Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Przejechali przez rzekę i powóz zaczął wspinać się pod górę. Zanim jeszcze ukazała się ich oczom plantacja Wilkesów, Scarlett zauważyła słup dymu wznoszący się leniwie nad koronami wysokich drzew i poczuła zmieszane apetyczne zapachy płonących głowni orzechowych i pieczonych w całości wieprzów i baranów.

Rowy, w których ogniska paliły się przez całą noc, poprzedzającą barbecue, teraz pewnie będą już pełne jasnoczerwonych popiołów, mięsiwa zaś będą się nad nimi obracały na rożnach, a sok z sykiem będzie ściekał na węgle. Scarlett wiedziała, że zapachy niesione wiatrem idą z gaju dębowego na tyłach głównego budynku plantacji. John Wilkes zawsze urządzał barbecue na łagodnej pochyłości, która wiodła do ogrodu różanego; było to miłe, cieniste miejsce, o wiele przyjemniejsze od tego na przykład, które wybierali zwykle Calvertowie. Pani Calvert nie lubiła mięsa pieczonego na rożnie i oświadczyła, że zapach po nim czuć w domu całymi tygodniami, tak że goście musieli się zawsze prażyć na płaskim, nieocienionym miejscu, o ćwierć mili od domu. John Wilkes jednak, w całym stanie słynący z gościnności, wiedział dokładnie, gdzie urządzać barbecue.

Długie stoły na kozłach, pokryte najpiękniejszą bielizną stołową Wilkesów, stały zawsze w najgłębszym cieniu, po obu zaś ich stronach ustawiano ławy bez oparcia; krzesła, poduszki i stołki z mieszkania rozstawione były na polanie dla tych, którzy nie lubili siedzieć na ławach. W takim odstępie od gości, aby dym do nich nie dochodził, wykopane były owe długie rowy, gdzie piekły się mięsa, obok nich zaś stały wielkie kotły, z których unosił się przyjemny zapach mięsnego sosu i duszącego się w nim mięsiwa. Pan Wilkes zawsze mobilizował co najmniej dwunastu Murzynów, którzy biegali z tacami tam i z powrotem, obsługując gości. Za stołami rozpalone było drugie ognisko, gdzie służba domowa, stangreci i pokojówki dam miały własny festyn, składający się z placków, yamów i flaków wieprzowych, które tak miłe były podniebieniu Murzynów - a w sezonie jeszcze i arbuzów na zaspokajanie pragnienia.

Gdy zapach kruchej, świeżej wieprzowiny doszedł jej nozdrzy, Scarlett pociągnęła z uznaniem nosem, pełna nadziei, że do czasu, gdy pieczeń będzie gotowa, zbudzi się w niej apetyt. W danej chwili była tak najedzona i tak ściśnięta, iż bała się, że lada chwila dostanie torsji. To byłoby dla niej straszne, bo tylko starzy panowie i bardzo stare panie mogły sobie na to pozwolić bez obawy potępienia przez opinię.

Wjechali na szczyt wyniosłości i biały dom Wilkesów wyłonił się przed nią w całej swej doskonałej symetrii: z wysokimi kolumnami, szerokimi werandami, płaskim dachem piękny był jak urodziwa kobieta, która tak jest pewna swej urody, że potrafi być miła i uprzejma dla wszystkich. Scarlett lubiła Dwanaście Dębów może bardziej nawet niż Tarę, bo dom Wilkesów odznaczał się statecznym pięknem i dojrzałą godnością, jakiej dom Geralda nie miał.

Szeroki, kręty podjazd pełen był już koni wierzchowych, powozów i gości wysiadających i głośno witających przyjaciół. Uśmiechnięci Murzyni, podnieceni jak zwykle podczas przyjęć, prowadzili konie w podwórze, aby je rozsiodłać i wyprząc. Chmary dzieci, czarnych i białych, z krzykiem biegały po jasnozielonej trawie, bawiły się w klasy i w berka i głośno przechwalały, ile będą jadły. Szeroki hol, dzielący dom na dwie połowy, pełen był ludzi, a kiedy powóz O'Harów zajechał przed front, Scarlett zobaczyła barwne jak motyle dziewczęta w krynolinach, wchodzące i schodzące ze schodów, obejmujące się wpół, przystające, aby przechylić się przez rzeźbioną pięknie poręcz i pośmiać się z młodymi ludźmi w holu na dole.

Przez duże balkonowe okna spostrzegła starsze kobiety, siedzące w salonie, stateczne w ciemnych jedwabiach, wachlujące się z godnością i rozmawiające o dzieciach, chorobach i o tym, kto się z kim ożenił i dlaczego. Lokaj Wilkesów, Tom, kręcił się śpiesznie po holu ze srebrną tacą w ręku, kłaniając się i uśmiechając, gdy wręczał wysokie szklanki młodym ludziom w tabaczkowych i szarych spodniach i cienkich plisowanych koszulach.

Słoneczna frontowa weranda była pełna gości. Tak, nikogo tu nie brak z całego hrabstwa, myślała Scarlett. Czterej młodzi Tarletonowie z ojcem opierali się o wysokie kolumny - bliźnięta Stuart i Brent tuż przy sobie, nierozłączni jak zwykle, Body i Tom bliżej ojca, Jima Tarletona. Pan Calvert stał obok swojej jankeskiej żony, która po piętnastu latach pobytu w Georgii jeszcze czuła się obco. Wszyscy byli dla niej grzeczni i uprzejmi, ponieważ trochę się nad nią litowali, nikt jednak nie mógł zapomnieć o tym, że była Jankeską, i w dodatku dawną guwernantką dzieci pana Calverta. Obok niej stali dwaj synowie Calverta, Raiford i Cade, z jasnowłosą siostrą, Cathleen, i docinali smagłemu Joemu Fontaine'owi i Sally Munroe, przyszłej jego narzeczonej. Alex i Tony Fontaine'owie szeptali coś do ucha Dimity Munroe i doprowadzali ją do głośnego chichotu. Zjechały się całe rodziny aż z odległego o dziesięć mil Lovejoy, z Fayetteville i z Jonesboro, kilka nawet z Atlanty i Macon. Dom zdawał się nie mieścić całego tego tłumu; wypełniony był nieprzerwanym gwarem rozmów, śmiechów, chichotów, ostrych kobiecych pisków i okrzyków.

Na stopniach ganku stał siwy John Wilkes, wyprostowany, promieniejący tym spokojnym wdziękiem i gościnnością, które były tak ciepłe i niezawodne jak słońce letnie w Georgii. Obok niego stała Honey, krygując się i chichocząc, ilekroć witała nowo przybyłych.

Nerwowość i oczywiste pragnienie Honey, aby zrobić wrażenie na każdym z obecnych mężczyzn, kontrastowały bardzo z dystynkcją jej ojca; Scarlett pomyślała mimo woli, że może jednak było trochę prawdy w słowach pani Tarleton. Nie ulegało wątpliwości, że w rodzinie Wilkesów przystojni byli tylko mężczyźni. Gęste, ciemnoblond rzęsy ocieniały szare oczy Johna i Ashleya Wilkesów - oczy Honey i Indii miały oprawę skąpą i wypłowiałą. Honey wyglądała jak królik, India zaś była wyraźnie brzydka.

Indii nie było nigdzie widać, więc Scarlett domyśliła się, że pewnie jest w kuchni, zajęta wydawaniem ostatnich poleceń służbie. Biedna India - myślała Scarlett - zawsze miała tyle kłopotów z prowadzeniem domu po śmierci matki, że nie miała okazji znaleźć sobie innego wielbiciela poza Stuartem Tarletonem. Nie moja też wina, że Stuart mnie uznał za ładniejszą.

John Wilkes zszedł ze schodów, aby podać ramię Scarlett. Kiedy wysiadła z powozu, zauważyła, że Suellen wdzięczy się jakoś, domyśliła się więc, że pewnie dostrzegła w gronie gości Franka Kennedy'ego.

Że też Suellen nie może sobie znaleźć lepszego adoratora niż ta stara panna w spodniach! - myślała Scarlett lekceważąco, stojąc na ziemi i uśmiechając się do Johna Wilkesa.

Frank Kennedy biegł w kierunku powozu, aby pomóc wysiąść Suellen, ona zaś takie wyczyniała grymasy, że Scarlett miała ochotę ją uderzyć. Kennedy miał może więcej ziemi niż inni plantatorzy w hrabstwie i był dobrotliwym człowiekiem, ale cnoty te nic nie znaczyły wobec faktu, że miał lat czterdzieści, był niepozorny i nerwowy, że miał rzadką, żółtawą bródkę i starokawalerskie, pretensjonalne maniery. Mimo to jednak, pamiętając o swoim planie, Scarlett zdusiła w sobie niechęć i tak się do niego słodko uśmiechnęła, że zatrzymał się z wyciągniętym ku Suellen ramieniem i gapił się ze zdumieniem na Scarlett.

Scarlett wesoło rozmawiała z Johnem Wilkesem, lecz oczy jej powędrowały w tłum w poszukiwaniu Ashleya, którego nie mogła nigdzie dostrzec. Tymczasem z różnych stron rozległy się okrzyki powitania, a Stuart i Brent Tarletonowie podskoczyli ku niej. Panny Munroe przybiegły i zaczęły się zachwycać jej suknią i w jednej chwili otoczyła ją całą grupa młodzieży, przekrzykującej się nawzajem, aby dać się usłyszeć w tym gwarze. Gdzie jednak podziewał się Ashley? I Charles, i Melania? Starała się, nie zwracając niczyjej uwagi, rozglądać się dokoła i zajrzeć do holu, między inne roześmiane grupki.

Kiedy tak rozmawiała, śmiała się i rzucała wokoło szybkie spojrzenia, oczy jej spoczęły nagle na nieznajomym panu, który stał samotnie w holu i przyglądał się jej z chłodną impertynencją, tak iż jednocześnie odczuła czysto kobiece zadowolenie, że spodobała się mężczyźnie, i zawstydzenie, że może suknia jej jest wycięta zbyt głęboko. Nieznajomy wyglądał raczej poważnie, bo na jakie trzydzieści pięć lat. Był wysoki i tak mocno zbudowany, że Scarlett pomyślała, iż nigdy dotąd nie widziała mężczyzny o tak szerokich ramionach, tak muskularnego - aż zbyt muskularnego jak na dżentelmena. Kiedy oczy jej spotkały się z jego wzrokiem, uśmiechnął się, ukazując bardzo białe zęby pod krótko przystrzyżonym czarnym wąsem. Był śniady, ogorzały jak pirat, oczy także miał śmiałe i czarne jak oczy pirata, który taksuje wartość złupionego statku czy porwanej dziewczyny. Na twarzy jego malowała się zimna zuchwałość, usta zaś uśmiechały się tak cynicznie, że Scarlett aż dech zaparło. Czuła, że powinna być takim spojrzeniem obrażona, i była na siebie zła, że wcale tak nie jest. Nie wiedziała, kim był nieznajomy, wyglądał jednak jak człowiek o dobrej krwi w żyłach. Dowodził tego cienki orli nos pod pełnymi wargami, wysokie czoło i szeroko osadzone oczy.

Oderwała od niego wzrok, nie uśmiechnąwszy się wcale, on zaś odwrócił się, ponieważ ktoś zawołał:

- Rhett Butler! Gdzie się pan podziewa? Chcę pana przedstawić pewnej pani o bardzo twardym sercu!

Rhett Butler? Nazwisko to nie było obce, łączyło się niejasno z czymś przyjemnie skandalicznym - Scarlett jednak zanadto była teraz zajęta Ashleyem, aby dłużej zastanawiać się nad tą sprawą.

- Muszę pobiec na górę i przygładzić sobie włosy - oświadczyła Stuartowi i Brentowi, którzy chcieli ją odciągnąć na bok. - Poczekajcie tu na mnie i nie odchodźcie z żadną inną panną, bo się pogniewam.

Czuła, że ze Stuartem będzie miała tego dnia kłopot, jeżeli zechce flirtować z kimś innym. Wypił już sporo i miał zuchwałe, wyzywające spojrzenie, które, jak wiedziała z doświadczenia, wróżyło niechybną bójkę. Zatrzymała się w holu, aby przywitać się ze znajomymi i z Indią, która wynurzyła się z głębi domu z potarganymi włosami i czołem zroszonym potem. Biedna India! Dość już smutne było to, że miała wypłowiałe włosy i rzęsy i wystający, świadczący o uporze podbródek, lecz na domiar wszystkiego miała już dwadzieścia lat i była starą panną. Scarlett zastanowiła się, czy India bardzo jej ma za złe odbicie Stuarta. Wiele osób twierdziło, że kocha się w nim nadal, trudno jednak było poznać, co się dzieje w sercu kogokolwiek, kto nosił nazwisko Wilkes. Jeżeli miała to Scarlett za złe, nie okazała tego nigdy, traktując ją zawsze z taką samą chłodną, uprzejmą grzecznością.

Scarlett zamieniła z Indią parę miłych słów i zaczęła wchodzić po szerokich schodach na górę, gdy nagle nieśmiały jakiś głos zawołał ją po imieniu. Odwracając się, spostrzegła Charlesa Hamiltona. Był to ładny chłopiec o gęstych, miękkich, spadających na czoło brązowych lokach i ciemnobrązowych, czystych i łagodnych oczach wyżła. Nosił eleganckie tabaczkowe spodnie i czarny tużurek, a na plisowanej koszuli czernił mu się szeroki, najnowszej mody krawat. Zarumienił się lekko, kiedy Scarlett odwróciła się ku niemu, bo był jeszcze bardzo nieśmiały w stosunku do panien. Jak większość lękliwych mężczyzn, podziwiał płoche, żywe, zawsze pewne siebie dziewczęta w rodzaju Scarlett. Scarlett nigdy nie darzyła go niczym więcej niż zdawkową uprzejmością, teraz więc radosny uśmiech, jakim go przywitała, i wyciągnięcie obu rąk oszołomiło go zupełnie.

- Więc to rzeczywiście pan, panie Charlesie, pan jest tym przystojnym chłopcem?! Założę się, że przyjechał pan z Atlanty wyłącznie po to, aby złamać moje biedne serce!

Charles aż osłupiał z radości, kiedy trzymał jej małe, ciepłe dłonie w swoich i patrzył w roześmiane zielone oczy. Dziewczęta mówiły tego rodzaju rzeczy innym chłopcom, ale nigdy jemu. Nie rozumiał, dlaczego traktują go zawsze jak młodszego brata i mimo że są dla niego bardzo miłe, nigdy się z nim nie przekomarzają. Zawsze pragnął, aby panienki flirtowały z nim i żartowały tak jak z innymi chłopcami, mniej od niego przystojnymi i mniej bogato wyposażonymi w dobra tego świata. Podczas nielicznych okazji, kiedy to się wreszcie zdarzało, nie wiedział, co odpowiedzieć, i cierpiał katusze z powodu swojego zakłopotania i niezdarności. Potem nie mógł zasnąć w nocy, bo układał sobie komplementy, które mógł był powiedzieć. Rzadko jednak miewał ku temu drugą sposobność, ponieważ panienki po pierwszej nieudanej próbie przestawały się nim zupełnie interesować.

Nawet w stosunku do Honey, z którą był nieoficjalnie zaręczony i z którą miał się ożenić, jak tylko obejmie w posiadanie swój majątek, był nieśmiały i milczący. Chwilami miał nieprzyjemne wrażenie, że kokieteria Honey i jej władcze spojrzenia nie przynoszą mu wcale zaszczytu, bo Honey tak lubiła chłopców, że te same metody stosowałaby z pewnością i do każdego innego, jeżeliby miała tylko po temu sposobność. Charles wcale nie był zachwycony perspektywą poślubienia jej, bo nie budziła w nim żadnego z tych gwałtownych uczuć, które, jak wiedział z książek, przystoją zakochanemu. Zawsze pragnął być kochany przez jakąś piękną, pełną ognia istotę, żywą i nawet złośliwą.

Aż tu nagle Scarlett O'Hara mówi mu o swoim złamanym sercu!

Starał się coś szybko odpowiedzieć i nie mógł, więc w duchu błogosławił ją, że sama podtrzymuje rozmowę, która nie wymaga odpowiedzi. To, co mówiła, było zbyt przyjemne, aby mogło być prawdziwe.

- Niech pan tu poczeka na mnie, aż wrócę, bo chcę, aby pan usiadł koło mnie przy stole. I niech pan się nie zaleca do innych dziewcząt, bo jestem bardzo zazdrosna. - Te, nie inne słowa spłynęły z czerwonych ust z dołeczkami po bokach, a czarne rzęsy skromnie przesłoniły zielone oczy.

- Nie, nie będę się do nikogo zalecał - zdołał wreszcie wykrztusić, nie wyobrażając sobie, iż Scarlett w tej chwili pomyślała, że wygląda jak cielę prowadzone na rzeź.

Uderzyła go złożonym wachlarzem lekko po ramieniu i zawróciła, aby iść na górę, kiedy oczy jej znowu spoczęły na Rhetcie Butlerze, który stał samotny w odległości kilku kroków od Charlesa. Słyszał najwidoczniej całą rozmowę, bo uśmiechnął się do niej chytrze jak kot i znowu obrzucił ją spojrzeniem zupełnie pozbawionym uniżoności, do której była przyzwyczajona.

- Do stu tysięcy par beczek! - rzekła do siebie Scarlett w oburzeniu, posługując się ulubionym przekleństwem Geralda. - Przecież ten człowiek tak patrzy... jak gdyby domyślał się, jak wyglądam bez koszuli - i odrzucając dumnie głowę w tył, poszła wreszcie na górę.

W sypialni, gdzie leżały okrycia panienek, zastała Cathleen Calvert mizdrzącą się przed lustrem i zagryzającą wargi, aby stały się czerwieńsze. Cathleen miała zatknięte za pasek świeże róże, dobrane do koloru policzków, a niebieskie jej oczy wyrażały podniecenie.

- Cathleen - zapytała Scarlett, starając się podciągnąć suknię wyżej - kto to taki ten niemiły człowiek nazwiskiem Butler?

- Więc ty naprawdę nic nie wiesz? - wyszeptała Cathleen z przerażeniem, rzucając podejrzliwe spojrzenie do sąsiedniego pokoju, gdzie Dilcey plotkowała z piastunką Honey i Indii. - Wyobrażam sobie, jaki pan Wilkes niezadowolony, że on tu przyjechał, ale był z wizytą u pan Kennedy'ego w Jonesboro... kupował bawełnę czy coś w tym rodzaju... i oczywiście pan Kennedy musiał go ze sobą zabrać. Nie mógł przecież przyjechać tu i jego samego zostawić.

- Ale co w tym złego?

- Ależ, moja kochana, on przecież nigdzie nie jest przyjmowany!

- Rzeczywiście?

- Tak.

Scarlett przeżuwała tę wiadomość w milczeniu, bo nigdy dotąd nie znalazła się pod jednym dachem z człowiekiem, którego nie przyjmowano. Było to bardzo podniecające.

- A cóż on takiego zrobił?

- Och, Scarlett, on ma okropną reputację! Nazywa się Rhett Butler, pochodzi z Charlestonu i rodzina jego należy tam do najlepszych, ale nie chcą o nim nawet słyszeć. Caro Rhett opowiadała mi o nim zeszłego lata. On nie jest z nią spokrewniony, ale ona wszystko o nim wie, jak zresztą wszyscy w Charlestonie. Wyrzucono go z Akademii Wojskowej w West Point. Pomyśl tylko! I z powodu tak strasznych rzeczy, że Caro nawet o nich nie wie. Prócz tego ma jeszcze na sumieniu tę sprawę pewnej panny, z którą się nie ożenił.

- Ach, powiedzże mi, proszę, jak to było!

- Kochanie, czy rzeczywiście nic nie wiesz? Caro opowiedziała mi to wszystko latem, matka jej pewnie by umarła ze zmartwienia, gdyby wiedziała, że Caro o tym wie. A więc ten pan Butler jeździł z pewną panną kabrioletem po Charlestonie. Nie wiem dokładnie, kto to taki, ale mam pewne podejrzenia. Nie musiała być bardzo dobrze wychowana, bo nie wychodziłaby z nim przecież przed wieczorem bez przyzwoitki. No, wyobraź sobie, moja droga, pewnego dnia nie było ich prawie przez cały wieczór, a kiedy wreszcie wrócili do domu, opowiedzieli, że koń poniósł i rozbił kabriolet i że zabłądzili w lesie. I zgadnij, co było dalej?

- Nie mogę. Powiedz mi sama - rzekła Scarlett z zapałem, spodziewając się czegoś najgorszego.

- Następnego dnia oświadczył, że się z nią nie ożeni!

- Och! - rzekła Scarlett, zawiedziona.

- Powiedział, że nic jej złego nie zrobił i nie widzi powodu, aby się z nią ożenić. Rozumie się, że brat jej wyzwał Butlera na pojedynek, ale Butler powiedział, że raczej pozwoli się zastrzelić, niż ożeni się z głupią gęsią. Mieli więc pojedynek, Butler zranił brata tej panny, który potem umarł, a sam musiał opuścić Charleston i teraz nie jest przyjmowany - zakończyła Cathleen z triumfem i w samą zresztą porę, bo Dilcey weszła do pokoju, aby zająć się toaletą Scarlett.

- A czy ta panna miała dziecko? - wyszeptała Scarlett do ucha Cathleen.

Cathleen gwałtownie potrząsnęła głową.

- Ale była skompromitowana i bez tego - zasyczała w odpowiedzi.

Bardzo bym chciała, żeby Ashley mógł mnie skompromitować - nagle pomyślała Scarlett. Jest takim dżentelmenem, że na pewno by się ze mną potem ożenił. Poczuła jednak mimo woli niejasny szacunek dla Rhetta Butlera, że nie chciał się ożenić z dziewczyną, która okazała się gęsią.

* * *

Scarlett siedziała na podnóżku z drewna różanego, w cieniu wielkiego dębu na tyłach domu; falbanki i zakładki jej sukni spadały kaskadą dokoła niej i widać było spod nich koniuszki zielonych safianowych pantofelków - nie więcej niż dwa cale, to jest tylko tyle, ile mogła pokazać prawdziwa dama bez szkody dla swej opinii. W rękach trzymała talerz z ledwo tkniętym jedzeniem. Otaczało ją aż siedmiu kawalerów. Zabawa doszła zenitu; ciepłe powietrze wypełnione było gwarem śmiechów i rozmowy, szczękaniem sztućców i mocnym zapachem pieczonego mięsiwa i wonnych sosów. Chwilami, gdy lekki wiatr zmieniał kierunek, kłęby dymu od ognisk w długich rowach unosiły się nad tłumem gości, witane przez panie okrzykami udanej zgrozy i gwałtownym machaniem wachlarzy.

Większość młodych panien siedziała w towarzystwie swoich partnerów na długich ławach przy stołach, Scarlett jednak, zdając sobie sprawę z tego, że ma tylko dwa boki i że wobec tego tylko dwóch mężczyzn naraz może przy niej siedzieć, postanowiła usiąść osobno, aby zebrać wokoło siebie jak najwięcej chłopców.

W altanie siedziały kobiety zamężne, a ciemne ich suknie stanowiły surowy akcent w otaczającej je barwnej wesołości. Mężatki, bez względu na wiek, zawsze skupiały się razem, z dala od roześmianych dziewcząt, kawalerów i zabawy - ponieważ na Południu kobiety zamężne nie mogły już uchodzić za piękne. Począwszy od babci Fontaine, której podeszły wiek pozwalał przyznawać się do ataków czkawki, aż do siedemnastoletniej Alice Munroe, walczącej z mdłościami pierwszej ciąży, wszystkie zagłębione były w niekończących się genealogicznych i ginekologicznych rozmowach, bardzo przyjemnych i nie mniej pouczających.

Rzucając w ich stronę pogardliwe spojrzenia, Scarlett pomyślała, że wyglądają jak stado ociężałych wron. Kobiety zamężne nigdy nie miały żadnych rozrywek. Nie przychodziło jej na myśl, że z chwilą gdy poślubi Ashleya, samo przez się zostanie relegowana do altanek i frontowych salonów, do towarzystwa statecznych matron w ciemnych statecznych jedwabiach i na zawsze będzie pozbawiona zabaw i przyjemności. Podobna w tym do większości dziewcząt, sięgała wyobraźnią do ołtarza i nie dalej. Ponadto zaś była teraz zbyt nieszczęśliwa, aby móc myśleć o rzeczach tak dalekich.

Opuściła wzrok na talerz i uszczknęła kawałek herbatnika z elegancją i tak wyraźnym brakiem apetytu, że z pewnością zyskałaby pochwałę Mammy. Mimo że miała koło siebie aż nadmiar adoratorów, czuła się bardzo nieszczęśliwa. W niezrozumiały jakiś sposób plany obmyślone w nocy zawiodły zupełnie, jeżeli chodziło o Ashleya. Zdołała zwabić do siebie tuziny innych kawalerów, tylko nie Ashleya, teraz więc wypełniały ją na nowo straszne, te same co wczoraj obawy, które sprawiły, że serce jej biło najpierw szybko, potem powoli, a policzki czerwieniły się i bladły na przemian.

Ashley nie starał się nawet przyłączyć do stłoczonej wokoło niej grupki, co więcej - od chwili przyjazdu i przywitania się nie mogła z nim nawet słowa na osobności zamienić. Podszedł do niej wprawdzie w ogrodzie, wtedy jednak u boku jego wisiała Melania - Melania, ledwie sięgająca mu szyi.

Melania była szczupłą, wąsko zbudowaną dziewczyną, która sprawiała wrażenie dziecka, przebranego w obszerną krynolinę swojej matki - wrażenie, które potęgował jeszcze nieśmiały, prawie wystraszony wyraz jej zbyt wielkich, piwnych oczu. Miała gęste, faliste, ciemne włosy, tak skromnie przyciśnięte siatką, że ani jeden kosmyczek nie wymykał się spod niej, i ciemna ta masa podkreślała linię owalu jej twarzy. Była to twarz w kształcie serca, zbyt szeroka w kościach policzkowych, o zbyt spiczastym podbródku, słodka, nieśmiała i niezbyt ładna, tym bardziej że Melania nie znała żadnych kobiecych sztuczek, dzięki którym mogłaby swój brak urody zatuszować. Wyglądała na istotę tak prostą jak ziemia, tak dobrą jak chleb, tak czystą jak woda źródlana - i była taka rzeczywiście, miała w ruchach spokojną dystynkcję, która była bardzo ujmująca i nad wiek poważna, bo Melania miała dopiero siedemnaście lat.

Suknia jej z szarej organdyny, przepasana wiśniową atłasową szarfą, masą falbanek i plisek tuszowała dziecinną chudość figurki, a żółty kapelusz o długich wiśniowych wstążkach doskonale podkreślał kremowość jej skóry. Ciężkie kolczyki zwisały pod zaplecionymi w kukiełki włosami i chwiały się w bliskim sąsiedztwie jej piwnych oczu o blasku leśnego jeziorka w zimie, gdy zżółkłe liście przeświecają przez spokojną wodę.

Melania, witając się ze Scarlett, uśmiechnęła się życzliwie i powiedziała, że Scarlett ma bardzo piękną suknię. Scarlett zaś nie mogła się nawet zmusić do oddania komplementu, tak bardzo chciała porozmawiać na osobności z Ashleyem. Od owej chwili Ashley siedział na stołeczku u stóp Melanii, z dala od innych gości, i spokojnie z nią rozmawiał, uśmiechając się tym leniwym uśmiechem, który Scarlett tak lubiła. Co gorsza zaś, pod wpływem jego uśmiechu twarz Melanii rozjaśniła się tak bardzo, że nawet Scarlett musiała przyznać, iż zrobiła się prawie ładna. Kiedy Melania patrzyła na Ashleya, jaśniała wewnętrznym ogniem i miłość jej do niego wyraźnie malowała się w jej oczach.

Scarlett starała się nie widzieć tych dwojga, ale nie mogła, po każdym więc spojrzeniu w ich stronę stawała się podwójnie wesoła, śmiejąc się do swoich adoratorów, mówiąc głupstwa, docinając im, w odpowiedzi na komplementy potrząsając głową tak silnie, że aż jej kolczyki podzwaniały. Powtórzyła "tere-fere" niezliczoną ilość razy i oświadczyła, że nikomu nie wierzy, ponieważ wie, że nie należy dawać wiary temu, co mówi jakikolwiek mężczyzna. Ashley jednak nie zwracał na nią zupełnie uwagi. Patrzył tylko na Melanię i coś do niej mówił, Melania zaś patrzyła na niego i twarz jej wyrażała zachwyt, że do niego należy.

Scarlett była więc bardzo nieszczęśliwa.

Zdawałoby się na pozór, że nie ma do tego żadnych powodów. Była niewątpliwie królową zabaw i ośrodkiem zainteresowania. Furora, jaką czyniła wśród mężczyzn, oraz widoczna zazdrość innych dziewcząt kiedy indziej bawiłyby ją niezmiernie.

Charles Hamilton, rozzuchwalony uprzejmością Scarlett, nie odstępował od jej boku, mimo że bracia Tarletonowie starali się go wspólnymi siłami odciągnąć. Trzymał wachlarz Scarlett w jednej ręce, nietknięty talerz z pieczenią w drugiej i uparcie odwracał wzrok od Honey, która bliska była już łez. Cade siedział po drugiej stronie, skubiąc suknię Scarlett, aby zwrócić na siebie jej uwagę, i patrząc się pełnymi złości oczyma na Stuarta. Między nim a bliźniętami atmosfera była napięta - padło już wiele ostrych słów. Frank Kennedy kręcił się dokoła zapobiegliwie jak kura mająca tylko jedno kurczątko, biegając spod dębów do stołu i z powrotem i znosząc Scarlett przysmaki, jak gdyby nie było do tego kilkunastu służących. W rezultacie Suellen nie mogąc już, jak przystało damie, dłużej ukrywać swojej pasji, patrzyła z głuchą nienawiścią na siostrę. Mała Careen także była bliska łez, bo mimo zapewnień Scarlett Brent powiedział jej tylko: "Jak się masz, mała?" i pociągnął za wstążkę we włosach, po czym całą swoją uwagę poświęcił Scarlett. Był dla niej zwykle bardzo miły i traktował ją z uniżonością, jak zupełnie dorosłą pannę. Careen więc marzyła tajemnie o dniu, w którym wolno jej będzie upiąć włosy, włożyć długą suknię i uznać Brenta za prawdziwego wielbiciela. Teraz zaś nagle zdawało się, jakby przerzucił się zupełnie na stronę Scarlett. Panny Munroe starały się nie okazywać zdenerwowania z powodu zdrady smagłych Fontaine'ów, niemniej jednak wściekały się w duszy, że Tony i Alex stoją w otaczającym Scarlett gronie i najwyraźniej czekają na miejsce przy niej, gdyby je zwolnił którykolwiek z chłopców. Swoją opinię o postępowaniu Scarlett zakomunikowały delikatnym wzniesieniem brwi Hetty Tarleton. "Flirciara" było jedynym właściwym określeniem Scarlett. Jednocześnie otwarły koronkowe parasolki, oświadczyły, że nic więcej już jeść nie będą, i kładąc lekkie dłonie na ramionach najbliżej siedzących mężczyzn, łagodnie poprosiły, aby zaprowadzili je do ogrodu różanego, fontanny i pawilonu w ogrodzie, który chcą obejrzeć. Ten strategiczny odwrót z honorem zauważyły wprawdzie wszystkie obecne kobiety, lecz nie widział go żaden mężczyzna.

Scarlett wybuchła śmiechem, kiedy stwierdziła, że panny Munroe i Hetty usuwają spod zasięgu jej wdzięku trzech mężczyzn pod pozorem oglądania rzeczy znanych na pamięć, i wytężyła wzrok, aby zobaczyć, czy Ashley to zauważył. Ashley jednak bawił się szarfą Melanii i uśmiechał się do niej. Ból ścisnął serce Scarlett. Czuła, że mogłaby z najwyższą rozkoszą podrapać do krwi kremową skórę Melanii.

Kiedy odwracała wzrok od Melanii, spotkała się ze spojrzeniem Rhetta Butlera, który stał z boku, rozmawiając z Johnem Wilkesem. Obserwował ją; gdy spojrzała na niego, zaśmiał się bezceremonialnie. Scarlett miała nieprzyjemne poczucie, że człowiek ten, nieprzyjmowany w towarzystwie, jest spośród obecnych jedynym, który wie, co kryje się za jej dziką wesołością, i doskonale się tym bawi. Jego by także z rozkoszą podrapała.

Jeżeli tylko dożyję końca tego barbecue - myślała - to zostanę po południu, gdy wszystkie dziewczęta pójdą spać, na dole, i postaram się rozmówić z Ashleyem. Jestem pewna, że zauważył, jakie mam powodzenie. Pokrzepiła serce tą nadzieją. Rozumie się, że on musi się opiekować Melanią, jako swoją kuzynką, bo zupełnie nie ma powodzenia, i gdyby nie on, musiałaby podpierać ścianę.

Myśl ta dodała jej nowej otuchy; wszystkie swoje wysiłki skierowała teraz w stronę Charlesa, którego piwne oczy patrzyły na nią z oddaniem. Dla Charlesa dzień ten był cudowny, wymarzony, jedyny, zakochał się też w Scarlett bez pamięci. Wobec tego uczucia myśl o Honey odsunęła się w głęboki cień. Honey była świergotliwym wróblem - Scarlett barwnym, rajskim ptakiem. Docinała mu, wyróżniała, zasypywała pytaniami i sama na nie odpowiadała, tak że mógł się jej wydawać bardzo mądrym, chociaż nic nie mówił. Inni chłopcy byli zdziwieni i niezadowoleni z tego widocznego wyróżniania Charlesa, bo wiedzieli, że Charles byłby zbyt nieśmiały, aby z własnej inicjatywy sklecić dwa słowa, ale dobre wychowanie wstrzymywało ich od okazania mu niechęci. Wszyscy więc byli wzajemnie o siebie zazdrośni i triumf Scarlett byłby zupełny, gdyby nie obojętność Ashleya.

Kiedy wreszcie ostatnie kęsy wieprzowiny, drobiu i baraniny zostały spożyte, Scarlett zaczęła wyglądać chwili, gdy India wstanie i zaproponuje, aby panie przeszły do pokojów. Była już druga i słońce mocno przygrzewało. India jednak, znużona trzydniowymi przygotowaniami do zabawy, była szczęśliwa, że może odpocząć w cieniu altany, i mówiła coś bardzo głośno do głuchego starszego pana z Fayetteville.

Leniwa senność ogarniała zebranych. Murzyni kręcili się wolniej, uprzątając ze stołów resztki jedzenia. Śmiechy i rozmowy przycichły, niektóre grupy zamilkły zupełnie. Wszyscy czekali na znak gospodyni, że pierwsza część zabawy została zakończona. Wachlarze poruszały się wolniej, a niektórzy z panów już drzemali, zmęczeni gorącem i sytością. Barbecue skończyła się, a ponieważ słońce stało wysoko, wszyscy radzi byliby odpocząć.

W tej przerwie między poranną ucztą a balem całe towarzystwo wydawało się ciche i spokojne. Tylko chłopcy nie stracili jeszcze energii, która niedawno ożywiała cały tłum gości. Przechodząc od jednej grupy do drugiej, przeciągając słowa, wydawali się postawą podobni do ogierów pełnej krwi i równie jak one niebezpieczni. Lenistwo poobiednie udzieliło się wprawdzie i im, pod nim jednak czaiła się krewkość, zawsze gotowa do wybuchu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety byli przystojni, namiętni, gwałtowni i mimo maski układnych manier niezupełnie ucywilizowani.

Znowu przeszedł czas jakiś; słońce stawało się coraz gorętsze, więc Scarlett, a z nią inni znowu spojrzeli w stronę Indii. Rozmowa już całkiem przygasła, kiedy we względnej ciszy rozległ się naraz głos Geralda, głośny i pełen pasji. Stojąc w niejakiej odległości od stołów biesiadnych, namiętnie spierał się o coś z Johnem Wilkesem.

- Do stu tysięcy par beczek, człowieku! Prosić o pokojowy układ z Jankesami? Po tym, jakżeśmy wystrzelali tych zbójów w Fort Sumter? Pokojowe załatwienie sprawy? Południe bronią wykaże, że nie pozwoli się znieważać i że występuje z Unii nie z łaski Unii, ale w poczuciu swojej siły!

Ach, mój Boże! - pomyślała Scarlett. Co też ten ojciec narobił! Teraz będziemy tu tkwili do samej północy!

W jednej chwili senność opuściła rozleniwiony tłum i jakby prąd elektryczny przeszył powietrze. Mężczyźni zerwali się z ław i krzeseł, wymachując gwałtownie rękami i starając się przekrzyczeć jeden drugiego. Nie rozmawiano o polityce i możliwości wojny przez cały ranek, ponieważ pan Wilkes prosił, aby sprawami tymi nie nudzono dam. Teraz jednak, gdy Gerald wrzasnął "Fort Sumter", nikt z obecnych nie pamiętał o prośbie gospodarza.

"Rozumie się, że będziemy walczyć. - Złodzieje jankescy. - Pobijemy ich za miesiąc. - Przecież jeden południowiec da radę dwudziestu Jankesom. - Damy im lekcję, której tak prędko nie zapomną. - Pokojowe rozwiązanie? Przecież to oni nie dają nam spokoju. - A czy Lincoln nie obraził naszych przedstawicieli? - Tak, nie mogli się do niego dostać przez całe tygodnie. - Przysiągł, że nakaże ewakuować Fort Sumter! - Chcą wojny, dobrze. Postaramy się, aby im się odechciało!". Ponad wszystkimi zaś głosami górował głos Geralda. Scarlett słyszała tylko: "Święte prawo naszych Stanów, na Boga!" - wykrzykiwane raz po raz. W przeciwieństwie do swej córki, Gerald bawił się znakomicie.

Secesja, wojna - słowa te, które już od dawna były dla Scarlett bardzo nudne z powodu zbyt częstego ich powtarzania, teraz stały się nienawistne, bo znaczyły, że mężczyźni będą stali tu godzinami i rozprawiali gorączkowo, ona zaś nie będzie miała okazji porozmawiać z Ashleyem. Wiadomo, że wojny nie będzie, i wszyscy o tym dobrze wiedzą. Po prostu lubią tylko o tym rozmawiać.

Charles Hamilton nie zerwał się razem z innymi i teraz, zostawszy prawie sam ze Scarlett, przysunął się do niej bliżej i z odwagą, zrodzoną z nagłej miłości, szeptał jej wyznania.

- Panno O'Hara, ja... ja już postanowiłem, że jeżeli będzie wojna, pojadę do Karoliny Południowej i tam wstąpię do wojska. Mówią, że pan Wade Hampton organizuje tam oddział kawalerii, a ja oczywiście chciałbym służyć pod jego dowództwem. To wspaniały człowiek i najlepszy przyjaciel mego zmarłego ojca.

Scarlett myślała: Na co on właściwie czeka, że krzyknę: Hip, hip, hura!? - bo mina Charlesa świadczyła wyraźnie o tym, że odsłania jej serdeczną tajemnicę. Nie przyszło jej na myśl, co by mogła odpowiedzieć, więc tylko patrzyła na niego, dziwiąc się w duchu, dlaczego mężczyźni są tak głupi, żeby przypuszczać, iż kobiety interesują się takimi sprawami. Charles przyjął to za wyraz zdumionej aprobaty i ciągnął szybko i odważnie:

- Jeżeli ja wyjadę, czy... czy będzie pani trochę przykro, panno O'Hara?

- Będę co wieczór płakała w poduszkę - rzekła Scarlett żartem, Charles jednak przyjął to oświadczenie dosłownie i zaczerwienił się z radości. Ręka Scarlett ukryta była w fałdach sukni, poszukał jej więc ostrożnie i mocno uścisnął, przerażony własną śmiałością i jej przyzwoleniem.

- Czy będzie się pani za mnie modliła?

Co za osioł! - pomyślała Scarlett niechętnie, rozglądając się ukradkiem dokoła, w nadziei, że czyjeś zjawienie się wybawi ją może z kłopotu.

- Czy tak?

- Ale tak, rozumie się, panie Hamilton. Będę odmawiała co najmniej trzy różańce na wieczór.

Charles rozejrzał się dokoła, zaczerpnął tchu i wyprostował się. Byli teraz zupełnie sami - podobna okazja mogła mu się już nigdy nie zdarzyć. A nawet gdyby się zdarzyła, nie wiadomo, czy wtedy zdobyłby się na odwagę.

- Panno O'Hara, mam pani coś do powiedzenia. Ja panią kocham!

- Hm? - zapytała Scarlett nieuważnie, starając się poprzez gromadę sprzeczających się mężczyzn zobaczyć Ashleya, ciągle jeszcze siedzącego u stóp Melanii.

- Tak - wyszeptał Charles, zachwycony, że Scarlett nie wybuchła śmiechem ani płaczem, ani nie zemdlała, co w jego przekonaniu byłoby w podobnych okolicznościach normalną reakcją młodej panienki. - Kocham panią! Jest pani naj... naj... - i nagle po raz pierwszy w życiu rozwiązał mu się język - najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam, najmilszą, najlepszą i najsłodszą i kocham panią z całego serca. Nie śmiem mieć nadziei, że mogłaby pani pokochać takiego jak ja, droga panno Scarlett, ale gdyby mogła mi pani dać choć trochę nadziei, zrobiłbym wszystko w świecie, aby i pani mnie pokochała. Zrobiłbym...

Charles przerwał, ponieważ nie przychodziło mu na myśl nic dostatecznie trudnego do spełnienia, co by Scarlett przekonało o głębi jego uczuć, dodał więc po prostu:

- Chciałbym się z panią ożenić.

Scarlett na dźwięk słowa "ożenić się" w jednej chwili wróciła do rzeczywistości. Myślała o małżeństwie i o Ashleyu, spojrzała więc na Charlesa ze źle ukrywaną irytacją. Że też ten cielak narzucił się jej ze swymi uczuciami właśnie w dniu, gdy była tak skłopotana, że odchodziła od zmysłów. Spojrzała w jego brązowe, pełne błagania oczy i nie dostrzegła, że wyrażają pierwszą nieśmiałą miłość, uwielbienie dla ideału, który wreszcie się znalazł, dzikie szczęście i niezmierną czułość, wypełniające go po brzegi. Scarlett przyzwyczajona była do oświadczyn mężczyzn daleko bardziej pociągających od Charlesa Hamiltona i tak rozsądnych, że nigdy nie ośmieliliby się oświadczyć na barbecue gdy miała stokroć ważniejsze sprawy w głowie. Widziała przed sobą dwudziestoletniego chłopca, czerwonego jak burak i bardzo śmiesznego. Bardzo by pragnęła móc mu powiedzieć, jak głupio wygląda. Machinalnie jednak nasunęły się na jej wargi słowa, które Ellen nakazywała mówić w podobnych okolicznościach, i spuszczając z przyzwyczajenia oczy wyszeptała:

- Panie Hamilton, doceniam całkowicie wielki zaszczyt, jaki przynosi mi pańska propozycja pojęcia mnie za żonę, ale wszystko to stało się tak nagle, że doprawdy nie wiem, co mam panu odpowiedzieć.

Był do doskonały sposób połechtania próżności mężczyzny, a jednocześnie utrzymywania go w niepewności. Charles więc złapał się nań, jak gdyby przynęta ta była czymś nowym, a on pierwszym, który się na nią łapie.

- Będę czekał wiecznie! Musi pani być najpierw zupełnie pewna swoich uczuć. Błagam panią, panno Scarlett, niech mi pani powie tylko, że mogę mieć nadzieję!

- Hm - mruknęła Scarlett, zdoławszy tymczasem zauważyć, że Ashley, który nie brał udziału w rozmowie o wojnie, znowu uśmiecha się do Melanii. Gdybyż przynajmniej ten głupiec, który dobijał się o jej rękę, chciał zamilknąć na chwilę, mogłaby dosłyszeć, co tamci do siebie mówią. Musi usłyszeć, co mówią! Co też takiego mogła powiedzieć Melania, aby w oczach Ashleya odmalowało się takie zainteresowanie?

Słowa Charlesa znowu zagłuszyły głosy tych dwojga.

- Och, ciszej, proszę! - syknęła do niego, ściskając mu dłoń i nie patrząc nań wcale.

Charles zdumiony, a z początku przerażony, zarumienił się na to napomnienie, potem zaś, widząc oczy Scarlett skierowane na jego siostrę, uśmiechnął się z ulgą. Scarlett obawiała się, aby ktoś nie posłyszał ich rozmowy. Była zakłopotana, onieśmielona i niespokojna, czy ich ktoś nie słyszy. Charles poczuł w sobie napływ męskiej energii, jakiego dotąd nigdy nie doświadczył, bo po raz pierwszy w życiu udało mu się wprawić kobietę w zakłopotanie. Wrażenie było upajające. Ułożył twarz swoją w wyraz beztroskiej, jak mu się zdawało, obojętności i ostrożnie oddał Scarlett uścisk, aby jej dowieść, że jest mężczyzną światowym, który rozumie i przyjmuje jej wymówkę.

Nie poczuła nawet tego dotknięcia, bo usłyszała wreszcie wyraźnie słodki głos Melanii, największy z jej wdzięków.

- Przykro mi, ale nie mogę się z tobą zgodzić, jeżeli chodzi o dzieła pana Thackeraya. To przecież cynik. To nie dżentelmen taki jak na przykład pan Dickens.

Jakże można mężczyźnie mówić takie głupstwa, pomyślała Scarlett, gotowa z zadowolenia parsknąć śmiechem. A więc Melania jest typową emancypantką, wszyscy zaś wiedzą dobrze, co mężczyźni sądzą o emancypantkach... Sposobem zainteresowania mężczyzny i podtrzymywania tego zainteresowania było mówienie o nim, potem zaś stopniowo przenoszenie rozmowy na temat samej siebie - i utrzymanie jej długo na tym temacie. Scarlett uczułaby pewien niepokój, słysząc, że Melania mówi: "Jaki ty jesteś nadzwyczajny!" albo: "Że też potrafisz myśleć o takich sprawach! Mój mały głupi mózg pękłby z pewnością, gdybym spróbowała coś takiego pomyśleć!". Melania jednak, mając mężczyznę u swoich stóp, mówiła z nim tak poważnie jak w kościele. Iskierka nadziei znowu rozbłysła, tak że Scarlett zwróciła rozjaśnione oczy na Charlesa i uśmiechnęła się z radości. Wniebowzięty tym dowodem sympatii, schwycił jej wachlarz i zaczął nim wymachiwać tak energicznie, że włosy Scarlett się zwichrzyły.

- Ashleyu, nie byłeś jeszcze łaskaw podzielić się z nami swoim zdaniem - rzekł Jim Tarleton, odchodząc od grupki krzyczących mężczyzn; Ashley przeprosiwszy Melanię powstał i skłonił się przed nią. Nikt na świecie nie jest równie piękny - pomyślała Scarlett, obserwując, ile wdzięku ma jego niedbała poza i jak cudownie gra słońce na jego złotych włosach i wąsach. Nawet starsi mężczyźni umilkli, aby przysłuchiwać się jego słowom.

- Oczywiście, panowie, że jeżeli Georgia postanowi walczyć, to i ja będę walczył. Po co bym w przeciwnym razie przystępował do Oddziału? - powiedział. Szare jego oczy otwarły się szeroko i zwykła ich senność ustąpiła miejsca powadze, jakiej Scarlett nigdy w nich nie widziała. - Ale podobnie jak mój ojciec mam nadzieję, że Jankesi dadzą nam spokój i wojny nie będzie. - Podniósł z uśmiechem dłoń, gdy doszły go niezadowolone głosy młodych Fontaine'ów i Tarletonów. - Tak, tak, wiem, że zostaliśmy znieważeni i że nas okłamano, ale gdybyśmy to my byli w położeniu Jankesów i oni chcieli wystąpić z Unii, czybyśmy postąpili na ich miejscu inaczej? Pewien jestem, że tak samo. Nie podobałoby się to i nam.

Znowu swoje - pomyślała Scarlett. Zawsze się stawia w cudze położenie. Dla niej istniał zawsze tylko jeden sposób myślenia. Czasem trudno było zrozumieć Ashleya.

- Nie bądźmy zbyt zapalczywi i nie domagajmy się wojny. Większość nieszczęść świata zrodziła się z wojen. A kiedy wojny się kończyły, nikt nigdy nie wiedział, co było ich powodem.

Scarlett pociągnęła nosem. Dobrze, że Ashley miał nieskazitelną opinię człowieka odważnego, bo inaczej mogłoby z nim być źle. Ledwo to pomyślała, a Ashleya otoczył gwar sprzeciwiających się, namiętnych i oburzonych głosów.

W altanie głuchy starszy pan z Fayetteville trącił Indię.

- O co to chodzi? Co oni mówią?

- O wojnie! - wrzasnęła mu India do ucha. - Chcą się bić z Jankesami!

- A, wojna! - krzyknął, szukając koło siebie laski i podnosząc się z krzesła z nagłym przypływem energii od lat uśpionej. - Ja im coś powiem o wojnie. Ja byłem na wojnie. Ja byłem na wojnie! - Nieczęsto się zdarzało, aby pan McRae miał sposobność porozmawiać o wojnie, bo córki trzymały go bardzo krótko.

- Wy, wojownicze młode byczki, posłuchajcie i mnie teraz. Nie palcie się do wojny. Ja walczyłem, więc wiem. Byłem na wojnie seminolskiej i byłem tak głupi, że na meksykańską także poszedłem. Nikt z was nie wie, co to wojna. Wydaje wam się, że pojedziecie sobie na pięknych koniach, dziewczęta obrzucą was kwiatami, a potem wrócicie jak bohaterzy. A więc nie, nie, panowie! Wojna to głód, odra i zapalenie płuc, to kiszki. Tak, panowie, nie wiecie, co wojna robi z kiszkami człowieka... dyzenteria i takie rzeczy, i...

Panie były zaczerwienione po uszy. Pan McRae stanowił zabytek trwalszej przeszłości, podobnie jak babcia Fontaine ze swoimi kłopotliwie głośnymi czkawkami, ery, o której wszyscy chcieli zapomnieć.

- Pobiegnij i sprowadź tu dziadka - syknęła jedna z córek starszego pana do młodej, stojącej obok niej dziewczynki. - Przysięgam - wyszeptała do wzburzonych matron wkoło siebie - że ojciec staje się co dzień gorszy. Czy panie uwierzą, że dziś, dziś rano powiedział Mary, która ma dopiero szesnaście lat: "Słuchaj, panienko...". - I głos jej rozpłynął się w szepcie, gdy tymczasem wnuczka pana McRae starała się go zawrócić do jego miejsca w altanie.

W całej grupie, kręcącej się pod drzewami, złożonej z uśmiechniętych nerwowo dziewcząt i z namiętnie rozprawiających mężczyzn, tylko jeden człowiek wydawał się zupełnie spokojny. Spojrzenie Scarlett padło na Rhetta Butlera, który opierał się o drzewo z rękami głęboko wsuniętymi w kieszenie spodni. Stał teraz sam, bo pan Wilkes odszedł od niego, i nie odzywał się ani słowem, gdy rozmowa stawała się coraz gorętsza. Czerwone jego wargi pod krótko przystrzyżonym wąsem były lekko skrzywione, w oczach zaś świeciło wyraźne lekceważenie, jak gdyby słuchał dziecinnych przechwałek. Ma bardzo nieprzyjemny uśmiech - pomyślała Scarlett. Słuchał spokojnie, dopóki Stuart Tarleton, ze zwichrzonym włosem i płonącymi oczyma, nie zaczął powtarzać:

- Jak to, pobijemy ich w miesiąc! Dżentelmeni zawsze się biją lepiej od hołoty. W miesiąc... co mówię... w ciągu jednej bitwy.

- Panowie - rzekł Rhett Butler z miękkim akcentem, wyraźnie świadczącym o jego pochodzeniu, i nie zmienił pozycji ani nie wyjął nawet rąk z kieszeni - czy mogę powiedzieć słowo?

Z zachowania jego podobnie jak z oczu biła pogarda tuszowana pozorami uprzejmości, która w dziwny sposób ośmieszała zachowanie się reszty mężczyzn.

Cała grupa zwróciła się ku niemu z grzecznością zawsze należną obcemu.

- Czy ktokolwiek z was, panowie, pomyślał o tym, że na południe od linii Mason-Dixona nie ma ani jednej fabryki broni? Albo o tym, ile jest na Południu odlewni żelaza? Albo przędzalni wełny, bawełny i garbarni? Czy uświadomili sobie panowie, że nie mamy ani jednego okrętu wojennego i że flota Jankesów zamknie nam w ciągu tygodnia wszystkie porty, tak że nie będziemy mogli wywozić naszej bawełny za granicę? Oczywiście, pewien jestem, że panowie już o tym pomyśleli.

On najwyraźniej uważa, że nasi chłopcy to banda głupców! - pomyślała Scarlett z oburzeniem i krew uderzyła jej na policzki.

Widocznie myśl ta nasunęła się nie tylko jej jednej, bo niektórzy młodzi ludzie zaczęli srożyć się marsowo. John Wilkes niby niechcący wrócił szybko na poprzednie swoje miejsce obok gościa, jak gdyby przypominając obecnym, że człowiek ten jest obcy i że w towarzystwie znajdują się damy.

- Bieda z większością nas, południowców, jest w tym - ciągnął Rhett Butler - że albo mało podróżujemy, albo mało korzyści wynosimy z naszych podróży. Rozumie się, że wszyscy panowie wiele podróżowali. Ale co panowie widzieli? Europę, Nowy Jork i Filadelfię, panie zaś były oczywiście w Saratodze - w tym miejscu skłonił się lekko grupie dam w altanie. - Widzieli panowie hotele i muzea, bale i domy gry. I wróciliście do domu przekonani, że nie ma takiego miejsca na świecie jak nasze Południe. Jeżeli chodzi o mnie, to urodziłem się w Charlestonie, ale ostatnich kilka lat spędziłem na Północy. - Jego białe zęby odsłoniły się w uśmiechu, jak gdyby zdawał sobie sprawę z tego, że wszyscy obecni wiedzą, dlaczego nie mieszka już w Charlestonie, i wcale się tym nie przejmował. - Widziałem wiele rzeczy, których nikt z państwa nie widział. Tysiące emigrantów, którzy z ochotą będą walczyć za Jankesów, za wikt i kilka dolarów, fabryki, odlewnie, stocznie, kopalnie żelaza i węgla. Wszystko to, czego my nie mamy. Bo my przecież mamy jedynie bawełnę, niewolników i pewność siebie. Nie my Jankesów, lecz Jankesi nas pokonają w miesiąc.

Przez długą chwilę panowało naprężone milczenie. Rhett Butler wyjął cienką batystową chustkę z kieszeni marynarki i niedbale strząsał sobie jakieś pyłki z rękawa. Naraz złowróżbny szmer rozległ się wśród zebranych, spod altany zaś doszedł dźwięk podobny do brzęczenia ula rozdrażnionych pszczół. Mimo że Scarlett czuła, iż gorąca krew oburzenia pali jej policzki, rozsądnie podchodząc do sprawy musiała przyznać, że człowiek ten ma rację i że to, co mówi, brzmi sensownie. Nigdy w swoim życiu nie widziała fabryki ani nie znała nikogo, kto by miał fabrykę. Choćby jednak słowa Butlera były prawdą - jako dżentelmen nie miał prawa wygłaszać podobnych poglądów, i to w dodatku w towarzystwie, kiedy każdy chciał się jak najlepiej bawić.

Stuart Tarleton, zmarszczywszy czoło, wysunął się naprzód, a tuż za nim Brent. Bracia byli doskonale wychowani, więc można było być pewnym, że na barbecue nie zrobią sceny, choćby byli do niej sprowokowani. Mimo to jednak wszystkie panie uczuły przyjemne podniecenie, bo nieczęsto miały sposobność widzieć kłótnie czy bójki. Zwykle słyszały o tym z trzecich ust.

- Panie - rzekł Stuart z naciskiem - jak pan to rozumie?

Rhett popatrzył na niego uprzejmie, ale drwiąco.

- Rozumiem to - odrzekł - tak jak Napoleon, o którym pan może słyszał, a który kiedyś powiedział: "Bóg jest po stronie najsilniejszej armii!". - I zwracając się do Johna Wilkesa, rzekł z uprzejmością wcale nieudaną: - Przyrzekł pan pokazać mi swoją bibliotekę. Czy bardzo panu nie na rękę, abym obejrzał ją teraz? Obawiam się, że będę musiał wrócić do Jonesboro wcześnie przed wieczorem, bo mam tam jeszcze coś do załatwienia.

Odwrócił się ku zebranym, stuknął obcasami i skłonił się jak profesor tańca, bardzo szarmancko jak na tak wysokiego mężczyznę i z taką impertynencją, jak gdyby wymierzył policzek. Potem w towarzystwie Johna Wilkesa przeszedł trawnik, wysoko unosząc swoją ciemną głowę, a dźwięk jego nieprzyjemnego śmiechu doszedł wyraźnie do gości zgromadzonych przy stołach.

Zapanowało zdumione milczenie, potem zaś rozległy się szmery. India leniwie wstała ze swego miejsca w altanie i skierowała się ku Stuartowi. Scarlett nie słyszała, co mu mówi, ale spojrzenie jej, gdy patrzyła na niego, zbudziło w niej coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Było to takie samo spojrzenie jak to, które Melania zwracała na Ashleya, ale Stuart nie zrozumiał go wcale. A zatem India kochała Stuarta. Scarlett pomyślała nagle, że gdyby tak wyzywająco nie flirtowała ze Stuartem na zebraniu politycznym rok temu, Stuart byłby się dawno z Indią ożenił. Po chwili jednak wyrzuty te rozwiały się pod wpływem nowej myśli, że nie jest jej winą, jeżeli inne dziewczyny nie umieją utrzymać przy sobie swoich wielbicieli.

Stuart uśmiechnął się wreszcie do Indii wymuszonym uśmiechem i skinął głową. India prosiła go prawdopodobnie, aby nie szedł za panem Butlerem i nie robił awantury. Pod drzewem zapanował teraz lekki zamęt, bo goście poczęli wstawać i strząsać okruszynki. Mężatki zwoływały piastunki i małe dzieci i zbierały swój przychówek, aby przygotować się do odjazdu, a grupy dziewcząt, śmiejąc się i rozmawiając, kierowały się w stronę domu, aby poplotkować w sypialniach i zdrzemnąć się trochę przed balem.

Wszystkie panie z wyjątkiem pani Tarleton opuściły plac na tyłach domu, oddając miejsca w altanie i pod drzewami do dyspozycji mężczyzn. Panią Tarleton zatrzymał Gerald, pan Calvert i inni panowie, którzy chcieli otrzymać od niej odpowiedź w sprawie koni dla Oddziału.

Ashley zbliżył się do Charlesa i Scarlett, uśmiechając się w zamyśleniu.

- Zuchwały człowiek, prawda? - zauważył, patrząc za odchodzącym Butlerem. - Wygląda jak jeden z Borgiów.

Scarlett zaczęła szybko zbierać myśli, ale nie mogła sobie przypomnieć rodziny w hrabstwie, Atlancie czy Savannah, która by nosiła to nazwisko.

- Nie znam ich. Czy jest ich krewnym? Kim oni są?

Twarz Charlesa przybrała dziwny wyraz: niedowierzanie walczyło na niej ze wstydem i miłością. Zwyciężyła miłość, ponieważ zdał sobie sprawę z tego, że gdy dziewczyna jest słodka, łagodna i piękna, może nie mieć wykształcenia, które by tylko szkodziło jej wdziękom. Odpowiedział więc szybko:

- Borgiowie byli Włochami.

- Ach - rzekła Scarlett, już bez zainteresowania - a zatem cudzoziemcami.

Zwróciła się z najpiękniejszym z uśmiechów do Ashleya, on jednak z jakiejś sobie tylko znanej przyczyny nie patrzył na nią wcale. Patrzył na Charlesa i na twarzy jego malowało się zrozumienie i jakby litość.

* * *

Scarlett stała na klatce schodowej i przez poręcz patrzyła na hol. Był zupełnie pusty. Z sypialni o piętro wyżej dochodził niekończący się gwar głosów, podnoszących się i opadających, przerywany wybuchami śmiechu i okrzykami: "Nie, nie wierzę, żeś to zrobiła!" i "A co on wtedy powiedział?". Na łóżkach i na sofach w sześciu wielkich sypialniach dziewczęta układały się na spoczynek, zdjąwszy suknie, rozluźniwszy gorsety, porozpuszczawszy włosy. Drzemka popołudniowa była powszechnym zwyczajem w okolicy i nigdy nie była bardziej konieczna niż podczas całodziennych zebrań towarzyskich, zaczynających się wczesnym rankiem, a kończących balem trwającym do późnej nocy. Przez pół godziny dziewczęta gadały i śmiały się, potem służące zamykały okiennice, w ciepłym półmroku rozmowy przycichały do szeptów i wreszcie zalegało milczenie, przerywane cichymi, regularnymi oddechami.

Scarlett upewniła się, że Melania leży na łóżku z Hetty Tarleton i Honey, potem zaś wyśliznęła się z pokoju i zeszła o piętro niżej. Z okna mogła widzieć mężczyzn siedzących w altanie i pijących z wysokich szklanek, wiedziała więc, że nie ruszą się stamtąd, aż przed wieczorem. Oczy jej wypatrywały Ashleya, ale nie było go tam widać. Nadsłuchiwała przez chwilę i wreszcie usłyszała jego głos. Stał jeszcze przed frontem domu i żegnał odjeżdżające z dziećmi panie.

Z mocno bijącym sercem Scarlett szybko zeszła na dół. Co będzie, jeżeli spotka teraz pana Wilkesa? Co powie na usprawiedliwienie swego kręcenia się po domu, kiedy inne dziewczęta odpoczywają? Trudno - musi zaryzykować.

Kiedy doszła do ostatniego stopnia, usłyszała, że służba, krzątająca się w jadalni pod rozkazami lokaja, przenosi stoły i krzesła, aby zrobić miejsce do tańca. Drzwi do biblioteki po drugiej stronie obszernego holu były uchylone - tam więc wsunęła się cichutko. Chciała tu poczekać, aż Ashley pożegna gości, i zawołać go, kiedy wejdzie do domu.

Biblioteka pogrążona była w półmroku, bo okna były zasłonięte. Mroczny pokój o wysokich półkach, pełnych książek w ciemnych oprawach, podziałał na Scarlett przygnębiająco. Nie było to nazbyt odpowiednie miejsce na takie spotkanie. Wielka ilość książek zawsze ją przygnębiała, podobnie jak ludzie, którzy lubili czytać. To znaczy wszyscy tacy ludzie z wyjątkiem Ashleya. Drogę w półcieniu zagradzały jej wysokie meble, głębokie fotele o wysokich oparciach i szerokich poręczach, specjalnie jak gdyby wykonane dla rosłych Wilkesów, i miękkie, niskie, aksamitne fotele z aksamitnymi podnóżkami - przeznaczone dla dziewcząt. W znacznej odległości, po przeciwnej stronie podłużnego pokoju stała przed kominkiem wielka kanapa, ulubione miejsce Ashleya, a jej wysokie oparcie wyglądało jak jakieś olbrzymie, śpiące zwierzę.

Scarlett przymknęła za sobą drzwi, zostawiając tylko małą szparkę, i starała się zapanować nad przyśpieszonym biciem serca. Usiłowała przypomnieć sobie, co ubiegłej nocy umyśliła powiedzieć Ashleyowi, ale na próżno - nic już nie pamiętała. Czy obmyśliła coś sobie i zapomniała, czy też planowała tylko, że to Ashley jej coś powie? Nie przypominała sobie nic i zimny strach obleciał ją nagle. Gdyby tylko serce przestało jej tak mocno walić, może by mogła coś sobie teraz uplanować. Ale szybkie uderzenia wzmogły się jeszcze, gdy usłyszała, że Ashley, pożegnawszy wszystkich, wchodzi do holu frontowego.

Pamiętała jedynie, że go kocha - że kocha w nim wszystko, od wyniosłego osadzenia dumnej głowy począwszy, aż po nogi w zgrabnych wąskich butach, że kocha nawet jego drwiący chwilami śmiech i nawet niezrozumiałe milczenie. Och, gdybyż tylko wszedł teraz po prostu i wziął ją w ramiona, tak aby nic nie musiała mówić! Przecież Ashley ją kocha! Może gdybym się pomodliła... Przycisnęła palcami powieki i zaczęła mamrotać do siebie: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna...

- Cóż to, Scarlett - usłyszała głos Ashleya, docierający do niej, mimo że zaszumiało jej w uszach. Pogrążyło ją to w ostatecznym zakłopotaniu. Stał w holu i patrzył na nią przez pół otwarte drzwi z drwiącym uśmiechem na ustach.

- Przed kim się tutaj kryjesz, przed Charlesem czy przed Tarletonami?

Głośno przełknęła ślinę. A więc zauważył, jak chłopcy cisnęli się dokoła niej! Jakże go kochała teraz, kiedy stał tak z przymrużonymi oczyma, nie widząc zupełnie jej zmieszania. Nie mogła mówić, wysunęła tylko dłoń i wciągnęła go do pokoju. Wszedł zdziwiony i zaciekawiony. Wyczuwał w niej jakieś naprężenie, oczy jej płonęły dziwnie, jak nigdy przedtem, i nawet w półmroku widać było, że policzki jej pokryte są rumieńcami. Machinalnie zamknął za sobą drzwi i wziął ją za rękę.

- O co chodzi? - zapytał prawie szeptem.

Od dotknięcia jego ręki zaczęła drżeć. A więc wszystko zdarzy się rzeczywiście, tak jak to sobie wymarzyła... Mnóstwo skłębionych myśli przemknęło jej przez głowę, ale żadna nie dała się zamienić w słowa. Drżała więc tylko i patrzyła mu w oczy. Dlaczego nic nie mówi?

- O co chodzi? - powtórzył. - Czy chcesz mi powierzyć jakiś sekret?

Nagle odzyskała mowę, równie nagle opadły z niej wpajane przez całe lata nauki Ellen; szczera irlandzka natura Geralda przemówiła przez usta córki.

- Tak, sekret. Kocham cię.

Przez chwilę zapanowało milczenie tak ostre, że wydawać się mogło, iż żadne z nich nie oddycha. Potem Scarlett przestała drżeć, a wypełniło ją szczęście i duma. Czemu nie powiedziała mu tego wcześniej? O ile by to było prostsze niż te dystyngowane sztuczki, których ją uczono! Oczy jej spoczęły na jego oczach.

Malowała się w nich konsternacja, niedowierzanie i jeszcze coś - co też to takiego było? Tak! To Gerald wyglądał podobnie, gdy ulubiony jego koń złamał pewnego dnia nogę i gdy musiał go własnoręcznie zastrzelić. Cóż za głupia myśl. Dlaczego jednak Ashley wyglądał tak dziwnie i nic nie mówił? Naraz twarz jego oblekła się w maskę: uśmiechnął się uprzejmie.

- Czy nie wystarczy ci, że zdobyłaś sobie serca wszystkich innych obecnych tu mężczyzn? - rzekł ze znaną jej uprzejmą, drwiącą nutką w głosie. - Czy chcesz, aby i mnie w tej liczbie nie zabrakło? Wiesz przecież dobrze, że moje serce zawsze należało do ciebie. Ostrzyłaś sobie na nim zęby.

Coś się popsuło - popsuło na zawsze! Nie tak to sobie wszystko wyobrażała. W szalonym młyńcu myśli krążących bezładnie po jej mózgu - jedna zaczynała przybierać formę. Z jakiegoś powodu... Ashley udawał, że uważa, iż Scarlett bawi się z nim teraz. Wiedział jednak, że tak nie jest. Scarlett wyczuwała to dokładnie.

- Ashley, Ashley! Powiedz mi... musisz... och, nie dokuczaj mi teraz! Czy serce twoje należy do mnie? Och, mój drogi, ja koch...

Szybko zakrył jej ręką usta. Maska opadła.

- Nie powinnaś mówić takich rzeczy, Scarlett! Nie wolno ci. Nie myślisz tego serio. Znienawidzisz siebie za to, żeś je mówiła, i mnie za to, że je słyszałem.

Odrzuciła głowę do tyłu. Gorący, szybki prąd przeszedł po niej.

- Nie potrafię cię nigdy znienawidzić. Mówię ci, że cię kocham, i wiem, że zależy ci na mojej miłości, bo... - Przerwała. Nigdy dotąd nie widziała takiego bólu w twarzy ludzkiej. - Ashleyu, prawda, że zależy ci na mojej miłości, powiedz?

- Tak - rzekł głucho. - Tak, Scarlett.

Gdyby powiedział, że ją nienawidzi, nie przeraziłaby się więcej. Skubała nitki z jego rękawa, nie mogąc wydobyć głosu.

- Scarlett - powiedział - czy nie możemy odejść stąd teraz i zapomnieć, że kiedykolwiek powiedzieliśmy sobie te słowa?

- Nie - wyszeptała. - Ja nie mogę... Jak to rozumiesz? Czy rzeczywiście nie chcesz mnie poślubić?

- Żenię się z Melanią - odparł.

Teraz dopiero spostrzegła, że siedzi w niskim, aksamitnym fotelu, Ashley zaś spoczywający u jej stóp trzyma obie jej ręce w swoich i mocno ściska. Mówił jakieś rzeczy - rzeczy, które nie miały znaczenia. Głowa jej była teraz pusta, pusta bez ani jednej z tych myśli, które szalały w niej jeszcze przed chwilą - słowa zaś jego nie zostawiały większego śladu niż deszcz spływający po szkle. Trafiały do głuchych uszu - słowa szybkie, czułe i pełne litości, jak gdyby to ojciec kierował je do zbolałego dziecka.

Przyszła do siebie na dźwięk imienia Melanii i spojrzała w przejrzyste, szare oczy Ashleya. Ujrzała malującą się w nich tę dziwną obcość, która tak ją zawsze przerażała i... jakby wstręt jakiś do samego siebie.

- Ojciec ogłosi nasze zaręczyny wieczorem. Ślub ma się odbyć prędko. Byłbym ci to powiedział, ale myślałem, że wiesz... Myślałem, że wszyscy o tym wiedzą... od wielu lat. Nigdy nie przypuszczałem, abyś ty... Masz tylu adoratorów. Myślałem, że Stuart...

Życie, czucie i rozumienie z wolna wracały do niej.

- Ale powiedziałeś przed chwilą, że zależy ci na mojej miłości.

Ciepłe jego ręce zacisnęły się na jej dłoniach.

- Droga moja, czy chcesz koniecznie, abym mówił ci rzeczy, które cię dotkną?

Milczenie jej zaciążyło na nim.

- Co mam zrobić, abyś mogła zrozumieć? Ty, która jesteś taka młoda i niedoświadczona, nie możesz sobie wcale zdać sprawy z tego, czym jest małżeństwo.

- Wystarczy mi, że cię kocham.

- Miłość to nie dosyć, aby być w małżeństwie szczęśliwym, gdy dwoje ludzi tak się od siebie różni jak ty i ja. Ty chciałabyś mieć w mężczyźnie wszystko, Scarlett - jego ciało, serce, duszę, myśli. A gdybyś ich mieć nie mogła, czułabyś się nieszczęśliwa. Ja zaś nie mógłbym ci oddać całego siebie. Nie mógłbym oddać całego siebie nikomu. Nie chciałbym też całej twojej duszy i całego umysłu. Ty zaś byłabyś tym dotknięta i musiałabyś mnie znienawidzić, i to gorzko! Znienawidziłabyś książki, które czytam, i muzykę, którą lubię, bo zabierałaby mnie od ciebie, choćby tylko na chwilę. A ja, może ja...

- Czy ty ją kochasz?

- Melania podobna jest do mnie, pochodzi z tej samej rodziny, rozumiemy się dobrze. Scarlett! Scarlett! Czy nie potrafisz zrozumieć, że para małżeńska nie może żyć ze sobą we względnym spokoju, jeżeli mąż i żona nie są do siebie podobni?

Ktoś już to jej kiedyś powiedział: "Pobierać się ze sobą muszą ludzie podobni, bo inaczej nie ma szczęścia!". Kto to był? Wydawało jej się, jakby to słyszała milion lat temu, ale to i tak nie miało znaczenia.

- Ale mówiłeś przecie, że nie jestem ci obojętna.

- Nie powinienem był tego powiedzieć.

Gdzieś w głębi jej mózgu rozżarzył się jakiś płomień i złość zaczęła górować nad wszystkim innym.

- No, ale skoro byłeś już tak przewrotny, żeś to powiedział...

Twarz jego pobladła.

- Byłem przewrotny, że to powiedziałem, ponieważ wiem, że ożenię się z Melanią. Skrzywdziłem ciebie, a więcej jeszcze Melanię. Nie powinienem był tego powiedzieć, ponieważ czułem, że mnie nie zrozumiesz. Jakże mogę nie kochać ciebie, która ma tę pasję życiową, jakiej mnie brak zupełnie... Ciebie, która może kochać i nienawidzić z namiętnością, na jaką mnie nie stać... Ty jesteś pierwotna jak ogień, wiatr i dzika natura, a ja...

Pomyślała o Melanii i wyobraziła sobie jej łagodne brązowe oczy o rozmarzonym spojrzeniu, jej spokojne małe rączki w czarnych koronkowych mitenkach, jej wyrozumiałe milczenie. I nagle obudziła się w niej ta sama wściekłość, która Geralda skłoniła do zabójstwa, a irlandzkich jej przodków pchała do czynów, które przypłacali gardłem. Nic w niej nie zostało po dobrze wychowanych Robillardach, którzy obojętnym milczeniem przyjmowali wszystkie przeciwności losu.

- Dlaczego nie mówisz jaśniej, ty tchórzu! Boisz się małżeństwa ze mną! Wolisz żyć z tą głupią, małą dziewczyną, która nie umie ust otworzyć, chyba żeby powiedzieć "Tak" lub "Nie", wolisz płodzić z nią podobne do niej, wylęknione bachory! Dlaczego...

- Nie mów tak o Melanii!

- Nie ty mi będziesz zabraniał! Jakim prawem mógłbyś mi zabronić? Ty tchórzu! Utrzymywałeś mnie w przekonaniu, że się ze mną ożenisz...

- Bądź sprawiedliwa - łagodził. - Czy kiedykolwiek...

Nie chciała być sprawiedliwa, mimo iż wiedziała, że Ashley ma rację. Nigdy w stosunku do niej nie przekroczył granic przyjaźni. Kiedy pomyślała o tym, nowy gniew ją ogarnął, gniew zranionej dumy i kobiecej próżności. Narzucała mu się, a on nie dbał o nią wcale. Wolał od niej wybladłą idiotkę Melanię. Och, po stokroć lepiej byłoby, gdyby posłuchała przykazań Ellen i Mammy i nigdy, nigdy nie dała mu nawet poznać, że go lubi - wszystko byłoby lepsze od tego palącego wstydu!

Skoczyła na równe nogi, z zaciśniętymi dłońmi, i on także wstał - a twarz jego wyrażała niemy ból człowieka, który musi patrzeć w oczy bolesnej ponad miarę rzeczywistości.

- Będę cię nienawidziła do samej śmierci, ty tchórzu, ty podły, nikczemny... - Jakie by mu powiedzieć słowa? Nie przychodziło jej na myśl nic dostatecznie strasznego.

- Scarlett, proszę cię...

Wyciągnął ku niej rękę, ona jednak, nie zastanawiając się, uderzyła go w twarz z taką siłą, na jaką było ją stać. Policzek rozległ się w cichym pokoju jak trzaśniecie z bata; wściekłość Scarlett minęła od razu i serce jej wypełniło się rozpaczą.

Czerwony znak od uderzenia widać było wyraźnie na białej, zmęczonej twarzy Ashleya. Nic nie powiedział, tylko podniósł jej bezwładną dłoń do ust i pocałował. Potem wyszedł z pokoju, zanim mogła coś powiedzieć, i cicho zamknął za sobą drzwi.

Scarlett usiadła; reakcja po ataku wściekłości podcięła jej zupełnie kolana. Ashleya nie było - ale pamięć o jego twarzy, którą uderzyła, będzie ją prześladowała do samej śmierci.

Słyszała, jak stłumione jego kroki cichły w długim korytarzu; w owej chwili dopiero uprzytomniła sobie całą brzydotę swego postępowania. Straciła go na zawsze. Teraz będzie jej nienawidził i ilekroć spojrzy na nią, będzie pamiętał, jak mu się narzucała, mimo że nie dawał jej żadnej zachęty.

Jestem wcale nie lepsza od Honey - pomyślała nagle, uświadamiając sobie, jak wszyscy, a najbardziej ona, śmiali się lekceważąco z postępowania Honey. Przypomniała sobie niezdarne jej zachody i głupie szczebioty, gdy zdołała się uwiesić u ramienia chłopca, i myśl ta znowu wywołała w niej wściekłość na siebie samą, na Ashleya, na cały świat. Ponieważ nienawidziła siebie, nienawidziła wszystkich ludzi z całą furią odrzuconej i zdeptanej miłości szesnastolatki. W uczuciu jej mało było prawdziwej czułości i ciepła. Składała się na nie głównie próżność i ślepe zaufanie do własnych wdzięków. Teraz przegrała z kretesem, bardziej jednak dominującą od żalu z powodu poniesionej klęski była obawa, że wystawiła się na pośmiewisko. Czy naprawdę okazała się tak natarczywa jak Honey? Czy wszyscy się z niej już śmieją? Zaczęła drżeć na samą myśl o tym.

Dłoń jej osunęła się na mały stoliczek. Niechcący zaczęła się bawić małym wazonikiem porcelanowym, na którym wdzięczyły się dwa amorki. Pokój był tak cichy, że najchętniej by krzyknęła, aby przerwać to nieznośne milczenie. Musiała coś zrobić, aby nie zwariować. Podniosła wazonik i rzuciła go przez cały pokój w kierunku kominka. Przeleciał tuż nad wysoką poręczą kanapy i rozbił się z lekkim szczękiem o marmur kominka.

- Tego już za wiele - odezwał się jakiś głos zza kanapy.

Nic nigdy w życiu nie przeraziło jej ani nie zdumiało tak bardzo. Z przerażenia zaschło jej w gardle i nie mogła wydobyć głosu. Złapała się poręczy fotela, gdy zaś Rhett Butler podniósł się z kanapy, na której leżał, i skłonił przed nią z przesadną grzecznością, zrobiło jej się słabo.

- Nie dość, że przerwano mi popołudniową drzemkę sceną, której zmuszony byłem wysłuchać, dlaczego jeszcze życie moje ma być narażone na niebezpieczeństwo?

Nie był duchem. Stał tam naprawdę. A więc w imię wszystkich świętych, musiał wszystko słyszeć!

Resztkami sił Scarlett starała się nad sobą zapanować.

- Panie, powinien pan był wcześniej zdradzić swoją obecność!

- Doprawdy? - Białe jego zęby błyszczały w uśmiechu, a zuchwałe, ciemne oczy śmiały się do niej. - To pani jednak była intruzem. Muszę czekać na pana Kennedy'ego, a czując, że stałem się na dworze personą non grata, pomyślałem, że lepiej moją niemiłą obecność przenieść tutaj, gdzie przynajmniej nikt mi nie będzie przeszkadzał. Niestety jednak! - wzruszył ramionami i zaśmiał się cicho.

Pasja znowu zagrała w niej na myśl, że ten źle wychowany i impertynencki mężczyzna słyszał wszystko - słyszał słowa, które chciałaby wymazać choćby za cenę życia!

- Podsłuchiwanie... - zaczęła wściekle.

- Podsłuchiwanie bywa czasem wysoce zajmującym i kształcącym zajęciem - śmiał się. - Z długiego doświadczenia w podsłuchiwaniu mogę...

- Panie - powiedziała - nie jest pan dżentelmenem!

- Bardzo słuszna uwaga - odpowiedział niedbale. - A pani, panno O'Hara, nie jest damą. - Mogło się wydawać, że bawi się doskonale w jej towarzystwie, bo znowu zaśmiał się cicho. - Żadna kobieta nie może pozostać damą, powiedziawszy i zrobiwszy to, czego byłem świadkiem. Muszę jednak stwierdzić, że damy nigdy mnie zbytnio nie pociągały. Wiem, co sobie myślą, ale zawsze brak im odwagi czy też zbyt są dobrze wychowane, aby mówić prawdę. To zaś czasem staje się nudne. Ale pani, droga panno O'Hara, jest dziewczyną o bardzo rzadkiej, wspaniałej odwadze, chylę więc przed panią czoło. Trudno mi zrozumieć, jakie powaby może mieć wytworny pan Wilkes dla osoby o pani burzliwym temperamencie. Powinien był dziękować Bogu na klęczkach za dziewczynę z taką jak pani "pasją życiową", ale ponieważ jest ślamazarnym głupcem...

- Pan niewart jest butów mu czyścić! - wykrzyknęła z pasją.

- A miała go pani przecież nienawidzić do samej śmierci! - opadł na kanapę i zaśmiał się głośno.

Gdyby mogła go zabić, zrobiłaby to z rozkoszą. Zamiast tego jednak opuściła pokój z godnością, na jaką było ją stać, i mocno zatrzasnęła za sobą ciężkie drzwi.

* * *

Biegła po schodach tak szybko, że kiedy doszła do ich szczytu, zdawało jej się, że zemdleje. Przystanęła, opierając się o poręcz, a serce biło jej ze złości, upokorzenia i wysiłku tak mocno, że rozsadzało stanik. Starała się głęboko oddychać, ale Mammy zanadto ją ścisnęła gorsetem. Jeżeli zemdleje i ludzie znajdą ją tutaj na schodach, co sobie pomyślą? Och, niech myślą, co chcą; Ashley i ten Butler, i te głupie dziewczyny, które tak są o nią zazdrosne! Po raz pierwszy w życiu żałowała, że nie nosi przy sobie soli trzeźwiących, jak inne dziewczęta - ale nie miała nawet własnego flakonika. Tak się zawsze szczyciła, że nigdy jej się w głowie nie kręci. W żaden sposób nie wolno jej teraz zemdleć!

Stopniowo uczucie słabości zaczęło ustępować. Już za minutę będzie się czuła zupełnie dobrze i wtedy wsunie się cicho do małej garderoby przy sypialni Indii, rozluźni gorset, wejdzie do pokoju i położy się na którymś z łóżek obok śpiących dziewcząt. Starała się uspokoić serce, bo czuła, że wygląda jak szalona. Jeżeli choć jedna z dziewcząt jeszcze nie śpi, domyśli się od razu, że stało się coś złego. A nikt, nikt na świecie nie powinien wiedzieć, że się coś stało.

Przez duże okno klatki schodowej widziała mężczyzn siedzących jeszcze na krzesłach pod drzewami i w altanie. Jakże im zazdrościła! Jak to musi być wspaniale, kiedy się jest mężczyzną i nigdy nie przeżywa takich upokorzeń jak to, które ją spotkało. Gdy tak im się przyglądała wpółprzytomna i zgorączkowana, usłyszała, że ktoś podnieconym głosem pytał o coś któregoś z Murzynów. Żwir zazgrzytał znowu i przed oczyma jej przemknął jeździec, który skierował się w stronę grup rozleniwionych mężczyzn pod drzewami.

Pewno jakiś spóźniony gość - dlaczego jednak przejechał przez trawnik, który był dumą Indii? Nie mogła go poznać, ale gdy zeskoczył z konia i schwycił Johna Wilkesa za ramię, widziała, że na twarzy jego maluje się podniecenie. Tłum mężczyzn zebrał się dokoła niego, wysokie szklanki stawiano bezładnie na stoły i ziemię, odkładano wachlarze z liści palmowych. Mimo odległości słyszała gwar głosów, pytań, wołań, wyczuwała gorączkowe napięcie mężczyzn. Potem ponad zmieszane dźwięki wybił się głos Stuarta Tarletona w triumfalnym krzyku: "Jii-aaj-iij", jak gdyby nawoływał kogoś na polowanie. Scarlett, nie wiedząc o tym, usłyszała wtedy po raz pierwszy okrzyk powstańców.

Kiedy się tak przypatrywała, czterej Tarletonowie, za nimi zaś bracia Fontaine odłączyli się od reszty gości i pobiegli w stronę stajni, wrzeszcząc na cały głos:

- Jeems! Hej, Jeems! Siodłaj konie!

Pożar musiał gdzieś wybuchnąć - pomyślała Scarlett. Ale pożar czy nie pożar, jej zadaniem było przedostać się do sypialni, zanim zostanie odkryta.

Serce jej biło teraz mniej silnie; na palcach przeszła przez cichy hol. Ciężka, ciepła senność rozlała się po domu, który zdawał się spać tak spokojnie jak dziewczęta i wypoczywać przed wieczorem, gdy stanie w całej swej krasie - pełen muzyki i blasku świec. Scarlett uchyliła ostrożnie drzwi ubieralni i wsunęła się do pokoju. Rękę jeszcze miała na klamce, gdy przez szparę przeciwległych, prowadzących do sypialni drzwi doszedł jej uszu cichy szept Honey Wilkes.

- Uważam, że Scarlett zachowywała się dzisiaj bardzo nieodpowiednio.

Scarlett poczuła, że serce jej znowu zaczyna bić niespokojnie, i przyłożyła doń bezwiednie rękę, jak gdyby chcąc je tym naciskiem ukoić. "Podsłuchiwanie bywa często bardzo pouczającym zajęciem" - zabrzmiało jej w pamięci. Czy miała się cofnąć? Czy dać poznać swoją obecność i zawstydzić Honey, co by jej się słusznie należało? Następny głos wstrzymał ją od tego zamiaru. Zaprzęg mułów nie mógłby jej z miejsca poruszyć, usłyszała bowiem głos Melanii.

- Och, Honey, przestań! Nie bądź niesprawiedliwa. Ona jest po prostu wesoła i żywa. Uważam, że jest czarująca.

Och - pomyślała Scarlett, wbijając paznokcie w stanik. Żeby się ta wyblakła smarkula wstawiała za mną!

To było trudniejsze do zniesienia niż obmowa Honey. Scarlett nigdy nie wierzyła żadnej kobiecie i nigdy żadnej kobiecie, z wyjątkiem swojej matki, nie przypisywała innych motywów postępowania niż egoizm. Melania wiedziała, że może być pewna Ashleya, i dlatego mogła sobie pozwolić na udawanie takiej dobroci. Scarlett nie miała wątpliwości, iż Melania w ten sposób szczyci się swoją zdobyczą i zdobywa uznanie za to, że tak jest miła. Scarlett często używała tych samych chwytów w rozmowie z mężczyznami o innych dziewczynach i zawsze udawało jej się przekonać głupich chłopców o swojej słodyczy i dobroci.

- No, moja droga - rzekła Honey złośliwie - ty chyba jesteś ślepa.

- Cicho, Honey - zabrzmiał głos Sally Munroe. - Słychać cię w całym domu.

Honey ściszyła głos, ale mówiła dalej:

- Widziałyście przecie same, że flirtowała z każdym, z kim się dało, nawet z panem Kennedym, który adoruje jej własną siostrę. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam! I Charlesowi też zawracała głowę. - Honey zachichotała z zakłopotaniem. - A wiecie przecież, że Charles i ja...

- Czy rzeczywiście? - zaszeptały rozgorączkowane głosy.

- No, nie mówcie nikomu, dziewczynki... jeszcze nie!

Znowu zabrzmiały chichoty i łóżko zaskrzypiało, jak gdyby ktoś obejmował Honey. Melania zdaje się wyszeptała, że jest bardzo szczęśliwa, iż Honey będzie jej siostrą.

- Za to ja wcale nie będę zadowolona, że Scarlett będzie moją siostrą, bo to jest największa flirciara, jaką świat widział - rzekł zasmucony głos Hetty Tarleton.

- Ona jest już prawie zaręczona ze Stuartem. Brent wprawdzie mówi, że ona wcale o Stuarta nie dba, ale to dlatego, że Brent jest w niej także zakochany.

- Jeżeli chcecie znać moje zdanie - rzekła Honey z tajemniczą powagą - to oświadczam wam, że jest tylko jeden chłopiec, który się Scarlett podoba. Jest nim Ashley!

Kiedy szepty znowu zlały się razem, gwałtownie, pytająco, Scarlett poczuła, że przechodzi ją dreszcz obawy i upokorzenia. Honey była głupia, nie umiała się obchodzić z mężczyznami, ale posiadała kobiecą intuicję, której Scarlett nie doceniała. Przykrość i ból, jakie przecierpiała w bibliotece w obecności Ashleya i Rhetta Butlera, były niczym w porównaniu z tym. Mężczyznom można było ufać, że będą dyskretni, nawet mężczyznom takim jak pan Butler, ale jeżeli Honey Wilkes zacznie ujadać jak pies na polowaniu, cała okolica będzie wiedziała o wszystkim jeszcze przed wieczorem. A Gerald dopiero wczoraj mówił, że nie życzy sobie, aby cały świat śmiał się z jego córki! To się dopiero będą śmiali! Poczuła strużki potu na plecach.

Głos Melanii, spokojny, opanowany, trochę karcący, wybił się ponad inne:

- Honey, wiesz przecie dobrze, że tak nie jest. I dlatego brzydko, że tak mówisz.

- A właśnie, że tak jest, Melu, i gdybyś nie była tak bardzo zajęta wyszukiwaniem dobra w osobach, które wcale dobre nie są, z pewnością byś zauważyła. I bardzo się cieszę, że tak jest. To jej dobrze zrobi. Jedyna rzecz, jaką Scarlett O'Hara potrafi robić, to zamęt i odbijanie dziewczętom wielbicieli. Świetnie o tym wiecie, że zabrała Indii Stuarta, mimo że wcale go nie kocha. A dziś starała się nam odbić Kennedy'ego, Ashleya i Charlesa...

Muszę wracać do domu! - pomyślała nagle Scarlett. Chcę do domu!

Gdybyż tylko mogła magicznym jakimś sposobem przenieść się do Tary, gdzie było bezpiecznie! Gdybyż mogła być z Ellen i patrzeć na nią tylko lub wtulić się w jej suknię, wypłakać się i wykrzyczeć na jej łonie! Jeżeli usłyszy jeszcze jedno słowo, wbiegnie do pokoju i będzie garściami wyrywała jasne, zwichrzone włosy Honey, a na Melanię Hamilton napluje, aby pokazać jej, jak sobie ceni jej litość. Tylko że dziś zachowała się już dość ordynarnie, wcale nie lepiej niż "biała nędza", i to właśnie było najgorsze.

Przycisnęła rękami spódnicę, aby nie szeleściła, i cofnęła się ukradkiem, jak tropione zwierzę. Do domu - myślała, zbiegając do holu koło zamkniętych drzwi i cichych pokojów - chcę wracać do domu!

Była już na frontowym ganku, kiedy nowa myśl wstrzymała ją nagle. Przecież nie może wrócić do domu! Nie wolno jej uciec! Musi przejść przez to piekło, znieść złośliwość dziewcząt, własne upokorzenie i ból. Ucieczka dałaby im jeszcze więcej materiału do plotek.

Biła zaciśniętymi pięściami w wysoką białą kolumnę i żałowała, że nie jest Samsonem, że nie może zburzyć Dwunastu Dębów i pod ich gruzami pogrzebać wszystkich obecnych. Pokaże im jeszcze! Jeszcze pożałują! Nie wiedziała dobrze, jak i co im pokaże, ale chciała to koniecznie zrobić. Dotknie ich dotkliwiej, niż oni ją dotknęli.

Na chwilę zapomniała o Ashleyu jako przedmiocie swojej miłości, przestał być tym wysokim, rozmarzonym chłopcem, którego kochała, i stał się cząstką Wilkesów, Dwunastu Dębów, hrabstwa - tych wszystkich zaś nienawidziła, ponieważ się z niej śmiali. Próżność była silniejsza od miłości w tym jej szesnastoletnim gorącym sercu, w którym nie było teraz miejsca na nic prócz nienawiści.

Nie pojadę do domu - postanowiła. - Zostanę tutaj i pokażę im, co umiem. I nigdy nie powiem o niczym mamie. Nie, nie powiem nikomu. Postanowiła zawrócić i wejść znowu na górę, do innej sypialni.

Odwracając się, zobaczyła Charlesa wchodzącego do domu z przeciwnej strony długiego holu. Podbiegł do niej, gdy ją zobaczył. Włosy miał zwichrzone, a twarz purpurową z podniecenia.

- Czy wie pani, co się stało!? - wołał z daleka, zanim jeszcze stanął przy niej. - Czy słyszała pani? Paul Wilson właśnie przyjechał z Jonesboro z wiadomością!

Przerwał na chwilę, aby złapać oddech. Nic nie odpowiedziała i tylko patrzyła na niego.

- Pan Lincoln zwołuje ochotników, chce zebrać siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy!

Znowu pan Lincoln! Czy mężczyźni rzeczywiście nie mogą się nigdy zdobyć na myślenie o ważniejszych sprawach? Ten dureń zapewne przypuszcza, że teraz, gdy Scarlett ma złamane serce i zaszarganą na zawsze reputację, może ją obchodzić pan Lincoln!

Charles patrzył na nią. Twarz jej była biała jak papier, a wąskie oczy lśniły jak szmaragdy. Nigdy dotąd nie widział takiego ognia w twarzy żadnej dziewczyny, takiego blasku w niczyich oczach.

- Taki ze mnie niezdara - rzekł - powinienem był to pani ostrożniej powiedzieć. Zapomniałem o wrażliwości kobiet. Przepraszam, że panią przestraszyłem. Nie jest pani słabo, prawda? Czy może podać pani szklankę wody?

- Nie - odrzekła i udało jej się zręcznie jakoś uśmiechnąć.

- Może usiądziemy na ławce? - zapytał, biorąc ją pod ramię.

Skinęła głową, a on ostrożnie sprowadził ją z frontowych schodów i powiódł przez trawnik do żelaznej ławki, która stała pod najstarszym dębem przed domem. Jak kruche i czułe są kobiety - myślał; samo napomknięcie o wojnie i gwałtach przyprawia je o słabość. Pod wpływem tej myśli poczuł się bardzo męski i starał się być wyjątkowo delikatny, kiedy pomagał jej usiąść. Wyglądała tak dziwnie, a biała jej twarz promieniała tak niezwykłą pięknością, że serce zabiło mu mocniej. Czy możliwe, aby o niepokój przyprawiła ją myśl, że i on pójdzie na wojnę? Nie, to zarozumiałość z jego strony, żeby coś takiego pomyśleć! Dlaczego jednak Scarlett przyglądała mu się tak dziwnie? I dlaczego drżały jej ręce, gdy gniotła w nich koronkową chusteczkę? Gęste zaś i czarne jej rzęsy trzepotały tak właśnie jak rzęsy panienek w romansach, które czytał - nieśmiało i miłośnie.

Trzy razy odchrząknął i trzy razy chciał zacząć mówić, nie udawało mu się jednak. Spuścił oczy, ponieważ zielone jej spojrzenie przeszyło go na wskroś, zupełnie tak, jak gdyby patrzyła gdzieś poza niego.

Ma masę pieniędzy - myślała szybko Scarlett, układając sobie pewien plan w myślach. Nie ma rodziców, którzy by się mogli do mnie wtrącać, i mieszka w Atlancie. I gdybym teraz od razu wyszła za niego, pokazałabym Ashleyowi, że nie dbam o niego ani trochę, że tylko zawracam mu głowę. Honey po prostu się wścieknie. Nigdy już, nigdy nie złapie innego kawalera i wszyscy będą się z niej śmiali do rozpuku. I Melania będzie zła, bo kocha Charlesa. I Stuart, i Brent. Nie wiedziała dokładnie, dlaczego im także chce sprawić przykrość - dlatego chyba jedynie, że mieli wstrętne siostry. I wszyscy będą źli, kiedy będę przyjeżdżała z wizytami w pięknym powozie, z kuframi pięknych sukien, i będę miała własny dom. I nigdy, już nigdy nikt nie będzie się śmiał ze mnie.

- Rozumie się, że wszystko to oznacza wojnę - rzekł wreszcie Charles po jeszcze kilku nieudanych próbach. - Ale niech się pani nie martwi, panno Scarlett, wojna skończy się w miesiąc, bo rozbijemy ich w puch! Tak, w puch! Muszę za wszelką cenę sam być przy tym. Zdaje mi się, że bal dzisiejszy będzie nieudany, bo Oddział ma zbiórkę w Jonesboro. Tarletonowie pojechali po okolicy z tą nowiną. Wiem, że wszystkie panie będą tym bardzo zmartwione.

Scarlett powiedziała: "Och", bo nic lepszego nie przychodziło jej na myśl, ale i to wystarczyło.

Powoli przychodziła do siebie i zbierała myśli. Mróz jakiś ściął wszystkie jej uczucia i wydawało jej się, że już nigdy nie będzie się mogła rozgrzać. Czemu by nie wziąć sobie za męża tego ładnego, zarumienionego chłopca? Był nie gorszy od każdego innego, a zresztą było jej wszystko jedno. Nie, już nigdy nic jej nie obejdzie naprawdę, choćby miała dziewięćdziesiąt lat.

- Nie mogę jeszcze teraz zdecydować, czy wyruszyć z legionem Karoliny Południowej pod wodzą pana Wade'a Hamptona, czy z gwardią miasta Atlanty.

Znowu powiedziała "Och", oczy ich spotkały się i trzepoczące powieki Scarlett podbiły Charlesa zupełnie.

- Czy poczeka pani na mnie, panno Scarlett? To będzie cud, jeżeli będę miał pewność, że pani czeka na mnie aż do naszego zwycięstwa! - Z zapartym oddechem czekał na jej wyrok, patrząc na kąciki jej warg, po raz pierwszy przyglądając się cieniom dokoła jej ust i myśląc, że bardzo by ją chciał pocałować. Dłoń jej, wilgotna od potu, wsunęła się pod jego dłoń.

- Nie chciałabym czekać - powiedziała i oczy jej zaszły mgłą.

Charles, otworzywszy usta ze zdumienia, mocno ściskał jej rękę. Obserwując go spod spuszczonych powiek, Scarlett pomyślała zimno, że wygląda jak żaba. Zająknął się kilka razy, zamknął usta, otworzył je znowu i zarumienił się po uszy.

- Czy wolno mi przypuszczać, że pani mnie kocha?

Nic nie odpowiadając, opuściła niżej głowę, Charles zaś ponownie ze stanu ekstazy wpadł w zakłopotanie. Może mężczyzna nie powinien zadawać panience takich pytań? Może nie przystoi jej na nie odpowiadać? Ponieważ Charles nigdy dotąd nie był w takiej sytuacji, nie wiedział teraz, jak ma postąpić. Chciał krzyczeć i śpiewać, całować Scarlett i tarzać się po trawie, a potem rozpowiadać wszystkim, białym i czarnym, że Scarlett go kocha. Chwilowo jednak ściskał jej rękę tak mocno, że pierścionki wpijały się w jej ciało.

- Czy chce pani poślubić mnie wkrótce, panno Scarlett?

- Hm - powiedziała, wygładzając fałdy sukni.

- Może wobec tego urządzimy podwójne wesele, razem z Mel...

- Nie! - odpowiedziała gwałtownie, a oczy jej zaświeciły złowieszczo. Charles poznał, że znowu zrobił błąd. Rozumie się - każda dziewczyna woli mieć swoje własne wesele i nie dzielić się z nikim triumfem. Jakaż ona była miła, że nie zwracała uwagi na jego nietakty. Gdyby było ciemno, miałby chyba więcej odwagi, pocałowałby ją w rękę i powiedział to wszystko, na co miał ochotę.

- Kiedy mógłbym porozmawiać z pani ojcem?

- Im wcześniej, tym lepiej - rzekła, modląc się, aby rozluźnił uścisk jej dłoni i aby nie musiała krzyknąć z bólu.

Charles zerwał się z ławki, a Scarlett myślała przez chwilę, że wywinie koziołka. Opanował się jednak. Spojrzał na nią rozpromienionym wzrokiem, w którym odbijała się cała jego prosta, czysta dusza. Nigdy jeszcze dotąd nikt tak na nią nie patrzył i nikt nie miał nigdy tak na nią patrzyć, w swojej dziwnej obojętności zdołała jednak tylko pomyśleć, że Charles wygląda jak cielak.

- Pójdę teraz i odszukam pani ojca - powiedział cały w uśmiechach. - Nie mogę już czekać. Czy wybaczy mi pani... najdroższa? - To pełne czułości słówko przyszło mu z trudem, ale raz je wypowiedziawszy, powtórzył je znowu z wielką przyjemnością.

- Dobrze - odrzekła - poczekam tutaj. Bardzo tutaj chłodno i przyjemnie.

Przebiegł przez trawnik, znikł za domem i Scarlett została sama pod szumiącym dębem. Mężczyźni odjeżdżali śpiesznie sprzed stajen, za nimi zaś służący - Murzyni. Młodzi bracia Munroe wymachiwali na odjezdnym kapeluszami, a Fontaine'owie i Calvertowie, śpiewając, jechali już gościńcem. Czterej Tarletonowie minęli ją pędem. Brent krzyknął do niej:

- Mama daje nam swoje konie! Iii-aaj-ii!

- Kępki trawy wzbiły się w powietrze i Scarlett znowu została sama.

Biały dom o wysokich kolumnach wznosił się przed nią, zamknięty w swojej dystyngowanej rezerwie. Już nigdy nie będzie jej domem. Ashley nigdy nie przeniesie jej na rękach przez próg jako swojej oblubienicy. Och, Ashleyu, Ashleyu! Co ja zrobiłam! Głęboko w duszy, pod pokładami zranionej dumy i zimnego wyrachowania, coś boleśnie zadrgało. Rodziło się w niej dojrzałe uczucie, mocniejsze od próżności i upartego egoizmu. Kochała Ashleya, wiedziała, że go kocha, i nigdy bardziej za nim nie tęskniła jak w owej chwili, gdy Charles znikał za zakrętem wąskiej ścieżki.

Rozdział 2

Kiedy Tarletonowie odjechali i umilkły odgłosy kopyt, Scarlett, stojąca dotąd nieruchomo na ganku, zawróciła do swego krzesła jak lunatyczka. Twarz miała sztywną z bólu, usta paliły ją od rozciągania w wymuszonych uśmiechach, którymi pokrywała swój sekret. Usiadła ciężko z jedną nogą podwiniętą pod siebie, a serce jej tak bardzo nabrzmiało cierpieniem, że zdawało się nie mieścić w piersiach. Biło szybko i nierówno, ręce miała zimne, przepełniało ją poczucie klęski. Na twarzy jej malowało się zdumienie rozpieszczonego dziecka - dziecka, którego zachcianki zawsze spełniano i które po raz pierwszy styka się z brutalnością życia.

Ashley zaręczony z Melanią Hamilton!

Och, to chyba nieprawda! Tarletonowie się mylą. Wypłatali jej swoim zwyczajem figla. Ashley na pewno, na pewno nie kocha Meli. Niepodobna się przecież kochać w tak niepozornej osóbce jak Mela. Scarlett przypomniała sobie ze wzgardą drobną, dziecinną figurkę Melanii, jej poważną, owalną twarzyczkę, nieładną, raczej nawet brzydką. Ashley nie widywał jej ostatnio wcale. W Atlancie był co najwyżej dwa razy od czasu, gdy Hamiltonowie bawili rok temu w Dwunastu Dębach. Nie, Ashley nie mógł być zakochany w Meli, ponieważ - och, nie, nie myli się z pewnością! - ponieważ kochał ją! Ona, Scarlett, była jedyną, którą kochał! Tego była pewna!

Scarlett usłyszała z holu ciężkie, rąbane kroki Mammy, szybko więc usiadła jak należy i postarała się doprowadzić twarz do względnego porządku. Byłoby źle, gdyby Mammy domyśliła się czegoś. Mammy była przekonana, że panuje niepodzielnie nad O'Harami, że rządzi ich ciałami i duszami, że ich tajemnice są jej własnością, i węszyła jak pies gończy za najmniejszym nawet śladem sekretu. Scarlett wiedziała z doświadczenia, że jeżeli nie zaspokoi natychmiast ciekawości Mammy, niania omówi sprawę z jej matką, a wtedy Scarlett albo będzie zmuszona wyznać wszystko Ellen, albo wymyślić jakieś odpowiednie kłamstwo.

Z holu wynurzyła się wielka czarna kobieta o małych, przenikliwych oczkach słonia. Była lśniącej, prawdziwej afrykańskiej czarności. Oddana całą duszą rodzinie O'Harów, stanowiła podporę Ellen, plagę jej trzech córek i postrach reszty służących. Mammy, chociaż Murzynka, miała równie wysokie czy nawet wyższe niż jej właściciele pojęcie o godziwym sposobie postępowania i równie wielką dumę.

Wychowała się w sypialni Solange Robillard, matki Ellen O'Hara, wytwornej, zimnej, wyniosłej Francuzki, która ani dzieciom, ani służbie nie szczędziła kar za najmniejsze wykroczenie przeciw temu, co wypada. Była piastunką Ellen i po jej ślubie przyjechała z nią z Savannah. Mammy lubiła karcić tych, których kochała. A ponieważ miłość jej do Scarlett i duma z niej były niezmierne, proces karcenia trwał prawie nieprzerwanie.

- Czy młodzi panowie odjechali? Dlaczego nie prosiłaś ich, aby zostali na kolacji, Scarlett? Powiedziałam Porkowi, aby położył dla nich nakrycia na stole. Jakież ty masz maniery?

- Och, tak mnie znudzili swoim opowiadaniem o wojnie, że nie mogłabym już tego znieść przy kolacji, tym bardziej że tatuś pewnie by im pomógł i zacząłby pomstować na prezydenta Lincolna.

- Masz równie złe maniery jak zwykła wyrobnica z pola, mimo że i pani Ellen, i ja takeśmy się nad tobą namęczyły. No i dlaczego siedzisz tutaj bez szala? Zaraz schwyci chłód. A przecież powtarzam ci ciągle, że dostaje się gorączki od siedzenia na chłodzie bez ciepłego szala na ramionach. Wejdź do pokoju, Scarlett.

Scarlett odwróciła się od Mammy z udanym lekceważeniem, zadowolona, że Murzynka, zajęta sprawą szala, nie zwróciła uwagi na wyraz jej twarzy.

- Nie, chcę siedzieć tutaj i patrzeć, jak słońce zachodzi. Piękny dziś zachód. Przynieś mi szal. Proszę cię, Mammy, zrób to dla mnie, a ja tu posiedzę, aż papa wróci do domu.

- Masz taki głos, jak gdybyś już złapała katar - rzekła Mammy podejrzliwie.

- Nie, nic mi nie jest - odparła ze zniecierpliwieniem Scarlett. - Przynieś mi szal.

Mammy poczłapała do holu i Scarlett usłyszała, jak cicho woła do pokojówki na górze:

- Rosa, Rosa! Zrzuć mi tu szal panny Scarlett. - Potem głośniej: - Przebrzydła Murzynka! Nigdy jej nie ma tam, gdzie powinna być. Teraz muszę sama włazić na schody.

Scarlett usłyszała skrzypienie schodów i cicho wstała. Mammy, wróciwszy, zacznie znowu kazanie na temat niegościnności Scarlett, Scarlett zaś czuła, że teraz, gdy jej serce pęka, nie zniesie gadaniny o tak błahej sprawie. Kiedy tak stała niezdecydowana, zastanawiając się, gdzie by się ukryć, dopóki ból w sercu nie ustąpi, przyszła jej do głowy myśl, która przyniosła iskierkę nadziei. Ojciec jej pojechał tego popołudnia do Dwunastu Dębów, plantacji Wilkesów, w sprawie kupna Dilcey, tęgiej żony jego lokaja, Porka. Dilcey była przodownicą i akuszerką w Dwunastu Dębach, więc od czasu swego małżeństwa przed sześciu miesiącami Pork dniem i nocą zamęczał swego pana w sprawie jej kupienia do Tary. Tego dnia Gerald, czując, że nie oprze się jego namowom, zdecydował się wreszcie kupić Dilcey.

Z pewnością - myślała Scarlett - papa będzie wiedział, ile jest prawdy w tej strasznej plotce. Jeżeli nawet nie wie nic konkretnego, zauważył pewnie lub wyczuł podniecenie w rodzinie Wilkesów. Jeżeli uda mi się porozmawiać z nim na osobności przed kolacją, dowiem się może prawdy - że mianowicie bliźnięta znowu mi spłatały figla.

Zbliżała się pora powrotu Geralda. Aby go zobaczyć bez świadków, Scarlett postanowiła poczekać na niego w miejscu, gdzie podjazd łączył się z szosą. Zeszła cicho po schodkach, oglądając się chyłkiem, by upewnić się, czy Mammy nie patrzy na nią z okien pierwszego piętra. Nie widząc między firankami szerokiej czarnej twarzy w białym turbanie, wysoko uniosła zieloną kwiaciastą suknię i pobiegła po ścieżce w stronę szosy tak szybko, jak mogły ją unieść nogi w małych, sznurowanych wstążką pantofelkach.

Gałęzie ciemnych cedrów rosnących po obu stronach żwirowanego podjazdu łączyły się tak, że długa aleja wyglądała jak ciemny tunel. Kiedy Scarlett znalazła się pod sękatymi konarami drzew, poczuła się bezpieczna i zwolniła kroku. Zadyszała się, bo miała mocno ściśniętą sznurówkę i nie mogła długo biec, zaczęła więc iść szybkim krokiem. Wkrótce znalazła się u końca alei i na szosie, ale przystanęła dopiero za dużą kępą drzew koło zakrętu.

Zarumieniona i zziajana usiadła na pniu i czekała na ojca. Powinien już być w domu, ale zadowolona była, że się spóźnia. Czekanie pozwoli jej odpocząć i uspokoić się, aby ojciec niczego nie mógł wyczytać z jej twarzy. Nadsłuchiwała tętentu kopyt końskich i wypatrywała ojca zjeżdżającego swoim zwyczajem na złamanie karku z pagórka. Minuty jednak mijały, a Gerald nie przyjeżdżał. Wyjrzała na drogę raz i drugi, i ból w jej sercu wezbrał na nowo.

Och, to na pewno nieprawda! - myślała. Dlaczego ojciec nie wraca?

Oczy jej błądziły po krętej szosie, krwawoczerwonej po porannym deszczu. W myślach kreśliła jej kierunek: w dół do leniwej rzeki Flint, poprzez błotniste, zarosłe koryto potem w górę, po zboczu pagórka aż do Dwunastu Dębów, gdzie mieszkał Ashley. Droga ta tylko to teraz znaczyła - wiodła do Ashleya i do pięknego białego domu z kolumienkami, który wieńczył wzgórze niczym grecka świątynia.

Och, Ashleyu, Ashleyu! - myślała z szybkim biciem serca.

Zimne przerażenie i poczucie klęski, które przygniotły ją w chwili, gdy młodzi Tarletonowie opowiedzieli jej o zaręczynach, usunęły się na dalszy plan, a miejsce ich zajęła namiętność, zrodzona już dwa lata temu.

Teraz wydawało jej się dziwne, że dorastając, tak mało uwagi zwracała na Ashleya. W dzieciństwie widywała go często, ale nigdy nie poświęcała mu wiele uwagi. Od tego jednak dnia przed dwoma laty, gdy Ashley, wróciwszy z trzyletniej podróży po Europie, złożył w Tarze swoje uszanownie, Scarlett kochała go, po prostu go kochała.

Stała wtedy na ganku, a on konno przejechał przez długą aleję, nosił szare sukienne ubranie i czarny szeroki krawat, który doskonale zdobił plisowaną koszulę. Jeszcze teraz dokładnie pamiętała najmniejsze szczegóły jego stroju, połysk butów, kameę z głową Meduzy w szpilce do krawata, szeroki panamski kapelusz, który Ashley zdjął w chwili, gdy ją spostrzegł. Zatrzymał się, rzucił lejce Murzynowi i stał, patrząc na Scarlett marzącymi, szarymi oczyma, rozjaśnionymi uśmiechem, stał w promieniach słońca, a jasne jego włosy lśniły jak srebrny hełm. Powiedział: "Jakżeś ty wyrosła, Scarlett" i lekko wszedłszy na schodki, pocałował ją w rękę. A jego głos! Nigdy nie zapomni drżenia w sercu, gdy usłyszała jak gdyby po raz pierwszy ten dźwięczny, przeciągły, melodyjny głos.

Zapragnęła go w tej pierwszej sekundzie, zapragnęła tak po prostu i naturalnie, jak pragnie się jedzenia, przejażdżki konnej czy miękkiego łóżka, na którym można by spocząć.

Przez dwa ostatnie lata Ashley towarzyszył jej na bale, pikniki i zebrania w dni sądowe, nie tak często jak młodzi Tarletonowie czy Cade Calvert, nie narzucając się nigdy jak młodsi Fontaine'owie, przeciętnie jednak odwiedzając ją raz na tydzień w Tarze.

Prawda, że nigdy się do niej nie zalecał i że jego jasne, szare oczy nigdy nie rozżarzyły się tym gorącym ogniem, który Scarlett tak często widywała w oczach innych mężczyzn. A jednak mimo to pewna była, że Ahsley ją kocha. Nie myliła się z pewnością. Instynkt silniejszy od rozsądku i zrodzonej z doświadczenia wiedzy mówił jej, że Ashley ją kocha. Oczy jego, gdy na nią patrzył, nie były zamglone ani dalekie, lecz wyrażały tęsknotę i smutek, który ją zastanawiał. Wiedziała, że Ashley ją kocha. Dlaczego jej o tym nigdy nie mówił? Tego nie mogła pojąć. Jednak nie tylko tego w nim nie rozumiała.

Był zawsze dla niej miły, ale daleki, nieprzystępny. Nikt nie wiedział, o czym Ashley myśli, najmniej zaś wiedziała o tym Scarlett. W okolicy, w której każdy mówił, co ma na myśli, z chwilą gdy sobie to pomyślał, rezerwa Ashleya stawała się dręcząca. Celował jak inni młodzieńcy w zwykłych rozrywkach hrabstwa - polowaniu, grze w karty, tańcu i polityce, i był najlepszym w okolicy jeźdźcem - różnił się tym jednak od innych, że tych przyjemności nie uważał za cel i treść życia. W swoim zainteresowaniu dla książek, muzyki i pisaniu wierszy był zupełnie odosobniony.

Och, czemu był tak jasnowłosy i przystojny, tak uprzejmy i daleki, tak wściekle nudny, gdy mówił o Europie, książkach, muzyce, poezji i rzeczach, które nie interesowały Scarlett wcale - czemu był tak bardzo godzien miłości? W noce po spędzonych z Ashleyem szarych godzinach Scarlett rzucała się bezsennie na łóżku i pocieszała tylko myślą, że już za następnym widzeniem Ashley oświadczy się jej z pewnością. Przychodził jednak następny raz i mijał - a skutku nie było: tylko zżerająca ją namiętność stawała się silniejsza.

Kochała go, pragnęła go, ale nie rozumiała. Była tak bezpośrednia i prosta jak wiatry wiejące nad Tarą i żółta rzeka, która wiła się dokoła, i do końca swoich dni nie miała zrozumieć żadnej skomplikowanej sprawy. W osobie Ashleya po raz pierwszy w swoim życiu zetknęła się z naturą złożoną.

Ashley był potomkiem ludzi, którzy wolny swój czas poświęcali myśleniu, a nie działaniu - snuciu barwnych marzeń, które nie miały w sobie ani cienia realności. Żył w wewnętrznym swoim świecie, o wiele piękniejszym od Georgii, i do rzeczywistości powracał z niechęcią. Przypatrywał się ludziom, ale nie darzył ich sympatią ani ich nie nienawidził. Przypatrywał się życiu, ale bez smutku i bez zapału. Przyjmował wszechświat i swoje w nim miejsce bez buntu i wzruszając ramionami, wracał do muzyki i książek, do swojego lepszego świata.

Czym przykuł do siebie Scarlett, która go nie rozumiała wcale, Scarlett sama nie wiedziała. Inność jego potęgowała jej ciekawość - niczym drzwi, które by nie miały ani klucza, ani zamka. Wszystko to, czego w nim nie rozumiała, wzmagało jej miłość, a jego dziwne, pełne rezerwy zaloty umacniały tylko w niej postanowienie, że zdobędzie go sobie na własność. Że Ashley oświadczy się jej kiedyś - o tym nie wątpiła nigdy, ponieważ była zbyt młoda i zbyt rozpieszczona, aby znać smak niepowodzenia. Teraz zaś jak piorun spadła na nią ta straszna wieść. Ashley zaręczony z Melanią! Nie, to nie może być prawdą!

Ależ przecie dopiero tydzień temu, kiedy o zmroku wracali z Fairhill do domu, Ashley powiedział: "Scarlett, mam ci coś tak ważnego do powiedzenia, że wcale nie wiem, jak ci to powiedzieć".

Spuściła oczy skromnie, serce jej zabiło szybko i rozkosznie. Pomyślała, że wielki moment wreszcie nadszedł. Potem Ashley dodał: "Nie teraz! Jużeśmy prawie w domu i nie mamy zbyt wiele czasu. Och, Scarlett, jakimże ja jestem tchórzem!". I spiąwszy konia ostrogami, szybko pocwałował w stronę Tary.

Scarlett, siedząc teraz na pniu, myślała o tych słowach, które takim ją napełniły szczęściem, i nagle nadała im inne, straszne znaczenie. A cóż, jeżeli chciał jej wtedy powiedzieć o swoich zaręczynach...

Och, oby papa wrócił wreszcie do domu! Nie zniesie tej niepewności ani chwili dłużej. Spojrzała ze zniecierpliwieniem na drogę i znowu doznała zawodu.

Słońce stało teraz poniżej horyzontu i czerwony żar na kraju świata z wolna różowiał. Niebo zmieniało się stopniowo z lazurowego w niebieskozielone i nieziemska cisza wiejskiego zmierzchu kładła się dokoła. Cienisty mrok opadł na pola. Czerwone bruzdy i wyboista wonna droga straciły swą magiczną barwę krwi i stały się zwykłe, brunatne. Za drogą, na pastwisku, konie, muły i krowy czekały spokojnie, położywszy łby na płocie, aż je ludzie popędzą do stajni i obór. Nie lubiły widocznie cienia zarośli brzeżących strumyk na pastwisku, bo strzygły uszami na Scarlett, jak gdyby ceniąc sobie towarzystwo ludzkiej istoty.

W dziwnym półświetle wyniosłe sosny nad brodem, tak soczyście zielone w świetle słonecznym, na tle pastelowego nieba stawały się rzędem czarnych olbrzymów, kryjących leniwą żółtą wodę u swych stóp. Na pagórku za rzeką wysokie kominy białego domu Wilkesów zlewały się stopniowo z ciemnością starych, otaczających go dębów i tylko światełka drobne jak łebki szpilek wskazywały, że w tej stronie mieszkają ludzie. Otaczała Scarlett wilgotna, ciepła balsamiczność wiosny, tchnąca wonią zoranej ziemi i młodych nikłych pędów.

Zachód słońca, wiosna i świeża zieleń nie wydawały się Scarlett cudem. Przyjmowała ich piękno za rzecz tak oczywistą jak powietrze, którym oddychała, i woda, którą piła, ponieważ nigdy świadomie nie szukała w niczym piękna - z wyjątkiem twarzy kobiecych, koni, jedwabnych sukien i innych rzeczy namacalnych. Mimo to pogodny półmrok nad polami Tary przyniósł ukojenie jej niespokojnym myślom. Nie wiedząc o tym wcale, że bardzo kocha tę ziemię, kochała ją nie mniej niż twarz matki pod lampą w czasie wieczornej modlitwy.

Geralda ciągle jeszcze nie było słychać na cichej krętej drodze. Gdyby Scarlett miała czekać zbyt długo, mogła być pewna, że Mammy wyjdzie jej szukać i przy akompaniamencie wymówek zapędzi do domu. Ale w chwili gdy wytężając wzrok, wypatrywała ojca na ciemnej drodze, usłyszała stukot kopyt na pastwisku u stóp pagórka i zobaczyła, jak konie i krowy rozbiegają się w popłochu. Gerald O'Hara wracał pędem przez pola do domu. Wjechał galopem na wzgórze. Z daleka, na rosłym wierzchowcu o cienkich pęcinach, wyglądał jak chłopiec na zbyt dużym koniu. Długie jego siwe włosy rozwiewały się w biegu, poganiał konia szpicrutą i głośnym krzykiem.

Mimo że tak pełna własnych niepokojów, Scarlett przyglądała się ojcu z czułością i dumą, bo Gerald był doskonałym jeźdźcem.

Ciekawam, dlaczego ojciec zawsze tak skacze przez płoty, kiedy trochę wypije - myślała. I robi to stale, mimo tego wypadku w zeszłym roku, gdy złamał sobie kolano. Wcale się nie nauczył rozumu, choć przysiągł mamie pod słowem honoru, że nigdy nie będzie już skakać.

Scarlett nie bała się ojca i była z nim w zażylszych stosunkach niż z siostrami. Skakanie przez płoty i ukrywanie tego w tajemnicy przed żoną napawało Geralda chłopięcą dumą i przekorną radością, bardzo podobną do przyjemności, jaką Scarlett czerpała z każdego podejścia Mammy. Teraz wstała nawet ze swego pnia, aby się ojcu lepiej przyjrzeć.

Wielki koń dobiegł do płotu, zebrał się w sobie i wzbił w górę jak ptak, jeździec zaś krzyknął z zachwytu, śmignął batem w powietrzu, a siwe włosy rozwiały mu się wokół głowy. Gerald nie widział córki stojącej w cieniu. Na drodze ściągnął cugle, klepiąc z uznaniem konia po szyi.

- Nie ma drugiego w całym hrabstwie ani w całym stanie, który by ci mógł dorównać - powiedział z dumą do konia; irlandzki akcent ciążył dotąd na jego wymowie, mimo że Gerald już trzydzieści dziewięć lat mieszkał w Ameryce. Potem zabrał się pośpiesznie do przygładzania włosów, poprawiania zmiętej koszuli i krawata, który przekręcił mu się aż za ucho. Scarlett wiedziała, iż celem tego gwałtownego doprowadzania się do porządku było przekonanie żony, że wracał do domu jak przystało na dżentelmena: spokojnie i stępa. Wiedziała także, że teraz ma dobrą sposobność rozpoczęcia rozmowy bez odsłaniania jej istotnego celu.

Roześmiała się głośno. Gerald przestraszył się tego dźwięku. Potem, gdy poznał córkę, rumiana jego twarz przybrała wyraz na poły wyzywający, na poły zakłopotany. Zsiadł z konia z pewnym trudem, bo kolano miał po swoim wypadku sztywne, i zarzucając sobie lejce na ramię, pokuśtykał do Scarlett.

- No co, panienko? - rzekł, szczypiąc ją w policzek. - A więc szpiegowałaś mnie teraz, tak, jak w zeszłym tygodniu twoja siostra Suellen. Obgadasz mnie pewnie przed mamusią?

W ochrypłym jego, niskim głosie brzmiało oburzenie, ale i nutka pochlebstwa. Scarlett zamiast odpowiedzi mlasnęła tylko językiem o zęby i wyciągnęła ręce, aby poprawić ojcu krawat. Oddech Geralda przesycony był zapachem whisky i mięty. Unosiła się także dokoła niego woń tytoniu do żucia, dobrze naoliwionej skóry i koni - kombinacja zapachów, które Scarlett zawsze łączyła z osobą ojca i bezwiednie lubiła u innych mężczyzn.

- Nie, papo, ja nie jestem plociuchem jak Suellen - zapewniła go, cofając się, aby krytycznym spojrzeniem ocenić jego doprowadzony do porządku wygląd.

Gerald był mężczyzną niskiego wzrostu, miał niewiele więcej nad pięć stóp, ale był tak szeroko zbudowany i kark miał tak gruby, że gdy siedział, ludzie nieznający go mogli przypuszczać, że jest roślejszy i wyższy. Szeroki jego tułów spoczywał na krótkich, mocnych nogach, zawsze wytwornie obutych i zawsze szeroko rozstawionych jak u nadrabiającego postawą małego chłopca. Ludzie małego wzrostu są przeważnie śmieszni, gdy nadrabiają miną, karłowaty kogut jednak cieszy się szacunkiem podwórka. Tak też rzecz się miała z Geraldem. Nikt nie ośmieliłby się nawet pomyśleć, że Gerald O'Hara jest śmieszną małą figurką.

Miał lat sześćdziesiąt, kędzierzawe jego włosy były bielutkie, ale sprytna twarz zupełnie niepomarszczona, a jasnoniebieskie małe oczy pełne beztroskiej młodości człowieka, który nigdy się nie głowił nad sprawami bardziej abstrakcyjnymi niż liczba kart, jakie ma dokupić w pokerze. Miał twarz najtypowiej irlandzką, okrągłą, rumianą, zawadiacką twarz o krótkim nosie i szerokich ustach.

Pod tymi sangwinicznymi pozorami kryło się najczulsze z serc. Nie mógł znieść, gdy niewolnik martwił się z powodu nagany, choćby dobrze zasłużonej, ani gdy miauczał kociak lub płakało dziecko. Wstydził się jednak przyznać do tej słabości. Nie wiedział o tym, że każdy, kto go poznał, w ciągu pięciu minut odkrywał dobroć jego serca. Próżność jego cierpiałaby zresztą nad tym, bo lubił myśleć, że kiedy mocnym głosem wydaje rozkazy, wszyscy drżą i słuchają go ślepo. Nigdy mu nie przyszło na myśl, że tylko jednemu głosowi plantacja jest posłuszna - cichemu głosowi jego żony Ellen. Była to tajemnica, której Gerald nie miał nigdy poznać, bo wszyscy, poczynając od Ellen, a kończąc na najgłupszym parobku, łączyli się w milczącej i dobrotliwej zmowie, żeby utrzymywać go w mniemaniu, iż słowo jego jest prawem.

Scarlett mniej jeszcze od innych przejmowała się gniewem i krzykami ojca. Była najstarsza w rodzinie i teraz, odkąd Gerald już wiedział, że nie będzie miał synów, którzy by mu zastąpili trzech pochowanych na rodzinnym cmentarzyku, zaczął ją traktować jak równy równego, co bardzo jej przypadło do gustu. Scarlett więcej cech odziedziczyła po ojcu niż jej młodsze siostry, bo Careen, a właściwie Carolina Irena, była wrażliwa i rozmarzona, Suellen zaś - Susan Elinor - chełpiła się swoją elegancją i dystynkcją.

Co więcej, Scarlett związana była z ojcem milczącym przymierzem. Jeżeli Gerald przyłapał ją na przełażeniu przez płot - bo nie chciało jej się chodzić do odległej o pół mili bramy - lub siedzącą zbyt późno na ganku w towarzystwie adoratora, karcił ją osobiście i gwałtownie, ale nie wspominał o tym Ellen ani Mammy. Kiedy zaś Scarlett widziała, że ojciec przesadza płoty po solennym przyrzeczeniu, że tego nie będzie robił, albo dowiadywała się, ile naprawdę przegrał w pokera - co nie było rzeczą trudną wobec szybkiego kursowania plotek w hrabstwie - w przeciwieństwie do Suellen nie mówiła o tym nigdy przy stole. Scarlett i ojciec zapewnili się uroczyście nawzajem, że podawanie takich spraw do wiadomości Ellen sprawiłoby jej tylko przykrość, obydwoje zaś pod żadnym pozorem nie chcieli ranić jej serca.

Scarlett przyglądała się ojcu w gasnącym świetle i nie wiedząc dlaczego, poczuła się raźniej w jego obecności. Miał w sobie żywotność, przyziemność, pewne nieokrzesanie, które dobrze na nią działały. Jako istota niepotrafiąca niczego analizować, nie zdawała sobie sprawy, że dzieje się tak, ponieważ odziedziczyła w pewnej mierze te cechy swego ojca i nawet szesnaście lat wysiłków ze strony Ellen i Mammy nie mogło ich w niej zdusić.

- Teraz wyglądasz bardzo przyzwoicie - rzekła - i nie przypuszczam, aby ktokolwiek domyślił się, żeś znowu broił, chyba że głośno się do tego przyznasz. Zdaje mi się jednak, że po złamaniu nogi w zeszłym roku skakanie przez ten sam płot...

- Niech mnie licho porwie, jeżeli pozwolę własnej córce dyktować sobie, przez co mam skakać, a przez co nie! - krzyknął, szczypiąc ją po raz drugi w policzek. - To moja sprawa, która nikogo nie powinna obchodzić. Poza tym zaś, panienko, co ty właściwie robisz o tej porze, bez szala, na szosie, sama?

Widząc, że ojciec sprytnym manewrem chce się wykręcić od nieprzyjemnej rozmowy, Scarlett wzięła go pod ramię i powiedziała:

- Czekałam tu na ciebie. Nie myślałam, że tak bardzo się spóźnisz. Chciałam wiedzieć, czyś kupił Dilcey.

- Kupić kupiłem, ale cena mnie zrujnowała. Kupiłem ją i jej małą córeczkę Prissy. John Wilkes chciał mi je odstąpić darmo, ale nie mogłem przecież dopuścić do tego, aby mówiono, że Gerald O'Hara korzysta w interesach z przyjaźni. Zmusiłem go do przyjęcia trzech tysięcy za obie.

- Na miłość boską, papo, trzy tysiące! Przecież wcale nie musiałeś kupować Prissy!

- Czy to już takie teraz czasy nastały, że rodzona córka krytykuje ojca? - krzyknął Gerald. - Prissy jest miłą dziewczynką, więc...

- Znam ją. Jest głupim, podstępnym stworzeniem - odparła Scarlett spokojnie, niewzruszona krzykiem ojca. - I kupiłeś ją prawdopodobnie tylko na prośbę Dilcey.

Gerald był wyraźnie zbity z tropu i zakłopotany jak zwykle, gdy odkrywano jego dobre uczynki, Scarlett zaś śmiała się już teraz otwarcie z jego naiwności.

- No, a jeżeli tak nawet było? Czy opłaciło mi się kupować Dilcey, gdym wiedział, że będzie mi tu cały czas tęskniła za dzieckiem? Już nigdy w życiu nie pozwolę, aby mój Murzyn żenił się z kobietą z innej plantacji. Zbyt droga przyjemność. No chodź, kochanie, pójdziemy na kolację.

Cienie zgęszczały się teraz, ostatni zielonkawy blask znikł z nieba i lekki chłód mroził wiosenne powiewy. Scarlett jednakże szła, ociągając się, rozmyślając nad tym, jak zacząć rozmowę o Ashleyu, by Gerald nie domyślił się jej prawdziwych intencji. Sprawiało jej to trudność, dyplomatyzowanie nie było jej mocną stroną, Gerald zaś był tak do niej podobny, że zawsze odkrywał jej podstępy - tak samo zresztą, jak Scarlett jego. Robił to zaś w sposób raczej nietaktowny.

- Jakże się tam wszyscy miewają w Dwunastu Dębach?

- Jak zwykle. Cade Calvert był tam także, więc kiedy załatwiłem sprawę Dilcey, siedliśmy na balkonie i piliśmy trochę. Cade wrócił właśnie z Atlanty i opowiadał, że wszyscy tam bardzo zdenerwowani i że mówią o wojnie i...

Scarlett westchnęła. Skoro Gerald raz zaczął o wojnie i secesji, mógł mówić bez przerwy przez godzinę lub więcej. Spróbowała więc z innej strony.

- A nic nie mówili o jutrzejszej barbecue?

- A tak, przypominam sobie teraz, że mówili. Panna... jakże się ona nazywa?... Ta miła mała panieneczka, która tu była w zeszłym roku, wiesz, ta kuzynka Ashleya... już wiem: panna Melania Hamilton... ona i brat jej Charles przyjechali już z Atlanty i...

- Ach, to ona przyjechała?

- Tak, przyjechała. Jest miła, cichutka i nigdy niepytana słowa nie piśnie, jak przystało prawdziwej damie. Chodź teraz, córko, nie marudź. Matka będzie nas szukać.

Serce Scarlett zadrżało na tę nowinę. Wbrew wszystkiemu wierzyła jeszcze, że coś nieprzewidzianego zatrzyma Melanię Hamilton w Atlancie, gdzie było jej właściwe miejsce - kiedy więc usłyszała, że nawet jej ojcu podoba się łagodne, spokojne usposobienie Meli, tak różne od jej własnego, postanowiła zagrać w otwarte karty.

- A czy Ashley był także z wami?

- Tak, był - Gerald odsunął od siebie córkę i popatrzył przenikliwie w jej twarz. - Jeżeli po to wyszłaś na drogę, aby mnie o niego zapytać, dlaczego mi od razu nie powiedziałaś, tylko owijałaś sprawę w bawełnę?

Żadna odpowiedź nie przychodziła Scarlett do głowy, a przy tym czuła, że rumieni się z przykrości.

- No, dlaczego nie odpowiadasz?

Nadal nic nie mówiła, złorzecząc się w duchu, że nie może własnym ojcem mocno potrząsnąć i powiedzieć mu, aby zamknął buzię.

- Ashley był, bardzo grzecznie pytał o ciebie, tak samo jak jego siostry, i wszyscy wyrażali nadzieję, że z pewnością zobaczą cię jutro na barbecue. Pewien jestem i ja, że cię jutro zobaczą - rzekł chytrze. - A teraz, córeczko, powiedz, co to za sprawa między tobą a Ashleyem?

- Kiedy między nim a mną nie ma żadnej sprawy - odparła krótko, przytulając się do ramienia ojca. - Chodźmy do domu, tatusiu.

- A więc z kolei ty chcesz wracać - zauważył. - Ja jednak zostanę tutaj, póki mi nie wytłumaczysz, jak sprawy stoją. Teraz uprzytomniam sobie, że byłaś ostatnio jakaś dziwna. Czyżby ci Ashley głowę zawrócił? Czy oświadczył ci się?

- Nie - odrzekła krótko.

- I nie oświadczy się wcale - rzekł Gerald.

Pasja nią zatrzęsła, ale ojciec skinieniem ręki nakazał jej spokój.

- Trzymaj język za zębami, panienko! Dziś po południu dowiedziałem się od Johna Wilkesa w najściślejszej dyskrecji, że Ashley żeni się z panną Melanią. Zaręczyny zostaną ogłoszone jutro.

Ręka Scarlett, obejmująca ramię ojca, opadła. A więc to była prawda!

Ból schwycił ją za serce mocno, jak kły dzikiego zwierzęcia. Czuła przy tym na sobie spojrzenie ojca trochę współczujące, trochę zakłopotane problemem, który trudno było rozwiązać. Kochał Scarlett, ale nie lubił, kiedy na niego spadały jej dziecinne kłopoty. Ellen znała wszystkie lekarstwa. Scarlett jej powinna była zwierzać swoje zmartwienia.

- A więc to tak? Więc robiłaś z siebie i z nas wszystkich widowisko? - wrzasnął, podnosząc głos jak zwykle w chwilach podniecenia. - Narzucałaś się mężczyźnie, który cię nie kocha... ty, która możesz mieć każdego z naszych tutejszych chłopców?

Złość i zraniona duma przyćmiły w niej na chwilę ból.

- Ja... nie narzucałam mu się wcale. To wszystko... dziwi mnie tylko.

- Zdaje mi się, że kłamiesz! - rzekł Gerald, po chwili zaś, patrząc w jej zbolałą twarz, dodał łagodnie: - Przepraszam cię, córeczko. Zrozum jednak, że jesteś jeszcze dzieckiem i masz całą masę innych wielbicieli.

- Mamusia miała piętnaście lat, kiedy wyszła za ciebie, a ja już mam szesnaście - rzekła Scarlett zdławionym głosem.

- Twoja matka była inna - odparł Gerald. - Nigdy nie była tak płocha jak ty. No, a teraz, Scarlett, uspokój się, zabiorę cię w przyszłym tygodniu do Charlestonu z wizytą do ciotki Eulalii i tam, w tym rozgardiaszu z powodu Fort Sumter, zapomnisz o Ashleyu w tydzień.

Uważa mnie za dziecko - pomyślała Scarlett, z żalu i wściekłości nie mogąc wydobyć z siebie słowa - sądzi, że jak mi pokaże nową zabawkę, od razu zapomnę o swoich guzach.

- No, no, tylko się nie marszcz tak na mnie - ostrzegł ją Gerald. - Gdybyś miała szczyptę rozumu, wyszłabyś już dawno za Stuarta albo Brenta Tarletona. Zastanów się nad tym, córeczko. Wyjdź za jednego z bliźniaków. Plantacje nasze połączą się wtedy, a Jim Tarleton i ja wybudujemy wam piękny dom, właśnie na samej granicy, w tym lasku sosnowym, i...

- Przestań mnie traktować jak dziecko! - zawołała Scarlett. - Nie chcę jechać do Charlestonu ani mieć domu, ani wyjść za żadnego z bliźniaków. Chcę tylko... - Przerwała, ale już za późno.

Głos Geralda brzmiał dziwnie spokojnie. Mówił wolno, jak gdyby wydobywając słowa z rzadka używanego zapasu myśli:

- Chcesz tylko Ashleya i nie będziesz go nigdy miała. A gdyby nawet Ashley chciał się z tobą ożenić, niechętnie bym się na to zgodził, mimo wielkiej przyjaźni, jaka mnie łączy z Johnem Wilkesem. - Widząc zaś jej zdumione spojrzenie, mówił dalej: - Chcę, aby moja córka była szczęśliwa, a z nim szczęśliwa nie byłabyś nigdy.

- Ach, byłabym, była!

- Pewien jestem, że nie, córeczko. Małżeństwo jest tylko wtedy szczęśliwe, kiedy łączą się ze sobą ludzie podobni.

Scarlett miała zdradziecką ochotę wykrzyknąć: "Ale wy jesteście przecież szczęśliwi z mamusią, a wcale nie jesteście do siebie podobni!". Powstrzymała się w obawie, że ojciec skórę jej wygarbuje za taką zuchwałość.

- My różnimy się bardzo od Wilkesów - ciągnął wolno, szukając słów. - Wilkesowie różnią się od wszystkich naszych sąsiadów... ba, od wszystkich rodzin, jakie kiedykolwiek w życiu znałem. To są dziwni ludzie, najlepiej więc, aby pobierali się między sobą w rodzinie i dziwactwa swoje zachowywali dla siebie.

- Ależ papo, Ashley nie jest...

- Zamilcz, malutka! Nic nie mam przeciw temu chłopcu, bo lubię go bardzo. A kiedy mówię "dziwny", nie myślę "postrzelony". Ashley nie tak jest dziwny jak Calvertowie, którzy cały majątek potrafią postawić na konia, czy Tarletonowie, w których każdym pokoleniu zdarza się nałogowy pijak, czy Fontaine'owie, porywcze i brutalne chłopaki, skore do mordowania ludzi pod byle pozorem. Ten rodzaj dziwactwa jest łatwo zrozumiały, to pewne, i z łaski Pana Boga Gerald O'Hara tylko przypadkiem tych wad nie posiada! Nie zdaje mi się także, aby Ashley miał kiedyś uciec od żony z inną kobietą czy bić swoją żonę. Byłabyś szczęśliwsza, gdyby to robił, bo to jest przynajmniej zrozumiałe. Ale on jest dziwny pod innymi względami i zrozumieć go w ogóle nie można. Lubię go, ale według mnie większa część tego, co mówi, nie ma żadnego sensu. Powiedz mi szczerze, malutka, czy ty rozumiesz tę jego gadaninę o książkach i poezji, muzyce, obrazach olejnych i takich tam głupstwach?

- Ach, tatusiu - zawołała Scarlett niecierpliwie - gdybym wyszła za niego, zmieniłabym w nim to wszystko!

- Ach tak, tak ci się wydaje? - rzekł Gerald złośliwie, rzucając jej ostre spojrzenie. - To tylko dowodzi, jak mało wiesz o mężczyznach w ogóle, nie mówiąc już o Ashleyu. Żadna żona w świecie nie potrafi zmienić męża na jotę, pamiętaj o tym. Cóż dopiero mówić o zmianie upodobań jednego z Wilkesów! Cała ich rodzina już taka jest i zawsze wszyscy byli tacy sami. I pewnie zawsze tacy będą. Powiadam ci: oni rodzą się dziwakami. Weźmy chociażby to ich jeżdżenie do Nowego Jorku lub Bostonu na opery czy wystawy obrazów! Albo to sprowadzanie całymi skrzyniami francuskich czy tam niemieckich książek od Jankesów! No siedzą u siebie, czytając i marząc Bóg wie o czym, zamiast czas spędzać na polowaniu czy kartach, jak inni, prawdziwi mężczyźni!

- Nikt w całym hrabstwie lepiej nie jeździ konno niż Ashley - oznajmiła Scarlett, wściekła, że ktoś Ashleyowi zarzuca zniewieściałość - nikt, z jednym może wyjątkiem jego ojca. A jeżeli chodzi o pokera, to któż jak nie Ashley wygrał od ciebie w Jonesboro dwieście dolarów w zeszłym tygodniu?

- Młodzi Calvertowie, jak widzę, naplotkowali ci znowu - rzekł Gerald z rezygnacją - inaczej nie mogłabyś wiedzieć, ile przegrałem. Ashley jeździ konno najlepiej i gra w pokera z najlepszymi graczami, i nawet ze mną, malutka! Nie przeczę także, że kiedy zasiądzie do wypitki, może spoić nawet Tarletonów. Robi te wszystkie rzeczy, ale robi je bez serca. Dlatego twierdzę, że jest dziwakiem.

Scarlett umilkła i serce jej zmartwiało. Nie mogła ojcu nic odpowiedzieć, bo czuła, że ma rację. Ashley tych wszystkich rzeczy, które tak świetnie potrafił, nie robił z przejęciem. Zdradzał mierne zainteresowanie dla spraw, które innych zajmowały najżywiej.

Tłumacząc sobie milczenie Scarlett w sposób właściwy, Gerald poklepał ją po ramieniu i rzekł z triumfem:

- No widzisz, Scarlett! Przyznajesz, że mam rację. Cóż byś ty poczęła z takim mężem jak Ashley? To jacyś pomyleni ludzie, ci wszyscy Wilkesowie. - Po chwili zaś dodał łagodząco: - Chociaż wspomniałem przed chwilą młodych Tarletonów, to wcale nie znaczy, abym ich popierał. To porządni chłopcy, ale jeżeli upatrzyłaś sobie Cade'a Calverta na przykład, to rozumie się, że także nic nie będę miał przeciw temu. Calvertowie to przyzwoici ludzie, mimo że stary ożenił się z Jankeską. A kiedy mnie już nie będzie... Słuchaj, słuchaj mnie, kochanie! Zostawię Tarę tobie i Cade'owi.

- Nie chcę Cade'a, choćby był ze złota! - wykrzyknęła Scarlett z pasją. - I bardzo bym prosiła, abyś raz na zawsze przestał mi go swatać! Nie chcę Tary ani żadnej innej plantacji. Plantacje nic nie są warte, jeżeli...

Chciała powiedzieć "jeżeli nie ma się mężczyzny, którego się kocha", ale Gerald rozzłoszczony nonszalancją, z jaką potraktowała jego dar - Tarę, którą poza Ellen kochał najbardziej w świecie, ryknął groźnie:

- A więc ty, Scarlett O'Hara, ośmielasz się mnie powiedzieć, że Tara, ta nasza ziemia, nic nie jest warta?

Scarlett uparcie kiwała głową. Serce zanadto ją bolało, aby mogła się przejmować takim czy innym humorem ojca.

- Ziemia jest jedyną rzeczą w świecie, która jest coś warta. - krzyczał Gerald, wykonując krótkimi rękami gest oburzenia - bo to jest jedyna trwała rzecz w świecie! O tym nie zapominaj! To jedyna rzecz, dla której warto pracować, warto walczyć i warto umierać.

- Ach, papo - odrzekła wzgardliwie - mówisz jak typowy Irlandczyk!

- A czy ja się kiedykolwiek wypieram tego, że nim jestem? Przeciwnie, dumny jestem z tego. I proszę cię, nie zapominaj nigdy, córeczko, że i ty jesteś pół-Irlandką. A dla każdego, kto ma choćby kroplę krwi irlandzkiej w żyłach, ziemia, na której mieszka, jest jak matka. W tej chwili wstydzę się za ciebie. Ofiarowuję ci najpiękniejszą ziemię w świecie - poza hrabstwem Meath w mojej ojczyźnie - a ty co robisz? Kręcisz nosem!

Gerald zaczął już sam siebie podżegać do stanu przyjemnej pasji, kiedy powstrzymało go nagłe spojrzenie na zbolałą twarz Scarlett.

- Ale to prawda, że jesteś jeszcze młoda. Przyjdzie i na ciebie ta miłość do ziemi. Nie można od niej uciec, jeśli się pochodzi z Irlandii. Na razie jesteś dzieckiem, strapionym teraz z powodu chłopca. Kiedy dorośniesz, zrozumiesz, co to znaczy... Mówię ci, Scarlett, zdecyduj się na Cade'a, na jednego z bliźniaków albo na któregoś z młodych byczków Evana Munroego, a zobaczysz, jak pięknie cię urządzę!

- Och, tatusiu!

Gerald jednak był już zupełnie wyczerpany rozmową i zły, że na jego ramiona spadł taki problem. Rozżalony był także, że Scarlett miała zrozpaczoną minę, mimo że ofiarował jej do wyboru najlepszych chłopców okolicy i Tarę na dokładkę. Gerald lubił, aby prezenty jego przyjmowano klaskaniem w dłonie i całusami.

- A teraz dość już dąsów, panienko. Nie jest ważne, kto będzie twoim mężem, byleby to był dżentelmen, południowiec i człowiek dumny. Dla kobiety miłość zaczyna się po ślubie.

- Ach, tatusiu, to taki staroświecki pogląd! Tak typowo irlandzki!

- Ale mimo to słuszny! Cóż mi tam po tych amerykańskich zwyczajach pobierania się koniecznie z miłości - jak służba, jak Jankesi! Najlepsze małżeństwo jest wtedy, gdy rodzice wybierają męża dla córki. Bo powiedz sama, czy taka gąska jak ty może odróżnić przyzwoitego człowieka od łotra? Przypatrz się tylko Wilkesom. Dzięki czemu od wielu pokoleń są silni i dumni? No bo pobierają się z ludźmi podobnymi do siebie, bo pobierają się z kuzynami czy kuzynkami, których im wybierają rodzice.

- Och! - zawołała Scarlett, którą znowu targnął ból, bo słowa ojca uświadomiły jej na nowo nieodwołalną prawdę. Gerald patrzył na jej pochyloną głowę i niepewnie przestępował z nogi na nogę.

- Nie masz chyba zamiaru płakać? - zapytał pełen już teraz współczucia, niezgrabnie biorąc ją za podbródek i starając się podnieść jej twarz.

- Nie! - zawołała gwałtownie, wyrywając mu się.

- Zdaje mi się, że kłamiesz, ale dumny jestem z tego. Cieszę się, że masz dumę, malutka. I chcę, abyś tę dumę okazała jutro na zabawie. Nie życzę sobie, aby cała okolica plotkowała i śmiała się z ciebie, że wypłakujesz sobie serce za człowiekiem, który nic do ciebie nie czuł poza przyjaźnią.

A właśnie że czuł - pomyślała Scarlett ze smutkiem. Och, i jak czuł! Wiem o tym. Mogłabym przysiąc. Gdyby się tylko nadarzyła okazja, pewna jestem, że powiedziałby mi o tym. Och, gdyby ci Wilkesowie nie musieli się koniecznie żenić ze swymi kuzynkami!

Gerald wziął jej ramię i wsunął pod swoje.

- A teraz pójdziemy na kolację i wszystko zostanie między nami. Nie chcę tym wszystkim martwić mamusi, i ty także nic jej nie mów. Wytrzyj sobie nosek, córeczko.

Scarlett wytarła nos w swoją podartą chustkę i ramię w ramię z ojcem poszła przez ciemną aleję wjazdową, za nimi zaś wolno szedł koń. W bliskości domu Scarlett znowu chciała coś powiedzieć, ale w gęstym cieniu ganku zobaczyła matkę. Ellen miała na sobie czepek, szal i mitenki, za nią zaś stała Mammy o twarzy jak chmura gradowa i trzymała w ręku czarną skórzaną torbę, w której Ellen przechowywała bandaże i lekarstwa. Mammy miała wielkie usta o obwisłych wargach, a w chwilach oburzenia dolna warga wydłużała się jej jeszcze dwukrotnie. I teraz była wydłużona, więc Scarlett wiedziała, że Mammy pieni się, bo prawdopodobnie coś się dzieje nie po jej myśli.

- Panie O'Hara! - zawołała Ellen, widząc męża i Scarlett. Ellen należała do pokolenia kobiet, które mówiły do męża oficjalnie po siedemnastu latach małżeństwa i urodzeniu sześciorga dzieci. - Panie O'Hara, u Slatterych znowu ktoś chory. Dziecko Emmy już się urodziło, umiera podobno i musi zostać ochrzczone. Idę tam z Mammy zobaczyć, co można zrobić.

Głos jej brzmiał pytająco, jak gdyby zależało jej na zgodzie Geralda - co było formalnością bardzo jego sercu drogą.

- Na miłość boską! - zagrzmiał Gerald. - Czemuż to ta "biała nędza" zajmuje ci czas akurat w porze kolacji i wtedy w dodatku, gdy chciałem ci opowiedzieć, co mówią w Atlancie o wojnie! Ale idź, pani O'Hara. Nie mogłabyś spać spokojnie, gdybyś wiedziała, że coś gdzieś się stało bez twojej pomocy.

- Nie może spać spokojnie, bo lata po nocach, dogląda chorych Murzynów i "białą nędzę", która sama sobie nie może dać rady - zamruczała Mammy półgłosem, kiedy po schodach szła do czekającego przed bramą powozu.

- Zajmij moje miejsce przy stole, kochanie - rzekła Ellen, głaszcząc dłonią w mitence policzek Scarlett.

Mimo nieprzelanych, palących łez Scarlett drgnęła, czując dotknięcie matki, czując zapach werbeny, który unosił się z jej szeleszczącej jedwabnej sukni. Dla Scarlett Ellen była cudownym zjawiskiem, które mimo swojej stałej obecności napawało ją nieustannym zachwytem, czcią, spokojem.

Gerald pomógł żonie wsiąść do powozu i nakazał woźnicy jechać bardzo ostrożnie. Tobiasz, który od dwudziestu lat miał pieczę nad końmi Geralda, wydął wargi w niemym oburzeniu, że mu się zwraca uwagę, jak ma powozić. On i siedząca obok niego Mammy stanowili żywy symbol murzyńskiego oburzenia.

- Gdybym nie robił dla Slatterych darmo tego, za co gdzie indziej musieliby płacić - gniewał się Gerald - zgodziliby się na sprzedanie tych nędznych, bagnistych kilku akrów i okolica pozbyłaby się raz na zawsze tej "białej nędzy". - Potem rozjaśnił się, ciesząc się z góry na nowy figiel, który sobie obmyślił.

- Chodź, córeczko, powiem Porkowi, że zamiast kupić Dilcey, jego sprzedałem Johnowi Wilkesowi.

Rzucił uzdę swego konia Murzynkowi stojącemu nieopodal i wszedł po schodach do domu. Zapomniał już zupełnie o złamanym sercu Scarlett i zajęty był wyłącznie myślą o nastraszeniu lokaja. Scarlett szła za nim wolno, a nogi ciążyły jej jak ołowiane. Myślała o tym, że związek jej z Ashleyem nie byłby dziwniejszy od małżeństwa jej ojca z Ellen Robillard. Jak zwykle tak i teraz zastanawiała się nad tym, jakim sposobem jej hałaśliwy, niesubtelny ojciec zdołał ożenić się z kobietą taką jak jej matka, niełatwo bowiem było znaleźć dwoje ludzi bardziej różnych pod względem urodzenia, wychowania i całego sposobu myślenia.

Rozdział 5

Była godzina dziesiąta rano. Dzień kwietniowy był ciepły i złote światło słoneczne przenikało do pokoju Scarlett poprzez niebieskie firanki szerokiego okna. Kremowe ściany żarzyły się blaskiem, meble mahoniowe świeciły czerwienią wina, podłoga lśniła, jak gdyby była ze szkła, a dywaniki tworzyły na niej różnokolorowe plamy.

W powietrzu czuć już było zbliżanie się lata - georgijskiego, upalnego lata. Balsamiczne, łagodne ciepło przenikało do pokoju, ciężkie od zapachów kwiecia, świeżej zieleni drzew i wilgotnej, niedawno zoranej gleby. Z okna swego Scarlett mogła widzieć dwa rzędy żonkili tłoczących się wzdłuż żwirowanego podjazdu i złote masy żółtego jaśminu, które chyliły ku ziemi ukwiecone gałązki. Drozdy i sójki, zajęte walką o posiadanie drzewka magnoliowego pod jej oknami, przekrzykiwały się wzajemnie - sójki ostro, kłótliwie, drozdy płaczliwie i cicho.

Takie urocze poranki zwykle wywabiały Scarlett do okna; oparta łokciami o szeroki parapet upajała się zapachami i dźwiękami Tary. Ale tego dnia nie zwróciła uwagi ani na słońce, ani na lazurowe niebo, tylko pomyślała szybko: Bogu dzięki, że nie pada. Na łóżku leżała starannie złożona w dużym tekturowym pudełku zielona jedwabna suknia balowa, rozszywana koronką w kolorze écru. Zapakowana już była na drogę do Dwunastu Dębów, gdzie Scarlett miała ją włożyć na bal. Scarlett jednak wzruszyła tylko ramionami na jej widok. Jeżeli plan jej powiedzie się, nie będzie miała okazji nosić tej sukni. Na długo przed balem będzie z Ashleyem w drodze do Jonesboro. Kłopotliwym pytaniem było teraz - jaką suknię ma włożyć na barbecue?

Która suknia najlepiej podkreśli jej wdzięki, w której spodoba się Ashleyowi najbardziej? I już od ósmej rano mierzyła i odrzucała suknie, teraz zaś stała zirytowana i pełna wątpliwości w koronkowych pantalonach, webowym staniczku i trzech webowych, sutych, przybranych koronką halkach. Rozrzucone części garderoby leżały dokoła na podłodze, łóżku, krzesłach, w barwnych stosach zmiętej materii i wstążek.

Różowa organdynowa z długą, ciemniejszą trochę szarfą była niezła, ale Scarlett nosiła ją ubiegłego lata podczas wizyty Melanii w Dwunastu Dębach i bała się, że Mela ją sobie przypomni. Czarna kreponowa, o bufiastych rękawach i koronkowym kołnierzu wspaniale podkreślała biel jej skóry, ale postarzała ją zbytnio. Scarlett z niepokojem patrzyła w lustro na swoją twarz szesnastolatki, jak gdyby obawiała się, że dostrzeże na niej zmarszczki i obwisłość podbródka. Nie powinna wyglądać staro i poważnie, ponieważ Melania jest słodka i dziewczęca. Niebieska muślinowa w pasy miała bardzo piękne wstawki z koronki i tiulu wokół brzegu, ale nie było jej w niej specjalnie do twarzy. Odpowiedniejsza byłaby raczej dla Careen z tym jej delikatnym profilem i zamglonym spojrzeniem. Scarlett jednak wyglądała w niej jak pensjonarka. Nie wolno jej było tak wyglądać, ponieważ Melania była bardzo opanowana. Zielona z kraciastej tafty, o niezliczonych, oblamowanych aksamitkami falbankach, była bardzo twarzowa - Scarlett lubiła ją najwięcej, bo pogłębiała znakomicie zieloność jej oczu. Na przodzie stanika miała jednak najwyraźniej tłustą plamę. Można by było przypiąć w tym miejscu broszkę, cóż jednak będzie, jeżeli bystry wzrok Melanii wyśledzi tę plamę? Pozostawały jeszcze różnokolorowe sukienki kretonowe, które nie były dość odświętne na tę okazję, suknie balowe i zielona muślinowa w deseń, którą nosiła wczoraj. To jednak suknia popołudniowa. Nie była odpowiednia na rano, gdyż miała króciutkie rękawki i głębokie wycięcie. Nie było jednak wyboru. Ostatecznie nie miała powodu zakrywać swojej szyi, ramion i piersi, choćby nawet absolutnie nie wypadało pokazywać ich przed południem.

Kiedy stała tak przed lustrem i wykręcała się, aby móc obejrzeć się z profilu, pomyślała, że figury swojej może się zupełnie nie wstydzić. Szyję miała krótką, ale smukłą, ramiona pełne i poważne. Biust jej, wysoko podniesiony gorsetem, był bardzo ładny. Nigdy nie musiała wszywać jedwabnych poduszeczek w podszewkę stanika, jak to robiła większość szesnastoletnich dziewczynek dla uzyskania odpowiedniej figury i talii. Była bardzo zadowolona, że odziedziczyła szczupłe białe ręce i małe stopy Ellen, i chociaż wolałaby może mieć do tego także i wzrost Ellen, była ze swego zupełnie zadowolona. Jaka szkoda, że nie można pokazywać nóg - myślała, podnosząc halki i z żalem przyglądając się ich ładnej linii. Miała bardzo ładne nogi. Przyznawały jej to nawet dziewczęta w szkole w Fayetteville. Jeżeli zaś chodzi o jej talię - równie cienkiej nie miała żadna dziewczyna w Fayetteville, Jonesboro ani okolicy.

Myśl o talii przypomniała jej znowu sprawy praktyczne. Zielona muślinowa suknia miała w talii siedemnaście cali, Mammy zaś zasznurowała jej gorset jak do czarnej kreponowej, która była o cal szersza, będzie więc ją musiała ścisnąć mocniej. Scarlett otworzyła drzwi i nasłuchiwała chwilę, aż dobiegł ją z holu odgłos ciężkich kroków niani. Zawołała głośno i niecierpliwie, wiedząc, że może bezkarnie krzyczeć, bo Ellen jest w wędzarni, gdzie wydziela kucharce mięso.

- Są osoby, które myślą, że ja potrafię fruwać - odmruczała Mammy, człapiąc po schodach. Weszła nadęta, z miną osoby, która oczekuje walki i gotowa jest ją stoczyć. W wielkich czarnych dłoniach niosła tacę z gorącym jedzeniem. Były tam dwa duże, ociekające masłem yamy, sterta placków jęczmiennych, polanych syropem, wielki plaster szynki. Kiedy Scarlett zobaczyła to wszystko, irytacja w jej twarzy ustąpiła miejsca zaciętej złości. Podczas mierzenia sukien zapomniała o żelaznej zasadzie Mammy, że przed wyjazdem na jakąkolwiek zabawę panny O'Hara muszą tak się najeść w domu, aby nie mogły jeść na wizycie.

- Nic nie pomoże. Nie zjem tego. Możesz to zabrać z powrotem do kuchni.

Mammy postawiła tacę na stoliku i wzięła się pod boki.

- A właśnie, że zjesz! Ani mi się śni, aby znowu było to samo, co na ostatnim barbecue, kiedy byłam zbyt chora po zjedzeniu dróbek, żeby ci podać tacę przed odjazdem. Musisz zjeść wszystko!

- A właśnie, że nie zjem! Chodź tutaj, Mammy, i zasznuruj mnie ciaśniej, bo już późno. Słyszałam przed chwilą, że powóz zajechał przed dom.

Ton Mammy stał się przypochlebny.

- Scarlett, bądź dobra i zjedz wszystko. Careen i Suellen zjadły wszystko, co im podałam.

- To na nie wygląda - powiedziała Scarlett lekceważąco. - Mają nie więcej rozumu niż królik. Ja jeść nie chcę! Znudziły mi się już te twoje tace. Nie zapomnę ci nigdy tego, że zmusiłaś mnie do najedzenia się w domu przed wizytą u Calvertów, i kiedy podano lody zrobione na lodzie sprowadzonym aż z Savannah, ja mogłam zjeść tylko łyżeczkę. Dziś chcę się dobrze bawić i jeść tyle, ile mi się spodoba.

Czoło Mammy na dźwięk tej strasznej herezji zmarszczyło się groźnie. To, co młodej panience wypada, a co nie wypada, było tak wyraźnie odgraniczone w umyśle niani jak czarne i białe; pośredniej drogi nie było. Suellen i Careen były w jej mocnych dłoniach ustępliwe jak glina i uwag jej słuchały z poszanowaniem. Ze Scarlett trzeba było zawsze stoczyć walkę, aby ją przekonać, że większość jej zachcianek jest niedystyngowana. Zwycięstwa nad Scarlett przychodziły Mammy trudno i używała do nich forteli, nieznanych białym ludziom.

- Możliwe, że tobie nie zależy na tym, co ludzie mówią o naszej rodzinie, ale mnie zależy - terkotała. - Nie będę stała spokojnie i przysłuchiwała się, jak wszyscy na zabawie mówią, że nie umiesz się zachowywać. Powtarzałam ci tysiąc razy, że prawdziwa dama je jak ptaszek. Nie pozwolę, abyś poszła na zabawę do państwa Wilkesów i objadała się tam jak jaki parobek czy jak świnia.

- Mama jest prawdziwą damą, a przecież je - sprzeciwiła się Scarlett.

- Kiedy się jest zamężną, już jeść wolno - odparła Mammy. - Kiedy panna Ellen była w twoim wieku, nigdy nic nie jadła na wizytach, tak samo jak ciocia Paulina i ciocia Eulalia. Więc wszystkie powychodziły za mąż.

- Nie wierzę w to. Na tym barbecue, kiedy ty byłaś chora i nie dałaś mi nic do jedzenia przed wyjazdem, Ashley Wilkes powiedział mi, że lubi, kiedy młoda panna ma zdrowy apetyt.

- To, co panowie mówią, i to, co myślą, to dwie różne rzeczy. Nie zauważyłam też, aby pan Ashley oświadczył ci się kiedykolwiek.

Scarlett zachmurzyła się, chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Mammy dotknęła ją tak, że nic nie mogła odpowiedzieć. Widząc wyraz uporu na twarzy Scarlett, Murzynka zabrała tacę i z właściwą swojej rasie łagodną chytrością zmieniła taktykę. Kierując się ku drzwiom, westchnęła żałośnie.

- No więc już dobrze. Mówiłam kucharce, kiedy przygotowywała to śniadanie: "Zawsze można poznać prawdziwą damę po tym, że nic nie je" i powiedziałam, że nigdy nie widziałam białej pani, która by mniej jadła od panny Meli Hamilton, kiedy była ostatni raz z wizytą u pana Ashleya... myślę, kiedy była u panny Indii.

Scarlett rzuciła podejrzliwe spojrzenie w stronę Mammy, ale szeroka twarz Murzynki wyrażała zupełną niewinność i żal, że Scarlett nie jest taką damą jak Melania Hamilton.

- Postaw tu tę tacę i zasznuruj mnie ciaśniej - rzekła Scarlett ze złością. - Postaram się potem coś zjeść. Gdybym zjadła teraz, nie mogłabyś mnie ścisnąć dość mocno.

Maskując swój triumf, Mammy postawiła tacę.

- A co mój koteczek włoży?

- To - rzekła Scarlett, wskazując na puszystą masę kwiaciastego, zielonego muślinu. W jednej chwili Mammy nasrożyła się znowu.

- Nie, tej sukni nie włożysz. Jest nieodpowiednia na rano. Nie wypada odkrywać szyi przed godziną trzecią, a ta suknia ma krótkie rękawy i duży dekolt. Dostaniesz z pewnością piegów, a ja tego nie chcę, bo dość się namęczyłam, smarując cię przez całą zimę serwatką, abyś pozbyła się tych piegów, któreś dostała na słońcu w Savannah. Muszę o tym koniecznie powiedzieć mamie.

- Jeżeli powiesz jej jedno słowo, zanim się ubiorę, nie zjem ani kęsa - rzekła Scarlett chłodno. - Kiedy będę ubrana, nie będzie już czasu, abym się znowu przebierała.

Mammy westchnęła z rezygnacją, bo czuła, że jest pokonana. Z dwojga złego lepiej było, aby Scarlett nosiła poobiednią suknię rano, niż żeby objadała się jak prosię.

- Oprzyj się o coś i wstrzymaj oddech - rozkazała. Scarlett usłuchała i wypięła się mocno, trzymając się łóżka. Mammy ciągnęła sznurówkę i szarpała ostro, a kiedy niewielka objętość opancerzonej fiszbinkami talii Scarlett jeszcze się zmniejszyła, duma i rozczulenie ukazały się w jej oczach.

- Nikt nie ma tak cienkiej talii jak moje kociątko - rzekła z zadowoleniem. - Ile razy ściągam Suellen ciaśniej niż na dwadzieścia cali, prawie mi mdleje.

- Uff! - westchnęła Scarlett, ledwie mogąc mówić. - Ja nigdy w życiu nie zemdlałam.

- No, nic by nie szkodziło, gdybyś od czasu do czasu mdlała - radziła Mammy. - Taka jesteś czasem zuchwała, Scarlett. Chciałam ci już dawno powiedzieć, że to wcale dobrze nie wygląda, że nie mdlejesz, jak widzisz węża czy mysz, czy coś takiego. Nie jak jesteś w domu, ale w towarzystwie. A ja ci przecież mówiłam...

- Och, pośpiesz się! Nie mów tyle. Zobaczysz, że złapię męża. Mimo że nie mdleję i nie płaczę. Ach, mój Boże, ależ mi ciasno! Wkładaj suknię.

Mammy ostrożnie narzuciła dwanaście jardów zielonego muślinu na obszerne halki i zaczęła zapinać z tyłu ciasny, głęboko wycięty stanik.

- Noś szal na ramionach, gdy będziesz na słońcu, i nie zdejmuj kapelusza, nawet jak ci będzie gorąco - nakazywała. - Inaczej wrócisz do domu tak opalona jak stara pani Slattery. Teraz zjedz coś, kochanie, ale nie jedz za prędko. Nie trzeba, aby cię to zemdliło.

Scarlett posłusznie usiadła przed tacą, zastanawiając się, czy potrafi oddychać, kiedy wepchnie w siebie parę kęsów jedzenia. Mammy wzięła duży ręcznik i starannie owiązała go dookoła jej szyi, ściągając białe fałdy nisko na stanik. Scarlett zaczęła od szynki, bo bardzo szynkę lubiła, i żuła wolniutko.

- Chciałabym już jak najprędzej wyjść za mąż - rzekła z żalem, zabierając się ze wstrętem do jarzyny. - Znudziło mi się ciągle udawać i nigdy nie móc robić tego, co chcę. Znudziło mi się udawać, że jem jak ptaszek, i chodzić, kiedy właśnie mam ochotę biegać, i mówić, że słabo mi po walcu, kiedy mogłabym tańczyć przez dwa dni i nie czuć zmęczenia. Znudziło mi się mówić: "Jaki pan nadzwyczajny!" do głupich chłopców, którzy nie mają nawet ćwierci tego rozumu co ja, i udawać, że nic nie rozumiem, aby mężczyźni mogli mi wszystko tłumaczyć i aby byli dumni, że to robią... Nie mogę już jeść.

- Zjedz jeszcze kawałek placka - rzekła Mammy nieubłaganie.

- Dlaczego dziewczyny muszą udawać idiotki, żeby złapać męża?

- Może dlatego, że panowie nie wiedzą, czego chcą. Tylko im się zdaje, że wiedzą. I jeżeli daje im się to, czego oczekują, zaoszczędza się sobie wielu przykrości i nie zostaje się starą panną. Bo, widzisz, im się wydaje, że lubią małe dziewczyneczki o ptasich apetytach i ptasich rozumach. Panowie nie lubią się żenić z panienkami, które mają więcej rozumu od nich.

- A jak ci się zdaje, czy mężczyźni nie dziwią się po ślubie, kiedy okazuje się, że żony ich są rozumne? W przyszłości będę robiła i mówiła tylko to, co zechcę, a jeżeli to się ludziom nie spodoba, będzie mi wszystko jedno.

- Nie, nie będziesz tak robiła - powiedziała Mammy z gniewem. - Nie będziesz tak robiła, póki ja żyję. Zjedz te placki. Zamocz je w sosie.

- Mam wrażenie, że Jankeski wcale nie muszą udawać takich gęsi. Kiedy byliśmy zeszłego roku w Saratodze, zauważyłam, że wiele z nich tak postępuje, jak gdyby miały własny rozum, i to nawet w obecności mężczyzn.

Mammy parsknęła.

- Jankeski! Możliwe, że mówią to, co myślą, ale nie widziałam, żeby się wiele z nich zaręczyło w Saratodze.

- Ale Jankesi także chyba się żenią - sprzeciwiła się Scarlett. - Nie wyrastają przecież z ziemi. Muszą się chyba żenić, aby mieć dzieci. A jest ich przecież tylu.

- Ich mężczyźni żenią się tylko dla pieniędzy - odpowiedziała Mammy stanowczo.

Scarlett umoczyła placek jęczmienny w sosie i zaczęła powoli jeść. Może Mammy i miała trochę racji. Musiało być w jej słowach nieco prawdy, bo i Ellen mówiła to samo, choć inaczej i bardzo oględnie. To prawda, że matki wszystkich jej koleżanek kładły swoim córkom do głowy, aby starały się udawać bezradne, czułe stworzenia o płochliwych spojrzeniach. Wprawdzie już przyjmowanie i utrzymywanie takiej pozy wymagało rozumu. Możliwe, że jest zbyt porywcza. Czasem sprzeczała się z Ashleyem i szczerze wypowiadała swoje poglądy. Może właśnie to i jej zdrowe zadowolenie z długich spacerów i jazdy konnej odwróciło go od niej ku delikatnej Melanii. Może gdyby zmieniła swoją taktykę... Czuła jednak, że gdyby Ashley uległ jej kobiecym sztuczkom, nie potrafiłaby go już nigdy szanować. Mężczyzna, który jest dość głupi, aby dać się nabrać na mizdrzenie się, mdlenie i okrzyki: "Och, jaki pan nadzwyczajny!", nie jest wart zachodu. Wszyscy jednak bez wyjątku zdawali się to lubić.

Jeżeli Scarlett stosowała dawniej złą taktykę wobec Ashleya - należało to już do minionej przeszłości. Dziś popróbuje innej, właściwszej. Kochała go bardzo i tylko kilka godzin zostało jej na to, by go zdobyć. Jeżeli zemdlenie prawdziwe czy udane pomoże - postara się zemdleć. Jeżeli wdzięczenie się, kokieteria czy pustota spodobają mu się więcej, będzie z rozkoszą udawała głupią gąskę, głupszą jeszcze od Cathleen Calvert. Jeżeli zaś okażą się potrzebne mocniejsze środki, ucieknie się do nich. Dziś albo nigdy.

Nie było nikogo, kto by mógł Scarlett powiedzieć, że jej własne usposobienie, mimo że przeraźliwie żywe, było daleko bardziej interesujące od wszelkich masek, jakie by mogła nałożyć. Gdyby ktoś jej to powiedział, byłaby zadowolona, ale nie uwierzyłaby zapewne. A epoka, w której żyła, także by w to nie mogła uwierzyć, bo nigdy, przedtem ani potem, naturalność kobieca nie stała tak nisko w cenie.

W powozie, który unosił ją po czerwonej drodze w stronę plantacji Wilkesów, Scarlett odczuwała połączone z wyrzutami sumienia zadowolenie, że matki jej ani Mammy nie będzie na zabawie. Na barbecue nie będzie nikogo, kto by lekkim podniesieniem brwi czy zmarszczeniem czoła mógł przeszkodzić jej planowi działania. Pewnie, że Suellen z pewnością naplotkuje na nią nazajutrz, ale jeżeli wszystko pójdzie tak, jak Scarlett tego pragnęła, zdenerwowanie rodziny z powodu jej zaręczyn z Ashleyem czy też ucieczki z nim na pewno każe im zapomnieć o wszystkim innym. Tak, była bardzo rada, że Ellen musiała zostać w domu.

Gerald, wypiwszy dla animuszu parę kieliszków koniaku, wymówił rano posadę Jonaszowi Wilkersonowi, Ellen została więc w Tarze, aby przed odejściem rządcy przejrzeć rachunki. Scarlett pocałowała matkę na pożegnanie w małym kantorku, gdzie Ellen siedziała przed założonym papierami sekretarzykiem. Jonasz Wilkerson, trzymając kapelusz w ręce, stał obok niej, z trudem ukrywając na smagłej, pociągłej twarzy wściekłość z powodu tak bezceremonialnego zwolnienia go z najlepszej w całym hrabstwie posady. I wszystko to z powodu głupich zalecanek! Powtarzał Geraldowi bez końca, że dziecko Emmy Slattery mogło być równie dobrze spłodzone z nim, jak z kilkunastoma innymi mężczyznami - w co Gerald łatwo uwierzył, ale co mu bynajmniej nie pomogło w oczach Ellen. Jonasz nienawidził wszystkich południowców. Nie cierpiał ich chłodnej uprzejmości w stosunku do niego i pogardy dla jego pozycji społecznej, bardzo dokładnie tą uprzejmością pokrywanej. Najbardziej zaś nienawidził Ellen O'Hara, ponieważ stanowiła symbol tego wszystkiego, co było dlań w południowcach nienawistne.

Mammy, jako najstarsza z kobiet plantacji, została z Ellen, aby jej pomóc, na koźle więc obok Tobiasza siedziała Dilcey, trzymając na kolanach w długim pudle suknie balowe panienek. Gerald cwałował obok powozu na swoim wielkim koniu, rozgrzany koniakiem i zadowolony, że tak się szybko załatwił z nieprzyjemną sprawą Wilkersona. Zrzucił odpowiedzialność na Ellen i wcale się nie zastanawiał nad przykrością, jaką sprawiła jej niemożność pojechania na zabawę i spotkania z przyjaciółmi, dzień bowiem był śliczny, pola jego były piękne, ptaki śpiewały, a on czuł się tak młodo i beztrosko, że nie mógł myśleć o niczym i nikim. Od czasu do czasu nucił głośno ludowe irlandzkie piosenki albo żałosny "Lament nad Robertem Emmetem".

Daleko ta ziemia, gdzie grób bohatera...

Był zadowolony, przyjemnie podniecony perspektywą spędzenia dnia na głośnych rozmowach o Jankesach i wojnie i dumny z widoku trzech ślicznych córek, siedzących w kolorowych krynolinkach pod małymi, zabawnymi parasolkami z koronki. Ani jednej myśli nie poświęcił swojej rozmowie ze Scarlett, bo zupełnie wyleciała mu z głowy. Myślał o tym tylko, że Scarlett jest ładna, że może się nią pochwalić i że dnia tego oczy jej są tak zielone jak wzgórza Irlandii. Ostatnia myśl - ponieważ było w niej nieco poezji - spowodowała, że nabrał o sobie lepszego mniemania, więc zaintonował głośno i trochę fałszywie "Zielony sztandar".

Scarlett, patrząc na ojca z czułym lekceważeniem, jakie matki często mają dla swych małych zarozumiałych synów, wiedziała dokładnie, że o zachodzie słońca będzie pijany w sztok. Wracając do domu w ciemności, będzie jak zwykle usiłował przesadzać wszystkie płoty między Dwunastu Dębami a Tarą, należało więc mieć nadzieję, że z pomocą opatrzności i instynktu swego konia nie skręci karku. Zapomni o moście, przejedzie rzekę wpław, wróci do domu, rycząc głośno, i zostanie ułożony do snu na sofie w kantorku przez Porka, który podczas takich okazji zawsze czuwał w holu frontowym. Zniszczy zupełnie swoje nowe szare sukienne ubranie, co rano go mocno rozzłości, a potem będzie opowiadał Ellen długo i szeroko, jak to koń jego spadł w ciemności z mostka - co będzie oczywistym kłamstwem, w które nikt nie uwierzy, ale które wszyscy przyjmą za dobrą monetę - aby Gerald mógł być dumny ze swojej przebiegłości.

Papa jest przemiłym, samolubnym, nieodpowiedzialnym człowiekiem - myślała Scarlett w nagłym przypływie czułości do niego. Była tak zadowolona i podniecona tego ranka, że sympatią swoją ogarniała świat cały, nie wyłączając Geralda. Była śliczna i wiedziała o tym. Pewna była, że zdobędzie sobie Ashleya jeszcze przed wieczorem; słońce grzało ciepło i łagodnie, a wspaniała wiosna Georgii roztaczała się przed jej oczyma. Wzdłuż drogi krzaczki jeżyn zielenią swoich listków zakrywały czerwone wyrwy, wyżłobione zimowymi deszczami, a nagie głazy granitu, wystające gdzieniegdzie z ziemi, chowały się pod gałązkami dzikich róż, otoczone wieńcem nisko rosnących bladoliliowych fiołków. Na zalesionych wzgórzach nad rzeką kwiaty dereniu świeciły ostrą białością, jak gdyby jeszcze śnieg leżał między zielenią. Kwitnące dzikie jabłonie stały osypane białym i różowym kwieciem, pod drzewami zaś, tam gdzie światło słoneczne plamiło podszycie, dzikie powoje słały się jak różnokolorowy, czerwony, pomarańczowy, koralowy dywan. Powiew wiatru przynosił delikatną woń kwitnących krzewów i świat cały pachniał jak najwspanialszy przysmak.

Do samej śmierci nie zapomnę tego cudnego dnia - myślała Scarlett. Może będzie dniem mego ślubu.

I z drżeniem serca wyobrażała sobie, jak oboje z Ashleyem będą jechali szybko przez ten ukwiecony, zielony świat, po południu lub nazajutrz w nocy, do Jonesboro i do księdza. Rozumie się, że będą musieli wziąć powtórny ślub przed księdzem w Atlancie, to jednak będzie już sprawą Geralda i Ellen. Czuła się niezbyt pewnie, gdy myślała, jak blada ze zmartwienia będzie Ellen, gdy się dowie, że rodzona jej córka uciekła z narzeczonym innej dziewczyny, wiedziała jednak, że matka wszystko przebaczy, gdy się dowie o jej szczęściu. Gerald zaś będzie wymyślał i krzyczał, ale mimo swoich wczorajszych uwag, że nie pozwoliłby jej nigdy wyjść za Ashleya, będzie niezwykle zadowolony ze spowinowacenia się z rodziną Wilkesów.

O to wszystko zacznę się kłopotać już po ślubie - myślała, odsuwając od siebie te troski.

I Scarlett oddała się obezwładniającej radości w tym słońcu, w tej budzącej się wiośnie, tym bardziej że dachy Dwunastu Dębów zaczynały się już ukazywać za rzeką.

Będę tam mieszkała przez całe życie, przeżyję pięćdziesiąt lub więcej takich samych wiosen, a dzieciom moim i wnukom opowiem, jak piękna była ta wiosna, najpiękniejsza ze wszystkich. Tak ją ta myśl rozradowała, że przyłączyła się do ostatniej zwrotki "Zielonego sztandaru", czym zyskała sobie hałaśliwą aprobatę Geralda.

- Nie rozumiem, z czego się tak dziś cieszysz - rzekła złośliwie Suellen, która jeszcze ciągle rozmyślała nad tym, że jednak w balowej zielonej sukience Scarlett wyglądałaby o wiele ładniej od jej prawej właścicielki. Dlaczego też ta Scarlett nigdy nie chciała jej pożyczać swoich sukien i czepków? I dlaczego mama zawsze stawała po jej stronie i mówiła, że Suellen jest nie do twarzy w zielonym? - Wiesz równie dobrze jak ja, że dziś zostaną ogłoszone zaręczyny Ashleya. Papa mi to rano powiedział. A przecież wiem, że się w nim durzysz od dawna.

- No i co jeszcze wiesz? - zapytała Scarlett, pokazując siostrze język i wcale nie tracąc dobrego humoru. Jakże zdumiona będzie panna Sue jutro o tej porze!

- Susie, wiesz dobrze, że tak nie jest - sprzeciwiła się Careen. - To przecież Brent podoba się Scarlett.

Scarlett zwróciła uśmiechnięte spojrzenie na młodszą siostrę, dziwiąc się, jak może istnieć na świecie istota tak łagodna. Cała rodzina wiedziała, że Careen oddała swoje trzynastoletnie serce Brentowi Tarletonowi, który nie myślał o niej nigdy inaczej jak o małej siostrzyczce Scarlett. Pod nieobecność Ellen wszyscy O'Harowie dokuczali jej z tego powodu do łez.

- Kochanie, zapewniam cię, że nie dbam wcale o Brenta - oświadczyła Scarlett, dość rozradowana, aby być wspaniałomyślną. - I on wcale o mnie nie dba. Przecież on czeka, aż urośniesz!

Mała okrągła twarzyczka Careen pokryła się rumieńcem. Dziewczynka nie wiedziała, czy ma wierzyć, czy nie.

- Och, Scarlett, czy naprawdę?

- Scarlett, wiesz dobrze, iż mama powiedziała, że Careen jest za młoda, aby myśleć o chłopcach, a ty nagle zawracasz jej tym głowę!

- No więc idź do mamy i poskarż się, jeżeli masz ochotę - odrzekła Scarlett. - Chcesz, aby mała była jak najdłużej posłusznym dzieckiem, bo czujesz, że za rok będzie z pewnością ładniejsza od ciebie.

- Jeżeli nie przestaniecie mi się dzisiaj sprzeczać, to zdzielę was szpicrutą - ostrzegł Gerald. - Cicho mi zaraz! Zdaje mi się, że słyszę turkot kół. To będą chyba Tarletonowie albo Fontaine'owie.

Kiedy zbliżyli się do skrzyżowania dróg, które po zboczu gęsto zalesionych pagórków prowadziły z Mimozy i Fairhill, stukot kopyt i turkot kół stał się wyraźniejszy, a ostre głosy kobiece, przekomarzające się wesoło, rozległy się zza zasłony drzew. Gerald, wysunąwszy się naprzód, wstrzymał konia i dał Tobiaszowi znak, aby przystanął na rozstaju.

- To jadą panie Tarleton - oświadczył swoim córkom z wyrazem rozradowania na rumianej twarzy, bo poza Ellen najwięcej ze wszystkich kobiet lubił rudą panią Tarleton. - I ona sama powozi. Ach, to dopiero kobieta, która ma ręce jak stworzone do konia! Lekkie, mocne jak bat, i mimo to tak ładne, że tylko je całować. Wielka szkoda, że żadna z was nie ma takich rąk - dodał, rzucając czułe, ale krytyczne spojrzenie na córki. - Careen boi się koni. Sue ma ręce jak z żelaza, kiedy się bierze do cugli, a ty, kotku...

- Możliwe, ale mnie w każdym razie koń nigdy nie zrzucił - rzekła Scarlett z oburzeniem. - Pani Tarleton zaś zlatuje z konia na każdym polowaniu.

- I łamie sobie obojczyk jak mężczyzna - rzekł Gerald. - Ani nie mdleje, ani się nie pieści. Ale teraz dość o tym, bo oto już i one.

Podniósł się w strzemionach i dwornym ruchem zdjął kapelusz, kiedy za zakrętem ukazał się powóz Tarletonów, pełen dziewcząt w kolorowych sukniach, parasolek i powiewających szalów. Na koźle, jak Gerald z daleka zauważył, siedziała pani Tarleton. W powozie, mieszczącym cztery jej córki, piastunkę i suknie balowe w długich tekturowych pudełkach, nie starczyłoby już miejsca dla stangreta. Poza tym Beatrice Tarleton nigdy chętnie nie pozwalała, aby ktokolwiek, czarny czy biały, trzymał lejce, kiedy jej dłonie nie były zajęte. Szczupła, wąsko zbudowana, tak blada, że wydawałoby się, iż płomienne jej włosy wyciągnęły wszystek pigment z twarzy, była jednakowoż uosobieniem zdrowia i niewyczerpanej energii. Urodziła ośmioro dzieci, równie rudych i żywych jak ona, i wychowała je bardzo dobrze, bo jak mówiono w okolicy, darzyła je taką samą miłością i surową dyscypliną jak hodowane przez siebie źrebięta. "Trzeba je trzymać w karbach, ale nigdy nie należy ich łamać" - brzmiała dewiza pani Tarleton.

Kochała konie i stale o nich mówiła. Rozumiała je i potrafiła się obchodzić z nimi lepiej od jakiegokolwiek mężczyzny z okolicy. Źrebaki z padoku wychodziły na trawnik przed domem, podobnie jak i ośmioro dzieci, które nie mogły się pomieścić w domu na wzgórzu; źrebaki, synowie jej, córki i psy myśliwskie chodziły za nią, kiedy robiła obchód plantacji. Przypisywała koniom, zwłaszcza zaś kasztance swojej, Nelly, ludzką inteligencję; a kiedy zajęcia domowe zatrzymywały ją tak, że nie mogła się o zwykłej porze wyrwać na codzienną przejażdżkę, wręczała małemu Murzynkowi cukierniczkę i mówiła: "Daj Nelly trochę cukru i powiedz jej, że zaraz przyjdę".

Z wyjątkiem rzadkich okazji, pani Tarleton chodziła stale w stroju do konnej jazdy, bo czy wybierała się na przejażdżkę, czy nie, zawsze miała zamiar pojeździć konno i dlatego już rano wkładała amazonkę. Każdego ranka, w pogodę czy deszcz, siodłano Nelly i prowadzono ją tam i z powrotem przed domem w oczekiwaniu, aż pani Tarleton oderwie się na godzinkę od swoich obowiązków. Fairhill była trudną do prowadzenia plantacją, więc czas niełatwo było znaleźć, przeważnie też Nelly spacerowała całymi godzinami tam i z powrotem, a Beatrice Tarleton chodziła koło swoich zajęć z trenem amazonki, zarzuconym na rękę, świecąc po domu lakierem wysokich butów.

Tego dnia, ubrana w matową, czarną suknię jedwabną o bardzo niewielkiej, niemodnej krynolinie, pani Tarleton wyglądała wcale nie inaczej niż w amazonce, bo suknia była uszyta równie skromnie jak kostium do konnej jazdy, mały zaś czarny kapelusik o długim piórze, spadającym na piwne oko, stanowił dokładną kopię starego kapelusza, który nosiła na polowania.

Strzeliła z bata, widząc Geralda, i zatrzymała parę swoich niespokojnych koni, cztery zaś dziewczynki wychyliły się z powozu i wydały tak głośne okrzyki powitalne, że kasztany zaczęły się wspinać z przestrachu. Przypadkowy obserwator mógłby przypuszczać, że od ostatniego widzenia się Tarletonów z O'Harami minęły lata, kiedy w istocie minęło dwa dni. Panny Tarleton jednak były bardzo towarzyskie i lubiły swoich sąsiadów, specjalnie zaś panny O'Hara. To znaczy lubiły Suellen i Careen. Żadna panna w okolicy, z wyjątkiem może tylko głupiej Cathleen Calvert, nie lubiła Scarlett naprawdę.

Latem w hrabstwie odbywały się pieczenia wołów i bale prawie co tydzień, ale dla rudych panien Tarleton z ich prawie nigdy niesłabnącym zapałem do zabaw, każde barbecue i każdy bal był sprawą tak podniecającą, jak gdyby był pierwszym w ich życiu. Dziewczęta te były ładne i wesołe i tak teraz ściśnięte w powozie, że krynoliny ich i falbanki wystawały na zewnątrz, a parasolki trącały się co chwila i zderzały nad dużymi kapeluszami z florenckiej słomki, przybranymi różami i czarnymi aksamitkami. Pod rondami kapeluszy widać było wszystkie odcienie rudych włosów - czerwonawe włosy Hetty, złocistoblond Camilli, miedzianokasztanowate Randy i marchewkowe - małej Betsy.

- Udała się pani ta gromadka, łaskawa pani - rzekł Gerald szarmancko, wstrzymując konia koło powozu. - Ale trudno im będzie dorównać matce.

Pani Tarleton mrugnęła okiem i przygryzła z kokieterią dolną wargę, dziewczynki zaś zaczęły wołać: "Mamo, przestań robić oko, bo poskarżymy się papie!". "Słowo daję, panie O'Hara, że mama nigdy nie daje nam dojść do słowa, kiedy zjawia się tak przystojny mężczyzna jak pan".

Scarlett wraz z innymi śmiała się z tych żartów, ale jak zwykle, swoboda, z jaką panny Tarleton traktowały swoją matkę, dotknęła ją w niewytłumaczony sposób. Zachowywały się w stosunku do matki, jak gdyby była ich rówieśniczką i nie miała więcej niż szesnaście lat. Scarlett myśl sama, że mogłaby tego rodzaju słowa zwrócić do matki, wydawała się bluźnierstwem. A jednak, jednak - stosunek tych dziewcząt do matki był bardzo przyjemny, bo ubóstwiały ją mimo krytykowania jej, łajania i dokuczania. Nie znaczyło to, iżby Scarlett choć przez chwilę myślała, że wolałaby matkę taką jak pani Tarleton - ale przecież czuła, że przyjemnie byłoby móc bawić się razem z matką. Czuła jednak, że nawet taka myśl stanowi nielojalność w stosunku do Ellen, więc bardzo się jej zawstydziła. Wiedziała, że podobne myśli nigdy nie trapią czterech główek pod strzechami rudych włosów i jak zwykle, kiedy czuła się inna od swoich sąsiadek, ogarnęła ją niejasna irytacja.

Mimo że Scarlett potrafiła szybko myśleć i wszelka analiza była jej obca, czuła przecież na wpół świadomie, że chociaż dziewczęta Tarletonów były rozbrykane jak źrebaki i dzikie jak koty w marcu, miały w sobie pewną jednolitość, która stanowiła część ich dziedzictwa. Zarówno ze strony ojca, jak i matki były prawdziwymi córami Georgii, północnej Georgii, i wnuczkami pionierów. Były pewne siebie i swego otoczenia. Wiedziały instynktem, gdzie przynależą, podobnie jak Wilkesowie, od których tak bardzo się różniły - i nie było w nich nigdy takich konfliktów jak te, które szalały w piersi Scarlett, gdy krew spokojnej, przerafinowanej arystokratki z wybrzeża walczyła o lepsze z mocną, przyziemną krwią irlandzkiego chłopa. Scarlett chciałaby móc wielbić i szanować matkę jak świętą, a jednocześnie ciągnąć ją za włosy i móc jej dokuczać. I wiedziała, że musi się zdecydować na jedno lub drugie. Podobne uczucia rozdzierały ją w towarzystwie chłopców - kiedy jednocześnie chciała uchodzić za delikatną i dobrze ułożoną młodą damę, zarazem zaś być tak prostą jak hoża dziewoja, której można skraść parę całusów.

- Gdzie jest Ellen? - zapytała pani Tarleton.

- Wymówiła posadę naszemu rządcy i została w domu, aby przejrzeć z nim rachunki. A gdzie pan Tarleton i chłopcy?

- Och, wyjechali do Dwunastu Dębów już dawno, aby spróbować ponczu i przekonać się, czy dość mocny, jak gdyby obawiali się, że nie zdążą tego zrobić w ciągu dzisiejszego dnia i nocy! Mam zamiar poprosić Johna Wilkesa, aby ich przenocował, nawet jeżeli będą musieli spać w stajni. Pięciu podpitych mężczyzn to dla mnie za dużo. Trzem mogę ostatecznie dać radę, ale...

Gerald pośpiesznie przerwał jej, aby zmienić temat. Czuł, że córki śmieją się za jego plecami, przypominając sobie zapewne, w jakim stanie on sam przyjechał rok temu z zabawy u Wilkesów.

- A dlaczego łaskawa pani nie jedzie dzisiaj konno? Zupełnie pani niepodobna jest do siebie bez Nelly. Przecież pani to istny stentor.

- Stentor, mój panie nieuku? - zawołała pani Tarleton, przedrzeźniając Geralda. - Chciał pan powiedzieć centuar. Stentor to był człowiek o głosie donośnym jak dzwon mosiężny.

- Stentor czy centuar, to tam wszystko jedno - odrzekł Gerald niezmieszany swoją pomyłką. - A pani dobrodziejka także ma głos jak dzwon, kiedy zwołuje pani swoje psy!

- A widzisz, mamo, czego się doczekałaś - rzekła Hetty. - Mówiłam ci, że wrzeszczysz jak dzikus, kiedy wytropisz lisa.

- Ale nie tak głośno jak ty, kiedy niania ci uszy myje - odgryzła się pani Tarleton. - A masz już przecież szesnaście lat. Co do tego zaś, dlaczego nie jadę dziś wierzchem... no, bo Nelly oźrebiła się dziś wczesnym rankiem.

- Co też pani mówi! - zawołał Gerald z prawdziwym zainteresowaniem, w oczach zaś zaświeciła mu typowa dla Irlandczyka miłość do koni. Scarlett znowu poczuła zakłopotanie, porównując swoją matkę z panią Tarleton. Dla Ellen klacze nigdy się nie źrebiły ani krowy nie cieliły. Ba, nawet kury nie składały jaj. Ellen spraw tych po prostu nie dostrzegała. Pani Tarleton jednak nie miała podobnych skrupułów.

- I co się urodziło, czy klaczka?

- Nie, mały śliczny ogierek o nogach długich na dwa łokcie. Musi go pan obejrzeć, panie O'Hara. To prawdziwy koń Tarletonów. Kasztanowaty jak loki Hetty.

- I nawet bardzo podobny do Hetty - powiedziała Camilla i potem z krzykiem skryła się pod masą spódnic, pantalonów i kapeluszy, kiedy Hetty, która rzeczywiście miała długą twarz, zaczęła ją szczypać.

- Moje własne cztery klaczki są już dziś od rana nieprzytomne - rzekła pani Tarleton. - Wierzgają od chwili, gdy dowiedzieliśmy się rano o zaręczynach Ashleya z tą małą jego kuzynką z Atlanty. Jak jej na imię? Melania? To miłe dziecko, bardzo dobre, ale nigdy nie mogę zapamiętać ani jej imienia, ani twarzy. Nasza kucharka jest żoną lokaja Wilkesów i to właśnie on przyszedł do niej wczoraj wieczorem z nowiną, że zaręczyny Ashleya ogłoszone zostaną dziś wieczorem, a kucharka powiedziała nam o tym dziś rano. Dziewczynki są tym bardzo podniecone, chociaż ja nie mogę zrozumieć dlaczego. Wszyscy od wielu lat wiedzieli, że Ashley ożeni się z Melanią, jeżeli nie poślubi którejś ze swoich innych kuzynek, panien Burr z Macon. Tak samo, jak wiadomo powszechnie, że Honey Wilkes wyjdzie za brata Melanii, Charlesa. Niech mi pan powie, panie O'Hara, czy rzeczywiście Wilkesowie uważają związki małżeńskie poza swoją rodziną za nielegalne? Bo jeżeli...

Scarlett nie słyszała już reszty żartobliwych słów pani Tarleton. Przez jedną krótką chwilę wydało jej się, jak gdyby słońce skryło się za ciemną chmurą, przykrywając świat cieniem, odzierając go z barw. Młoda zieleń wyglądała wątle, głogi - blado, rozkwitłe zaś dzikie jabłonie, tak pięknie różowe przed chwilą - wyblakłe i ponuro. Schwyciła się kurczowo poduszek powozu, a parasolka zakołysała się w jej dłoni. Co innego było wiedzieć o zaręczynach Ashleya, a co innego - słyszeć, jak ludzie rozmawiają o tym obojętnie. Po chwili wróciła jej odwaga, słońce zajaśniało znowu i krajobraz odzyskał barwy. Uświadomiła sobie, że Ashley ją kocha. To było pewne. I uśmiechnęła się na myśl, jak zdumiona będzie pani Tarleton, kiedy zaręczyny nie zostaną wieczorem ogłoszone - a za to Ashley ucieknie ze Scarlett. Wtedy pani Tarleton opowie sąsiadom, jaka ta Scarlett chytra, że siedziała w powozie i słuchała tego, co mówi się o Melanii, wtedy, gdy ona i Ashley... Uśmiechnęła się do własnych myśli, a Hetty, która bacznie obserwowała efekt słów matki, opadła na poduszki powozu ze zdziwioną minką.

- Nie zgadzam się z tym, co pan mówi, panie O'Hara - mówiła pani Tarleton z przekonaniem. - Nic dobrego nie wychodzi z tych małżeństw między kuzynami. Już dostatecznie złe jest to, że Ashley żeni się z małą Hamiltonówną, ale żeby Honey miała wyjść za mąż za tego bladego Charliego Hamiltona...

- Honey nigdy nie złapie innego chłopca, jeżeli nie wyjdzie za Charlesa - rzekła Randa, okrutna, bo pewna swojego powodzenia. - Nigdy nie miała innego adoratora prócz niego i nawet on nie bardzo jest nią zajęty, mimo że są zaręczeni. Scarlett, czy pamiętasz, jak ci asystował na Boże Narodzenie?

- Nie bądź złośliwa, panienko - skarciła Randę matka. - Kuzynowie nie powinni się ze sobą pobierać, nawet kuzynowie z drugiej linii. To źle się odbija na potomstwie. U ludzi jest inaczej niż u koni. Można połączyć klacz z bratem czy ogiera z córką i jeżeli rasa jest dobra, osiąga się doskonałe rezultaty, ale u ludzi jest inaczej. Możliwe, że w ten sposób doskonali się rasę, ale osłabia się energię życiową.

- Ależ łaskawa pani, muszę się pani sprzeciwić! Czy zna pani lepszą rodzinę od Wilkesów? A pobierają się między sobą od czasów Adama i Ewy!

- I dlatego czas najwyższy, aby już przestali, bo to po nich widać. Och, nie mówię o Ashleyu, bo to przystojny chłopak, chociaż nawet i on... Ale niech się pan przyjrzy tym dwóm wyblakłym pannom Wilkes, biedaczkom! Miłe dziewczynki, przyznaję, ale takie mizerne! Albo ta mała panna Melania. Chuda jak sznurek i wątła, że lada wiatr może ją zdmuchnąć, i bez żadnej energii. Nie ma nawet własnego zdania. "Nie, proszę pani" i "Tak, proszę pani". To wszystko, co ma do powiedzenia. Rozumie pan, co mam na myśli? Że każda rodzina potrzebuje świeżej krwi, dobrej, mocnej krwi, takiej jak moich rudzielców czy pańskiej Scarlett. Nie, niech mnie pan źle nie rozumie. Wilkesowie to w swoim rodzaju przyzwoici ludzie i pan dobrze wie, że bardzo ich lubię. Trzeba jednak być szczerym! Są przerafinowani, jednocześnie zaś nie dość dobrze rozwinięci. Świetnie nadają się na suchy tor, na dobrą pogodę, ale nie wierzę, aby mogli biegać po rozmokłym torze. Opuściła ich jakoś energia i wydaje mi się, że przeciwnościom losu nie będą mogli poradzić. To ludzie na dobrą pogodę. Ja zaś lubię zdrowe konie, które potrafią biegać także i w słotę! A to ich pobieranie się w rodzinie zrobiło z nich ludzi różnych od wszystkich innych dokoła. Zawsze brzdąkają na fortepianie albo ślęczą nad książką. Jestem nawet przekonana, że Ashley woli czytać, niż polować! Tak, naprawdę tak myślę, panie O'Hara! I niech się pan tylko przyjrzy ich kościom. Za cienkie. Przydałyby się im mocne klacze i ogiery.

- Hm - odchrząknął Gerald, naraz ze zmieszaniem uświadamiając sobie, że ta rozmowa, bardzo interesująca i odpowiednia dla niego, zgorszyłaby z pewnością Ellen. Czuł nawet, że nigdy by mu nie darowała, gdyby dowiedziała się, że córki jej przysłuchiwały się takim rzeczom! Pani Tarleton jednak była głucha na wszystko, kiedy raz dorwała się do swego ulubionego tematu - płodzenia - wszystko jedno, czy koni, czy ludzi.

- Wiem, co mówię, bo miałam dwoje kuzynów, którzy się ze sobą pobrali, i zapewniam pana, że wszystkie ich dzieci miały, biedactwa, tak wyłupiaste oczy jak ropuchy. Kiedy zaś moi rodzice chcieli, abym wyszła za kuzyna z drugiej linii, zaczęłam wierzgać jak źrebak. Powiedziałam: "Nie, mamo. To nie dla mnie. Nie chcę, aby moje dzieci miały guzy na pęcinach i zadyszkę". No i, mimo że mama zemdlała, kiedy powiedziałam jej o guzach na pęcinach, byłam stanowcza, a babcia mnie poparła. Również znała się dobrze na hodowli koni i przyznała mi rację. I pomogła mi uciec z panem Tarletonem. No i niech pan popatrzy na moje dzieci! Duże, zdrowe i nie ma wśród nich ani chorowitego, ani ułomka, chociaż Boyd ma tylko pięć stóp i dziesięć cali. A za to Wilkesowie...

- Niech pani nie przypuszcza, że chcę zmienić temat - wtrącił Gerald szybko, bo zauważył zdumienie na twarzy Careen i błysk niezdrowej ciekawości w oczach Suellen i przeląkł się, że córki zaczną po powrocie zadawać Ellen pytania, z których okaże się, jak nieodpowiednią był dla nich przyzwoitką. Scarlett, co z przyjemnością zauważył, myślała najwidoczniej o innych sprawach, jak przystało prawdziwej damie.

Hetty Tarleton wybawiła go z opresji.

- Na miłość boską, mamo, jedźmy już dalej! - zawołała niecierpliwie. - Słońce strasznie piecze i czuję po prostu, jak mi piegi wyskakują na szyi.

- Chwileczkę jeszcze, łaskawa pani - rzekł Gerald. - Co pani postanowiła w sprawie sprzedaży koni dla naszego Oddziału? Wojna może teraz lada dzień wybuchnąć i chłopcy chcieliby wiedzieć, jak się tę sprawę załatwi. To Oddział hrabstwa claytońskiego, chcemy więc dla niego koni z naszego hrabstwa. Pani jednak, uparta istota, ciągle nam odmawia sprzedaży tych pięknych zwierząt.

- Być może wcale do wojny nie dojdzie - odrzekła dyplomatycznie pani Tarleton, całkowicie zapominając o Wilkesach i ich dziwnych związkach małżeńskich.

- Ależ łaskawa pani, chyba pani nie...

- Mamo - przerwała znowu Hetty - czy nie możesz rozmawiać z panem O'Harą o koniach w Dwunastu Dębach, a nie tutaj?

- O to właśnie chodzi, panno Hetty - rzekł Gerald - zajmę pani nie więcej niż minutę na zegarze. Wkrótce dojedziemy do Dwunastu Dębów, a tam wszyscy mężczyźni, starzy i młodzi, czekają już na wiadomość o koniach. Ach, serce mi po prostu pęka, kiedy taka miła, śliczna pani, jak pani matka, taka się staje skąpa, gdy chodzi o konie! I gdzież się podział pani patriotyzm, pani dobrodziejko? Czy Konfederacja rzeczywiście nic dla pani nie znaczy?

- Mamo - zawołała mała Betsy - Randa usiadła na mojej sukni i zupełnie mi ją pogniotła!

- No więc zepchnij Randę na miejsce i bądź cicho. Niech mnie pan teraz wysłucha, Geraldzie O'Hara - odparła, oczy zaś jej zaczęły rzucać ognie. - Niech pan przestanie dopiekać mi Konfederacją! Przypuszczam, że Konfederacja znaczy dla mnie nie mniej niż dla pana, bo mam czterech synów w Oddziale, a pan żadnego! Chłopcy moi umieją sobie jednak radzić sami, a konie moje tego nie potrafią. Oddałabym z chęcią konie za darmo, gdybym wiedziała, że jeździć na nich będą chłopcy, których znam, prawdziwi panowie, przyzwyczajeni do rasowych zwierząt. Nie wahałabym się wtedy ani chwili. Ale żeby na moich pięknych konikach jeździli ludzie z lasów i inna hołota, która co najwyżej umie dosiadać mułów? Nie, mój panie! Po nocach bym spać nie mogła z obawy, że mają odparzoną skórę od siodeł i że ich dobrze nie czyszczą. Czy pan myśli, że pozwolę, aby nieokrzesani głupcy jeździli na moich delikatnych koniach, aby im cuglami rozdzierali pyski i bili je do utraty rozumu? Aż mnie dreszcz teraz przechodzi, gdy o tym myślę! Nie, panie O'Hara, bardzo to ładnie z pana strony, że chce pan nabyć właśnie moje konie, ale niech pan lepiej pojedzie do Atlanty i kupi jakieś stare szkapy dla swoich gburów. Nie zauważą nawet różnicy.

- Mamo, czy doprawdy nie ruszymy nigdy? - zapytała Camilla przyłączając się do zniecierpliwionego chóru sióstr. - Wiesz przecie dobrze, że w końcu i tak oddasz im te swoje ukochane koniki. Kiedy tatuś i chłopcy zaczną mówić o tym, jak bardzo Konfederacja potrzebuje koni, będziesz płakała, ale je oddasz.

Pani Tarleton uśmiechnęła się i potrząsnęła lejcami.

- Nieprawda, nie zrobię tego nigdy - powiedziała, lekko muskając konie batem. Powóz szybko ruszył.

- To miła kobieta - rzekł Gerald, wkładając kapelusz i zawracając do swego powozu. - Ruszaj, Tobiaszu. Zmęczymy ją prośbami i wydostaniemy od niej konie. Rozumie się, że w gruncie rzeczy ma rację. Ma rację. Jeśli człowiek nie jest prawdziwym panem, nie powinien jeździć konno. Niech idzie do piechoty. Najgorsze jednak, że nie mamy w naszym hrabstwie dostatecznej liczby synów plantatorów dla utworzenia całego Oddziału. Coś powiedziała, kotku?

- Papo, proszę cię, jedź za nami albo przed nami. Wzbijasz taką masę kurzu, że aż się dławimy - rzekła Scarlett, która czuła, że nie zniesie rozmowy. Rozmowa odrywała ją od własnych spraw, a bardzo jej zależało na tym, aby doprowadzić do porządku zarówno myśli, jak i twarz, zanim dojedzie do Dwunastu Dębów. Gerald spiął posłusznie konia i w tumanie czerwonego kurzu podążył za powozem Tarletonów, aby dalej rozmawiać o koniach.

Rozdział 1

Scarlett O'Hara nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej tak jak dwaj młodzi Tarletonowie, rzadko zdawali sobie z tego sprawę. W twarzy jej zbyt ostro odcinały się delikatne, arystokratyczne, po matce Francuzce odziedziczone cechy, od grubych rysów, odziedziczonych po rumianym ojcu Irlandczyku. Twarz ta jednak, o mocnych szczękach i spiczastym podbródku, przykuwała do siebie uwagę. Oczy miała Scarlett jasnozielone, w oprawie czarnych, sztywnych, ku górze odwiniętych rzęs. Szerokie czarne brwi były nieco skośne i przecinały śmiałą, łamaną linią jej śnieżnobiałą skórę - skórę, która stanowiła przedmiot podziwu kobiet Południa i którą Scarlett troskliwie osłaniała czepeczkami, woalkami i mitenkami przed gorącym słońcem Georgii.

Siedząc w to słoneczne popołudnie kwietnia 1861 roku ze Stuartem i Brentem Tarletonami w chłodnym cieniu ganku w Tarze, Scarlett wyglądała jak obrazek. Nowa sukienka z zielonego muślinu w kwiatki, o bardzo sutej krynolinie, była dokładnie dobrana do koloru zielonych safianowych pantofelków na płaskich obcasach, które ojciec przywiózł jej niedawno z Atlanty. Doskonale uwydatniała talię Scarlett, mierzącą w obwodzie zaledwie siedemnaście cali - najcieńszą talię w trzech hrabstwach! - a ciasny stanik uwypuklał jędrne, dobrze jak na jej szesnaście lat rozwinięte piersi. Mimo jednak skromności, jaką tchnęła ta suknia, włosy gładko upięte w kok i białe rączki spokojnie skrzyżowane na kolanach - prawdziwą swoją naturę trudno było Scarlett ukryć. Zielone oczy w przykładnie uśmiechniętej twarzyczce wyrażały bunt, wolę, radość życia i wyraźnie kłóciły się z jej wytwornym zachowaniem. Maniery Scarlett były wypadkową łagodnych napomnień matki i surowych nakazów murzyńskiej piastunki; wyraz oczu należał wyłącznie do niej.

Bracia bliźniacy, wygodnie rozłożeni na krzesłach po obu stronach Scarlett, mrużąc oczy, patrzyli w słońce przez wysokie szklanki pełne wody miętowej, śmiali się i rozmawiali, krzyżując niedbale długie muskularne nogi w wysokich butach. Liczyli sobie po dziewiętnaście lat i przeszło sześć stóp wzrostu, byli szczupli i mocno zbudowani, włosy mieli kasztanowate, twarze bardzo opalone, oczy wesołe i zuchwałe; w swoich jednakowych granatowych marynarkach i spodniach koloru musztardowego tak byli do siebie podobni jak dwa ziarnka bawełny.

Na dworze promienie zachodzącego słońca skośnie padały na podwórze, zalewając blaskiem drzewka dereniu, odcinające się gęstą masą białego kwiecia od tła młodej zieleni. Konie chłopców stały przywiązane do słupka przy podjeździe; były to wielkie zwierzęta, kasztanowate jak włosy ich panów; pod nogami ich gryzła się sfora chudych, nerwowych psów gończych, które towarzyszyły Tarletonom wszędzie. Osobno, jak przystało arystokracie, leżał łaciaty wyżeł, złożywszy pysk na łapach i czekał cierpliwie, aż chłopcy wyruszą do domu.

Między psami, końmi i dwoma chłopcami istniała więź głębsza, niż tego wymagało stałe ich współżycie. Byli wszyscy zdrowymi, beztrosko młodymi zwierzętami, zgrabnymi, gładkimi, wesołymi; chłopcy byli niemniej ogniści od koni, których dosiadali, ogniści i niebezpieczni, dla tych jednak, którzy umieli z nimi postępować, mili i łagodni.

Jakkolwiek cała trójka urodziła się i wyrosła w dostatku, jakkolwiek nie spuszczano ich od dzieciństwa z oczu, twarze ich nie były ani gnuśne, ani miękkie. Mieli w sobie siłę i żywość wieśniaków, którzy całe życie spędzili na otwartym powietrzu i nie łamali sobie głowy nudnymi problemami z książek. Życie w Clayton, północnym hrabstwie Georgii, było bardzo sielskie i wedle miary miast jak Augusta, Savannah czy Charleston trochę prymitywne. Spokojniejsze i wcześniej skolonizowane części Południa z góry patrzyły na mieszkańców Georgii, tutaj jednak brak znajomości greki i łaciny nie przynosił wstydu, o ile człowiek znał się na rzeczach istotnie ważnych. Do spraw ważnych zaś należała uprawa bawełny, dobre trzymanie się na koniu, celne strzelanie, lekkość w tańcu i galanteria w stosunku do dam oraz mocna, jak na dżentelmena przystało, głowa.

W tych sztukach Tarletonowie trzymali prym; wyróżniali się także przysłowiową niezdolnością nauczenia się czegokolwiek z kart książki. Rodzice ich mieli więcej pieniędzy, koni i niewolników niż ktokolwiek inny w hrabstwie, chłopcy jednak byli mniej wykształceni niż większość małorolnych sąsiadów.

Z tej właśnie przyczyny Stuart i Brent zbijali bąki tego popołudnia w Tarze. Właśnie zostali wydaleni z uniwersytetu Georgii, czwartej z rzędu uczelni, która ich w ciągu dwóch ostatnich lat usunęła; a ich starsi bracia, Tom i Boyd, wrócili do domu razem z nimi, ponieważ nie chcieli zostać na uczelni, która tak się obeszła z ich braćmi. Stuart i Brent bardzo byli dumni z tego, że ich wyrzucono, Scarlett zaś, która nie zajrzała do książki od roku, to znaczy od skończenia pensji w Fayetteville, także uważała to wydalenie za zabawne.

- Wiem, że ani wy, ani Tom niezbyt się tym przejmujecie - powiedziała. - Ale co będzie z Boydem? Przecież on postanowił studiować, a przez was musiał przerwać studia w Wirginii, Alabamie, Karolinie Południowej i teraz znowu w Georgii. W tym tempie niczego nie będzie mógł skończyć.

- Och, prawa może się uczyć w kancelarii sędziego Parmalee w Fayetteville - odpowiedział niedbale Brent. - Poza tym to naprawdę nie ma znaczenia. I tak musielibyśmy wrócić do domu przed końcem trymestru.

- Dlaczego?

- Z powodu wojny, gąsko! Wojna wybuchnie lada dzień, a chyba nie przypuszczasz, że któryś z nas usiedziałby wtedy w budzie?

- Żadnej wojny nie będzie - rzekła Scarlett znudzona. - Tak się tylko mówi. Ashley Wilkes i jego ojciec powiedzieli papie w zeszłym tygodniu, że nasi przedstawiciele w Waszyngtonie dojdą do... do... pokojowego porozumienia z panem Lincolnem w sprawie Konfederacji. Poza tym Jankesi zanadto się nas boją, aby walczyć. Nie będzie żadnej wojny i nudzi mnie już słuchanie tych głupstw.

- Nie będzie wojny! - zawołali chłopcy z takim oburzeniem, jak gdyby ich ktoś zawiódł.

- Ależ kochanie, wojna będzie z pewnością - rzekł Stuart. - Jankesi boją się może z nami walczyć, ale teraz, gdy generał Beauregard zbombardował Fort Sumter, będą musieli walczyć, inaczej cały świat uzna ich za tchórzy. Przecież Konfederacja...

Scarlett wydęła usta ze zniecierpliwieniem.

- Jeżeli raz jeszcze powiecie słowo "wojna", pójdę do pokoju i zamknę za sobą drzwi. Żaden temat na świecie nie nudzi mnie tak jak "wojna", chyba może jeszcze "secesja". Papa mówi o tym rano, w południe i wieczorem, wszyscy panowie, którzy go odwiedzają, krzyczą o Fort Sumter, o prawach Stanów i Abrahamie Lincolnie, a ja tak się nudzę, że aż mi się płakać zachciewa! Chłopcy też o niczym innym nie rozmawiają, tylko o tym i o swoim Oddziale. Na żadnym wieczorku ostatnio nie było zabawy, bo chłopcy o niczym innym nie chcą mówić. Strasznie się cieszę, że Georgia dopiero po Bożym Narodzeniu przystąpiła do secesji, bo w przeciwnym razie świąteczne zabawy także byłyby stracone. Jeżeli jeszcze raz powiecie "wojna", pójdę do mieszkania.

Gotowa była spełnić pogróżkę, bo nie potrafiła długo znosić rozmowy, która nie kręciłaby się dokoła niej. Mówiąc to, uśmiechała się jednak, kokietowała dołeczkami w policzkach i trzepotała czarnymi rzęsami jak skrzydłami motyla. Chłopcy byli tym wyraźnie zachwyceni, na co Scarlett zresztą liczyła, i pośpiesznie zaczęli ją przepraszać. Nie brali jej za złe tego braku zainteresowania. Przeciwnie, bardzo im zaimponował. Wojna była sprawą mężczyzn, nie pań, więc oświadczenie Scarlett uznali za dowód prawdziwej kobiecości.

Przerwawszy rozmowę na nudny temat wojny, Scarlett powróciła z zainteresowaniem do nowej sytuacji chłopców.

- Co powiedziała wasza matka na wiadomość, że znowu was wyrzucono?

Chłopcy spojrzeli po sobie z zakłopotaniem, przypominając sobie zachowanie się matki przed trzema miesiącami, po ich ostatnim przymusowym powrocie z uniwersytetu w Wirginii.

- Właściwie - rzekł Stuart - nie miała sposobności nic nam jeszcze powiedzieć. Wszyscy trzej z Tomem wyjechaliśmy z domu wcześnie, zanim mama wstała. Tom pojechał do Fontaine'ów, a my przyjechaliśmy tutaj.

- Czy nic nie mówiła, kiedyście wczoraj przyjechali do domu?

- Wczoraj nam się upiekło. W chwili gdyśmy przyjechali, przyprowadzono także nowego ogiera, którego mama kupiła miesiąc temu w Kentucky i na nim skupiła się uwaga całego domu. To wspaniała bestia, cudowny koń, Scarlett. Musisz poprosić swego ojca, aby przyjechał go obejrzeć - już zdążył ugryźć stajennego i skopać dwóch Murzynów mamy, którzy czekali na jego przybycie w Jonesboro. I właśnie przed naszym przyjazdem omal nie potratował całej stajni i nie zabił Kasztana, starego ogiera mamy. Kiedyśmy zajechali do domu, mama była w stajni z torbą cukru i starała się go ugłaskać, ze skutkiem zresztą. Murzyni poobsiadali wszystkie krokwie, z wytrzeszczonymi ze strachu oczyma, a mama mówiła do konia, jak gdyby mógł ją zrozumieć, i karmiła go z ręki. Nikt nie potrafi się tak z koniem obchodzić jak mama. A kiedy nas zobaczyła, powiedziała: "Wielkie Nieba, a cóż wy tutaj robicie? Gorsi jesteście od plag egipskich!". Koń w tej samej chwili zaczął parskać i wspinać się, więc powiedziała: "Wynoście się stąd! Czy nie widzicie, jaki on podniecony, ten mój najpiękniejszy? Rozmówię się z wami jutro rano!". Położyliśmy się zatem spać, dziś wyjechaliśmy, aby nas mama nie złapała, a Boyda zostawiliśmy, żeby ją udobruchał.

- Czy sądzicie, że zbije Boyda? - Scarlett, jak i reszta hrabstwa, nie mogła zrozumieć, jak mała pani Tarleton potrafi wymyślać swoim dorosłym synom i zdziela ich szpicrutą przez plecy, gdy okazja tego wymaga.

Beatrice Tarleton była kobietą energiczną. Zajmowała się nie tylko wielką plantacją bawełny, setką Murzynów i ośmiorgiem dzieci, ale i największą w całym hrabstwie hodowlą koni. Była gwałtowna, łatwo wpadała w gniew z powodu częstych "wykroczeń" swoich czterech synów i jakkolwiek nikomu nie pozwalała smagać batem ani konia, ani niewolnika, uważała, że dobre lanie od czasu do czasu wcale chłopcom nie zaszkodzi.

- Boyda nie zbije na pewno. Nigdy jeszcze na Boyda nie podniosła ręki, bo jest najstarszy, a poza tym najmniejszy z nas - rzekł Stuart, dumny ze swoich sześciu stóp wzrostu. - Dlatego właśnie zostawiliśmy go w domu, aby jej wszystko wytłumaczył. Boże jedyny, właściwie to mama mogłaby już nas przestać tłuc! Mamy po dziewiętnaście lat, Tom ma dwadzieścia jeden, a mama ciągle nas traktuje, jakbyśmy mieli po sześć!

- Czy wasza mama pojedzie na nowym koniu na jutrzejsze barbecue do Wilkesów?

- Mama chciałaby, ale ojciec powiada, że koń jest zbyt ostry. Poza tym nie pozwolą jej na to dziewczynki. Chcą, aby na jedną przynajmniej zabawę pojechała powozem jak dama.

- Mam nadzieję, że jutro deszczu nie będzie - powiedziała Scarlett. - Od tygodnia już pada prawie dzień w dzień. Nie ma nic gorszego nad barbecue, które się przekształca w zabawę w salonie.

- Ach nie, jutro będzie ładnie i gorąco jak w czerwcu - rzekł Stuart. - Spójrz, jaki dziś zachód słońca. Nigdy nie widziałem podobnie krwawego. Ładny zachód zawsze wróży pogodę.

Spojrzeli wszyscy poprzez niekończące się morgi świeżo zoranych pól Geralda O'Hary w stronę czerwonego horyzontu. Teraz, kiedy słońce w plamie purpury skryło się za wzgórza na przeciwległym brzegu rzeki Flint, ciepło kwietniowego dnia przeistoczyło się w lekki, pachnący chłód.

Wiosna przyszła tego roku wcześnie; przyniosła ze sobą ciepłe, krótkie deszcze i nagłe wytryskanie różowych kwiatów brzoskwiń i białych gwiazdek dereni na bagnistych gruntach nad rzeką i na dalekich pagórkach. Orka miała się już ku końcowi i ognista wspaniałość zachodu barwiła kolorem szkarłatu świeżo odwalone skiby czerwonawej georgijskiej gliny. Wilgotna, głodna ziemia, oczekująca ziaren bawełny, była różowawa na wierzchu pierzastych bruzd, cynobrowoszkarłatna i brązowa tam, gdzie po bokach rowków leżały cienie. Pobielony wapnem murowany dom plantacji wydawał się wyspą na groźnym, czerwonym morzu spienionych, falujących bałwanów, znieruchomiałych w chwili, gdy fale o różowych czubach miały rozbić się w pianę. Bruzdy nie były tutaj długie i proste jak na żółtych polach środkowej Georgii czy na błyszczącym czarnoziemie plantacji bliżej wybrzeża. Nierówną, pagórkowatą krainę północnej Georgii orano w najrozmaitszych kierunkach, aby tłusta ziemia nie była zmywana w łożyska rzek.

Ziemia ta, czerwona, koloru krwi po deszczu, pokryta ceglastym pyłem w czasie suszy, była najlepszą w świecie ziemią pod uprawę bawełny. Była to przyjemna kraina białych dworków, spokojnych pól uprawnych i leniwych, żółtych rzek, kraina kontrastów - ostrego blasku słońca i gęstych cieniów. Karczowiska i akry pól bawełny uśmiechały się do gorącego słońca spokojne, ciche. Na skraju pól rosły dziewicze lasy, ciemne i chłodne nawet w najgorętsze południa, tajemnicze, trochę groźne, a szumiące sosny zdawały się czekać z odwieczną cierpliwością, straszyć cichymi westchnieniami: "Strzeż się! Strzeż! Rządziłyśmy tobą długo. Możemy cię znowu odzyskać".

Do uszu trojga na ganku doszedł tętent kopyt, dzwonienie uprzęży i ostre, beztroskie śmiechy murzyńskie: to parobcy z mułami wracali z pól. Z wewnątrz domu płynął łagodny głos matki Scarlett, Ellen O'Hary, wołającej małą czarną dziewczynkę, która nosiła za nią klucze. Wysoki, dziecinny głosik odpowiedział: "Tak, psze pani", i zaraz rozległy się odgłosy kroków kierujących się tylnymi drzwiami do wędzarni, gdzie Ellen zwykła była wydzielać jedzenie wracającym z pola pracownikom. Słychać było dźwięk porcelany i szczękanie srebra, kiedy Pork, lokaj Geralda, zaczął nakrywać stół do kolacji.

Słysząc te dźwięki, bracia uświadomili sobie, że czas wyruszyć w powrotną drogę do domu. Nie bardzo im się chciało stanąć przed matką, ociągali się więc na ganku w Tarze, czekając, aby Scarlett zaprosiła ich na kolację.

- Słuchaj, Scarlett. Jeszcze coś co do jutra - rzekł Brent. - Dlatego, że nie było nas tutaj i że nie wiedzieliśmy o zabawie u Wilkesów, nie mamy zamiaru być pokrzywdzeni. Nie masz chyba wszystkich tańców już zajętych, co?

- Niestety, mam. Skądże mogłam wiedzieć, że wy się zjawicie w domu? Nie mogłam się przecież narazić na podpieranie ściany dlatego, że na was czekam.

- Ty miałabyś podpierać ścianę?! - Chłopcy zaśmiali się głośno.

- Słuchaj, kochanie. Musisz dla mnie zarezerwować pierwszego walca, a dla Stuarta ostatniego i musisz siedzieć między nami przy stole. Będziemy siedzieli u wylotu schodów tak jak na poprzednim balu i sprowadzimy sobie starą Jincy, aby nam znowu powróżyła.

- Nie lubię przepowiedni starej Jincy. Powiedziała mi, że wyjdę za pana o kruczych włosach i długich czarnych wąsach, a ja nie lubię brunetów.

- Wolisz rudych, prawda, kochanie? - zaśmiał się Brent. - Ale teraz przyrzeknij nam walca i kolację.

- Jeżeli przyrzekniesz, zdradzimy ci pewien sekret - rzekł Stuart.

- Jaki? - zawołała Scarlett, nagle ożywiona jak dziecko.

- Czy mówisz o tym, co słyszeliśmy wczoraj w Atlancie, Stu? Wiesz przecież, że tego obiecaliśmy nie powtarzać.

- Ale przecież powiedziała nam o tym panna Pitty.

- Jaka panna Pitty?

- Wiesz, ta kuzynka Ashleya Wilkesa, która mieszka w Atlancie, panna Pittypat Hamilton, ciotka Charlesa i Melanii Hamiltonów.

- Wiem. Nigdy w życiu nie widziałam śmieszniejszej starej panny.

- A więc, kiedyśmy wczoraj w Atlancie czekali na pociąg do domu, powóz jej przejeżdżał koło dworca, zatrzymała się, porozmawiała z nami i powiedziała nam, że jutro u Wilkesów zostaną ogłoszone pewne zaręczyny.

- Och, o tym przecież wiem - rzekła Scarlett z zawodem. - Tego jej głupiego bratanka Charlesa Hamiltona z Honey Wilkes. Wszyscy już od lat twierdzą, że oni się ze sobą pobiorą, chociaż Charles wcale się do tego nie pali.

- Czy naprawdę uważasz, że Charles jest głupi? - zapytał Brent. - Na Boże Narodzenie pozwalałaś mu się koło siebie kręcić.

- Na to, że się kręci, nie mogłam nic poradzić - odrzekła Scarlett niedbale. - Uważam go za straszną babę.

- To zresztą wcale nie jego zaręczyny zostaną ogłoszone - rzekł z triumfem Brent - tylko Ashleya z siostrą Charliego, panną Melanią.

Twarz Scarlett nie zmieniła się wcale, tylko wargi jej pobladły - czuła się jak osoba, która nagle otrzymała przeraźliwy cios i w pierwszych chwilach osłupienia nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. Twarz jej, zwrócona ku Stuartowi, była tak nieruchoma, że ten, niezbyt uważny, pewien był, że Scarlett jest jedynie bardzo zdziwiona i zaciekawiona.

- Panna Pitty powiedziała nam, że chcieli to ogłosić dopiero na przyszły rok, bo panna Mela czuła się ostatnio niezbyt dobrze. Jednak, gdy tyle się mówi o wojnie, obydwie rodziny uważają, że lepiej będzie, jeżeli ślub odbędzie się szybko. Jutro więc wieczorem podczas kolacji zaręczyny zostaną ogłoszone. Teraz, Scarlett, skorośmy ci już powiedzieli sekret, musisz nam przyrzec, że usiądziesz z nami do stołu.

- Bardzo chętnie - powiedziała Scarlett bez zastanowienia.

- I wszystkie walce będą nasze?

- Wszystkie.

- Jesteś słodka! Założyłbym się, że inni chłopcy się powściekają.

- Niech się wściekają - rzekł Brent. - Damy sobie z nimi radę. Słuchaj, Scarlett, usiądź przy nas także i rano.

- Co takiego?

Stuart powtórzył prośbę.

- Z chęcią.

Bracia spojrzeli po sobie triumfalnie, ale z pewnym zdziwieniem. Mimo że uważali się za wyróżnianych przez Scarlett kawalerów, nigdy dotąd nie mieli tak przekonywających dowodów jej sympatii. Zwykle musieli długo prosić i nastawać, a ona ich zwodziła, nie chcąc nigdy powiedzieć ani "tak", ani "nie", śmiejąc się, gdy się dąsali, stając się zimną, gdy zaczynali być źli. A teraz nagle przyrzekła właściwie, że im poświęci cały swój jutrzejszy czas - będzie z nimi siedziała rano przy uczcie, obiecała wszystkie walce (a już oni postarają się o to, aby grano tylko walce!) i kolację. Takie osiągnięcie warte było wyrzucenia z uniwersytetu.

Pełni nowego animuszu po tym sukcesie, nie śpieszyli się z pożegnaniem, mówili o balu i barbecue, o Ashleyu Wilkesie i Melanii Hamilton, przerywając sobie nawzajem, robiąc dowcipy i śmiejąc się z nich, dając do zrozumienia, że czekają zaproszenia na kolację. Upłynęła spora chwila, zanim się spostrzegli, że Scarlett mówi teraz bardzo mało. Nastrój jakoś się zmienił. Jak to się stało - bracia nie wiedzieli, ale przyjemna atmosfera wizyty uleciała bezpowrotnie, Scarlett zdawała się zwracać mało uwagi na to, co mówili, jakkolwiek odpowiadała sensownie. Wyczuwając coś, czego nie mogli zrozumieć, zniechęceni tym i zmartwieni, chłopcy walczyli z sobą przez chwilę, po czym niechętnie wstali, spoglądając na zegarki.

Słońce stało już nisko nad świeżo zaoranymi polami; wysokie lasy rysowały się ciemną linią za rzeką. Nad podwórzem chyżo krążyły jaskółki, a kurczęta, kaczki i indyki tłoczyły się i puszyły, wracając z pól.

Stuart krzyknął: "Jeems!". Po krótkiej chwili wysoki czarny chłopak, w tym samym co bracia wieku, przybiegł bez tchu zza domu i skierował się biegiem do spętanych koni. Jeems był przybocznym sługą młodych Tarletonów, podobnie jak psy towarzyszył im wszędzie. Był od dzieciństwa towarzyszem ich zabaw: dostali go na własność na swoje dziesiąte urodziny. Na widok Murzyna psy podniosły się z pokrytej czerwonym pyłem ziemi i spojrzały wyczekująco w stronę swoich panów. Chłopcy skłonili się, pożegnali, przypominając Scarlett, że będą czekali na nią u Wilkesów z samego rana. Potem szybko zbiegli po podjeździe, wsiedli na konie i galopem puścili się aleją cedrową, powiewając kapeluszami i wołając jeszcze do Scarlett.

Kiedy minęli zakręt zapylonej drogi i Tara znikła im z oczu, Brent zatrzymał konia pod kępą dereni. Stuart także przystanął, a za nim, w odległości kilku kroków, i czarny chłopak. Konie, poczuwszy zwolnienie lejc, pochyliły głowy, aby poskubać miękkiej, wiosennej trawy, cierpliwe zaś psy legły znowu w czerwonym pyle i patrzyły pożądliwie na jaskółki wirujące w gęstniejącym mroku. Szeroka, szczera twarz Brenta wyrażała zdziwienie i lekkie oburzenie.

- Słuchaj - rzekł - czy nie uważasz, że Scarlett powinna nas była zaprosić na kolację?

- Przypuszczałem, że nas zaprosi - odparł Stuart. - Czekałem, aż to zrobi, ale jakoś nic nie powiedziała. Jak to sobie tłumaczysz?

- Wcale sobie tego nie tłumaczę. Wydaje mi się jednak, że powinna nas była poprosić. Ostatecznie, jest to nasz pierwszy wieczór po przyjeździe, a nie widziała nas od dawna. Mieliśmy jej jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia.

- Zdawało mi się, że bardzo się ucieszyła, kiedyśmy przyjechali.

- I ja tak myślałem.

- A potem, może pół godziny temu, nagle ucichła, jak gdyby ją głowa rozbolała.

- Zauważyłem to także, ale nie zwróciłem uwagi. Jak myślisz, co jej się mogło stać?

- Nie wiem. Czyżbyśmy powiedzieli coś takiego, co ją rozzłościło?

Obydwaj zastanawiali się przez chwilę.

- Nic mi nie przychodzi na myśl. Poza tym, kiedy Scarlett jest zła, poznać to od razu. Nie stara się panować nad sobą jak inne panny.

- Tak, i to w niej właśnie lubię. Nie jest napuszona i sztywna, kiedy jest zła, tylko od razu mówi, o co chodzi. Pewien jednak jestem, że tak na nią podziałało coś, co zrobiliśmy czy powiedzieliśmy, bo zamilkła i wyglądała jak chora. Mógłbym przysiąc, że cieszyła się, kiedy nas zobaczyła, i że z początku chciała nas zatrzymać na kolacji.

- A może nas nie poprosiła dlatego, że nas wyrzucono z uniwerku?

- Ach, skądże znowu! Nie bądź głupi. Śmiała się przecież, kiedyśmy jej o tym powiedzieli. Poza tym zaś Scarlett tak jak my nie dba o książki.

Brent odwrócił się w siodle i zawołał młodego Murzyna:

- Jeems!

- Słucham?

- Czy słyszałeś, o czym rozmawialiśmy z panną Scarlett?

- Ależ skąd, paniczu! Czyż ja bym podsłuchiwał rozmowę białych ludzi?

- Czyś podsłuchiwał? Boże drogi! Wy, Murzyni, wiecie o wszystkim, co się dzieje. Kłamco jeden, na własne oczy widziałem, jak przekradałeś się koło ganku i przycupnąłeś za krzakiem jaśminu przy murze. A więc, czy słyszałeś, żeśmy powiedzieli coś takiego, co pannę Scarlett mogło rozzłościć czy urazić?

Zapytany w ten sposób Jeems przestał się upierać, że nie słyszał rozmowy, i zmarszczył czarne czoło.

- Nie, paniczu, nic takiego nie słyszałem, co by ją mogło rozzłościć. Tak mi się zdaje, jakby się panna Scarlett cieszyła, że paniczów widzi, i świergotała wesoło jak ptaszek aż do czasu, gdy panicze powiedzieli, że pan Ashley i panna Mela Hamilton się ze sobą ożenią. Potem panna Scarlett umilkła jak ptak, który widzi jastrzębia.

Bracia spojrzeli na siebie i skinęli głowami, jeszcze nie rozumiejąc.

- Jeems ma rację. Ale nie rozumiem dlaczego - rzekł Stuart. - Mój Boże! Ashley nie jest przecież dla niej niczym więcej jak przyjacielem. Nie kocha się w nim przecież. Kocha się w nas.

Brent kiwnął głową.

- Ale może - powiedział - Ashley nie powiedział jej, że ogłosi zaręczyny jutro wieczorem, i Scarlett jest zła na niego, że nie zawiadomił o tym jej, swojej starej przyjaciółki, zanim powiedział o tym innym? Dziewczęta wielką wagę przywiązują do tego, aby o takich rzeczach dowiadywać się najwcześniej.

- Wiesz, że to możliwe. Ale cóż z tego, że nic jej nie powiedział? Miał to być sekret i niespodzianka, a mężczyzna ma prawo trzymać swoje zaręczyny w tajemnicy, prawda? My byśmy także o tym nic nie wiedzieli, gdyby ciotka Meli nie wygadała się przed nami. Scarlett z pewnością wiedziała, że Ashley ma się ożenić z Melą. My sami wiemy o tym od lat. Wilkesowie i Hamiltonowie zawsze się pobierają między sobą. Wszyscy wiedzieli, że Ashley kiedyś się z Melą ożeni, tak samo jak o tym, że Honey Wilkes wyjdzie za jej brata, Charlesa.

- Dobrze, ale nie mówmy już o tym. Szkoda jednak, że nie zaprosiła nas na kolację. Przysięgam, że nie mam ochoty wracać do domu i wysłuchiwać wymówek mamy, że znowu nas wylano. Tym bardziej że zdarza się to już nie pierwszy raz...

- Może Boyd udobruchał już mamę. Wiesz przecież, jaki z niego świetny adwokat. Zawsze potrafi ją ugłaskać.

- Tak, to prawda, ale musi mieć na to dużo czasu. Musi gadać i gadać, aż mama przestaje wiedzieć, o co chodzi, poddaje się i każe mu swoją wymowę zachować na sąd. Mam jednak wrażenie, że Boyd jeszcze nie zdążył zacząć. Założę się nawet, że mama tak jest podniecona nowym koniem, że przypomni sobie o nas dopiero przy kolacji, kiedy spostrzeże Boyda. Podczas jedzenia będzie wymyślała i parskała. Zrobi się dziesiąta, zanim Boyd będzie jej mógł powiedzieć, że byłoby poniżej naszej godności, gdyby który z nas został w budzie po tym, co nam dwóm powiedział rektor. I dopiero około północy tak jej głowę zawróci, że będzie wściekła na rektora i będzie się pytała Boyda, dlaczego go nie zastrzelił. Nie, nie możemy wracać do domu przed północą.

Bracia popatrzyli na siebie ponuro. Nie bali się ani dzikich koni, ani pijatyk ze strzelaniem, ani opinii sąsiadów, ale surowe słowa matki, poparte razami szpicruty, którą okładała ich poniżej pleców, napawały ich niekłamanym lękiem.

- No więc słuchaj - powiedział Brent. - Pojedziemy do Wilkesów. Ashley i dziewczęta chętnie nas zaproszą na kolację.

Stuart był zakłopotany.

- Nie, tam nie jedźmy. Mają pewnie zawracanie głowy w związku z jutrzejszą zabawą, a prócz tego...

- Ach, zapomniałem o tym - szybko powiedział Brent. - Nie, wobec tego nie jedźmy tam.

Cmoknęli na konie i przez chwilę jechali w milczeniu. Na ciemnych policzkach Stuarta ukazał się rumieniec zakłopotania. Jeszcze niecały rok temu Stuart starał się o Indię Wilkes, za aprobatą obydwu rodzin i całej okolicy. Opinia twierdziła, że zimna i opanowana India Wilkes wywrze na niego zbawienny wpływ. Tego w każdym razie wszyscy pragnęli. Sam Stuart także by się może zdecydował na tę partię, ale Brent nie był zadowolony. Brent lubił Indię, uważał ją jednak za bardzo brzydką i nudną i po prostu nie mógł się w niej zakochać, by dotrzymać towarzystwa Stuartowi. Wtedy to po raz pierwszy zdarzyło się, że zainteresowania braci nie były zgodne, Brent był więc trochę urażony atencjami brata dla panienki, która nie wydawała mu się ich godna.

Aż tu latem ubiegłego roku, na zebraniu politycznym w lasku dębowym pod Jonesboro, obaj nagle zauważyli Scarlett O'Harę. Znali ją od wielu lat i jeszcze w dzieciństwie bardzo lubili się z nią bawić, bo umiała jeździć konno i wspinać się na drzewa nie gorzej od nich. Teraz jednak ku wielkiemu zdumieniu stwierdzili, że stała się dorosłą panną i w dodatku najbardziej uroczą na świecie.

Po raz pierwszy zauważyli, jak skrzą się jej zielone oczy, jakie ma dołeczki, kiedy się śmieje, jak małe ręce i nogi i jak cienki stan. Żarty ich wywoływały z jej strony wybuchy wesołego śmiechu, więc podnieceni myślą, że ich uważa za niezwykłych chłopców, przeszli samych siebie.

Był to pamiętny dzień w życiu braci Tarletonów. Odtąd, ilekroć rozmawiali o nim, nie przestawali się dziwić, że dopiero wtedy zauważyli wdzięki Scarlett. Nie przyszło im jednak wcale na myśl, iż stało się to dlatego, że Scarlett dnia tego postanowiła ich zdobyć. Nie znosiła po prostu, aby jakikolwiek młody człowiek był nie w niej zakochany, więc widok Indii Wilkes i Stuarta na zebraniu rozbudził w niej instynkty zaborcze. Nie zadowalając się samym Stuartem, zagięła parol także i na Brenta, a okazała tak gruntowną znajomość sztuki zdobywania, że całkowicie podbiła obu chłopców.

Teraz obaj byli zakochani w Scarlett, a India Wilkes i Letty Munroe z Lovejoy, z którą Brent zresztą niezbyt chętnie flirtował, odsunięte zostały na dalszy plan. Nad tym, co pocznie ten z nich, którego Scarlett odrzuci, bracia nie zastanawiali się wcale. Na nieprzyjemne myśli zawsze jest mnóstwo czasu. Chwilowo byli zadowoleni, że podoba im się ta sama panna, bo wcale nie byli o siebie zazdrośni. Sytuacja ta pasjonowała sąsiedztwo i martwiła ich matkę, która nie darzyła Scarlett zbytnią sympatią.

- Zobaczycie, co to będzie, kiedy ta sprytna szelma wybierze jednego z was - mawiała pani Tarleton. - Może zresztą przyjmie was obu, a wtedy będziecie się musieli wynieść do Utah, jeżeli mormoni was zechcą, o czym śmiem wątpić... Jedyne, co mnie obchodzi, to fakt, że w niedalekiej przyszłości staniecie się o siebie zazdrośni z powodu tej dwulicowej małej bestyjki o zielonych oczach i pozabijacie się po pijanemu nawzajem. Co zresztą bardzo mi się uśmiecha.

Od dnia tego zebrania Stuart zaczął się czuć nieswojo w obecności Indii. Nie znaczy to bynajmniej, iżby India słowem czy gestem dała mu kiedykolwiek odczuć, że zauważyła nagłą zmianę jego uczuć. Na to była zbyt dobrze wychowana. Stuart jednak poczuwał się do winy w stosunku do niej. Wiedział, że rozbudził jej uczucia, wiedział, że dziewczyna kocha go jeszcze, i w głębi serca czuł, że nie zachował się wobec niej szlachetnie. Lubił ją bardzo i szanował za chłodną dystynkcję, za wykształcenie i wszystkie zalety, jakie posiadała. Ale, u licha, była bladziutka, nieładna i zawsze jednakowa, podczas gdy Scarlett była błyskotliwa i żywa. Postępki Indii można było zawsze z góry przewidzieć - Scarlett była wciąż inna. To wprawdzie doprowadzało człowieka do rozpaczy, ale miało swój urok.

- No więc pójdźmy na kolację do Cade'a Calverta. Scarlett powiedziała, że Cathleen wróciła już z Charlestonu. Może będzie wiedziała coś nowego o Fort Sumter.

- Cathleen? Założę się z tobą, że ona nie wie nawet, iż Fort leży u wejścia do portu, tym bardziej zaś, że pełno w nim było Jankesów. Jedyne, co ją zajmuje, to bale, na których była, i adoratorzy, których zdobyła.

- To prawda, ale ona bardzo zabawnie paple. A zresztą chodzi o to, abyśmy przeczekali gdzieś, aż mama pójdzie spać.

- Nie, nie! Lubię Cathleen, bo to zabawna dziewczyna, chciałbym usłyszeć nowinki o Caro Rhett i innych charlestońskich znajomych, ale niech mnie diabli wezmą, jeżeli potrafię się zmusić do siedzenia przy kolacji z tą jej jankeską macochą.

- Nie bądź dla niej zbyt surowy, Stuarcie. Ma dobre intencje.

- Wcale jej surowo nie sądzę. Żal mi jej tylko, a nie lubię ludzi, których mi żal. Tak bardzo się stara robić to, co trzeba, i dobrze zabawiać gości, że zawsze zaczyna mówić i robić rzeczy niewłaściwe. Denerwuje mnie. Uważa ponadto, że ludzie z Południa są dzikimi barbarzyńcami. Powiedziała to nawet mamie. Boi się południowców. Ilekroć tam przyjeżdżamy, ma taką minę, jak gdyby się nas śmiertelnie obawiała. Przypomina mi chudą kurę, o przerażonych jasnych oczach bez wyrazu, gotową gdakać i trzepotać skrzydłami za lada ruchem z czyjejkolwiek strony.

- Nie możesz mieć o to do niej żalu. Postrzeliłeś przecież Cade'a w nogę.

- Tak, ale wtedy byłem wstawiony. Inaczej nigdy bym tego nie zrobił - rzekł Stuart. - Cade zresztą nie miał do mnie wcale żalu, jak również Cathleen, Raiford i pan Calvert. Tylko ta ich jankeska macocha podniosła krzyk i gadała, że jestem dzikim barbarzyńcą i że przyzwoici ludzie nie są bezpieczni wśród niecywilizowanych południowców.

- Nie możesz jej mieć tego za złe. Jest Jankeską i nie ma zbyt dobrych manier. A poza tym postrzeliłeś naprawdę Cade'a, który jest jej pasierbem.

- No dobrze już, dobrze! Ale to wszystko nie daje jej jeszcze prawa, aby mnie obrażać! Ty jesteś mamy rodzonym synem, a mama wcale się nie przejęła, kiedy Tony Fontaine zranił ciebie w nogę! Posłała tylko po starego doktora Fontaine'a, aby cię opatrzył, i zapytała go, dlaczego Tony tak marnie celuje. Powiedziała, że to pewno wódka źle podziałała na celność jego strzału. Pamiętasz, jak to Tony'ego rozgniewało?

Obaj chłopcy zaśmiali się głośno.

- Nasza mama to dobry numer! - rzekł Brent z pełnym czułości podziwem. - Można zawsze liczyć na nią: umie się znaleźć i nie robi człowiekowi wstydu przed innymi.

- Tak, ale bardzo się boję, że dzisiaj, gdy wrócimy do domu, zrobi nam wstyd w obecności ojca i dziewcząt - rzekł Stuart posępnie. - Słuchaj, Brent. Mam wrażenie, że będziemy musieli się pożegnać z podróżą do Europy. Wiesz, że mama nam zapowiedziała, że nie pojedziemy, jeżeli nas wyrzucą z jeszcze jednej uczelni.

- No więc co z tego? Czy nam na tym zależy? Cóż tam jest do oglądania w Europie? Założę się, że wszyscy cudzoziemcy razem nie mogą nam nic takiego pokazać, czego byśmy nie mieli tutaj w Georgii. Założę się, że konie ich nie są tak szybkie ani dziewczęta tak piękne, i mógłbym przysiąc, że ich żytniówka nie umywa się do żytniówki ojca.

- Ashley Wilkes mówi, że w Europie są piękne krajobrazy i dobra muzyka. Podobało mu się tam bardzo. Ciągle opowiada o swojej podróży.

- No tak, ale wiesz przecież, jacy są Wilkesowie. Trochę zwariowani, jeżeli chodzi o muzykę, książki czy widoki. Mama mówi, że to dlatego, że ich dziadek pochodził z Wirginii. Uważa, iż wszyscy ludzie z Wirginii zbyt wielką wagę przywiązują do tych rzeczy.

- Niech zostaną przy swoich gustach. Daj mi dobrego konia, dobry trunek, przyzwoitą pannę do flirtu i mniej porządną do rozkoszy, a daruję im tę ich Europę... Czy nam właściwie zależy na tej podróży? A przypuśćmy, że bylibyśmy w Europie właśnie teraz, kiedy zbliża się wojna? Nie moglibyśmy zdążyć na czas do domu. Wolę wojnę niż podróż do Europy.

- Ja także, oczywiście... Słuchaj, Brent! Wiem już, dokąd moglibyśmy pojechać na kolację. Przeprawmy się przez moczary do Abla Wyndera. Powiemy mu, że wróciliśmy wszyscy do domu i jesteśmy gotowi do musztry.

- To świetny pomysł! - wykrzyknął Brent z entuzjazmem. - Opowie nam wszystkie nowości i dowiemy się, jaki kolor został ostatecznie wybrany na mundury.

- Jeżeli taki jak żuawów, to raczej skonam, niż się zaciągnę. Czułbym się jak pajac w tych workowatych czerwonych spodniach. Wyglądają jak damskie barchanowe majtki.

- Czy panicze chcą jechać do pana Wyndera? To panicze nic nie dostaną na kolację - rzekł Jeems. - Kucharka ich umarła i jeszcze sobie nie kupili drugiej. Gotuje im robotnica z pola i mówili mi Murzyni, że to najgorsza kucharka w całym hrabstwie.

- Więc dlaczego, na Boga, nie kupią sobie lepszej?

- Skąd by zaś "biała nędza" mogła sobie pozwolić na Murzynów? Nigdy tam nie było więcej czarnych niż najwyżej czworo.

W głosie Jeemsa brzmiała wyraźna pogarda. Jego własna pozycja społeczna była niezachwiana, ponieważ Tarletonowie mieli ponad stu Murzynów, dlatego więc, podobnie jak wszyscy niewolnicy z wielkich plantacji, patrzył z góry na farmerów posiadających tylko kilku Murzynów.

- Wygarbuję ci skórę za to, coś powiedział! - zawołał ze złością Stuart. - Nie nazywaj mi Abla Wyndera "białą nędzą". Pewnie, że jest biedny, ale pochodzi z porządnej rodziny i niech mnie kule biją, jeżeli pozwolę komukolwiek, białemu czy czarnemu, wygadywać na niego. W całym hrabstwie nie ma lepszego od niego człowieka. Inaczej bowiem Oddział nie mianowałby go porucznikiem.

- Tego to wcale nie rozumiem - odparł Jeems, nie bacząc na gniew swego pana. - Tak mi się zdaje, że oficerami powinni być prawdziwi panowie, a nie nędza z moczarów.

- On nie jest żadną "nędzą"! Jakże można go porównywać z prawdziwą "białą nędzą" jak rodzina Slatterych? Abel nie ma tylko majątku. Jest małym farmerem, a nie wielkim plantatorem, i jeżeli chłopcy cenią go tak wysoko, że obwołali go porucznikiem, to nie jest rzeczą byle Murzyna źle o nim mówić. Oddział wie, co robi.

Oddział kawalerii zorganizowano przed trzema miesiącami w dniu, gdy Georgia odłączyła się od Unii, i od tego czasu ochotnicy marzyli o wojnie. Oddział nie miał jeszcze dotąd żadnej nazwy, jakkolwiek pomysłów nie brakło. Każdy miał na ten temat inną ideę, od której nie chciał odstąpić, każdy też dawał projekt kroju i koloru mundurów. "Dzikie koty z Claytonu", "Pożeracze ognia", "Huzarzy północnej Georgii", "Żuawi", "Strzelcy krajowi" (jakkolwiek oddział uzbrojony miał być w pistolety, szable i długie noże, a nie strzelby), "Szarzy z Claytonu", "Krwawe pioruny", "Nieustraszeni" - wszystkie te nazwy miały swoich zwolenników. Do czasu ostatecznego wyjaśnienia tej sprawy wszyscy określali organizację jako Oddział i mimo górnolotnej nazwy, którą ostatecznie wybrano, wojsko Georgii zawsze zwane było Oddziałem.

Oficerowie wybierani byli przez członków organizacji, ponieważ nikt w całym hrabstwie, z wyjątkiem kilku weteranów wojny meksykańskiej i seminolskiej, nie miał doświadczenia wojennego, ponadto zaś Oddział nie respektowałby dowódcy, którego by większość członków nie lubiła i dobrze nie znała. Wszyscy lubili czterech młodych Tarletonów i trzech Fontaine'ów, ale z żalem musieli zrezygnować z ich wyboru, bo Tarletonowie mieli zbyt słabe głowy i po pijanemu płatali psie figle, Fontaine'owie zaś byli porywczymi zabijakami. Ashley Wilkes został wybrany kapitanem, ponieważ był najlepszym jeźdźcem w hrabstwie, chód zaś jego i opanowanie dawały jaką taką gwarancję, że potrafi utrzymać porządek. Raiford Calvert został porucznikiem, bo był przez wszystkich lubiany, Abel Wynder zaś, syn trapera z moczarów i właściciel małej fermy - porucznikiem.

Abel był obrotnym, małomównym olbrzymem, starszym od reszty chłopców; nie miał wykształcenia, ale za to dobry charakter, do kobiet odnosił się równie dobrze, jeżeli nie lepiej niż większość z nich. W Oddziale nie było snobizmu. Ojcowie czy dziadowie jego członków także dorobili się pieniędzy, zacząwszy od małej własności wiejskiej. Co więcej, Abel był najlepszym strzelcem w organizacji; trafiał w oko wiewiórki z odległości siedemdziesięciu pięciu jardów, ponadto zaś znał dobrze życie obozowe, umiał rozpalać ogniska podczas deszczu, tropić zwierzynę i znajdować wodę. Organizacja ceniła te wszystkie zalety - Wynder był powszechnie lubiany, mianowano go więc oficerem. Abel nosił tę godność z powagą, jak gdyby słusznie mu się należała, i nie okazywał żadnej zarozumiałości. Jednakże żony plantatorów i ich niewolnicy nie mogli przejść do porządku dziennego nad faktem, że Wynder nie urodził się dżentelmenem - o czym mężczyźni zupełnie nie pamiętali.

Początkowo do Oddziału należeli wyłącznie synowie plantatorów, dżentelmeni, z których każdy miał własnego konia, własne uzbrojenie, ekwipunek, mundur i ordynansa. W nowym hrabstwie claytońskim bogatych plantatorów było jednak niewielu, aby więc sformować pełen oddział, trzeba było rekrutów zbierać spomiędzy synów małych farmerów, leśniczych z głębokich lasów, traperów z moczarów, małorolnych i w bardzo nielicznych wypadkach nawet "białej nędzy".

Małorolni z równym zapałem rwali się do walki z Jankesami jak ich bogatsi sąsiedzi, ale od zaciągnięcia się do Oddziału wstrzymywała ich kłopotliwa sprawa finansów. Nie wszyscy drobni farmerzy mieli konie. Do prac rolnych używali mułów, a i tych nie mieli wiele, rzadko więcej niż cztery. Farmy nie mogły obyć się bez mułów, nawet na wypadek gdyby komenda Oddziału chciała je przyjąć - a tego robić nie chciała. "Biała nędza" zaś uważała się za dobrze sytuowaną, jeżeli miała choć jednego muła. Ludzie z głębi lasów i traperzy z moczarów nie mieli ani koni, ani mułów i żyli wyłącznie z płodów swojej ziemi lub z łowów. Trudnili się przeważnie handlem wymiennym i rzadko miewali więcej niż pięć dolarów w gotówce rocznie, konie zatem i umundurowanie były dla nich niedostępne. W ubóstwie swoim byli jednak równie hardzi, jak plantatorzy dumni ze swego bogactwa, i nie przyjęliby od swoich zamożnych sąsiadów niczego, co mogłoby wyglądać na zapomogę. Tak więc, aby nie razić niczyich uczuć, a doprowadzić Oddział do właściwego stanu liczebnego, ojciec Scarlett, John Wilkes, panowie Munroe, Tarleton i Calvert - słowem wszyscy wielcy plantatorzy hrabstwa, z wyjątkiem Angusa MacIntosha - złożyli datki pieniężne na wyposażenie Oddziału w konie i mundury. W rezultacie więc każdy plantator podjął się wyposażenia nie tylko swoich synów, ale i pewnej liczby obcych. Zrobili to w taki sposób, że mniej zamożni członkowie Oddziału mogli przyjąć konie i mundury bez uszczerbku dla honoru.

Oddział zbierał się dwa razy w tygodniu w Jonesboro, aby ćwiczyć i wzdychać do co rychlejszego wybuchu wojny. Jak dotąd wciąż jeszcze brakowało koni, ale ci, którzy konie już mieli, odbywali, jak im się zdawało, "manewry" na łące za gmachem sądu, wzbijali wielkie tumany kurzu, wrzeszczeli co sił w płucach i wymachiwali szablami z czasów rewolucji, zdjętymi ze ścian salonów. Ci, którzy koni nie mieli, siedzieli na schodkach przed składem Bullarda i przyglądali się konnym kolegom, żując tytoń i opowiadając anegdotki. Czasem też urządzali konkursy strzelania. Żadnego z członków Oddziału nie trzeba było strzelania uczyć. Mężczyźni Południa przychodzili niejako na świat z pistoletem w garści, a lata spędzane na polowaniach czyniły z nich wyborowych strzelców.

Z domów plantatorów i chat na moczarach do każdego przeglądu przedstawiano najdziwaczniejsze rodzaje broni. Były tam fuzje, których młodość przypadała na okres pierwszego przekroczenia Gór Allegańskich; stare muszkiety, które miały na sumieniu niejednego Indianina w czasie kolonizowania Georgii, pistolety do siodeł z roku 1812, z wojen z Seminolami i z Meksykiem, okute srebrem pistolety do pojedynku, małe kieszonkowe derringery, dubeltówki i piękne angielskie karabiny o polerowanych kolbach.

Musztra kończyła się zawsze w szynkach Jonesboro i o zmierzchu wynikało tak wiele bójek, że oficerom z trudem przychodziło zapobieganie nieszczęśliwym wypadkom, do czasu gdy przeciwnikami w walkach będą Jankesi. Podczas jednej właśnie z takich burd Stuart Tarleton postrzelił Cade'a Calverta, a Tony Fontaine Brenta Tarletona. Bracia w tym czasie siedzieli w domu, bo świeżo ich wyrzucono z uniwersytetu w Wirginii; do organizującego się oddziału przystali z entuzjazmem; po tym epizodzie jednak, przed dwoma miesiącami, matka wysłała ich na inny uniwersytet i surowo nakazała tam siedzieć. Bardzo brakło im wzruszeń musztry i uważali, że nie warto się kształcić zamiast jeździć konno, krzyczeć i strzelać z karabinu w towarzystwie kolegów.

- No dobrze, jedźmy zatem polami do Abla - zdecydował Brent. - Jeżeli pojedziemy przez bród koło Tary i pastwisko Fontaine'ów, dostaniemy się tam bardzo szybko.

- Dadzą nam do jedzenia najwyżej pieczeń z oposa i kapustę - sprzeciwił się Jeems.

- Ty w ogóle nic nie dostaniesz - zaśmiał się Stuart - bo pojedziesz do domu i powiesz mamie, że nie będziemy na kolacji.

- Nie, nie pojadę! - wykrzyknął Jeems w przerażeniu. - Nie chcę! Wcale mi się nie uśmiecha spotkanie z panią Beatrice. Zapyta mnie pewnie, dlaczegom dopuścił do tego, aby paniczów znowu wyrzucono, i dlaczego nie przyprowadziłem paniczów na kolację do domu, aby mogła was wyłajać. A potem zacznie na mnie jeździć jak na łysej kobyle i w końcu to ja będę wszystkiemu winien. Jeżeli mnie panicze nie zabiorą do pana Wyndera, to zostanę na noc w lesie. Złapie mnie pewnie patrol, ale wolę, żeby mnie patrol zabrał, niż rozmawiać z panią Beatrice, kiedy jest zła.

Bracia spojrzeli na młodego Murzyna z zakłopotaniem i oburzeniem.

- Rzeczywiście jest tak głupi, że może wpaść w ręce patrolu, a to dałoby mamie znowu temat na całe tygodnie. Przysięgam, że z tymi Murzynami to tylko kłopot. Czasami wydaje mi się, że abolicjoniści mają słuszność.

- Nie byłoby sprawiedliwe, gdybyśmy Jeemsa skazali na to, czemu sami boimy się spojrzeć w oczy. Będziemy go musieli zabrać ze sobą. Ale słuchaj, ty bezczelny czarny głuptasie, jeżeli będziesz mi się puszył przed Murzynami pana Wyndera i opowiadał im, że my stale jadamy drób i szynkę, podczas gdy oni mają tylko króliki i oposy, ja powiem mamie o wszystkim. Poza tym, nie pojedziesz z nami na wojnę.

- Ja miałbym się puszyć? Ja... przed tymi tam tanimi Murzynami? Nie, proszę panicza, ja mam lepsze maniery. Pani Beatrice uczyła mnie manier tak samo jak wszystkich paniczów.

- Nie doczekała się pociechy z tych swoich nauk! - zaśmiał się Stuart. - Chodźcie, ruszamy.

Zawrócił wielkiego kasztana i spinając go ostrogami, lekko przeskoczył przez płot na miękką ziemię plantacji Geralda O'Hary. Za nim skoczył Brent, a na końcu Jeems, trzymając się kurczowo kuli i grzywy swego konia. Jeems nie lubił przesadzać płotów, ale dla dotrzymania kroku swoim panom przeskakiwał już niejednokrotnie i przez wyższe.

Gdy w gęstniejącym mroku kierowali się między czerwonymi skibami w dół wzgórza ku rzece, Brent krzyknął na brata:

- Słuchaj, Stu! Czy nie zdaje ci się, że Scarlett chciała nas zaprosić na kolację?

- Byłem pewny, że nas zaprosi - odwrzasnął Stuart. - Co jej się mogło stać?...

Rozdział 4

Tego wieczoru przy kolacji Scarlett machinalnie wykonywała funkcje związane z prezydowaniem w zastępstwie matki przy stole, chociaż była wzburzona z powodu strasznej wiadomości o Ashleyu i Melanii. Rozpaczliwie pragnęła powrotu matki od Slatterych: czuła się bez niej zagubiona i samotna. Jakim prawem Slattery'owie z powodu swoich wiecznych chorób zabierali Ellen z domu właśnie w chwili, gdy ona, Scarlett, potrzebowała jej tak bardzo?

Podczas niekończącego się posiłku podniesiony głos Geralda dzwonił jej w uszach tak dotkliwie, iż myślała, że tego dłużej nie zniesie. Zupełnie zapomniał o przedwieczornej rozmowie ze Scarlett i monologował teraz na temat ostatnich wiadomości z Fort Sumter, podkreślając niektóre zdania uderzeniem pięścią w stół i wymachiwaniem ramion. Gerald zwykle sam podtrzymywał rozmowę podczas posiłków i Scarlett, zazwyczaj pochłonięta własnymi myślami, nie słyszała go prawie; tego jednak wieczoru nie mogła wyłączyć jego głosu, mimo że wytężała słuch, czy nie usłyszy stukotu kół, zwiastującego powrót Ellen.

Rozumie się, że nie miała zamiaru powiedzieć matce o tym, co tak ciężko przygniotło jej serce, bo Ellen byłaby zgorszona i zmartwiona, że jej rodzona córka kocha człowieka zaręczonego z inną. Ale pochłonięta pierwszą tragedią, jaką przeżywała, tęskniła do samej obecności matki. Czuła się zawsze bezpieczniej, gdy Ellen była przy niej, bo nie było takiej troski, której Ellen nie potrafiłaby zaradzić samym faktem swojego istnienia.

Poderwała się nagle z krzesła, słysząc skrzyp kół na podjeździe, i znowu usiadła, bo potoczyły się dalej dokoła domu i w stronę podwórza. Nie była to Ellen, bo ona byłaby wysiadła przed frontowym wejściem. Po chwili w ciemności podwórka rozległ się podniecony gwar murzyńskich głosów i donośny murzyński śmiech. Wyglądając przez okno, Scarlett spostrzegła, że Pork, który właśnie przed chwilą wyszedł z jadalni, trzymał wysoko smolną głownię, podczas gdy jakieś postacie wysiadały z wozu. Śmiechy i rozmowy brzmiały to głośno, to znowu cichły w ciemności nocnej - przyjemne, swojskie, beztroskie dźwięki, gardłowe i ostre. Potem stopy zaczłapały na schodach i po korytarzu prowadzącym do głównego skrzydła domu i zatrzymały się w holu przed jadalnią. Szepty ustały na chwilę i do pokoju wszedł Pork, niezwykle podniecony, przewracając oczyma i świecąc białością zębów.

- Proszę pana - oświadczył, oddychając szybko, a duma młodego małżonka malowała się na jego błyszczącej twarzy - przyjechała nowa kobieta.

- Nowa kobieta? Nie kupiłem żadnej kobiety - rzekł Gerald, udając, że marszczy się groźnie.

- Ale tak, proszę pana, kupił pan! Tak! tak! I właśnie ona tu czeka, bo chce z panem pomówić - odparł Pork, chichocząc i zacierając ręce ze wzruszenia.

- No dobrze, przyprowadź tu ją - rzekł Gerald, a Pork, odwracając się, przywołał z holu żonę, świeżo przybyłą z plantacji Wilkesów, by stać się teraz mieszkanką Tary. Weszła do pokoju, za nią zaś, prawie zasłonięta obszerną perkalową spódnicą, wsunęła się jej dwunastoletnia córka, plącząc się między nogami matki.

Dilcey była wysoka i trzymała się prosto. Mogła mieć lat zarówno trzydzieści, jak sześćdziesiąt. Trudno było odczytać jej wiek z nieruchomych brązowych rysów. Indiańskie pochodzenie wyraźnie malowało się na jej twarzy, zacierając nawet znamiona murzyńskie. Czerwonawy kolor skóry, wąskie wysokie czoło, wystające kości policzkowe, orli nos spłaszczony na końcu i grube murzyńskie wargi - wszystko wskazywało na pomieszanie dwóch ras. Była bardzo spokojna i poruszała się z godnością przewyższającą nawet godność Mammy, bo niania swoją nabyła, Dilcey zaś miała ją we krwi.

Kiedy przemówiła, okazało się, że mówi wyraźniej niż większość Murzynów i staranniej dobiera słowa.

- Dobry wieczór, panienki. Panie Geraldzie, przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam, aby podziękować panu raz jeszcze za kupienie mnie i mojej małej. Wielu panów kupiłoby może mnie, ale żaden nie kupiłby mojej Prissy po to tylko, żeby mi zaoszczędzić zmartwienia, więc dziękuję panu. Będę się starała jak najlepiej, aby dowieść, że pamiętam o tym.

- Hum, hrr - chrząknął Gerald, zakłopotany, że tak otwarcie mówi się o jego dobroci.

Dilcey zwróciła się do Scarlett i przelotny uśmiech podniósł kąciki jej oczu.

- Panno Scarlett, Pork opowiedział mi, jak to panienka prosiła pana Geralda, aby mnie kupił. Wobec tego daję panience moją Prissy na pokojówkę.

Sięgnęła za siebie i popchnęła małą dziewczynkę do przodu. Prissy była brązowym małym stworzeniem o chudych, ptasich nóżkach i mnóstwie starannie zaplecionych grubymi nićmi warkoczyków, sterczących dokoła jej głowy. Miała przenikliwe, sprytne, rozbiegane oczy i wyraz udanej głupoty na twarzy.

- Dziękuję ci, Dilcey - odrzekła Scarlett - ale obawiam się, że niania sprzeciwi się temu. Niania jest moją pokojową od chwili, gdy się urodziłam.

- Mammy starzeje się - rzekła Dilcey ze spokojem, który by z pewnością rozwścieczył nianię. - Jest doskonałą piastunką, ale panienka już teraz dorosła i potrzebuje zręcznej pokojówki, a moja Prissy służyła pannie Indii przez cały ostatni rok. Umie szyć i czesać włosy jak dorosła osoba.

Szturchnięta przez matkę, Prissy dygnęła niespodzianie i uśmiechnęła się do Scarlett, która także nie mogła się powtrzymać od uśmiechu.

Sprytna mała smarkula - pomyślała, a głośno rzekła:

- Dziękuję ci, Dilcey, pomyślimy o tym, kiedy moja matka wróci.

- Dziękuję panience. Życzę państwu dobrej nocy - rzekła Dilcey i odwróciwszy, się wyszła z pokoju, a za nią podniecony Pork.

Kiedy uprzątnięto po kolacji, Gerald nadal coś mówił, z niewielkim jednak pożytkiem dla siebie i jeszcze mniejszym dla swoich słuchaczek. Grzmiące jego przepowiednie o grożącej wojnie i retoryczne pytania, czy Południe długo jeszcze będzie znosiło zniewagi Jankesów, wywoływały tylko znudzone: "Tak, papo" i "Nie, papo". Careen, siedząca na taborecie pod wielką lampą, zagłębiona była w romansie o dziewczynie, która przywdziała habit po śmierci ukochanego, i roniąc łzy wzruszenia, wyobrażała sobie siebie w białym habicie. Suellen, haftująca coś do swojej wyprawy, zastanawiała się, czy uda jej się odwieść Stuarta Tarletona od asystowania Scarlett na jutrzejszej zabawie i olśnić go łagodnością i uległością, którymi się w przeciwieństwie do Scarlett mogła szczycić. Scarlett zaś nie przestawała myśleć o Ashleyu.

Jak papa mógł bez przerwy gadać o Fort Sumter i Jankesach, kiedy wiedział, że serce jej pęka? Wzorem osób bardzo młodych nie mogła zrozumieć, że można tak egoistycznie nie zwracać uwagi na jej ból i że świat toczy się dalej, mimo jej cierpienia.

W myślach jej panował taki chaos jak po przejściu cyklonu i dziwne się jej wydawało, że jadalnia, w której siedzi, jest tak spokojna, taka sama jak zwykle. Ciężki stół mahoniowy i kredensy, masywne srebro, kolorowe dywaniki na wywoskowanej posadzce wszystko znajdowało się na zwykłych miejscach, jak gdyby nic się zupełnie nie zdarzyło. Jadalnia była miłym i wygodnym pokojem i Scarlett zwykle bardzo lubiła spokojne godziny, które z rodziną spędzała tam po kolacji, dziś jednak nastrój ten był jej nienawistny i gdyby nie obawiała się głośnych pytań ojca, wymknęłaby się przez ciemny hol na dół, do małego gabinetu Ellen, i wypłakała swój smutek na starej kanapie.

Gabinet Ellen był pokojem, który Scarlett lubiła najbardziej. Ellen zasiadała tam co rano przed wysokim sekretarzykiem, prowadząc książki plantacji i wysłuchując sprawozdań rządcy Jonasza Wilkersona. Tam też zbierała się czasem rodzina. Gerald siadywał w starym fotelu na biegunach, dziewczynki na zniszczonych poduszkach kanapy, zbyt starej, aby stać w pokojach frontowych, Ellen zaś skrzypiała piórem po księgach. Scarlett chciałaby teraz być w tym pokoiku, oprzeć głowę na łonie matki i płakać w spokoju. Dlaczego mama nie wraca tak długo?

Naraz koła zaskrzypiały ostro na wyżwirowanym podjeździe i cichy głos Ellen, mówiącej coś do stangreta, dotarł do pokoju. Wszyscy podnieśli z ciekawością głowy, kiedy szybkim krokiem weszła do pokoju, zmęczona i trochę smutna. Pokój napełnił się od razu wonią werbeny, która zawsze ulatywała z fałd sukien Ellen - wonią, którą Scarlett wiązała nierozłącznie z matką. Mammy, niosąc skórzaną torbę, szła kilka kroków za Ellen; miała wydętą dolną wargę i zmarszczone czoło. Mruczała coś ponuro do siebie, kręcąc się po pokoju i starając się swoje uwagi wypowiadać tak cicho, aby nikt ich nie mógł zrozumieć, dość głośno jednak, aby zauważono jej niezadowolenie.

- Przepraszam, że się tak spóźniłam - rzekła Ellen, zrzucając kwiaciasty szal z ramion i dając go Scarlett, którą przechodząc, pogłaskała po policzku.

Kiedy Ellen weszła, twarz Geralda rozjaśniła się od razu.

- Czy ten dzieciak już wreszcie ochrzczony? - zapytał.

- Tak, ale biedactwo nie żyje - odparła Elen. - Obawiałam się, że Emma także umrze, teraz jednak myślę, że uda się ją uratować.

Twarze dziewczynek zwróciły się ku niej, przerażone i zdumione, Gerald zaś potrząsnął tylko głową.

- Lepiej może, że ten dzieciak umarł, biedne stworzenie bez oj...

- Późno już. Zmówimy teraz modlitwę - przerwała Ellen tak spokojnie, że gdyby Scarlett dobrze nie znała swojej matki, nie zauważyłaby wcale, iż zmienia temat.

Warto by było dowiedzieć się, kto jest ojcem dziecka Emmy Slattery. Scarlett wiedziała jednak, że prawdy o tym nigdy się nie dowie od matki. Posądzała o to Jonasza Wilkersona, bo często widywała go spacerującego z Emmą o zmierzchu po szosie. Jonasz był Jankesem i kawalerem, okoliczność jednak, że był rządcą plantacji, wykluczała go zupełnie z życia towarzyskiego hrabstwa. Nie mógł wejść w żadną z szanujących się rodzin, z nikim nawet nie mógł obcować, z wyjątkiem Slatterych i innej hołoty. Ponieważ wszakże pod względem wykształcenia stał o niebo wyżej od Slatterych, nic dziwnego, że nie chciał się żenić z Emmą, mimo że często się z nią przechadzał o zmierzchu.

Scarlett westchnęła, bo bardzo ją męczyła ciekawość. Na oczach jej matki działy się zawsze rzeczy, o których niczego nie można się było dowiedzieć. Ellen starała się ignorować sprawy sprzeczne z jej pojęciem o przyzwoitości i bez wielkiego powodzenia uczyła Scarlett tego samego.

Teraz zbliżyła się do kominka, aby wyjąć z małej szkatułki różaniec, który zawsze tam spoczywał, kiedy Mammy odezwała się bardzo stanowczo:

- Panno Ellen, musi pani zjeść kolację, zanim odmówi modlitwy.

- Dziękuję ci, nianiu, ale nie jestem głodna.

- Ja sama zrobię coś do jedzenia i pani zje - rzekła Mammy z oburzeniem, kierując się w stronę kuchni. - Pork! - zawołała. - Powiedz kucharce, aby rozpaliła ogień. Panna Ellen wróciła.

W miarę jak schody trzęsły się pod jej krokami, monolog stawał się coraz wyraźniejszy, aż wreszcie do uszu siedzących w jadalni zaczęły dochodzić głośne słowa.

- Mówię ciągle, że nie warto nic robić dla "białej nędzy". To najgorsi, najniewdzięczniejsi ludzie na świecie. A panna Ellen nie powinna męczyć się dla ludzi, którzy mieliby własnych Murzynów do pomocy, gdyby byli coś warci. Ale ja mówię i mówię...

Głos jej przycichł, kiedy weszła w długi, tylko dachem pokryty korytarz wiodący do kuchni. Mammy miała własną metodę wypowiadania swoich poglądów na każdą sprawę. Wiedziała, że poniżej godności prawdziwych białych państwa jest zwracanie uwagi na to, co mówi Murzynka, kiedy mruczy do siebie. Wiedziała, iż muszą udawać, że nie słyszą, co ona mówi, nawet jeżeli jest w sąsiednim pokoju i prawie krzyczy. Sposób ten chronił ją więc od nagany, a nie pozostawiał nikomu wątpliwości co do właściwego jej poglądu na każdą sprawę.

Pork wszedł do pokoju, niosąc talerz, nakrycie i serwetkę. Za nim szedł Jack, mały dziesięcioletni Murzynek, jedną ręką zapinając pośpiesznie białą marynareczkę, a w drugiej niosąc wachlarz do opędzania much, zrobiony z pokrajanej w cienkie paski i przywiązanej do długiej trzciny gazety. Ellen miała piękny wachlarz z pawich piór, ale używano go tylko na specjalne okazje, i to po ciężkiej walce, ponieważ Pork, kucharka i Mammy twierdzili uparcie, że pawie pióra przynoszą nieszczęście.

Ellen usiadła na krześle, które Gerald podsunął: cztery głosy przemówiły do niej jednocześnie.

- Mamo, odpruła mi się koronka u nowej sukienki balowej, którą chcę zabrać na jutro wieczór do Dwunastu Dębów. Czy możesz mi ją przyszyć?

- Mamo, suknia Scarlett jest ładniejsza od mojej, a poza tym ja okropnie wyglądam w różowym. Czyby ona nie mogła włożyć mojej różowej i oddać mi swoją zieloną? Jej w różowym lepiej niż mnie.

- Mamo, czy wolno mi będzie być jutro na balu? Mam już skończonych trzynaście lat...

- Pani O'Hara, czybyś uwierzyła? Cicho, dziewczynki, bo wam łapy poprzetrącam! Cade Calvert był dziś rano w Atlancie i mówi... czy uspokoicie się wreszcie i dacie mi dojść do słowa?... i mówi, że tam straszne podniecenie, że mówią tylko o wojnie, milicja się ćwiczy, tworzą wojsko. I mówią, iż z Charlestonu przyszła wiadomość, że nie chcą tam dłużej znosić jankeskich zniewag.

Zmęczone usta Ellen rozciągały się w uśmiechu, kiedy zwróciła się przede wszystkim do męża, jak żonie przystało.

- Jeżeli rozsądni ludzie w Charlestonie tak uważają, to przypuszczam, że i my wkrótce zaczniemy tak myśleć - powiedziała, ponieważ miała głęboko zakorzenione przekonanie, że poza Savannah większość przyzwoitych i rozsądnych ludzi kontynentu mieszka w tym porcie; przekonanie to zresztą dzielili z nią wszyscy mieszkańcy Charlestonu.

- Nie, Careen, na przyszły rok, dziecko. Wtedy będzie ci już wolno bywać na balach, nosić dorosłe suknie i świetnie się bawić. Nie rób trąbki, kochanie. Będziesz na barbecue i możesz zostać na kolacji, ale na bale zaczniesz chodzić dopiero, jak skończysz czternaście lat.

- Daj mi swoją suknię, Scarlett. Przyszyję ci koronkę po modlitwie.

- Suellen, nie podoba mi się ten ton, kochanie. Suknia twoja jest bardzo ładna i bardzo odpowiednia do twojej karnacji. Dam ci do niej moje granaty na szyję.

Suellen skrzywiła się za plecami matki triumfalnie do Scarlett, która miała szczery zamiar naszyjnik z granatami wyprosić dla siebie. Scarlett pokazała jej język. Suellen była wstrętna z tym swoim nudzeniem i egoizmem i gdyby nie interwencja Ellen, Scarlett często by jej nacierała uszu.

- A teraz, panie O'Hara, proszę mi opowiedzieć, co pan Calvert jeszcze mówił o Charlestonie - rzekła Ellen.

Scarlett dobrze wiedziała, że matka wcale nie interesuje się wojną ani polityką, że uważa je za męskie sprawy, którymi żadna prawdziwa dama nie powinna się zajmować. Gerald jednak lubił dzielić się z nią wiadomościami, Ellen zaś przede wszystkim myślała o przyjemnościach męża.

Podczas gdy O'Hara rozwodził się dalej o tym, co wiedział, Mammy postawiła przed swoją panią talerze, złociste sucharki, pierś pieczonego kurczęcia i żółty, ociekający masłem yam. Uszczypnęła małego Jacka, który zabrał się do powolnego poruszania papierowym wachlarzem nad głową Ellen. Mammy stanęła koło stołu, śledząc każdy kęs, który Ellen podnosiła z talerza do ust, jak gdyby zamierzała wepchnąć jej jedzenie do gardła, gdyby zauważyła, że Ellen ustaje. Ellen jadła szybko, ale Scarlett widziała, że jest zbyt zmęczona, aby zwracać uwagę na to, co je. Tylko nieubłagany wyraz twarzy niani zmuszał ją do jedzenia.

Kiedy talerz został wreszcie opróżniony, a Gerald był dopiero w połowie opowiadania o złodziejstwie Jankesów, którzy chcieli wyzwolić Murzynów, ale ani grosza nie dawali za ich wolność, Ellen wstała.

- Czy to już czas na modlitwę? - zapytał niechętnie.

- Tak. Już bardzo późno. O, właśnie bije dziesiąta - powiedziała, gdy zaczął dzwonić zegar. - Careen powinna już od dawna spać. Proszę dać lampę, Pork, a ty, nianiu, daj mi książkę do nabożeństwa.

Poganiany ochrypłym szeptem Mammy Jack postawił wachlarz w kącie i sprzątnął talerze, podczas gdy niania przewracała w szufladzie kredensur, szukając zniszczonego modlitewnika Ellen. Pork, wspiąwszy się na palce, sięgnął do kółka w łańcuchu i wolno ściągnął lampę, aż blat stołu rozjaśnił się, a sufit zatonął w mroku. Ellen zebrała spódnicę i uklękła na podłodze, kładąc otwarty modlitewnik na stole przed sobą i składając na nim ręce. Gerald ukląkł obok niej, Scarlett zaś i Suellen zajęły swoje zwykłe miejsca po przeciwnej stronie stołu, składając liczne i sute halki w poduszeczki pod kolanami, aby mniej je bolało klęczenie na twardej podłodze. Careen, dość mała na swój wiek, nie mogła klęczeć wygodnie przy stole, uklękła więc przed krzesłem, oparłszy łokcie na jego siedzeniu. Lubiła tę pozycję, bo kiedy zapadała w sen podczas modlitw, co zdarzało się często, poręcz krzesła zasłaniała ją przed okiem matki.

Służba domowa, szurając, zbierała się w holu i klękała w drzwiach. Mammy, osuwając się na podłogę, głośno stęknęła, Pork klęczał wyprostowany sztywno, Rosa i Teena, pokojówki, wdzięcznie wyglądały w swoich barwnych perkalach, kucharka mizernie i żółto pod białym czepkiem. Jack zaś, ledwie żywy ze zmęczenia, ukląkł możliwie daleko od Mammy. Czarne oczy Murzynów jarzyły się oczekiwaniem, bo modlitwa z białym państwem należała do ważnych wydarzeń dnia. Stare i barwne zdania litanii, pełnej wschodnich metafor, niewiele dla nich znaczyły, ale przynosiły ukojenie ich sercom, kiwali się więc pobożnie, odpowiadając z przeciąganiem: "Panie, zmiłuj się nad nami", "Chryste, zmiłuj się nad nami".

Ellen przymknęła oczy i zaczęła się modlić, a głos jej wznosił się i opadał, rozkołysany i łagodny. A gdy dziękowała Bogu za zdrowie i pomyślność swego domu, rodziny swojej i Murzynów, głowy pochyliły się w kręgu żółtego światła.

Kiedy skończyła modlitwę za wszystkich zamieszkałych pod dachem Tary, za ojca swego, matkę i siostry, za troje zmarłych dzieci i "wszystkie biedne dusze w czyśćcu", wzięła w palce różaniec z białych paciorków i zaczęła zdrowaśki. Niczym tchnienie łagodnego wiatru dochodziły ją odpowiedzi wszystkich obecnych - białych i czarnych.

- Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej.

Modlitwa sprawiła, że mimo tylu przygnębiających przeżyć ogarnęło Scarlett głębokie uczucie spokoju. Wiele rozczarowań dnia i obaw przed jutrem pierzchło, pojawiła się natomiast wyraźna nadzieja. Nie sprawiło tego zwrócenie serca ku Bogu - pobożność Scarlett była raczej powierzchowna. Pokrzepił ją widok pogodnej twarzy matki, zwróconej do tronu Bożego, do jego świętych i aniołów, w modlitwie o błogosławieństwo dla tych, których kochała. Scarlett była pewna, że kiedy Ellen zwracała się ku Bogu, Bóg słuchał.

Ellen skończyła modlitwy, ale Gerald, który nie mógł nigdy znaleźć różańca w porze modłów, zaczął liczyć zdrowaśki ukradkiem na palcach. Gdy zabrzmiał głos ojca, myśli Scarlett rozpierzchły się znowu mimo jej woli. Wiedziała, że powinna wejrzeć w swoją duszę, Ellen pouczała ją, że pod koniec każdego dnia powinna robić rachunek sumienia, przyznawać się do licznych win i prosić Boga o przebaczenie i siłę do niepowtarzania ich więcej. Scarlett jednak zajęta była wyłącznie wglądaniem w swoje serce.

Opuściła głowę na splecione ręce, tak aby matka nie widziała jej twarzy, i myśli jej znowu powędrowały do Ashleya. Jakże on mógł zgodzić się na poślubienie Melanii, kiedy kochał ją, Scarlett? I kiedy wiedział, jak ona go kocha? Jakże mógł rozmyślnie łamać jej serce?

Aż nagle myśl nowa i świeża rozbłysła jak meteor w jej mózgu.

Ależ Ashley wcale nie wie, że go kocham! Omal nie wykrzyknęła na głos ze zdumienia. Wszystko w niej zamarło na długą, przejmującą chwilę, była jakby sparaliżowana, lecz po chwili odzyskała zdolność myślenia.

Skąd miałby o tym wiedzieć? Zawsze zachowywałam się w stosunku do niego tak obojętnie, dystyngowanie i sztywno, że prawdopodobnie myśli, iż jest mi obojętny i że cenię go tylko jako przyjaciela. Tak, i dlatego pewnie nic mi dotąd nie powiedział o swoich uczuciach! Przypuszczam, że miłość jego jest beznadziejna. I dlatego tak na mnie patrzył...

Szybko wróciła wspomnieniem do tych czasów, kiedy łapała go na przyglądaniu się jej w dziwny sposób, kiedy szare jego oczy, tak doskonale skrywające myśli, były szeroko rozwarte i obnażone i kiedy malował się w nich wyraz udręki i rozpaczy.

Jest zgnębiony, ponieważ myśli, że kocham Brenta, Stuarta lub Cade'a. I wydaje mu się, że skoro nie może mnie pojąć za żonę, lepiej, aby uległ woli rodziny i ożenił się z Melanią. Gdyby jednak wiedział, że ja go kocham...

Z nastroju najgłębszej depresji Scarlett przeszła w nastrój podnieconej radości. To było powodem powściągliwości Ashleya i dziwności jego postępowania. Nie wiedział o niczym! Próżność przyszła z pomocą pragnieniu wiary w tę możliwość i przypuszczenie zamieniło się w pewność. Jeżeli Ashley dowie się, że Scarlett go kocha, pośpieszy do niej. Musi tylko...

Och! - myślała ugniatając palcami pochylone czoło. Jakaż ja byłam głupia, że nie pomyślałam o tym dotychczas! Muszę zastanowić się tylko, w jaki sposób mu to powiedzieć. Nie zaręczyłby się z Melanią, gdyby wiedział, że go kocham. Nie mógłby przecież!

Naraz zdała sobie sprawę z tego, że Gerald skończył modlitwę, i że spoczywa na niej wzrok matki. Szybko zaczęła swoich dziesięć zdrowasiek, odliczając paciorki machinalnie, ale odmawiając modlitwę z tak głębokim wzruszeniem w głosie, że Mammy otwarła oczy i obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. Kiedy skończyła, i Suellen, a potem Careen odmawiały swoje, głowa jej jeszcze była pełna tych nowych, podniecających myśli.

Nawet teraz nie jest jeszcze za późno! Jakże często zdarzały się w hrabstwie skandale, gdy narzeczona czy narzeczony uciekali od ołtarza z kimś trzecim. A zaręczyny Ashleya nie są jeszcze nawet ogłoszone! Tak, jest jeszcze bardzo dużo czasu!

Jeżeli Ashleya z Melanią nie łączy miłość, a tylko dawno złożone przyrzeczenie, to chyba łatwo mu przyjdzie złamać obietnicę i ożenić się z nią, Scarlett? Z pewnością zrobi to, kiedy się dowie, że ona go kocha! Musi więc teraz postarać się powiedzieć mu to w jakiś sposób. Sposób już się znajdzie! A wtedy...

Scarlett została nagle wyrwana ze swoich rozkosznych marzeń, bo zapomniała przyłączyć się do chóru odpowiedzi na modlitwy i matka patrzyła na nią z wyrzutem. Kiedy dopełniła obrządku, otworzyła na krótką chwilę oczy i rzuciła szybkie spojrzenie na pokój. Klęczące postacie, łagodne światło lampy, cienie rzucane przez kiwających się Murzynów, nawet znajome przedmioty, które wydawały się jej tak nienawistne przed godziną, w jednej chwili przybrały barwę jej własnych wzruszeń; pokój stał się znowu miły i przyjemny. Nigdy nie zapomni tej chwili ani tej sceny!

- Dziewico Przenajświętsza - zaintonowała matka. Zaczynała się litania do Matki Boskiej. Scarlett więc posłusznie odpowiadała: "Módl się za nami", gdy Ellen ciepłym altem sławiła przymioty Matki Bożej.

Jak zwykle od dzieciństwa chwilę tę Scarlett poświęcała bardziej uwielbieniu dla Ellen niż dla Najświętszej Panienki. Mimo że było to może bluźnierstwem, Scarlett poprzez zamknięte oczy widziała zawsze twarz Ellen, a nie Błogosławionej Dziewicy, kiedy zaś powtarzano prastare zdania: "Stolico mądrości", "Różo duchowna", "Uzdrowienie chorych", "Ucieczko grzesznych" - były to słowa piękne, ponieważ dotyczyły Ellen. Tego wieczoru jednak, z powodu zamętu w duszy, Scarlett w całym ceremoniale, w cicho mówionych słowach, w szepcie odpowiedzi odnajdywała piękno przewyższające wszystko, czego doświadczyła dotychczas. I serce jej zwróciło się ku Bogu w szczerej wdzięczności za to, że znalazła się ścieżka i dla jej stóp - wyprowadzająca ją z rozpaczy prosto w ramiona Ashleya.

Kiedy przebrzmiało ostatnie "Amen", wszyscy wstali z pewnym trudem, a Mammy podźwignięta została na nogi wspólnym wysiłkiem Teeny i Rosy. Pork wziął długi fidybus z kominka, zapalił go od płomienia lampy i poszedł do holu. Naprzeciw kręconych schodów stał tam orzechowy kredens, zbyt wielki do jadalni, na nim zaś szereg lamp i świec w lichtarzach. Pork zapalił jedną lampę i trzy świece i z pełną pompy godnością pierwszego szambelana królewskiej sypialni, oświetlającego drogę parze królewskiej, poprowadził procesję na górę, trzymając światło wysoko nad głową. Ellen, wsparta o ramię Geralda, szła za nim, a potem dziewczynki, każda z własną świecą.

Scarlett weszła do swego pokoju, postawiła świecę na wysokiej komodzie i w ciemnej szafie poszukała sukni balowej, którą trzeba było naprawić. Zarzucając ją sobie na ramię, spokojnie przeszła przez korytarz. Drzwi pokoju rodziców były odemknięte; nim zdążyła zapukać, doszedł ją cichy, ale stanowczy głos Ellen.

- Panie O'Hara, powinien pan zwolnić ze służby Jonasza Wilkersona.

Gerald wybuchnął:

- No i gdzie ja znajdę drugiego rządcę, który mnie nie będzie okradał?

- A jednak musi zostać zwolniony, natychmiast, jutro rano. Duży Sam jest dobrym nadzorcą i on go zastąpi do czasu przyjęcia innego rządcy.

- A więc to tak! - powiedział Gerald. - Tak, teraz rozumiem! Więc dobry Jonasz zrobił Emmie...

- Musi być zwolniony.

A więc tak, więc on jest ojcem dziecka Emmy Slattery - pomyślała Scarlett. - Ach, ale czegóż można się spodziewać po Jankesie i takiej dziewczynie?

Potem, po krótkiej pauzie, podczas której głos Geralda ucichł, zapukała do drzwi i dała matce sukienkę.

Kiedy Scarlett rozebrała się i zgasiła świecę, plan jej działania na dzień następny opracowany był we wszystkich szczegółach. Był to plan prosty, bo z odziedziczoną po Geraldzie jednotorowością myśli cele swoje widziała przed sobą jasno i szła do nich po najprostszej drodze.

Przede wszystkim będzie "dumna", jak zalecił jej Gerald. Od chwili przybycia do Dwunastu Dębów będzie możliwie najweselsza i w najlepszym humorze. Nikt nawet nie domyśli się, że była choć na chwilę przejęta sprawą Ashleya i Melanii. I będzie flirtowała z wszystkimi panami. To może okrutne w stosunku do Ashleya, tym bardziej będzie jej jednak pragnął. Nie przepuści żadnemu mężczyźnie w odpowiednim do małżeństwa wieku, począwszy od starszawego, rudego Franka Kennedy'ego, który zalecał się do Suellen, kończąc na nieśmiałym, spokojnym, rumieniącym się Charlesie Hamiltonie, bracie Melanii. Mężczyźni będą roili się koło niej jak pszczoły koło ula i Ashley z pewnością odejdzie od boku Melanii i dołączy się do tej grupy wielbicieli. Potem w jakiś sposób Scarlett postara się o kilka minut rozmowy z nim z dala od tłumu gości. Miała nadzieję, że wszystko się tak odbędzie, jak obmyśliła, bo inaczej byłoby o wiele trudniej. Ale jeżeli Ashley nie zrobi pierwszego kroku, zrobi go ona.

Kiedy wreszcie znajdą się na osobności, on będzie miał świeżo przed oczyma obraz cisnących się ku niej innych mężczyzn, będzie pod wrażeniem, że każdy z nich stara się o nią, i w oczach jego znowu pojawi się owo spojrzenie pełne smutku i rozpaczy. Ona wtedy pocieszy go od razu, mówiąc, że mimo swego powodzenia przenosi go nad wszystkich mężczyzn na świecie. I kiedy przyzna się do tego skromnie i słodko, będzie wyglądała bardzo obiecująco. Rozumie się, że zrobi to wszystko w sposób jak najbardziej dystyngowany. Nawet przez myśl jej nie przeszło, iż mogłaby mu otwarcie powiedzieć, że go kocha - tego mówić nie wypada. Ale sposób, w jaki mu to miała powiedzieć, był szczegółem, nad którym nie zastanawiała się wcale. Znała już takie sytuacje - po prostu więc przypomni sobie jedną z nich.

Leżąc w łóżku, w mdłym świetle księżyca, wyobrażała sobie całą tę scenę. Widziała zdziwienie i radość na twarzy Ashleya, kiedy dowie się, że Scarlett jego tylko kocha, i słyszała słowa, jakie wypowie, prosząc ją, aby zechciała zostać jego żoną.

Oczywiście, iż wtedy będzie musiała powiedzieć, że nie może nawet myśleć o poślubieniu mężczyzny, który jest zaręczony z inną, on jednak będzie nalegał, więc ona w końcu da się przekonać. Potem postanowią uciec jeszcze tegoż dnia do Jonesboro i... Ach, może jutro o tej porze Scarlett będzie już panią Wilkes!

Usiadła w łóżku, obejmując kolana i przez długą i rozkoszną chwilę czuła się naprawdę panią Wilkes, młodą żoną Ashleya! Potem przejął ją lekki dreszcz. A jeśli nie wszystko uda się tak, jak tego chce? Jeżeli Ashley nie zaproponuje jej wcale, aby z nim uciekła? Tę myśl odsunęła od siebie stanowczo.

Nie chcę o tym teraz myśleć - postanowiła. - Jeżeli zacznę o tym myśleć teraz, będę się musiała martwić. Nie ma powodu, aby sprawy nie miały się ułożyć tak, jak tego chcę - jeżeli Ashley mnie kocha. Tego zaś jestem pewna!

Podniosła podbródek i jasne jej oczy o ciemnych rzęsach zalśniły w świetle księżyca. Ellen nie powiedziała jej dotąd o tym, że pragnienie i osiągnięcie celu to dwie odmienne sprawy, życie nie nauczyło jej jeszcze, że nie zawsze ten wygrywa wyścig, kto biegnie najprędzej. Pełna odwagi leżała w srebrzystym cieniu i snuła plany takie, jakie zwykle snują szesnastolatki, których życie było tak przyjemne, że klęska wydaje się niemożliwością, ładna zaś suknia i czysta cera - wystarczającą bronią do walki z przeznaczeniem.

Rozdział 3

Ellen O'Hara miała trzydzieści dwa lata i zgodnie z pojęciami swojego czasu uważana była za kobietę w średnim wieku. Urodziła sześcioro dzieci i pochowała troje. Była wysokiego wzrostu, o głowę wyższa od żwawego, niskiego małżonka, ale poruszała się z tak spokojnym wdziękiem, krynolina opływała jej kształty tak harmonijnie, że wzrost nie zwracał uwagi. Szyja jej, wychylająca się z pancerza czarnego taftowego stanika, była szczupła, jasna i wydawała się zawsze przechylona lekko ku tyłowi pod ciężarem wspaniałych, upiętych w duży węzeł włosów. Po matce, Francuzce, której rodzice uciekli z Haiti w czasie rewolucji 1791 roku, Ellen odziedziczyła czarne włosy i skośne ciemne oczy, ocienione czarnymi rzęsami; po ojcu, żołnierzu napoleońskim, miała długi prosty nos i ścięty podbródek, którego linię łagodził miękki owal policzków. Przeżycia wypisały na twarzy tej dumę, w której nie było pychy, wdzięk, melancholię i zupełny brak humoru.

Ellen byłaby kobietą uderzająco piękną, gdyby oczy jej miały blask, uśmiech - ciepło, a głos - łagodną melodią brzmiący w uszach rodziny i służby - więcej ożywienia. Mówiła z akcentem mieszkańców wybrzeża Georgii, zamazując samogłoski, podkreślając spółgłoski i trącąc lekkim nalotem francuszczyzny. Głos jej nigdy nie podnosił się w rozkazie dla służby czy w naganie dla dziecka, ale wszyscy w Tarze byli mu natychmiast posłuszni, a na hałasy i ryki Geralda nie zwracali żadnej uwagi.

Jak daleko sięgała pamięć Scarlett, matka jej była zawsze jednakowa; chwaląc czy ganiąc, mówiła łagodnie i cicho, wyglądała poprawnie, mimo codziennych niespodzianek w burzliwym domu Geralda była zawsze spokojna i nieugięta - nawet podczas śmiertelnej choroby trzech malutkich synków. Scarlett nigdy nie widziała matki opierającej się o poręcz krzesła, na którym siadła. Nigdy też nie widziała Ellen siedzącej bez robótki w ręku, jedynie podczas posiłków, odwiedzania chorych lub przy prowadzeniu buchalterii plantacji. Robótką w obecności osób trzecich były delikatne hafty - częściej jednak zniszczone koszule Geralda, sukienki córek czy ubrania dla niewolników. Scarlett nie mogła sobie wyobrazić rąk matki bez złotego naparstka ani szeleszczącej sukniami jej postaci bez eskorty małej dziewczynki murzyńskiej, której jedyną funkcją życiową było wyciąganie fastrygi i noszenie skrzyneczki z przyborami do szycia z pokoju do pokoju, podczas gdy Ellen kręciła się po domu, doglądając gotowania, sprzątania i szycia ubrań dla niewolników.

Scarlett nigdy nie widziała, aby matka jej była wytrącona z równowagi i aby ubrana była niedokładnie - niezależnie od pory dnia. Kiedy Ellen ubierała się na bal czy na przyjęcie gości lub nawet na dzień sesji sądowej w Jonesboro, trwało to dwie godziny oraz wymagało pomocy dwóch pokojowych i Mammy, zanim była całkowicie z siebie zadowolona. W nagłych jednak okazjach potrafiła się ubrać sama z niesłychaną szybkością.

Scarlett, która zajmowała pokój naprzeciw pokoju matki, od dzieciństwa znała cichy pośpieszny tupot bosych stóp po drewnianej podłodze, naglące stukanie o świcie do drzwi sypialni i przyciszone, przerażone głosy, które szeptały o chorobach, narodzinach i śmierci w jednej ze stojących długim szeregiem chat murzyńskich. Jako dziecko często skradała się do swoich drzwi i podglądając przez szparkę, widziała Ellen wynurzającą się z ciemnego pokoju, w którym chrapanie Geralda brzmiało rytmicznie, w smugę migotliwego blasku trzymanej wysoko świecy - Ellen niosącą apteczkę pod pachą, mającą przygładzone włosy i dokładnie na wszystkie guziki zapięty stanik.

Zawsze też czuła ukojenie, gdy słyszała stanowczy, choć współczujący szept matki, na palcach idącej korytarzem: "Cicho, uspokójcie się. Obudzicie pana O'Harę. Nie obawiajcie się, choroba nie jest śmiertelna".

Tak, dobrze było zakopać się znowu pod kołdrę, wiedząc, że choć Ellen wyszła na noc, wszystko jest w najlepszym porządku.

Rankiem, po całonocnym czuwaniu przy porodach i śmierci, do których ani stary doktor Fontaine, ani młody doktor Fontaine nie mogli na czas przyjechać, Ellen jak zwykle prezydowała przy śniadaniu i tylko jej podkrążone oczy mówiły o umęczeniu, ale głos i zachowanie wcale nie świadczyły o przebytym trudzie. Pod dumną łagodnością kryła się stalowa wytrwałość, która czcią napełniała Geralda, dziewczynki i wszystkich domowników, jakkolwiek Gerald wolałby raczej umrzeć, niż przyznać się do tego.

Czasem, kiedy Scarlett na palcach podchodziła wieczorem do matki, aby ucałować ją na dobranoc w policzek, przyglądała się ustom Ellen - wrażliwym ustom o zbyt krótkiej, zbyt delikatnej górnej wardze, i zastanawiała się, czy kiedykolwiek rozchylały się one w głupiutkim, dziewczęcym chichocie, czy szeptały podczas długich wieczorów sekrety do uszu serdecznych przyjaciółek. Ale nie, to chyba było niemożliwe. Matka zawsze musiała być taka sama, zawsze była źródłem siły, kolumną mądrości, jedyną na świecie osobą, która miała odpowiedź na wszystko.

Scarlett jednak myliła się bardzo, bo przed laty Ellen Robillard z Savannah tak samo chichotała bez powodu jak każda inna piętnastolatka w tym uroczym mieście nadbrzeżnym i całymi wieczorami szeptała w kąciku z przyjaciółkami, wymieniając zwierzenia, mówiąc o wszystkich swoich tajemnicach - z wyjątkiem jednej. Działo się to w roku, gdy o dwadzieścia osiem lat starszy od niej Gerald O'Hara zjawił się w jej życiu - w tym samym roku, kiedy młodość jednocześnie z czarnookim kuzynem Philippe'em Robillardem opuściła życie Ellen na zawsze. Bo kiedy kuzyn Philippe o gorących oczach i niespokojnym charakterze wyjechał z Savannah, zabrał ze sobą wszystek żar serca Ellen, zostawiając dla niepozornego Irlandczyka tylko wystygłą skorupę.

To jednak wystarczyło Geraldowi, obezwładnionemu ze szczęścia, że mógł się w ogóle z Ellen ożenić. Nie zauważył też nigdy, że coś od niej odeszło na zawsze. Jako człowiek rozsądny dobrze wiedział, że cudem nieledwie było, iż on, Irlandczyk z niebogatej i nikomu nie znanej rodziny, pozyskał sobie córkę jednego z najbogatszych i najdumniejszych rodów wybrzeża. Gerald bowiem był człowiekiem, który wybił się własnymi siłami.

Przybył do Ameryki z Irlandii, mając lat dwadzieścia jeden. Przeprawił się przez ocean pośpiesznie, jak przedtem i potem wielu lepszych i gorszych od niego Irlandczyków, mając jedno ubranie na grzbiecie, dwa szylingi w kieszeni i wyznaczoną na swoją głowę cenę, która zdaniem jego była niewspółmierna z jego występkiem. Na tym ziemskim padole nie było bowiem takiego Orańczyka, który byłby wart stu funtów dla rządu angielskiego czy dla samego diabła: jeżeli jednak rząd tak się przejął zabójstwem rządcy wiecznie nieobecnego lorda, był to znak, że Gerald O'Hara musi wiać, i to jak najprędzej. Nazwał wprawdzie rządcę "bękartem orańskim", to jednak zdaniem Geralda wcale rządcy nie uprawniało do obrażenia go gwizdaniem w jego obecności pierwszych taktów "Nad wodami Boyne".

Bitwa nad Boyne odbyła się co prawda przed stu laty, ale O'Harom i ich sąsiadom wydawało się, że to zaledwie wczoraj wszystkie ich nadzieje i marzenia, bogactwa i ziemie znikły w tumanie kurzu, który pokrył ucieczkę przerażonego Stuarta, gdy Wilhelm Orański i jego znienawidzone wojska w pomarańczowych kokardach dziesiątkowały irlandzkich stronników Stuarta.

Z tych i innych względów rodzina Geralda była skłonna uważać fatalne zakończenie jego sprzeczki za poważne tylko dlatego, że pociągnęło za sobą poważne konsekwencje. Już bowiem od lat żandarmeria angielska krzywo patrzyła na O'Harów, podejrzewając ich o działania przeciwrządowe, i Gerald nie był pierwszym z rodziny, który musiał wziąć nogi za pas i pożegnać Irlandię pod osłoną nocy. Dwóch swoich najstarszych braci, Jamesa i Andrew, ledwie pamiętał; wiedział tyle tylko, że byli to młodzieńcy o wąskich wargach, którzy przychodzili i wychodzili w rozmaitych porach nocy w tajemniczych sprawach lub też ku rozpaczy matki znikali na całe tygodnie. Oni to przed wielu laty uciekli do Ameryki, kiedy wykryto mały arsenał karabinów, zakopanych pod chlewem O'Harów. Teraz byli zamożnymi kupcami w Savannah, "choć Bóg jeden wie, gdzie jest to miasto", jak wtrącała matka, ilekroć wspominała najstarszych synów, i właśnie do nich wysłano młodego Geralda.

Opuścił więc dom rodzinny, opatrzony śpiesznym pocałunkiem matki i jej gorącym, wyszeptanym mu w ucho katolickim błogosławieństwem oraz napomnieniem ojca: "Pamiętaj, kim jesteś, i nigdy cudzego nie tykaj". Pięciu jego rosłych braci pożegnało go pełnym podziwu i lekkiego niedowierzania uśmiechem, ponieważ Gerald był najmłodszy i najmniejszy z całej rodziny.

Wszyscy jego bracia i ojciec mieli przeszło sześć stóp wzrostu, ale mały Gerald, mając lat dwadzieścia jeden, zrozumiał, że pięć stóp i cztery cale - to wszystko, czego może oczekiwać od wszechmogącego Boga. Gerald nigdy nie rozpaczał z racji swojej niskiej postury; nigdy też nie uważał jej za przeszkodę w zdobyciu tego, czego pragnął. Przeciwnie - ta jego krzepka małość uczyniła go tym, czym się stał, ponieważ dość wcześnie zrozumiał, że ludzie małego wzrostu muszą być silni, aby móc wyżyć wśród wysokich. Gerald był bardzo mocny.

Bracia jego byli ponurymi, spokojnymi ludźmi, w których rodzinna tradycja dawnej, straconej na zawsze chwały jątrzyła się tłumioną nienawiścią i wytryskiwała zgryźliwością. Gdyby Gerald był do nich podobny, obrałby sobie zwykłą drogę O'Harów i krążyłby spokojnie i posępnie między buntownikami. Gerald jednak był "głośny i natarczywy", jak z miłością powtarzała matka, zapalczywy i skory do wybitki. Przechadzał się między rosłymi O'Harami jak napuszony karłowaty kogut między olbrzymimi kochinchinami, oni zaś kochali go, drażnili, aby śmiać się z jego pasji, poszturchiwali olbrzymimi pięściami tyle ile trzeba, aby brata beniaminka osadzić na właściwym miejscu.

Gerald wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, że do Ameryki jedzie z bardzo skąpym bagażem wykształcenia. Nie przejąłby się zresztą zbytnio, gdyby mu to ktoś powiedział. Matka nauczyła go czytać i ładnie pisać. Był dobry w rachunkach. Na tym też kończyła się jego wiedza. Po łacinie umiał tylko odpowiadać do mszy, z historii pamiętał różnorakie krzywdy Irlandii. Nie znał innej poezji prócz Moore'a i innej muzyki prócz odwiecznych pieśni irlandzkich. Mimo że darzył żywym szacunkiem tych wszystkich, którzy mieli więcej wykształcenia od niego, nie bolał nad swoimi brakami. I cóż by mu zresztą przyszło z wykształcenia w nowym kraju, gdzie najciemniejsi ignoranci irlandzcy porobili wielkie fortuny? W tym kraju, który od człowieka wymagał tylko siły i pracowitości?

Bracia jego, James i Andrew, w których składzie zaczął pracować w Savannah, także nie martwili się jego nieuctwem. Czytelne pismo Geralda, dokładność w rachunkach i umiejętne targowanie się pozyskały mu ich szacunek, podczas gdy znajomość literatury i muzykalność wywołałyby tylko uśmiechy lekceważenia. Ameryka w początkach stulecia dawała Irlandczykom duże możliwości. James i Andrew, którzy zaczęli swoją karierę od przewożenia towarów wozami z Savannah do miast środkowej Georgii, dorobili się własnego składu, Gerald więc dorabiał się razem z nimi.

Polubił Południe i stał się wkrótce, we własnym przekonaniu, południowcem. Wiele było cech Południa - i południowców - których nigdy nie umiał zrozumieć, ale z właściwym sobie zapałem przejął sposób myślenia i zwyczaje, które rozumiał - pasję do pokera i wyścigów, manię politykowania, kodeks honorowy, prawa Stanów i nienawiść do Jankesów, niewolnictwo i kult bawełny, pogardę dla "białej nędzy" i przesadną kurtuazję dla dam. Nauczył się nawet żuć tytoń. Do picia whisky nie potrzebował się zaprawiać, urodził się z mocną głową.

W gruncie rzeczy jednak nie zmienił się wcale. Zmieniły się jego poglądy i rodzaj życia, ale manier swoich nie zmienił, choćby mógł to zrobić. Podziwiał niedbałą elegancję bogatych plantatorów bawełny i ryżu, którzy na rasowych koniach wjeżdżali do Savannah, poprzedzając karety pełne nie mniej eleganckich pań i wozy pełne niewolników. Gerald nigdy nie mógł stać się elegancki. Niewyraźne leniwe głosy mężczyzn przyjemnie głaskały mu uszy, ale mimo to nie pozbył się nigdy swego twardego irlandzkiego akcentu. Podobał mu się obojętny wdzięk, z jakim ludzie Południa załatwiali ważne sprawy, stawiając fortunę, plantację czy niewolnika na jedną kartę i pokrywając przegraną z beztroskim humorem i takim samym gestem, jakim rzucali groszaki murzyńskim dzieciom. Gerald jednak zaznał biedy i nie umiał tracić pieniędzy wesoło i lekko. Ci Georgijczycy z wybrzeża, ze swymi nagłymi wybuchami gniewu i pełną wdzięku nieodpowiedzialnością, byli czarującymi ludźmi, więc Gerald bardzo ich polubił. W nim jednak, młodym Irlandczyku, świeżo przybyłym z kraju, gdzie wiały wilgotne i przejmujące wiatry, gdzie opary znad moczarów nie niosły choroby, tkwiła niespokojna żywotność, która odróżniała go od leniwych arystokratów kraju półtropikalnej pogody i malarycznych bagien.

Nauczył się od nich tego, co mu było potrzebne, resztę zaś odrzucił. Uznał, że poker jest najpożyteczniejszym obyczajem Południa - poker i dobra głowa. I właśnie wrodzona zdolność do kart i wytrzymałość na trunek przyniosły Geraldowi dwie z trzech jego najcenniejszych zdobyczy, to jest służącego i plantację. Trzecią była jego żona, ale zdobycie jej przypisywał wyłącznie niezbadanej dobroci Pana Boga.

Służący, imieniem Pork, smoliście czarny, pełen godności i biegły w tajnikach męskiej elegancji, był rezultatem całonocnej partii pokera z plantatorem z Wyspy św. Szymona, który odwagą w blefowaniu nie ustępował Geraldowi, natomiast nie dorównywał mu w wytrzymałości na nowoorleański rum. Mimo że poprzedni właściciel Porka ofiarowywał za niego później podwójną cenę, Gerald uparcie odmawiał odstąpienia służącego, ponieważ posiadanie pierwszego niewolnika i w dodatku "najlepszego z lokajów na całym wybrzeżu" było pierwszym krokiem w kierunku spełnienia jego najgorętszych życzeń. Gerald chciał stać się właścicielem niewolników i obszarnikiem.

Postanowił już sobie, że nie spędzi reszty swoich dni wzorem Jamesa czy Andrew na targowaniu się w składzie, a wieczorów na sumowaniu długich kolumn cyfr przy świeczce. W przeciwieństwie do braci żywo odczuwał niższość towarzyską ludzi "handlujących". Gerald pragnął być plantatorem. Nienasycony głód Irlandczyka, który był tylko dzierżawcą gruntów, niegdyś należących do jego praojców, gnał go do zdobycia zielonych akrów własnej ziemi. Jedynym jego wyraźnie wytkniętym celem było posiadanie własnego domu, własnej plantacji, własnych koni, własnych niewolników. Tutaj, w nowym kraju, wolnym od niebezpieczeństw ojczyzny, którą opuścił - podatków zjadających zbiory i wiecznie żywej obawy nagłej konfiskaty - zamierzał wszystko to zdobyć. Z biegiem czasu przekonał się jednak, że dążenie do czegoś i realizacja dążenia - to dwie odmienne rzeczy. Stara arystokracja zbyt mocno rozsiadła się w nadbrzeżnej Georgii, aby Gerald mógł tam kiedykolwiek zdobyć miejsce, jakiego pragnął.

Aż wreszcie ręka opatrzności i dobra karta w pokerze złożyły się na to, by dać mu plantację, którą później nazwał Tarą, i przenieść go z wybrzeża w wyżynny kraj północnej Georgii.

Pewnej gorącej wiosennej nocy w szynku w Savannah przypadkowo zasłyszane opowiadanie nieznajomego wzbudziło zainteresowanie Geralda. Nieznajomy, który pochodził z Savannah, właśnie wrócił tam po spędzeniu dwunastu lat w głębi kraju. Był jednym z ludzi, którzy wygrali ziemię na loterii urządzonej przez państwo na rok przed wyjazdem Geralda do Ameryki w celu rozdziału wielkich terytoriów, ustąpionych przez Indian. Przeniósł się więc tam i założył plantację. Teraz jednak, kiedy dom mu się spalił, znudziło mu się "to przeklęte miejsce" i chętnie by go się pozbył.

Gerald, którego nigdy nie opuszczało marzenie o posiadaniu plantacji, przedstawił się nieznajomemu. Zainteresowanie jego wzrosło jeszcze, kiedy nowo przybyły zaczął opowiadać, jak to północ Georgii zapełnia się przybyszami z obydwu Karolin i Wirginii. Gerald dość już długo mieszkał w Savannah, aby przejąć się poglądem mieszkańców wybrzeża, że cała reszta stanu to puszcza, w której gąszczu czają się Indianie. W interesach "Braci O'Hara" Gerald odwiedził Augustę, miasto leżące nad rzeką Savannah w odległości jakichś stu mil od brzegu, i zapuścił się w głąb kraju o tyle, że mógł zwiedzić stare miasta na zachód od Augusty. Wiedział, że ta część stanu jest równie gęsto zaludniona jak wybrzeże. Jednak z opisu nieznajomego wynikało, że plantacja jego leży z górą dwieście pięćdziesiąt mil na północo-zachód od Savannah i niewiele mil na południe od rzeki Chattahoochee. Gerald sądził, że na północ od owej rzeki kraj należy jeszcze do Czirokezów, ze zdumieniem więc stwierdził, że nieznajomy śmieje się z jego pytania, czy Indianie nie napadają tam na białych, opowiada natomiast, jak się w tej okolicy rozbudowują kwitnące miasta i rozwijają plantacje.

Nieco później, gdy rozmowa przestała się kleić, z chytrością, którą tuszował niewinny blask jego jasnoniebieskich oczu, Gerald zaproponował partię pokera. Po kilku godzinach, gdy trunki zaczęły częściej krążyć, nadeszła taka chwila, że pozostali partnerzy odrzucili karty, a rozgrywka odbywała się między Geraldem a nieznajomym. Obcy postawił wszystkie swoje sztony, potem akt własności plantacji, Gerald - wszystkie swoje i całą zawartość portfelu. Mimo że pieniądze należały do firmy "Bracia O'Hara", Gerald nie czuł wyrzutów sumienia, z których by uważał się za stosowne wyspowiadać. Wiedział dobrze, czego chce, a kiedy czegoś chciał, zmierzał ku temu w sposób najprostszy. Ponadto zaś tak bardzo ufał swemu szczęściu i czterem asom, że nie zastanawiał się wcale, w jaki sposób spłaci przegraną, gdyby karta jego przeciwnika okazała się mocniejsza.

- Nie wydaje mi się, żeby pan dobrze na tym wyszedł, ja natomiast bardzo się cieszę, że wreszcie nie będę musiał płacić podatków - westchnął właściciel fula asowego, wołając o atrament i pióro. - Dom mieszkalny spalił się rok temu, a pola zarastają chwastami i karłowatą sosną. Ale co pańskie, to pańskie.

- Nie mieszaj nigdy kart i whisky, chyba że już matka karmiła cię irlandzką gorzałką - oświadczył poważnie tej samej nocy Gerald Porkowi, gdy Murzyn pomagał mu się rozbierać. Służący zaś, który z podziwu dla swego pana starał się mówić z irlandzkim akcentem, odpowiedział coś mieszaniną gwary murzyńskiej i irlandzkiej, niezrozumiałą dla nikogo z wyjątkiem ich dwóch.

Mulista rzeka Flint, tocząc się cicho między murem sosen i wierzb obrosłych bluszczem, otaczała nową ziemię Geralda niczym zgięte ramię i obejmowała ją z dwóch stron. Geraldowi, stojącemu na małym pagórku, gdzie dawniej był dom, ta wysoka bariera zieleni wydawała się tak widoczną i pochlebną oznaką posiadania, jak gdyby był to żywopłot posadzony jego ręką. Stał na poczerniałych fundamentach spalonego budynku, patrzył na długą aleję drzew, prowadzącą do szosy, i klął siarczyście, zbyt uradowany, by składać modły dziękczynne. Jego własnością były bliźniacze rzędy ciemnych drzew, jego własnością pełen chwastów zapuszczony trawnik pod obsypanymi białym kwieciem drzewkami magnolii. Nieuprawiane pola, zarosłe krzewami i karłowatą sosną, które rozciągały swą czerwoną powierzchnię daleko w cztery strony świata, należały do Geralda O'Hary - były jego własne, bo miał twardą irlandzką głowę na karku i odwagę postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Gerald przymknął oczy i w ciszy leżących odłogiem pól poczuł, że znalazł wreszcie spokojną przystań. Tutaj, pod jego stopami, wyrośnie dom z pobielonej cegły. Po drugiej stronie drogi staną nowe płoty, odgradzające pastwiska dla bydła i rasowych koni, a czerwone zbocza pagórków łagodnie spadające ku rzece będą lśniły w słońcu białością edredonu - porośnie je bawełna, całe mile bawełny! Fortuna O'Harów odrodzi się na nowo.

Ze swego małego kapitału, z tego, co pożyczył od niepodzielających jego entuzjazmu braci, i z okrągłej sumki, którą wziął na hipotekę ziemi, Gerald kupił pierwszych niewolników i przeniósł się do Tary, aby żyć po kawalersku w czterech pokoikach dawnego domku rządcy, do czasu gdy wznosić się zaczną białe ściany właściwego dworu.

Wykarczował pola, zasadził bawełnę i znowu pożyczył od Jamesa i Andrew pieniędzy na kupno nowych niewolników. O'Harowie stanowili zwarty klan i pomagali sobie wzajemnie w okresach tak powodzenia, jak i przeciwności, nie dla jakiejś przesadnej miłości rodzinnej, ale dlatego, iż w ciężkich latach zrozumieli, że aby przetrwać, rodzina musi zwartym frontem przeciwstawiać się światu. Pożyczyli Geraldowi pieniędzy, a te w latach następnych wróciły im się z procentem. Plantacja rozszerzała się stopniowo, bo Gerald skupował pobliskie grunta i wreszcie nadszedł czas, gdy biały dom przerodził się z marzenia w rzeczywistość.

Zbudowany został pracą niewolników; był niezgrabnym, rozłożystym budynkiem - stał na wzniesieniu, górującym nad zieloną ziemią pastewną, która dochodziła aż do rzeki. Gerald jednak był nim zachwycony, bo już, choć nowy, nosił na sobie patynę lat. Stare dęby, pod którymi przechodzili byli Indianie, ciasno otaczały dom i krzyżowały nad dachem swe gałęzie. Oczyszczony z chwastów trawnik zielenił się koniczyną i trawą bermudzką. Gerald pilnował osobiście, aby był należycie strzyżony. Wszystko w Tarze, od alei cedrów do rzędu białych chat niewolników, tchnęło solidnością i trwałością. Ilekroć Gerald skręcał kłusem w stronę domu i widział przeświecający między gałęziami swój dach, serce jego napełniało się taką dumą, jak gdyby widział go po raz pierwszy.

Bo wszystko to stworzył on sam - mały, porywczy Gerald.

O'Hara był w znakomitych stosunkach ze wszystkimi sąsiadami, z wyjątkiem MacIntoshów, których grunta łączyły się z jego plantacją po lewej stronie, i Slatterych, których marne trzy akry rozciągały się po stronie prawej, między błotnistym brzegiem rzeki a plantacją Johna Wilkesa.

MacIntoshowie byli na wpół Szkotami, na wpół Irlandczykami i stronnikami dynastii orańskiej, więc choćby nawet posiadali połączone cnoty wszystkich świętych katolickiego kalendarza - dziedzictwo to skazywało ich na wieczną niełaskę w oczach Geralda. Prawda, że byli osiedleni w Georgii od siedemdziesięciu lat i że przedtem przez jedno pokolenie mieszkali w Karolinie, ten ich przodek jednak, który pierwszy stanął na ziemi amerykańskiej, pochodził z Ulsteru, a to Geraldowi wystarczyło.

Byli to ludzie małomówni i hardzi. Mało się udzielali, trzymali się razem, a związki małżeńskie zawierali z krewnymi swymi z Karoliny. Gerald nie był jedynym, który ich nie lubił, ponieważ inne rodziny były gościnne i towarzyskie i niezbyt pobłażliwe dla tych, którym cnót tych brakło. Plotki o sympatiach abolicjonistycznych także nie przyczyniały się do popularności MacIntoshów. Stary Angus nie wyzwolił wprawdzie żadnego ze swoich ludzi i popełnił niewybaczalny w oczach sąsiadów błąd, że sprzedał kilku Murzynów handlarzom niewolników, którzy byli w przejeździe do plantacji trzciny w Luizjanie, ale mimo to plotki krążyły dalej.

- To jest niewątpliwy abolicjonista - mawiał Gerald do Johna Wilkesa. - Ale jeżeli Orańczyk ma do wyboru między zasadą a swoim szkockim skąpstwem, zasada musi przegrać.

Z rodziną Slatterych miała się sprawa inaczej. Ponieważ ludzie ci byli niezamożni, mimo że biali, nie darzono ich nawet tym niechętnym szacunkiem, jaki mimo wszystko sąsiedzi żywili dla surowej niezależności Angusa MacIntosha. Stary Slattery, który uparcie trzymał się swoich kilku akrów mimo ciągle ponawianych przez Geralda i Johna Wilkesa propozycji kupna, był słaby i niezaradny. Żona jego była rozczochraną chorowitą kobietą o wyblakłej twarzy, matką całej gromadki pochmurnych i do królików podobnych dzieci - gromadki regularnie powiększającej się co rok. Tom Slattery nie miał niewolników i sam przy pomocy dwóch najstarszych synów uprawiał kilka akrów ziemi pod bawełnę, podczas gdy żona i młodsze dzieci zajmowały się tak zwanym szumnie "ogrodem warzywnym". Jednakże, nie wiadomo dlaczego, bawełna nie udawała się tam nigdy, ogród zaś z powodu ciągłych macierzyńskich kłopotów pani Slattery rzadko kiedy rodził tyle, aby wyżywić sporą rodzinę.

Toma Slattery'ego często można było spotkać, gdy wystawał pod domami sąsiadów i prosił o nasiona bawełny do zasadzenia czy połeć boczku "na przetrwanie". Slattery nienawidził swoich sąsiadów całą siłą, na jaką mógł się zdobyć, ponieważ wyczuwał pod maską grzeczności ich pogardę, a najbardziej chyba nie znosił "bezczelnych Negrów bogaczy". Murzyńska służba domowa z hrabstwa uważała się za coś wyższego od "białej nędzy", Slattery więc jednocześnie i cierpiał z powodu ich nieukrywanego lekceważenia, i zazdrościł im lepszej sytuacji życiowej. W przeciwieństwie do niego byli dobrze odżywieni, dobrze odziani, doglądani w chorobach i zaopatrzeni na starość. Byli dumni z dobrego imienia swoich właścicieli i szczycili się należeniem do dobrych rodzin, podczas gdy on był dla wszystkich przedmiotem pogardy.

Tom Slattery mógłby sprzedać swoją farmę za cenę jej trzykrotnej wartości każdemu z plantatorów w hrabstwie. Uważaliby, że pieniądze te są wydane rozsądnie, bo pozbyliby się sąsiedztwa - on jednak wolał siedzieć na miejscu, produkować belę bawełny rocznie i korzystać z litości sąsiadów.

Z całą resztą swego sąsiedztwa Gerald był na stopie przyjaźni i pewnej zażyłości. Wilkesowie, Calvertowie, Tarletonowie i Fontaine'owie uśmiechali się przyjaźnie, kiedy mała figurka na wielkim białym koniu zajeżdżała galopem przed ich domy, uśmiechali się i kazali podawać wysokie szklanki, do których na szczyptę mięty i łyżeczkę cukru nalewano miarkę whisky. Gerald był miły i z biegiem czasu sąsiedzi przekonali się o tym, co dzieci, Murzyni i psy wyczuwały na pierwszy rzut oka, że pod jego grzmiącym głosem i wojowniczym temperamentem kryje się dobre serce, współczujące ucho i otwarta kieszeń.

Przyjazd jego w odwiedziny odbywał się zawsze przy akompaniamencie przeraźliwego szczekania psów oraz krzyków małych Murzyniątek, które wybiegały mu na spotkanie, sprzeczały się o przywilej trzymania mu konia i śmiały z jego dobrodusznych wymyślań. Białe dzieci domagały się, aby brał je na kolana, kiedy przed starszymi narzekał na perfidną politykę Jankesów; córki przyjaciół zwierzały mu się z przeżyć miłosnych, a młodzieńcy z całej okolicy, nie mając odwagi przyznać się ojcom do wysokości długów honorowych, w nim znajdowali wybawiciela.

- A więc już od miesiąca jesteś winien tę sumę, ty szelmo! - krzyczał Gerald. - Na miłość boską, dlaczego wcześniej nie poprosiłeś mnie o pieniądze?

Niepowściągliwość jego języka była zbyt dobrze znana, aby się na niego obrażać, więc młodzi ludzie śmiali się tylko z zakłopotaniem i odpowiadali:

- Bo proszę pana, nie chcieliśmy pana niepokoić, a ojciec...

- Ojciec twój jest dobrym człowiekiem, nie ma gadania, ale trochę surowym, więc bierz, i żebyś mi więcej o tym nie wspominał.

Żony plantatorów skapitulowały przed O'Harą ostatnie. Ale kiedy pani Wilkes - "wielka dama i wyjątkowo dyskretna", jak ją scharakteryzował Gerald - powiedziała mężowi pewnego wieczoru, gdy Gerald odjechał: "Pan O'Hara ma wprawdzie niezbyt powściągliwy język, ale jest dżentelmenem", znaczyło to, że Gerald zdobył sobie wreszcie pozycję towarzyską.

Nie zdawał sobie wcale sprawy z tego, że proces ten trwał dziesięć lat, nie wiedział, że z początku sąsiedzi dość krzywo na niego patrzyli. W jego jednak mniemaniu nie było żadnej wątpliwości, gdzie przynależy, od chwili gdy znalazł się w Tarze.

Kiedy Gerald skończył czterdzieści trzy lata, był tak krzepki i tak rumiany na twarzy, że wyglądał jak ziemianin z angielskiego sztychu; wtedy też przyszło mu po raz pierwszy na myśl, że nie wystarcza mu już ani Tara, chociaż bardzo bliska jego sercu, ani sąsiedzi o otwartych sercach i otwartych domach. Zapragnął żony.

Tara po prostu domagała się pani. Gruba kucharka - dziewka od krów z konieczności wyniesiona do tej rangi - nigdy nie zdążyła przygotować na czas posiłku, a pokojówka, niegdyś wyrobnica z pola, zostawiała warstwy kurzu na meblach i nigdy nie miała czystej bielizny pod ręką, tak że przyjazd gości zawsze był powodem bieganiny i podniecenia. Pork, jedyny wykwalifikowany służący w majątku, miał nadzór nad resztą służby, ale nawet i on stał się opieszały i niedbały po kilku latach pobytu u Geralda. W charakterze służącego utrzymywał sypialnię jego w porządku, w charakterze lokaja podawał posiłki z godnością i wielkim stylem, inne jednak sprawy z całym spokojem pozostawiał ich własnemu biegowi.

Z nieomylnym instynktem ludzi prymitywnych Murzyni szybko odkryli, że Gerald należy do gatunku stworzeń głośno ujadających, ale niegryzących, wykorzystywali więc bezwstydnie jego dobroć. W powietrzu unosiła się stale groźba sprzedania niewolników na Południe lub srogiego batożenia, ale żaden niewolnik z Tary nie został nigdy sprzedany, batożenie zaś odbyło się jeden jedyny raz i dostało się Murzynowi, który nie wytarł ulubionego konia Geralda po jego powrocie z całodziennego polowania.

Żywe, niebieskie oczy O'Hary dostrzegły, jak doskonale są prowadzone domy sąsiadów i z jaką swobodą rządzą służbą gładko przyczesane damy w szeleszczących sukniach. Nie miał pojęcia o niekończącej się nigdy pracy tych kobiet, obarczonych na całe życie nadzorem nad sprawami kuchni, wychowania dzieci, szycia czy prania. Widział tylko zewnętrzne wyniki i te mu imponowały.

Gwałtowną potrzebę ożenku uświadomił sobie jasno pewnego ranka, gdy wybierał się do miasta w dzień sesji sądowej. Pork podał mu jego ulubioną plisowaną koszulę tak niezdarnie zacerowaną na przodzie przez pokojówkę, że była nie do noszenia.

- Mój pan Gerald - rzekł wtedy Pork, zwijając koszulę, którą mu O'Hara, pieniąc się ze złości, podarował - bardzo potrzebuje żony, i to żony, która będzie miała dużo murzyńskiej służby.

Gerald zbeształ Porka za zuchwałość, ale w duszy musiał przyznać Murzynowi rację. Chciał mieć żonę i dzieci i czuł, że jeżeli szybko się o to nie postara, będzie może za późno. Nie miał jednak zamiaru żenić się z byle kim, jak pan Calvert, który za żonę pojął jankeską guwernantkę swoich osieroconych dzieci. Chciał, aby jego żona była damą, i to damą prawdziwą, o równie dobrych manierach i wielkiej dystynkcji jak pani Wilkes i o takiej samej umiejętności prowadzenia domu.

Nasuwały się jednak dwie trudności, jeżeli chodziło o połączenie się związkiem małżeńskim z którąkolwiek z rodzin w hrabstwie. Pierwszą była skąpa liczba panien w odpowiednim wieku do małżeństwa. Drugą i znacznie poważniejszą to, że Gerald mimo dziesięcioletniego pobytu w tej okolicy był "człowiekiem nowym" i w dodatku cudzoziemcem. O jego rodzinie nic nie było wiadomo. Mimo że rodziny z środkowej Georgii nie były tak nieprzystępne jak arystokracja nadbrzeżna, nikt nie zgodziłby się wydać córki za człowieka, o którego dziadku nic nie było wiadomo.

Gerald wiedział, że żaden z zaprzyjaźnionych z nim serdecznie sąsiadów, z którymi polował, pił i rozmawiał o polityce, nie odda mu córki. Nie życzył sobie także, aby plotkowano przy kolacji, że ten, tamten czy ów ojciec z żalem odmówił Geraldowi O'Harze prawa starania się o rękę swej córki. Mimo tej świadomości Gerald bynajmniej nie czuł się gorszy od swoich sąsiadów. Nic nie mogło wpłynąć na to, aby Gerald czuł się gorszy od kogokolwiek. Po prostu tylko - w hrabstwie panował dziwny zwyczaj, że córki wydawano wyłącznie za synów rodzin osiadłych na Południu dłużej niż od dwudziestu dwu lat, posiadających dużo ziemi i niewolników i oddających się tylko powszechnie przyjętym grzeszkom.

- Pakuj rzeczy. Jedziemy do Savannah - powiedział Porkowi. - A jeżeli usłyszę, że starasz się mówić z irlandzkim akcentem, sprzedam cię od razu, bo ja się już swego akcentu wyzbyłem.

Gerald liczył na to, że James i Andrew doradzą mu coś w związku z małżeństwem, mogło się także zdarzyć, że któraś z córek ich starych przyjaciół będzie odpowiadała jego wymaganiom i zgodzi się wyjść za niego. James i Andrew uważnie wysłuchali Geralda, ale nie dodali mu wcale otuchy. Nie mieli w Savannah krewnych, którzy mogliby im dopomóc, bo do Ameryki przyjechali już z żonami. Córki zaś ich starszych przyjaciół od dawna powychodziły za mąż i dochowały się potomstwa.

- Nie jesteś człowiekiem bogatym i nie pochodzisz z dobrej rodziny - rzekł James.

- Mam pieniądze i sam stworzę dobrą rodzinę. Ożenić się z pierwszą lepszą nie mam zamiaru.

- Wysoko mierzysz - krótko zauważył Andrew.

Zrobili jednak dla Geralda wszystko, co mogli. James i Andrew byli starymi ludźmi i cieszyli się w Savannah poważaniem. Mieli wielu znajomych i przez miesiąc prowadzili Geralda z domu do domu, na kolacje, wieczorki i pikniki.

- Jest jedna dziewczyna, która wpadła mi w oko - powiedział w końcu Gerald. - Tylko że kiedy przyjechałem do Ameryki, jej jeszcze nie było na świecie.

- Kto to taki?

- Panna Ellen Robillard - rzekł Gerald starając się mówić obojętnie, ponieważ lekko skośne, ciemne oczy Ellen Robillard nie tylko wpadły mu w oko, ale i zaryły się w serce. Mimo spokoju swego, tak niezwykłego w piętnastoletniej dziewczynie, Ellen oczarowała go zupełnie. Co więcej, unosiła się dokoła niej atmosfera rezygnacji czy rozpaczy, która sprawiła, że Gerald odnosił się do niej łagodniej niż do jakiejkolwiek innej istoty na świecie.

- Mógłbyś przecież być jej ojcem!

- Jestem w sile wieku! - zawołał Gerald, dotknięty.

James powiedział spokojnie:

- Jerry, nie ma drugiej dziewczyny w Savannah, u której miałbyś mniejsze szanse. Jest córką bogatego Robillarda, a ci Francuzi są dumni jak sam Lucyfer. A matka jej... Panie świeć nad jej duszą! ...była bardzo wielką damą.

- Wszystko mi jedno - rzekł Gerald. - Zresztą matka jej nie żyje, a stary Robillard bardzo mnie lubi.

- Jako człowieka może, ale nie jako zięcia.

- Dziewczyna cię w każdym razie nie zechce - wtrącił Andrew. - Kocha się w tym swoim dzikim kuzynie Philippie Robillardzie już od roku, mimo że rodzina dzień i noc ją męczy, aby dała temu spokój.

- On od miesiąca już jest w Luizjanie - rzekł Gerald.

- A ty skąd wiesz o tym?

- Wiem - odrzekł Gerald, który nie chciał się przyznać ani do tego, że cennej wiadomości dostarczył mu Pork, ani do tego, że Philippe wyjechał na Zachód na wyraźne życzenie swojej rodziny. - Nie przypuszczam też, aby tak w nim była zakochana, by nie móc zapomnieć. W piętnastym roku życia jeszcze się nie zna miłości.

- Robillardowie z pewnością woleliby dla niej tego obwiesia niż ciebie.

Toteż James i Andrew byli zdumieni nie mniej od innych, gdy rozeszła się wiadomość, że córka Petera Robillarda wychodzi za małego Irlandczyka z głębi Georgii. Savannah huczała od plotek i domysłów na temat Philippe'a Robillarda, który wyjechał na Zachód, ale plotki nie przynosiły żadnej odpowiedzi. Dlaczego najładniejsza z córek Robillarda chciała wyjść za człowieka o donośnym głosie i czerwonej twarzy, od którego wyższa była o głowę, pozostało tajemnicą dla wszystkich.

Gerald sam dobrze nie wiedział, jak się to wszystko stało. Wiedział tylko, że zdarzył się cud. I po raz pierwszy w życiu był onieśmielony, gdy Ellen, bardzo blada, ale bardzo spokojna, położyła mu lekką dłoń na ramieniu i powiedziała:

- Zostanę pańską żoną, panie O'Hara.

Zdumieni Robillardowie dowiedzieli się ułamka prawdy, ale tylko Ellen i jej piastunka znały dzieje owej nocy, gdy młoda dziewczyna płakała do samego świtu jak skrzywdzone dziecko i wstała rano z dojrzałą decyzją kobiety dorosłej.

Niania z dziwnym przeczuciem zaniosła swojej młodej pani małą paczuszkę z Nowego Orleanu, zaadresowaną obcym charakterem pisma, zawierającą miniaturę Ellen, którą z krzykiem rzuciła na podłogę, cztery jej listy do Philippe'a Robillarda i krótkie pismo od księdza z Nowego Orleanu z zawiadomieniem, że kuzyn jej został zabity podczas jakiejś awantury w barze.

- To oni go stąd wygnali: ojciec, Paulina i Eulalia! Wygnali go! Nienawidzę ich, nienawidzę ich wszystkich. Nie chcę ich nigdy w życiu widzieć, chcę stąd uciec. Chcę uciec tak daleko, aby nigdy więcej nie zobaczyć ani ich, ani tego miasta, ani nikogo, kto będzie mi przypominał jego...

A kiedy noc miała się już ku końcowi, Mammy, która sama płakała, tuląc do siebie ciemną główkę swojej pani, próbowała oponować:

- Ależ dziecko, tego zrobić nie możesz.

- Zrobię. To dobry człowiek. Zrobię to albo wstąpię do klasztoru w Charlestonie.

Groźba klasztoru spowodowała w końcu zgodę przerażonego i zbolałego Petera Robillarda. Był zatwardziałym protestantem, mimo że córki były katoliczkami, i z dwojga złego wolał, aby córka została żoną Geralda O'Hary niż zakonnicą. Ostatecznie nie można było mu nic zarzucić prócz tego, że nie pochodził z odpowiedniej rodziny.

Tak więc Ellen, już jako pani O'Hara, zostawiła za sobą Savannah, którego nigdy nie miała zobaczyć, i w towarzystwie niemłodego męża, Mammy i dwudziestki "domowych Murzynów" wyruszyła w stronę Tary.

Następnego roku urodziło się ich pierwsze dziecko, które nazwali Katie Scarlett, po matce Geralda. Gerald był trochę rozczarowany, bo życzył sobie syna, ale mimo to tak ucieszył się z tej małej czarnowłosej córeczki, że poczęstował rumem wszystkich niewolników w Tarze i sam upił się błogo i hałaśliwie.

Jeżeli Ellen kiedykolwiek żałowała swojej nagłej decyzji poślubienia Geralda, nie wiedział o tym nikt, najmniej zaś Gerald, którego rozpierała duma, ilekroć patrzył na żonę. Savannah i wszystkie wspomnienia zostawiła za sobą, gdy opuściła to przyjemne miasto nad morzem, i od chwili przybycia do Tary domem jej stała się północna Georgia.

Opuściła dom rodzinny o liniach tak harmonijnych jak ciało pięknej kobiety czy statek pod żaglami; jasny, pokryty sztukaterią dom we francuskim stylu kolonialnym, do którego prowadziły schody o delikatnych balustradach z kutego żelaza; spokojny, bogaty dom, miły - choć trochę sztywny.

Zostawiła za sobą nie tylko urocze otoczenie, ale i całą cywilizację, w której wyrosła, i znalazła się w świecie tak obcym i odmiennym, jak gdyby przyjechała na inny kontynent.

Tutaj w Georgii teren był nierówny, a ludzie twardzi. Kraj był płaskowyżem u stóp Gór Błękitnych. Gdzie spojrzeć, Ellen widziała czerwone pagórki o wielkich występach spodnich warstw skały oraz wysokie sosny, ponuro wznoszące się wszędzie. Krajobraz zdawał się dziki i trochę straszny dla oczu przywykłych do piękności wysp przybrzeżnych, porosłych szarym mchem i zieloną, bujną roślinnością, do białych przestrzeni piasków rozpalonych podzwrotnikowych słońcem, do płaskich wydm, na których gdzieniegdzie stały palmy.

Tej części kraju nieobce były chłody zimowe, zarówno jak żar lata, w ludziach zaś tutejszych kryła się energia i siła, całkowicie Ellen nieznane. Byli mili, uprzejmi, hojni, o bardzo dobrych charakterach, ale twardzi, męscy, skorzy do gniewu. Ludzie z wybrzeża, które opuściła, szczycili się, że wszystkie swoje sprawy, nawet pojedynki i spory, załatwiają z nonszalancją - mieszkańców północnej Georgii znamionowała wielka gwałtowność. Na wybrzeżu życie było dojrzałe i słodkie, tutaj - młode, krzepkie, zielone.

Wszyscy ludzie, których Ellen znała w Savannah, byli jakby urobieni wedle tego samego wzoru, tak podobne były ich poglądy i przyzwyczajenia; tu znalazła nagle wielką rozmaitość charakterów. Osadnicy tutejsi pochodzili z rozmaitych miejsc, a więc z innych części Georgii, z Karoliny i Wirginii, z Europy, z północnych Stanów. Niektórzy z nich, jak Gerald, byli nowymi przybyszami, którzy szukali tutaj szczęścia. Inni, jak Ellen, byli członkami starych rodzin, którzy nie mogli dłużej znieść życia w dawnym otoczeniu i w dalekiej okolicy znaleźli spokojną przystań. Bardzo wielu przeniosło się tylko dlatego, że gnał ich niepokój, który odziedziczyli w spadku po ojcach pionierach.

Ludzie ci, z różnych stron świata i różnego pochodzenia, prowadzili bezceremonialny tryb życia, nowy dla Ellen, do którego nigdy nie mogła się całkowicie przyzwyczaić. Na wybrzeżu wiedziała zawsze, jak zachowa się większość ludzi w każdej sytuacji. Jak postąpią w danej chwili mieszkańcy Georgii - nie można było przewidzieć.

Życie okolicy ożywiła fala zamożności przewalająca się wtedy przez całe Południe. Świat domagał się bawełny, a nowa część Georgii, żyzna i niezużyta, rodziła ją obficie. Bawełna była pulsem okolicy, sadzenie jej i zbiory stanowiły kurcze i rozkurcze serca czerwonej gleby. Bogactwo rodziło się z falistych bruzd, wraz z nim zaś pewność siebie, wyrosła z zielonych krzaczków i z akrów wełnistej bieli. Jeżeli dzięki bawełnie można było zdobyć majątek w ciągu jednej generacji, o ileż bogatsze będą następne pokolenia!

Ta pewność jutra nadawała życiu smak i rozmach, więc ludzie z hrabstwa używali życia z entuzjazmem, którego Ellen nigdy nie mogła pojąć. Mieli dość pieniędzy i dość niewolników, aby mieć dużo czasu na przyjemności, poświęcali się im zatem z oddaniem. Nigdy nikt nie był zbyt zajęty, aby nie móc rzucić pracy dla polowania czy wyścigów konnych, i nie było tygodnia bez pikniku w sąsiedztwie czy balu.

Ellen nigdy nie mogła upodobnić się do innych - za wiele z siebie zostawiła w Savannah - ale szanowała ich i z czasem nauczyła się podziwiać szczerość i prostotę tych ludzi, którzy mówili to, co myśleli, i cenili człowieka za to, jaki był.

Stała się najbardziej lubianą kobietą w okolicy. Była oszczędną i dobrą gospodynią, kochającą matką i oddaną żoną. Złamane serce i wyrzeczenie się siebie, które chciała złożyć w darze Kościołowi, poświęciła zamiast tego służbie, dzieciom, domowi i mężczyźnie, który wyrwał ją z Savannah, odsunął od wspomnień i nigdy o nic nie pytał.

Kiedy Scarlett miała rok i była zdrowsza i mocniejsza, niż zdaniem Mammy przystało pańskiemu dziecku, Ellen urodziła drugą córkę, ochrzczoną imionami Susan Elinor, ale zawsze zwaną Suellen, w odpowiednim zaś czasie po niej przyszła na świat Careen, zapisana w Biblii rodzinnej jako Carolina Irena. Potem zjawili się trzej chłopcy, z których wszyscy pomarli, zanim nauczyli się chodzić - trzej mali chłopcy, spoczywający teraz pod cedrami na cmentarzyku o sto jardów odległym od domu - pod trzema nagrobkami z napisem "Gerald O'Hara, junior".

Od chwili gdy Ellen przyjechała do Tary, posiadłość zmieniła się nie do poznania. Mimo że Ellen miała zaledwie piętnaście lat, była dojrzała do obowiązków dziedziczki. Przed małżeństwem młode dziewczęta musiały być przede wszystkim słodkie, łagodne, piękne i strojne, po ślubie jednak wymagano od nich umiejętności prowadzenia gospodarstwa dla przeszło stu osób, białych i czarnych, i wychowywano je z myślą o tym.

Ellen otrzymała takie samo przygotowanie do małżeństwa jak każda dobrze wychowana młoda dama, ponadto zaś miała przy sobie Mammy, która mogła przeistoczyć najtępszego Murzyna w źródło energii. Ellen szybko wprowadziła porządek, godność i wdzięk do domu Geralda i dała Tarze piękno, którego tam nigdy przedtem nie było.

Dom został wybudowany bez określonego planu i w miarę potrzeby dobudowywano pokoje tam, gdzie było ich potrzeba, pod okiem jednak Ellen budynek zyskał wdzięk, który zastąpił brak stylu. Aleja cedrów prowadząca od szosy do domu - charakterystyczna aleja, bez której trudno było sobie wyobrazić dom plantatora w Georgii - była chłodna i cienista i stanowiła tło dla jasnej zieloności innych drzew. Glicynia wijąca się dokoła ganków odcinała się jaskrawo od pobielonych cegieł i wraz z różowymi krzaczkami mirtu i białymi kwiatami magnolii rosnącej przed oknami kryła niezgrabne zarysy domu.

Wiosną i latem trawa i koniczyna na murawie stawały się szmaragdowe i tak kuszące, że ściągały do siebie stada indyków i białych gęsi, które powinny były kręcić się tylko na tyłach domu. Przodownicy tych stadek ciągle robili wypady przed dom, przyciągnięci zielonością trawy i nęcącą obietnicą pączków jaśminu i grządek cynii. Przeciw ich zakusom wystawiano wartę w postaci małego Murzyniątka. Mały, uzbrojony w strzęp ścierki Murzynek siedzący na schodkach ganku był częścią obrazu Tary - częścią bardzo godną politowania, bo ponieważ nie wolno mu było straszyć ptactwa, musiał odganiać je ścierką i sykiem.

Ellen zasadzała kolejno mnóstwo małych chłopców do tego zajęcia, które było pierwszą odpowiedzialną funkcją niewolnika płci męskiej w Tarze. Po ukończeniu dziesiątego roku życia chłopcy byli oddawani na naukę do Dziadzia, starego szewca plantacji, do Amosa, kołodzieja i stolarza, Philipa, krowiarza, albo Cuffee, poganiacza mułów. Jeżeli nie wykazywali zdolności do żadnego z tych rzemiosł, stawali się parobkami i w opinii Murzynów tracili prawo do jakiejkolwiek pozycji społecznej.

Życie Ellen nie było łatwe ani szczęśliwe, ale nie spodziewała się wcale łatwego życia, szczęście zaś nie było udziałem kobiety. Żyła w świecie mężczyzn i pogodziła się z tym. Mężczyzna był właścicielem majątku, kobieta zaledwie rządziła nim. Mężczyzna zyskiwał pochwały za dobre rządy, a kobieta chwaliła jego mądrość. Mężczyzna ryczał jak byk, kiedy drzazga weszła mu w palec, a kobieta nie śmiała jęczeć przy porodzie, aby mu nie zakłócać spokoju. Mężczyźni byli plugawi w języku i często pijani, kobiety udawały, że nie słyszą ordynarnych słów, pijanych zaś bez słowa układały do snu. Mężczyźni byli brutalni i szczerzy, kobiety zawsze łagodne, wdzięczne i wyrozumiałe.

Ellen wychowana została w tradycji wielkich dam, które nauczyły ją, jak dźwigać brzemię kobiece, nie tracąc wdzięku, życzyła więc sobie, aby jej trzy córki także się stały wielkimi damami. Z młodszych córek miała pociechę, bo Suellen tak się starała wszystkim podobać, że z uwagą i posłuszeństwem chłonęła nauki matki, Careen zaś była nieśmiała i łatwa do prowadzenia. Scarlett jednak, nieodrodna córka Geralda, z trudem dawała się urobić na damę.

Ku oburzeniu Mammy najulubieńszymi towarzyszami jej zabaw nie były skromne siostry ani dobrze ułożone panny Wilkes, ale dzieci murzyńskie z plantacji i chłopcy z sąsiedztwa. Właziła też na drzewa i rzucała kamieniami nie gorzej od każdego z nich. Mammy była bardzo strapiona, że takie upodobania przejawia córka Ellen i często napominała ją, aby "zachowywała się jak mała dama". Ellen jednak miała bardzo pobłażliwy i dalekowzroczny pogląd na tę sprawę. Wiedziała, że towarzysze dziecinnych zabaw wyrastają z czasem na wielbicieli i że pierwszym obowiązkiem dziewczyny jest małżeństwo. Mówiła sobie, że Scarlett jest po prostu bardzo żywa i że zawsze będzie dość czasu, aby nauczyć ją sztuki podobania się mężczyznom.

W tym celu Mammy i Ellen połączyły swoje wysiłki. W miarę jak Scarlett wyrastała, stawała się pod tym względem bardzo pojętną uczennicą, jakkolwiek niczego innego uczyć się nie chciała. Mimo procesji szybko zmieniających się guwernantek i dwóch lat spędzonych na pensji w Fayetteville wykształcenie Scarlett miało luki, żadna natomiast panienka w okolicy nie umiała tańczyć piękniej niż ona. Wiedziała, jak się uśmiechać, aby na twarzy tworzyły się dołeczki, jak się poruszać, aby szeroka krynolina chwiała się zalotnie, jak patrzeć w oczy mężczyźnie, a potem spuszczać wzrok i tak trzepotać powiekami, aby wydawało się, że drży z niepokoju. Przede wszystkim zaś nauczyła się, jak przed mężczyznami ukrywać żywą inteligencję pod maską słodkiej i łagodnej minki dziecka.

Ellen delikatnymi napomnieniami i Mammy ciągłymi naganami starały się wpoić Scarlett cnoty, które by z niej uczyniły materiał na doskonałą żonę.

- Musisz być bardziej łagodna, kochanie, bardziej opanowana - uczyła córkę Ellen. - Nie powinnaś przerywać, kiedy panowie coś do ciebie mówią, nawet jeżeli uważasz, że o danej sprawie wiesz więcej od nich. Panowie nie lubią roztropnych panienek.

- Młode panny, które marszczą czoło, nadymają usta i mówią: "To chcę" i "Tego nie chcę", nigdy nie dostają mężów - przepowiadała Mammy posępnie. - Młode panienki powinny spuszczać oczy i mówić: "Tak, proszę pana, chętnie" i "Ma pan świętą rację".

Wspólnymi siłami uczyły ją wszystkiego, co dama powinna umieć, ale Scarlett nauczyła się tylko zewnętrznych znamion dobrego wychowania. Wewnętrznej dystynkcji, z której te znamiona powinny wypływać, nie nauczyła się nigdy i nie wiedziała, po co by się jej miała uczyć. Pozory zupełnie wystarczały, by zyskiwały jej powodzenie, a o to jej wyłącznie chodziło. Gerald chełpił się, że Scarlett jest najpiękniejszą dziewczyną w pięciu hrabstwach, i miał trochę racji, bo oświadczali się jej wszyscy młodzi ludzie z sąsiedztwa i wielu nawet z miejsc tak odległych jak Atlanta czy Savannah.

Mając lat szesnaście, wyglądała dzięki naukom Mammy i Ellen na osóbkę słodką, czarującą i płochą, była zaś w rzeczywistości uparta, próżna i samowolna. Miała popędliwość i egoizm swego irlandzkiego ojca, przykryte cieniutką warstwą cierpliwości i łagodności odziedziczonej po matce. Ellen nigdy nie zdawała sobie sprawy z tego, że te cechy córki są tylko nabyte, bo Scarlett zawsze starała się pokazać matce z najlepszej strony, ukrywając swoje eskapady, hamując gniew i będąc w stosunku do niej możliwie uległą, ponieważ Ellen potrafiła ją doprowadzić do łez jednym pełnym wyrzutu spojrzeniem.

Mammy jednak nie miała co do Scarlett złudzeń i dokładnie widziała rysy na tej zewnętrznej warstwie poloru. Spojrzenie jej przenikało głębiej od oczu Ellen i Scarlett nie mogła się nigdy poszczycić, że na długo wprowadziła nianię w błąd.

Nie znaczyło to wcale, aby kochające mentorki biadały nad żywością, wesołością i wdziękiem Scarlett. Były to cechy, z których kobiety Południa były dumne. Lękiem napawała je tylko zapalczywość jej i samowolność, odziedziczone po Geraldzie, i chwilami bały się, że nie zdołają stuszować tych szkodliwych właściwości do czasu zrobienia przez Scarlett odpowiedniej partii. Scarlett zaś chciała wyjść za mąż - za Ashleya - i godziła się udawać potulną, zimną i głupią, jeżeli to były zalety przyciągające mężczyzn. Dlaczego mężczyźni te rzeczy lubili, nie umiała sobie wytłumaczyć. Wiedziała tylko, że metoda jest dobra, bo odnosi skutek. Nie starała się nigdy dociec przyczyny tego stanu rzeczy, bo nic nie wiedziała o wewnętrznym mechanizmie ludzkiego umysłu, nawet własnego. Wiedziała tylko, że jeżeli zrobi czy powie to a to, mężczyźni niechybnie zareagują tak a tak. Było to proste jak matematyczna formułka i równie dla niej łatwe - bo matematyka była jedynym przedmiotem, w którym Scarlett celowała w szkole.

Jeżeli wiedziała mało o umysłach mężczyzn, jeszcze mniej wiedziała o kobietach, ponieważ kobiety ją nie obchodziły. Nigdy nie miała przyjaciółki i nie czuła jej braku. Wszystkie kobiety, nie wyłączając jej dwóch sióstr, były jej naturalnymi rywalkami w pogoni za tą samą zdobyczą - mężczyzną.

Wszystkie kobiety z wyjątkiem jednej - matki. Ellen O'Hara była inna i Scarlett uważała ją za istotę świętą i różną od reszty ludzkości. Kiedy Scarlett była dzieckiem, obraz matki mieszała z obrazem Najświętszej Panny, teraz zaś, kiedy była starsza, nie starała się wcale myśleć inaczej. Ellen była dla niej symbolem tego najwyższego bezpieczeństwa, które znajduje się tylko w niebie czy na łonie matki. Wiedziała, że matka jest uosobieniem sprawiedliwości, prawdy, czułości i głębokiej mądrości, jednym słowem - wielką damą.

Scarlett bardzo pragnęła być podobna do matki. Jedynym szkopułem było to, że kobieta sprawiedliwa, prawdziwa, czuła i poświęcająca się traciła wiele przyjemności w życiu, na pewno zaś - wielu wielbicieli. Życie zaś jest zbyt krótkie, aby można sobie pozwolić na stratę rzeczy tak przyjemnych. Kiedyś, już jako żona Ashleya i starsza pani, kiedy będzie miała na to czas, Scarlett zamierzała stać się podobną do Ellen. Do tego czasu jednak...