodzina, ale
mimo wszystko... cóż, wiem, że nie powinnam tego mówić, ale nie pojmuję,
jak Fanny wpadła na pomysł, żeby wyjść za niego!
- Czy on pije albo...
- Och, nie! To bardzo przyzwoity człowiek, ale... hm... rozumiesz, ranił
go odłamek pocisku i teraz z jego nogami coś nie jest w porządku. To
sprawia... to sprawia, że teraz - muszę użyć tego okropnego słowa - jest
taki rozkraczony. Kiedy chodzi, wygląda bardzo wulgarnie - naprawdę, to
nic przyjemnego. Nie rozumiem, dlaczego Fanny chce go poślubić.
- Dziewczyny muszą przecież wychodzić za mąż.
- W istocie rzeczy wcale nie muszą - powiedziała dumnie Pitty. - Ja
nigdy nie musiałam.
- Ależ, kochana moja, nie myślałam o tobie! Wszyscy wiedzą, jakie ciocia
miała i ma powodzenie! Choćby ten stary sędzia Carlton - robił do cioci
takie słodkie oczy, że aż ja...
- Och, daj spokój, Scarlett! Ten stary głupiec! - zachichotała Pitty,
odzyskując dobry humor. - Ale, mimo wszystko, Fanny miała takie
powodzenie, że mogła znaleźć kogoś lepszego. Nie wierzę też, że kocha
tego Toma. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zapomniała o zabitym Dallasie
McLure. Nie jest wcale podobna do ciebie, kochanie. Wciąż jesteś tak
wierna kochanemu Charliemu, choć mogłaś już dziesiątki razy wyjść za
mąż. Mela i ja często powtarzałyśmy, jak bardzo jesteś wierna jego
pamięci, choć wszyscy inni uważali cię za pozbawioną serca kokietkę.
Scarlett pominęła milczeniem to nietaktowne wyznanie i sprytnie
prowadziła Pitty od jednego znajomego do drugiego, drżąc jednocześnie z niecierpliwości, kiedy wreszcie będzie mogła sprowadzić rozmowę na
Retta. Nie wypadało wypytywać o niego zaraz po przyjeździe. Na
podejrzenia Pitty będzie jeszcze dość czasu, jeżeli Rett odmówi
poślubienia Scarlett.
Ciotce usta się nie zamykały. Cieszyła się jak dziecko, że znalazł się
ktoś, kto chce jej słuchać. Wszystko w Atlancie wyglądało okropnie na
skutek nikczemnych knowań republikanów. Nie było końca ich upokarzającym
poczynaniom. Najgorszą zaś rzeczą, którą robili, było mieszanie w głowach biednym czarnuchom.
- Moja droga, oni chcą pozwolić czarnym głosować! Czy słyszałaś kiedyś
coś bardziej głupiego? Chociaż - z drugiej strony - kiedy teraz się nad
tym zastanawiam, wuj Peter ma więcej rozumu niż wszyscy ci republikanie,
których widziałam. I o wiele lepsze maniery. Ale, oczywiście, wuj Peter
jest zbyt dobrze wychowany, żeby chciał głosować. Cały ten pomysł
zupełnie pokręcił czarnym w głowach. W dodatku niektórzy z nich zrobili
się naprawdę zuchwali. Po zmroku człowiek nie może się już czuć
bezpiecznie na ulicach. Nawet w dzień Murzyni ośmielają się spychać damy
z chodników, prosto w błoto. A jeśli jakiś dżentelmen spróbuje
zaprotestować, natychmiast zostaje aresztowany i... Moja droga, czy
powiedziałam ci, że kapitan Butler siedzi w więzieniu?
- Rett Butler?
Chociaż wiadomość była okropna, Scarlett ucieszyła się, że dzięki ciotce
Pitty nie musiała jako pierwsza wypowiedzieć nazwiska Butlera.
- Tak, tak! - Podniecenie zaróżowiło policzki Pitty. Wyprostowała się
energicznie. - Zamknęli go w więzieniu za zabicie jakiegoś Murzyna i może go za to powieszą! Wyobraź sobie - powiesić kapitana Butlera!
Scarlett wstrzymała oddech, a potem wypuściła powietrze z głośnym
świstem. Wpatrywała się w starą, otyłą damę, która nie ukrywała
zadowolenia z wrażenia, jakie zrobiły na Scarlett jej słowa.
- Jeszcze mu tego nie udowodnili. Ktoś rzeczywiście zabił czarnucha,
który obraził białą kobietę. Jankesi strasznie się wściekają, bo
ostatnio zabito wielu bezczelnych Murzynów. Nie mogą tego dowieść
kapitanowi Butlerowi, ale, jak mówi doktor Meade, chcą kogoś ukarać dla
przykładu. Doktor mówi też, że jeśli powieszą Butlera, będzie to
pierwszy dobry uczynek Jankesów, ale ja nie jestem tego pewna... Kapitan
Butler odwiedził mnie tydzień temu i przyniósł mi w prezencie tak
przecudowną kuropatwę, że nie możesz sobie tego nawet wyobrazić.
Dopytywał się o ciebie i mówił, że chyba obraził cię w czasie oblężenia
i że pewnie mu tego nigdy nie przebaczysz.
- Jak długo będzie w więzieniu?
- Nikt tego nie wie. Pewnie dopóki go nie powieszą, chyba że nie zdołają
udowodnić mu tego morderstwa. Wydaje się jednak, że Jankesów wcale nie
obchodzi, kto jest winny, a kto nie, byle tylko mogli kogoś powiesić.
Strasznie są rozdrażnieni. - Pitty tajemniczo ściszyła głos. - Z powodu
Ku-Klux-Klanu. Czy w waszym hrabstwie jest już Klan? Och, jestem pewna,
że tak, tylko że Ashley nie rozmawia o takich sprawach z dziewczętami.
Członkowie Klanu muszą dochować tajemnicy. Jeżdżą nocami po okolicy,
ubrani jak duchy, i odwiedzają carpetbaggerów i zbyt zuchwałych
Murzynów. Czasem ich tylko straszą i każą wyjechać z Atlanty. A jeśli to
nie pomaga, karzą ich chłostą. Czasem zaś - szepnęła Pitty - zabijają
ich, pozostawiając zwłoki ze znakiem Klanu w miejscu, gdzie łatwo je
znaleźć... Jankesów doprowadza to do białej gorączki i dlatego chcą
powiesić kogoś dla przykładu... Hugh Elsing powiedział mi jednak, że nie
sądzi, żeby powiesili kapitana Butlera. Przypuszczają, że on wie, gdzie
są pieniądze, ale nie chce tego wyznać. Próbują zmusić go do mówienia.
- Pieniądze?
- Nie słyszałaś o tym? Nic ci nie pisałam? Moja droga, siedzisz w tej
Tarze z dala od świata, jakbyś była żywcem pogrzebana. Całe miasto
huczało, kiedy wrócił tutaj z pięknym koniem, powozem i kieszeniami
pełnymi pieniędzy, podczas gdy my nie wiedzieliśmy, czy następnego dnia
będziemy mieli co jeść. Wszyscy się wściekali, że ten spekulant, który
zawsze mówił paskudne rzeczy o Konfederacji, ma tyle pieniędzy, kiedy my
cierpimy biedę. Wszyscy płonęli z ciekawości, żeby dowiedzieć się, jak
udało mu się uratować swój majątek, ale nikt nie zdobył się na odwagę,
żeby go o to zapytać. Tylko ja to zrobiłam, a on wybuchnął śmiechem i rzekł: "Może być pani pewna, że nie w uczciwy sposób". Wiesz sama, jak
trudno zmusić go do powiedzenia czegoś sensownego.
- Z pewnością zrobił pieniądze w czasie blokady...
- Tak, kochanie, część z nich. Ale to tylko kropelka w morzu tego, co
ten człowiek ma. Wszyscy, nawet Jankesi, są przekonani, że w jego
posiadaniu znalazły się miliony dolarów w złocie należące do rządu
Konfederacji. Podobno gdzieś je ukrył.
- Miliony... w złocie?
- No bo cóż stało się z całym złotem naszej Konfederacji? Ktoś musi je
mieć. A kapitan Butler musi być jednym z owych "ktosiów". Jankesi
sądzili, że zabrał je prezydent Davis, kiedy wyjechał z Richmond, ale
gdy schwytali go, nie miał przy sobie ani centa. Skarbiec Konfederacji w momencie zakończenia wojny był całkowicie pusty, tak więc wszyscy
przypuszczają, że pieniądze przejęli jacyś przemytnicy z czasów blokady.
Teraz zaś trzymają to w tajemnicy.
- Miliony... w złocie! Ale jak...
- Czyż kapitan Butler nie przemycał tysięcy bel bawełny do Anglii i Nassau i nie sprzedawał ich dla rządu Konfederacji? - zapytała Pitty
triumfalnie. - Sprzedawał nie tylko swoją bawełnę, ale i rządową. A wiesz przecież, jak dużo była warta bawełna, którą udało się przewieźć
do Anglii podczas wojny! Można było żądać każdej ceny! Butler był
agentem rządowym, poruczono mu sprzedaż bawełny oraz kupowanie za
uzyskane z przemytu pieniądze broni i szmuglowanie jej tutaj. A potem,
kiedy blokada stała się bardziej szczelna, nie mógł już przywozić broni.
Tak więc nie wydawał już nawet jednej setnej pieniędzy ze sprzedaży
bawełny. Na kontach w angielskich bankach znalazły się dzięki temu
miliony wpłacone przez kapitana Butlera i innych przemytników,
czekających na rozluźnienie blokady. I nie sądzisz chyba, że wpłacili te
pieniądze na konta Konfederacji. Nie, wpłacili je na swoje nazwiska i te
pieniądze są tam do dziś... Wszyscy o tym mówią i od dnia kapitulacji
surowo krytykują przemytników. Pewnie więc, kiedy Jankesi aresztowali
kapitana Butlera za zabicie tego czarnego, dotarły do nich plotki o pieniądzach i teraz próbują go zmusić, by powiedział, gdzie one są. Bo
widzisz, wszystkie pieniądze Konfederacji należą teraz do Jankesów - a przynajmniej oni tak uważają. Kapitan Butler jednak utrzymuje, że nic
nie wie... Doktor Meade powtarza, że powinni go powiesić, chociaż jego
zdaniem szubienica to za dobra śmierć dla złodzieja i spekulanta...
Kochanie, wyglądasz tak, jakby coś ci się stało! Źle się czujesz? Czy
moje opowieści wyprowadziły cię z równowagi? Wiedziałam, że on zalecał
się kiedyś do ciebie, ale myślałam, że dawno już się poróżniliście. Ja
osobiście nigdy tego nie pochwalałam - taki z niego łotr...
- Nie miałam z nim nic wspólnego - wykrztusiła Scarlett. - Poza tym
pokłóciłam się z nim w czasie oblężenia, kiedy wyjechałaś do Macon.
Gdzie on... gdzie siedzi?
- W remizie strażackiej koło rynku!
- W remizie?
Ciotka Pitty wybuchnęła śmiechem.
- Tak, w remizie. Jankesi używają jej teraz jako aresztu. Sami mieszkają
na rynku. W barakach wokół ratusza. A remiza strażacka znajduje się na
sąsiedniej ulicy. Tam właśnie siedzi kapitan Butler. Ach, Scarlett,
wczoraj słyszałam przezabawną rzecz o nim. Zapomniałam, kto mi o tym
mówił. Wiesz, jak zawsze starannie się ubierał. Był prawdziwym dandysem.
A teraz Jankesi trzymają go w remizie strażackiej i nie pozwalają mu się
kąpać. Codziennie domagał się kąpieli, więc w końcu wyprowadzili go z celi na rynek. Stało tam długie poidło dla koni napełnione wodą, w której zdążył już się wykąpać cały pułk! I powiedzieli mu, że może się w tej wodzie wykąpać, on zaś odmówił i dodał, że przedkłada swój brud
Południa nad brud Jankesów i...
Scarlett słyszała wesoło szemrzący głos, który nie milkł ani na chwilę,
nie rozróżniała już jednak żadnych słów. Myślała tylko o dwóch rzeczach:
o tym, że Rett ma znacznie więcej pieniędzy, niż przypuszczała, i o tym,
że jest w więzieniu. To, że siedzi w więzieniu i może zostać powieszony,
zmieniało sytuację, czyniło ją nawet nieco prostszą. Mało ją obchodziło,
że Rett mógł zawisnąć na szubienicy. Zbyt rozpaczliwie potrzebowała
pieniędzy, żeby roztkliwiać się nad jego smutnym położeniem. Poza tym,
doktor Meade miał trochę racji mówiąc, że szubienica jest dla Butlera za
dobra. Mężczyzna, który porzucił kobietę na pastwę losu, zostawiając ją
w środku nocy pomiędzy dwiema walczącymi armiami tylko po to, żeby
walczyć za i tak już straconą Sprawę, powinien zostać powieszony...
Gdyby tylko udało się jej wyjść za niego za mąż teraz, kiedy siedzi w więzieniu... Po egzekucji wszystkie te miliony stałyby się jej
własnością. Jeżeli zaś ślub okaże się niemożliwy do przeprowadzenia,
może uda się uzyskać od niego pożyczkę, obiecując, że go poślubi, kiedy
wyjdzie na wolność. Albo obiecując... och, obiecując cokolwiek! I jeśli
go powieszą, nie będzie zmuszona wywiązać się z umowy.
Przez moment rozkoszowała się myślą, że mogłaby zostać wdową dzięki
życzliwej działalności jankeskiego rządu. Miliony w złocie! Mogłaby
wyremontować Tarę, nająć robotników i zasadzić hektary bawełny. Mogłaby
też mieć piękne stroje i jadłaby to, na co tylko przyszłaby jej ochota.
I Zuela, i Karina także. Wade dostawałby pożywne jedzenie, dzięki
któremu zaokrągliłyby się jego wychudzone policzki, miałby też ciepłe
ubrania i guwernantkę. Gdy urośnie, mógłby studiować na uniwersytecie...
Nie byłby bosym, niedouczonym dzieckiem białej biedoty... Dobry lekarz
zająłby się ojcem. A Ashley... czego by nie zrobiła dla Ashleya!
Monolog ciotki Pittypat urwał się nagle.
- Tak, Mammy? - zapytała.
Powracając ze świata marzeń, Scarlett zobaczyła Mammy stojącą w drzwiach, z rękami schowanymi pod fartuchem i wpatrującą się w nią
uparcie. Ciekawa była, jak długo Mammy stała w tym miejscu i co zdołała
usłyszeć i zauważyć. Prawdopodobnie wszystko, sądząc po błysku w jej
starych oczach.
- Wyglądać mi na to, że panienka Scarlett jest zmęczona. Lepiej, jak ona
iść spać.
- Tak, jestem zmęczona - powiedziała Scarlett, wstając i spoglądając na
Mammy dziecięcym, bezradnym wzrokiem. - I mam wrażenie, że się
przeziębiłam. Ciociu Pitty, czy nie obrazisz się, jeśli jutro poleżę w łóżku i nie będę razem z tobą składać żadnych wizyt? Na wizyty będzie
jeszcze czas. Strasznie chciałabym być wieczorem na ślubie Fanny. A jeśli jeszcze bardziej się rozchoruję, nie będę mogła iść. Dzień
spędzony w łóżku będzie dla mnie najlepszą kuracją.
Spojrzenie Mammy złagodniało, w jej oczach odmalował się nawet lekki
niepokój, kiedy dotknęła dłoni Scarlett i przyjrzała się swej pani z bliska. Rzeczywiście, Scarlett nie wyglądała najlepiej. Podniecające
myśli rozproszyły się nagle, pozostawiając ją bladą i drżącą.
- Twoje ręce być jak sople lodu, kochanie. Ty iść do łóżka, a ja ci
zaparzyć herbatę i przynieść gorącą cegłę, żeby ty się wypocić.
- Jakże byłam bezmyślna - zawołała zażywna starsza dama, zrywając się z krzesła i poklepując Scarlett po ramieniu. - Gadałam jak nakręcona i wcale o tobie nie pomyślałam. Ależ oczywiście, że zostaniesz jutro w łóżku, żeby odpocząć. Przyjdę do ciebie na pogaduszki, żeby ci się nie
nudziło... Och, mój Boże, nic z tego! Nie mogę z tobą zostać. Obiecałam
posiedzieć jutro z panią Bonnell. Zachorowała na grypę, tak samo jak jej
kucharka. Mammy, jak się cieszę, że tu jesteś. Musisz iść tam ze mną
jutro rano i pomóc mi.
Mammy, popychając pośpiesznie Scarlett w kierunku ciemnych schodów,
mruczała coś gderliwie na temat zimnych rąk i cienkich butów. Scarlett
słuchała jej potulnie, ciesząc się w duchu. Jeśli tylko uda jej się
uśpić podejrzenia Mammy i rano pozbyć się jej z domu, wszystko będzie
dobrze. Pójdzie do jankeskiego więzienia i zobaczy się z Rettem. Gdy
wchodziła na górę, usłyszała grzmot. Zatrzymała się na dobrze znanym
podeście i pomyślała, jak bardzo podobnie brzmiał huk armat w czasie
oblężenia. Zadrżała. Teraz zawsze już burza będzie kojarzyć się jej z hukiem dział i wojną.
Rozdział 34
Następnego ranka świeciło słońce, ale silny wiatr wciąż zakrywał je
chmurami. Wiatr wprawiał też w drżenie szyby i zawodził w kominie.
Scarlett odmówiła krótką modlitwę dziękczynną za to, że ustał deszcz,
który padał nieprzerwanie przez całą noc. Przewracała się z boku na bok,
wiedząc, że jeśli rano będzie padać, zniszczy sobie aksamitną suknię i nowy czepek. Widok nieśmiałych przebłysków słońca podniósł ją na duchu.
Z trudem przychodziło jej leżenie w łóżku, udawanie chorej i pojękiwanie, ale nie mogła przestać, dopóki ciotka Pitty, Mammy i wuj
Peter nie wyszli z domu, by odwiedzić panią Bonnell. W końcu trzasnęły
frontowe drzwi. Została w domu sama, tylko z kucharką, która
podśpiewywała sobie w kuchni. Scarlett wstała i zdjęła z wieszaka nową
suknię.
Sen pokrzepił ją i dodał sił. Niczego się już nie lękała. W inteligentnej rozmowie z mężczyzną - z jakimkolwiek mężczyzną - było
coś, co ją podniecało. Poza tym świadomość, że po miesiącach walk z niezliczonymi przeciwnościami losu zmierzy się z realnym przeciwnikiem,
którego może okpić za pomocą własnej bystrości, napełniła ją radością.
Ubieranie się samej było rzeczą dość trudną, ale w końcu udało się jej
tego dokonać. Założyła czepek z fryzowanymi piórami i pobiegła do pokoju
ciotki Pitty, żeby przejrzeć się w wielkim lustrze. Jak pięknie
wyglądała! Kogucie pióra dodawały jej szyku, a ciemnozielony aksamit
czepka sprawiał, że błyszczące jasno oczy przybrały niemal kolor
szmaragdu. Suknia zaś była niezrównana - bogata i piękna, a zarazem
elegancka! Cudownie się czuła, znowu mając na sobie wspaniały strój.
Jakże to miło mieć świadomość, że wygląda się ładnie i kusząco.
Niespodziewanie dla samej siebie pochyliła się i ucałowała swoje odbicie
w lustrze, a potem roześmiała się ze swego błazeństwa. Okręciła się
wzorzystym szalem Ellen, jednak jego wyblakłe kolory nie pasowały do
ciemnozielonej sukni i nadawały Scarlett ubogi wygląd. Otworzyła więc
szafę ciotki Pitty, wyjęła z niej czarny płaszcz z popeliny, który Pitty
nosiła tylko w niedziele, po czym narzuciła go sobie na ramiona. W przekłute uszy włożyła brylantowe kolczyki, które przywiozła z Tary, i potrząsnęła głową, chcąc sprawdzić w lustrze, jak się prezentują.
Zadzwoniły delikatnie, co bardzo jej się spodobało. Postara się
pamiętać, żeby w trakcie spotkania z Rettem co jakiś czas potrząsać
głową. Podzwaniające kolczyki zawsze przyciągały uwagę mężczyzn, dzięki
nim dziewczęta stawały się jeszcze bardziej ponętne.
Jaka szkoda, że ciotka Pitty nie ma żadnych rękawiczek prócz tych, które
włożyła dziś na swe pulchne dłonie! Żadna kobieta nie może czuć się
prawdziwą damą bez rękawiczek. Niestety Scarlett nie miała nawet jednej
pary od czasu wyjazdu z Atlanty, a długie miesiące ciężkiej pracy w Tarze strasznie zniszczyły jej ręce, które teraz nie wydawały się już
piękne. Cóż, nic nie można na to poradzić. Pożyczy od ciotki Pitty małą
mufkę z futra foki i schowa w niej nagie dłonie. Scarlett uznała, że to
jeszcze doda jej elegancji. Nikt, kto by teraz na nią spojrzał, nie
domyśliłby się, że pod pięknym strojem ukrywa swą nędzę i niedostatek.
Najważniejsze, żeby Rett niczego się nie domyślił. Nie może podejrzewać,
że kieruje nią coś innego niż ciepłe uczucia.
Po cichutku zeszła po schodach i wymknęła się z domu, podczas gdy
kucharka nadal beztrosko śpiewała w kuchni. Pośpiesznie ruszyła Baker
Street, by uniknąć wszystkowidzących oczu sąsiadów, i usiadła na
kamieniu na Ivy Street, czekając na jakiś przejeżdżający ulicą powóz,
który mógłby ją podwieźć na rynek. Słońce chowało się za chmurami, potem
zaś znów zza nich wyglądało, oświetlając ulicę blaskiem, który nie niósł
za sobą ciepła. Koronka przy jej pantalonach drżała na wietrze. Nie
przypuszczała, że będzie tak zimno, otuliła się więc szczelnie cienkim
płaszczem ciotki Pitty, niecierpliwie czekając. Gdy zamierzała już
ruszyć pieszo w długą drogę przez miasto do obozowiska Jankesów,
dostrzegła poobijany, zniszczony wóz. Siedziała w nim stara, żująca
tytoń kobieta. Mimo kapelusza z szerokim rondem twarz miała ogorzałą od
wiatru i słońca. Wóz ciągnął leniwy, stary muł. Kobieta jechała w stronę
ratusza i niechętnie zgodziła się zabrać Scarlett.
Oczywiste było, że suknia, czepek i mufka wydały się jej podejrzane.
Myśli, że jestem sprzedajną kobietą - denerwowała się Scarlett. - Może
zresztą ma rację!
Kiedy w końcu dotarły do rynku i ich oczom ukazała się biała kopuła
ratusza, Scarlett podziękowała kobiecie, zeskoczyła z wozu i popatrzyła
za odjeżdżającą wieśniaczką. Rozejrzała się ostrożnie, sprawdzając, czy
nikt jej nie obserwuje, potem zaś uszczypnęła się w policzki, by się
zaróżowiły i przygryzła wargi tak mocno, aż stały się czerwone.
Poprawiła sobie czepek i przygładziła włosy. Dwupiętrowy, ceglany ratusz
przetrwał pożar miasta, na tle szarego nieba wyglądał jednak brzydko i niechlujnie. Budynek otaczały rzędy obskurnych i ubłoconych baraków,
zajmujących cały rynek. Wszędzie wałęsali się bez celu jankescy
żołnierze. Scarlett popatrzyła na nich niepewnie i odwaga częściowo ją
opuściła. Jak zdoła dotrzeć do Retta, uwięzionego w nieprzyjacielskim
obozie?
Zerknęła na remizę strażacką stojącą u wylotu ulicy i dostrzegła
zamkniętą i zaryglowaną wielką łukową bramę, przed którą bez przerwy
krążyli dwaj strażnicy. Rett musiał siedzieć tam w środku. Co powinna
powiedzieć jankeskim żołnierzom? I co oni jej odpowiedzą? Wyprostowała
się. Jeżeli nie bała się zabić jednego Jankesa, nie powinna się lękać
rozmowy z innymi.
Poszła w stronę remizy, ostrożnie stąpając po kamieniach błotnistej
ulicy. Zatrzymał ją strażnik, ubrany w niebieski, zapięty aż pod szyję
płaszcz.
- Słucham panią? - Jego głos miał dziwne nosowe brzmienie, właściwe dla
ludzi z Zachodu, ale był grzeczny i pełen szacunku.
- Chciałabym się widzieć z kimś, kto jest w środku... jest więźniem.
- Hm, sam nie wiem - powiedział wartownik, skrobiąc się po głowie. - Są
bardzo pedantyczni, jeśli chodzi o gości i... - umilkł nagle. - Jezu,
proszę pani! Proszę nie płakać. Musi pani iść do kwatery dowództwa i porozmawiać z oficerami. Jestem pewien, że pozwolą się pani z nim
zobaczyć.
Scarlett, której nawet przez myśl nie przeszło, żeby płakać, uśmiechnęła
się do niego promiennie. Jej rozmówca zwrócił się w stronę drugiego
wartownika, który wolnym krokiem kontynuował obchód.
- Bill! Chodź tu!
Drugi strażnik był potężnym mężczyzną owiniętym w niebieski płaszcz,
spod którego wystawały tylko zawadiackie, czarne wąsiki. Przyczłapał do
nich przez błoto.
- Zaprowadzisz tę panią do dowództwa.
Scarlett podziękowała i ruszyła za strażnikiem.
- Proszę uważać. Na tych kamieniach można skręcić nogę - powiedział
żołnierz, biorąc ją pod ramię. - Będzie też lepiej, jeśli podniesie pani
trochę spódnicę, żeby się nie ubłociła.
Głos dobywający się spod wąsów miał to samo nosowe zabarwienie, ale
brzmiał łagodnie i uprzejmie, zaś dłoń żołnierza była mocna i zarazem
delikatna. Tak, Jankesi wcale nie byli tacy okropni!
- W taką brzydką pogodę damy nie powinny wychodzić - powiedział. - Czy
pani z daleka?
- O tak, z drugiego końca miasta - powiedziała. Jej chłód tajał pod
wpływem jego uprzejmości.
- W taką pogodę damy nie powinny wychodzić - powtórzył z dezaprobatą. -
Przecież grasuje grypa. Tu jest kwatera dowództwa, proszę pani... Co się
stało?
- Ten dom... czy tutaj mieści się wasze dowództwo? - Scarlett zapatrzyła
się na piękny stary dom przy rynku i omal się nie rozpłakała. Bawiła się
w tym domu na tylu przyjęciach w czasie wojny. Było to takie wesołe i piękne miejsce, a teraz... powiewała nad nim wielka flaga Stanów
Zjednoczonych.
- Co się stało?
- Nic... tylko... tylko... znałam ludzi, którzy tu mieszkali.
- Hm, jakie to smutne. Przypuszczam, że sami by tego domu nie
rozpoznali, gdyby go teraz zobaczyli. W środku pewnie wszystko się
zmieniło. A teraz proszę wejść i zapytać o kapitana.
Weszła po schodkach, dotykając potrzaskanych białych poręczy i otworzyła
drzwi. W holu było ciemno i zimno. Jak w grobie. Drżący z zimna
wartownik opierał się o zamknięte, rozsuwane drzwi do pokoju, który w lepszych czasach stanowił jadalnię.
- Chcę rozmawiać z kapitanem - powiedziała.
Strażnik rozsunął drzwi i weszła do pokoju. Serce biło jej jak oszalałe,
twarz zaczerwieniła się ze zdenerwowania i emocji. W pokoju było duszno
od tytoniowego dymu, zapachu skóry, przykrej woni mokrych wełnianych
mundurów i niemytych ciał. Wzdłuż nagich ścian ze zniszczonymi tapetami
wisiały na gwoździach rzędy niebieskich płaszczy i miękkich kapeluszy o szerokich rondach. Na kominku trzaskał ogień, zaś przy pokrytym
papierami długim stole siedziała grupa oficerów w niebieskich mundurach
z mosiężnymi guzikami.
Scarlett przełknęła ślinę, starając się opanować. Nie może pozwolić,
żeby Jankesi spostrzegli, iż się boi. Musi wyglądać najładniej, jak
tylko potrafi, i robić wrażenie, jakby mało ją to wszystko obchodziło.
- Kapitan...?
- Ja jestem kapitanem - powiedział gruby mężczyzna w rozpiętym mundurze.
- Chciałabym widzieć się z więźniem, kapitanem Rettem Butlerem.
- Znowu Butler? Jakże ten człowiek jest popularny - roześmiał się
kapitan, wyjmując z ust cygaro. - Czy jest pani jego krewną?
- Tak, jego... jego siostrą.
Znów wybuchnął śmiechem.
- Musi mieć dużo sióstr. Jedna była tutaj nie dalej niż wczoraj.
Scarlett poczerwieniała. Z pewnością jedna z tych kreatur, z którymi
Rett przestawał, może nawet ta Watling. A ci Jankesi pomyślą, że i ona
jest jedną z nich. To było ponad ludzką wytrzymałość. Nawet dla Tary nie
zostanie tu ani minuty dłużej i nie będzie znosiła dalszych zniewag.
Odwróciła się do drzwi i rozwścieczona sięgnęła po klamkę, ale jakiś
inny oficer w mgnieniu oka znalazł się obok niej. Był gładko ogolonym
młodzieńcem o wesołych, łagodnych oczach.
- Chwileczkę, proszę pani. Niechże pani usiądzie koło kominka, tam jest
cieplej. Pójdę zobaczyć, czy zdołam pomóc pani w tej sprawie. Jak się
pani nazywa? Odmówił spotkania z tą... damą, która przyszła tu wczoraj.
Opadła na przysunięte jej krzesło, mierząc wzrokiem zmieszanego grubego
kapitana i podała swe nazwisko. Miły, młody oficer włożył płaszcz i wyszedł z pokoju, inni zaś odsunęli się na drugi koniec stołu i grzebiąc
w papierach, zaczęli rozmawiać ściszonymi głosami. Scarlett wyprostowała
nogi, z ulgą wyciągając stopy w stronę ognia i uświadamiając sobie
nagle, że są zupełnie lodowate. Szkoda, że nie włożyła kawałka tektury
do pantofla, który miał dziurawą podeszwę.
Wkrótce usłyszała przytłumione głosy zza drzwi i znajomy śmiech. Drzwi
otworzyły się i wraz z zimnym powiewem do pokoju wszedł Rett. Był bez
kapelusza, pelerynę zaś miał niedbale zarzuconą na ramiona. Był brudny,
nieogolony i bez krawata, ale jednak pomimo swego opłakanego stanu
wyglądał na wesołego. W jego ciemnych oczach zapłonęły na jej widok
iskierki radości.
- Scarlett!
Wziął ją za obie ręce i jak zwykle w jego uścisku było coś gorącego,
witalnego i podniecającego. Nim się zorientowała, co zamierza zrobić,
pochylił się i pocałował ją w policzek. Jego wąsy lekko ją połaskotały.
Czując, że Scarlett wzdrygnęła się zaskoczona, przytulił ją do piersi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki