Rozdział 1
Scarlett O'Hara nie była piękna, choć mężczyźni, tacy jak bracia
Tarletonowie, rzadko to sobie uświadamiali, ulegając jej urokowi. W jej
twarzy zbyt mocno kontrastowały łagodne rysy, odziedziczone po
pochodzącej z francuskiej arystokracji matce, z cechami wziętymi po
rumianym, irlandzkim ojcu. Ale była to twarz zwracająca uwagę, ze
spiczastym podbródkiem i kwadratową szczęką. Oczy Scarlett były
jasnozielone, otoczone sztywnymi, czarnymi, leciuteńko podwiniętymi ku
górze rzęsami. Ponad nimi od białej jak magnolia skóry, tak cenionej
przez kobiety Południa i tak troskliwie chronionej przez czepki, welony
i mitenki przed palącym słońcem Georgii, odcinały się gęste, czarne,
nieco skośne brwi.
Tego pogodnego, kwietniowego popołudnia 1861 roku, siedząc wraz ze
Stuartem i Brentem Tarletonami w chłodnym cieniu werandy Tary, plantacji
jej ojca, Scarlett wyglądała prześlicznie. Nowa, zielona, muślinowa
suknia w kwiaty, której ułożone z jedenastu metrów materiału fałdy
rozpięto na krynolinie, wspaniale pasowała kolorem do płaskich pantofli
z safianowej skóry, przywiezionych jej ostatnio z Atlanty przez ojca.
Suknia ta świetnie podkreślała liczącą czterdzieści trzy centymetry
talię Scarlett - najwęższą w trzech hrabstwach. Ciasno dopasowany stanik
uwydatniał dobrze rozwinięty - jak na szesnastolatkę - biust. Skromna
suknia, gładko uczesane włosy i ręce przykładnie ułożone na kolanach, z trudem ukrywały prawdziwy charakter Scarlett. Zielone oczy w jej
słodkiej twarzyczce tchnęły buntem oraz wolą życia i wyraźnie nie
pasowały do wytwornych manier, wpojonych za pomocą łagodnych nauk matki
i ostrzejszych pouczeń niani. Bo oczy należały tylko do Scarlett.
Po obu jej stronach siedzieli bliźniacy. Wygodnie rozparci na krzesłach,
spoglądali w słońce przez wysokie, napełnione miętowym napojem szklanki,
rozmawiając wesoło. Mieli po dziewiętnaście lat, ponad metr
osiemdziesiąt wzrostu, byli smukli i muskularni. Ich opalone twarze
okalały kasztanowe włosy o głębokim odcieniu, oczy patrzyły wesoło i zawadiacko. Nosili wysokie, sięgające kolan buty, identyczne błękitne
kurtki i bryczesy w kolorze musztardowym. Byli do siebie podobni jak
dwie krople wody.
Późnopopołudniowe słońce ukośnymi promieniami oświetlało dziedziniec i obsypane białym kwieciem derenie. Konie bliźniaków przywiązano przy
podjeździe. Ich sierść miała ten sam rudy odcień co włosy ich panów. Tuż
obok koni awanturowała się sfora chartów, które towarzyszyły Stuartowi i Brentowi, dokądkolwiek się udawali. Nieco z boku, jak przystało na
arystokratę, leżał czarno nakrapiany wyżeł. Z opartym na łapach pyskiem
cierpliwie czekał, aż chłopcy ruszą do domu na kolację.
Psy, konie i samych bliźniaków łączyła więź głębsza niż ta, jaką
tworzyło przebywanie ze sobą. Chłopcy byli równie ogniści jak konie, na
których jeździli. I tak samo niebezpieczni, choć bardzo mili dla tych,
którzy potrafili utrzymać ich w ryzach.
Mimo że Scarlett i bliźniacy od dzieciństwa wiedli życie usłane różami,
nie wyglądali na wydelikaconych ani zblazowanych. Byli pełni wigoru i energii właściwej ludziom ze wsi, spędzającym całe życie na powietrzu, i w bardzo niewielkim stopniu interesowali się nudnymi, książkowymi
problemami. Życie w północnej Georgii w hrabstwie Clayton wciąż
przynosiło coś nowego, choć według standardów przyjętych w Auguście,
Savannah czy Charlestonie było może nieco surowe. Mieszkańcy innych
terenów Południa kręcili nosem na ludzi pochodzących z Georgii, ale tu,
na północy stanu, nie należało się wstydzić braku klasycznego
wykształcenia, pod warunkiem że posiadło się biegłość w rzeczach
naprawdę istotnych, takich jak uprawa dobrego gatunku bawełny, jazda
konno, celne strzelanie, umiejętność tańca i uprzejme traktowanie dam.
Każdy dżentelmen musiał też mieć mocną głowę.
Jeśli chodzi o te sprawy, bracia Tarletonowie radzili sobie doskonale.
Nie byli natomiast w stanie nauczyć się czegokolwiek, co znajdowało się
między okładkami książek. Nikt w hrabstwie nie miał tylu pieniędzy, koni
ani niewolników, co rodzina Tarletonów, a jednak chłopcy byli znacznie
słabiej wykształceni od większości ich biednych sąsiadów z Cracker.
Właśnie z tego powodu Stuart i Brent oddawali się tego kwietniowego
popołudnia błogiemu lenistwu, siedząc na ganku w Tarze. Usunięto ich
bowiem z uniwersytetu stanowego w Georgii, czwartej już uczelni, która
pozbyła się ich w ciągu ostatnich czterech lat. Starsi bracia
bliźniaków, Tom i Boyd, przybyli do domu wraz z nimi, odmówiwszy
pozostania w murach instytucji, w której Stuart i Brent nie byli mile
widziani. Oni sami uważali swoje ostatnie wydalenie ze szkoły za świetny
żart, a Scarlett, która nie miała ochoty otworzyć jakiejkolwiek książki,
odkąd opuściła rok temu szkołę dla dziewcząt w Fayetteville, także
traktowała to wydarzenie jako coś zabawnego.
- Wiem, że wy dwaj nie dbacie o to, że zostaliście wyrzuceni, podobnie
jak Tom - powiedziała. - Ale co z Boydem? On chce zdobyć wykształcenie,
a z waszego powodu nie może studiować na uniwersytetach w Wirginii,
Alabamie i Karolinie Południowej. A teraz w Georgii. W ten sposób nigdy
nie skończy studiów.
- Och, może poznawać prawo w biurze sędziego Parmalee w Fayetteville -
odparł beztrosko Brent. - Poza tym, to jest bez znaczenia. I tak
musielibyśmy wrócić do domu przed zakończeniem trymestru.
- Czemu?
- Ależ z ciebie gęś! Wojna. Wojna zacznie się lada chwila, a chyba nie
sądzisz, że którykolwiek z nas zostałby w college'u, gdy wybuchnie
wojna, prawda?
- Dobrze wiecie, że żadnej wojny nie będzie - znudzonym głosem
stwierdziła Scarlett. - To tylko takie gadanie. Ashley Wilkes i jego
ojciec powiedzieli tacie nie dalej niż tydzień temu, że nasi
reprezentanci w Waszyngtonie dojdą do... przyjacielskiej ugody z panem
Lincolnem w sprawie Konfederacji. A tak czy owak, Jankesi są zbyt
wystraszeni, by z nami walczyć. Nie będzie żadnej wojny. Męczy mnie już
słuchanie o tym.
- Nie będzie żadnej wojny! - wykrzyknęli bliźniacy z takim gniewem,
jakby zostali przez kogoś oszukani.
- Zapewniam cię, skarbie, że będzie wojna - oświadczył Stuart. - Jankesi
mogą się nas bać, ale po tym, jak przedwczoraj generał Beauregard
ostrzelał ich w Fort Sumter, będą musieli walczyć albo przed całym
światem wyjdą na tchórzy. A Konfederacja...
Scarlett skrzywiła usta z wyrazem znudzenia i zniecierpliwienia.
- Jeśli powiecie jeszcze coś o wojnie, pójdę do domu i zamknę drzwi. Nie
mogę już tego słuchać. Gorsza od słowa "wojna" może być tylko "secesja"
- tata mówi o niej rano, w południe i w nocy. Wszyscy dżentelmeni,
którzy doń przyjeżdżają, gadają o Fort Sumter, prawach stanowych i Abrahamie Lincolnie. Tyle o tym rozprawiają, że umieram z nudów. W dodatku wszyscy chłopcy także bez przerwy mówią o tym albo o swoim
oddziale. Z przyjęć urządzanych tej wiosny nie było żadnego pożytku, bo
chłopcy nie potrafili rozmawiać o niczym innym. Jestem naprawdę
szczęśliwa, że Georgia czekała aż do Bożego Narodzenia z przyłączeniem
się do secesji, gdyż zrujnowałoby to także gwiazdkowe przyjęcie. Jeśli
jeszcze raz powiecie "wojna", pójdę do domu.
Rzeczywiście nie była to czcza pogróżka, Scarlett nigdy bowiem nie
potrafiła znieść dłuższej konwersacji, której głównym tematem nie była
ona sama. Wypowiadała jednak tę groźbę z uśmiechem, co pogłębiało
dołeczki na jej policzkach. Trzepotała przy tym czarnymi rzęsami tak
szybko, jak szybko motyl porusza skrzydełkami. Chłopcy byli oczarowani,
o co jej zresztą chodziło. Zaczęli na wyścigi przepraszać Scarlett, że
tak ją zanudzali. Wojna jest sprawą mężczyzn, a nie dam, tak więc
deklarację dziewczyny wzięli za dowód jej kobiecości.
- Co powiedziała mama, gdy dowiedziała się, że znowu was wydalono?
Chłopcy spojrzeli na siebie zmieszani, przypominając sobie reakcję
matki, kiedy trzy miesiące temu wrócili do domu z uniwersytetu w Wirginii.
- Cóż - zaczął Stuart. - Nie miała jeszcze okazji, by powiedzieć
cokolwiek. Wyjechaliśmy z domu wcześnie, jeszcze zanim wstała. Tom udał
się do państwa Fontaine'ów, a my przybyliśmy tutaj.
- Nie powiedziała nic, kiedy przyjechaliście wczoraj do domu?
- Mieliśmy szczęście. Akurat przyprowadzono nowego ogiera, którego mama
kupiła przed miesiącem w Kentucky, i kto żyw był oczywiście w stajni. To
wielki, wspaniały koń, Scarlett. Musisz powiedzieć swemu tacie, by
przyjechał go obejrzeć. Ta bestia zdążyła już ugryźć chłopca stajennego
i poturbować dwóch Murzynów mamy, którzy wyszli po nią na pociąg w Jonesboro. Skopał też prawie na śmierć Truskawkę, starego ogiera mamy.
Kiedy się zjawiliśmy, mama była w stajni z torbą pełną cukru i starała
się go uspokoić. Szło jej zresztą zupełnie dobrze. Przerażeni czarni
wisieli na belkach pod stropem, mama zaś przemawiała do konia jak do
człowieka, tak że w końcu zaczął jej jeść z ręki. Nikt nie potrafi się
tak obchodzić z końmi jak ona. Na nasz widok powiedziała: "Jesteście
gorsi niż plagi egipskie!". W tej właśnie chwili koń zaczął parskać i wiercić się, więc dodała: "Wynoście się stąd! Tylko denerwujecie mego
konia. Jutro z wami pogadam". Poszliśmy więc do łóżek, a dziś rano
wyjechaliśmy z domu, nim nas przydybała. Zostawiliśmy Boyda, żeby ją
ugłaskał.
- Czy nie zbije Boyda? - Scarlett, jak wszyscy inni w hrabstwie, nie
umiała sobie wyobrazić, jak drobna pani Tarleton potrafi robić awantury
swym dorosłym synom i walić ich po plecach szpicrutą, gdy na to zasłużą.
Beatrice Tarleton była kobietą niezwykle zajętą, miała na głowie nie
tylko wielką plantację bawełny, setkę niewolników i ośmioro dzieci, lecz
także największą stadninę koni w całym stanie. Miała gwałtowne
usposobienie i łatwo wpadała w złość z powodu częstych wybryków synów i jakkolwiek nikomu nie wolno było uderzyć jej konia czy niewolnika,
wiedziała, że chłopcom od lania nie stanie się żadna krzywda.
- Oczywiście, że nie zbije Boyda. Nigdy go jeszcze nie uderzyła, bo jest
najstarszy i najsłabszy z nas - powiedział dumny ze swych stu
osiemdziesięciu centymetrów wzrostu Stuart. - To dlatego zostawiliśmy go
w domu, by jej wszystko wyjaśnił. Na litość boską, mama powinna już
przestać nas bić. Mamy po dziewiętnaście lat, Tom ma dwadzieścia jeden,
a ona wciąż traktuje nas jak sześciolatków.
- Czy wasza mama pojedzie jutro do Wilkesów na nowym koniu?
- Chciałaby, ale papa twierdzi, że to zbyt niebezpieczne. No i dziewczęta jej nie pozwolą. Powiedziały, że mają zamiar zabrać ją tam
jak damę, pojedzie więc powozem.
- Mam nadzieję, że jutro nie będzie padać - stwierdziła Scarlett.
- Przez ostatni tydzień pada prawie codziennie. Nie ma nic gorszego od
barbecue1, które przeradza się w zabawę wewnątrz domu.
- Jutro będzie upalnie jak w czerwcu - oświadczył Stuart. - Spójrz na
zachód słońca. Nigdy nie widziałem czerwieńszego. Według zachodu słońca
zawsze można przewidzieć pogodę na następny dzień.
Spojrzeli na czerwony horyzont poprzez bezkresne, świeżo zaorane pola
plantacji Geralda O'Hary. Teraz, gdy otoczone czerwoną poświatą słońce
skryło się za wzgórzami, za rzeką Flint, ciepło kwietniowego dnia znikło
i powiało orzeźwiającym chłodem.
Wiosna nadeszła tego roku wcześnie. Wraz z ciepłymi krótkimi deszczami
zaroiło się nagle od różowego kwiecia drzew brzoskwiniowych i podobnych
do białych gwiazdek kwiatów dereni, odcinających się od ciemnych,
podmokłych terenów nad rzeką i na odległych wzgórzach.
Prawie już zakończono orkę i krwawa łuna zachodzącego słońca oblewała
szkarłatem świeżo zaorane skiby czerwonej georgijskiej gliny, czyniąc ją
jeszcze bardziej czerwoną. Wilgotna ziemia, spragniona ziaren bawełny,
różowiła się na krawędziach bruzd, w miejscach zaś, gdzie kładły się na
nią cienie, zdawała się szkarłatna, brązowa lub cynobrowa.
Dom na plantacji, zbudowany z pobielonej cegły, był jakby wyspą otoczoną
groźnym, czerwonym, spienionym, falującym, niespokojnym morzem, które
nagle znieruchomiało. Bruzdy ziemi różniły się tutaj od długich prostych
rowków, jakie widywano na polach w środkowej Georgii lub na połyskliwej,
czarnej ziemi na wybrzeżu. Nierówną, pofałdowaną ziemię północnej
Georgii orano w specjalny sposób, aby nie spływała, wymywana przez
deszcz, w koryta rzek.
Ta czerwona kraina, która po deszczu przybierała kolor krwi, a w czasie
suszy pokrywała się ceglanym pyłem, stanowiła najlepsze na świecie
miejsce do uprawy bawełny. Była sielską krainą białych domków, zaoranych
pól i płynących leniwie żółtych rzek, i krajem wielkich kontrastów:
jaskrawego blasku słońca i głębokiego cienia. Karczowiska, na których
planowano założenie plantacji, i ciągnące się kilometrami pola bawełny
uśmiechały się do ciepłego słońca. Na ich skraju rosła dziewicza
puszcza, nawet w najgorętsze południe ciemna, chłodna i tajemnicza,
wręcz budząca grozę. Szumiące sosny z odwieczną cierpliwością zdawały
się czekać na to, by z cichym westchnieniem szepnąć ziemi: "Uważaj!
Uważaj! Kiedyś cię dostaniemy. Znowu weźmiemy w swe posiadanie".
Do uszu zebranej na ganku trójki dotarło dzwonienie łańcuchów i uprzęży
oraz głośny, beztroski śmiech murzyńskich parobków, którzy wraz z mułami
wracali z pól. Z wnętrza domu dobiegł łagodny głos matki Scarlett, Ellen
O'Hary, wzywający małą czarną dziewczynkę, która miała jej koszyk z kluczami. Piskliwy dziecięcy głosik odpowiedział: "Tak, proszę pani".
Rozległ się odgłos kroków, kierujących się na tyły domu do wędzarni,
gdzie Ellen wydzielała jedzenie wracającym z pola robotnikom. Na ganku
słychać było także brzęk porcelany i srebrnych sztućców - to Pork,
kamerdyner, nakrywał stół do kolacji.
Ten ostatni dźwięk uświadomił bliźniakom, że o tej porze powinni być już
w domu. Bali się jednak spojrzeć w oczy matce, ociągali się więc z odejściem, oczekując, że Scarlett zaprosi ich na kolację.
- Posłuchaj, Scarlett, to dotyczy jutra - powiedział Brent. - To, że
byliśmy daleko i nie wiedzieliśmy nic o przyjęciu ani o balu, nie jest
powodem, byśmy mieli jutro nie tańczyć. Chyba nie masz już zajętych
wszystkich tańców?
- Owszem, wszystkie. Skąd miałam wiedzieć o waszym powrocie do domu? Nie
mogłam ryzykować, że w czasie balu będę siać pietruszkę.
- Ty i sianie pietruszki! - Chłopcy wybuchnęli śmiechem.
- Posłuchaj, skarbie. Zamawiam u ciebie pierwszego walca, a Stuart
ostatniego. No i przy kolacji usiądziesz koło nas. Będziemy siedzieć w pobliżu schodów, tak jak podczas ostatniego balu. Poprosimy mateczkę
Jincy, by znowu nam powróżyła.
- Nie lubię przepowiedni mateczki Jincy. Przepowiedziała, że mam
poślubić dżentelmena o kruczoczarnych włosach i długich czarnych wąsach,
a ja nie lubię ciemnowłosych mężczyzn.
- Wolisz raczej rudych, czyż nie? - zachichotał Brent. - A teraz obiecaj
nam wszystkie walce oraz towarzystwo przy kolacji!
- Jeśli nam je obiecasz, zdradzimy ci pewną tajemnicę - kusił Stuart.
- Jaką? - zapytała Scarlett, płonąc z ciekawości.
- Czy masz na myśli to, co usłyszeliśmy wczoraj w Atlancie, Stu? Jeśli
tak, to wiesz przecież, że obiecaliśmy nikomu o tym nie mówić.
- Powiedziała nam o tym panna Pitty.
- Panna jaka?
- Znasz chyba mieszkającą w Atlancie kuzynkę Ashleya Wilkesa, pannę
Pittypat Hamilton, ciotkę Charlesa i Melanii Hamiltonów.
- Znam. Głupszej starej damy nie spotkałam w życiu.
- No więc kiedy byliśmy wczoraj w Atlancie i czekaliśmy na pociąg do
domu, obok stacji przejeżdżał jej powóz. Zatrzymała się, by z nami
porozmawiać. Powiedziała, że jutrzejszego wieczoru na balu u Wilkesów
zostaną ogłoszone pewne zaręczyny.
- Phi. Wiem o tym - odrzekła Scarlett. W jej głosie brzmiało
rozczarowanie. - Tego jej głupiego bratanka Charlesa z Honey Wilkes. Od
lat wiadomo, że kiedyś się pobiorą, nawet jeśli on robi wrażenie niezbyt
tym zachwyconego.
- Uważasz, że to głupek? - zapytał Brent. - W czasie ostatniego Bożego
Narodzenia pozwalałaś mu bez przerwy kręcić się koło siebie.
- Nie umiałam temu zapobiec. - Scarlett wzruszyła ramionami. - Sądzę, że
z niego straszna baba.
- Poza tym to wcale nie o jego zaręczyny chodzi - oświadczył Stuart z triumfem. - Tylko Ashleya. Z siostrą Charlesa, panną Melanią!
Wyraz twarzy Scarlett nie zmienił się ani na jotę, ale jej usta
pobielały nagle, jak u kogoś, kto bez ostrzeżenia otrzymał potężny cios
i w pierwszej chwili pod wpływem szoku nie uświadamia sobie jeszcze, co
się stało.
Jej zwrócona ku Stuartowi twarz pozostała tak nieruchoma, że niezbyt
spostrzegawczy chłopak uznał, iż Scarlett jest po prostu zaskoczona i zaciekawiona wiadomością.
- Panna Pitty powiedziała, że nie zamierzali ogłaszać zaręczyn aż do
przyszłego roku, bo panna Mela nie czuje się najlepiej, ale ponieważ
dokoła mówi się tylko o wojnie, obie rodziny doszły do wniosku, że
lepiej będzie, jeśli młodzi pobiorą się wcześniej. Tak więc zostanie to
ogłoszone jutro podczas kolacji. A teraz, skoro wyjawiliśmy ci sekret,
musisz obiecać nam, że będziesz siedziała koło nas.
- Oczywiście, że będę - odparła Scarlett mechanicznie.
- I przyrzekasz nam wszystkie walce?
- Wszystkie.
- Jesteś cudowna. Założę się, że chłopaki oszaleją z zazdrości.
- A niech sobie szaleją - powiedział Brent. - Potrafimy sobie z nimi
poradzić. Posłuchaj, Scarlett. Usiądź z nami także rano, na barbecue.
- Co?
Stuart powtórzył prośbę.
- Oczywiście.
Bliźniacy popatrzyli po sobie z triumfem, ale i z pewnym zdumieniem.
Choć uważali, że są ulubionymi adoratorami Scarlett, nigdy wcześniej nie
dała im tak wyraźnie poznać, że ich wyróżnia. Zwykle zmuszała ich, by
błagali i prosili, zwodząc ich do ostatniej chwili. Unikała wiążących
odpowiedzi i śmiała się z ich dąsów. A teraz tak po prostu obiecała im
cały jutrzejszy dzień - to, że usiądzie z nimi, że przetańczy z nimi
wszystkie walce (a już oni zadbają o to, by nie było innych tańców!) i że będzie towarzyszyć im przy kolacji. Dla czegoś takiego warto wylecieć
z uniwersytetu.
Podnieceni odniesionym sukcesem zwlekali z odjazdem, cały czas
rozmawiając o barbecue, o balu, o Ashleyu Wilkesie i Melanii Hamilton,
przerywając sobie nawzajem, dowcipkując i śmiejąc się wesoło, i robiąc
aluzje, świadczące o tym, że czekają na zaproszenie na kolację. Upłynęło
nieco czasu, nim zorientowali się, że Scarlett mówi bardzo niewiele.
Atmosfera w jakiś sposób się zmieniła. Zniknął miły nastrój tego
popołudnia. Scarlett zdawała się nie bardzo zwracać uwagę na to, co
mówili, aczkolwiek odpowiadała z sensem. Wyczuwając coś, czego nie
potrafili zrozumieć, zmartwieni tym i zasmuceni, bliźniacy ociągali się
jeszcze przez chwilę. W końcu niechętnie podnieśli się, patrząc na
zegarki.
Słońce stało teraz nisko nad świeżo zaoranymi polami, a za rzeką
czerniły się lasy.
- Jeems! - zawołał Stuart. Wysoki czarny chłopak, ich rówieśnik, pobiegł
ku spętanym koniom. Jeems był ich osobistym służącym i towarzyszył im
wszędzie, tak samo jak psy. Dano go bliźniakom na własność w dniu ich
dziesiątych urodzin. Na jego widok psy Tarletonów podniosły się z czerwonego pyłu i patrzyły wyczekująco na swych panów. Chłopcy ukłonili
się, wymienili ze Scarlett uściski dłoni i zapewnili, że będą czekać na
nią u Wilkesów już od wczesnego ranka. Pospiesznie przeszli przez
podwórze i dosiedli koni, po czym galopem ruszyli cedrową aleją,
machając kapeluszami i krzycząc coś na pożegnanie. Tuż za nimi jechał
Jeems.
Kiedy Tara zniknęła im z oczu, Brent ściągnął wodze i zatrzymał konia
pod kępą dereni. Stuart także się zatrzymał, a czarny chłopak stanął
kilka kroków za nimi.
Konie, czując luźne cugle, opuściły głowy i zaczęły skubać delikatną,
wiosenną trawę. Cierpliwe psy położyły się znów w miękkim, czerwonym
pyle i tęsknie patrzyły na jaskółki zataczające kręgi w zapadającym
zmierzchu. Na szerokiej, szczerej twarzy Brenta malowało się zdziwienie.
- Słuchaj - powiedział. - Czy nie wydaje ci się, że Scarlett powinna
była zapytać nas, czy nie zostaniemy na kolacji?
- Sądzę, że powinna - odparł Stuart. - Czekałem, ale nie zrobiła tego.
Jak myślisz, czemu?
- Nie mam pojęcia. Ale wydaje mi się, że mogła nas zaprosić. W końcu to
nasz pierwszy dzień po powrocie do domu i nie widziała nas już kawał
czasu. A mieliśmy jeszcze wiele innych rzeczy do opowiedzenia.
- Wydawało mi się, że ucieszyła się, gdy przyjechaliśmy.
- Ja też tak myślałem.
- A potem, jakieś pół godziny temu, zamilkła nagle, jakby ją rozbolała
głowa.
- Zauważyłem, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Jak myślisz, jaki był
tego powód?
- Nie wiem. Czy przypuszczasz, że powiedzieliśmy coś, co ją rozzłościło?
Obaj przez chwilę zastanawiali się nad tym.
- Nie mogę sobie niczego takiego przypomnieć. Poza tym, gdy Scarlett się
złości, wszyscy o tym wiedzą. Nie panuje nad sobą, jak to robią inne
dziewczęta.
- To właśnie w niej lubię. Nie tłumi swych uczuć, gdy jest wściekła.
Powie ci wszystko, co leży jej na sercu. Ale musi być coś, co
powiedzieliśmy lub zrobiliśmy, coś, co sprawiło, że umilkła i zaczęła
wyglądać na chorą. Mogę przysiąc, że ucieszyła się na nasz widok i była
gotowa zaprosić nas na kolację.
- Może to dlatego, że wylano nas z uniwersytetu?
- Diabła tam! Nie bądź głupcem. Śmiała się, kiedy jej o tym
powiedzieliśmy. Poza tym Scarlett nie bardziej niż my przejmuje się
nauką.
Brent obrócił się w siodle i zawołał młodego Murzyna.
- Jeems!
- Tak?
- Czy słyszałeś, o czym rozmawialiśmy z panną Scarlett?
- Nie słyszeć, paniczu. Jakże pan przypuszczać, że ja podsłuchiwać
rozmowę białych ludzi?
- Podsłuchiwać, mój Boże! Zawsze wiecie o wszystkim, co się dzieje.
Widziałem, jak podszedłeś do ganku i zaczaiłeś się przy ścianie obok
krzaku jaśminu. Tak więc, czy powiedzieliśmy coś, co mogło rozzłościć
pannę Scarlett? Albo zranić jej uczucia?
Postawione w ten sposób pytanie sprawiło, że Jeems przestał upierać się,
że nie słyszał rozmowy, i uniósł w zamyśleniu brwi.
- Nic takiego nie słyszeć. Panicze nie powiedzieć nic, co móc ją
rozgniewać. Ja myśleć, że ona ucieszyć się, gdy was widzieć, i że się za
wami stęsknić. Ćwierkać szczęśliwa jak ptaszek. Rozmawiać z wami aż do
chwili, gdy wy opowiadać, że panicz Ashley i panna Mela Hamilton chcieć
się pobrać. Potem ona zamilknąć jak ptak, nad którym krążyć jastrząb.
Bliźniacy spojrzeli po sobie i pokiwali głowami, choć nic z tego nie
rozumieli.
- Jeems ma rację. Nie wiem tylko, czemu tak się stało - powiedział
Stuart. - Mój Boże! Ashley tylko się z nią przyjaźni, nic więcej. Chyba
Scarlett nie jest w nim zakochana? Przecież kocha nas.
Brent pokiwał głową na znak, że zgadza się z bratem.
- A może rozgniewała się, że Ashley nie uprzedził jej o jutrzejszych
zaręczynach? W końcu to jej stary przyjaciel, a zwierzył się z tego
komuś innemu. Dziewczyny robią wiele hałasu o to, by o wszystkim
wiedzieć pierwsze.
- Hm, mogło tak być. Ale cóż z tego, że jej nie powiedział?
Prawdopodobnie to miał być sekret i niespodzianka. Człowiek ma prawo
trzymać w tajemnicy swoje własne zaręczyny. My też byśmy o niczym nie
wiedzieli, gdyby nie ciotka panny Meli. Zresztą Scarlett musiała
wiedzieć, że Ashley ma zamiar kiedyś poślubić Melanię. Przecież wszyscy
wiedzą o tym od lat. Wilkesowie i Hamiltonowie zawsze żenią się ze swymi
kuzynami. Wszyscy więc wiedzieli, że i oni prawdopodobnie pobiorą się
pewnego dnia, tak jak Honey Wilkes wyjdzie za mąż za brata panny Meli,
Charlesa.
- Ech, dajmy już temu spokój. Szkoda tylko, że nie zaprosiła nas na
kolację. Nie chcę wracać do domu i słuchać, jak mama piekli się o to, że
nas wylano. To już nie będzie tak jak za pierwszym razem.
- Może Boyd już ją do tej pory nieco ugłaskał? Wiesz, jakim adwokatem
jest ten mały spryciarz. Zawsze potrafi ją udobruchać.
- Tak, on to umie, ale potrzebuje na to czasu. Gada w kółko, aż mama
jest już tym tak skołowana, że wszystko wybacza i każe mu oszczędzać
głos na praktykę adwokacką. Ale nie miał pewnie czasu, żeby choć zacząć.
Założę się, że mama jest wciąż podekscytowana nowym koniem i nawet nie
zauważyła, że wróciliśmy do domu. Zda sobie z tego sprawę, gdy siądzie
do kolacji i spostrzeże Boyda. Wówczas zacznie robić jadowite uwagi i wymyślać nam. Zrobi się dziesiąta, nim Boyd będzie miał okazję
powiedzieć, że to honor nie pozwolił nam zostać na uczelni po tym, jak
rektor rozmawiał z nami w taki sposób. I dopiero tuż przed północą mama
skieruje swą złość na rektora i będzie pytać, czemu Boyd go nie
zastrzelił. Nie. Nie możemy teraz wrócić do domu.
Bliźniacy ponuro spojrzeli po sobie. Nie bali się dzikich koni,
strzelaniny ani opinii sąsiadów, ale okropnie obawiali się złorzeczeń
swej rudej matki i uderzeń szpicrutą, których nigdy nie szczędziła im w osłonięte bryczesami miejsce.
- No cóż - powiedział Brent. - Pojedziemy w takim razie do Wilkesów.
Ashley i dziewczęta ucieszą się, jeśli zjemy u nich kolację.
Stuart obrzucił brata niechętnym spojrzeniem.
- Nie, nie jedźmy tam. Oni są pewnie bardzo zajęci przygotowaniami do
jutrzejszego barbecue, a poza tym...
- Och, zapomniałem - domyślił się Brent. - Wobec tego nie pojedziemy
tam.
Cmoknąwszy na konie, jechali przez jakiś czas w milczeniu. Ogorzałe
policzki Stuarta pokrył rumieniec zakłopotania. Jeszcze poprzedniego
lata Stuart zalecał się do Indii Wilkes, co pochwalały zarówno obie
rodziny, jak i całe hrabstwo. Żywiono nadzieję, że chłodna i opanowana
India Wilkes sprawi, że Stuart nieco się ustatkuje. Stuart nie miał nic
przeciw temu małżeństwu, ale Brent nie wydawał się zachwycony tą
perspektywą. Lubił Indię, ale uważał ją za prostą i uległą dziewczynę.
Nie potrafił się w niej zakochać, by dotrzymać bratu towarzystwa. Po raz
pierwszy bliźniacy różnili się w upodobaniach. Brent czuł się nawet
nieco urażony uczuciami brata wobec dziewczyny, która jemu samemu wcale
nie wydawała się godna uwagi.
A potem, poprzedniego lata na politycznym zebraniu w dębowym zagajniku w Jonesboro, obaj nagle zwrócili uwagę na Scarlett O'Harę. Znali ją od
lat, od dzieciństwa była bowiem ich ulubioną towarzyszką zabaw, gdyż
potrafiła jeździć konno i łazić po drzewach równie dobrze jak oni. Teraz
jednak, ku ich zdziwieniu, stała się dorosłą młodą damą, najbardziej
czarującą na świecie.
Po raz pierwszy uświadomili sobie, jak żywe są jej zielone oczy i jak
głębokie ma dołeczki na policzkach, kiedy się śmieje. Zdali sobie też
sprawę, jak małe są jej dłonie i stopy i jak wąska jest jej talia. Ich
bystre uwagi bawiły ją i rozśmieszały. Wyłazili ze skóry, chcąc jej się
przypodobać.
To był pamiętny dzień w życiu bliźniaków. Od tej pory, kiedy wracali doń
w rozmowach, zawsze zastanawiali się, dlaczego wcześniej nie zauważyli,
jak urocza jest Scarlett. Nigdy jednak nie odgadli, że tego właśnie dnia
Scarlett postanowiła zagiąć na nich parol. Nie mogła znieść myśli, że
jakiś mężczyzna byłby skłonny pokochać nie ją, lecz inną kobietę. Jej
zaborcza natura buntowała się na widok Indii Wilkes i Stuarta. Nie
zadowoliwszy się samym Stuartem, zdobyła także uczucia Brenta i z właściwym sobie wdziękiem zawładnęła nimi oboma.
Teraz obaj kochali się w niej, a India Wilkes i Hetty Munroe z Lovejoy,
w której odrobinę podkochiwał się Brent, dawno już wywietrzały im z głów. Chłopcy nie zastanawiali się nad tym, co zrobi odrzucony przez
Scarlett bliźniak, gdy już dokona między nimi wyboru. Wychylą ten
kielich goryczy, gdy przyjdzie na to czas. Jak na razie byli zupełnie
zadowoleni, że znowu podoba im się ta sama dziewczyna. Nie było między
nimi zazdrości. Taka sytuacja intrygowała sąsiadów i niepokoiła ich
matkę, która nie przepadała za Scarlett.
- Dostaniecie nieźle w kość, kiedy ta spryciara wybierze jednego z was -
mówiła. - A może wybierze obu i będziecie musieli pojechać do stanu
Utah, o ile mormoni was zechcą, w co wątpię... Tak naprawdę boję się
tylko tego, że pewnego dnia pozabijacie się o tę małą, dwulicową,
zielonooką spryciarę. Chociaż to akurat nie byłoby takie najgorsze.
Od dnia owego pamiętnego zebrania Stuart nie czuł się dobrze w towarzystwie Indii. Nie dlatego, że India robiła mu wymówki - ani
spojrzeniem, ani gestem nie dała mu poznać, że jest świadoma gwałtownej
zmiany w jego uczuciach. Była damą. Ale Stuarta dręczyło poczucie winy i czuł się w jej towarzystwie nieswojo. Wiedział, że rozkochał ją w sobie,
że India wciąż go kocha, a w głębi duszy czuł, że nie postąpił z nią jak
dżentelmen. Wciąż lubił ją ogromnie i szanował za chłodną wytworność,
wykształcenie i wszystkie wspaniałe cechy, jakie posiadała. Ale, do
diabła, zawsze była taka sama - blada i nieinteresująca. Jak mogła się
więc równać z bystrą, zmienną i pełną uroku Scarlett? Już z góry można
było przewidzieć, co zrobi India, podczas gdy Scarlett zawsze
pozostawała nieobliczalna. Mogło to doprowadzić człowieka do szału, ale
też stanowiło jej niezwykły urok.
- No cóż, w takim razie pojedziemy na kolację do domu Cade'a Calverta.
Scarlett mówiła, że Cathleen przyjechała z Charlestonu. Może przywiozła
jakieś nowe wieści o Fort Sumter.
- Cathleen? Z pewnością nie ma nawet pojęcia, iż fort leży przy wejściu
do portu. Tym bardziej zaś nie wie nic o tym, że pełno tam było
Jankesów, dopóki ich nie wykurzyliśmy. Potrafi tylko opowiadać o balach,
na których tańczyła, i o kawalerach, których zdobyła.
- W każdym razie zabawnie jest słuchać jej paplaniny. A poza tym
potrzebne nam miejsce, gdzie moglibyśmy posiedzieć, zanim mama pójdzie
spać.
- Nic z tego! Lubię Cathleen. Uważam, że jest zabawna. Chętnie też
posłuchałbym jej opowieści o Retcie i innych mieszkańcach Charlestonu,
ale nie wysiedzę przy stole z jej jankeską macochą.
- Nie bądź dla niej zbyt surowy, Stuarcie. Ona chce dobrze.
- Wiem, ale nic nie mogę na to poradzić. Stara się, byśmy się tam
poczuli jak u siebie, ale w końcu zawsze powie lub zrobi coś absolutnie
niedopuszczalnego. Denerwuje mnie! I myśli, że południowcy są dzikimi
barbarzyńcami. Nawet powiedziała to mamie. Lęka się południowców.
Zawsze, gdy tam jesteśmy, robi wrażenie śmiertelnie przerażonej. Jej
jasne, wystraszone oczy są zupełnie pozbawione wyrazu, a ona sama
przypomina mi chudą kurę siedzącą na krześle jak na grzędzie, gotową
zatrzepotać skrzydłami i zagdakać, gdy tylko ktoś zrobi jakiś ruch.
- Cóż, nie możemy jej za to winić. W końcu zraniłeś Cade'a w nogę.
- Gdybym nie był pijany, nie zrobiłbym tego - powiedział Stuart. - Cade
nie miał o to nigdy pretensji. Tak samo jak Cathleen, Raiford i pan
Calvert. Tylko ta jankeska macocha zaczęła się drzeć i oskarżać mnie o to, że jestem dzikim barbarzyńcą. Wciąż powtarzała, że porządni ludzie
nie mogą być bezpieczni wśród niecywilizowanych mieszkańców Południa.
- Cóż, nie możesz mieć o to do niej żalu. To Jankeska, której nie
wpojono dobrych manier. A poza tym postrzeliłeś jej pasierba.
- No dobra! Ale to nie powód, żeby mi ubliżać. Jesteś rodzonym synem
naszej mamy, a czy mama zmartwiła się, gdy Tonio Fontaine postrzelił cię
w nogę? Nie, wezwała tylko starego doktora Fontaine'a, by założył
opatrunek, i zapytała go, czemu Tonio tak kiepsko strzela. Powiedziała,
że jej zdaniem to alkohol pozbawił go celności. Pamiętasz, jak bardzo
rozwścieczyło to Tonia? - Chłopcy wybuchnęli śmiechem.
- Mama jest niezwykła - powiedział Brent. - Zawsze można być pewnym, że
zrobi to, co potrzeba, i nigdy cię nie zawstydzi w obecności innych
ludzi.
- To prawda, ale jest wielce prawdopodobne, że dziś wieczór, gdy
dotrzemy do domu, zrobi nam wstyd przy ojcu i dziewczętach - smutno
westchnął Stuart. - Wiesz, Brent, myślę, że nie pojedziemy do Europy.
Mama powiedziała, że jeśli wyrzucą nas z następnej uczelni, nie będziemy
mieli naszej wielkiej podróży.
- I co z tego? Co nas to obchodzi? Co można zobaczyć w tej Europie?
Założę się, że cudzoziemcy nie zdołaliby nam pokazać ani jednej rzeczy,
której nie mielibyśmy w Georgii. Idę o zakład, że ich konie nie są
równie szybkie jak nasze, a dziewczyny równie piękne, i jestem pewien,
że nie mają żytniej whisky, która mogłaby się równać z trunkami ojca.
- Ashley Wilkes mówił, że są tam wspaniałe widoki i piękna muzyka.
Polubił Europę. Wciąż o niej opowiada.
- Wiesz przecież, jacy są Wilkesowie. Mają bzika na punkcie muzyki,
książek i krajobrazów. Według mamy to dlatego, iż ich dziadek przybył tu
z Wirginii. Podobno Wirgińczycy przykładają wielką wagę do tych spraw.
- Co kto lubi. Daj mi dobrego konia, trochę dobrego alkoholu, przyzwoitą
dziewczynę do zalotów i mniej przyzwoitą do zabawy - i to wystarczy. Czy
naprawdę martwisz się, że stracimy tę podróż? A gdybyśmy byli w Europie,
gdy wojna wybuchnie? Nie zdołalibyśmy szybko powrócić do domu. Wolę iść
na wojnę, niż płynąć do Europy.
- Ja także... Słuchaj, Brent! Wymyśliłem, gdzie moglibyśmy zjeść.
Przejedźmy przez bagno do domu Abla Wyndera. Zawiadomimy go, że wszyscy
czterej jesteśmy znowu w domu, gotowi na rozpoczęcie musztry.
- Doskonały pomysł - zawołał Brent z entuzjazmem. - Wysłuchamy
wszystkich nowin o naszym oddziale i dowiemy się, jaki w końcu kolor
wybrano na mundury.
- Jeśli taki, jaki mają wojska żuawów, to nie przyłączę się do oddziału.
Czułbym się jak baba w tych workowatych, czerwonych portkach.
Przypominają mi damskie flanelowe reformy.
- Czy panicze chcieć jechać do pana Wyndera? Bo jeśli tak, to panicze
nie dostać duża kolacja - powiedział Jeems. - Ich kucharka umrzeć i oni
jeszcze nie kupić nowej. Oni wziąć sobie na kucharkę robotnicę z pola.
Murzyni powiedzieć mi, że ona być najgorsza kucharka w hrabstwie.
- Dlaczego więc nie kupią sobie nowej?
- Jakże biała biedota, te śmieci, móc sobie pozwolić na kupowanie
Murzynów? Przecież oni nigdy nie mieć więcej niż czterech.
W głosie Jeemsa słychać było głęboką pogardę. To, że Tarletonowie mieli
stu niewolników, gwarantowało pozycję społeczną Jeemsa. Jak wszyscy
Murzyni z wielkich plantacji patrzył z góry na właścicieli małych farm,
którzy posiadali niewielu niewolników.
- Złoję ci za to skórę! - wrzasnął rozzłoszczony Stuart. - Nie nazywaj
Abla Wyndera białą biedotą. Z pewnością jest biedny, ale nie jest
śmieciem. I niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę, by ktokolwiek, biały
czy czarny, obrażał go. W całym hrabstwie nie ma lepszego człowieka. I dlatego oddział wybrał go na porucznika.
- Tego to ja nigdy nie rozumieć - odrzekł Jeems, niezbyt przejęty
krzykiem swego pana. - Mnie się zdawać, że na oficerów powinni wybierać
bogatych panów, a nie śmieci z bagien.
- On nie jest śmieciem! Chcesz go porównać z rodziną Slatterych? To jest
prawdziwa biała biedota. Abel po prostu nie jest bogaty. Jest
właścicielem małej farmy, a nie wielkiej plantacji i jeśli chłopcy
poważają go na tyle, by wybrać na porucznika, to żaden czarnuch nie
powinien mówić o nim tak bezczelnie. Oddział wie, co robi.
Szwadron kawalerii zorganizowano przed trzema miesiącami, tego samego
dnia, gdy Georgia ogłosiła secesję z Unii. Od tego czasu rekruci
wyglądali wojny. Oddział nie miał jeszcze nazwy, nie z braku pomysłów
jednak. Każdy po prostu zażarcie trwał przy swoim i nie chciał ustąpić.
Sytuacja miała się podobnie z kolorem i krojem mundurów. Wszystkie
proponowane nazwy miały swoich obrońców. "Claytońskie dzikie koty",
"Pożeracze ognia", "Huzarzy Północnej Georgii", "Żuawi", "Strzelcy
krajowi" (chociaż szwadron miał być uzbrojony nie w strzelby, lecz w pistolety, szable i noże myśliwskie), "Szarzy z Claytonu", "Krew i piorun", "Twardzi i zawsze gotowi". Do chwili rozstrzygnięcia tej
kwestii wszyscy nazywali oddział Szwadronem.
Oficerów wybierano w głosowaniu, bowiem w całym hrabstwie nie było
nikogo, kto miałby jakieś doświadczenie wojskowe. Wyjątek stanowiło
kilku weteranów z wojen meksykańskiej i seminolskiej, ale ochotnicy
tworzący szwadrony nie uznaliby za swego przywódcę weterana, którego by
nie lubili i który nie cieszyłby się ich zaufaniem. Wszyscy cenili
czterech chłopców Tarletonów i trzech Fontaine'ów, ale niestety musieli
zrezygnować z wybrania ich. Tarletonowie bowiem upijali się zbyt szybko
i uwielbiali później dokazywać, Fontaine'owie zaś byli awanturnikami o morderczych instynktach. Na kapitana wybrano Ashleya Wilkesa, bo
najlepiej w całym hrabstwie jeździł konno. Miano także nadzieję, że
zdoła utrzymać w oddziale względny porządek. Porucznikiem został Raiford
Calvert, bo wszyscy go lubili, podporucznikiem natomiast Abel Wynder,
właściciel małej farmy, syn trapera z bagien.
Abel Wynder był bystrym, choć ponurym i niepiśmiennym olbrzymem o szlachetnym sercu. Był starszy od innych chłopców, a wobec kobiet
okazywał maniery równie dobre co oni, jeśli nie lepsze. W Szwadronie
wystrzegano się snobizmu. Zbyt wielu ojców czy dziadków żołnierzy
Szwadronu doszło do bogactwa, zaczynając od małych farm. Ponadto Abel
strzelał najlepiej z całego oddziału. Umiał trafić w oko wiewiórkę z odległości siedemdziesięciu metrów. Wiedział też wszystko o życiu pod
gołym niebem, umiał rozpalać ognisko w czasie deszczu, tropić zwierzęta
i znajdować wodę. Szwadron potrafił docenić te zalety. Poza tym lubiano
go. Abel przyjął to wyróżnienie z powagą. Nie okazywał żadnej
niestosownej zarozumiałości. Jednak zupełnie inaczej niż z mężczyznami
sprawa miała się z żonami plantatorów i ich niewolnikami - ci nie
potrafili zapomnieć o tym, że Abel nie urodził się dżentelmenem.
Początkowo do Szwadronu wstępowali tylko synowie plantatorów,
dżentelmeni, których stać było na pełne wyposażenie. Każdy z nich miał
własnego konia, broń, ekwipunek, mundur i ordynansa. W młodym hrabstwie
Clayton nie było jednak wystarczająco dużo bogatych plantatorów, żeby
zebrać oddział w pełnym składzie. Dlatego niezbędna okazała się
mobilizacja synów właścicieli małych farm, myśliwych z głębokich lasów,
traperów z bagien, a nawet, w bardzo nielicznych przypadkach, tych,
których nazywano białą biedotą.
Ci młodzi mężczyźni równie gorąco pragnęli walczyć z Jankesami, co ich
bogatsi sąsiedzi. Pojawiła się jednak delikatna sprawa pieniędzy.
Niewielu właścicieli małych farm posiadało konie. Prace gospodarskie na
farmach wykonywali za pomocą mułów, a i tych zwierząt nie mieli zbyt
dużo. Jeśliby nawet Szwadron zgodził się na użycie mułów w zastępstwie
koni - a stanowczo się temu sprzeciwił - i tak farmerzy nie mogliby się
bez nich obyć. Jeśli zaś szło o białą biedotę, uważała się za całkiem
zamożną, posiadając choćby jednego muła... Myśliwi z głębokich lasów i mieszkańcy bagien nie mieli ani koni, ani mułów. Żyli wyłącznie tym, co
dawała ich ziemia i co zdołali upolować. Zajmowali się zwykle handlem
wymiennym i przez cały rok rzadko widywali pięć dolarów w gotówce. Konie
i umundurowanie były więc poza zasięgiem ich możliwości. Mimo ubóstwa
byli jednak równie dumni jak plantatorzy: nie przyjęliby od swych
bogatych sąsiadów niczego, jeśli wyglądałoby to na jałmużnę. Zatem, by
nikogo nie urazić, ojciec Scarlett, John Wilkes, Buck Munroe, Jim
Tarleton i Hugh Calvert, a więc właściwie wszyscy wielcy plantatorzy
hrabstwa, z wyjątkiem Angusa MacIntosha, ofiarowali pieniądze na
wyposażenie Szwadronu. Koniec końców każdy plantator zgodził się
zapłacić nie tylko za wyekwipowanie swoich synów, ale i za kilku obcych.
Załatwiono to jednak w taki sposób, że ubożsi ochotnicy mogli przyjąć
konie i mundury bez ujmy dla honoru.
Szwadron zbierał się w Jonesboro dwa razy na tydzień, by ćwiczyć musztrę
i wspólnie marzyć o rozpoczęciu wojny. Wyposażanie oddziału nie zostało
jeszcze zakończone i nie wszyscy dostali konie. Ci jednak, którzy je
mieli, odbywali na łące za budynkiem sądu to, co w ich pojęciu było
kawaleryjskimi manewrami - wzbijali wielkie tumany kurzu, wrzeszczeli aż
do ochrypnięcia i wymachiwali zdjętymi ze ściany szablami z czasów wojny
o niepodległość. Ci, którzy wciąż nie mieli koni, siadali na schodkach
przed sklepem Bullarda i obserwowali swych przyjaciół, żując tytoń i opowiadając przeróżne historyjki. Urządzali też zawody strzeleckie. Nie
było potrzeby uczyć strzelania żadnego spośród tych mężczyzn. Większość
południowców rodziła się z rewolwerem w dłoni, a dzięki częstym
polowaniom wszyscy stawali się znakomitymi strzelcami. Na każdym
przeglądzie pojawiały się najróżniejsze rodzaje broni, przywiezionej z domu plantatorów i chat na bagnach: długie strzelby, używane w czasie
pierwszego przemarszu przez wyżynę Alleghery, karabiny ładowane od
przodu, które odebrały życie niejednemu Indianinowi w początkach
istnienia Georgii, pistolety mocowane do siodeł z roku 1812, używane w czasie wojen seminolskiej i meksykańskiej, posrebrzane pistolety do
pojedynków, pistolety kieszonkowe, przeznaczone do polowań dwururki i nowe, angielskie karabiny o polerowanych kolbach z doskonałego drewna.
Ćwiczenia kończyły się zawsze w saloonach Jonesboro. Wieczorem wybuchało
tam tak wiele bójek, że oficerowie z trudem zapobiegali niepotrzebnym
stratom, ponoszonym przez ich oddział. W czasie jednej z tych awantur
Stuart Tarleton zranił Cade'a Calverta, a Tony Fontaine Brenta
Tarletona. W czasie organizowania Szwadronu bliźniacy byli w domu,
bowiem właśnie wydalono ich z uniwersytetu w Wirginii, z entuzjazmem
zaciągnęli się więc do oddziału. Jednak przed dwoma miesiącami, wkrótce
po nieszczęsnej strzelaninie, matka wysłała ich na uniwersytet stanowy,
polecając, by tym razem siedzieli spokojnie. Chłopcom okrutnie brakowało
tam silnych wrażeń i uważali, że szkoda tracić czas na edukację, gdy
można jeździć konno, krzyczeć i strzelać razem z przyjaciółmi.
- Dobrze więc, ruszajmy przez pola do domu Abla - zgodził się Brent. -
Możemy pojechać przez bród w posiadłości pana O'Hary i pastwisko
Fontaine'ów. Migiem dotrzemy na miejsce.
- My nie dostać tam do jedzenia nic prócz oposa z warzywami -
protestował Jeems.
- Ty w ogóle nic nie dostaniesz. - Stuart uśmiechnął się szyderczo. -
Pojedziesz do domu i powiesz mamie, że nie zjawimy się na kolacji.
- Nie, nie! - zawołał przestraszony Jeems. - Ja nie jechać! To nic
zabawnego jechać do pani Beatrice, ona mnie jak zwykle skrzyczeć.
Najpierw zapytać, czemu ja pozwolić, żeby wy wylecieć ze szkoły. Potem
zapytać, dlaczego ja dziś wieczorem nie przyprowadzić paniczów do domu,
żeby ona ich zlać. A potem ona mnie zwymyślać, że to wszystko moja wina.
Jak mnie panicze nie zabrać do pana Wyndera, to ja przeleżeć całą noc w lesie. Móc mnie złapać patrol, ale ja woleć, żeby patrol mnie złapać,
niż rozmawiać z panią Beatrice, gdy ona być zła.
Zakłopotani bliźniacy z oburzeniem spojrzeli na zdeterminowanego Jeemsa.
- On jest naprawdę tak głupi, że może go złapać patrol. Wtedy mama
miałaby kolejną sprawę, o której mogłaby gadać całymi tygodniami.
Cholera, z czarnuchami są same kłopoty. Czasami myślę, że abolicjoniści
mają rację.
- No cóż, nie byłoby w porządku, gdybyśmy zmusili Jeemsa do tego, czego
sami się boimy. Musimy go zabrać. Ale posłuchaj, ty zuchwały, czarny
głupcze, jeśli zaczniesz się przechwalać przed Murzynami Wyndera i choćby napomkniesz, że my przez cały czas jadamy pieczone kurczaki i szynkę, podczas gdy oni nie mają nic poza królikami i oposami, ja... ja
powiem mamie. I nie pozwolimy ci jechać na wojnę.
- Przechwalać się? Ja przechwalać się przed tymi biednymi Murzynami? Nic
z tego, paniczu, ja być dobrze wychowany. Czy pani Beatrice nie uczyć
mnie dobrych manier tak samo jak was?
- Jeśli chodzi o nas, to niezbyt się jej udało - powiedział Stuart. -
No, jedźmy wreszcie.
Zawrócił swego wielkiego kasztanka, spiął go ostrogami i z łatwością
przeskoczył przez uszkodzony płot na miękką ziemię plantacji Geralda
O'Hary. Koń Brenta poszedł w ślady kasztanka. Na końcu skakał Jeems, z całych sił ściskając łęk i końską grzywę. Jeems nie przepadał za
skakaniem przez płoty, ale ponieważ musiał trzymać się blisko swoich
panów, zdarzało mu się już przesadzać i większe przeszkody.
W zapadających ciemnościach jechali między czerwonymi bruzdami w dół
wzgórza, kierując się w stronę brodu.
- Hej, Stu! - zawołał do brata Brent, jeszcze raz powracając do
przerwanego tematu. - Czy nie wydawało ci się, że Scarlett zamierzała
zaprosić nas na kolację?
- Cały czas tak myślałem - odkrzyknął Stuart. - Ale czemu nie zaprosiła?
Rozdział 2
Gdy bliźniacy odjechali i gdy ucichły odgłosy kopyt, Scarlett jak we
śnie cofnęła się do swego krzesła. Całą twarz miała zdrętwiałą jakby z bólu. Wargi bolały ją zaś rzeczywiście od nieustannego uśmiechania się z przymusem, co miało uniemożliwić gościom odkrycie jej tajemnicy. Opadła
ciężko na krzesło, podwijając jedną nogę. Serce miała przepełnione
cierpieniem. Chwilami zdawało się, że wyskoczy jej z piersi, biło przy
tym dziwnie nieregularnie. Miała zimne ręce. Dręczyło ją poczucie
klęski, a na jej twarzy malowały się ból i zaskoczenie rozpieszczanego
dziecka, które zawsze stawiało na swoim i które teraz, po raz pierwszy,
spotyka się z przeciwnościami losu.
Ashley ożeni się z Melanią Hamilton!
Och, to nie może być prawda! Bliźniacy są w błędzie. Stała się obiektem
jednego z ich żartów. Ashley nie mógłby zakochać się w Melanii. Nikt nie
mógłby pokochać tak nieciekawej osóbki. Scarlett z lekceważeniem
przypomniała sobie po dziecięcemu chudą figurę Melanii i jej poważną
twarz w kształcie serca, tak pospolitą, że aż nieładną. Przez ostatnie
miesiące Ashley nie mógł się z nią widywać. Od czasu zeszłorocznego
przyjęcia w Dwunastu Dębach odwiedził Atlantę nie więcej niż dwa razy.
Nie, Ashley nie kochał się w Melanii - była tego pewna - bo kochał się w niej.
Słysząc ciężkie kroki Mammy, od których drżała podłoga w holu, Scarlett
usiadła prosto i spróbowała nadać swej twarzy pogodny wyraz. Nie można
dopuścić do tego, by Mammy zaczęła podejrzewać, że coś jest nie w porządku. Mammy uważała, że ciała i dusze O'Harów należą do niej i że
ich sekrety są jej sekretami. Nawet cień tajemnicy wystarczał, by
ruszyła jej tropem, zawzięta jak pies gończy. Scarlett wiedziała z doświadczenia, że jeśli ciekawość Mammy nie zostanie od razu
zaspokojona, przedstawi ona tę sprawę Ellen, a wtedy Scarlett będzie
zmuszona albo wyjawić wszystko matce, albo wymyślić jakieś wiarygodne
kłamstwo.
Mammy wyłoniła się z holu. Była to potężna, stara kobieta o małych,
bystrych oczach słonia. Jako czystej krwi Afrykanka miała czarną,
lśniącą skórę. Całkowicie oddana O'Harom, była podporą Ellen i tragedią
dla jej trzech córek oraz postrachem dla pozostałych służących,
mieszkających w domu. Mammy była Murzynką, ale jej kodeks moralny i duma
dorównywały poczuciu moralności i dumie jej właścicieli. Wychowała się w sypialni Solange Robillard, matki Ellen O'Hary, delikatnej, sztywnej i zarozumiałej Francuzki, która swym dzieciom i służącym nie szczędziła
zasłużonych kar za każde naruszenie form towarzyskich. Była piastunką
Ellen i po jej ślubie wyruszyła z nią z Savannah w głąb kraju. Mammy ze
szczególnym upodobaniem karała tych, których kochała. A ponieważ jej
miłość do Scarlett i duma z niej nie miały granic, przeto i karom nigdy
nie było końca.
- Czy młodzi panowie odjechać? Jak to się stać, że ty nie prosić ich, by
oni zostać na kolacji, panienko Scarlett? Ja kazać Porkowi podać dla
nich dwa dodatkowe talerze. Co ty mieć za maniery?
- Och, tak czułam się zmęczona słuchaniem ich gadania o wojnie, że nie
ścierpiałabym już tego przy kolacji. Zwłaszcza że tata pewnie by się
dołączył i zaczął wyrzekać na pana Lincolna.
- Ty wcale nie mieć manier, jak robotnica z pola, chociaż pani Ellen i ja tak się nad tobą napracować. I ty siedzieć tutaj bez szala! Nocny
chłód coraz bliżej! Jakbym ja ci w kółko nie mówić, że ty móc dostać
ataku gorączki od siedzenia w nocy bez niczego na ramionach! Ty iść do
domu, panienko Scarlett.
Scarlett odwróciła się od Mammy z udaną obojętnością, ciesząc się, że
wyraz jej twarzy uszedł uwagi niani, zaabsorbowanej sprawą szala.
- Nie, chcę posiedzieć tutaj i obserwować zachód słońca. Jest tak
cudowny. Idź i przynieś mi szal. Proszę, Mammy. Posiedzę tutaj, aż tatuś
wróci do domu.
- Twój głos brzmieć tak, jakby ty już złapać przeziębienie - powiedziała
podejrzliwie Mammy.
- Nie, wcale nie - niecierpliwie odrzekła Scarlett. - Przynieś szal.
Mammy ciężkim krokiem powlokła się do holu. Scarlett słyszała, jak woła
cicho do pokojówki na piętrze:
- Hej, Rosa! Zrzuć mi szal panienki Scarlett! - Potem zaś krzyknęła
głośniej: - Co za paskudna Murzynka! Nigdy jej nie być. Żadnego z niej
pożytku. Przez nią ja sama musieć tam wejść i wziąć szal.
Scarlett usłyszała skrzypienie schodów i cicho wstała. Gdy Mammy
powróci, będzie ciągnąć dalej swój wykład o niegościnności Scarlett. A Scarlett czuła, że nie wytrzyma paplaniny na tak błahy temat, gdy pęka
jej serce. Stojąc niezdecydowanie i wahając się, gdzie się schować,
dopóki ból w piersi trochę nie zelżeje, wpadła na pomysł, który obudził
w niej promyk nadziei. Tego popołudnia jej ojciec pojechał do Dwunastu
Dębów, na plantację Wilkesa, żeby kupić Dilcey, grubą żonę lokaja Porka.
Dilcey była w Dwunastu Dębach szefową służby i akuszerką. Przez sześć
miesięcy, od dnia ślubu, Pork dniami i nocami zadręczał swego pana, by
kupił Dilcey, żeby małżonkowie mogli zamieszkać na jednej plantacji.
Tego popołudnia Gerald pojechał wreszcie, by zaproponować jej kupno.
Na pewno - pomyślała Scarlett - tatuś będzie wiedział, czy ta okropna
historia jest prawdziwa. Nawet jeśli nie usłyszałby nic na ten temat,
zapewne coś by zauważył. Wyczułby jakieś podniecenie w rodzinie
Wilkesów. Jeśli tylko uda mi się z nim zobaczyć sam na sam przed
kolacją, może odkryję prawdę - przekonam się, że to tylko jeden z tych
okropnych kawałów bliźniaków.
Zbliżał się czas powrotu Geralda i jeśli chciała zobaczyć się z nim na
osobności, musiała udać się tam, gdzie wiodąca do domu dróżka łączyła
się z traktem. Zeszła cicho po schodach i obejrzała się przez ramię,
upewniając się, że Mammy nie obserwuje jej z okien na górze. Nie
dostrzegając śnieżnobiałego turbanu i szerokiej czarnej twarzy
spoglądającej z dezaprobatą zza powiewających firanek, śmiało uniosła
swą zieloną suknię w kwiaty i pobiegła ścieżką w dół, w stronę drogi,
tak szybko, jak tylko potrafiły nieść ją nogi w małych, sznurowanych
tasiemką trzewikach.
Ciemne cedry po obu stronach żwirowej drogi dojazdowej tworzyły wysokie
sklepienie, które przemieniało długą aleję w mroczny tunel. Gdy tylko
znalazła się pod sękatymi gałęziami cedrów, zwolniła, wiedząc, że jest
już z domu niewidoczna. Nie mogła złapać tchu. Zbyt mocno ściągnięty
gorset bardzo utrudniał oddychanie, ale mimo to starała się iść tak
szybko, jak tylko mogła. Wkrótce dotarła do końca alei przy głównej
drodze, zatrzymała się jednak dopiero za zakrętem, gdy osłoniła ją
wielka kępa drzew.
Zaczerwieniona i zdyszana usiadła na pniu, czekając na ojca. Właściwie
już powinien był wrócić, ale cieszyła się, że się spóźnia. Ta zwłoka
powinna dać jej czas na uspokojenie oddechu i przybranie odpowiedniego
wyrazu twarzy, tak by nic nie wzbudziło jego podejrzeń. W każdej chwili
oczekiwała, że usłyszy stukot końskich kopyt i zobaczy go jak zwykle
zjeżdżającego ze wzgórza na łeb na szyję. Ale czas mijał, a Gerald nie
przyjeżdżał. Gdy wyglądała za nim na drogę, jej serce znów przepełnił
ból.
Och, to nie może być prawda! - pomyślała. - Dlaczego wciąż go nie ma?
Jej oczy przeszukiwały krętą, krwistoczerwoną po porannym deszczu drogę.
Przypominała sobie, którędy ona biegła. W dół wzgórza do leniwej rzeki
Flint, a potem przez jej bagniste, zarośnięte koryto i w górę do
Dwunastu Dębów, gdzie mieszkał Ashley. Właśnie tam prowadziła - do
Ashleya, do pięknego domu z białymi kolumnami, który zwieńczał pagórek
jak grecka świątynia.
Och Ashleyu, Ashleyu - pomyślała, a jej serce zaczęło bić szybciej.
Lodowaty strach i świadomość klęski, które ciążyły jej od chwili, gdy
chłopcy Tarletonów powtórzyli jej tę straszną plotkę, odsunęły się na
dalszy plan. Ich miejsce zajęła namiętność, we władzy której Scarlett
pozostawała przez ostatnie dwa lata.
Teraz dziwiło ją, że gdy była podlotkiem, Ashley nigdy nie wydawał jej
się pociągający. Zawsze kręcił się w pobliżu, lecz ona nie poświęcała mu
ani jednej myśli. Ale od tego dnia przed dwoma laty, gdy Ashley, świeżo
po powrocie ze swej trzyletniej wielkiej podróży po Europie, przyjechał
złożyć sąsiadom uszanowanie, kochała go.
Stała na frontowym ganku, a on jechał wzdłuż długiej alei, w szarym
popelinowym stroju z szerokim czarnym krawatem, doskonale dopasowanych
do plisowanej koszuli. Nawet teraz potrafiła przypomnieć sobie wszystkie
szczegóły jego stroju: lśniące buty, szpilkę do krawata w kształcie
kamei z głową Meduzy i szeroki, panamski kapelusz, który zdjął
natychmiast, gdy tylko ją zobaczył. Zeskoczył z konia, rzucił wodze
Murzynkowi i stał, wpatrując się w nią. Uśmiech rozszerzył jego szare
oczy o sennym wyrazie. Jasne włosy mężczyzny błyszczały w promieniach
słońca jak srebrny, lśniący hełm. "A więc jesteś już niemal dorosła,
Scarlett" - powiedział. Wspiął się lekko po schodach i pocałował ją w rękę. A jego głos! Nigdy nie zapomni, jak podskoczyło jej serce, gdy go
usłyszała - przeciągły, donośny i melodyjny. Pragnęła Ashleya od
pierwszej chwili, tak jak pragnie się jedzenia, koni, miękkiego łóżka.
Przez te dwa lata asystował jej na różnych uroczystościach hrabstwa - na
balach i piknikach w dniach sądowych. Nigdy nie robił tego tak często
jak bracia Tarletonowie czy Cade Calvert, nigdy też nie był tak
natarczywy jak młodsi chłopcy Fontaine'ów, ale nie było tygodnia, by
Ashley nie przyjechał do Tary.
To prawda, że nigdy się do niej nie zalecał i że w jego jasnych, szarych
oczach nigdy nie błysnął ten gorący ogień, który Scarlett tak dobrze
znała z oczu innych mężczyzn. A jednak... a jednak wiedziała, że ją
kocha. Nie mogła się mylić. Intuicja silniejsza od rozsądku i wiedzy
zrodzonej z doświadczenia powiedziała jej, że tak właśnie jest. Zbyt
często przyłapywała go na tym, jak patrzył na nią wzrokiem pełnym
tęsknoty i smutku. Bardzo ją to intrygowało.
Wiedziała, że Ashley ją kocha. Dlaczego więc jej tego nie wyznał? Tego
nie potrafiła zrozumieć.
Ashley był zawsze grzeczny, ale powściągliwy i daleki. Nikt nie umiał
odgadnąć, o czym myśli. W okolicy, gdzie każdy mówił to, co myślał,
powściągliwość Ashleya wydawała się irytująca. Jak inni młodzi mężczyźni
lubił polowania, grę w karty, tańce i dysputy o polityce, a konno
jeździł najlepiej ze wszystkich. Od innych różniło go jednak to, że te
rozrywki nie stanowiły dla niego celu i sensu życia. Jako jedyny
interesował się książkami i muzyką i z zamiłowaniem pisał wiersze.
Och, czemu był tak przystojnym blondynem, grzecznym, lecz pełnym
rezerwy? I tak okropnie nudnym, gdy zaczynał opowiadać o Europie,
książkach, muzyce, poezji i rzeczach, które jej zupełnie nie
interesowały. I czemu tak go pożądała? Każdej nocy, kiedy Scarlett
kładła się do łóżka, godzinami wierciła się, nie mogąc zasnąć.
Pocieszała się, że gdy następnym razem Ashley przyjedzie się z nią
zobaczyć, na pewno się oświadczy. Ale i następnym razem nic się nie
działo, tylko jej twarz płonęła coraz gorętszym ogniem.
Kochała go, pragnęła go i nie rozumiała. Była tak szczera i naturalna
jak wiatry wiejące nad Tarą, jak żółta rzeka wijąca się w pobliżu. Do
końca swoich dni nie będzie zdolna zrozumieć niczego skomplikowanego. A teraz po raz pierwszy w życiu spotkała się z tak złożoną osobowością.
Ashley bowiem należał do tych ludzi, którzy w wolnym czasie oddawali się
nie działaniu, lecz myśleniu, snuciu kolorowych marzeń, nie mających
żadnego związku z rzeczywistością. Żył we własnym świecie, znacznie
piękniejszym od Georgii, do rzeczywistości wracając z odrazą. Obserwował
ludzi, lecz nie budzili oni ani jego sympatii, ani niechęci. Życie, na
które patrzył, nie wywoływało w nim żadnych emocji. Godził się ze swoim
miejscem na świecie, po czym, wzruszając ramionami, powracał do swojej
muzyki i książek.
Scarlett nie miała pojęcia, czym podbił jej serce. Ta tajemniczość
intrygowała ją jak drzwi pozbawione zamka i klucza. Rzeczy, których w nim nie rozumiała, jedynie potęgowały jej miłość, a jego dziwne,
powściągliwe zaloty umacniały ją tylko w przekonaniu, że będzie go mieć
na własność. W to, że któregoś dnia się jej oświadczy, nigdy nie
wątpiła, zbyt bowiem była młoda i rozpuszczona, by znać smak porażki. A teraz, jak grom z jasnego nieba, nadeszła ta okropna nowina. Ashley
poślubi Melanię. To nie mogło być prawdą!
Przecież zaledwie tydzień temu, gdy o zmierzchu jechali z Fairhill do
domu, rzekł:
- Scarlett, muszę powiedzieć ci coś tak ważnego, że zupełnie nie wiem,
jak to zrobić.
Spuściła skromnie oczy, jej serce biło z oszałamiającą radością, czuła,
że nadeszła szczęśliwa chwila.
- Nie, innym razem, jesteśmy już zbyt blisko domu. Och, Scarlett, co ze
mnie za tchórz! - I spiąwszy konia ostrogami, zjechał szybko ze wzgórza
do Tary.
Scarlett, siedząc na pniu, zastanawiała się nad tymi słowami, które
uczyniły ją tak szczęśliwą, a teraz nagle nabrały innego, przerażającego
znaczenia. Przypuszczalnie próbował jej wtedy powiedzieć o swych
zaręczynach!
Och, żeby już tatuś przyjechał! Nie zniesie tej niepewności ani chwili
dłużej. Znów spojrzała niecierpliwie na drogę.
Słońce skryło się już za linią horyzontu, nad którym pojawiła się
czerwona zorza. Lazurowe niebo przybierało powoli delikatny,
niebieskozielony kolor przypominający jajko drozda, a wiejski zmierzch
emanował nieziemskim spokojem. Cienisty półmrok ogarniał całą okolicę.
Czerwone bruzdy i wyboista, czerwona droga straciły swój magiczny kolor
krwi i stały się zwykłą, brązową ziemią. Za drogą, na pastwisku, konie,
muły i krowy stały spokojnie, opierając łby o płot, czekając na to, by
zagnano je do domu. Nie lubiły głębokiego cienia rzucanego przez zarośla
okalające strumyk i strzygły uszami na Scarlett, jakby ciesząc się z towarzystwa człowieka.
W dziwnym półświetle wysokie sosny rosnące na przybrzeżnych mokradłach,
tak głęboko zielone w świetle słońca, na tle pastelowego nieba wydawały
się czarne. Stawały się tajemniczym szeregiem czarnych olbrzymów,
ukrywających żółtą wodę płynącą powoli u ich podnóża. Na wzgórzu za
rzeką wysokie, białe kominy domu Wilkesów stapiały się stopniowo z rosnącymi wokół ciemnymi, potężnymi dębami i tylko światła zapalonych do
kolacji lamp, z daleka tak małe jak szpilki, wskazywały, że stał tam
dom. Ciepłe, wilgotne, ożywcze wiosenne powietrze otaczało ją ze
wszystkich stron, niosąc zapachy świeżo zaoranej ziemi i młodych
zielonych roślin, pnących się w górę.
Zachód słońca, wiosna i świeża zieleń nie robiły na Scarlett wielkiego
wrażenia. Ich piękno uważała za tak oczywiste, jak powietrze, którym
oddychała, i woda, którą piła, nigdy bowiem nie szukała piękna w niczym,
z wyjątkiem kobiecych twarzy, koni i jedwabnych sukien. Ale łagodny
zmierzch nad urodzajnymi polami Tary wprowadził trochę spokoju do jej
wzburzonego umysłu. Kochała tę ziemię mocno, nie wiedząc nawet, że ją
kocha. Kochała ją jak twarz matki w świetle lampy, w czasie modlitwy.
Na cichej, krętej drodze wciąż nie było ani śladu Geralda. Jeśli będzie
musiała czekać na niego dłużej, Mammy z pewnością wyruszy na jej
poszukiwanie i siłą zaciągnie do domu. Ale gdy wpatrywała się w niknącą
w ciemnościach drogę, usłyszała nagle tętent kopyt na pastwisku u podnóża wzniesienia i ujrzała, jak konie i krowy rozbiegają się w popłochu. Gerald O'Hara wracał do domu przez pola, pędząc jak wariat.
Wjechał na pagórek galopem na swym potężnym, długonogim wierzchowcu. Z daleka wydawał się chłopcem na zbyt wielkim koniu. Długie siwe włosy
rozwiewały mu się za plecami. Poganiał konia biczem i głośnymi
okrzykami.
Pomimo że Scarlett dręczyły własne niepokoje, obserwowała go z pełną
czułości dumą, ojciec należał bowiem do znakomitych jeźdźców.
Ciekawa jestem, czemu zawsze chce mu się skakać przez płoty, gdy ma
trochę w czubie - pomyślała. - I to po tym upadku, który zdarzył mu się
właśnie tutaj, w zeszłym roku, gdy roztrzaskał sobie kolano. A tak
przysięgał mamie, że nigdy już nie będzie skakać.
Scarlett nie odczuwała lęku przed ojcem. W przeciwieństwie do sióstr
uważała go prawie za swego rówieśnika, gdyż skakanie przez płoty i ukrywanie tego przed żoną podobne było do wyprowadzania w pole Mammy.
Wstała, by obserwować Geralda.
Wielki koń dotarł do płotu, zebrał siły i poszybował w górę lekko jak
ptak. Jeździec krzyknął radośnie, jego bat przeciął powietrze, a siwe
włosy zawirowały wokół głowy. Gerald nie zauważył córki w cieniu drzew
na drodze. Ściągnął wodze i z uznaniem pogłaskał konia po szyi.
- Nie ma w hrabstwie ani w całym stanie takiego konia, który mógłby się
z tobą równać - powiedział z dumą do wierzchowca. Irlandzki akcent
hrabstwa Meath wciąż wyraźnie słyszało się w jego wymowie, pomimo
trzydziestu dziewięciu lat spędzonych w Ameryce. Gerald pospiesznie
przygładził włosy i zaczął doprowadzać do porządku wygniecioną koszulę i krawat, który wiatr zarzucił mu na ramię. Scarlett wiedziała, że
wszystkie te zabiegi mają na celu przywrócenie przed spotkaniem z żoną
wyglądu dżentelmena, który statecznie wraca do domu ze spotkania z sąsiadem. Zdawała sobie także sprawę, że jest to okazja, by zacząć
rozmowę, nie ujawniając jej prawdziwego celu.
Roześmiała się głośno. Tak jak myślała, Gerald nieco się przestraszył.
Potem, gdy ją rozpoznał, na jego zaczerwienionej twarzy pojawiło się
zmieszanie. Jako że miał sztywne kolano, z wysiłkiem zsiadł z konia i trzymając cugle, pokuśtykał do Scarlett.
- No, panienko - powiedział, szczypiąc ją w policzek. - A więc
szpiegujesz mnie i, tak samo jak w zeszłym tygodniu twoja siostra Zuela,
opowiesz wszystko matce?
W jego ochrypłym, basowym głosie brzmiało oburzenie, ale także i uznanie. Scarlett bez słowa poprawiła ojcu krawat. Poczuła na twarzy
przesiąknięty whisky i słabym zapachem mięty oddech Geralda. Unosiła się
wokół niego także woń tytoniu do żucia, dobrze naoliwionej skóry i koni
- mieszanina zapachów, które zawsze łączyła ze swym ojcem i instynktownie lubiła u innych mężczyzn.
- Nie, tatusiu, nie jestem taką plotkarą jak Zuela - zapewniła go,
odsuwając się trochę, by lepiej obejrzeć jego dopiero co poprawiony
strój.
Gerald był niskim mężczyzną, mającym niewiele ponad półtora metra
wzrostu, ale tak potężnie zbudowanym i o tak grubym karku, że gdy
siedział, wydawał się znacznie wyższy. Jego szeroki tors wspierał się na
krótkich, silnych nogach, zawsze w butach z najlepszej skóry i zawsze
rozstawionych szeroko jak u buńczucznego chłopca. Większość małych ludzi
nadrabiających miną jest odrobinę śmieszna, ale karłowatego koguta
szanuje się na podwórzu. I tak właśnie było z Geraldem.
Miał sześćdziesiąt lat. Jego kędzierzawe włosy były już zupełnie siwe,
ale na inteligentnej twarzy nie widziało się zmarszczek, a maleńkie,
niebieskie oczy wydawały się młode, pozbawione zmartwień, jak u kogoś,
kto nie wysilał rozumu ponad to, ile kart dokupić w pokerowej rozgrywce.
Miał najbardziej irlandzką twarz, jaką tylko można znaleźć w kraju,
który opuścił tak dawno - okrągłą, rumianą, czupurną, o małym nosie i szerokich ustach.
Mimo tych oznak cechujących choleryków, Gerald O'Hara miał najczulsze z serc. Nie mógł znieść widoku niewolnika cierpiącego z powodu kary,
choćby nie wiadomo jak zasłużonej, ani miauczenia kota czy płaczu
dziecka. Bał się jednak, że ta jego słabość zostanie odkryta. Nie miał
pojęcia, że każdy, kto go spotykał, w ciągu pięciu minut dostrzegał jego
dobre serce. Gdyby się o tym dowiedział, jego próżność ucierpiałaby
niezmiernie, lubił bowiem myśleć, że kiedy podniesionym głosem
wywrzaskuje rozkazy, wszyscy drżą i posłusznie je wykonują. Nigdy nie
wpadł na to, że wszyscy na plantacji są posłuszni jedynie cichemu
głosowi jego żony Ellen. Był to sekret, którego nigdy nie miał poznać,
bo każdego, od Ellen aż po najgłupszego parobka, łączyła cicha zmowa,
której celem było utrzymywanie Geralda w przekonaniu, że jego słowo jest
prawem.
Scarlett jeszcze mniej niż inni zwracała uwagę na jego humory i wrzaski.
Była najstarszym dzieckiem, a kiedy Gerald zrozumiał, że nie będzie miał
następnych synów, którzy zastąpiliby trzech pogrzebanych na rodzinnym
cmentarzu, zaczął bezwiednie odnosić się do niej jak mężczyzna do
mężczyzny. Bardzo to jej odpowiadało. Była znacznie bardziej podobna do
ojca niż jej młodsze siostry, bo Karina, której po urodzeniu nadano
imiona Karolina Irena, była delikatna i marzycielska, a Zuela, którą na
chrzcie nazwano Susan Elinor, starała się zadziwić świat swą elegancją i światowymi manierami.
Co więcej, Scarlett łączyło z ojcem milczące, tajemne przymierze. Jeżeli
Gerald przyłapał ją na tym, że zamiast maszerować do odległej o kilometr
bramy, przełaziła przez płot albo siedziała zbyt długo na schodach z wielbicielem, karcił ją osobiście i gwałtownie, ale nie informował o tym
Ellen ani Mammy. A gdy Scarlett obserwowała, jak skacze przez płoty po
złożeniu żonie solennej obietnicy, że nie będzie tego robił, albo gdy
dowiadywała się, ile pieniędzy przegrał w pokera, a dowiadywała się
zawsze z krążących po hrabstwie plotek, nie wspominała o tym przy
kolacji, inaczej niż Zuela. Scarlett i jej ojciec wspólnie doszli do
wniosku, że opowiadanie Ellen o takich sprawach sprawiłoby jej wyłącznie
przykrość, a w żadnym razie nie chcieli zadawać jej bólu.
Scarlett wpatrywała się w ojca w zapadającym mroku i nie wiedząc czemu,
poczuła, że jego obecność ją uspokaja. Gerald stał mocno nogami na
ziemi, była w nim jakaś witalność i szorstkość, a wszystko to bardzo ją
pociągało. Nie uświadamiała sobie, że działo się tak, ponieważ i ona
miała w pewnej mierze te same cechy, pomimo trwających szesnaście lat
prób usunięcia ich przez Ellen i Mammy.
- No, teraz możesz się pokazać ludziom - powiedziała - i nie sądzę, żeby
ktokolwiek podejrzewał, coś tu wyczyniał, dopóki sam nie zaczniesz się
tym chełpić. Ale wydaje mi się, że po tym, jak roztrzaskałeś sobie
kolano w zeszłym roku, skakanie przez ten sam płot...
- Niech mnie diabli, jeśli zgodzę się na to, by moja własna córka mówiła
mi, przez co mogę skakać, a przez co nie! - zawołał, ponownie szczypiąc
ją w policzek. - To tylko moje życie. Właśnie tak! A poza tym, panienko,
co tutaj robisz bez szala?
Scarlett, widząc, że ojciec dobrze jej znanym sposobem próbuje uciec od
nieprzyjemnej rozmowy, wzięła go pod ramię i powiedziała:
- Czekałam na ciebie. Nie przypuszczałam, że wrócisz tak późno. Po
prostu byłam ciekawa, czy kupiłeś Dilcey.
- Tak, kupiłem. Sporo mnie to kosztowało. Kupiłem ją i jej małą
córeczkę, Prissy. John Wilkes chciał mi je oddać za bezcen, ale nigdy
nie pozwoliłbym na to, by mówiono, że Gerald O'Hara w handlu
wykorzystuje przyjaźń. Dałem mu więc za nie trzy tysiące.
- Na litość boską, tatusiu - trzy tysiące! Nie musiałeś kupować Prissy!
- Czy nadszedł już taki czas, że moja własna córka mnie osądza? -
zapytał retorycznie Gerald. - Prissy jest sympatyczną małą dziewczynką,
a więc...
- Znam ją. Jest sprytną i głupią istotą - odpowiedziała spokojnie
Scarlett, obojętna na jego wrzaski. - A jedynym powodem, dla którego ją
kupiłeś, było to, że Dilcey cię o to prosiła.
Gerald robił wrażenie zbitego z tropu i zakłopotanego, jak zawsze gdy
przyłapywano go na robieniu dobrych uczynków. Scarlett zaś wyśmiewała
się otwarcie z jego naiwności.
- No, a jeśli nawet? Czy był sens kupować Dilcey, jeśliby cały czas
miała tęsknić za dzieckiem? Nigdy więcej nie pozwolę żadnemu czarnuchowi
ożenić się z kimś spoza plantacji. To zbyt kosztowne. Dobrze, kotku,
chodźmy na kolację.
Cienie stawały się coraz dłuższe, ostatni zielonkawy blask zniknął z nieba i lekki chłód zastąpił kojące, wiosenne ciepło. Scarlett jednak
szła, powłócząc nogami i zastanawiając się, jak sprowadzić rozmowę na
Ashleya tak, by Gerald nie odgadł prawdziwego powodu jej obecności na
drodze. Problem polegał na tym, że nie była dostatecznie chytra, Gerald
zaś tak był do niej podobny, że umiał przejrzeć jej mizerne wybiegi, tak
samo jak i ona jego. Rzadko też robił to taktownie.
- Jak się miewają domownicy Dwunastu Dębów?
- Tak jak zwykle. Zjawił się też Cade Calvert i po tym, jak dogadałem
się co do Dilcey, ulokowaliśmy się na balkonie i wypiliśmy trochę grogu.
Cade wrócił właśnie z Atlanty. Podobno wszyscy tam gadają o wojnie i...
Scarlett westchnęła. Gdy już Gerald zaczynał mówić o wojnie i secesji,
godzinami nie zmieniał tematu. Przerwała mu kolejnym pytaniem.
- Czy mówili coś o jutrzejszym barbecue?
- Tak, zdaje mi się, że mówili. Panna - jak też się nazywa ta słodka
mała istotka, która była tu przed rokiem, no wiesz, kuzynka Ashleya -
aha, panna Melania Hamilton i jej brat Charles przybyli już z Atlanty,
a...
- A więc przyjechała?
- Tak. Jest słodką, cichą istotką, która nieproszona nie powie ani
słowa, właśnie tak, jak to wypada kobiecie. Chodź teraz, córko, nie
ociągaj się. Matka pewnie się za nami rozgląda.
Serce Scarlett zamarło pod wpływem tej wiadomości. Mimo wszystko miała
nadzieję, że coś zatrzyma Melanię Hamilton w Atlancie, gdzie było jej
miejsce. Teraz zaś, widząc, że nawet jej ojciec pochwalał słodki i spokojny charakter Melanii, tak różny od jej własnego, zapytała wprost:
- Czy Ashley też tam był?
- Tak. - Gerald puścił rękę córki, odwrócił się i przenikliwie popatrzył
jej w oczy. - Jeżeli to jest powód, dla którego przyszłaś tutaj, by
czekać na mnie, dlaczego paplesz bez sensu, zamiast od tego zacząć?
Scarlett nie wiedziała, co powiedzieć, i czuła, że coraz bardziej
czerwieni się ze wstydu.
- No, odezwij się.
Nadal milczała, żałując, że nie wolno potrząsnąć własnym ojcem i kazać
mu zamilknąć.
- Był tam i niezwykle grzecznie dopytywał się o ciebie, tak samo jak
jego siostry. Powiedział, że wszyscy mają nadzieję, że nic nie
przeszkodzi ci w przyjeździe na jutrzejsze barbecue. A teraz, córko,
powiedz mi, co się dzieje między tobą i Ashleyem?
- Nic - odpowiedziała krótko, chwytając go za ramię. - Idźmy już,
tatusiu.
- A więc teraz ty chcesz wracać - zauważył. - Ja mam jednak zamiar tu
stać, dopóki cię nie zrozumiem. Teraz, gdy o tym myślę, widzę, że
ostatnio byłaś dziwna. Czy flirtował z tobą? Czy prosił, byś za niego
wyszła?
- Nie.
- Już tego nie zrobi.
Zawrzała wściekłością, lecz Gerald uspokoił ją machnięciem ręki.
- Trzymaj język za zębami, panienko! Tego popołudnia w najgłębszej
tajemnicy dowiedziałem się od Johna Wilkesa, że Ashley żeni się z panną
Melanią. Jutro zostanie to ogłoszone.
Ręka Scarlett zsunęła się z jego ramienia. A więc to była prawda!
Ból wbił się jej w serce tak mocno, jak kły dzikiego zwierzęcia. Czuła
jednocześnie, że ojciec przygląda się jej z litością i ze smutkiem,
stanął bowiem przed problemem, którego nie umiał rozwiązać. Kochał
Scarlett, ale czuł się niezręcznie, mając do czynienia z jej dziecięcymi
troskami. Ellen zawsze umiała sobie z tym poradzić. To jej powinna
Scarlett opowiadać o swych zmartwieniach.
- Cóż to za widowisko robisz z siebie i z nas wszystkich? - wrzasnął,
podnosząc głos jak zawsze, gdy był wzburzony. - Uganiałaś się za
mężczyzną, który nie był w tobie zakochany, podczas gdy mogłaś mieć
każdego lalusia w hrabstwie!
Gniew i zraniona duma usunęły na chwilę ból.
- Wcale się za nim nie uganiałam. To... to mnie tylko zaskoczyło.
- Kłamiesz - powiedział Gerald, a potem, spoglądając na jej zasmuconą
twarz, dodał, nie potrafiąc ukryć czułości: - Przepraszam cię, córko.
Ale w końcu musisz zrozumieć, że wciąż jesteś dzieckiem i że jest całe
mnóstwo innych kawalerów.
- Mama miała tylko piętnaście lat, gdy za ciebie wyszła, a ja mam
szesnaście - powiedziała Scarlett łamiącym się głosem.
- Twoja matka była inna - wyjaśnił Gerald. - Nigdy nie była tak kapryśna
jak ty. No, a teraz chodź, córko, głowa do góry. Zabiorę cię w przyszłym
tygodniu do Charlestonu w odwiedziny do ciotki Eulalii i tam w ciągu
tygodnia zapomnisz o Ashleyu.
On uważa, że jestem dzieckiem - pomyślała Scarlett z żalem. - Myśli, że
jak podsunie mi nową zabawkę, zapomnę o swoich ranach.
- No, nie kręć nosem - rzekł Gerald. - Gdybyś miała choć trochę
rozsądku, już dawno wyszłabyś za Stuarta albo Brenta Tarletona. Przemyśl
to, córko. Wyjdź za jednego z bliźniaków, a wtedy plantacje się połączą,
a Jim Tarleton i ja zbudujemy wam piękny dom, właśnie tam, gdzie
graniczą ze sobą posiadłości, w tym lasku wielkich sosen i...
- Przestań traktować mnie jak dziecko! - krzyknęła Scarlett. - Nie chcę
jechać do Charlestonu ani mieć domu, ani wychodzić za bliźniaków. Chcę
tylko... - Powstrzymała się, ale nie dość szybko.
- Chcesz tylko Ashleya, ale nie będziesz go miała. I gdyby nawet chciał
się z tobą ożenić, niechętnie wyraziłbym zgodę, mimo bliskiej przyjaźni
z Johnem Wilkesem. - Widząc jej zaskoczone spojrzenie, kontynuował: - Z nim nie byłabyś szczęśliwa.
- Ależ tak!
- Nie byłabyś, córko. Tylko wtedy, gdy pobierają się ludzie podobni do
siebie, mogą być szczęśliwi.
Scarlett miała już na końcu języka: "Ty i mama jednak jesteście
szczęśliwi, mimo że nie jesteście do siebie podobni", powstrzymała się
jednak, bojąc się bury.
- Ludzie z naszej rodziny są inni niż Wilkesowie - mówił dalej wolno,
szukając słów. - Wilkesowie różnią się od wszystkich naszych sąsiadów,
różnią się od wszystkich rodzin, jakie kiedykolwiek znałem. To dziwni
ludzie i bardzo dobrze, że żenią się ze swymi krewnymi, zachowując swoją
dziwność dla siebie.
- Ależ tatusiu, Ashley nie jest...
- Cicho, kochanie! Nie powiedziałem nic złego o tym młodzieńcu, bo go
lubię. I gdy mówię "dziwny", nie znaczy to "szalony". On nie jest dziwny
jak Calvertowie, którzy postawią wszystko, co mają, na konia, ani jak
Tarletonowie, którzy mają nałogowego pijaka albo dwóch w każdej
generacji, ani jak Fontaine'owie, zapalczywi i brutalni, gotowi
zamordować człowieka z byle powodu. Z pewnością ten rodzaj dziwności
łatwo zrozumieć i dzięki Bogu Gerald O'Hara nie ma tych wszystkich wad!
Nie sądzę też, by Ashley, gdybyś była jego żoną, uciekł z jakąś kobietą
albo cię bił. Byłabyś bardziej szczęśliwa, gdyby tak postępował, bo to
byś przynajmniej rozumiała. Ale on jest dziwny pod innymi względami i w ogóle nie da się go zrozumieć. Lubię go, ale nie potrafię pojąć tego, co
mówi. A teraz, kochanie, powiedz mi prawdę, czy rozumiesz jego gadanie o książkach, poezji, muzyce, obrazach olejnych i innych głupstwach?
- Och, tatusiu - niecierpliwie zawołała Scarlett. - Jeślibym za niego
wyszła, wszystko to bym zmieniła!
- Zmieniłabyś? - powiedział Gerald gniewnie, obrzucając ją surowym
spojrzeniem. - Widać z tego, że zbyt mało wiesz o mężczyznach, nie
mówiąc już o Ashleyu. Żadna żona nigdy nie zmieniła męża. Pamiętaj o tym! A tym bardziej, jeśli idzie o zmienianie jakiegoś Wilkesa. Cała
rodzina jest taka i zawsze taka była. I prawdopodobnie zawsze będzie.
Mówię ci - oni rodzą się dziwakami. Popatrz choćby na te ich szalone
wyprawy do Nowego Jorku czy Bostonu po to, by wysłuchać opery i obejrzeć
obrazy. Albo na zamawianie całych pak francuskich i niemieckich książek
od Jankesów! I siedzą tam, czytając i marząc Bóg wie o czym, zamiast
spędzać czas na polowaniu czy grze w pokera, jak powinni to robić
porządni mężczyźni.
- W całym hrabstwie nie ma nikogo, kto siedziałby na koniu lepiej niż
Ashley - powiedziała Scarlett, zła, że ktoś oczernia Ashleya, oskarżając
go o zniewieściałość. - Nikogo, może z wyjątkiem jego ojca. A jeśli
idzie o pokera, czyż Ashley nie wygrał od ciebie dwustu dolarów w zeszłym tygodniu, w Jonesboro?
- Chłopcy Calvertów znowu się wygadali - powiedział Gerald z rezygnacją.
- Inaczej nie znałabyś tej sumy. Ashley najlepiej jeździ konno i gra w pokera z najlepszymi - to znaczy ze mną! Nie przeczę, że gdy zabiera się
do picia, może wypić tyle, że nawet Tarletonowie zwalają się pod stół.
Może robić te wszystkie rzeczy, ale nie wkłada w to serca. Oto dlaczego
mówię, że jest dziwny.
Scarlett milczała, ale jej serce zamarło. Na te ostatnie słowa nie
umiała znaleźć odpowiedzi, bo czuła, że ojciec ma rację. Ashley nie
wkładał serca w te wszystkie rozrywki. Tylko z grzeczności okazywał
zainteresowanie sprawami, które tak bardzo pochłaniały innych.
Właściwie tłumacząc sobie jej milczenie, Gerald poklepał ją po ramieniu.
- No i cóż, Scarlett - powiedział z triumfem w głosie. - Przyznajesz, że
mam rację. Cóż byś robiła z takim mężem jak Ashley? Ci Wilkesowie to
wariaci. - A potem dodał przekornie: - Gdy wspomniałem przed chwilą
Tarletonów, nie wmuszałem ci ich. To świetne chłopaki, ale jeśli
zamierzasz usidlić Cade'a Calverta, nie sprawia mi to różnicy. Wszyscy
Calvertowie to porządni ludzie, chociaż stary ożenił się z Jankeską. A gdy odejdę... Posłuchaj mnie, kochanie, nie przerywaj! Zostawię Tarę
tobie i Cade'owi...
- Nie wyszłabym za Cade'a za żadne skarby świata - zawołała
rozzłoszczona Scarlett. - I wolałabym, żebyś przestał popychać mnie w jego ramiona! Nie chcę Tary ani żadnej plantacji. Plantacje nie mają
żadnej wartości, gdy...
Zamierzała powiedzieć "gdy nie jest się z mężczyzną, którego się
pragnie", ale Gerald, urażony, że tak pogardliwie potraktowała
ofiarowany przez niego podarunek, rzecz, którą obok Ellen kochał
najbardziej na świecie, ryknął wściekle:
- A więc ty, Scarlett O'Hara, mówisz mi, że Tara nie ma żadnej wartości?
Scarlett skinęła głową. Jej serce było zbyt zbolałe, by dbała o to, czy
rozzłości ojca, czy też nie.
- Ziemia to jedyna wartościowa rzecz na świecie - wołał, wymachując w złości grubymi, krótkimi rękami. - Bo to jedyna rzecz, która będzie
trwać wiecznie. Musisz o tym pamiętać! To jedyna rzecz, dla której warto
pracować, warto walczyć i za którą warto umrzeć.
- Och, tatusiu - powiedziała z niesmakiem - mówisz jak Irlandczyk!
- A czy kiedykolwiek się tego wstydziłem? Nie, właśnie że się tym
szczycę. I nie zapominaj, panienko, że i ty jesteś pół-Irlandką! A dla
każdego, kto ma choćby kroplę irlandzkiej krwi, ziemia, na której żyje,
jest jak rodzona matka. Jakże wstyd mi za ciebie w tej chwili. Daję ci
najpiękniejszą ziemię na świecie - oprócz hrabstwa Meath w Starym Kraju,
a ty co robisz? Kaprysisz!
Gerald spojrzał na zasmuconą twarz Scarlett i opanował się.
- No cóż, jesteś młoda. Poznasz jeszcze, co to jest miłość do ziemi.
Jeśli jest się z Irlandii, nie można od niej uciec. Gdy będziesz
starsza, zrozumiesz, jak to jest... Tak, Scarlett, powinnaś wybrać
Cade'a albo bliźniaków, albo jednego z młodych byczków Evana Munroe, a przekonasz się, jak wspaniale wszystko urządzę!
- Och, tatusiu!
Gerald poczuł się bardzo zmęczony tą rozmową. Był zły, że to właśnie na
niego spadł ten kłopot. Smucił się także, że Scarlett wciąż wyglądała na
nieutuloną w żalu, pomimo iż ofiarował jej najlepszych chłopców w hrabstwie i Tarę. Gerald lubił, kiedy jego prezenty przyjmowano z aplauzem.
- No, dość dąsów, panienko. Nieważne, kogo poślubisz, byle tylko myślał
tak jak ty, był dżentelmenem, południowcem i miał swoją dumę. Kobiety
zaczynają kochać po ślubie.
- Och, tatusiu, tak mówiono w Starym Kraju!
- I miano rację! Ach, te wszystkie amerykańskie pomysły żenienia się z miłości, jak służący, jak Jankesi! Najlepsze małżeństwa powstają wtedy,
gdy rodzice wybierają dziewczynie kawalera. Bo jak taki głuptas może
odróżnić dobrego człowieka od łajdaka? Pomyśl o Wilkesach. Dzięki czemu
przez tyle pokoleń są dumni i silni? Dlatego, że żenią się z podobnymi
do siebie.
- Och - jęknęła Scarlett. Słowa Geralda przypomniały jej okropną,
nieodwołalną prawdę i przyprawiły o nowy paroksyzm bólu. Gerald spojrzał
na jej opuszczoną głowę i niespokojnie zaczął przestępować z nogi na
nogę.
- Chyba nie płaczesz? - zapytał, niezręcznie dotykając jej policzka. Na
jego twarzy malowało się współczucie.
- Nie! - krzyknęła gwałtownie, odsuwając się od niego.
- Kłamiesz, ale to dobrze. Cieszę się, że jesteś taka dumna, kotku. I chcę zobaczyć tę twoją dumę na jutrzejszym barbecue. Nie mam ochoty,
by całe hrabstwo plotkowało i śmiało się z ciebie dlatego, że oddałaś
serce mężczyźnie, który nie darzył cię uczuciem większym od przyjaźni.
Darzył mnie takim uczuciem - pomyślała Scarlett, czując smutek w sercu.
- Wielkim uczuciem! Wiem, że tak było. Mogłabym się założyć. Gdyby to
potrwało choć trochę dłużej, wiem, że powiedziałby mi o tym. Och, gdyby
tylko Wilkesowie nie uważali, że muszą się żenić ze swoimi kuzynkami!
Gerald wziął ją pod ramię.
- Teraz idziemy na kolację, a wszystko ma zostać między nami. Nie będę
martwił tym twojej matki... ty też nie powinnaś. Wytrzyj nos, córko.
Scarlett wydmuchała nos w swoją podartą chusteczkę i ramię w ramię z ojcem ruszyła ciemną aleją. Za nimi człapał koń. Gdy znajdowali się już
blisko domu, Scarlett otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, zrezygnowała
jednak, gdyż na werandzie, w głębokim cieniu, dostrzegła matkę. Ellen
miała na sobie czepek, szal i mitenki. Za nią stała Mammy, jej twarz
przypominała gradową chmurę. Murzynka trzymała w ręce czarną skórzaną
torbę, w której Ellen O'Hara przechowywała zawsze bandaże i lekarstwa,
jakich używała przy leczeniu niewolników. Duże, obwisłe wargi Mammy
zmieniały się, gdy się złościła, dolna mogła wydłużyć się dwukrotnie.
Właśnie teraz była tak rozciągnięta, Scarlett wiedziała więc, że Mammy
wrze ze złości. Musiało dziać się coś, czego nie pochwalała.
- Panie O'Hara - zawołała Ellen na widok zbliżającego się męża. Ellen
należała do pokolenia, które przestrzegało oficjalnych form nawet po
siedemnastu latach małżeństwa i urodzeniu sześciorga dzieci. - Panie
O'Hara, w domu Slatterych Emmie urodziła dziecko, ale jest umierające i powinno zostać ochrzczone. Pójdę tam z Mammy, żeby zobaczyć, w czym mogę
pomóc. - Powiedziała to wysokim, pytającym głosem, jakby swą decyzję
uzależniała od aprobaty Geralda. Była to tylko formalność, bardzo jednak
miła jego sercu.
- Panie Boże! - zawołał gwałtownie Gerald. - Dlaczegóż te białe śmieci
odciągają cię właśnie w porze kolacji i to akurat wtedy, gdy zamierzałem
ci opowiedzieć, co mówią o wojnie w Atlancie. Idź, pani O'Hara. W nocy
przewracałabyś się z boku na bok, gdybyś wiedziała, że jacyś sąsiedzi
mają kłopoty, a ty im nie pomogłaś.
- Ona zawsze przewracać się z boku na bok, bo ganiać nocami niańczyć
Murzynów i białą biedotę, te śmieci, które same nie umieć sobie poradzić
- burczała Mammy, schodząc po stopniach do czekającego powozu.
- Zajmij moje miejsce przy stole, kochanie - powiedziała Ellen,
głaszcząc lekko policzek Scarlett ręką w mitence.
Mimo z trudem wstrzymywanych łez, Scarlett zadrżała pod wpływem zawsze
niezawodnego matczynego dotknięcia. Poczuła nikły zapach werbenowych
perfum, którym przesiąknięta była jedwabna suknia matki. Dla Scarlett
matka stanowiła zapierający dech w piersiach cud, oszałamiający,
przyciągający i uspokajający. Gerald pomógł żonie wsiąść do powozu i nakazał woźnicy jechać ostrożnie. Toby, który przez dwadzieścia lat
zajmował się końmi Geralda, wydął wargi w milczącym oburzeniu, zły, że
ktoś poucza go, jak ma robić coś, na czym się zna. Zarówno on, jak i Mammy nie ukrywali swej dezaprobaty.
- Gdybym nie robił dla tych nędznych Slatterych tyle rzeczy, za które
gdzie indziej musieliby zapłacić - złościł się Gerald - sprzedaliby mi
te kilka nędznych akrów bagien, które do nich należą, i hrabstwo by się
ich pozbyło. - Nagle poweselał, ciesząc się z góry z żartu, który
przyszedł mu do głowy. - Chodź, córko, powiemy Porkowi, że zamiast
kupować Dilcey, sprzedałem go Johnowi Wilkesowi.
Rzucił wodze swego konia małemu Murzynkowi stojącemu w pobliżu i zaczął
wspinać się po schodach. Zapomniał już o miłosnych cierpieniach
Scarlett. Myślał teraz tylko o tym, jak nastraszy lokaja. Scarlett szła
za nim. Nogi miała jak z ołowiu. Pomyślała, że mimo wszystko jej
małżeństwo z Ashleyem nie mogłoby być dziwniejsze od związku jej ojca i Ellen Robillard O'Hary. Ciągle zastanawiała się, jak jej hałaśliwy, mało
wrażliwy ojciec zdołał poślubić kobietę taką jak jej matka, bo nigdy nie
było dwojga ludzi bardziej różniących się urodzeniem, wychowaniem i sposobem myślenia.
Rozdział 3
Ellen O'Hara miała trzydzieści lat, a więc zgodnie z pojęciami swojej
epoki była już kobietą w średnim wieku. Urodziła sześcioro i pochowała
troje dzieci. Wysoka, o głowę wyższa od swego porywczego, niskiego męża,
poruszała się w swej krynolinie z takim wdziękiem, że jej wzrost nikogo
nie raził. Od czerni noszonej przez nią taftowej bluzki odcinała się
wyraźnie mlecznobiała, długa szyja. Głowa Ellen zawsze zdawała się nieco
odchylać do tyłu pod ciężarem gęstych, upiętych na karku włosów. Po
matce Francuzce, której rodzice uciekli z Haiti w czasie rewolucji 1791
roku, Ellen wzięła skośne, ciemne oczy, ocienione ciemnymi rzęsami, i czarne włosy. Po ojcu, żołnierzu Napoleona, odziedziczyła długi, prosty
nos i nieco kwadratową szczękę, której zarys maskowała miękka linia
policzków. Ale tylko to, co przeżyła, mogło nadać twarzy Ellen wygląd
tak dumny, choć nie wyniosły, mogło obdarować ją wdziękiem, melancholią
i głębokim smutkiem.
Byłaby uderzająco piękną kobietą, gdyby miała w oczach blask, a w uśmiechu czułe ciepło. Mówiła z akcentem z wybrzeża Georgii - choć w jej
głosie można było wyczuć ślady akcentu francuskiego - połykając
samogłoski i podkreślając spółgłoski. Nigdy nie podnosiła głosu, wydając
polecenia służącym czy karcąc dziecko, mimo to jednak wszyscy w Tarze
okazywali jej posłuszeństwo, podczas gdy szaleństwa i wrzaski Geralda
były po cichu lekceważone.
Jak tylko Scarlett sięgała pamięcią, jej matka wyglądała niezmiennie
poprawnie. Pozostawała spokojna i nieugięta nawet po śmierci trzech
maleńkich synków. Na krześle siedziała zawsze sztywno wyprostowana.
Zawsze też miała w rękach robótkę, z wyjątkiem czasu posiłków, wizyt u chorych i prowadzenia ksiąg rachunkowych plantacji. W towarzystwie
misternie haftowała, a gdy nie było gości, reperowała koszule Geralda,
sukienki dziewczynek i odzież niewolników.
Scarlett nie umiała sobie wyobrazić rąk matki bez złotego naparstka.
Zawsze towarzyszyła jej mała, murzyńska dziewczynka, której jedynym
zadaniem było usuwanie fastrygi i noszenie palisandrowego pudełka z przyborami do szycia z pokoju do pokoju, kiedy Ellen wędrowała po domu,
doglądając gotowania, sprzątania i szycia mnóstwa ubrań dla pracujących
na plantacji niewolników.
Scarlett nie widziała nigdy, by matka traciła swój pogodny spokój. Nie
przypominała też sobie, by kiedykolwiek, niezależnie od pory dnia czy
nocy, matka była niedbale ubrana. Gdy Ellen ubierała się na bal albo
oczekiwała gości, bądź przygotowywała się do wyjazdu do Jonesboro na
dzień sesji sądowej, zawsze potrzebowała kilku godzin i pomocy dwóch
pokojówek oraz Mammy, by poczuła się całkowicie usatysfakcjonowana swoim
strojem.
Scarlett, której pokój znajdował się naprzeciwko pokoju matki, od
dzieciństwa znała rozlegający się o świcie cichy pośpieszny tupot
gołych, czarnych stóp o deski podłogi, gwałtowne stukanie do drzwi
pokoju matki i przytłumione, przerażone głosy szepczące o chorobie,
narodzinach i śmierci w długim szeregu pobielonych wapnem murzyńskich
chałup. Jako dziecko często podkradała się do drzwi i przez dziurkę od
klucza obserwowała Ellen, wynurzającą się z ciemnego pokoju, z którego
dobiegało rytmiczne i niczym niezmącone chrapanie Geralda. W migotliwym
blasku świecy widziała niesioną przez matkę pod pachą apteczkę. Ellen
zawsze miała starannie ułożone włosy i zapięta była na ostatni guzik.
Scarlett uspokajała się, słysząc zdecydowany, choć pełen współczucia
szept matki: "Ciszej, nie tak głośno. Obudzicie pana O'Harę. To nie jest
choroba śmiertelna".
Tak, miło było wrócić do łóżka, wiedząc, że Ellen wyruszyła na pomoc i że wszystko będzie dobrze.
Rano, po całonocnym pomaganiu przy porodach i czuwaniu przy zmarłych,
gdy stary doktor Fontaine i młody doktor Fontaine byli zbyt zajęci, by
przyjechać i jej pomóc, Ellen jak zwykle siedziała u szczytu stołu i tylko jej ciemne oczy były podkrążone ze zmęczenia. Lecz ani głos, ani
zachowanie nie zdradzały jej nocnego trudu. Pod majestatyczną
łagodnością skrywał się stalowy charakter, który napełniał nabożnym
lękiem całą rodzinę, zarówno dziewczynki, jak i Geralda, choć on za nic
by się do tego nie przyznał.
Czasami, gdy Scarlett biegła wieczorem na palcach, by pocałować matkę w policzek, spoglądała na jej usta, ze zbyt wąską i zbyt wrażliwą górną
wargą, usta, które świadczyły o tym, że świat łatwo mógł je zranić, i zastanawiała się, czy kiedykolwiek wykrzywiały się one w głupiutkim,
dziewczęcym uśmiechu albo wieczorami wyznawały tajemnice swoim
najbliższym przyjaciółkom. Nie, nie, to wydawało się niemożliwe. Matka
zawsze musiała być źródłem siły, mądrości, jedyną osobą, która znała
odpowiedzi na wszystkie pytania.
Ale Scarlett myliła się, bowiem przed wielu laty Ellen Robillard z Savannah chichotała bez żadnej przyczyny tak samo jak wszystkie inne
piętnastolatki w tym urokliwym, nadmorskim mieście i tak samo szeptała
wieczorami z przyjaciółkami, wymieniając zwierzenia, wyjawiając swoje
wszystkie - z wyjątkiem jednego - sekrety. W tym właśnie roku o dwadzieścia osiem lat starszy od niej Gerald O'Hara wkroczył w jej
życie. I w tymże roku opuściła ją miłość i jej czarnooki kuzyn, Philippe
Robillard. Bo gdy Philippe ze swymi żywymi oczami i dzikim temperamentem
wyjechał z Savannah, zabrał ze sobą cały ogień płonący w sercu Ellen,
pozostawiając niskiemu, krzywonogiemu Irlandczykowi, który się z nią
ożenił, tylko zimną powłokę.
To jednak wystarczyło Geraldowi, oszołomionemu niezwykłym szczęściem,
jakim było dla niego poślubienie Ellen. I jeśli coś wtedy w tej kobiecie
pękło, nigdy tego nie dostrzegł. Jako człowiek inteligentny rozumiał, że
to prawdziwy cud, iż on, Irlandczyk, bez rodziny o znanym nazwisku, bez
bogactwa, zdobył córkę z jednej z najbogatszych i najdumniejszych rodzin
wybrzeża. Gerald był bowiem człowiekiem, który wszystko w życiu
zawdzięczał samemu sobie.
Gerald przypłynął do Ameryki z Irlandii, gdy miał dwadzieścia jeden lat.
Przybył do Ameryki w pośpiechu, jak wielu lepszych i gorszych
Irlandczyków przed nim i po nim. Przyjechał z jednym ubraniem na
grzbiecie, dwoma szylingami przy duszy i z ceną, którą wyznaczono za
jego głowę, ceną niewspółmierną do zarzuconego mu czynu. Żaden bowiem
Orańczyk nie był wart stu funtów. Jeśli jednak rząd aż tak gwałtownie
zareagował na śmierć pewnego dzierżawcy, zastępującego nieobecnego
lorda, był to najwyższy czas, by Gerald O'Hara natychmiast wyjechał z kraju. To prawda, że nazwał dzierżawcę "orańskim bękartem", ale, jak
uważał Gerald, nie dawało to obrażonemu prawa do znieważania go
gwizdaniem pierwszych taktów "Wód Boyne".
Bitwa nad Boyne została stoczona przeszło sto lat wcześniej, ale
O'Harowie i ich sąsiedzi wciąż myśleli o niej, jakby odbyła się wczoraj.
Podczas tej bitwy wszystkie ich nadzieje i marzenia, tak samo jak ziemie
i bogactwo, znikły w obłoku kurzu osłaniającym ucieczkę przerażonego
księcia z rodu Stuartów. Później zaś Wilhelm Orański i jego
znienawidzone wojska z pomarańczowymi kokardami wycięły w pień
irlandzkich stronników Stuarta.
Rodzina Geralda nie uważałaby fatalnego wyniku tej kłótni za coś
szczególnie istotnego, gdyby nie wiązało się to z poważnymi
konsekwencjami. Od lat angielska policja podejrzewała O'Harów o prowadzenie bezprawnej działalności przeciwko rządowi i Gerald nie był
pierwszym spośród O'Harów, zmuszonym wziąć nogi za pas, by o świcie
opuścić Irlandię. Prawie już nie pamiętał dwóch najstarszych braci:
Jamesa i Andrew. Zachował ich w pamięci tylko jako młodzieńców o zaciśniętych wargach, którzy z tajemniczych powodów przychodzili i wychodzili o najdziwaczniejszych porach nocy albo znikali na całe
tygodnie, doprowadzając do rozpaczy matkę. Przybyli do Ameryki przed
wielu laty, po tym jak odkryto mały arsenał broni pod chlewem O'Harów.
Teraz byli świetnie prosperującymi kupcami w Savannah, "choć Bóg jeden
wie, gdzie to jest", jak powtarzała zawsze ich rodzicielka, gdy
wspominano jej dwóch najstarszych synów. Do nich właśnie wysłano młodego
Geralda.
Opuścił dom, pośpiesznie pocałowany w policzek przez matkę i otrzymawszy
jej żarliwe katolickie błogosławieństwo, wyszeptane mu do ucha tuż po
ojcowskim pożegnalnym napomnieniu: "Pamiętaj, kim jesteś i nie bierz
niczego, co nie twoje". Jego pięciu wysokich braci uśmiechało się doń
nieco protekcjonalnie, bowiem Gerald był najmłodszy i najmniejszy z całej, potężnie zbudowanej rodziny.
Barczyści bracia i ojciec mierzyli ponad sto osiemdziesiąt centymetrów
wzrostu, a mały Gerald w wieku dwudziestu jeden lat pojął, że sto
sześćdziesiąt centymetrów to wszystko, co zamierzał mu Bóg ofiarować.
Gerald zgodnie ze swoją naturą nigdy nie rozpaczał z powodu niskiego
wzrostu i nigdy nie traktował go jako przeszkody w zdobywaniu
wszystkiego, czego pragnął. Szybko przekonał się, że mali ludzie muszą
być twardzi, by przeżyć wśród wysokich. I Gerald był twardy.
Jego rośli bracia należeli do posępnych, cichych mężczyzn, w których
rodzinna tradycja tęsknoty za utraconą na zawsze chwałą przeszłości
jątrzyła się milczącą nienawiścią, przepełniając ich goryczą. Gdyby
Gerald był równie potężnie zbudowany jak oni, poszedłby w ślady innych
O'Harów, dołączając do buntujących się przeciwko władzy. Gerald jednak
był "hałaśliwy i uparty" - jak to czule określała matka, gwałtowny,
skory do bójki i kłótni. Kręcił się między wysokimi O'Harami jak
karłowaty kogut na podwórku wśród potężnych kochinchin2, a oni kochali go i droczyli się z nim, by usłyszeć jego wściekły ryk.
Czasem też tłukli go swymi wielkimi pięściami, nie więcej jednak, niż
było potrzeba, żeby przypomnieć najmłodszemu bratu, gdzie jest jego
miejsce.
Gerald nie miał zielonego pojęcia, że jego wykształcenie niewiele znaczy
w Ameryce. Gdyby mu jednak o tym powiedziano, specjalnie by się tym nie
zmartwił. Matka nauczyła go czytać i starannie pisać. Miał też
niezgorsze pojęcie o rachunkach. Na tym kończyła się jego książkowa
wiedza. Z łaciny znał tylko formułki wypowiadane podczas mszy, a z historii - liczne irlandzkie krzywdy. Jego znajomość poezji ograniczała
się do Moore'a, a muzyki - do tradycyjnych irlandzkich pieśni,
przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Chociaż bardzo szanował
wszystkich, którzy posiedli większą od niego wiedzę, nie rozpaczał nad
swymi brakami. Na co zresztą była mu książkowa wiedza w nowym kraju, w którym najgłupsi Irlandczycy zdobyli wielkie majątki? W kraju, w którym
od człowieka żądano tylko, by był silny i nie bał się pracy?
Ani James, ani Andrew, którzy zatrudnili go w swoim sklepie w Savannah,
nie przejmowali się brakiem wykształcenia brata. Dzięki starannemu
pismu, dokładności w liczeniu i sprytowi przy zawieraniu transakcji
zdobył ich szacunek, podczas gdy znajomość literatury i muzyki zostałaby
tylko zbyta pogardliwym uśmieszkiem. Dla Irlandczyków Ameryka z początku
wieku stanowiła kraj wielkich możliwości. James i Andrew, którzy
zaczynali od przewożenia towarów z Savannah do miast w Georgii, dorobili
się wkrótce własnego składu, a Gerald dorabiał się wraz z nimi.
Ojciec Scarlett polubił Południe i wkrótce zaczął się już uważać za
południowca. Dużo było rzeczy na Południu, których nigdy nie zrozumiał,
ale całym sercem, zgodnie ze swoją naturą, przejął jego idee i zwyczaje
tak, jak je rozumiał. Lubił i pokera, i wyścigi konne. I polityczne
rozgorączkowanie, i kodeks honorowy oraz prawa Stanów. Podzielał niechęć
do Jankesów i poglądy na niewolnictwo oraz ślepą wiarę w bawełnę,
pogardę dla białej biedoty i przesadną kurtuazję wobec kobiet. Nauczył
się nawet żuć tytoń. Nie musiał natomiast uczyć się pić whisky, bo
przyszedł już na świat z mocną głową.
Gerald jednak pozostał Geraldem. Jego sposób życia i poglądy zmieniły
się, ale manier nie zmieniłby, nawet gdyby był w stanie to zrobić.
Podziwiał jednakowoż niewymuszoną elegancję bogatych plantatorów ryżu i bawełny, którzy zjeżdżali do Savannah ze swych małych królestw na
koniach czystej krwi. Towarzyszyły im powozy z ich równie eleganckimi
żonami i wozy z niewolnikami. Gerald nigdy nie stał się elegantem i mówił dalej z twardym, irlandzkim akcentem. Lubił niedbały wdzięk, z jakim plantatorzy prowadzili poważne interesy, stawiając majątek,
plantację czy niewolnika na jedną kartę i spłacając długi z niczym nie
zakłóconą pogodą ducha, tak samo jak rzucali drobne monety murzyńskim
dzieciom. Ale Gerald poznał nędzę i dlatego nigdy nie nauczył się tracić
pieniędzy z humorem i wdziękiem. Mieszkańcy wybrzeża Georgii należeli do
sympatycznych ludzi o miękkich głosach, zapalczywych i czarująco
nieodpowiedzialnych. Gerald lubił ich, choć się od nich różnił. W tym
młodym Irlandczyku, który dopiero co przybył z kraju wilgotnych,
przenikliwych wiatrów, tliła się jakaś energia i niespożyta witalność.
To ona właśnie różniła go od flegmatycznych arystokratów z krainy niemal
tropikalnych upałów i malarycznych bagien.
Nauczył się od nich tego, co uznał za pożyteczne, resztę zaś odrzucił.
Doszedł do wniosku, że poker jest najpożyteczniejszą z rozrywek
Południa. Docenił pokera i mocną głowę do whisky. I to właśnie wrodzona
skłonność do kart i bursztynowego trunku przyniosły Geraldowi dwie
spośród trzech najcenniejszych dla niego rzeczy: lokaja i plantację.
Trzecią była żona, ale ją, w swoim przekonaniu, zawdzięczał najbardziej
dobroci Boga.
Lokaj o imieniu Pork, lśniąco czarny, dostojny i doskonale znający się
na eleganckich strojach Murzyn, stanowił rezultat całonocnej gry w pokera z plantatorem z Wyspy Świętego Szymona, który odwagą w blefowaniu
dorównywał Geraldowi, ale którego głowa znacznie gorzej znosiła
nowoorleański rum. Chociaż dawny właściciel Porka chciał go później
odkupić za podwójną cenę, Gerald twardo odmawiał, bo zdobycie pierwszego
niewolnika, i to "najlepszego cholernego lokaja na wybrzeżu", było
pierwszym krokiem do realizacji jego marzeń. Gerald chciał bowiem mieć
wielu niewolników i stać się właścicielem ziemskim.
Przysiągł sobie, że nie spędzi wszystkich swych dni, tak jak James czy
Andrew, na zawieraniu małych transakcji, a wszystkich nocy na ślęczeniu
przy świetle świeczki nad długimi kolumnami cyfr. Odczuwał bardzo mocno,
inaczej niż jego bracia, lekceważenie, z jakim w towarzystwie odnoszono
się do kupców. Gerald zamierzał stać się plantatorem. W Irlandii jego
rodzina tylko dzierżawiła ziemie, będące kiedyś własnością przodków, a on chciał widzieć, jak jego własna posiadłość zazieleni się na jego
oczach. Miał tylko jeden cel - pragnął własnego domu, własnej plantacji,
własnego konia i własnych niewolników. I tutaj, w nowym kraju, wolnym od
dwóch plag dręczących ziemię, którą opuścił - podatków zjadających plony
i nagłej konfiskaty - zamierzał wszystko to zdobyć, lecz, jak się w miarę upływu lat przekonał, marzenia i ich realizacja to dwie różne
sprawy. Osiadła tu arystokracja miała zbyt mocną pozycję na wybrzeżach
Georgii, by O'Hara mógł liczyć na to, że kiedykolwiek zdobędzie to, o czym marzył.
Później jednak ręka Opatrzności i szczęście w pokerze połączyły się, by
obdarować go plantacją, którą nazwał Tarą.
Pewnej wiosennej, upalnej nocy w saloonie w Savannah Gerald usłyszał
przypadkiem opowieść siedzącego w pobliżu nieznajomego. Opowieść ta
bardzo go zainteresowała. Ów człowiek, rodowity mieszkaniec Savannah,
wrócił właśnie do miasta po dwunastu latach spędzonych na roli. Był
jednym ze zwycięzców zorganizowanej przez władze stanowe loterii, za
pomocą której rozdzielano ziemię odebraną Indianom rok przed przybyciem
Geralda do Ameryki. Pojechał więc tam i założył plantację, teraz jednak,
gdy jego dom spłonął, miał dość tego "przeklętego miejsca" i chętnie by
się go pozbył.
Gerald, który ani na chwilę nie przestawał marzyć o własnej plantacji,
nawiązał rozmowę z nieznajomym. Jego zainteresowanie wzrosło, gdy
dowiedział się, że tereny na północy Georgii zapełniają się przybyszami
z Karoliny Północnej i Południowej oraz z Wirginii. Gerald dostatecznie
długo żył w Savannah, by przekonać się, że mieszkańcy wybrzeża uważają
całą resztę stanu za leśne ostępy, gdzie w każdych zaroślach czają się
Indianie. Podróżując w interesach firmy "Bracia O'Hara", odwiedził
leżącą w odległości stu sześćdziesięciu kilometrów od Savannah Augustę,
potem wyruszył stamtąd do starych miast na zachodzie. Wiedział, że tamte
tereny są równie gęsto zaludnione jak wybrzeże, jednak z opisu
nieznajomego wynikało, że jego plantacja znajduje się ponad czterysta
kilometrów na północny zachód od Savannah. Na południe od niej płynęła
rzeka Chattahoochee. Gerald wiedział, że tereny na północ od tej rzeki
były wciąż w rękach Czirokezów, i dlatego zdumiał się, słysząc, że
nieznajomy drwi z kłopotów z Indianami i opowiada o powstawaniu tam
szybko rozwijających się miast i dobrze prosperujących plantacji.
Godzinę później, gdy rozmowa zaczęła się rwać, Gerald z przebiegłością,
którą maskowała bezgraniczna niewinność jego jasnoniebieskich oczu,
zaproponował grę w karty. W środku nocy, gdy wszyscy mieli już dobrze w czubie, doszło do rozgrywki, w której Gerald i nieznajomy walczyli we
dwóch, bo reszta graczy złożyła karty. Nieznajomy włożył do banku
wszystkie sztony, a potem akt własności plantacji. Gerald także postawił
wszystkie swoje sztony, kładąc na nich jeszcze swój portfel. Jeśli nawet
zawierał on pieniądze firmy "Bracia O'Hara", sumienie Geralda nie
zostało poruszone na tyle, by czuł potrzebę wyspowiadania się przed mszą
następnego poranka. Wiedział, czego chce, a kiedy czegoś chciał, sięgał
po to najprostszą drogą. Poza tym tak bardzo wierzył w swoje
przeznaczenie i karetę dwójek, że nawet przez chwilę nie zastanawiał
się, jak odda pieniądze, jeśli partner położy na stole mocniejsze karty.
- Nie robi pan dobrego interesu, a ja jestem bardzo zadowolony, że nie
muszę już płacić podatków za tę posiadłość - westchnął właściciel fula
na asach, gdy poprosił o pióro i atrament. - Dom spłonął w zeszłym roku,
a pola zarastają chwastami i karłowatymi sosnami. Ale to już teraz
pańska własność.
- Nie łącz nigdy kart i whisky, chyba że od dziecka pojono cię
irlandzkim samogonem - powiedział poważnie Gerald Porkowi tej samej
nocy, gdy lokaj pomagał mu położyć się do łóżka.
Mulista rzeka Flint, płynąca cicho wśród obrośniętych dzikim winem sosen
i dębów, otaczała z dwóch stron nową posiadłość Geralda. Dla Geralda
stojącego na małym wzniesieniu, na którym kiedyś znajdował się dom, ta
wysoka ściana zieleni stanowiła widoczny dowód własności, tak samo jak
byłby nim płot otaczający posiadłość. Stał na poczerniałych fundamentach
spalonego budynku, patrząc w dół na długą aleję drzew biegnącą do
głównej drogi i klął wściekle, zbyt szczęśliwy, by modlić się z wdzięcznością. Te dwa rzędy ciemnych drzew należały do niego, tak samo
jak zapuszczony, porośnięty zielskiem trawnik pod biało kwitnącymi
młodymi drzewkami magnolii. Własność Geralda O'Hary stanowiły także
nieuprawiane od dawna pola, zarosłe karłowatymi sosnami i krzewami.
Gliniaste, czerwone bruzdy daleko sięgały we wszystkich kierunkach. Ten
cały świat należał do niego, bo miał bystrą, irlandzką głowę i odwagę,
by postawić wszystko na jedną kartę.
Gerald zamknął oczy i w ciszy nieuprawianych pól poczuł, że przybył do
domu. Postanowił, że tutaj, gdzie stoi, zbuduje dom z pobielonej cegły.
Po drugiej stronie drogi postawi nowe płoty, oddzielające pastwiska dla
bydła i koni czystej krwi. Żyzna, czerwona ziemia na zboczu pagórka,
ciągnąca się aż do rzeki, stanie się w słońcu lśniąco biała jak puch -
dzięki bawełnie, hektarom bawełny! O'Harowie znowu staną się bogaci.
Z małej sumki, którą udało mu się pożyczyć od niezbyt entuzjastycznie
nastawionych do jego planów braci, i z poważnych pieniędzy wziętych pod
zastaw hipoteczny posiadłości Gerald kupił pierwszych niewolników do
pracy na polach i przybył do Tary, by prowadzić kawalerskie, samotnicze
życie w czteropokojowym domu rządcy, który zajął do czasu wzniesienia
białego dworu.
Oczyścił pola i zasadził bawełnę, po czym pożyczył więcej pieniędzy od
Jamesa i Andrew, by kupić kolejnych niewolników. O'Harowie byli
zamkniętym klanem, wspierali się wzajemnie zarówno w czasach powodzenia,
jak i kłopotów. Nie robili tego z powodu jakichś zbyt gorących,
rodzinnych uczuć, ale dlatego, że w złych latach nauczyli się, że aby
przeżyć, rodzina musi wspólnie stawić czoło światu. Pożyczyli Geraldowi
pieniądze, które w ciągu następnych lat wróciły do nich z procentem.
Plantacja powiększała się stopniowo, w miarę jak Gerald kupował
sąsiadujące z nią tereny. W końcu i biały dom przemienił się z marzenia
w rzeczywistość.
Budynek wzniesiony rękami niewolników był niekształtnym, rozłożystym
domostwem, stojącym na pagórku pośród zielonych pastwisk, opadających
łagodnie w stronę rzeki. Gerald jednak bardzo się z niego cieszył, bo
chociaż dom był nowy, wyglądał jak pokryty patyną lat. Stare dęby, które
pamiętały czasy Indian, ciasno otaczały budynek. Ich gałęzie stykały się
ponad dachem, dając głęboki cień. Na oczyszczonym z chwastów trawniku
rosła koniczyna i trawa bermudzka. Gerald osobiście pilnował, by je
pielęgnowano. Zaczynając od alei cedrów, a na rzędzie białych chat dla
niewolników kończąc, wszystko w Tarze tchnęło solidnością i trwałością.
Ilekroć Gerald wypadał galopem zza zakrętu drogi i dostrzegał dach
swojego domu, błyszczący między zielonymi gałęziami, jego serce
pęczniało z dumy, jak gdyby za każdym razem widział go po raz pierwszy.
To on dokonał tego wszystkiego. On - mały, twardy, zapalczywy Gerald.
Właściciel Tary wkrótce był już w zażyłych stosunkach ze wszystkimi
sąsiadami w hrabstwie, z wyjątkiem MacIntoshów, których tereny
graniczyły z jego plantacją po lewej stronie, i Slatterych, którzy mieli
zaledwie hektar ziemi po prawej stronie, między bagnistym brzegiem rzeki
a posiadłością Johna Wilkesa.
MacIntoshowie byli z pochodzenia na wpół Szkotami, na wpół Irlandczykami
i w dodatku oranżystami3. Chociażby więc mieli wszystkie
cnoty świętych z katolickiego kalendarza, z racji pochodzenia skazani
byli w oczach Geralda na wieczne potępienie. To prawda, żyli już w Georgii siedemdziesiąt lat, a przedtem przez jedno pokolenie mieszkali w Karolinie, ale pierwszy członek rodziny, który postawił stopę na
amerykańskim brzegu, przybył tu z Ulsteru - i tego już Geraldowi
wystarczyło.
Ci milczący i uparci ludzie prowadzili zamknięte życie i żenili się ze
swymi krewnymi z Karoliny. Nie tylko Gerald ich nie lubił. Z natury
gościnni i towarzyscy, ludzie w hrabstwie też niezbyt tolerowali takich
odmieńców. Plotki o abolicjonistycznych sympatiach MacIntoshów nie
przysparzały im popularności. Stary Angus wprawdzie nie wyzwolił nawet
jednego niewolnika i naruszył zwyczajowe prawo, sprzedając kilku swoich
Murzynów handlarzom niewolników jadącym na plantacje trzciny cukrowej w Luizjanie, ale plotki nie ustały.
- On jest bez wątpienia abolicjonistą - powtarzał Gerald Johnowi
Wilkesowi. - Ale gdy oranżysta musi wybierać między zasadami a szkockim
skąpstwem, zasady przegrywają.
Inaczej rzecz się miała z rodziną Slatterych. Ponieważ byli biedakami,
nie cieszyli się nawet tym niechętnym szacunkiem, jakim mieszkające w okolicy rodziny darzyły twardą niezależność Angusa MacIntosha. Stary
Slattery, choć słaby i niezaradny, wytrwale trzymał się swojego nędznego
hektara, mimo ponawianych przez Geralda i Johna Wilkesa propozycji kupna
tej ziemi. Jego żona była chorowitą kobietą o potarganych włosach i pozbawionej wyrazu twarzy, matką całego stadka wystraszonych i ponurych
dzieci - stadka, które powiększało się regularnie co rok. Tom Slattery
nie miał niewolników i sam, wspólnie z dwoma najstarszymi synami,
wytrwale uprawiał bawełnę, podczas gdy żona i młodsze dzieci zajmowały
się tym, co miało być ogrodem warzywnym. Ale bawełna jakoś nigdy się nie
udawała, a ogród wskutek ciągłych porodów pani Slattery rzadko dawał
tyle, by zdołała wyżywić swoją gromadkę.
Wszyscy przywykli do widoku Toma Slattery'ego mitrężącego czas na
gankach domów sąsiadów, gdzie żebrał o nasiona bawełny do sadzenia albo
o kawał boczku, "aby przetrwać". Slattery nienawidził sąsiadów,
wkładając w to całą swą - niewielką zresztą - energię, wyczuwał bowiem
pogardę kryjącą się pod ich uprzejmością. Szczególną zaś niechęcią
darzył "bezczelnych czarnuchów" będących własnością bogaczy. Murzyńska
służba domowa hrabstwa uważała się za coś lepszego od "białych śmieci".
Nieskrywana pogarda czarnych dokuczała mu, a ich sytuacja budziła w nim
zazdrość. W przeciwieństwie do niego Murzyni byli najedzeni, dobrze
ubrani, opiekowano się nimi w chorobie i na starość. Czuli się dumni ze
swych właścicieli, z tego, że ich panowie należą do wyższych sfer,
podczas gdy on był u wszystkich w pogardzie.
Tom Slattery mógł sprzedać swoją farmę każdemu plantatorowi w hrabstwie
za sumę trzykrotnie większą od jej rzeczywistej wartości. Każdy z nich
uważałby, że dobrze spożytkował pieniądze, pozbywając się zakały
społeczności. Slattery jednak nie miał zamiaru zmieniać miejsca pobytu,
wolał dalej wegetować, korzystając z litości sąsiadów i zbierać belę
bawełny rocznie.
Z resztą mieszkańców hrabstwa Gerald utrzymywał stosunki przyjacielskie,
a nawet zażyłe. Wilkesowie, Calvertowie, Tarletonowie i Fontaine'owie -
wszyscy uśmiechali się, widząc małą figurkę galopującą na wielkim,
białym koniu w stronę ich domów. I natychmiast rozkazywali, by podano
wysokie szklanki, do których na łyżeczkę cukru i odrobinę sproszkowanej
mięty nalewano miarkę burbona. Gerald był sympatyczny, a z czasem
sąsiedzi zrozumieli to, co dzieci, Murzyni i psy dostrzegali od
pierwszego wejrzenia - że grzmiącym głosem i zaczepnym sposobem
zachowania maskuje dobroć serca, umiejętność wysłuchiwania zwierzeń i szczodrość.
Jego wizytom towarzyszyło zawsze szczekanie psów i wrzask małych
murzyńskich dzieci, które wybiegały mu na spotkanie, kłócąc się o przywilej przytrzymania mu konia, uciekając przed nim i śmiejąc się z jego dobrodusznych połajanek. Białe dzieci domagały się, by je huśtał na
kolanach, opowiadając starszym o haniebnej polityce Jankesów. Córki jego
przyjaciół zwierzały mu się w tajemnicy ze swych miłosnych uniesień, a młodzieńcy z okolicy, bojąc się gniewu ojca, przyznawali mu się do
długów honorowych, znajdując w nim prawdziwego przyjaciela.
- A więc jesteś mu tyle dłużny od miesiąca, ty łotrze! - krzyczał wtedy
Gerald. - Na Boga, czemu wcześniej nie poprosiłeś o pieniądze?
Jego szorstki sposób mówienia był zbyt dobrze znany, by stać się powodem
obrazy, tak więc młodzieńcy uśmiechali się tylko nieśmiało i odpowiadali:
- Cóż, proszę pana, nie chciałem robić panu kłopotu, a mój ojciec...
- Twój ojciec to dobry człowiek, nie można zaprzeczyć, ale też trochę
ostry, a więc weź to i nie chcę już o tym więcej słyszeć.
Żony plantatorów skapitulowały ostatnie. Ale kiedy pani Wilkes, "wielka
dama o wyjątkowym darze dyskrecji", jak określił ją Gerald, powiedziała
mężowi pewnego wieczoru, gdy człapanie konia Geralda oddalało się od ich
domu: "Ma ostry język, ale to prawdziwy dżentelmen", ostatecznie został
zaakceptowany w towarzystwie.
Nie miał pojęcia, że trwało to prawie dziesięć lat, nigdy bowiem nie
zauważył, że początkowo sąsiedzi patrzyli na niego spode łba.
Gdy Gerald miał czterdzieści trzy lata i stał się tak krzepki i rumiany,
że wyglądał jak polujący szlachcic ze sztychu, uświadomił sobie, że
Tara, choć wciąż bardzo mu droga, i mieszkańcy hrabstwa o otwartych
sercach i domach, to za mało. Chciał żony.
Tara domagała się pani domu. Gruba kucharka, dziewka folwarczna z konieczności przeniesiona do kuchni, nigdy nie podawała posiłków o czasie, a pokojówka, przedtem robotnica z pola, pozwalała, by kurz
gromadził się na meblach. Nigdy też nie miała czystej bielizny pod ręką,
przybyciu gości towarzyszyło więc zawsze zamieszanie i awantury. Pork,
jedyny wykwalifikowany czarny służący w domu, miał nadzorować resztę
służących, ale nawet on zrobił się leniwy i niedbały po kilku latach
przebywania z niefrasobliwym Geraldem. Jako lokaj dbał o porządek w sypialni Geralda, a jako szef domowej służby podawał posiłki dostojnie i elegancko, ale na inne sprawy w ogóle nie zwracał uwagi.
Z nieomylnym, afrykańskim instynktem wszyscy Murzyni odkryli, że Gerald
co prawda głośno szczeka, ale wcale nie gryzie, i bezwstydnie to
wykorzystywali. Zawsze było tu pełno gróźb sprzedania niewolników na
Południe i bolesnej chłosty, nigdy jednak nie sprzedano żadnego
niewolnika z Tary, zaś wychłostany mógł zostać jedynie ten, kto nie
oczyścił ulubionego konia Geralda po całodziennym polowaniu.
Bystre, niebieskie oczy Geralda zauważyły, jak świetnie prowadzone są
domy jego sąsiadów i z jaką łatwością ich gładko uczesane żony w szeleszczących sukniach radzą sobie ze służbą.
Nie zdawał sobie sprawy, że kobiety te pracują od świtu do nocy,
doglądając gotowania, wychowania dzieci, szycia i prania. Widział tylko
zewnętrzne wyniki i wzbudzały one jego podziw.
To, jak bardzo pilnie potrzebuje żony, stało się dla niego jasne pewnego
ranka, gdy wybierał się w podróż do miasta, w dzień sesji sądowej. Pork
przyniósł mu jego ulubioną plisowaną koszulę tak nieporadnie zacerowaną
przez pokojówkę, że nadawała się już tylko dla służącego.
- Pan Gerald - powiedział Pork, z wdzięcznością zwijając koszulę, którą
podarował mu rozwścieczony właściciel. - To, czego pan potrzebować, to
żona, która mieć wielkie mnóstwo murzyńskich służących.
Gerald zganił Porka za impertynencję, ale wiedział, że Murzyn ma rację.
Potrzebował żony i chciał mieć dzieci. Jeśli zaś szybko się o to nie
postara, może być za późno. Nie chciał jednak żenić się z byle kim, jak
to zrobił pan Calvert, który wziął za żonę jankeską guwernantkę swoich
osieroconych dzieci. Uznał, że jego żona musi być prawdziwą damą, z równie wspaniałą powierzchownością i wielkim wdziękiem jak pani Wilkes.
Musi także potrafić pokierować Tarą tak dobrze, jak pani Wilkes czyniła
to ze swoją posiadłością.
Trudno jednak było wżenić się w którąś z rodzin hrabstwa. Pierwszą
przeszkodę stanowiła mała liczba dziewcząt w wieku odpowiednim do
małżeństwa. Drugą, i to znacznie poważniejszą przeszkodą był fakt, że
Geralda, mimo iż od dziesięciu lat mieszkał w tej okolicy, uważano za
człowieka "nowego" i cudzoziemca. Nikt nie znał jego rodziny. Chociaż
wyższe sfery środkowej Georgii nie stanowiły tak zamkniętej grupy jak
arystokracja z wybrzeża, żadna rodzina nie chciała, by jej córka
poślubiła mężczyznę, o którego dziadku nic nie było wiadomo.
Gerald rozumiał, że pomimo szczerej przyjaźni plantatorów, z którymi
polował, pił i dyskutował o polityce, nie ma ani jednego sąsiada,
którego córkę mógłby poślubić. Nie chciał też, by plotkowano przy
stołach, że ten i ów nie zgodził się oddać córki Geraldowi O'Harze. Mimo
tej świadomości Gerald nie czuł się gorszy od swych sąsiadów. Nie
istniała taka rzecz, która mogłaby sprawić, by Gerald poczuł się gorszy
od kogokolwiek. Po prostu w hrabstwie panował dziwaczny zwyczaj, że
panny wchodziły tylko do takich rodzin, które mieszkały na Południu
ponad dwadzieścia lat, posiadały ziemię i niewolników i folgowały tylko
modnym w tym czasie rozrywkom i grzeszkom.
- Pakuj rzeczy. Wyjeżdżamy do Savannah - rozkazał Porkowi. - A jeśli
usłyszę, że choćby raz powiesz: "Och!" albo "Na Boga!", natychmiast cię
sprzedam, bo ja sam rzadko tak mówię.
Być może, James i Andrew doradzą mu coś w sprawie małżeństwa? Może
któryś z ich starych przyjaciół będzie miał córkę, która spełni jego
wymagania, a równocześnie sama zaakceptuje go jako męża? James i Andrew
cierpliwie wysłuchali brata, ale niewiele mogli mu pomóc. Do Ameryki
przyjechali jako ludzie żonaci. A córki ich starych przyjaciół dawno już
były zamężne i zajmowały się małymi dziećmi.
- Nie jesteś bogatym człowiekiem, nie pochodzisz też z wielkiej rodziny
- powiedział James.
- Dorobiłem się pieniędzy, a teraz sam założę wielką rodzinę. I nie mam
zamiaru żenić się z byle kim.
- Wysoko mierzysz - sucho zauważył Andrew.
Zrobili jednak dla Geralda, co tylko mogli. Jako starsi ludzie, otoczeni
w Savannah wielkim szacunkiem, James i Andrew mieli wielu przyjaciół i przez miesiąc ciągali Geralda z domu do domu, na kolacje, tańce i pikniki.
- Jest tylko jedna, która zwróciła moją uwagę - stwierdził w końcu
Gerald. - Nie było jej jeszcze na świecie, gdy przypłynąłem do Ameryki.
- Któż to jest?
- Panna Ellen Robillard - powiedział Gerald, pragnąc, by zabrzmiało to
obojętnie, bowiem leciutko skośne, ciemne oczy Ellen Robillard nie tylko
przykuły jego uwagę. Pomimo tajemniczo chłodnego sposobu bycia, tak
dziwnego u piętnastoletniej dziewczyny, panna Robillard oczarowała go.
Ponadto jej pełne rozpaczy spojrzenie boleśnie ukłuło go w serce i sprawiło, że Gerald odnosił się do niej łagodniej niż do jakiejkolwiek
innej osoby na świecie.
- Mógłbyś być jej ojcem!
- Ależ jestem w kwiecie wieku! - zawołał urażony Gerald.
- Jerry, nie ma dziewczyny w Savannah, u której miałbyś mniejsze szanse
na małżeństwo. Jest córką Robillarda, a ci Francuzi są dumni jak
Lucyfer. A jej matka - panie świeć nad jej duszą - była naprawdę wielką
damą - powiedział spokojnie James.
- Nie dbam o to - zawołał Gerald. - Poza tym jej matka umarła, a stary
Robillard mnie lubi.
- Jako człowieka tak, ale jako zięcia - nie.
- Tak czy inaczej, dziewczyna cię nie zechce - wtrącił się Andrew. - Od
roku kocha swojego kuzyna, zwariowanego lalusia, Philippe'a Robillarda,
mimo że rodzina zadręcza ją dzień i noc, by o nim zapomniała.
- Wyjechał do Luizjany miesiąc temu - powiedział Gerald.
- Skąd wiesz?
- Wiem - odrzekł Gerald, który nie uznał za stosowne wyjawić im ani
tego, że to Pork dostarczył mu tej cennej informacji, ani tego, że
Philippe wyjechał na Zachód na wyraźne żądanie swojej rodziny. - I nie
przypuszczam, żeby była w nim tak zakochana, by nie miała tego nigdy
zapomnieć. Ma dopiero piętnaście lat.
- Będą już raczej woleli tego postrzelonego kuzyna niż ciebie.
Nic dziwnego, że James i Andrew zdumieli się jak wszyscy, gdy dotarła do
nich nowina, że córka Pierre'a Robillarda ma poślubić małego Irlandczyka
z prowincji. We wszystkich domach w Savannah plotkowano i snuto domysły
na temat Philippe'a Robillarda, który wyjechał na Zachód, ale nie
zbliżyło to nikogo do wyjaśnienia całej sprawy. Powód, dla którego
najpiękniejsza z córek Robillarda musiała poślubić hałaśliwego,
sięgającego jej ledwie do brody człowieka o czerwonej twarzy, dla
wszystkich pozostał tajemnicą.
Gerald sam nie był właściwie pewien, jak się to stało. Wiedział tylko,
że zdarzył się cud. I po raz pierwszy w życiu poczuł się onieśmielony,
gdy Ellen, bardzo blada, lecz i bardzo spokojna, położyła lekką rękę na
jego ramieniu i powiedziała:
- Wyjdę za pana, panie O'Hara.
Oszołomieni Robillardowie częściowo znali prawdę, ale tylko Ellen i jej
murzyńska niania wiedziały o wszystkim, co działo się tej nocy, którą
dziewczyna przepłakała aż do świtu jak zrozpaczone dziecko, by rano
wstać z podjętą już decyzją.
Niania przeczuwała już coś złego, zanosząc swej młodej pani małą
przesyłkę z Nowego Orleanu, zaadresowaną nieznanym charakterem pisma.
Paczka zawierała miniaturę Ellen. Ellen z krzykiem cisnęła ją na
podłogę, wraz z czterema swoimi listami do Philippe'a Robillarda i krótkim listem od księdza z Nowego Orleanu, zawiadamiającym o śmierci
jej kuzyna podczas jakiejś awantury w barze.
- Przepędzili go - ojciec, Paulina i Eulalia. Przepędzili. Nienawidzę
ich. Wszystkich ich nienawidzę. Nie chcę ich już nigdy widzieć. Chcę
uciec. Chcę uciec tam, gdzie już nigdy nie będę musiała ich oglądać, ani
tego miasta, ani niczego, co przypominałoby... przypominałoby mi jego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki