Przeminęło z wiatrem Tom I - Margaret Mitchell

Kup ebooka

31.50 zł
25.95 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Scar­lett O'Hara nie była piękna, choć męż­czyźni, tacy jak bra­cia Tar­le­to­no­wie, rzadko to sobie uświa­da­miali, ule­ga­jąc jej uro­kowi. W jej twa­rzy zbyt mocno kon­tra­sto­wały łagodne rysy, odzie­dzi­czone po pocho­dzą­cej z fran­cu­skiej ary­sto­kra­cji matce, z cechami wzię­tymi po rumia­nym, irlandz­kim ojcu. Ale była to twarz zwra­ca­jąca uwagę, ze spi­cza­stym pod­bród­kiem i kwa­dra­tową szczęką. Oczy Scar­lett były jasno­zie­lone, oto­czone sztyw­nymi, czar­nymi, leciu­teńko pod­wi­nię­tymi ku górze rzę­sami. Ponad nimi od bia­łej jak magno­lia skóry, tak cenio­nej przez kobiety Połu­dnia i tak tro­skli­wie chro­nio­nej przez czepki, welony i mitenki przed palą­cym słoń­cem Geo­r­gii, odci­nały się gęste, czarne, nieco sko­śne brwi.

Tego pogod­nego, kwiet­nio­wego popo­łu­dnia 1861 roku, sie­dząc wraz ze Stu­ar­tem i Bren­tem Tar­le­to­nami w chłod­nym cie­niu werandy Tary, plan­ta­cji jej ojca, Scar­lett wyglą­dała prze­ślicz­nie. Nowa, zie­lona, muśli­nowa suk­nia w kwiaty, któ­rej uło­żone z jede­na­stu metrów mate­riału fałdy roz­pięto na kry­no­li­nie, wspa­niale paso­wała kolo­rem do pła­skich pan­to­fli z safia­no­wej skóry, przy­wie­zio­nych jej ostat­nio z Atlanty przez ojca. Suk­nia ta świet­nie pod­kre­ślała liczącą czter­dzie­ści trzy cen­ty­me­try talię Scar­lett - naj­węż­szą w trzech hrab­stwach. Cia­sno dopa­so­wany sta­nik uwy­dat­niał dobrze roz­wi­nięty - jak na szes­na­sto­latkę - biust. Skromna suk­nia, gładko ucze­sane włosy i ręce przy­kład­nie uło­żone na kola­nach, z tru­dem ukry­wały praw­dziwy cha­rak­ter Scar­lett. Zie­lone oczy w jej słod­kiej twa­rzyczce tchnęły bun­tem oraz wolą życia i wyraź­nie nie paso­wały do wytwor­nych manier, wpo­jo­nych za pomocą łagod­nych nauk matki i ostrzej­szych pouczeń niani. Bo oczy nale­żały tylko do Scar­lett.

Po obu jej stro­nach sie­dzieli bliź­niacy. Wygod­nie roz­parci na krze­słach, spo­glą­dali w słońce przez wyso­kie, napeł­nione mię­to­wym napo­jem szklanki, roz­ma­wia­jąc wesoło. Mieli po dzie­więt­na­ście lat, ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, byli smu­kli i musku­larni. Ich opa­lone twa­rze oka­lały kasz­ta­nowe włosy o głę­bo­kim odcie­niu, oczy patrzyły wesoło i zawa­diacko. Nosili wyso­kie, się­ga­jące kolan buty, iden­tyczne błę­kitne kurtki i bry­czesy w kolo­rze musz­tar­do­wym. Byli do sie­bie podobni jak dwie kro­ple wody.

Póź­no­po­po­łu­dniowe słońce uko­śnymi pro­mie­niami oświe­tlało dzie­dzi­niec i obsy­pane bia­łym kwie­ciem dere­nie. Konie bliź­nia­ków przy­wią­zano przy pod­jeź­dzie. Ich sierść miała ten sam rudy odcień co włosy ich panów. Tuż obok koni awan­tu­ro­wała się sfora char­tów, które towa­rzy­szyły Stu­ar­towi i Bren­towi, dokąd­kol­wiek się uda­wali. Nieco z boku, jak przy­stało na ary­sto­kratę, leżał czarno nakra­piany wyżeł. Z opar­tym na łapach pyskiem cier­pli­wie cze­kał, aż chłopcy ruszą do domu na kola­cję.

Psy, konie i samych bliź­nia­ków łączyła więź głęb­sza niż ta, jaką two­rzyło prze­by­wa­nie ze sobą. Chłopcy byli rów­nie ogni­ści jak konie, na któ­rych jeź­dzili. I tak samo nie­bez­pieczni, choć bar­dzo mili dla tych, któ­rzy potra­fili utrzy­mać ich w ryzach.

Mimo że Scar­lett i bliź­niacy od dzie­ciń­stwa wie­dli życie usłane różami, nie wyglą­dali na wyde­li­ka­co­nych ani zbla­zo­wa­nych. Byli pełni wigoru i ener­gii wła­ści­wej ludziom ze wsi, spę­dza­ją­cym całe życie na powie­trzu, i w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu inte­re­so­wali się nud­nymi, książ­ko­wymi pro­ble­mami. Życie w pół­noc­nej Geo­r­gii w hrab­stwie Clay­ton wciąż przy­no­siło coś nowego, choć według stan­dar­dów przy­ję­tych w Augu­ście, Savan­nah czy Char­le­sto­nie było może nieco surowe. Miesz­kańcy innych tere­nów Połu­dnia krę­cili nosem na ludzi pocho­dzą­cych z Geo­r­gii, ale tu, na pół­nocy stanu, nie nale­żało się wsty­dzić braku kla­sycz­nego wykształ­ce­nia, pod warun­kiem że posia­dło się bie­głość w rze­czach naprawdę istot­nych, takich jak uprawa dobrego gatunku bawełny, jazda konno, celne strze­la­nie, umie­jęt­ność tańca i uprzejme trak­to­wa­nie dam. Każdy dżen­tel­men musiał też mieć mocną głowę.

Jeśli cho­dzi o te sprawy, bra­cia Tar­le­to­no­wie radzili sobie dosko­nale. Nie byli nato­miast w sta­nie nauczyć się cze­go­kol­wiek, co znaj­do­wało się mię­dzy okład­kami ksią­żek. Nikt w hrab­stwie nie miał tylu pie­nię­dzy, koni ani nie­wol­ni­ków, co rodzina Tar­le­to­nów, a jed­nak chłopcy byli znacz­nie sła­biej wykształ­ceni od więk­szo­ści ich bied­nych sąsia­dów z Crac­ker. Wła­śnie z tego powodu Stu­art i Brent odda­wali się tego kwiet­nio­wego popo­łu­dnia bło­giemu leni­stwu, sie­dząc na ganku w Tarze. Usu­nięto ich bowiem z uni­wer­sy­tetu sta­no­wego w Geo­r­gii, czwar­tej już uczelni, która pozbyła się ich w ciągu ostat­nich czte­rech lat. Starsi bra­cia bliź­nia­ków, Tom i Boyd, przy­byli do domu wraz z nimi, odmó­wiw­szy pozo­sta­nia w murach insty­tu­cji, w któ­rej Stu­art i Brent nie byli mile widziani. Oni sami uwa­żali swoje ostat­nie wyda­le­nie ze szkoły za świetny żart, a Scar­lett, która nie miała ochoty otwo­rzyć jakiej­kol­wiek książki, odkąd opu­ściła rok temu szkołę dla dziew­cząt w Fay­et­te­ville, także trak­to­wała to wyda­rze­nie jako coś zabaw­nego.

- Wiem, że wy dwaj nie dba­cie o to, że zosta­li­ście wyrzu­ceni, podob­nie jak Tom - powie­działa. - Ale co z Boy­dem? On chce zdo­być wykształ­ce­nie, a z waszego powodu nie może stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­tach w Wir­gi­nii, Ala­ba­mie i Karo­li­nie Połu­dnio­wej. A teraz w Geo­r­gii. W ten spo­sób ni­gdy nie skoń­czy stu­diów.

- Och, może pozna­wać prawo w biu­rze sędziego Par­ma­lee w Fay­et­te­ville - odparł bez­tro­sko Brent. - Poza tym, to jest bez zna­cze­nia. I tak musie­li­by­śmy wró­cić do domu przed zakoń­cze­niem try­me­stru.

- Czemu?

- Ależ z cie­bie gęś! Wojna. Wojna zacznie się lada chwila, a chyba nie sądzisz, że któ­ry­kol­wiek z nas zostałby w col­lege'u, gdy wybuch­nie wojna, prawda?

- Dobrze wie­cie, że żad­nej wojny nie będzie - znu­dzo­nym gło­sem stwier­dziła Scar­lett. - To tylko takie gada­nie. Ash­ley Wil­kes i jego ojciec powie­dzieli tacie nie dalej niż tydzień temu, że nasi repre­zen­tanci w Waszyng­to­nie dojdą do... przy­ja­ciel­skiej ugody z panem Lin­col­nem w spra­wie Kon­fe­de­ra­cji. A tak czy owak, Jan­kesi są zbyt wystra­szeni, by z nami wal­czyć. Nie będzie żad­nej wojny. Męczy mnie już słu­cha­nie o tym.

- Nie będzie żad­nej wojny! - wykrzyk­nęli bliź­niacy z takim gnie­wem, jakby zostali przez kogoś oszu­kani.

- Zapew­niam cię, skar­bie, że będzie wojna - oświad­czył Stu­art. - Jan­kesi mogą się nas bać, ale po tym, jak przed­wczo­raj gene­rał Beau­re­gard ostrze­lał ich w Fort Sum­ter, będą musieli wal­czyć albo przed całym świa­tem wyjdą na tchó­rzy. A Kon­fe­de­ra­cja...

Scar­lett skrzy­wiła usta z wyra­zem znu­dze­nia i znie­cier­pli­wie­nia.

- Jeśli powie­cie jesz­cze coś o woj­nie, pójdę do domu i zamknę drzwi. Nie mogę już tego słu­chać. Gor­sza od słowa "wojna" może być tylko "sece­sja" - tata mówi o niej rano, w połu­dnie i w nocy. Wszy­scy dżen­tel­meni, któ­rzy doń przy­jeż­dżają, gadają o Fort Sum­ter, pra­wach sta­no­wych i Abra­ha­mie Lin­col­nie. Tyle o tym roz­pra­wiają, że umie­ram z nudów. W dodatku wszy­scy chłopcy także bez prze­rwy mówią o tym albo o swoim oddziale. Z przy­jęć urzą­dza­nych tej wio­sny nie było żad­nego pożytku, bo chłopcy nie potra­fili roz­ma­wiać o niczym innym. Jestem naprawdę szczę­śliwa, że Geo­r­gia cze­kała aż do Bożego Naro­dze­nia z przy­łą­cze­niem się do sece­sji, gdyż zruj­no­wa­łoby to także gwiazd­kowe przy­ję­cie. Jeśli jesz­cze raz powie­cie "wojna", pójdę do domu.

Rze­czy­wi­ście nie była to czcza pogróżka, Scar­lett ni­gdy bowiem nie potra­fiła znieść dłuż­szej kon­wer­sa­cji, któ­rej głów­nym tema­tem nie była ona sama. Wypo­wia­dała jed­nak tę groźbę z uśmie­chem, co pogłę­biało dołeczki na jej policz­kach. Trze­po­tała przy tym czar­nymi rzę­sami tak szybko, jak szybko motyl poru­sza skrzy­deł­kami. Chłopcy byli ocza­ro­wani, o co jej zresztą cho­dziło. Zaczęli na wyścigi prze­pra­szać Scar­lett, że tak ją zanu­dzali. Wojna jest sprawą męż­czyzn, a nie dam, tak więc dekla­ra­cję dziew­czyny wzięli za dowód jej kobie­co­ści.

- Co powie­działa mama, gdy dowie­działa się, że znowu was wyda­lono?

Chłopcy spoj­rzeli na sie­bie zmie­szani, przy­po­mi­na­jąc sobie reak­cję matki, kiedy trzy mie­siące temu wró­cili do domu z uni­wer­sy­tetu w Wir­gi­nii.

- Cóż - zaczął Stu­art. - Nie miała jesz­cze oka­zji, by powie­dzieć cokol­wiek. Wyje­cha­li­śmy z domu wcze­śnie, jesz­cze zanim wstała. Tom udał się do pań­stwa Fon­ta­ine'ów, a my przy­by­li­śmy tutaj.

- Nie powie­działa nic, kiedy przy­je­cha­li­ście wczo­raj do domu?

- Mie­li­śmy szczę­ście. Aku­rat przy­pro­wa­dzono nowego ogiera, któ­rego mama kupiła przed mie­sią­cem w Ken­tucky, i kto żyw był oczy­wi­ście w stajni. To wielki, wspa­niały koń, Scar­lett. Musisz powie­dzieć swemu tacie, by przy­je­chał go obej­rzeć. Ta bestia zdą­żyła już ugryźć chłopca sta­jen­nego i potur­bo­wać dwóch Murzy­nów mamy, któ­rzy wyszli po nią na pociąg w Jones­boro. Sko­pał też pra­wie na śmierć Tru­skawkę, sta­rego ogiera mamy. Kiedy się zja­wi­li­śmy, mama była w stajni z torbą pełną cukru i sta­rała się go uspo­koić. Szło jej zresztą zupeł­nie dobrze. Prze­ra­żeni czarni wisieli na bel­kach pod stro­pem, mama zaś prze­ma­wiała do konia jak do czło­wieka, tak że w końcu zaczął jej jeść z ręki. Nikt nie potrafi się tak obcho­dzić z końmi jak ona. Na nasz widok powie­działa: "Jeste­ście gorsi niż plagi egip­skie!". W tej wła­śnie chwili koń zaczął par­skać i wier­cić się, więc dodała: "Wyno­ście się stąd! Tylko dener­wu­je­cie mego konia. Jutro z wami poga­dam". Poszli­śmy więc do łóżek, a dziś rano wyje­cha­li­śmy z domu, nim nas przy­dy­bała. Zosta­wi­li­śmy Boyda, żeby ją ugła­skał.

- Czy nie zbije Boyda? - Scar­lett, jak wszy­scy inni w hrab­stwie, nie umiała sobie wyobra­zić, jak drobna pani Tar­le­ton potrafi robić awan­tury swym doro­słym synom i walić ich po ple­cach szpi­crutą, gdy na to zasłużą.

Beatrice Tar­le­ton była kobietą nie­zwy­kle zajętą, miała na gło­wie nie tylko wielką plan­ta­cję bawełny, setkę nie­wol­ni­ków i ośmioro dzieci, lecz także naj­więk­szą stad­ninę koni w całym sta­nie. Miała gwał­towne uspo­so­bie­nie i łatwo wpa­dała w złość z powodu czę­stych wybry­ków synów i jak­kol­wiek nikomu nie wolno było ude­rzyć jej konia czy nie­wol­nika, wie­działa, że chłop­com od lania nie sta­nie się żadna krzywda.

- Oczy­wi­ście, że nie zbije Boyda. Ni­gdy go jesz­cze nie ude­rzyła, bo jest naj­star­szy i naj­słab­szy z nas - powie­dział dumny ze swych stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu Stu­art. - To dla­tego zosta­wi­li­śmy go w domu, by jej wszystko wyja­śnił. Na litość boską, mama powinna już prze­stać nas bić. Mamy po dzie­więt­na­ście lat, Tom ma dwa­dzie­ścia jeden, a ona wciąż trak­tuje nas jak sze­ścio­lat­ków.

- Czy wasza mama poje­dzie jutro do Wil­ke­sów na nowym koniu?

- Chcia­łaby, ale papa twier­dzi, że to zbyt nie­bez­pieczne. No i dziew­częta jej nie pozwolą. Powie­działy, że mają zamiar zabrać ją tam jak damę, poje­dzie więc powo­zem.

- Mam nadzieję, że jutro nie będzie padać - stwier­dziła Scar­lett.

- Przez ostatni tydzień pada pra­wie codzien­nie. Nie ma nic gor­szego od bar­be­cue1, które prze­ra­dza się w zabawę wewnątrz domu.

- Jutro będzie upal­nie jak w czerwcu - oświad­czył Stu­art. - Spójrz na zachód słońca. Ni­gdy nie widzia­łem czer­wień­szego. Według zachodu słońca zawsze można prze­wi­dzieć pogodę na następny dzień.

Spoj­rzeli na czer­wony hory­zont poprzez bez­kre­sne, świeżo zaorane pola plan­ta­cji Geralda O'Hary. Teraz, gdy oto­czone czer­woną poświatą słońce skryło się za wzgó­rzami, za rzeką Flint, cie­pło kwiet­nio­wego dnia zni­kło i powiało orzeź­wia­ją­cym chło­dem.

Wio­sna nade­szła tego roku wcze­śnie. Wraz z cie­płymi krót­kimi desz­czami zaro­iło się nagle od różo­wego kwie­cia drzew brzo­skwi­nio­wych i podob­nych do bia­łych gwiaz­dek kwia­tów dereni, odci­na­ją­cych się od ciem­nych, pod­mo­kłych tere­nów nad rzeką i na odle­głych wzgó­rzach.

Pra­wie już zakoń­czono orkę i krwawa łuna zacho­dzą­cego słońca oble­wała szkar­ła­tem świeżo zaorane skiby czer­wo­nej geo­r­gij­skiej gliny, czy­niąc ją jesz­cze bar­dziej czer­woną. Wil­gotna zie­mia, spra­gniona zia­ren bawełny, różo­wiła się na kra­wę­dziach bruzd, w miej­scach zaś, gdzie kła­dły się na nią cie­nie, zda­wała się szkar­łatna, brą­zowa lub cyno­browa.

Dom na plan­ta­cji, zbu­do­wany z pobie­lo­nej cegły, był jakby wyspą oto­czoną groź­nym, czer­wo­nym, spie­nio­nym, falu­ją­cym, nie­spo­koj­nym morzem, które nagle znie­ru­cho­miało. Bruzdy ziemi róż­niły się tutaj od dłu­gich pro­stych row­ków, jakie widy­wano na polach w środ­ko­wej Geo­r­gii lub na poły­skli­wej, czar­nej ziemi na wybrzeżu. Nie­równą, pofał­do­waną zie­mię pół­noc­nej Geo­r­gii orano w spe­cjalny spo­sób, aby nie spły­wała, wymy­wana przez deszcz, w koryta rzek.

Ta czer­wona kra­ina, która po desz­czu przy­bie­rała kolor krwi, a w cza­sie suszy pokry­wała się cegla­nym pyłem, sta­no­wiła naj­lep­sze na świe­cie miej­sce do uprawy bawełny. Była siel­ską kra­iną bia­łych dom­ków, zaora­nych pól i pły­ną­cych leni­wie żół­tych rzek, i kra­jem wiel­kich kon­tra­stów: jaskra­wego bla­sku słońca i głę­bo­kiego cie­nia. Kar­czo­wi­ska, na któ­rych pla­no­wano zało­że­nie plan­ta­cji, i cią­gnące się kilo­me­trami pola bawełny uśmie­chały się do cie­płego słońca. Na ich skraju rosła dzie­wi­cza pusz­cza, nawet w naj­go­ręt­sze połu­dnie ciemna, chłodna i tajem­ni­cza, wręcz budząca grozę. Szu­miące sosny z odwieczną cier­pli­wo­ścią zda­wały się cze­kać na to, by z cichym wes­tchnie­niem szep­nąć ziemi: "Uwa­żaj! Uwa­żaj! Kie­dyś cię dosta­niemy. Znowu weź­miemy w swe posia­da­nie".

Do uszu zebra­nej na ganku trójki dotarło dzwo­nie­nie łań­cu­chów i uprzęży oraz gło­śny, bez­tro­ski śmiech murzyń­skich parob­ków, któ­rzy wraz z mułami wra­cali z pól. Z wnę­trza domu dobiegł łagodny głos matki Scar­lett, Ellen O'Hary, wzy­wa­jący małą czarną dziew­czynkę, która miała jej koszyk z klu­czami. Piskliwy dzie­cięcy gło­sik odpo­wie­dział: "Tak, pro­szę pani". Roz­legł się odgłos kro­ków, kie­ru­ją­cych się na tyły domu do wędzarni, gdzie Ellen wydzie­lała jedze­nie wra­ca­ją­cym z pola robot­ni­kom. Na ganku sły­chać było także brzęk por­ce­lany i srebr­nych sztuć­ców - to Pork, kamer­dy­ner, nakry­wał stół do kola­cji.

Ten ostatni dźwięk uświa­do­mił bliź­nia­kom, że o tej porze powinni być już w domu. Bali się jed­nak spoj­rzeć w oczy matce, ocią­gali się więc z odej­ściem, ocze­ku­jąc, że Scar­lett zaprosi ich na kola­cję.

- Posłu­chaj, Scar­lett, to doty­czy jutra - powie­dział Brent. - To, że byli­śmy daleko i nie wie­dzie­li­śmy nic o przy­ję­ciu ani o balu, nie jest powo­dem, byśmy mieli jutro nie tań­czyć. Chyba nie masz już zaję­tych wszyst­kich tań­ców?

- Ow­szem, wszyst­kie. Skąd mia­łam wie­dzieć o waszym powro­cie do domu? Nie mogłam ryzy­ko­wać, że w cza­sie balu będę siać pie­truszkę.

- Ty i sia­nie pie­truszki! - Chłopcy wybuch­nęli śmie­chem.

- Posłu­chaj, skar­bie. Zama­wiam u cie­bie pierw­szego walca, a Stu­art ostat­niego. No i przy kola­cji usią­dziesz koło nas. Będziemy sie­dzieć w pobliżu scho­dów, tak jak pod­czas ostat­niego balu. Popro­simy mateczkę Jincy, by znowu nam powró­żyła.

- Nie lubię prze­po­wiedni mateczki Jincy. Prze­po­wie­działa, że mam poślu­bić dżen­tel­mena o kru­czo­czar­nych wło­sach i dłu­gich czar­nych wąsach, a ja nie lubię ciem­no­wło­sych męż­czyzn.

- Wolisz raczej rudych, czyż nie? - zachi­cho­tał Brent. - A teraz obie­caj nam wszyst­kie walce oraz towa­rzy­stwo przy kola­cji!

- Jeśli nam je obie­casz, zdra­dzimy ci pewną tajem­nicę - kusił Stu­art.

- Jaką? - zapy­tała Scar­lett, pło­nąc z cie­ka­wo­ści.

- Czy masz na myśli to, co usły­sze­li­śmy wczo­raj w Atlan­cie, Stu? Jeśli tak, to wiesz prze­cież, że obie­ca­li­śmy nikomu o tym nie mówić.

- Powie­działa nam o tym panna Pitty.

- Panna jaka?

- Znasz chyba miesz­ka­jącą w Atlan­cie kuzynkę Ash­leya Wil­kesa, pannę Pit­ty­pat Hamil­ton, ciotkę Char­lesa i Mela­nii Hamil­tonów.

- Znam. Głup­szej sta­rej damy nie spo­tka­łam w życiu.

- No więc kiedy byli­śmy wczo­raj w Atlan­cie i cze­ka­li­śmy na pociąg do domu, obok sta­cji prze­jeż­dżał jej powóz. Zatrzy­mała się, by z nami poroz­ma­wiać. Powie­działa, że jutrzej­szego wie­czoru na balu u Wil­ke­sów zostaną ogło­szone pewne zarę­czyny.

- Phi. Wiem o tym - odrze­kła Scar­lett. W jej gło­sie brzmiało roz­cza­ro­wa­nie. - Tego jej głu­piego bra­tanka Char­lesa z Honey Wil­kes. Od lat wia­domo, że kie­dyś się pobiorą, nawet jeśli on robi wra­że­nie nie­zbyt tym zachwy­co­nego.

- Uwa­żasz, że to głu­pek? - zapy­tał Brent. - W cza­sie ostat­niego Bożego Naro­dze­nia pozwa­la­łaś mu bez prze­rwy krę­cić się koło sie­bie.

- Nie umia­łam temu zapo­biec. - Scar­lett wzru­szyła ramio­nami. - Sądzę, że z niego straszna baba.

- Poza tym to wcale nie o jego zarę­czyny cho­dzi - oświad­czył Stu­art z trium­fem. - Tylko Ash­leya. Z sio­strą Char­lesa, panną Mela­nią!

Wyraz twa­rzy Scar­lett nie zmie­nił się ani na jotę, ale jej usta pobie­lały nagle, jak u kogoś, kto bez ostrze­że­nia otrzy­mał potężny cios i w pierw­szej chwili pod wpły­wem szoku nie uświa­da­mia sobie jesz­cze, co się stało.

Jej zwró­cona ku Stu­ar­towi twarz pozo­stała tak nie­ru­choma, że nie­zbyt spo­strze­gaw­czy chło­pak uznał, iż Scar­lett jest po pro­stu zasko­czona i zacie­ka­wiona wia­do­mo­ścią.

- Panna Pitty powie­działa, że nie zamie­rzali ogła­szać zarę­czyn aż do przy­szłego roku, bo panna Mela nie czuje się naj­le­piej, ale ponie­waż dokoła mówi się tylko o woj­nie, obie rodziny doszły do wnio­sku, że lepiej będzie, jeśli mło­dzi pobiorą się wcze­śniej. Tak więc zosta­nie to ogło­szone jutro pod­czas kola­cji. A teraz, skoro wyja­wi­li­śmy ci sekret, musisz obie­cać nam, że będziesz sie­działa koło nas.

- Oczy­wi­ście, że będę - odparła Scar­lett mecha­nicz­nie.

- I przy­rze­kasz nam wszyst­kie walce?

- Wszyst­kie.

- Jesteś cudowna. Założę się, że chło­paki osza­leją z zazdro­ści.

- A niech sobie sza­leją - powie­dział Brent. - Potra­fimy sobie z nimi pora­dzić. Posłu­chaj, Scar­lett. Usiądź z nami także rano, na bar­be­cue.

- Co?

Stu­art powtó­rzył prośbę.

- Oczy­wi­ście.

Bliź­niacy popa­trzyli po sobie z trium­fem, ale i z pew­nym zdu­mie­niem. Choć uwa­żali, że są ulu­bio­nymi ado­ra­to­rami Scar­lett, ni­gdy wcze­śniej nie dała im tak wyraź­nie poznać, że ich wyróż­nia. Zwy­kle zmu­szała ich, by bła­gali i pro­sili, zwo­dząc ich do ostat­niej chwili. Uni­kała wią­żą­cych odpo­wie­dzi i śmiała się z ich dąsów. A teraz tak po pro­stu obie­cała im cały jutrzej­szy dzień - to, że usią­dzie z nimi, że prze­tań­czy z nimi wszyst­kie walce (a już oni zadbają o to, by nie było innych tań­ców!) i że będzie towa­rzy­szyć im przy kola­cji. Dla cze­goś takiego warto wyle­cieć z uni­wer­sy­tetu.

Pod­nie­ceni odnie­sio­nym suk­ce­sem zwle­kali z odjaz­dem, cały czas roz­ma­wia­jąc o bar­be­cue, o balu, o Ash­leyu Wil­ke­sie i Mela­nii Hamil­ton, prze­ry­wa­jąc sobie nawza­jem, dow­cip­ku­jąc i śmie­jąc się wesoło, i robiąc alu­zje, świad­czące o tym, że cze­kają na zapro­sze­nie na kola­cję. Upły­nęło nieco czasu, nim zorien­to­wali się, że Scar­lett mówi bar­dzo nie­wiele. Atmos­fera w jakiś spo­sób się zmie­niła. Znik­nął miły nastrój tego popo­łu­dnia. Scar­lett zda­wała się nie bar­dzo zwra­cać uwagę na to, co mówili, acz­kol­wiek odpo­wia­dała z sen­sem. Wyczu­wa­jąc coś, czego nie potra­fili zro­zu­mieć, zmar­twieni tym i zasmu­ceni, bliź­niacy ocią­gali się jesz­cze przez chwilę. W końcu nie­chęt­nie pod­nie­śli się, patrząc na zegarki.

Słońce stało teraz nisko nad świeżo zaora­nymi polami, a za rzeką czer­niły się lasy.

- Jeems! - zawo­łał Stu­art. Wysoki czarny chło­pak, ich rówie­śnik, pobiegł ku spę­ta­nym koniom. Jeems był ich oso­bi­stym słu­żą­cym i towa­rzy­szył im wszę­dzie, tak samo jak psy. Dano go bliź­nia­kom na wła­sność w dniu ich dzie­sią­tych uro­dzin. Na jego widok psy Tar­le­to­nów pod­nio­sły się z czer­wo­nego pyłu i patrzyły wycze­ku­jąco na swych panów. Chłopcy ukło­nili się, wymie­nili ze Scar­lett uści­ski dłoni i zapew­nili, że będą cze­kać na nią u Wil­ke­sów już od wcze­snego ranka. Pospiesz­nie prze­szli przez podwó­rze i dosie­dli koni, po czym galo­pem ruszyli cedrową aleją, macha­jąc kape­lu­szami i krzy­cząc coś na poże­gna­nie. Tuż za nimi jechał Jeems.

Kiedy Tara znik­nęła im z oczu, Brent ścią­gnął wodze i zatrzy­mał konia pod kępą dereni. Stu­art także się zatrzy­mał, a czarny chło­pak sta­nął kilka kro­ków za nimi.

Konie, czu­jąc luźne cugle, opu­ściły głowy i zaczęły sku­bać deli­katną, wio­senną trawę. Cier­pliwe psy poło­żyły się znów w mięk­kim, czer­wo­nym pyle i tęsk­nie patrzyły na jaskółki zata­cza­jące kręgi w zapa­da­ją­cym zmierz­chu. Na sze­ro­kiej, szcze­rej twa­rzy Brenta malo­wało się zdzi­wie­nie.

- Słu­chaj - powie­dział. - Czy nie wydaje ci się, że Scar­lett powinna była zapy­tać nas, czy nie zosta­niemy na kola­cji?

- Sądzę, że powinna - odparł Stu­art. - Cze­ka­łem, ale nie zro­biła tego. Jak myślisz, czemu?

- Nie mam poję­cia. Ale wydaje mi się, że mogła nas zapro­sić. W końcu to nasz pierw­szy dzień po powro­cie do domu i nie widziała nas już kawał czasu. A mie­li­śmy jesz­cze wiele innych rze­czy do opo­wie­dze­nia.

- Wyda­wało mi się, że ucie­szyła się, gdy przy­je­cha­li­śmy.

- Ja też tak myśla­łem.

- A potem, jakieś pół godziny temu, zamil­kła nagle, jakby ją roz­bo­lała głowa.

- Zauwa­ży­łem, ale nie przy­wią­zy­wa­łem do tego wagi. Jak myślisz, jaki był tego powód?

- Nie wiem. Czy przy­pusz­czasz, że powie­dzie­li­śmy coś, co ją roz­zło­ściło?

Obaj przez chwilę zasta­na­wiali się nad tym.

- Nie mogę sobie niczego takiego przy­po­mnieć. Poza tym, gdy Scar­lett się zło­ści, wszy­scy o tym wie­dzą. Nie panuje nad sobą, jak to robią inne dziew­częta.

- To wła­śnie w niej lubię. Nie tłumi swych uczuć, gdy jest wście­kła. Powie ci wszystko, co leży jej na sercu. Ale musi być coś, co powie­dzie­li­śmy lub zro­bi­li­śmy, coś, co spra­wiło, że umil­kła i zaczęła wyglą­dać na chorą. Mogę przy­siąc, że ucie­szyła się na nasz widok i była gotowa zapro­sić nas na kola­cję.

- Może to dla­tego, że wylano nas z uni­wer­sy­tetu?

- Dia­bła tam! Nie bądź głup­cem. Śmiała się, kiedy jej o tym powie­dzie­li­śmy. Poza tym Scar­lett nie bar­dziej niż my przej­muje się nauką.

Brent obró­cił się w sio­dle i zawo­łał mło­dego Murzyna.

- Jeems!

- Tak?

- Czy sły­sza­łeś, o czym roz­ma­wia­li­śmy z panną Scar­lett?

- Nie sły­szeć, pani­czu. Jakże pan przy­pusz­czać, że ja pod­słu­chi­wać roz­mowę bia­łych ludzi?

- Pod­słu­chi­wać, mój Boże! Zawsze wie­cie o wszyst­kim, co się dzieje. Widzia­łem, jak pod­sze­dłeś do ganku i zacza­iłeś się przy ścia­nie obok krzaku jaśminu. Tak więc, czy powie­dzie­li­śmy coś, co mogło roz­zło­ścić pannę Scar­lett? Albo zra­nić jej uczu­cia?

Posta­wione w ten spo­sób pyta­nie spra­wiło, że Jeems prze­stał upie­rać się, że nie sły­szał roz­mowy, i uniósł w zamy­śle­niu brwi.

- Nic takiego nie sły­szeć. Pani­cze nie powie­dzieć nic, co móc ją roz­gnie­wać. Ja myśleć, że ona ucie­szyć się, gdy was widzieć, i że się za wami stę­sk­nić. Ćwier­kać szczę­śliwa jak pta­szek. Roz­ma­wiać z wami aż do chwili, gdy wy opo­wia­dać, że panicz Ash­ley i panna Mela Hamil­ton chcieć się pobrać. Potem ona zamilk­nąć jak ptak, nad któ­rym krą­żyć jastrząb.

Bliź­niacy spoj­rzeli po sobie i poki­wali gło­wami, choć nic z tego nie rozu­mieli.

- Jeems ma rację. Nie wiem tylko, czemu tak się stało - powie­dział Stu­art. - Mój Boże! Ash­ley tylko się z nią przy­jaźni, nic wię­cej. Chyba Scar­lett nie jest w nim zako­chana? Prze­cież kocha nas.

Brent poki­wał głową na znak, że zga­dza się z bra­tem.

- A może roz­gnie­wała się, że Ash­ley nie uprze­dził jej o jutrzej­szych zarę­czy­nach? W końcu to jej stary przy­ja­ciel, a zwie­rzył się z tego komuś innemu. Dziew­czyny robią wiele hałasu o to, by o wszyst­kim wie­dzieć pierw­sze.

- Hm, mogło tak być. Ale cóż z tego, że jej nie powie­dział? Praw­do­po­dob­nie to miał być sekret i nie­spo­dzianka. Czło­wiek ma prawo trzy­mać w tajem­nicy swoje wła­sne zarę­czyny. My też byśmy o niczym nie wie­dzieli, gdyby nie ciotka panny Meli. Zresztą Scar­lett musiała wie­dzieć, że Ash­ley ma zamiar kie­dyś poślu­bić Mela­nię. Prze­cież wszy­scy wie­dzą o tym od lat. Wil­ke­so­wie i Hamil­to­no­wie zawsze żenią się ze swymi kuzy­nami. Wszy­scy więc wie­dzieli, że i oni praw­do­po­dob­nie pobiorą się pew­nego dnia, tak jak Honey Wil­kes wyj­dzie za mąż za brata panny Meli, Char­lesa.

- Ech, dajmy już temu spo­kój. Szkoda tylko, że nie zapro­siła nas na kola­cję. Nie chcę wra­cać do domu i słu­chać, jak mama pie­kli się o to, że nas wylano. To już nie będzie tak jak za pierw­szym razem.

- Może Boyd już ją do tej pory nieco ugła­skał? Wiesz, jakim adwo­ka­tem jest ten mały spry­ciarz. Zawsze potrafi ją udo­bru­chać.

- Tak, on to umie, ale potrze­buje na to czasu. Gada w kółko, aż mama jest już tym tak sko­ło­wana, że wszystko wyba­cza i każe mu oszczę­dzać głos na prak­tykę adwo­kacką. Ale nie miał pew­nie czasu, żeby choć zacząć. Założę się, że mama jest wciąż pod­eks­cy­to­wana nowym koniem i nawet nie zauwa­żyła, że wró­ci­li­śmy do domu. Zda sobie z tego sprawę, gdy sią­dzie do kola­cji i spo­strzeże Boyda. Wów­czas zacznie robić jado­wite uwagi i wymy­ślać nam. Zrobi się dzie­siąta, nim Boyd będzie miał oka­zję powie­dzieć, że to honor nie pozwo­lił nam zostać na uczelni po tym, jak rek­tor roz­ma­wiał z nami w taki spo­sób. I dopiero tuż przed pół­nocą mama skie­ruje swą złość na rek­tora i będzie pytać, czemu Boyd go nie zastrze­lił. Nie. Nie możemy teraz wró­cić do domu.

Bliź­niacy ponuro spoj­rzeli po sobie. Nie bali się dzi­kich koni, strze­la­niny ani opi­nii sąsia­dów, ale okrop­nie oba­wiali się zło­rze­czeń swej rudej matki i ude­rzeń szpi­crutą, któ­rych ni­gdy nie szczę­dziła im w osło­nięte bry­cze­sami miej­sce.

- No cóż - powie­dział Brent. - Poje­dziemy w takim razie do Wil­ke­sów. Ash­ley i dziew­częta ucie­szą się, jeśli zjemy u nich kola­cję.

Stu­art obrzu­cił brata nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Nie, nie jedźmy tam. Oni są pew­nie bar­dzo zajęci przy­go­to­wa­niami do jutrzej­szego bar­be­cue, a poza tym...

- Och, zapo­mnia­łem - domy­ślił się Brent. - Wobec tego nie poje­dziemy tam.

Cmok­nąw­szy na konie, jechali przez jakiś czas w mil­cze­niu. Ogo­rzałe policzki Stu­arta pokrył rumie­niec zakło­po­ta­nia. Jesz­cze poprzed­niego lata Stu­art zale­cał się do Indii Wil­kes, co pochwa­lały zarówno obie rodziny, jak i całe hrab­stwo. Żywiono nadzieję, że chłodna i opa­no­wana India Wil­kes sprawi, że Stu­art nieco się ustat­kuje. Stu­art nie miał nic prze­ciw temu mał­żeń­stwu, ale Brent nie wyda­wał się zachwy­cony tą per­spek­tywą. Lubił Indię, ale uwa­żał ją za pro­stą i ule­głą dziew­czynę. Nie potra­fił się w niej zako­chać, by dotrzy­mać bratu towa­rzy­stwa. Po raz pierw­szy bliź­niacy róż­nili się w upodo­ba­niach. Brent czuł się nawet nieco ura­żony uczu­ciami brata wobec dziew­czyny, która jemu samemu wcale nie wyda­wała się godna uwagi.

A potem, poprzed­niego lata na poli­tycz­nym zebra­niu w dębo­wym zagaj­niku w Jones­boro, obaj nagle zwró­cili uwagę na Scar­lett O'Harę. Znali ją od lat, od dzie­ciń­stwa była bowiem ich ulu­bioną towa­rzyszką zabaw, gdyż potra­fiła jeź­dzić konno i łazić po drze­wach rów­nie dobrze jak oni. Teraz jed­nak, ku ich zdzi­wie­niu, stała się doro­słą młodą damą, naj­bar­dziej cza­ru­jącą na świe­cie.

Po raz pierw­szy uświa­do­mili sobie, jak żywe są jej zie­lone oczy i jak głę­bo­kie ma dołeczki na policz­kach, kiedy się śmieje. Zdali sobie też sprawę, jak małe są jej dło­nie i stopy i jak wąska jest jej talia. Ich bystre uwagi bawiły ją i roz­śmie­szały. Wyła­zili ze skóry, chcąc jej się przy­po­do­bać.

To był pamiętny dzień w życiu bliź­nia­ków. Od tej pory, kiedy wra­cali doń w roz­mo­wach, zawsze zasta­na­wiali się, dla­czego wcze­śniej nie zauwa­żyli, jak uro­cza jest Scar­lett. Ni­gdy jed­nak nie odga­dli, że tego wła­śnie dnia Scar­lett posta­no­wiła zagiąć na nich parol. Nie mogła znieść myśli, że jakiś męż­czy­zna byłby skłonny poko­chać nie ją, lecz inną kobietę. Jej zabor­cza natura bun­to­wała się na widok Indii Wil­kes i Stu­arta. Nie zado­wo­liw­szy się samym Stu­ar­tem, zdo­była także uczu­cia Brenta i z wła­ści­wym sobie wdzię­kiem zawład­nęła nimi oboma.

Teraz obaj kochali się w niej, a India Wil­kes i Hetty Mun­roe z Love­joy, w któ­rej odro­binę pod­ko­chi­wał się Brent, dawno już wywie­trzały im z głów. Chłopcy nie zasta­na­wiali się nad tym, co zrobi odrzu­cony przez Scar­lett bliź­niak, gdy już dokona mię­dzy nimi wyboru. Wychylą ten kie­lich gory­czy, gdy przyj­dzie na to czas. Jak na razie byli zupeł­nie zado­wo­leni, że znowu podoba im się ta sama dziew­czyna. Nie było mię­dzy nimi zazdro­ści. Taka sytu­acja intry­go­wała sąsia­dów i nie­po­ko­iła ich matkę, która nie prze­pa­dała za Scar­lett.

- Dosta­nie­cie nie­źle w kość, kiedy ta spry­ciara wybie­rze jed­nego z was - mówiła. - A może wybie­rze obu i będzie­cie musieli poje­chać do stanu Utah, o ile mor­moni was zechcą, w co wąt­pię... Tak naprawdę boję się tylko tego, że pew­nego dnia poza­bi­ja­cie się o tę małą, dwu­li­cową, zie­lo­no­oką spry­ciarę. Cho­ciaż to aku­rat nie byłoby takie naj­gor­sze.

Od dnia owego pamięt­nego zebra­nia Stu­art nie czuł się dobrze w towa­rzy­stwie Indii. Nie dla­tego, że India robiła mu wymówki - ani spoj­rze­niem, ani gestem nie dała mu poznać, że jest świa­doma gwał­tow­nej zmiany w jego uczu­ciach. Była damą. Ale Stu­arta drę­czyło poczu­cie winy i czuł się w jej towa­rzy­stwie nie­swojo. Wie­dział, że roz­ko­chał ją w sobie, że India wciąż go kocha, a w głębi duszy czuł, że nie postą­pił z nią jak dżen­tel­men. Wciąż lubił ją ogrom­nie i sza­no­wał za chłodną wytwor­ność, wykształ­ce­nie i wszyst­kie wspa­niałe cechy, jakie posia­dała. Ale, do dia­bła, zawsze była taka sama - blada i nie­in­te­re­su­jąca. Jak mogła się więc rów­nać z bystrą, zmienną i pełną uroku Scar­lett? Już z góry można było prze­wi­dzieć, co zrobi India, pod­czas gdy Scar­lett zawsze pozo­sta­wała nie­obli­czalna. Mogło to dopro­wa­dzić czło­wieka do szału, ale też sta­no­wiło jej nie­zwy­kły urok.

- No cóż, w takim razie poje­dziemy na kola­cję do domu Cade'a Calverta. Scar­lett mówiła, że Cath­leen przy­je­chała z Char­le­stonu. Może przy­wio­zła jakieś nowe wie­ści o Fort Sum­ter.

- Cath­leen? Z pew­no­ścią nie ma nawet poję­cia, iż fort leży przy wej­ściu do portu. Tym bar­dziej zaś nie wie nic o tym, że pełno tam było Jan­ke­sów, dopóki ich nie wyku­rzy­li­śmy. Potrafi tylko opo­wia­dać o balach, na któ­rych tań­czyła, i o kawa­le­rach, któ­rych zdo­była.

- W każ­dym razie zabaw­nie jest słu­chać jej papla­niny. A poza tym potrzebne nam miej­sce, gdzie mogli­by­śmy posie­dzieć, zanim mama pój­dzie spać.

- Nic z tego! Lubię Cath­leen. Uwa­żam, że jest zabawna. Chęt­nie też posłu­chał­bym jej opo­wie­ści o Ret­cie i innych miesz­kań­cach Char­le­stonu, ale nie wysie­dzę przy stole z jej jan­ke­ską maco­chą.

- Nie bądź dla niej zbyt surowy, Stu­ar­cie. Ona chce dobrze.

- Wiem, ale nic nie mogę na to pora­dzić. Stara się, byśmy się tam poczuli jak u sie­bie, ale w końcu zawsze powie lub zrobi coś abso­lut­nie nie­do­pusz­czal­nego. Dener­wuje mnie! I myśli, że połu­dniowcy są dzi­kimi bar­ba­rzyń­cami. Nawet powie­działa to mamie. Lęka się połu­dniow­ców. Zawsze, gdy tam jeste­śmy, robi wra­że­nie śmier­tel­nie prze­ra­żo­nej. Jej jasne, wystra­szone oczy są zupeł­nie pozba­wione wyrazu, a ona sama przy­po­mina mi chudą kurę sie­dzącą na krze­śle jak na grzę­dzie, gotową zatrze­po­tać skrzy­dłami i zagda­kać, gdy tylko ktoś zrobi jakiś ruch.

- Cóż, nie możemy jej za to winić. W końcu zra­ni­łeś Cade'a w nogę.

- Gdy­bym nie był pijany, nie zro­bił­bym tego - powie­dział Stu­art. - Cade nie miał o to ni­gdy pre­ten­sji. Tak samo jak Cath­leen, Raiford i pan Calvert. Tylko ta jan­ke­ska maco­cha zaczęła się drzeć i oskar­żać mnie o to, że jestem dzi­kim bar­ba­rzyńcą. Wciąż powta­rzała, że porządni ludzie nie mogą być bez­pieczni wśród nie­cy­wi­li­zo­wa­nych miesz­kań­ców Połu­dnia.

- Cóż, nie możesz mieć o to do niej żalu. To Jan­ke­ska, któ­rej nie wpo­jono dobrych manier. A poza tym postrze­li­łeś jej pasierba.

- No dobra! Ale to nie powód, żeby mi ubli­żać. Jesteś rodzo­nym synem naszej mamy, a czy mama zmar­twiła się, gdy Tonio Fon­ta­ine postrze­lił cię w nogę? Nie, wezwała tylko sta­rego dok­tora Fon­ta­ine'a, by zało­żył opa­tru­nek, i zapy­tała go, czemu Tonio tak kiep­sko strzela. Powie­działa, że jej zda­niem to alko­hol pozba­wił go cel­no­ści. Pamię­tasz, jak bar­dzo roz­wście­czyło to Tonia? - Chłopcy wybuch­nęli śmie­chem.

- Mama jest nie­zwy­kła - powie­dział Brent. - Zawsze można być pew­nym, że zrobi to, co potrzeba, i ni­gdy cię nie zawsty­dzi w obec­no­ści innych ludzi.

- To prawda, ale jest wielce praw­do­po­dobne, że dziś wie­czór, gdy dotrzemy do domu, zrobi nam wstyd przy ojcu i dziew­czę­tach - smutno wes­tchnął Stu­art. - Wiesz, Brent, myślę, że nie poje­dziemy do Europy. Mama powie­działa, że jeśli wyrzucą nas z następ­nej uczelni, nie będziemy mieli naszej wiel­kiej podróży.

- I co z tego? Co nas to obcho­dzi? Co można zoba­czyć w tej Euro­pie? Założę się, że cudzo­ziemcy nie zdo­ła­liby nam poka­zać ani jed­nej rze­czy, któ­rej nie mie­li­by­śmy w Geo­r­gii. Idę o zakład, że ich konie nie są rów­nie szyb­kie jak nasze, a dziew­czyny rów­nie piękne, i jestem pewien, że nie mają żyt­niej whi­sky, która mogłaby się rów­nać z trun­kami ojca.

- Ash­ley Wil­kes mówił, że są tam wspa­niałe widoki i piękna muzyka. Polu­bił Europę. Wciąż o niej opo­wiada.

- Wiesz prze­cież, jacy są Wil­ke­so­wie. Mają bzika na punk­cie muzyki, ksią­żek i kra­jo­bra­zów. Według mamy to dla­tego, iż ich dzia­dek przy­był tu z Wir­gi­nii. Podobno Wir­giń­czycy przy­kła­dają wielką wagę do tych spraw.

- Co kto lubi. Daj mi dobrego konia, tro­chę dobrego alko­holu, przy­zwo­itą dziew­czynę do zalo­tów i mniej przy­zwo­itą do zabawy - i to wystar­czy. Czy naprawdę mar­twisz się, że stra­cimy tę podróż? A gdy­by­śmy byli w Euro­pie, gdy wojna wybuch­nie? Nie zdo­ła­li­by­śmy szybko powró­cić do domu. Wolę iść na wojnę, niż pły­nąć do Europy.

- Ja także... Słu­chaj, Brent! Wymy­śli­łem, gdzie mogli­by­śmy zjeść. Prze­jedźmy przez bagno do domu Abla Wyn­dera. Zawia­do­mimy go, że wszy­scy czte­rej jeste­śmy znowu w domu, gotowi na roz­po­czę­cie musz­try.

- Dosko­nały pomysł - zawo­łał Brent z entu­zja­zmem. - Wysłu­chamy wszyst­kich nowin o naszym oddziale i dowiemy się, jaki w końcu kolor wybrano na mun­dury.

- Jeśli taki, jaki mają woj­ska żuawów, to nie przy­łą­czę się do oddziału. Czuł­bym się jak baba w tych wor­ko­wa­tych, czer­wo­nych por­t­kach. Przy­po­mi­nają mi dam­skie fla­ne­lowe reformy.

- Czy pani­cze chcieć jechać do pana Wyn­dera? Bo jeśli tak, to pani­cze nie dostać duża kola­cja - powie­dział Jeems. - Ich kucharka umrzeć i oni jesz­cze nie kupić nowej. Oni wziąć sobie na kucharkę robot­nicę z pola. Murzyni powie­dzieć mi, że ona być naj­gor­sza kucharka w hrab­stwie.

- Dla­czego więc nie kupią sobie nowej?

- Jakże biała bie­dota, te śmieci, móc sobie pozwo­lić na kupo­wa­nie Murzy­nów? Prze­cież oni ni­gdy nie mieć wię­cej niż czte­rech.

W gło­sie Jeemsa sły­chać było głę­boką pogardę. To, że Tar­le­to­no­wie mieli stu nie­wol­ni­ków, gwa­ran­to­wało pozy­cję spo­łeczną Jeemsa. Jak wszy­scy Murzyni z wiel­kich plan­ta­cji patrzył z góry na wła­ści­cieli małych farm, któ­rzy posia­dali nie­wielu nie­wol­ni­ków.

- Złoję ci za to skórę! - wrza­snął roz­złosz­czony Stu­art. - Nie nazy­waj Abla Wyn­dera białą bie­dotą. Z pew­no­ścią jest biedny, ale nie jest śmie­ciem. I niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę, by kto­kol­wiek, biały czy czarny, obra­żał go. W całym hrab­stwie nie ma lep­szego czło­wieka. I dla­tego oddział wybrał go na porucz­nika.

- Tego to ja ni­gdy nie rozu­mieć - odrzekł Jeems, nie­zbyt prze­jęty krzy­kiem swego pana. - Mnie się zda­wać, że na ofi­ce­rów powinni wybie­rać boga­tych panów, a nie śmieci z bagien.

- On nie jest śmie­ciem! Chcesz go porów­nać z rodziną Slat­te­rych? To jest praw­dziwa biała bie­dota. Abel po pro­stu nie jest bogaty. Jest wła­ści­cie­lem małej farmy, a nie wiel­kiej plan­ta­cji i jeśli chłopcy powa­żają go na tyle, by wybrać na porucz­nika, to żaden czar­nuch nie powi­nien mówić o nim tak bez­czel­nie. Oddział wie, co robi.

Szwa­dron kawa­le­rii zor­ga­ni­zo­wano przed trzema mie­sią­cami, tego samego dnia, gdy Geo­r­gia ogło­siła sece­sję z Unii. Od tego czasu rekruci wyglą­dali wojny. Oddział nie miał jesz­cze nazwy, nie z braku pomy­słów jed­nak. Każdy po pro­stu zażar­cie trwał przy swoim i nie chciał ustą­pić. Sytu­acja miała się podob­nie z kolo­rem i kro­jem mun­du­rów. Wszyst­kie pro­po­no­wane nazwy miały swo­ich obroń­ców. "Clay­toń­skie dzi­kie koty", "Poże­ra­cze ognia", "Huza­rzy Pół­noc­nej Geo­r­gii", "Żuawi", "Strzelcy kra­jowi" (cho­ciaż szwa­dron miał być uzbro­jony nie w strzelby, lecz w pisto­lety, sza­ble i noże myśliw­skie), "Sza­rzy z Clay­tonu", "Krew i pio­run", "Twar­dzi i zawsze gotowi". Do chwili roz­strzy­gnię­cia tej kwe­stii wszy­scy nazy­wali oddział Szwa­dronem.

Ofi­ce­rów wybie­rano w gło­so­wa­niu, bowiem w całym hrab­stwie nie było nikogo, kto miałby jakieś doświad­cze­nie woj­skowe. Wyją­tek sta­no­wiło kilku wete­ra­nów z wojen mek­sy­kań­skiej i semi­nol­skiej, ale ochot­nicy two­rzący szwa­drony nie uzna­liby za swego przy­wódcę wete­rana, któ­rego by nie lubili i który nie cie­szyłby się ich zaufa­niem. Wszy­scy cenili czte­rech chłop­ców Tar­le­to­nów i trzech Fon­ta­ine'ów, ale nie­stety musieli zre­zy­gno­wać z wybra­nia ich. Tar­le­to­no­wie bowiem upi­jali się zbyt szybko i uwiel­biali póź­niej doka­zy­wać, Fon­ta­ine'owie zaś byli awan­tur­ni­kami o mor­der­czych instynk­tach. Na kapi­tana wybrano Ash­leya Wil­kesa, bo naj­le­piej w całym hrab­stwie jeź­dził konno. Miano także nadzieję, że zdoła utrzy­mać w oddziale względny porzą­dek. Porucz­ni­kiem został Raiford Calvert, bo wszy­scy go lubili, pod­po­rucz­ni­kiem nato­miast Abel Wyn­der, wła­ści­ciel małej farmy, syn tra­pera z bagien.

Abel Wyn­der był bystrym, choć ponu­rym i nie­pi­śmien­nym olbrzy­mem o szla­chet­nym sercu. Był star­szy od innych chłop­ców, a wobec kobiet oka­zy­wał maniery rów­nie dobre co oni, jeśli nie lep­sze. W Szwa­dro­nie wystrze­gano się sno­bi­zmu. Zbyt wielu ojców czy dziad­ków żoł­nie­rzy Szwa­dronu doszło do bogac­twa, zaczy­na­jąc od małych farm. Ponadto Abel strze­lał naj­le­piej z całego oddziału. Umiał tra­fić w oko wie­wiórkę z odle­gło­ści sie­dem­dzie­się­ciu metrów. Wie­dział też wszystko o życiu pod gołym nie­bem, umiał roz­pa­lać ogni­sko w cza­sie desz­czu, tro­pić zwie­rzęta i znaj­do­wać wodę. Szwa­dron potra­fił doce­nić te zalety. Poza tym lubiano go. Abel przy­jął to wyróż­nie­nie z powagą. Nie oka­zy­wał żad­nej nie­sto­sow­nej zaro­zu­mia­ło­ści. Jed­nak zupeł­nie ina­czej niż z męż­czy­znami sprawa miała się z żonami plan­ta­to­rów i ich nie­wol­ni­kami - ci nie potra­fili zapo­mnieć o tym, że Abel nie uro­dził się dżen­tel­me­nem.

Począt­kowo do Szwa­dronu wstę­po­wali tylko syno­wie plan­ta­to­rów, dżen­tel­meni, któ­rych stać było na pełne wypo­sa­że­nie. Każdy z nich miał wła­snego konia, broń, ekwi­pu­nek, mun­dur i ordy­nansa. W mło­dym hrab­stwie Clay­ton nie było jed­nak wystar­cza­jąco dużo boga­tych plan­ta­to­rów, żeby zebrać oddział w peł­nym skła­dzie. Dla­tego nie­zbędna oka­zała się mobi­li­za­cja synów wła­ści­cieli małych farm, myśli­wych z głę­bo­kich lasów, tra­pe­rów z bagien, a nawet, w bar­dzo nie­licz­nych przy­pad­kach, tych, któ­rych nazy­wano białą bie­dotą.

Ci mło­dzi męż­czyźni rów­nie gorąco pra­gnęli wal­czyć z Jan­ke­sami, co ich bogatsi sąsie­dzi. Poja­wiła się jed­nak deli­katna sprawa pie­nię­dzy. Nie­wielu wła­ści­cieli małych farm posia­dało konie. Prace gospo­dar­skie na far­mach wyko­ny­wali za pomocą mułów, a i tych zwie­rząt nie mieli zbyt dużo. Jeśliby nawet Szwa­dron zgo­dził się na uży­cie mułów w zastęp­stwie koni - a sta­now­czo się temu sprze­ci­wił - i tak far­me­rzy nie mogliby się bez nich obyć. Jeśli zaś szło o białą bie­dotę, uwa­żała się za cał­kiem zamożną, posia­da­jąc choćby jed­nego muła... Myśliwi z głę­bo­kich lasów i miesz­kańcy bagien nie mieli ani koni, ani mułów. Żyli wyłącz­nie tym, co dawała ich zie­mia i co zdo­łali upo­lo­wać. Zaj­mo­wali się zwy­kle han­dlem wymien­nym i przez cały rok rzadko widy­wali pięć dola­rów w gotówce. Konie i umun­du­ro­wa­nie były więc poza zasię­giem ich moż­li­wo­ści. Mimo ubó­stwa byli jed­nak rów­nie dumni jak plan­ta­to­rzy: nie przy­ję­liby od swych boga­tych sąsia­dów niczego, jeśli wyglą­da­łoby to na jał­mużnę. Zatem, by nikogo nie ura­zić, ojciec Scar­lett, John Wil­kes, Buck Mun­roe, Jim Tar­le­ton i Hugh Calvert, a więc wła­ści­wie wszy­scy wielcy plan­ta­to­rzy hrab­stwa, z wyjąt­kiem Angusa MacIn­to­sha, ofia­ro­wali pie­nią­dze na wypo­sa­że­nie Szwa­dronu. Koniec koń­ców każdy plan­ta­tor zgo­dził się zapła­cić nie tylko za wyekwi­po­wa­nie swo­ich synów, ale i za kilku obcych. Zała­twiono to jed­nak w taki spo­sób, że ubożsi ochot­nicy mogli przy­jąć konie i mun­dury bez ujmy dla honoru.

Szwa­dron zbie­rał się w Jones­boro dwa razy na tydzień, by ćwi­czyć musz­trę i wspól­nie marzyć o roz­po­czę­ciu wojny. Wypo­sa­ża­nie oddziału nie zostało jesz­cze zakoń­czone i nie wszy­scy dostali konie. Ci jed­nak, któ­rzy je mieli, odby­wali na łące za budyn­kiem sądu to, co w ich poję­ciu było kawa­le­ryj­skimi manew­rami - wzbi­jali wiel­kie tumany kurzu, wrzesz­czeli aż do ochryp­nię­cia i wyma­chi­wali zdję­tymi ze ściany sza­blami z cza­sów wojny o nie­pod­le­głość. Ci, któ­rzy wciąż nie mieli koni, sia­dali na schod­kach przed skle­pem Bul­larda i obser­wo­wali swych przy­ja­ciół, żując tytoń i opo­wia­da­jąc prze­różne histo­ryjki. Urzą­dzali też zawody strze­lec­kie. Nie było potrzeby uczyć strze­la­nia żad­nego spo­śród tych męż­czyzn. Więk­szość połu­dniow­ców rodziła się z rewol­we­rem w dłoni, a dzięki czę­stym polo­wa­niom wszy­scy sta­wali się zna­ko­mi­tymi strzel­cami. Na każ­dym prze­glą­dzie poja­wiały się naj­róż­niej­sze rodzaje broni, przy­wie­zio­nej z domu plan­ta­to­rów i chat na bagnach: dłu­gie strzelby, uży­wane w cza­sie pierw­szego prze­mar­szu przez wyżynę Alle­ghery, kara­biny łado­wane od przodu, które ode­brały życie nie­jed­nemu India­ni­nowi w począt­kach ist­nie­nia Geo­r­gii, pisto­lety moco­wane do sio­deł z roku 1812, uży­wane w cza­sie wojen semi­nol­skiej i mek­sy­kań­skiej, posre­brzane pisto­lety do poje­dyn­ków, pisto­lety kie­szon­kowe, prze­zna­czone do polo­wań dwu­rurki i nowe, angiel­skie kara­biny o pole­ro­wa­nych kol­bach z dosko­na­łego drewna.

Ćwi­cze­nia koń­czyły się zawsze w salo­onach Jones­boro. Wie­czo­rem wybu­chało tam tak wiele bójek, że ofi­ce­ro­wie z tru­dem zapo­bie­gali nie­po­trzeb­nym stra­tom, pono­szo­nym przez ich oddział. W cza­sie jed­nej z tych awan­tur Stu­art Tar­le­ton zra­nił Cade'a Calverta, a Tony Fon­ta­ine Brenta Tar­le­tona. W cza­sie orga­ni­zo­wa­nia Szwa­dronu bliź­niacy byli w domu, bowiem wła­śnie wyda­lono ich z uni­wer­sy­tetu w Wir­gi­nii, z entu­zja­zmem zacią­gnęli się więc do oddziału. Jed­nak przed dwoma mie­sią­cami, wkrótce po nie­szczę­snej strze­la­ni­nie, matka wysłała ich na uni­wer­sy­tet sta­nowy, pole­ca­jąc, by tym razem sie­dzieli spo­koj­nie. Chłop­com okrut­nie bra­ko­wało tam sil­nych wra­żeń i uwa­żali, że szkoda tra­cić czas na edu­ka­cję, gdy można jeź­dzić konno, krzy­czeć i strze­lać razem z przy­ja­ciółmi.

- Dobrze więc, ruszajmy przez pola do domu Abla - zgo­dził się Brent. - Możemy poje­chać przez bród w posia­dło­ści pana O'Hary i pastwi­sko Fon­ta­ine'ów. Migiem dotrzemy na miej­sce.

- My nie dostać tam do jedze­nia nic prócz oposa z warzy­wami - pro­te­sto­wał Jeems.

- Ty w ogóle nic nie dosta­niesz. - Stu­art uśmiech­nął się szy­der­czo. - Poje­dziesz do domu i powiesz mamie, że nie zja­wimy się na kola­cji.

- Nie, nie! - zawo­łał prze­stra­szony Jeems. - Ja nie jechać! To nic zabaw­nego jechać do pani Beatrice, ona mnie jak zwy­kle skrzy­czeć. Naj­pierw zapy­tać, czemu ja pozwo­lić, żeby wy wyle­cieć ze szkoły. Potem zapy­tać, dla­czego ja dziś wie­czo­rem nie przy­pro­wa­dzić pani­czów do domu, żeby ona ich zlać. A potem ona mnie zwy­my­ślać, że to wszystko moja wina. Jak mnie pani­cze nie zabrać do pana Wyn­dera, to ja prze­le­żeć całą noc w lesie. Móc mnie zła­pać patrol, ale ja woleć, żeby patrol mnie zła­pać, niż roz­ma­wiać z panią Beatrice, gdy ona być zła.

Zakło­po­tani bliź­niacy z obu­rze­niem spoj­rzeli na zde­ter­mi­no­wa­nego Jeemsa.

- On jest naprawdę tak głupi, że może go zła­pać patrol. Wtedy mama mia­łaby kolejną sprawę, o któ­rej mogłaby gadać całymi tygo­dniami. Cho­lera, z czar­nu­chami są same kło­poty. Cza­sami myślę, że abo­li­cjo­ni­ści mają rację.

- No cóż, nie byłoby w porządku, gdy­by­śmy zmu­sili Jeemsa do tego, czego sami się boimy. Musimy go zabrać. Ale posłu­chaj, ty zuchwały, czarny głup­cze, jeśli zaczniesz się prze­chwa­lać przed Murzy­nami Wyn­dera i choćby napo­mkniesz, że my przez cały czas jadamy pie­czone kur­czaki i szynkę, pod­czas gdy oni nie mają nic poza kró­li­kami i opo­sami, ja... ja powiem mamie. I nie pozwo­limy ci jechać na wojnę.

- Prze­chwa­lać się? Ja prze­chwa­lać się przed tymi bied­nymi Murzy­nami? Nic z tego, pani­czu, ja być dobrze wycho­wany. Czy pani Beatrice nie uczyć mnie dobrych manier tak samo jak was?

- Jeśli cho­dzi o nas, to nie­zbyt się jej udało - powie­dział Stu­art. - No, jedźmy wresz­cie.

Zawró­cił swego wiel­kiego kasz­tanka, spiął go ostro­gami i z łatwo­ścią prze­sko­czył przez uszko­dzony płot na miękką zie­mię plan­ta­cji Geralda O'Hary. Koń Brenta poszedł w ślady kasz­tanka. Na końcu ska­kał Jeems, z całych sił ści­ska­jąc łęk i koń­ską grzywę. Jeems nie prze­pa­dał za ska­ka­niem przez płoty, ale ponie­waż musiał trzy­mać się bli­sko swo­ich panów, zda­rzało mu się już prze­sa­dzać i więk­sze prze­szkody.

W zapa­da­ją­cych ciem­no­ściach jechali mię­dzy czer­wo­nymi bruz­dami w dół wzgó­rza, kie­ru­jąc się w stronę brodu.

- Hej, Stu! - zawo­łał do brata Brent, jesz­cze raz powra­ca­jąc do prze­rwa­nego tematu. - Czy nie wyda­wało ci się, że Scar­lett zamie­rzała zapro­sić nas na kola­cję?

- Cały czas tak myśla­łem - odkrzyk­nął Stu­art. - Ale czemu nie zapro­siła?

Rozdział 2

Gdy bliź­niacy odje­chali i gdy uci­chły odgłosy kopyt, Scar­lett jak we śnie cof­nęła się do swego krze­sła. Całą twarz miała zdrę­twiałą jakby z bólu. Wargi bolały ją zaś rze­czy­wi­ście od nie­ustan­nego uśmie­cha­nia się z przy­mu­sem, co miało unie­moż­li­wić gościom odkry­cie jej tajem­nicy. Opa­dła ciężko na krze­sło, pod­wi­ja­jąc jedną nogę. Serce miała prze­peł­nione cier­pie­niem. Chwi­lami zda­wało się, że wysko­czy jej z piersi, biło przy tym dziw­nie nie­re­gu­lar­nie. Miała zimne ręce. Drę­czyło ją poczu­cie klę­ski, a na jej twa­rzy malo­wały się ból i zasko­cze­nie roz­piesz­cza­nego dziecka, które zawsze sta­wiało na swoim i które teraz, po raz pierw­szy, spo­tyka się z prze­ciw­no­ściami losu.

Ash­ley ożeni się z Mela­nią Hamil­ton!

Och, to nie może być prawda! Bliź­niacy są w błę­dzie. Stała się obiek­tem jed­nego z ich żar­tów. Ash­ley nie mógłby zako­chać się w Mela­nii. Nikt nie mógłby poko­chać tak nie­cie­ka­wej osóbki. Scar­lett z lek­ce­wa­że­niem przy­po­mniała sobie po dzie­cię­cemu chudą figurę Mela­nii i jej poważną twarz w kształ­cie serca, tak pospo­litą, że aż nie­ładną. Przez ostat­nie mie­siące Ash­ley nie mógł się z nią widy­wać. Od czasu zeszło­rocz­nego przy­ję­cia w Dwu­na­stu Dębach odwie­dził Atlantę nie wię­cej niż dwa razy. Nie, Ash­ley nie kochał się w Mela­nii - była tego pewna - bo kochał się w niej.

Sły­sząc cięż­kie kroki Mammy, od któ­rych drżała pod­łoga w holu, Scar­lett usia­dła pro­sto i spró­bo­wała nadać swej twa­rzy pogodny wyraz. Nie można dopu­ścić do tego, by Mammy zaczęła podej­rze­wać, że coś jest nie w porządku. Mammy uwa­żała, że ciała i dusze O'Harów należą do niej i że ich sekrety są jej sekre­tami. Nawet cień tajem­nicy wystar­czał, by ruszyła jej tro­pem, zawzięta jak pies goń­czy. Scar­lett wie­działa z doświad­cze­nia, że jeśli cie­ka­wość Mammy nie zosta­nie od razu zaspo­ko­jona, przed­stawi ona tę sprawę Ellen, a wtedy Scar­lett będzie zmu­szona albo wyja­wić wszystko matce, albo wymy­ślić jakieś wia­ry­godne kłam­stwo.

Mammy wyło­niła się z holu. Była to potężna, stara kobieta o małych, bystrych oczach sło­nia. Jako czy­stej krwi Afry­kanka miała czarną, lśniącą skórę. Cał­ko­wi­cie oddana O'Harom, była pod­porą Ellen i tra­ge­dią dla jej trzech córek oraz postra­chem dla pozo­sta­łych słu­żą­cych, miesz­ka­ją­cych w domu. Mammy była Murzynką, ale jej kodeks moralny i duma dorów­ny­wały poczu­ciu moral­no­ści i dumie jej wła­ści­cieli. Wycho­wała się w sypialni Solange Robil­lard, matki Ellen O'Hary, deli­kat­nej, sztyw­nej i zaro­zu­mia­łej Fran­cuzki, która swym dzie­ciom i słu­żą­cym nie szczę­dziła zasłu­żo­nych kar za każde naru­sze­nie form towa­rzy­skich. Była pia­stunką Ellen i po jej ślu­bie wyru­szyła z nią z Savan­nah w głąb kraju. Mammy ze szcze­gól­nym upodo­ba­niem karała tych, któ­rych kochała. A ponie­waż jej miłość do Scar­lett i duma z niej nie miały gra­nic, przeto i karom ni­gdy nie było końca.

- Czy mło­dzi pano­wie odje­chać? Jak to się stać, że ty nie pro­sić ich, by oni zostać na kola­cji, panienko Scar­lett? Ja kazać Porkowi podać dla nich dwa dodat­kowe tale­rze. Co ty mieć za maniery?

- Och, tak czu­łam się zmę­czona słu­cha­niem ich gada­nia o woj­nie, że nie ścier­pia­ła­bym już tego przy kola­cji. Zwłasz­cza że tata pew­nie by się dołą­czył i zaczął wyrze­kać na pana Lin­colna.

- Ty wcale nie mieć manier, jak robot­nica z pola, cho­ciaż pani Ellen i ja tak się nad tobą napra­co­wać. I ty sie­dzieć tutaj bez szala! Nocny chłód coraz bli­żej! Jak­bym ja ci w kółko nie mówić, że ty móc dostać ataku gorączki od sie­dze­nia w nocy bez niczego na ramio­nach! Ty iść do domu, panienko Scar­lett.

Scar­lett odwró­ciła się od Mammy z udaną obo­jęt­no­ścią, cie­sząc się, że wyraz jej twa­rzy uszedł uwagi niani, zaab­sor­bo­wa­nej sprawą szala.

- Nie, chcę posie­dzieć tutaj i obser­wo­wać zachód słońca. Jest tak cudowny. Idź i przy­nieś mi szal. Pro­szę, Mammy. Posie­dzę tutaj, aż tatuś wróci do domu.

- Twój głos brzmieć tak, jakby ty już zła­pać prze­zię­bie­nie - powie­działa podejrz­li­wie Mammy.

- Nie, wcale nie - nie­cier­pli­wie odrze­kła Scar­lett. - Przy­nieś szal.

Mammy cięż­kim kro­kiem powlo­kła się do holu. Scar­lett sły­szała, jak woła cicho do poko­jówki na pię­trze:

- Hej, Rosa! Zrzuć mi szal panienki Scar­lett! - Potem zaś krzyk­nęła gło­śniej: - Co za paskudna Murzynka! Ni­gdy jej nie być. Żad­nego z niej pożytku. Przez nią ja sama musieć tam wejść i wziąć szal.

Scar­lett usły­szała skrzy­pie­nie scho­dów i cicho wstała. Gdy Mammy powróci, będzie cią­gnąć dalej swój wykład o nie­go­ścin­no­ści Scar­lett. A Scar­lett czuła, że nie wytrzyma papla­niny na tak błahy temat, gdy pęka jej serce. Sto­jąc nie­zde­cy­do­wa­nie i waha­jąc się, gdzie się scho­wać, dopóki ból w piersi tro­chę nie zelżeje, wpa­dła na pomysł, który obu­dził w niej pro­myk nadziei. Tego popo­łu­dnia jej ojciec poje­chał do Dwu­na­stu Dębów, na plan­ta­cję Wil­kesa, żeby kupić Dil­cey, grubą żonę lokaja Porka. Dil­cey była w Dwu­na­stu Dębach sze­fową służby i aku­szerką. Przez sześć mie­sięcy, od dnia ślubu, Pork dniami i nocami zadrę­czał swego pana, by kupił Dil­cey, żeby mał­żon­ko­wie mogli zamiesz­kać na jed­nej plan­ta­cji. Tego popo­łu­dnia Gerald poje­chał wresz­cie, by zapro­po­no­wać jej kupno.

Na pewno - pomy­ślała Scar­lett - tatuś będzie wie­dział, czy ta okropna histo­ria jest praw­dziwa. Nawet jeśli nie usły­szałby nic na ten temat, zapewne coś by zauwa­żył. Wyczułby jakieś pod­nie­ce­nie w rodzi­nie Wil­ke­sów. Jeśli tylko uda mi się z nim zoba­czyć sam na sam przed kola­cją, może odkryję prawdę - prze­ko­nam się, że to tylko jeden z tych okrop­nych kawa­łów bliź­nia­ków.

Zbli­żał się czas powrotu Geralda i jeśli chciała zoba­czyć się z nim na osob­no­ści, musiała udać się tam, gdzie wio­dąca do domu dróżka łączyła się z trak­tem. Zeszła cicho po scho­dach i obej­rzała się przez ramię, upew­nia­jąc się, że Mammy nie obser­wuje jej z okien na górze. Nie dostrze­ga­jąc śnież­no­bia­łego tur­banu i sze­ro­kiej czar­nej twa­rzy spo­glą­da­ją­cej z dez­apro­batą zza powie­wa­ją­cych fira­nek, śmiało unio­sła swą zie­loną suk­nię w kwiaty i pobie­gła ścieżką w dół, w stronę drogi, tak szybko, jak tylko potra­fiły nieść ją nogi w małych, sznu­ro­wa­nych tasiemką trze­wi­kach.

Ciemne cedry po obu stro­nach żwi­ro­wej drogi dojaz­do­wej two­rzyły wyso­kie skle­pie­nie, które prze­mie­niało długą aleję w mroczny tunel. Gdy tylko zna­la­zła się pod sęka­tymi gałę­ziami cedrów, zwol­niła, wie­dząc, że jest już z domu nie­wi­doczna. Nie mogła zła­pać tchu. Zbyt mocno ścią­gnięty gor­set bar­dzo utrud­niał oddy­cha­nie, ale mimo to sta­rała się iść tak szybko, jak tylko mogła. Wkrótce dotarła do końca alei przy głów­nej dro­dze, zatrzy­mała się jed­nak dopiero za zakrę­tem, gdy osło­niła ją wielka kępa drzew.

Zaczer­wie­niona i zdy­szana usia­dła na pniu, cze­ka­jąc na ojca. Wła­ści­wie już powi­nien był wró­cić, ale cie­szyła się, że się spóź­nia. Ta zwłoka powinna dać jej czas na uspo­ko­je­nie odde­chu i przy­bra­nie odpo­wied­niego wyrazu twa­rzy, tak by nic nie wzbu­dziło jego podej­rzeń. W każ­dej chwili ocze­ki­wała, że usły­szy stu­kot koń­skich kopyt i zoba­czy go jak zwy­kle zjeż­dża­ją­cego ze wzgó­rza na łeb na szyję. Ale czas mijał, a Gerald nie przy­jeż­dżał. Gdy wyglą­dała za nim na drogę, jej serce znów prze­peł­nił ból.

Och, to nie może być prawda! - pomy­ślała. - Dla­czego wciąż go nie ma?

Jej oczy prze­szu­ki­wały krętą, krwi­sto­czer­woną po poran­nym desz­czu drogę. Przy­po­mi­nała sobie, któ­rędy ona bie­gła. W dół wzgó­rza do leni­wej rzeki Flint, a potem przez jej bagni­ste, zaro­śnięte koryto i w górę do Dwu­na­stu Dębów, gdzie miesz­kał Ash­ley. Wła­śnie tam pro­wa­dziła - do Ash­leya, do pięk­nego domu z bia­łymi kolum­nami, który zwień­czał pagó­rek jak grecka świą­ty­nia.

Och Ash­leyu, Ash­leyu - pomy­ślała, a jej serce zaczęło bić szyb­ciej. Lodo­waty strach i świa­do­mość klę­ski, które cią­żyły jej od chwili, gdy chłopcy Tar­le­to­nów powtó­rzyli jej tę straszną plotkę, odsu­nęły się na dal­szy plan. Ich miej­sce zajęła namięt­ność, we wła­dzy któ­rej Scar­lett pozo­sta­wała przez ostat­nie dwa lata.

Teraz dzi­wiło ją, że gdy była pod­lot­kiem, Ash­ley ni­gdy nie wyda­wał jej się pocią­ga­jący. Zawsze krę­cił się w pobliżu, lecz ona nie poświę­cała mu ani jed­nej myśli. Ale od tego dnia przed dwoma laty, gdy Ash­ley, świeżo po powro­cie ze swej trzy­let­niej wiel­kiej podróży po Euro­pie, przy­je­chał zło­żyć sąsia­dom usza­no­wa­nie, kochała go.

Stała na fron­to­wym ganku, a on jechał wzdłuż dłu­giej alei, w sza­rym pope­li­no­wym stroju z sze­ro­kim czar­nym kra­wa­tem, dosko­nale dopa­so­wa­nych do pli­so­wa­nej koszuli. Nawet teraz potra­fiła przy­po­mnieć sobie wszyst­kie szcze­góły jego stroju: lśniące buty, szpilkę do kra­wata w kształ­cie kamei z głową Meduzy i sze­roki, panam­ski kape­lusz, który zdjął natych­miast, gdy tylko ją zoba­czył. Zesko­czył z konia, rzu­cił wodze Murzyn­kowi i stał, wpa­tru­jąc się w nią. Uśmiech roz­sze­rzył jego szare oczy o sen­nym wyra­zie. Jasne włosy męż­czy­zny błysz­czały w pro­mie­niach słońca jak srebrny, lśniący hełm. "A więc jesteś już nie­mal doro­sła, Scar­lett" - powie­dział. Wspiął się lekko po scho­dach i poca­ło­wał ją w rękę. A jego głos! Ni­gdy nie zapo­mni, jak pod­sko­czyło jej serce, gdy go usły­szała - prze­cią­gły, dono­śny i melo­dyjny. Pra­gnęła Ash­leya od pierw­szej chwili, tak jak pra­gnie się jedze­nia, koni, mięk­kiego łóżka.

Przez te dwa lata asy­sto­wał jej na róż­nych uro­czy­sto­ściach hrab­stwa - na balach i pik­ni­kach w dniach sądo­wych. Ni­gdy nie robił tego tak czę­sto jak bra­cia Tar­le­to­no­wie czy Cade Calvert, ni­gdy też nie był tak natar­czywy jak młodsi chłopcy Fon­ta­ine'ów, ale nie było tygo­dnia, by Ash­ley nie przy­je­chał do Tary.

To prawda, że ni­gdy się do niej nie zale­cał i że w jego jasnych, sza­rych oczach ni­gdy nie bły­snął ten gorący ogień, który Scar­lett tak dobrze znała z oczu innych męż­czyzn. A jed­nak... a jed­nak wie­działa, że ją kocha. Nie mogła się mylić. Intu­icja sil­niej­sza od roz­sądku i wie­dzy zro­dzo­nej z doświad­cze­nia powie­działa jej, że tak wła­śnie jest. Zbyt czę­sto przy­ła­py­wała go na tym, jak patrzył na nią wzro­kiem peł­nym tęsk­noty i smutku. Bar­dzo ją to intry­go­wało.

Wie­działa, że Ash­ley ją kocha. Dla­czego więc jej tego nie wyznał? Tego nie potra­fiła zro­zu­mieć.

Ash­ley był zawsze grzeczny, ale powścią­gliwy i daleki. Nikt nie umiał odgad­nąć, o czym myśli. W oko­licy, gdzie każdy mówił to, co myślał, powścią­gli­wość Ash­leya wyda­wała się iry­tu­jąca. Jak inni mło­dzi męż­czyźni lubił polo­wa­nia, grę w karty, tańce i dys­puty o poli­tyce, a konno jeź­dził naj­le­piej ze wszyst­kich. Od innych róż­niło go jed­nak to, że te roz­rywki nie sta­no­wiły dla niego celu i sensu życia. Jako jedyny inte­re­so­wał się książ­kami i muzyką i z zami­ło­wa­niem pisał wier­sze.

Och, czemu był tak przy­stoj­nym blon­dy­nem, grzecz­nym, lecz peł­nym rezerwy? I tak okrop­nie nud­nym, gdy zaczy­nał opo­wia­dać o Euro­pie, książ­kach, muzyce, poezji i rze­czach, które jej zupeł­nie nie inte­re­so­wały. I czemu tak go pożą­dała? Każ­dej nocy, kiedy Scar­lett kła­dła się do łóżka, godzi­nami wier­ciła się, nie mogąc zasnąć. Pocie­szała się, że gdy następ­nym razem Ash­ley przy­je­dzie się z nią zoba­czyć, na pewno się oświad­czy. Ale i następ­nym razem nic się nie działo, tylko jej twarz pło­nęła coraz goręt­szym ogniem.

Kochała go, pra­gnęła go i nie rozu­miała. Była tak szczera i natu­ralna jak wia­try wie­jące nad Tarą, jak żółta rzeka wijąca się w pobliżu. Do końca swo­ich dni nie będzie zdolna zro­zu­mieć niczego skom­pli­ko­wa­nego. A teraz po raz pierw­szy w życiu spo­tkała się z tak zło­żoną oso­bo­wo­ścią.

Ash­ley bowiem nale­żał do tych ludzi, któ­rzy w wol­nym cza­sie odda­wali się nie dzia­ła­niu, lecz myśle­niu, snu­ciu kolo­ro­wych marzeń, nie mają­cych żad­nego związku z rze­czy­wi­sto­ścią. Żył we wła­snym świe­cie, znacz­nie pięk­niej­szym od Geo­r­gii, do rze­czy­wi­sto­ści wra­ca­jąc z odrazą. Obser­wo­wał ludzi, lecz nie budzili oni ani jego sym­pa­tii, ani nie­chęci. Życie, na które patrzył, nie wywo­ły­wało w nim żad­nych emo­cji. Godził się ze swoim miej­scem na świe­cie, po czym, wzru­sza­jąc ramio­nami, powra­cał do swo­jej muzyki i ksią­żek.

Scar­lett nie miała poję­cia, czym pod­bił jej serce. Ta tajem­ni­czość intry­go­wała ją jak drzwi pozba­wione zamka i klu­cza. Rze­czy, któ­rych w nim nie rozu­miała, jedy­nie potę­go­wały jej miłość, a jego dziwne, powścią­gliwe zaloty umac­niały ją tylko w prze­ko­na­niu, że będzie go mieć na wła­sność. W to, że któ­re­goś dnia się jej oświad­czy, ni­gdy nie wąt­piła, zbyt bowiem była młoda i roz­pusz­czona, by znać smak porażki. A teraz, jak grom z jasnego nieba, nade­szła ta okropna nowina. Ash­ley poślubi Mela­nię. To nie mogło być prawdą!

Prze­cież zale­d­wie tydzień temu, gdy o zmierz­chu jechali z Fair­hill do domu, rzekł:

- Scar­lett, muszę powie­dzieć ci coś tak waż­nego, że zupeł­nie nie wiem, jak to zro­bić.

Spu­ściła skrom­nie oczy, jej serce biło z osza­ła­mia­jącą rado­ścią, czuła, że nade­szła szczę­śliwa chwila.

- Nie, innym razem, jeste­śmy już zbyt bli­sko domu. Och, Scar­lett, co ze mnie za tchórz! - I spiąw­szy konia ostro­gami, zje­chał szybko ze wzgó­rza do Tary.

Scar­lett, sie­dząc na pniu, zasta­na­wiała się nad tymi sło­wami, które uczy­niły ją tak szczę­śliwą, a teraz nagle nabrały innego, prze­ra­ża­ją­cego zna­cze­nia. Przy­pusz­czal­nie pró­bo­wał jej wtedy powie­dzieć o swych zarę­czy­nach!

Och, żeby już tatuś przy­je­chał! Nie znie­sie tej nie­pew­no­ści ani chwili dłu­żej. Znów spoj­rzała nie­cier­pli­wie na drogę.

Słońce skryło się już za linią hory­zontu, nad któ­rym poja­wiła się czer­wona zorza. Lazu­rowe niebo przy­bie­rało powoli deli­katny, nie­bie­sko­zie­lony kolor przy­po­mi­na­jący jajko drozda, a wiej­ski zmierzch ema­no­wał nie­ziem­skim spo­ko­jem. Cie­ni­sty pół­mrok ogar­niał całą oko­licę. Czer­wone bruzdy i wybo­ista, czer­wona droga stra­ciły swój magiczny kolor krwi i stały się zwy­kłą, brą­zową zie­mią. Za drogą, na pastwi­sku, konie, muły i krowy stały spo­koj­nie, opie­ra­jąc łby o płot, cze­ka­jąc na to, by zagnano je do domu. Nie lubiły głę­bo­kiego cie­nia rzu­ca­nego przez zaro­śla oka­la­jące stru­myk i strzy­gły uszami na Scar­lett, jakby cie­sząc się z towa­rzy­stwa czło­wieka.

W dziw­nym pół­świe­tle wyso­kie sosny rosnące na przy­brzeż­nych mokra­dłach, tak głę­boko zie­lone w świe­tle słońca, na tle paste­lo­wego nieba wyda­wały się czarne. Sta­wały się tajem­ni­czym sze­re­giem czar­nych olbrzy­mów, ukry­wa­ją­cych żółtą wodę pły­nącą powoli u ich pod­nóża. Na wzgó­rzu za rzeką wyso­kie, białe kominy domu Wil­ke­sów sta­piały się stop­niowo z rosną­cymi wokół ciem­nymi, potęż­nymi dębami i tylko świa­tła zapa­lo­nych do kola­cji lamp, z daleka tak małe jak szpilki, wska­zy­wały, że stał tam dom. Cie­płe, wil­gotne, ożyw­cze wio­senne powie­trze ota­czało ją ze wszyst­kich stron, nio­sąc zapa­chy świeżo zaora­nej ziemi i mło­dych zie­lo­nych roślin, pną­cych się w górę.

Zachód słońca, wio­sna i świeża zie­leń nie robiły na Scar­lett wiel­kiego wra­że­nia. Ich piękno uwa­żała za tak oczy­wi­ste, jak powie­trze, któ­rym oddy­chała, i woda, którą piła, ni­gdy bowiem nie szu­kała piękna w niczym, z wyjąt­kiem kobie­cych twa­rzy, koni i jedwab­nych sukien. Ale łagodny zmierzch nad uro­dzaj­nymi polami Tary wpro­wa­dził tro­chę spo­koju do jej wzbu­rzo­nego umy­słu. Kochała tę zie­mię mocno, nie wie­dząc nawet, że ją kocha. Kochała ją jak twarz matki w świe­tle lampy, w cza­sie modli­twy.

Na cichej, krę­tej dro­dze wciąż nie było ani śladu Geralda. Jeśli będzie musiała cze­kać na niego dłu­żej, Mammy z pew­no­ścią wyru­szy na jej poszu­ki­wa­nie i siłą zacią­gnie do domu. Ale gdy wpa­try­wała się w nik­nącą w ciem­no­ściach drogę, usły­szała nagle tętent kopyt na pastwi­sku u pod­nóża wznie­sie­nia i ujrzała, jak konie i krowy roz­bie­gają się w popło­chu. Gerald O'Hara wra­cał do domu przez pola, pędząc jak wariat.

Wje­chał na pagó­rek galo­pem na swym potęż­nym, dłu­go­no­gim wierz­chowcu. Z daleka wyda­wał się chłop­cem na zbyt wiel­kim koniu. Dłu­gie siwe włosy roz­wie­wały mu się za ple­cami. Poga­niał konia biczem i gło­śnymi okrzy­kami.

Pomimo że Scar­lett drę­czyły wła­sne nie­po­koje, obser­wo­wała go z pełną czu­ło­ści dumą, ojciec nale­żał bowiem do zna­ko­mi­tych jeźdź­ców.

Cie­kawa jestem, czemu zawsze chce mu się ska­kać przez płoty, gdy ma tro­chę w czu­bie - pomy­ślała. - I to po tym upadku, który zda­rzył mu się wła­śnie tutaj, w zeszłym roku, gdy roz­trza­skał sobie kolano. A tak przy­się­gał mamie, że ni­gdy już nie będzie ska­kać.

Scar­lett nie odczu­wała lęku przed ojcem. W prze­ci­wień­stwie do sióstr uwa­żała go pra­wie za swego rówie­śnika, gdyż ska­ka­nie przez płoty i ukry­wa­nie tego przed żoną podobne było do wypro­wa­dza­nia w pole Mammy. Wstała, by obser­wo­wać Geralda.

Wielki koń dotarł do płotu, zebrał siły i poszy­bo­wał w górę lekko jak ptak. Jeź­dziec krzyk­nął rado­śnie, jego bat prze­ciął powie­trze, a siwe włosy zawi­ro­wały wokół głowy. Gerald nie zauwa­żył córki w cie­niu drzew na dro­dze. Ścią­gnął wodze i z uzna­niem pogła­skał konia po szyi.

- Nie ma w hrab­stwie ani w całym sta­nie takiego konia, który mógłby się z tobą rów­nać - powie­dział z dumą do wierz­chowca. Irlandzki akcent hrab­stwa Meath wciąż wyraź­nie sły­szało się w jego wymo­wie, pomimo trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu lat spę­dzo­nych w Ame­ryce. Gerald pospiesz­nie przy­gła­dził włosy i zaczął dopro­wa­dzać do porządku wygnie­cioną koszulę i kra­wat, który wiatr zarzu­cił mu na ramię. Scar­lett wie­działa, że wszyst­kie te zabiegi mają na celu przy­wró­ce­nie przed spo­tka­niem z żoną wyglądu dżen­tel­mena, który sta­tecz­nie wraca do domu ze spo­tka­nia z sąsia­dem. Zda­wała sobie także sprawę, że jest to oka­zja, by zacząć roz­mowę, nie ujaw­nia­jąc jej praw­dzi­wego celu.

Roze­śmiała się gło­śno. Tak jak myślała, Gerald nieco się prze­stra­szył. Potem, gdy ją roz­po­znał, na jego zaczer­wie­nio­nej twa­rzy poja­wiło się zmie­sza­nie. Jako że miał sztywne kolano, z wysił­kiem zsiadł z konia i trzy­ma­jąc cugle, pokuś­ty­kał do Scar­lett.

- No, panienko - powie­dział, szczy­piąc ją w poli­czek. - A więc szpie­gu­jesz mnie i, tak samo jak w zeszłym tygo­dniu twoja sio­stra Zuela, opo­wiesz wszystko matce?

W jego ochry­płym, baso­wym gło­sie brzmiało obu­rze­nie, ale także i uzna­nie. Scar­lett bez słowa popra­wiła ojcu kra­wat. Poczuła na twa­rzy prze­siąk­nięty whi­sky i sła­bym zapa­chem mięty oddech Geralda. Uno­siła się wokół niego także woń tyto­niu do żucia, dobrze naoli­wio­nej skóry i koni - mie­sza­nina zapa­chów, które zawsze łączyła ze swym ojcem i instynk­tow­nie lubiła u innych męż­czyzn.

- Nie, tatu­siu, nie jestem taką plot­karą jak Zuela - zapew­niła go, odsu­wa­jąc się tro­chę, by lepiej obej­rzeć jego dopiero co popra­wiony strój.

Gerald był niskim męż­czy­zną, mają­cym nie­wiele ponad pół­tora metra wzro­stu, ale tak potęż­nie zbu­do­wa­nym i o tak gru­bym karku, że gdy sie­dział, wyda­wał się znacz­nie wyż­szy. Jego sze­roki tors wspie­rał się na krót­kich, sil­nych nogach, zawsze w butach z naj­lep­szej skóry i zawsze roz­sta­wio­nych sze­roko jak u buń­czucz­nego chłopca. Więk­szość małych ludzi nad­ra­bia­ją­cych miną jest odro­binę śmieszna, ale kar­ło­wa­tego koguta sza­nuje się na podwó­rzu. I tak wła­śnie było z Geral­dem.

Miał sześć­dzie­siąt lat. Jego kędzie­rzawe włosy były już zupeł­nie siwe, ale na inte­li­gent­nej twa­rzy nie widziało się zmarsz­czek, a maleń­kie, nie­bie­skie oczy wyda­wały się młode, pozba­wione zmar­twień, jak u kogoś, kto nie wysi­lał rozumu ponad to, ile kart doku­pić w poke­ro­wej roz­grywce. Miał naj­bar­dziej irlandzką twarz, jaką tylko można zna­leźć w kraju, który opu­ścił tak dawno - okrą­głą, rumianą, czu­purną, o małym nosie i sze­ro­kich ustach.

Mimo tych oznak cechu­ją­cych cho­le­ry­ków, Gerald O'Hara miał naj­czul­sze z serc. Nie mógł znieść widoku nie­wol­nika cier­pią­cego z powodu kary, choćby nie wia­domo jak zasłu­żo­nej, ani miau­cze­nia kota czy pła­czu dziecka. Bał się jed­nak, że ta jego sła­bość zosta­nie odkryta. Nie miał poję­cia, że każdy, kto go spo­ty­kał, w ciągu pię­ciu minut dostrze­gał jego dobre serce. Gdyby się o tym dowie­dział, jego próż­ność ucier­pia­łaby nie­zmier­nie, lubił bowiem myśleć, że kiedy pod­nie­sio­nym gło­sem wywrza­skuje roz­kazy, wszy­scy drżą i posłusz­nie je wyko­nują. Ni­gdy nie wpadł na to, że wszy­scy na plan­ta­cji są posłuszni jedy­nie cichemu gło­sowi jego żony Ellen. Był to sekret, któ­rego ni­gdy nie miał poznać, bo każ­dego, od Ellen aż po naj­głup­szego parobka, łączyła cicha zmowa, któ­rej celem było utrzy­my­wa­nie Geralda w prze­ko­na­niu, że jego słowo jest pra­wem.

Scar­lett jesz­cze mniej niż inni zwra­cała uwagę na jego humory i wrza­ski. Była naj­star­szym dziec­kiem, a kiedy Gerald zro­zu­miał, że nie będzie miał następ­nych synów, któ­rzy zastą­pi­liby trzech pogrze­ba­nych na rodzin­nym cmen­ta­rzu, zaczął bez­wied­nie odno­sić się do niej jak męż­czy­zna do męż­czy­zny. Bar­dzo to jej odpo­wia­dało. Była znacz­nie bar­dziej podobna do ojca niż jej młod­sze sio­stry, bo Karina, któ­rej po uro­dze­niu nadano imiona Karo­lina Irena, była deli­katna i marzy­ciel­ska, a Zuela, którą na chrzcie nazwano Susan Eli­nor, sta­rała się zadzi­wić świat swą ele­gan­cją i świa­to­wymi manie­rami.

Co wię­cej, Scar­lett łączyło z ojcem mil­czące, tajemne przy­mie­rze. Jeżeli Gerald przy­ła­pał ją na tym, że zamiast masze­ro­wać do odle­głej o kilo­metr bramy, prze­ła­ziła przez płot albo sie­działa zbyt długo na scho­dach z wiel­bi­cie­lem, kar­cił ją oso­bi­ście i gwał­tow­nie, ale nie infor­mo­wał o tym Ellen ani Mammy. A gdy Scar­lett obser­wo­wała, jak ska­cze przez płoty po zło­że­niu żonie solen­nej obiet­nicy, że nie będzie tego robił, albo gdy dowia­dy­wała się, ile pie­nię­dzy prze­grał w pokera, a dowia­dy­wała się zawsze z krą­żą­cych po hrab­stwie plo­tek, nie wspo­mi­nała o tym przy kola­cji, ina­czej niż Zuela. Scar­lett i jej ojciec wspól­nie doszli do wnio­sku, że opo­wia­da­nie Ellen o takich spra­wach spra­wi­łoby jej wyłącz­nie przy­krość, a w żad­nym razie nie chcieli zada­wać jej bólu.

Scar­lett wpa­try­wała się w ojca w zapa­da­ją­cym mroku i nie wie­dząc czemu, poczuła, że jego obec­ność ją uspo­kaja. Gerald stał mocno nogami na ziemi, była w nim jakaś wital­ność i szorst­kość, a wszystko to bar­dzo ją pocią­gało. Nie uświa­da­miała sobie, że działo się tak, ponie­waż i ona miała w pew­nej mie­rze te same cechy, pomimo trwa­ją­cych szes­na­ście lat prób usu­nię­cia ich przez Ellen i Mammy.

- No, teraz możesz się poka­zać ludziom - powie­działa - i nie sądzę, żeby kto­kol­wiek podej­rze­wał, coś tu wyczy­niał, dopóki sam nie zaczniesz się tym cheł­pić. Ale wydaje mi się, że po tym, jak roz­trza­ska­łeś sobie kolano w zeszłym roku, ska­ka­nie przez ten sam płot...

- Niech mnie dia­bli, jeśli zgo­dzę się na to, by moja wła­sna córka mówiła mi, przez co mogę ska­kać, a przez co nie! - zawo­łał, ponow­nie szczy­piąc ją w poli­czek. - To tylko moje życie. Wła­śnie tak! A poza tym, panienko, co tutaj robisz bez szala?

Scar­lett, widząc, że ojciec dobrze jej zna­nym spo­so­bem pró­buje uciec od nie­przy­jem­nej roz­mowy, wzięła go pod ramię i powie­działa:

- Cze­ka­łam na cie­bie. Nie przy­pusz­cza­łam, że wró­cisz tak późno. Po pro­stu byłam cie­kawa, czy kupi­łeś Dil­cey.

- Tak, kupi­łem. Sporo mnie to kosz­to­wało. Kupi­łem ją i jej małą córeczkę, Prissy. John Wil­kes chciał mi je oddać za bez­cen, ale ni­gdy nie pozwo­lił­bym na to, by mówiono, że Gerald O'Hara w han­dlu wyko­rzy­stuje przy­jaźń. Dałem mu więc za nie trzy tysiące.

- Na litość boską, tatu­siu - trzy tysiące! Nie musia­łeś kupo­wać Prissy!

- Czy nad­szedł już taki czas, że moja wła­sna córka mnie osą­dza? - zapy­tał reto­rycz­nie Gerald. - Prissy jest sym­pa­tyczną małą dziew­czynką, a więc...

- Znam ją. Jest sprytną i głu­pią istotą - odpo­wie­działa spo­koj­nie Scar­lett, obo­jętna na jego wrza­ski. - A jedy­nym powo­dem, dla któ­rego ją kupi­łeś, było to, że Dil­cey cię o to pro­siła.

Gerald robił wra­że­nie zbi­tego z tropu i zakło­po­ta­nego, jak zawsze gdy przy­ła­py­wano go na robie­niu dobrych uczyn­ków. Scar­lett zaś wyśmie­wała się otwar­cie z jego naiw­no­ści.

- No, a jeśli nawet? Czy był sens kupo­wać Dil­cey, jeśliby cały czas miała tęsk­nić za dziec­kiem? Ni­gdy wię­cej nie pozwolę żad­nemu czar­nu­chowi oże­nić się z kimś spoza plan­ta­cji. To zbyt kosz­towne. Dobrze, kotku, chodźmy na kola­cję.

Cie­nie sta­wały się coraz dłuż­sze, ostatni zie­lon­kawy blask znik­nął z nieba i lekki chłód zastą­pił kojące, wio­senne cie­pło. Scar­lett jed­nak szła, powłó­cząc nogami i zasta­na­wia­jąc się, jak spro­wa­dzić roz­mowę na Ash­leya tak, by Gerald nie odgadł praw­dzi­wego powodu jej obec­no­ści na dro­dze. Pro­blem pole­gał na tym, że nie była dosta­tecz­nie chy­tra, Gerald zaś tak był do niej podobny, że umiał przej­rzeć jej mizerne wybiegi, tak samo jak i ona jego. Rzadko też robił to tak­tow­nie.

- Jak się mie­wają domow­nicy Dwu­na­stu Dębów?

- Tak jak zwy­kle. Zja­wił się też Cade Calvert i po tym, jak doga­da­łem się co do Dil­cey, ulo­ko­wa­li­śmy się na bal­ko­nie i wypi­li­śmy tro­chę grogu. Cade wró­cił wła­śnie z Atlanty. Podobno wszy­scy tam gadają o woj­nie i...

Scar­lett wes­tchnęła. Gdy już Gerald zaczy­nał mówić o woj­nie i sece­sji, godzi­nami nie zmie­niał tematu. Prze­rwała mu kolej­nym pyta­niem.

- Czy mówili coś o jutrzej­szym bar­be­cue?

- Tak, zdaje mi się, że mówili. Panna - jak też się nazywa ta słodka mała istotka, która była tu przed rokiem, no wiesz, kuzynka Ash­leya - aha, panna Mela­nia Hamil­ton i jej brat Char­les przy­byli już z Atlanty, a...

- A więc przy­je­chała?

- Tak. Jest słodką, cichą istotką, która nie­pro­szona nie powie ani słowa, wła­śnie tak, jak to wypada kobie­cie. Chodź teraz, córko, nie ocią­gaj się. Matka pew­nie się za nami roz­gląda.

Serce Scar­lett zamarło pod wpły­wem tej wia­do­mo­ści. Mimo wszystko miała nadzieję, że coś zatrzyma Mela­nię Hamil­ton w Atlan­cie, gdzie było jej miej­sce. Teraz zaś, widząc, że nawet jej ojciec pochwa­lał słodki i spo­kojny cha­rak­ter Mela­nii, tak różny od jej wła­snego, zapy­tała wprost:

- Czy Ash­ley też tam był?

- Tak. - Gerald puścił rękę córki, odwró­cił się i prze­ni­kli­wie popa­trzył jej w oczy. - Jeżeli to jest powód, dla któ­rego przy­szłaś tutaj, by cze­kać na mnie, dla­czego paplesz bez sensu, zamiast od tego zacząć?

Scar­lett nie wie­działa, co powie­dzieć, i czuła, że coraz bar­dziej czer­wieni się ze wstydu.

- No, ode­zwij się.

Na­dal mil­czała, żału­jąc, że nie wolno potrzą­snąć wła­snym ojcem i kazać mu zamilk­nąć.

- Był tam i nie­zwy­kle grzecz­nie dopy­ty­wał się o cie­bie, tak samo jak jego sio­stry. Powie­dział, że wszy­scy mają nadzieję, że nic nie prze­szko­dzi ci w przy­jeź­dzie na jutrzej­sze bar­be­cue. A teraz, córko, powiedz mi, co się dzieje mię­dzy tobą i Ash­leyem?

- Nic - odpo­wie­działa krótko, chwy­ta­jąc go za ramię. - Idźmy już, tatu­siu.

- A więc teraz ty chcesz wra­cać - zauwa­żył. - Ja mam jed­nak zamiar tu stać, dopóki cię nie zro­zu­miem. Teraz, gdy o tym myślę, widzę, że ostat­nio byłaś dziwna. Czy flir­to­wał z tobą? Czy pro­sił, byś za niego wyszła?

- Nie.

- Już tego nie zrobi.

Zawrzała wście­kło­ścią, lecz Gerald uspo­koił ją mach­nię­ciem ręki.

- Trzy­maj język za zębami, panienko! Tego popo­łu­dnia w naj­głęb­szej tajem­nicy dowie­dzia­łem się od Johna Wil­kesa, że Ash­ley żeni się z panną Mela­nią. Jutro zosta­nie to ogło­szone.

Ręka Scar­lett zsu­nęła się z jego ramie­nia. A więc to była prawda!

Ból wbił się jej w serce tak mocno, jak kły dzi­kiego zwie­rzę­cia. Czuła jed­no­cze­śnie, że ojciec przy­gląda się jej z lito­ścią i ze smut­kiem, sta­nął bowiem przed pro­ble­mem, któ­rego nie umiał roz­wią­zać. Kochał Scar­lett, ale czuł się nie­zręcz­nie, mając do czy­nie­nia z jej dzie­cię­cymi tro­skami. Ellen zawsze umiała sobie z tym pora­dzić. To jej powinna Scar­lett opo­wia­dać o swych zmar­twie­niach.

- Cóż to za wido­wi­sko robisz z sie­bie i z nas wszyst­kich? - wrza­snął, pod­no­sząc głos jak zawsze, gdy był wzbu­rzony. - Uga­nia­łaś się za męż­czy­zną, który nie był w tobie zako­chany, pod­czas gdy mogłaś mieć każ­dego lalu­sia w hrab­stwie!

Gniew i zra­niona duma usu­nęły na chwilę ból.

- Wcale się za nim nie uga­nia­łam. To... to mnie tylko zasko­czyło.

- Kła­miesz - powie­dział Gerald, a potem, spo­glą­da­jąc na jej zasmu­coną twarz, dodał, nie potra­fiąc ukryć czu­ło­ści: - Prze­pra­szam cię, córko. Ale w końcu musisz zro­zu­mieć, że wciąż jesteś dziec­kiem i że jest całe mnó­stwo innych kawa­le­rów.

- Mama miała tylko pięt­na­ście lat, gdy za cie­bie wyszła, a ja mam szes­na­ście - powie­działa Scar­lett łamią­cym się gło­sem.

- Twoja matka była inna - wyja­śnił Gerald. - Ni­gdy nie była tak kapry­śna jak ty. No, a teraz chodź, córko, głowa do góry. Zabiorę cię w przy­szłym tygo­dniu do Char­le­stonu w odwie­dziny do ciotki Eula­lii i tam w ciągu tygo­dnia zapo­mnisz o Ash­leyu.

On uważa, że jestem dziec­kiem - pomy­ślała Scar­lett z żalem. - Myśli, że jak pod­su­nie mi nową zabawkę, zapo­mnę o swo­ich ranach.

- No, nie kręć nosem - rzekł Gerald. - Gdy­byś miała choć tro­chę roz­sądku, już dawno wyszła­byś za Stu­arta albo Brenta Tar­le­tona. Prze­myśl to, córko. Wyjdź za jed­nego z bliź­nia­ków, a wtedy plan­ta­cje się połą­czą, a Jim Tar­le­ton i ja zbu­du­jemy wam piękny dom, wła­śnie tam, gdzie gra­ni­czą ze sobą posia­dło­ści, w tym lasku wiel­kich sosen i...

- Prze­stań trak­to­wać mnie jak dziecko! - krzyk­nęła Scar­lett. - Nie chcę jechać do Char­le­stonu ani mieć domu, ani wycho­dzić za bliź­nia­ków. Chcę tylko... - Powstrzy­mała się, ale nie dość szybko.

- Chcesz tylko Ash­leya, ale nie będziesz go miała. I gdyby nawet chciał się z tobą oże­nić, nie­chęt­nie wyra­ził­bym zgodę, mimo bli­skiej przy­jaźni z Joh­nem Wil­ke­sem. - Widząc jej zasko­czone spoj­rze­nie, kon­ty­nu­ował: - Z nim nie była­byś szczę­śliwa.

- Ależ tak!

- Nie była­byś, córko. Tylko wtedy, gdy pobie­rają się ludzie podobni do sie­bie, mogą być szczę­śliwi.

Scar­lett miała już na końcu języka: "Ty i mama jed­nak jeste­ście szczę­śliwi, mimo że nie jeste­ście do sie­bie podobni", powstrzy­mała się jed­nak, bojąc się bury.

- Ludzie z naszej rodziny są inni niż Wil­ke­so­wie - mówił dalej wolno, szu­ka­jąc słów. - Wil­ke­so­wie róż­nią się od wszyst­kich naszych sąsia­dów, róż­nią się od wszyst­kich rodzin, jakie kie­dy­kol­wiek zna­łem. To dziwni ludzie i bar­dzo dobrze, że żenią się ze swymi krew­nymi, zacho­wu­jąc swoją dziw­ność dla sie­bie.

- Ależ tatu­siu, Ash­ley nie jest...

- Cicho, kocha­nie! Nie powie­dzia­łem nic złego o tym mło­dzieńcu, bo go lubię. I gdy mówię "dziwny", nie zna­czy to "sza­lony". On nie jest dziwny jak Calver­to­wie, któ­rzy posta­wią wszystko, co mają, na konia, ani jak Tar­le­to­no­wie, któ­rzy mają nało­go­wego pijaka albo dwóch w każ­dej gene­ra­cji, ani jak Fon­ta­ine'owie, zapal­czywi i bru­talni, gotowi zamor­do­wać czło­wieka z byle powodu. Z pew­no­ścią ten rodzaj dziw­no­ści łatwo zro­zu­mieć i dzięki Bogu Gerald O'Hara nie ma tych wszyst­kich wad! Nie sądzę też, by Ash­ley, gdy­byś była jego żoną, uciekł z jakąś kobietą albo cię bił. Była­byś bar­dziej szczę­śliwa, gdyby tak postę­po­wał, bo to byś przy­naj­mniej rozu­miała. Ale on jest dziwny pod innymi wzglę­dami i w ogóle nie da się go zro­zu­mieć. Lubię go, ale nie potra­fię pojąć tego, co mówi. A teraz, kocha­nie, powiedz mi prawdę, czy rozu­miesz jego gada­nie o książ­kach, poezji, muzyce, obra­zach olej­nych i innych głup­stwach?

- Och, tatu­siu - nie­cier­pli­wie zawo­łała Scar­lett. - Jeśli­bym za niego wyszła, wszystko to bym zmie­niła!

- Zmie­ni­ła­byś? - powie­dział Gerald gniew­nie, obrzu­ca­jąc ją suro­wym spoj­rze­niem. - Widać z tego, że zbyt mało wiesz o męż­czy­znach, nie mówiąc już o Ash­leyu. Żadna żona ni­gdy nie zmie­niła męża. Pamię­taj o tym! A tym bar­dziej, jeśli idzie o zmie­nia­nie jakie­goś Wil­kesa. Cała rodzina jest taka i zawsze taka była. I praw­do­po­dob­nie zawsze będzie. Mówię ci - oni rodzą się dzi­wa­kami. Popatrz choćby na te ich sza­lone wyprawy do Nowego Jorku czy Bostonu po to, by wysłu­chać opery i obej­rzeć obrazy. Albo na zama­wia­nie całych pak fran­cu­skich i nie­miec­kich ksią­żek od Jan­ke­sów! I sie­dzą tam, czy­ta­jąc i marząc Bóg wie o czym, zamiast spę­dzać czas na polo­wa­niu czy grze w pokera, jak powinni to robić porządni męż­czyźni.

- W całym hrab­stwie nie ma nikogo, kto sie­działby na koniu lepiej niż Ash­ley - powie­działa Scar­lett, zła, że ktoś oczer­nia Ash­leya, oskar­ża­jąc go o znie­wie­ścia­łość. - Nikogo, może z wyjąt­kiem jego ojca. A jeśli idzie o pokera, czyż Ash­ley nie wygrał od cie­bie dwu­stu dola­rów w zeszłym tygo­dniu, w Jones­boro?

- Chłopcy Calver­tów znowu się wyga­dali - powie­dział Gerald z rezy­gna­cją. - Ina­czej nie zna­ła­byś tej sumy. Ash­ley naj­le­piej jeź­dzi konno i gra w pokera z naj­lep­szymi - to zna­czy ze mną! Nie prze­czę, że gdy zabiera się do picia, może wypić tyle, że nawet Tar­le­to­no­wie zwa­lają się pod stół. Może robić te wszyst­kie rze­czy, ale nie wkłada w to serca. Oto dla­czego mówię, że jest dziwny.

Scar­lett mil­czała, ale jej serce zamarło. Na te ostat­nie słowa nie umiała zna­leźć odpo­wie­dzi, bo czuła, że ojciec ma rację. Ash­ley nie wkła­dał serca w te wszyst­kie roz­rywki. Tylko z grzecz­no­ści oka­zy­wał zain­te­re­so­wa­nie spra­wami, które tak bar­dzo pochła­niały innych.

Wła­ści­wie tłu­ma­cząc sobie jej mil­cze­nie, Gerald pokle­pał ją po ramie­niu.

- No i cóż, Scar­lett - powie­dział z trium­fem w gło­sie. - Przy­zna­jesz, że mam rację. Cóż byś robiła z takim mężem jak Ash­ley? Ci Wil­ke­so­wie to wariaci. - A potem dodał prze­kor­nie: - Gdy wspo­mnia­łem przed chwilą Tar­le­to­nów, nie wmu­sza­łem ci ich. To świetne chło­paki, ale jeśli zamie­rzasz usi­dlić Cade'a Calverta, nie spra­wia mi to róż­nicy. Wszy­scy Calver­to­wie to porządni ludzie, cho­ciaż stary oże­nił się z Jan­ke­ską. A gdy odejdę... Posłu­chaj mnie, kocha­nie, nie prze­ry­waj! Zosta­wię Tarę tobie i Cade'owi...

- Nie wyszła­bym za Cade'a za żadne skarby świata - zawo­łała roz­złosz­czona Scar­lett. - I wola­ła­bym, żebyś prze­stał popy­chać mnie w jego ramiona! Nie chcę Tary ani żad­nej plan­ta­cji. Plan­ta­cje nie mają żad­nej war­to­ści, gdy...

Zamie­rzała powie­dzieć "gdy nie jest się z męż­czy­zną, któ­rego się pra­gnie", ale Gerald, ura­żony, że tak pogar­dli­wie potrak­to­wała ofia­ro­wany przez niego poda­ru­nek, rzecz, którą obok Ellen kochał naj­bar­dziej na świe­cie, ryk­nął wście­kle:

- A więc ty, Scar­lett O'Hara, mówisz mi, że Tara nie ma żad­nej war­to­ści?

Scar­lett ski­nęła głową. Jej serce było zbyt zbo­lałe, by dbała o to, czy roz­zło­ści ojca, czy też nie.

- Zie­mia to jedyna war­to­ściowa rzecz na świe­cie - wołał, wyma­chu­jąc w zło­ści gru­bymi, krót­kimi rękami. - Bo to jedyna rzecz, która będzie trwać wiecz­nie. Musisz o tym pamię­tać! To jedyna rzecz, dla któ­rej warto pra­co­wać, warto wal­czyć i za którą warto umrzeć.

- Och, tatu­siu - powie­działa z nie­sma­kiem - mówisz jak Irland­czyk!

- A czy kie­dy­kol­wiek się tego wsty­dzi­łem? Nie, wła­śnie że się tym szczycę. I nie zapo­mi­naj, panienko, że i ty jesteś pół-Irlandką! A dla każ­dego, kto ma choćby kro­plę irlandz­kiej krwi, zie­mia, na któ­rej żyje, jest jak rodzona matka. Jakże wstyd mi za cie­bie w tej chwili. Daję ci naj­pięk­niej­szą zie­mię na świe­cie - oprócz hrab­stwa Meath w Sta­rym Kraju, a ty co robisz? Kapry­sisz!

Gerald spoj­rzał na zasmu­coną twarz Scar­lett i opa­no­wał się.

- No cóż, jesteś młoda. Poznasz jesz­cze, co to jest miłość do ziemi. Jeśli jest się z Irlan­dii, nie można od niej uciec. Gdy będziesz star­sza, zro­zu­miesz, jak to jest... Tak, Scar­lett, powin­naś wybrać Cade'a albo bliź­nia­ków, albo jed­nego z mło­dych bycz­ków Evana Mun­roe, a prze­ko­nasz się, jak wspa­niale wszystko urzą­dzę!

- Och, tatu­siu!

Gerald poczuł się bar­dzo zmę­czony tą roz­mową. Był zły, że to wła­śnie na niego spadł ten kło­pot. Smu­cił się także, że Scar­lett wciąż wyglą­dała na nie­utu­loną w żalu, pomimo iż ofia­ro­wał jej naj­lep­szych chłop­ców w hrab­stwie i Tarę. Gerald lubił, kiedy jego pre­zenty przyj­mo­wano z aplau­zem.

- No, dość dąsów, panienko. Nie­ważne, kogo poślu­bisz, byle tylko myślał tak jak ty, był dżen­tel­me­nem, połu­dniow­cem i miał swoją dumę. Kobiety zaczy­nają kochać po ślu­bie.

- Och, tatu­siu, tak mówiono w Sta­rym Kraju!

- I miano rację! Ach, te wszyst­kie ame­ry­kań­skie pomy­sły żenie­nia się z miło­ści, jak słu­żący, jak Jan­kesi! Naj­lep­sze mał­żeń­stwa powstają wtedy, gdy rodzice wybie­rają dziew­czy­nie kawa­lera. Bo jak taki głup­tas może odróż­nić dobrego czło­wieka od łaj­daka? Pomyśl o Wil­ke­sach. Dzięki czemu przez tyle poko­leń są dumni i silni? Dla­tego, że żenią się z podob­nymi do sie­bie.

- Och - jęk­nęła Scar­lett. Słowa Geralda przy­po­mniały jej okropną, nie­odwo­łalną prawdę i przy­pra­wiły o nowy parok­syzm bólu. Gerald spoj­rzał na jej opusz­czoną głowę i nie­spo­koj­nie zaczął prze­stę­po­wać z nogi na nogę.

- Chyba nie pła­czesz? - zapy­tał, nie­zręcz­nie doty­ka­jąc jej policzka. Na jego twa­rzy malo­wało się współ­czu­cie.

- Nie! - krzyk­nęła gwał­tow­nie, odsu­wa­jąc się od niego.

- Kła­miesz, ale to dobrze. Cie­szę się, że jesteś taka dumna, kotku. I chcę zoba­czyć tę twoją dumę na jutrzej­szym bar­be­cue. Nie mam ochoty, by całe hrab­stwo plot­ko­wało i śmiało się z cie­bie dla­tego, że odda­łaś serce męż­czyź­nie, który nie darzył cię uczu­ciem więk­szym od przy­jaźni.

Darzył mnie takim uczu­ciem - pomy­ślała Scar­lett, czu­jąc smu­tek w sercu. - Wiel­kim uczu­ciem! Wiem, że tak było. Mogła­bym się zało­żyć. Gdyby to potrwało choć tro­chę dłu­żej, wiem, że powie­działby mi o tym. Och, gdyby tylko Wil­ke­so­wie nie uwa­żali, że muszą się żenić ze swo­imi kuzyn­kami!

Gerald wziął ją pod ramię.

- Teraz idziemy na kola­cję, a wszystko ma zostać mię­dzy nami. Nie będę mar­twił tym two­jej matki... ty też nie powin­naś. Wytrzyj nos, córko.

Scar­lett wydmu­chała nos w swoją podartą chu­s­teczkę i ramię w ramię z ojcem ruszyła ciemną aleją. Za nimi czła­pał koń. Gdy znaj­do­wali się już bli­sko domu, Scar­lett otwo­rzyła usta, chcąc coś powie­dzieć, zre­zy­gno­wała jed­nak, gdyż na weran­dzie, w głę­bo­kim cie­niu, dostrze­gła matkę. Ellen miała na sobie cze­pek, szal i mitenki. Za nią stała Mammy, jej twarz przy­po­mi­nała gra­dową chmurę. Murzynka trzy­mała w ręce czarną skó­rzaną torbę, w któ­rej Ellen O'Hara prze­cho­wy­wała zawsze ban­daże i lekar­stwa, jakich uży­wała przy lecze­niu nie­wol­ni­ków. Duże, obwi­słe wargi Mammy zmie­niały się, gdy się zło­ściła, dolna mogła wydłu­żyć się dwu­krot­nie. Wła­śnie teraz była tak roz­cią­gnięta, Scar­lett wie­działa więc, że Mammy wrze ze zło­ści. Musiało dziać się coś, czego nie pochwa­lała.

- Panie O'Hara - zawo­łała Ellen na widok zbli­ża­ją­cego się męża. Ellen nale­żała do poko­le­nia, które prze­strze­gało ofi­cjal­nych form nawet po sie­dem­na­stu latach mał­żeń­stwa i uro­dze­niu sze­ściorga dzieci. - Panie O'Hara, w domu Slat­te­rych Emmie uro­dziła dziecko, ale jest umie­ra­jące i powinno zostać ochrzczone. Pójdę tam z Mammy, żeby zoba­czyć, w czym mogę pomóc. - Powie­działa to wyso­kim, pyta­ją­cym gło­sem, jakby swą decy­zję uza­leż­niała od apro­baty Geralda. Była to tylko for­mal­ność, bar­dzo jed­nak miła jego sercu.

- Panie Boże! - zawo­łał gwał­tow­nie Gerald. - Dla­cze­góż te białe śmieci odcią­gają cię wła­śnie w porze kola­cji i to aku­rat wtedy, gdy zamie­rza­łem ci opo­wie­dzieć, co mówią o woj­nie w Atlan­cie. Idź, pani O'Hara. W nocy prze­wra­ca­ła­byś się z boku na bok, gdy­byś wie­działa, że jacyś sąsie­dzi mają kło­poty, a ty im nie pomo­głaś.

- Ona zawsze prze­wra­cać się z boku na bok, bo ganiać nocami niań­czyć Murzy­nów i białą bie­dotę, te śmieci, które same nie umieć sobie pora­dzić - bur­czała Mammy, scho­dząc po stop­niach do cze­ka­ją­cego powozu.

- Zaj­mij moje miej­sce przy stole, kocha­nie - powie­działa Ellen, głasz­cząc lekko poli­czek Scar­lett ręką w mitence.

Mimo z tru­dem wstrzy­my­wa­nych łez, Scar­lett zadrżała pod wpły­wem zawsze nie­za­wod­nego mat­czy­nego dotknię­cia. Poczuła nikły zapach wer­be­no­wych per­fum, któ­rym prze­siąk­nięta była jedwabna suk­nia matki. Dla Scar­lett matka sta­no­wiła zapie­ra­jący dech w pier­siach cud, osza­ła­mia­jący, przy­cią­ga­jący i uspo­ka­ja­jący. Gerald pomógł żonie wsiąść do powozu i naka­zał woź­nicy jechać ostroż­nie. Toby, który przez dwa­dzie­ścia lat zaj­mo­wał się końmi Geralda, wydął wargi w mil­czą­cym obu­rze­niu, zły, że ktoś poucza go, jak ma robić coś, na czym się zna. Zarówno on, jak i Mammy nie ukry­wali swej dez­apro­baty.

- Gdy­bym nie robił dla tych nędz­nych Slat­te­rych tyle rze­czy, za które gdzie indziej musie­liby zapła­cić - zło­ścił się Gerald - sprze­da­liby mi te kilka nędz­nych akrów bagien, które do nich należą, i hrab­stwo by się ich pozbyło. - Nagle powe­se­lał, cie­sząc się z góry z żartu, który przy­szedł mu do głowy. - Chodź, córko, powiemy Porkowi, że zamiast kupo­wać Dil­cey, sprze­da­łem go Joh­nowi Wil­ke­sowi.

Rzu­cił wodze swego konia małemu Murzyn­kowi sto­ją­cemu w pobliżu i zaczął wspi­nać się po scho­dach. Zapo­mniał już o miło­snych cier­pie­niach Scar­lett. Myślał teraz tylko o tym, jak nastra­szy lokaja. Scar­lett szła za nim. Nogi miała jak z oło­wiu. Pomy­ślała, że mimo wszystko jej mał­żeń­stwo z Ash­leyem nie mogłoby być dziw­niej­sze od związku jej ojca i Ellen Robil­lard O'Hary. Cią­gle zasta­na­wiała się, jak jej hała­śliwy, mało wraż­liwy ojciec zdo­łał poślu­bić kobietę taką jak jej matka, bo ni­gdy nie było dwojga ludzi bar­dziej róż­nią­cych się uro­dze­niem, wycho­wa­niem i spo­so­bem myśle­nia.

Rozdział 3

Ellen O'Hara miała trzy­dzie­ści lat, a więc zgod­nie z poję­ciami swo­jej epoki była już kobietą w śred­nim wieku. Uro­dziła sze­ścioro i pocho­wała troje dzieci. Wysoka, o głowę wyż­sza od swego poryw­czego, niskiego męża, poru­szała się w swej kry­no­li­nie z takim wdzię­kiem, że jej wzrost nikogo nie raził. Od czerni noszo­nej przez nią tafto­wej bluzki odci­nała się wyraź­nie mlecz­no­biała, długa szyja. Głowa Ellen zawsze zda­wała się nieco odchy­lać do tyłu pod cię­ża­rem gęstych, upię­tych na karku wło­sów. Po matce Fran­cuzce, któ­rej rodzice ucie­kli z Haiti w cza­sie rewo­lu­cji 1791 roku, Ellen wzięła sko­śne, ciemne oczy, ocie­nione ciem­nymi rzę­sami, i czarne włosy. Po ojcu, żoł­nie­rzu Napo­le­ona, odzie­dzi­czyła długi, pro­sty nos i nieco kwa­dra­tową szczękę, któ­rej zarys masko­wała miękka linia policz­ków. Ale tylko to, co prze­żyła, mogło nadać twa­rzy Ellen wygląd tak dumny, choć nie wynio­sły, mogło obda­ro­wać ją wdzię­kiem, melan­cho­lią i głę­bo­kim smut­kiem.

Byłaby ude­rza­jąco piękną kobietą, gdyby miała w oczach blask, a w uśmie­chu czułe cie­pło. Mówiła z akcen­tem z wybrzeża Geo­r­gii - choć w jej gło­sie można było wyczuć ślady akcentu fran­cu­skiego - poły­ka­jąc samo­gło­ski i pod­kre­śla­jąc spół­gło­ski. Ni­gdy nie pod­no­siła głosu, wyda­jąc pole­ce­nia słu­żą­cym czy kar­cąc dziecko, mimo to jed­nak wszy­scy w Tarze oka­zy­wali jej posłu­szeń­stwo, pod­czas gdy sza­leń­stwa i wrza­ski Geralda były po cichu lek­ce­wa­żone.

Jak tylko Scar­lett się­gała pamię­cią, jej matka wyglą­dała nie­zmien­nie popraw­nie. Pozo­sta­wała spo­kojna i nie­ugięta nawet po śmierci trzech maleń­kich syn­ków. Na krze­śle sie­działa zawsze sztywno wypro­sto­wana. Zawsze też miała w rękach robótkę, z wyjąt­kiem czasu posił­ków, wizyt u cho­rych i pro­wa­dze­nia ksiąg rachun­ko­wych plan­ta­cji. W towa­rzy­stwie mister­nie hafto­wała, a gdy nie było gości, repe­ro­wała koszule Geralda, sukienki dziew­czy­nek i odzież nie­wol­ni­ków.

Scar­lett nie umiała sobie wyobra­zić rąk matki bez zło­tego naparstka. Zawsze towa­rzy­szyła jej mała, murzyń­ska dziew­czynka, któ­rej jedy­nym zada­niem było usu­wa­nie fastrygi i nosze­nie pali­san­dro­wego pudełka z przy­bo­rami do szy­cia z pokoju do pokoju, kiedy Ellen wędro­wała po domu, doglą­da­jąc goto­wa­nia, sprzą­ta­nia i szy­cia mnó­stwa ubrań dla pra­cu­ją­cych na plan­ta­cji nie­wol­ni­ków.

Scar­lett nie widziała ni­gdy, by matka tra­ciła swój pogodny spo­kój. Nie przy­po­mi­nała też sobie, by kie­dy­kol­wiek, nie­za­leż­nie od pory dnia czy nocy, matka była nie­dbale ubrana. Gdy Ellen ubie­rała się na bal albo ocze­ki­wała gości, bądź przy­go­to­wy­wała się do wyjazdu do Jones­boro na dzień sesji sądo­wej, zawsze potrze­bo­wała kilku godzin i pomocy dwóch poko­jó­wek oraz Mammy, by poczuła się cał­ko­wi­cie usa­tys­fak­cjo­no­wana swoim stro­jem.

Scar­lett, któ­rej pokój znaj­do­wał się naprze­ciwko pokoju matki, od dzie­ciń­stwa znała roz­le­ga­jący się o świ­cie cichy pośpieszny tupot gołych, czar­nych stóp o deski pod­łogi, gwał­towne stu­ka­nie do drzwi pokoju matki i przy­tłu­mione, prze­ra­żone głosy szep­czące o cho­ro­bie, naro­dzi­nach i śmierci w dłu­gim sze­regu pobie­lo­nych wap­nem murzyń­skich cha­łup. Jako dziecko czę­sto pod­kra­dała się do drzwi i przez dziurkę od klu­cza obser­wo­wała Ellen, wynu­rza­jącą się z ciem­nego pokoju, z któ­rego dobie­gało ryt­miczne i niczym nie­zmą­cone chra­pa­nie Geralda. W migo­tli­wym bla­sku świecy widziała nie­sioną przez matkę pod pachą apteczkę. Ellen zawsze miała sta­ran­nie uło­żone włosy i zapięta była na ostatni guzik.

Scar­lett uspo­ka­jała się, sły­sząc zde­cy­do­wany, choć pełen współ­czu­cia szept matki: "Ciszej, nie tak gło­śno. Obu­dzi­cie pana O'Harę. To nie jest cho­roba śmier­telna".

Tak, miło było wró­cić do łóżka, wie­dząc, że Ellen wyru­szyła na pomoc i że wszystko będzie dobrze.

Rano, po cało­noc­nym poma­ga­niu przy poro­dach i czu­wa­niu przy zmar­łych, gdy stary dok­tor Fon­ta­ine i młody dok­tor Fon­ta­ine byli zbyt zajęci, by przy­je­chać i jej pomóc, Ellen jak zwy­kle sie­działa u szczytu stołu i tylko jej ciemne oczy były pod­krą­żone ze zmę­cze­nia. Lecz ani głos, ani zacho­wa­nie nie zdra­dzały jej noc­nego trudu. Pod maje­sta­tyczną łagod­no­ścią skry­wał się sta­lowy cha­rak­ter, który napeł­niał naboż­nym lękiem całą rodzinę, zarówno dziew­czynki, jak i Geralda, choć on za nic by się do tego nie przy­znał.

Cza­sami, gdy Scar­lett bie­gła wie­czo­rem na pal­cach, by poca­ło­wać matkę w poli­czek, spo­glą­dała na jej usta, ze zbyt wąską i zbyt wraż­liwą górną wargą, usta, które świad­czyły o tym, że świat łatwo mógł je zra­nić, i zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek wykrzy­wiały się one w głu­piut­kim, dziew­czę­cym uśmie­chu albo wie­czo­rami wyzna­wały tajem­nice swoim naj­bliż­szym przy­ja­ciół­kom. Nie, nie, to wyda­wało się nie­moż­liwe. Matka zawsze musiała być źró­dłem siły, mądro­ści, jedyną osobą, która znała odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia.

Ale Scar­lett myliła się, bowiem przed wielu laty Ellen Robil­lard z Savan­nah chi­cho­tała bez żad­nej przy­czyny tak samo jak wszyst­kie inne pięt­na­sto­latki w tym uro­kli­wym, nad­mor­skim mie­ście i tak samo szep­tała wie­czo­rami z przy­ja­ciół­kami, wymie­nia­jąc zwie­rze­nia, wyja­wia­jąc swoje wszyst­kie - z wyjąt­kiem jed­nego - sekrety. W tym wła­śnie roku o dwa­dzie­ścia osiem lat star­szy od niej Gerald O'Hara wkro­czył w jej życie. I w tymże roku opu­ściła ją miłość i jej czar­no­oki kuzyn, Phi­lippe Robil­lard. Bo gdy Phi­lippe ze swymi żywymi oczami i dzi­kim tem­pe­ra­men­tem wyje­chał z Savan­nah, zabrał ze sobą cały ogień pło­nący w sercu Ellen, pozo­sta­wia­jąc niskiemu, krzy­wo­no­giemu Irland­czy­kowi, który się z nią oże­nił, tylko zimną powłokę.

To jed­nak wystar­czyło Geral­dowi, oszo­ło­mio­nemu nie­zwy­kłym szczę­ściem, jakim było dla niego poślu­bie­nie Ellen. I jeśli coś wtedy w tej kobie­cie pękło, ni­gdy tego nie dostrzegł. Jako czło­wiek inte­li­gentny rozu­miał, że to praw­dziwy cud, iż on, Irland­czyk, bez rodziny o zna­nym nazwi­sku, bez bogac­twa, zdo­był córkę z jed­nej z naj­bo­gat­szych i naj­dum­niej­szych rodzin wybrzeża. Gerald był bowiem czło­wiekiem, który wszystko w życiu zawdzię­czał samemu sobie.

Gerald przy­pły­nął do Ame­ryki z Irlan­dii, gdy miał dwa­dzie­ścia jeden lat. Przy­był do Ame­ryki w pośpie­chu, jak wielu lep­szych i gor­szych Irland­czy­ków przed nim i po nim. Przy­je­chał z jed­nym ubra­niem na grzbie­cie, dwoma szy­lin­gami przy duszy i z ceną, którą wyzna­czono za jego głowę, ceną nie­współ­mierną do zarzu­co­nego mu czynu. Żaden bowiem Orań­czyk nie był wart stu fun­tów. Jeśli jed­nak rząd aż tak gwał­tow­nie zare­ago­wał na śmierć pew­nego dzier­żawcy, zastę­pu­ją­cego nie­obec­nego lorda, był to naj­wyż­szy czas, by Gerald O'Hara natych­miast wyje­chał z kraju. To prawda, że nazwał dzier­żawcę "orań­skim bękar­tem", ale, jak uwa­żał Gerald, nie dawało to obra­żo­nemu prawa do znie­wa­ża­nia go gwiz­da­niem pierw­szych tak­tów "Wód Boyne".

Bitwa nad Boyne została sto­czona prze­szło sto lat wcze­śniej, ale O'Haro­wie i ich sąsie­dzi wciąż myśleli o niej, jakby odbyła się wczo­raj. Pod­czas tej bitwy wszyst­kie ich nadzieje i marze­nia, tak samo jak zie­mie i bogac­two, zni­kły w obłoku kurzu osła­nia­ją­cym ucieczkę prze­ra­żo­nego księ­cia z rodu Stu­ar­tów. Póź­niej zaś Wil­helm Orań­ski i jego znie­na­wi­dzone woj­ska z poma­rań­czo­wymi kokar­dami wycięły w pień irlandz­kich stron­ni­ków Stu­arta.

Rodzina Geralda nie uwa­ża­łaby fatal­nego wyniku tej kłótni za coś szcze­gól­nie istot­nego, gdyby nie wią­zało się to z poważ­nymi kon­se­kwen­cjami. Od lat angiel­ska poli­cja podej­rze­wała O'Harów o pro­wa­dze­nie bez­praw­nej dzia­łal­no­ści prze­ciwko rzą­dowi i Gerald nie był pierw­szym spo­śród O'Harów, zmu­szo­nym wziąć nogi za pas, by o świ­cie opu­ścić Irlan­dię. Pra­wie już nie pamię­tał dwóch naj­star­szych braci: Jamesa i Andrew. Zacho­wał ich w pamięci tylko jako mło­dzień­ców o zaci­śnię­tych war­gach, któ­rzy z tajem­ni­czych powo­dów przy­cho­dzili i wycho­dzili o naj­dzi­wacz­niej­szych porach nocy albo zni­kali na całe tygo­dnie, dopro­wa­dza­jąc do roz­pa­czy matkę. Przy­byli do Ame­ryki przed wielu laty, po tym jak odkryto mały arse­nał broni pod chle­wem O'Harów. Teraz byli świet­nie pro­spe­ru­ją­cymi kup­cami w Savan­nah, "choć Bóg jeden wie, gdzie to jest", jak powta­rzała zawsze ich rodzi­cielka, gdy wspo­mi­nano jej dwóch naj­star­szych synów. Do nich wła­śnie wysłano mło­dego Geralda.

Opu­ścił dom, pośpiesz­nie poca­ło­wany w poli­czek przez matkę i otrzy­maw­szy jej żar­liwe kato­lic­kie bło­go­sła­wień­stwo, wyszep­tane mu do ucha tuż po ojcow­skim poże­gnal­nym napo­mnie­niu: "Pamię­taj, kim jesteś i nie bierz niczego, co nie twoje". Jego pię­ciu wyso­kich braci uśmie­chało się doń nieco pro­tek­cjo­nal­nie, bowiem Gerald był naj­młod­szy i naj­mniej­szy z całej, potęż­nie zbu­do­wa­nej rodziny.

Bar­czy­ści bra­cia i ojciec mie­rzyli ponad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, a mały Gerald w wieku dwu­dzie­stu jeden lat pojął, że sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów to wszystko, co zamie­rzał mu Bóg ofia­ro­wać. Gerald zgod­nie ze swoją naturą ni­gdy nie roz­pa­czał z powodu niskiego wzro­stu i ni­gdy nie trak­to­wał go jako prze­szkody w zdo­by­wa­niu wszyst­kiego, czego pra­gnął. Szybko prze­ko­nał się, że mali ludzie muszą być twar­dzi, by prze­żyć wśród wyso­kich. I Gerald był twardy.

Jego rośli bra­cia nale­żeli do posęp­nych, cichych męż­czyzn, w któ­rych rodzinna tra­dy­cja tęsk­noty za utra­coną na zawsze chwałą prze­szło­ści jątrzyła się mil­czącą nie­na­wi­ścią, prze­peł­nia­jąc ich gory­czą. Gdyby Gerald był rów­nie potęż­nie zbu­do­wany jak oni, poszedłby w ślady innych O'Harów, dołą­cza­jąc do bun­tu­ją­cych się prze­ciwko wła­dzy. Gerald jed­nak był "hała­śliwy i uparty" - jak to czule okre­ślała matka, gwał­towny, skory do bójki i kłótni. Krę­cił się mię­dzy wyso­kimi O'Harami jak kar­ło­waty kogut na podwórku wśród potęż­nych kochin­chin2, a oni kochali go i dro­czyli się z nim, by usły­szeć jego wście­kły ryk. Cza­sem też tłu­kli go swymi wiel­kimi pię­ściami, nie wię­cej jed­nak, niż było potrzeba, żeby przy­po­mnieć naj­młod­szemu bratu, gdzie jest jego miej­sce.

Gerald nie miał zie­lo­nego poję­cia, że jego wykształ­ce­nie nie­wiele zna­czy w Ame­ryce. Gdyby mu jed­nak o tym powie­dziano, spe­cjal­nie by się tym nie zmar­twił. Matka nauczyła go czy­tać i sta­ran­nie pisać. Miał też nie­zgor­sze poję­cie o rachun­kach. Na tym koń­czyła się jego książ­kowa wie­dza. Z łaciny znał tylko for­mułki wypo­wia­dane pod­czas mszy, a z histo­rii - liczne irlandz­kie krzywdy. Jego zna­jo­mość poezji ogra­ni­czała się do Moore'a, a muzyki - do tra­dy­cyj­nych irlandz­kich pie­śni, prze­ka­zy­wa­nych z poko­le­nia na poko­le­nie. Cho­ciaż bar­dzo sza­no­wał wszyst­kich, któ­rzy posie­dli więk­szą od niego wie­dzę, nie roz­pa­czał nad swymi bra­kami. Na co zresztą była mu książ­kowa wie­dza w nowym kraju, w któ­rym naj­głupsi Irland­czycy zdo­byli wiel­kie majątki? W kraju, w któ­rym od czło­wieka żądano tylko, by był silny i nie bał się pracy?

Ani James, ani Andrew, któ­rzy zatrud­nili go w swoim skle­pie w Savan­nah, nie przej­mo­wali się bra­kiem wykształ­ce­nia brata. Dzięki sta­ran­nemu pismu, dokład­no­ści w licze­niu i spry­towi przy zawie­ra­niu trans­ak­cji zdo­był ich sza­cu­nek, pod­czas gdy zna­jo­mość lite­ra­tury i muzyki zosta­łaby tylko zbyta pogar­dli­wym uśmiesz­kiem. Dla Irland­czy­ków Ame­ryka z początku wieku sta­no­wiła kraj wiel­kich moż­li­wo­ści. James i Andrew, któ­rzy zaczy­nali od prze­wo­że­nia towa­rów z Savan­nah do miast w Geo­r­gii, doro­bili się wkrótce wła­snego składu, a Gerald dora­biał się wraz z nimi.

Ojciec Scar­lett polu­bił Połu­dnie i wkrótce zaczął się już uwa­żać za połu­dniowca. Dużo było rze­czy na Połu­dniu, któ­rych ni­gdy nie zro­zu­miał, ale całym ser­cem, zgod­nie ze swoją naturą, prze­jął jego idee i zwy­czaje tak, jak je rozu­miał. Lubił i pokera, i wyścigi konne. I poli­tyczne roz­go­rącz­ko­wa­nie, i kodeks hono­rowy oraz prawa Sta­nów. Podzie­lał nie­chęć do Jan­ke­sów i poglądy na nie­wol­nic­two oraz ślepą wiarę w bawełnę, pogardę dla bia­łej bie­doty i prze­sadną kur­tu­azję wobec kobiet. Nauczył się nawet żuć tytoń. Nie musiał nato­miast uczyć się pić whi­sky, bo przy­szedł już na świat z mocną głową.

Gerald jed­nak pozo­stał Geral­dem. Jego spo­sób życia i poglądy zmie­niły się, ale manier nie zmie­niłby, nawet gdyby był w sta­nie to zro­bić. Podzi­wiał jed­nakowoż nie­wy­mu­szoną ele­gan­cję boga­tych plan­ta­to­rów ryżu i bawełny, któ­rzy zjeż­dżali do Savan­nah ze swych małych kró­lestw na koniach czy­stej krwi. Towa­rzy­szyły im powozy z ich rów­nie ele­ganc­kimi żonami i wozy z nie­wol­ni­kami. Gerald ni­gdy nie stał się ele­gan­tem i mówił dalej z twar­dym, irlandz­kim akcen­tem. Lubił nie­dbały wdzięk, z jakim plan­ta­to­rzy pro­wa­dzili poważne inte­resy, sta­wia­jąc mają­tek, plan­ta­cję czy nie­wol­nika na jedną kartę i spła­ca­jąc długi z niczym nie zakłó­coną pogodą ducha, tak samo jak rzu­cali drobne monety murzyń­skim dzie­ciom. Ale Gerald poznał nędzę i dla­tego ni­gdy nie nauczył się tra­cić pie­nię­dzy z humo­rem i wdzię­kiem. Miesz­kańcy wybrzeża Geo­r­gii nale­żeli do sym­pa­tycz­nych ludzi o mięk­kich gło­sach, zapal­czy­wych i cza­ru­jąco nie­od­po­wie­dzial­nych. Gerald lubił ich, choć się od nich róż­nił. W tym mło­dym Irland­czyku, który dopiero co przy­był z kraju wil­got­nych, prze­ni­kli­wych wia­trów, tliła się jakaś ener­gia i nie­spo­żyta wital­ność. To ona wła­śnie róż­niła go od fleg­ma­tycz­nych ary­sto­kra­tów z kra­iny nie­mal tro­pi­kal­nych upa­łów i mala­rycz­nych bagien.

Nauczył się od nich tego, co uznał za poży­teczne, resztę zaś odrzu­cił. Doszedł do wnio­sku, że poker jest naj­po­ży­tecz­niej­szą z roz­ry­wek Połu­dnia. Doce­nił pokera i mocną głowę do whi­sky. I to wła­śnie wro­dzona skłon­ność do kart i bursz­ty­no­wego trunku przy­nio­sły Geral­dowi dwie spo­śród trzech naj­cen­niej­szych dla niego rze­czy: lokaja i plan­ta­cję. Trze­cią była żona, ale ją, w swoim prze­ko­na­niu, zawdzię­czał naj­bar­dziej dobroci Boga.

Lokaj o imie­niu Pork, lśniąco czarny, dostojny i dosko­nale zna­jący się na ele­ganc­kich stro­jach Murzyn, sta­no­wił rezul­tat cało­noc­nej gry w pokera z plan­ta­to­rem z Wyspy Świę­tego Szy­mona, który odwagą w ble­fo­wa­niu dorów­ny­wał Geral­dowi, ale któ­rego głowa znacz­nie gorzej zno­siła nowo­or­le­ań­ski rum. Cho­ciaż dawny wła­ści­ciel Porka chciał go póź­niej odku­pić za podwójną cenę, Gerald twardo odma­wiał, bo zdo­by­cie pierw­szego nie­wol­nika, i to "naj­lep­szego cho­ler­nego lokaja na wybrzeżu", było pierw­szym kro­kiem do reali­za­cji jego marzeń. Gerald chciał bowiem mieć wielu nie­wol­ni­ków i stać się wła­ści­cielem ziem­skim.

Przy­siągł sobie, że nie spę­dzi wszyst­kich swych dni, tak jak James czy Andrew, na zawie­ra­niu małych trans­ak­cji, a wszyst­kich nocy na ślę­cze­niu przy świe­tle świeczki nad dłu­gimi kolum­nami cyfr. Odczu­wał bar­dzo mocno, ina­czej niż jego bra­cia, lek­ce­wa­że­nie, z jakim w towa­rzy­stwie odno­szono się do kup­ców. Gerald zamie­rzał stać się plan­ta­to­rem. W Irlan­dii jego rodzina tylko dzier­ża­wiła zie­mie, będące kie­dyś wła­sno­ścią przod­ków, a on chciał widzieć, jak jego wła­sna posia­dłość zazie­leni się na jego oczach. Miał tylko jeden cel - pra­gnął wła­snego domu, wła­snej plan­ta­cji, wła­snego konia i wła­snych nie­wol­ni­ków. I tutaj, w nowym kraju, wol­nym od dwóch plag drę­czą­cych zie­mię, którą opu­ścił - podat­ków zja­da­ją­cych plony i nagłej kon­fi­skaty - zamie­rzał wszystko to zdo­być, lecz, jak się w miarę upływu lat prze­ko­nał, marze­nia i ich reali­za­cja to dwie różne sprawy. Osia­dła tu ary­sto­kra­cja miała zbyt mocną pozy­cję na wybrze­żach Geo­r­gii, by O'Hara mógł liczyć na to, że kie­dy­kol­wiek zdo­bę­dzie to, o czym marzył.

Póź­niej jed­nak ręka Opatrz­no­ści i szczę­ście w poke­rze połą­czyły się, by obda­ro­wać go plan­ta­cją, którą nazwał Tarą.

Pew­nej wio­sen­nej, upal­nej nocy w salo­onie w Savan­nah Gerald usły­szał przy­pad­kiem opo­wieść sie­dzą­cego w pobliżu nie­zna­jo­mego. Opo­wieść ta bar­dzo go zain­te­re­so­wała. Ów czło­wiek, rodo­wity miesz­ka­niec Savan­nah, wró­cił wła­śnie do mia­sta po dwu­na­stu latach spę­dzo­nych na roli. Był jed­nym ze zwy­cięz­ców zor­ga­ni­zo­wa­nej przez wła­dze sta­nowe lote­rii, za pomocą któ­rej roz­dzie­lano zie­mię ode­braną India­nom rok przed przy­by­ciem Geralda do Ame­ryki. Poje­chał więc tam i zało­żył plan­ta­cję, teraz jed­nak, gdy jego dom spło­nął, miał dość tego "prze­klę­tego miej­sca" i chęt­nie by się go pozbył.

Gerald, który ani na chwilę nie prze­sta­wał marzyć o wła­snej plan­ta­cji, nawią­zał roz­mowę z nie­zna­jo­mym. Jego zain­te­re­so­wa­nie wzro­sło, gdy dowie­dział się, że tereny na pół­nocy Geo­r­gii zapeł­niają się przy­by­szami z Karo­liny Pół­noc­nej i Połu­dnio­wej oraz z Wir­gi­nii. Gerald dosta­tecz­nie długo żył w Savan­nah, by prze­ko­nać się, że miesz­kańcy wybrzeża uwa­żają całą resztę stanu za leśne ostępy, gdzie w każ­dych zaro­ślach czają się India­nie. Podró­żu­jąc w inte­re­sach firmy "Bra­cia O'Hara", odwie­dził leżącą w odle­gło­ści stu sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów od Savan­nah Augu­stę, potem wyru­szył stam­tąd do sta­rych miast na zacho­dzie. Wie­dział, że tamte tereny są rów­nie gęsto zalud­nione jak wybrzeże, jed­nak z opisu nie­zna­jo­mego wyni­kało, że jego plan­ta­cja znaj­duje się ponad czte­ry­sta kilo­me­trów na pół­nocny zachód od Savan­nah. Na połu­dnie od niej pły­nęła rzeka Chat­ta­ho­ochee. Gerald wie­dział, że tereny na pół­noc od tej rzeki były wciąż w rękach Czi­ro­ke­zów, i dla­tego zdu­miał się, sły­sząc, że nie­zna­jomy drwi z kło­po­tów z India­nami i opo­wiada o powsta­wa­niu tam szybko roz­wi­ja­ją­cych się miast i dobrze pro­spe­ru­ją­cych plan­ta­cji.

Godzinę póź­niej, gdy roz­mowa zaczęła się rwać, Gerald z prze­bie­gło­ścią, którą masko­wała bez­gra­niczna nie­win­ność jego jasno­nie­bie­skich oczu, zapro­po­no­wał grę w karty. W środku nocy, gdy wszy­scy mieli już dobrze w czu­bie, doszło do roz­grywki, w któ­rej Gerald i nie­zna­jomy wal­czyli we dwóch, bo reszta gra­czy zło­żyła karty. Nie­zna­jomy wło­żył do banku wszyst­kie sztony, a potem akt wła­sno­ści plan­ta­cji. Gerald także posta­wił wszyst­kie swoje sztony, kła­dąc na nich jesz­cze swój port­fel. Jeśli nawet zawie­rał on pie­nią­dze firmy "Bra­cia O'Hara", sumie­nie Geralda nie zostało poru­szone na tyle, by czuł potrzebę wyspo­wia­da­nia się przed mszą następ­nego poranka. Wie­dział, czego chce, a kiedy cze­goś chciał, się­gał po to naj­prost­szą drogą. Poza tym tak bar­dzo wie­rzył w swoje prze­zna­cze­nie i karetę dwó­jek, że nawet przez chwilę nie zasta­na­wiał się, jak odda pie­nią­dze, jeśli part­ner położy na stole moc­niej­sze karty.

- Nie robi pan dobrego inte­resu, a ja jestem bar­dzo zado­wo­lony, że nie muszę już pła­cić podat­ków za tę posia­dłość - wes­tchnął wła­ści­ciel fula na asach, gdy popro­sił o pióro i atra­ment. - Dom spło­nął w zeszłym roku, a pola zara­stają chwa­stami i kar­ło­wa­tymi sosnami. Ale to już teraz pań­ska wła­sność.

- Nie łącz ni­gdy kart i whi­sky, chyba że od dziecka pojono cię irlandz­kim samo­go­nem - powie­dział poważ­nie Gerald Porkowi tej samej nocy, gdy lokaj poma­gał mu poło­żyć się do łóżka.

Muli­sta rzeka Flint, pły­nąca cicho wśród obro­śnię­tych dzi­kim winem sosen i dębów, ota­czała z dwóch stron nową posia­dłość Geralda. Dla Geralda sto­ją­cego na małym wznie­sie­niu, na któ­rym kie­dyś znaj­do­wał się dom, ta wysoka ściana zie­leni sta­no­wiła widoczny dowód wła­sno­ści, tak samo jak byłby nim płot ota­cza­jący posia­dłość. Stał na poczer­nia­łych fun­da­men­tach spa­lo­nego budynku, patrząc w dół na długą aleję drzew bie­gnącą do głów­nej drogi i klął wście­kle, zbyt szczę­śliwy, by modlić się z wdzięcz­no­ścią. Te dwa rzędy ciem­nych drzew nale­żały do niego, tak samo jak zapusz­czony, poro­śnięty ziel­skiem traw­nik pod biało kwit­ną­cymi mło­dymi drzew­kami magno­lii. Wła­sność Geralda O'Hary sta­no­wiły także nie­upra­wiane od dawna pola, zaro­słe kar­ło­wa­tymi sosnami i krze­wami. Gli­nia­ste, czer­wone bruzdy daleko się­gały we wszyst­kich kie­run­kach. Ten cały świat nale­żał do niego, bo miał bystrą, irlandzką głowę i odwagę, by posta­wić wszystko na jedną kartę.

Gerald zamknął oczy i w ciszy nie­upra­wia­nych pól poczuł, że przy­był do domu. Posta­no­wił, że tutaj, gdzie stoi, zbu­duje dom z pobie­lo­nej cegły. Po dru­giej stro­nie drogi postawi nowe płoty, oddzie­la­jące pastwi­ska dla bydła i koni czy­stej krwi. Żyzna, czer­wona zie­mia na zbo­czu pagórka, cią­gnąca się aż do rzeki, sta­nie się w słońcu lśniąco biała jak puch - dzięki baweł­nie, hek­ta­rom bawełny! O'Haro­wie znowu staną się bogaci.

Z małej sumki, którą udało mu się poży­czyć od nie­zbyt entu­zja­stycz­nie nasta­wio­nych do jego pla­nów braci, i z poważ­nych pie­nię­dzy wzię­tych pod zastaw hipo­teczny posia­dło­ści Gerald kupił pierw­szych nie­wol­ni­ków do pracy na polach i przy­był do Tary, by pro­wa­dzić kawa­ler­skie, samot­ni­cze życie w czte­ro­po­ko­jo­wym domu rządcy, który zajął do czasu wznie­sie­nia bia­łego dworu.

Oczy­ścił pola i zasa­dził bawełnę, po czym poży­czył wię­cej pie­nię­dzy od Jamesa i Andrew, by kupić kolej­nych nie­wol­ni­ków. O'Haro­wie byli zamknię­tym kla­nem, wspie­rali się wza­jem­nie zarówno w cza­sach powo­dze­nia, jak i kło­po­tów. Nie robili tego z powodu jakichś zbyt gorą­cych, rodzin­nych uczuć, ale dla­tego, że w złych latach nauczyli się, że aby prze­żyć, rodzina musi wspól­nie sta­wić czoło światu. Poży­czyli Geral­dowi pie­nią­dze, które w ciągu następ­nych lat wró­ciły do nich z pro­cen­tem. Plan­ta­cja powięk­szała się stop­niowo, w miarę jak Gerald kupo­wał sąsia­du­jące z nią tereny. W końcu i biały dom prze­mie­nił się z marze­nia w rze­czy­wi­stość.

Budy­nek wznie­siony rękami nie­wol­ni­ków był nie­kształt­nym, roz­ło­ży­stym domo­stwem, sto­ją­cym na pagórku pośród zie­lo­nych pastwisk, opa­da­ją­cych łagod­nie w stronę rzeki. Gerald jed­nak bar­dzo się z niego cie­szył, bo cho­ciaż dom był nowy, wyglą­dał jak pokryty patyną lat. Stare dęby, które pamię­tały czasy Indian, cia­sno ota­czały budy­nek. Ich gałę­zie sty­kały się ponad dachem, dając głę­boki cień. Na oczysz­czo­nym z chwa­stów traw­niku rosła koni­czyna i trawa ber­mudzka. Gerald oso­bi­ście pil­no­wał, by je pie­lę­gno­wano. Zaczy­na­jąc od alei cedrów, a na rzę­dzie bia­łych chat dla nie­wol­ni­ków koń­cząc, wszystko w Tarze tchnęło solid­no­ścią i trwa­ło­ścią. Ile­kroć Gerald wypa­dał galo­pem zza zakrętu drogi i dostrze­gał dach swo­jego domu, błysz­czący mię­dzy zie­lo­nymi gałę­ziami, jego serce pęcz­niało z dumy, jak gdyby za każ­dym razem widział go po raz pierw­szy.

To on doko­nał tego wszyst­kiego. On - mały, twardy, zapal­czywy Gerald.

Wła­ści­ciel Tary wkrótce był już w zaży­łych sto­sun­kach ze wszyst­kimi sąsia­dami w hrab­stwie, z wyjąt­kiem MacIn­to­shów, któ­rych tereny gra­ni­czyły z jego plan­ta­cją po lewej stro­nie, i Slat­te­rych, któ­rzy mieli zale­d­wie hek­tar ziemi po pra­wej stro­nie, mię­dzy bagni­stym brze­giem rzeki a posia­dło­ścią Johna Wil­kesa.

MacIn­to­sho­wie byli z pocho­dze­nia na wpół Szko­tami, na wpół Irland­czy­kami i w dodatku oran­ży­stami3. Cho­ciażby więc mieli wszyst­kie cnoty świę­tych z kato­lic­kiego kalen­da­rza, z racji pocho­dze­nia ska­zani byli w oczach Geralda na wieczne potę­pie­nie. To prawda, żyli już w Geo­r­gii sie­dem­dzie­siąt lat, a przed­tem przez jedno poko­le­nie miesz­kali w Karo­li­nie, ale pierw­szy czło­nek rodziny, który posta­wił stopę na ame­ry­kań­skim brzegu, przy­był tu z Ulsteru - i tego już Geral­dowi wystar­czyło.

Ci mil­czący i uparci ludzie pro­wa­dzili zamknięte życie i żenili się ze swymi krew­nymi z Karo­liny. Nie tylko Gerald ich nie lubił. Z natury gościnni i towa­rzy­scy, ludzie w hrab­stwie też nie­zbyt tole­ro­wali takich odmień­ców. Plotki o abo­li­cjo­ni­stycz­nych sym­pa­tiach MacIn­to­shów nie przy­spa­rzały im popu­lar­no­ści. Stary Angus wpraw­dzie nie wyzwo­lił nawet jed­nego nie­wol­nika i naru­szył zwy­cza­jowe prawo, sprze­da­jąc kilku swo­ich Murzy­nów han­dla­rzom nie­wol­ni­ków jadą­cym na plan­ta­cje trzciny cukro­wej w Luizja­nie, ale plotki nie ustały.

- On jest bez wąt­pie­nia abo­li­cjo­ni­stą - powta­rzał Gerald Joh­nowi Wil­ke­sowi. - Ale gdy oran­ży­sta musi wybie­rać mię­dzy zasa­dami a szkoc­kim skąp­stwem, zasady prze­gry­wają.

Ina­czej rzecz się miała z rodziną Slat­te­rych. Ponie­waż byli bie­da­kami, nie cie­szyli się nawet tym nie­chęt­nym sza­cun­kiem, jakim miesz­ka­jące w oko­licy rodziny darzyły twardą nie­za­leż­ność Angusa MacIn­to­sha. Stary Slat­tery, choć słaby i nie­za­radny, wytrwale trzy­mał się swo­jego nędz­nego hek­tara, mimo pona­wia­nych przez Geralda i Johna Wil­kesa pro­po­zy­cji kupna tej ziemi. Jego żona była cho­ro­witą kobietą o potar­ga­nych wło­sach i pozba­wio­nej wyrazu twa­rzy, matką całego stadka wystra­szo­nych i ponu­rych dzieci - stadka, które powięk­szało się regu­lar­nie co rok. Tom Slat­tery nie miał nie­wol­ni­ków i sam, wspól­nie z dwoma naj­star­szymi synami, wytrwale upra­wiał bawełnę, pod­czas gdy żona i młod­sze dzieci zaj­mo­wały się tym, co miało być ogro­dem warzyw­nym. Ale bawełna jakoś ni­gdy się nie uda­wała, a ogród wsku­tek cią­głych poro­dów pani Slat­tery rzadko dawał tyle, by zdo­łała wyży­wić swoją gro­madkę.

Wszy­scy przy­wy­kli do widoku Toma Slat­tery'ego mitrę­żą­cego czas na gan­kach domów sąsia­dów, gdzie żebrał o nasiona bawełny do sadze­nia albo o kawał boczku, "aby prze­trwać". Slat­tery nie­na­wi­dził sąsia­dów, wkła­da­jąc w to całą swą - nie­wielką zresztą - ener­gię, wyczu­wał bowiem pogardę kry­jącą się pod ich uprzej­mo­ścią. Szcze­gólną zaś nie­chę­cią darzył "bez­czel­nych czar­nu­chów" będą­cych wła­sno­ścią boga­czy. Murzyń­ska służba domowa hrab­stwa uwa­żała się za coś lep­szego od "bia­łych śmieci". Nie­skry­wana pogarda czar­nych doku­czała mu, a ich sytu­acja budziła w nim zazdrość. W prze­ci­wień­stwie do niego Murzyni byli naje­dzeni, dobrze ubrani, opie­ko­wano się nimi w cho­ro­bie i na sta­rość. Czuli się dumni ze swych wła­ści­cieli, z tego, że ich pano­wie należą do wyż­szych sfer, pod­czas gdy on był u wszyst­kich w pogar­dzie.

Tom Slat­tery mógł sprze­dać swoją farmę każ­demu plan­ta­to­rowi w hrab­stwie za sumę trzy­krot­nie więk­szą od jej rze­czy­wi­stej war­to­ści. Każdy z nich uwa­żałby, że dobrze spo­żyt­ko­wał pie­nią­dze, pozby­wa­jąc się zakały spo­łecz­no­ści. Slat­tery jed­nak nie miał zamiaru zmie­niać miej­sca pobytu, wolał dalej wege­to­wać, korzy­sta­jąc z lito­ści sąsia­dów i zbie­rać belę bawełny rocz­nie.

Z resztą miesz­kań­ców hrab­stwa Gerald utrzy­my­wał sto­sunki przy­ja­ciel­skie, a nawet zażyłe. Wil­ke­so­wie, Calver­to­wie, Tar­le­to­no­wie i Fon­ta­ine'owie - wszy­scy uśmie­chali się, widząc małą figurkę galo­pu­jącą na wiel­kim, bia­łym koniu w stronę ich domów. I natych­miast roz­ka­zy­wali, by podano wyso­kie szklanki, do któ­rych na łyżeczkę cukru i odro­binę sprosz­ko­wa­nej mięty nale­wano miarkę bur­bona. Gerald był sym­pa­tyczny, a z cza­sem sąsie­dzi zro­zu­mieli to, co dzieci, Murzyni i psy dostrze­gali od pierw­szego wej­rze­nia - że grzmią­cym gło­sem i zaczep­nym spo­so­bem zacho­wa­nia maskuje dobroć serca, umie­jęt­ność wysłu­chi­wa­nia zwie­rzeń i szczo­drość.

Jego wizy­tom towa­rzy­szyło zawsze szcze­ka­nie psów i wrzask małych murzyń­skich dzieci, które wybie­gały mu na spo­tka­nie, kłó­cąc się o przy­wi­lej przy­trzy­ma­nia mu konia, ucie­ka­jąc przed nim i śmie­jąc się z jego dobro­dusz­nych poła­ja­nek. Białe dzieci doma­gały się, by je huś­tał na kola­nach, opo­wia­da­jąc star­szym o hanieb­nej poli­tyce Jan­ke­sów. Córki jego przy­ja­ciół zwie­rzały mu się w tajem­nicy ze swych miło­snych unie­sień, a mło­dzieńcy z oko­licy, bojąc się gniewu ojca, przy­zna­wali mu się do dłu­gów hono­ro­wych, znaj­du­jąc w nim praw­dzi­wego przy­ja­ciela.

- A więc jesteś mu tyle dłużny od mie­siąca, ty łotrze! - krzy­czał wtedy Gerald. - Na Boga, czemu wcze­śniej nie popro­si­łeś o pie­nią­dze?

Jego szorstki spo­sób mówie­nia był zbyt dobrze znany, by stać się powo­dem obrazy, tak więc mło­dzieńcy uśmie­chali się tylko nie­śmiało i odpo­wia­dali:

- Cóż, pro­szę pana, nie chcia­łem robić panu kło­potu, a mój ojciec...

- Twój ojciec to dobry czło­wiek, nie można zaprze­czyć, ale też tro­chę ostry, a więc weź to i nie chcę już o tym wię­cej sły­szeć.

Żony plan­ta­to­rów ska­pi­tu­lo­wały ostat­nie. Ale kiedy pani Wil­kes, "wielka dama o wyjąt­ko­wym darze dys­kre­cji", jak okre­ślił ją Gerald, powie­działa mężowi pew­nego wie­czoru, gdy czła­pa­nie konia Geralda odda­lało się od ich domu: "Ma ostry język, ale to praw­dziwy dżen­tel­men", osta­tecz­nie został zaak­cep­to­wany w towa­rzy­stwie.

Nie miał poję­cia, że trwało to pra­wie dzie­sięć lat, ni­gdy bowiem nie zauwa­żył, że począt­kowo sąsie­dzi patrzyli na niego spode łba.

Gdy Gerald miał czter­dzie­ści trzy lata i stał się tak krzepki i rumiany, że wyglą­dał jak polu­jący szlach­cic ze szty­chu, uświa­do­mił sobie, że Tara, choć wciąż bar­dzo mu droga, i miesz­kańcy hrab­stwa o otwar­tych ser­cach i domach, to za mało. Chciał żony.

Tara doma­gała się pani domu. Gruba kucharka, dziewka fol­warczna z koniecz­no­ści prze­nie­siona do kuchni, ni­gdy nie poda­wała posił­ków o cza­sie, a poko­jówka, przed­tem robot­nica z pola, pozwa­lała, by kurz gro­ma­dził się na meblach. Ni­gdy też nie miała czy­stej bie­li­zny pod ręką, przy­by­ciu gości towa­rzy­szyło więc zawsze zamie­sza­nie i awan­tury. Pork, jedyny wykwa­li­fi­ko­wany czarny słu­żący w domu, miał nad­zo­ro­wać resztę słu­żących, ale nawet on zro­bił się leniwy i nie­dbały po kilku latach prze­by­wa­nia z nie­fra­so­bli­wym Geral­dem. Jako lokaj dbał o porzą­dek w sypialni Geralda, a jako szef domo­wej służby poda­wał posiłki dostoj­nie i ele­gancko, ale na inne sprawy w ogóle nie zwra­cał uwagi.

Z nie­omyl­nym, afry­kań­skim instynk­tem wszy­scy Murzyni odkryli, że Gerald co prawda gło­śno szczeka, ale wcale nie gry­zie, i bez­wstyd­nie to wyko­rzy­sty­wali. Zawsze było tu pełno gróźb sprze­da­nia nie­wol­ni­ków na Połu­dnie i bole­snej chło­sty, ni­gdy jed­nak nie sprze­dano żad­nego nie­wol­nika z Tary, zaś wychło­stany mógł zostać jedy­nie ten, kto nie oczy­ścił ulu­bio­nego konia Geralda po cało­dzien­nym polo­wa­niu.

Bystre, nie­bie­skie oczy Geralda zauwa­żyły, jak świet­nie pro­wa­dzone są domy jego sąsia­dów i z jaką łatwo­ścią ich gładko ucze­sane żony w sze­lesz­czą­cych suk­niach radzą sobie ze służbą.

Nie zda­wał sobie sprawy, że kobiety te pra­cują od świtu do nocy, doglą­da­jąc goto­wa­nia, wycho­wa­nia dzieci, szy­cia i pra­nia. Widział tylko zewnętrzne wyniki i wzbu­dzały one jego podziw.

To, jak bar­dzo pil­nie potrze­buje żony, stało się dla niego jasne pew­nego ranka, gdy wybie­rał się w podróż do mia­sta, w dzień sesji sądo­wej. Pork przy­niósł mu jego ulu­bioną pli­so­waną koszulę tak nie­po­rad­nie zace­ro­waną przez poko­jówkę, że nada­wała się już tylko dla słu­żą­cego.

- Pan Gerald - powie­dział Pork, z wdzięcz­no­ścią zwi­ja­jąc koszulę, którą poda­ro­wał mu roz­wście­czony wła­ści­ciel. - To, czego pan potrze­bo­wać, to żona, która mieć wiel­kie mnó­stwo murzyń­skich słu­żą­cych.

Gerald zga­nił Porka za imper­ty­nen­cję, ale wie­dział, że Murzyn ma rację. Potrze­bo­wał żony i chciał mieć dzieci. Jeśli zaś szybko się o to nie postara, może być za późno. Nie chciał jed­nak żenić się z byle kim, jak to zro­bił pan Calvert, który wziął za żonę jan­ke­ską guwer­nantkę swo­ich osie­ro­co­nych dzieci. Uznał, że jego żona musi być praw­dziwą damą, z rów­nie wspa­niałą powierz­chow­no­ścią i wiel­kim wdzię­kiem jak pani Wil­kes. Musi także potra­fić pokie­ro­wać Tarą tak dobrze, jak pani Wil­kes czy­niła to ze swoją posia­dło­ścią.

Trudno jed­nak było wże­nić się w któ­rąś z rodzin hrab­stwa. Pierw­szą prze­szkodę sta­no­wiła mała liczba dziew­cząt w wieku odpo­wied­nim do mał­żeń­stwa. Drugą, i to znacz­nie poważ­niej­szą prze­szkodą był fakt, że Geralda, mimo iż od dzie­się­ciu lat miesz­kał w tej oko­licy, uwa­żano za czło­wieka "nowego" i cudzo­ziemca. Nikt nie znał jego rodziny. Cho­ciaż wyż­sze sfery środ­ko­wej Geo­r­gii nie sta­no­wiły tak zamknię­tej grupy jak ary­sto­kra­cja z wybrzeża, żadna rodzina nie chciała, by jej córka poślu­biła męż­czy­znę, o któ­rego dziadku nic nie było wia­domo.

Gerald rozu­miał, że pomimo szcze­rej przy­jaźni plan­ta­to­rów, z któ­rymi polo­wał, pił i dys­ku­to­wał o poli­tyce, nie ma ani jed­nego sąsiada, któ­rego córkę mógłby poślu­bić. Nie chciał też, by plot­ko­wano przy sto­łach, że ten i ów nie zgo­dził się oddać córki Geral­dowi O'Harze. Mimo tej świa­do­mo­ści Gerald nie czuł się gor­szy od swych sąsia­dów. Nie ist­niała taka rzecz, która mogłaby spra­wić, by Gerald poczuł się gor­szy od kogo­kol­wiek. Po pro­stu w hrab­stwie pano­wał dzi­waczny zwy­czaj, że panny wcho­dziły tylko do takich rodzin, które miesz­kały na Połu­dniu ponad dwa­dzie­ścia lat, posia­dały zie­mię i nie­wol­ni­ków i fol­go­wały tylko mod­nym w tym cza­sie roz­ryw­kom i grzesz­kom.

- Pakuj rze­czy. Wyjeż­dżamy do Savan­nah - roz­ka­zał Porkowi. - A jeśli usły­szę, że choćby raz powiesz: "Och!" albo "Na Boga!", natych­miast cię sprze­dam, bo ja sam rzadko tak mówię.

Być może, James i Andrew dora­dzą mu coś w spra­wie mał­żeń­stwa? Może któ­ryś z ich sta­rych przy­ja­ciół będzie miał córkę, która spełni jego wyma­ga­nia, a rów­no­cze­śnie sama zaak­cep­tuje go jako męża? James i Andrew cier­pli­wie wysłu­chali brata, ale nie­wiele mogli mu pomóc. Do Ame­ryki przy­je­chali jako ludzie żonaci. A córki ich sta­rych przy­ja­ciół dawno już były zamężne i zaj­mo­wały się małymi dziećmi.

- Nie jesteś boga­tym czło­wie­kiem, nie pocho­dzisz też z wiel­kiej rodziny - powie­dział James.

- Doro­bi­łem się pie­nię­dzy, a teraz sam założę wielką rodzinę. I nie mam zamiaru żenić się z byle kim.

- Wysoko mie­rzysz - sucho zauwa­żył Andrew.

Zro­bili jed­nak dla Geralda, co tylko mogli. Jako starsi ludzie, oto­czeni w Savan­nah wiel­kim sza­cun­kiem, James i Andrew mieli wielu przy­ja­ciół i przez mie­siąc cią­gali Geralda z domu do domu, na kola­cje, tańce i pik­niki.

- Jest tylko jedna, która zwró­ciła moją uwagę - stwier­dził w końcu Gerald. - Nie było jej jesz­cze na świe­cie, gdy przy­pły­ną­łem do Ame­ryki.

- Któż to jest?

- Panna Ellen Robil­lard - powie­dział Gerald, pra­gnąc, by zabrzmiało to obo­jęt­nie, bowiem leciutko sko­śne, ciemne oczy Ellen Robil­lard nie tylko przy­kuły jego uwagę. Pomimo tajem­ni­czo chłod­nego spo­sobu bycia, tak dziw­nego u pięt­na­sto­let­niej dziew­czyny, panna Robil­lard ocza­ro­wała go. Ponadto jej pełne roz­pa­czy spoj­rze­nie bole­śnie ukłuło go w serce i spra­wiło, że Gerald odno­sił się do niej łagod­niej niż do jakiej­kol­wiek innej osoby na świe­cie.

- Mógł­byś być jej ojcem!

- Ależ jestem w kwie­cie wieku! - zawo­łał ura­żony Gerald.

- Jerry, nie ma dziew­czyny w Savan­nah, u któ­rej miał­byś mniej­sze szanse na mał­żeń­stwo. Jest córką Robil­larda, a ci Fran­cuzi są dumni jak Lucy­fer. A jej matka - panie świeć nad jej duszą - była naprawdę wielką damą - powie­dział spo­koj­nie James.

- Nie dbam o to - zawo­łał Gerald. - Poza tym jej matka umarła, a stary Robil­lard mnie lubi.

- Jako czło­wieka tak, ale jako zię­cia - nie.

- Tak czy ina­czej, dziew­czyna cię nie zechce - wtrą­cił się Andrew. - Od roku kocha swo­jego kuzyna, zwa­rio­wa­nego lalu­sia, Phi­lippe'a Robil­larda, mimo że rodzina zadrę­cza ją dzień i noc, by o nim zapo­mniała.

- Wyje­chał do Luizjany mie­siąc temu - powie­dział Gerald.

- Skąd wiesz?

- Wiem - odrzekł Gerald, który nie uznał za sto­sowne wyja­wić im ani tego, że to Pork dostar­czył mu tej cen­nej infor­ma­cji, ani tego, że Phi­lippe wyje­chał na Zachód na wyraźne żąda­nie swo­jej rodziny. - I nie przy­pusz­czam, żeby była w nim tak zako­chana, by nie miała tego ni­gdy zapo­mnieć. Ma dopiero pięt­na­ście lat.

- Będą już raczej woleli tego postrze­lo­nego kuzyna niż cie­bie.

Nic dziw­nego, że James i Andrew zdu­mieli się jak wszy­scy, gdy dotarła do nich nowina, że córka Pierre'a Robil­larda ma poślu­bić małego Irland­czyka z pro­win­cji. We wszyst­kich domach w Savan­nah plot­ko­wano i snuto domy­sły na temat Phi­lippe'a Robil­larda, który wyje­chał na Zachód, ale nie zbli­żyło to nikogo do wyja­śnie­nia całej sprawy. Powód, dla któ­rego naj­pięk­niej­sza z córek Robil­larda musiała poślu­bić hała­śli­wego, się­ga­ją­cego jej led­wie do brody czło­wieka o czer­wo­nej twa­rzy, dla wszyst­kich pozo­stał tajem­nicą.

Gerald sam nie był wła­ści­wie pewien, jak się to stało. Wie­dział tylko, że zda­rzył się cud. I po raz pierw­szy w życiu poczuł się onie­śmie­lony, gdy Ellen, bar­dzo blada, lecz i bar­dzo spo­kojna, poło­żyła lekką rękę na jego ramie­niu i powie­działa:

- Wyjdę za pana, panie O'Hara.

Oszo­ło­mieni Robil­lar­do­wie czę­ściowo znali prawdę, ale tylko Ellen i jej murzyń­ska nia­nia wie­działy o wszyst­kim, co działo się tej nocy, którą dziew­czyna prze­pła­kała aż do świtu jak zroz­pa­czone dziecko, by rano wstać z pod­jętą już decy­zją.

Nia­nia prze­czu­wała już coś złego, zano­sząc swej mło­dej pani małą prze­syłkę z Nowego Orle­anu, zaadre­so­waną nie­zna­nym cha­rak­te­rem pisma. Paczka zawie­rała minia­turę Ellen. Ellen z krzy­kiem cisnęła ją na pod­łogę, wraz z czte­rema swo­imi listami do Phi­lippe'a Robil­larda i krót­kim listem od księ­dza z Nowego Orle­anu, zawia­da­mia­ją­cym o śmierci jej kuzyna pod­czas jakiejś awan­tury w barze.

- Prze­pę­dzili go - ojciec, Pau­lina i Eula­lia. Prze­pę­dzili. Nie­na­wi­dzę ich. Wszyst­kich ich nie­na­wi­dzę. Nie chcę ich już ni­gdy widzieć. Chcę uciec. Chcę uciec tam, gdzie już ni­gdy nie będę musiała ich oglą­dać, ani tego mia­sta, ani niczego, co przy­po­mi­na­łoby... przy­po­mi­na­łoby mi jego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki