Rozdział 1
Zero
12 maja
Swojej ostatniej nocy jako ciepłokrwista Phoebe Taylor była dobrą córką.
Nalegała na to Freyja.
- Nie róbmy zamieszania - zaprotestowała Phoebe, jakby wybierała się na
kilkudniowe wakacje i liczyła na to, że skończy się na zdawkowym
pożegnaniu w hotelu, w którym zatrzymała się jej rodzina.
- Wykluczone - ucięła Freyja i dodała z dumą: - De Clermontowie się nie
ukrywają... oczywiście jeśli nie są Matthew. Zrobimy wszystko, jak
należy. Przy kolacji. To twój obowiązek.
Wieczorne przyjęcie, które Freyja wydała dla Taylorów, było proste,
eleganckie i idealne... łącznie z pogodą (piękny majowy dzień), muzyką
(czy każdy wampir w Paryżu potrafił grać na wiolonczeli?), kwiatów
(przyniesiono z ogrodu dość róż Madame Hardy, żeby woń rozniosła się po
całym mieście), wina (Freyja lubiła Cristal).
Rodzice i siostra Phoebe zjawili się o wpół do ósmej, zgodnie z zaproszeniem. Ojciec był w smokingu, matka w turkusowo-złotej lehenga
choli, Stella od stóp do głów wystrojona w Chanel. Phoebe wybrała
jednolitą czerń i szmaragdowe kolczyki, które przed wyjazdem z Paryża
dał jej Marcus. Do kompletu włożyła niebotycznie wysokie szpilki - oboje
szczególnie je lubili.
Grupka ciepłokrwistych i wampirów najpierw raczyła się drinkami w ogrodzie za okazałym domem Freyi w ósmej dzielnicy - w jednym z prywatnych Edenów, jakie od ponad stulecia nie powstawały w Paryżu
cierpiącym na brak przestrzeni. Rodzina Taylorów przywykła do pałacowego
otoczenia. Ojciec Phoebe był zawodowym dyplomatą, matka pochodziła z indyjskiego rodu, który od czasów kolonialnych zawierał małżeństwa z urzędnikami brytyjskiej administracji, jednak uprzywilejowanie de
Clermontów miało zupełnie inną skalę.
Zasiedli do kolacji przy stole zastawionym kryształami i porcelaną, w pokoju o wysokich oknach, wychodzących na ogród i wpuszczających do
środka letni blask. Charles, małomówny szef kuchni, którego de
Clermontowie zatrudniali w swoich paryskich rezydencjach, gdy na kolację
zapraszano ciepłokrwistych, lubił Phoebe, więc nie szczędził kosztów ani
trudu.
- Surowe ostrygi to znak, że Bóg kocha wampiry i pragnie, żeby były
szczęśliwe - oświadczyła Freyja na początku posiłku, unosząc kieliszek.
Używała słowa "wampir" tak często, jak to możliwe, jakby samo jego
powtarzanie mogło uczynić normalnym to, co wkrótce miało się stać. - Za
Phoebe. Szczęścia i długiego życia.
Po takim toaście jej rodzina straciła apetyt. Phoebe również miała
trudności z przełykaniem, choć była świadoma, że to jej ostatni normalny
posiłek. Wmusiła w siebie ostrygi i popiła je szampanem, skubnęła
pozostałych przysmaków. Freyja podtrzymywała wesołą konwersację przez
cały czas, gdy raczono się przystawkami, zupą, rybą, kaczką i deserami
("Twoja ostatnia okazja, Phoebe, kochanie!"). Między łykami wina
swobodnie przechodziła z francuskiego na angielski i hindi.
- Nie, Edwardzie, chyba nie ma miejsca, w którym nie byłam. Wiesz,
sądzę, że mój ojciec mógł być kiedyś dyplomatą. - Freyja wygłosiła to
zaskakujące oświadczenie, żeby skłonić powściągliwego ojca Phoebe do
wspomnień z początków w służbie królowej.
Czy przekonanie Freyi było słuszne, czy nie, Philippe de Clermont
najwyraźniej nauczył córkę paru rzeczy o wygładzaniu konwersacyjnych
kantów.
- Richard Mayhew, mówisz? Chyba go znałam. Françoise, poznałam Richarda
Mayhew, kiedy byliśmy w Indiach?
Niczym dostrojona do jakiejś wampirycznej częstotliwości, niesłyszalnej
dla zwykłych śmiertelników, bystrooka służące zjawiła się w chwili,
kiedy pani jej potrzebowała.
- Prawdopodobnie. - Françoise była kobietą małomówną, ale każdej jej
słowo przekazywało mnóstwo znaczeń.
- Tak, chyba go znałam. Wysoki? Piaskowe włosy? Przystojny w chłopięcy
sposób? - Freyi nie zdeprymowała sroga mina Françoise ani fakt, że jej
własny opis z grubsza pasował do połowy brytyjskiego korpusu
dyplomatycznego.
Phoebe jeszcze nie odkryła, co mogłoby dokonać wyłomu w niewzruszenie
radosnej determinacji Freyi.
- Dobranoc. - W takim samym pogodnym nastroju pani domu pożegnała
Taylorów, całując ich wszystkich muśnięciem zimnymi wargami najpierw
jednego, potem drugiego policzka. - Padmo, zawsze jesteś tu mile
widziana. Powiadom mnie, kiedy będziesz następnym razem w Paryżu.
Stello, zatrzymaj się u mnie w czasie zimowych pokazów. Stąd wygodnie
dotrzeć do domów mody, a Françoise i Charles dobrze się tobą zajmą.
George V oczywiście jest doskonały, ale zbyt popularny wśród turystów.
Edwardzie, będziemy w kontakcie.
Padma Taylor zachowała typowy dla siebie stoicyzm i opanowanie.
Ściskając córkę trochę mocniej niż zwykle, nie uroniła ani jednej łzy.
- Robisz właściwą rzecz - szepnęła jej do ucha, zanim wypuściła ją z objęć. Rozumiała, co to znaczy kochać kogoś dostatecznie, żeby
zrezygnować ze swojego dotychczasowego życia w zamian za obietnicę
wspólnej przyszłości.
- Dopilnuj, żeby intercyza była taka, jaką obiecali - poradziła cicho
Stella, stojąc w progu. - Tak na wszelki wypadek. Ten dom jest wart
fortunę. - Była w stanie patrzeć na decyzję siostry tylko ze swojego
punktu odniesienia, a ten obejmował wyłącznie splendor, styl i krój
klasycznej czerwonej Freyi.
- To? - Pani domu zaśmiała się, kiedy przed kolacją Stella ją
podziwiała. Pozując przez chwilę, przechyliła głowę zwieńczoną lnianym
kokiem, żeby lepiej zademonstrować suknię i figurę. - Balenciaga. Mam ją
od wieków. Ten człowiek rozumiał, jak należy konstruować górę!
To zwykle powściągliwy Edward Taylor miał trudności z pożegnaniem i oczami pełnymi łez szukał w jej oczach (tak podobnych do jego, co Freyja
zauważyła wcześniej tego wieczoru) oznak wahania. Gdy matka i Stella
znalazły się za bramą, ojciec odciągnął Phoebe od frontowych schodów, na
których stała pani domu.
- To nie potrwa długo, tato - zapewniła Phoebe, starając się go
pocieszyć. Ale oboje wiedzieli, że miną miesiące, nim pozwolą jej znowu
zobaczyć rodzinę. Dla ich bezpieczeństwa i jej własnego.
- Jesteś pewna, Phoebe? - zapytał ojciec. - Całkowicie? Jeszcze jest
czas, żeby zmienić zdanie.
- Jestem pewna.
- Bądź rozsądna - powiedział Edward Taylor z nutą błagania w głosie.
Zaprawiony w delikatnych negocjacjach nie wahał się wykorzystać poczucia
winy na swoją korzyść. - Dlaczego nie poczekasz jeszcze kilka lat? Nie
ma potrzeby śpieszyć się z taką poważną decyzją.
- Nie zamierzam się rozmyślić - oświadczyła Phoebe łagodnie, ale
zdecydowanie. - To nie kwestia rozumu, tylko serca, tato.
Po pożegnaniu rodziny została z lojalnymi sługami de Clermontów,
Charlesem i Françoise, oraz z Freyją, przyrodnią siostrą twórcy jej
narzeczonego, a zatem bliską krewną w świecie wampirów.
Phoebe podziękowała Charlesowi za pyszną kolację, a Françoise za świetną
obsługę przyjęcia. Następnie usiadła w salonie z Freyją, która czytała
swoje maile i odpowiadała na nie, pisząc odręcznie na kremowym papierze
o lawendowych brzegach i wsuwając listy do ciężkich kopert.
- Nie ma potrzeby przejmować tego nowego upodobania do natychmiastowej
komunikacji - wyjaśniła zapytana, dlaczego nie odpowiada na maile jak
wszyscy. - Wkrótce się przekonasz, najdroższa Phoebe, że pośpiech nie
jest czymś, czego potrzebuje wampir. To takie bardzo ludzkie i wulgarne,
śpieszyć się.
Po spędzeniu kurtuazyjnej godziny z ciotką Marcusa Phoebe uznała, że
zrobiła, co do niej należało.
- Chyba pójdę na górę - oznajmiła, udając ziewnięcie. W rzeczywistości w ogóle nie sen był jej w głowie.
- Przekaż Marcusowi uściski ode mnie. - Freyja polizała kopertę i ją
zakleiła.
- Jak ty...? - Phoebe popatrzyła na nią zdumiona. - To znaczy, co ty...?
- To mój dom. Wiem o wszystkim, co się w nim dzieje. - Freyja nakleiła
znaczek na kopercie, pilnując, żeby zrobić to równo. - Wiem, na
przykład, że Stella przyniosła dzisiaj w torebce trzy te okropne małe
telefony, a ty je zabrałaś, kiedy poszłaś do łazienki. Przypuszczam, że
ukryłaś je w swoim pokoju. Nie w bieliźnie - jesteś na to zbyt
oryginalna, prawda, Phoebe? - i nie pod materacem. Myślę, że są w pojemniku z solami do kąpieli stojącym na parapecie w łazience. Albo w butach. Tych na gumowych podeszwach, które wkładasz na spacery. A może
na szafie w niebiesko-białej plastikowej torbie? Zostawiłaś ją sobie po
środowych zakupach w sklepie spożywczym?
Trzeci domysł Freyi był prawidłowy, łącznie z plastikową torbą nadal
lekko pachnącą czosnkiem, który Charles dodał do swojej genialnej zupy
rybnej. Phoebe od początku wiedziała, że plan Marcusa, by zlekceważyć
zasady i pozostać w kontakcie, nie jest dobrym pomysłem.
- Łamiesz swoje zobowiązania - stwierdziła rzeczowym tonem Freyja. - Ale
jesteś dorosłą kobietą z wolną wolą, zdolną do podejmowania własnych
decyzji.
Oficjalnie Marcus i Phoebe mieli zakaz kontaktowania się ze sobą przez
jej pierwsze dziewięćdziesiąt dni po przemianie w wampira, ale
zastanawiali się, jak nagiąć tę regułę. Niestety jedyny telefon Freyi
znajdował się w holu wejściowym, gdzie wszyscy mogliby słyszeć ich
rozmowy. Zresztą i tak aparat rzadko dobrze działał. Od czasu do czasu
wydawał metaliczny dźwięk, a siła dzwonka była tak wielka, że kołysała
słuchawką spoczywającą na mosiężnych widełkach. Kiedy się ją podnosiło,
na linii panowała głucha cisza. Freyja przypisywała to marnemu
okablowaniu, które podczas ostatniej wojny założył w ramach przysługi
członek wewnętrznego kręgu Hitlera. Nie była jednak zainteresowana
żadnymi naprawami.
Rozważywszy sytuację, Marcus z pomocą Stelli i swojego przyjaciela
Nathaniela wymyślił lepszy środek tajnej komunikacji: tanie, jednorazowe
komórki z rodzaju tych, jakich używali na całym świecie złodzieje i terroryści - przynajmniej tak zapewnił ich Nathaniel - i nie mogły
zostać wyśledzone, gdyby Baldwin albo inny wampir zechciał ich
szpiegować. Phoebe i Marcus kupili je w podejrzanym sklepie z elektroniką mieszczącym się przy jednej ze świadczących o przedsiębiorczości ulic w dziesiątej dzielnicy.
- Zważywszy na sytuację, jestem pewna, że twoje rozmowy będą krótkie -
dodała Freyja, adresując kopertę. - Nie chcesz, żeby Miriam cię
przyłapała.
Miriam polowała w okolicy Sacré Couer i miała wrócić nad ranem. Phoebe
spojrzała na zegar stojący na półce nad kominkiem, ekstrawagancką rzecz
z pozłoty i marmuru w formie leżących nagich mężczyzn, którzy trzymali
okrągły chronometr jak piłkę plażową. Zostałą minuta do północy.
- W takim razie dobranoc - powiedziała Phoebe. Była wdzięczna, że Freyja
znajduje się nie tylko trzy kroki przed nią i Marcusem, ale również
przynajmniej jeden przed Miriam.
- Hmm - mruknęła jedynie Freyja, skupiona na leżącej przed nią kartce.
Phoebe pobiegła na górę. Jej sypialnia znajdowała się na końcu długiego
korytarza obwieszonego wczesnymi francuskimi pejzażami. Gruby dywan
tłumił odgłos jej kroków. Zamknąwszy drzwi sypialni, sięgnęła na szafę
(styl empire, około 1815 roku) po plastikową torbę. Wyjęła z niej jeden
z telefonów i go włączyła. Był w pełni naładowany i gotowy do użycia.
Przyciskając go do serca, Phoebe wśliznęła się do łazienki. Dwie pary
zamkniętych drzwi i duże pomieszczenie wyłożone płytkami były jedyną
prywatną przestrzenią dostępną w domu wampirów. Zrzuciła buty i całkiem
ubrana weszła do zimnej, pustej wanny. Wybrała numer Marcusa.
- Cześć, kochanie. - W głosie Marcusa, zwykle wesołym i ciepłym, teraz
pobrzmiewała troska, choć starał się ją ukryć. - Jak kolacja?
- Pyszna - skłamała Phoebe. Położyła się w edwardiańskiej wannie o wysokim, zaokrąglonym oparciu, które obejmowało jej kark.
Cichy śmiech świadczył, że narzeczony jej nie uwierzył.
- Dwa kęsy deseru i skubnięcie tu i tam? - Marcus wyraźnie się z nią
drażnił.
- Jeden kęs deseru. A Charles zadał sobie tyle trudu. - Phoebe
zmarszczyła czoło. Będzie musiała mu to wynagrodzić. Jak większość
kulinarnych geniuszy, Charles obrażał się, kiedy talerze wracały do
kuchni z nietkniętym jedzeniem.
- Nikt nie oczekiwał, że dużo zjesz - pocieszył ją Marcus. - Kolacja
była dla rodziny, nie dla ciebie.
- Zostało mnóstwo jedzenia. Freyja dała je mamie na wynos.
- Jak Edward? - Marcus wiedział o zastrzeżeniach przyszłego teścia.
- Tata próbował mnie odwieść od naszego planu. Znowu.
Między nimi zapadło długie milczenie.
- Nie udało mu się - przerwała je Phoebe, na wypadek gdyby Marcus się
martwił.
- Twój ojciec po prostu chce, żebyś była całkowicie pewna - stwierdził
cicho narzeczony.
- Jestem. Dlaczego ludzie wciąż mnie o to pytają? - Nie udało jej się
zapanować nad zniecierpliwieniem.
- Kochają cię.
- Zatem powinni mnie słuchać. Być z tobą... tego właśnie chcę. -
Oczywiście nie tylko tego pragnęła. Odkąd poznała Ysabeau, tęskniła za
niewyczerpanym zapasem czasu, który miały wampiry.
W Sept-Tours przyglądała się, jak Ysabeau w pełni poświęca się każdej
czynności. Babka jej narzeczonego niczego nie robiła pośpiesznie ani po
to, żeby odhaczyć kolejną pozycję na niekończącej się liście rzeczy do
zrobienia. W każdym jej ruchu przejawiał się szacunek: w tym, jak
wąchała kwiaty w ogrodzie, w kociej powolności kroków, dłuższej
przerwie, zanim po przeczytaniu jednego rozdziału książki przeszła do
następnego. Ysabeau nie czuła, że zabraknie jej czasu, by wchłonąć
istotę każdego przeżycia. Phoebe wydawało się, że nie ma chwili na
oddech, kiedy pędziła z targu do pracy, do apteki po lek na
przeziębienie, do szewca, żeby oddać szpilki do naprawy, i z powrotem do
pracy.
Tymi spostrzeżeniami nie podzieliła się jednak z narzeczonym. Marcus i tak wkrótce miał je poznać. Gdy napije się z jej żyły sercowej -
cienkiej niebieskiej rzeki przecinającej lewą pierś - odkryje najgłębsze
sekrety Freyi, najmroczniejsze lęki, największe pragnienia. Krew z żyły
sercowej zawierała wszystko, co mogła ukrywać ukochana osoba, a dzielenie się nią wyrażało szczerość i zaufanie, których potrzebował
związek, żeby przetrwać.
- Jeden krok na raz, pamiętasz? - Głos Marcusa przyciągnął jej uwagę. -
Najpierw zostaniesz wampirem. Potem, jeśli nadal będziesz mnie
chciała...
- Będę. - Tego Phoebe była całkowicie pewna.
- Jeśli nadal będziesz mnie chciała... - powtórzył Marcus. - Pobierzemy
się i wtedy będziesz na mnie skazana. Na dobre i na złe.
Był to jeden z ich zwyczajów jako pary: próby przysięgi małżeńskiej.
Czasami skupiali się na jednej obietnicy i udawali, że trudno będzie jej
dotrzymać. Kiedy indziej stroili sobie żarty ze wszystkiego i z małości
swoich obaw w porównaniu z siłą wzajemnych uczuć.
- W zdrowiu i w chorobie. - Phoebe wygodniej usadowiła się w wannie.
Chłód gładkiej powierzchni przypominał jej Marcusa, a solidne kształty
budziły pragnienie, żeby siedział za nią i obejmował ją rękami i nogami.
- I że cię nie opuszczę. Na wieki.
- Na wieki to strasznie długo - ostrzegł Marcus.
- I że cię nie opuszczę - powtórzyła Phoebe, kładąc nacisk na ostatnie
słowa.
- Nie możesz tego wiedzieć na pewno, póki nie poznasz mojej krwi -
powiedział Marcus.
Ich rzadkie kłótnie wybuchały właśnie w takich chwilach, kiedy słowa
Marcusa sugerowały, że stracił do niej zaufanie, a Phoebe zaczynała się
bronić. Sprzeczki zwykle kończyły się w łóżku, gdzie każde ku
zadowoleniu drugiego pokazywało, że choć może jeszcze nie wiedzą o sobie
wszystkiego, ważne dziedziny wiedzy już opanowali.
Jednakże Phoebe była w Paryżu, a Marcus w Owernii i w tym momencie
fizyczne pojednanie nie wchodziło w grę. Mądrzejsza, bardziej
doświadczona osoba ugryzłaby się w język, ale Phoebe miała dwadzieścia
trzy lata, była rozdrażniona i zaniepokojona tym, co wkrótce nastąpi.
- Nie wiem, dlaczego myślisz, że to ja zmienię zdanie, a nie ty. -
Siliła się na lekki, wesoły ton. Ku jej własnemu przerażeniu te słowa
zabrzmiały oskarżycielsko. - Przecież zawsze znałam cię jako wampira, a ty zakochałeś się w ciepłokrwistej.
- I nadal będę cię kochał. - Marcus odpowiedział satysfakcjonująco
szybko. - To się nie zmieni, nawet jeśli ty tak.
- Może ci się nie spodobać mój smak. Powinnam cię zmusić, żebyś
spróbował mnie wcześniej. - Phoebe wyraźnie dążyła do kłótni. Może
Marcus nie kochał jej tak bardzo, jak sądził. Rozum podpowiadał, że to
nonsens, ale jej irracjonalna część (która teraz wzięła górę) nie była
przekonana.
- Chciałbym, żebyśmy wspólnie to przeżyli jako równi sobie. Nigdy nie
dzieliłem się krwią z partnerką... To coś, co możemy razem zrobić
pierwszy raz. - Głos Marcusa był łagodny, ale brzmiała w nim nuta
frustracji.
Poruszali się po dobrze znanym terenie. Równość była czymś, na czym
Marcusowi bardzo zależało. Żebrząca kobieta z dzieckiem, rasistowskie
obelgi podsłuchane w metrze, staruszek próbujący przejść przez ulicę,
podczas gdy młodzi ludzie mijają go w pędzie z komórkami w rękach i słuchawkami w uszach - wszystko to przyprawiało go o wściekłość.
- Powinniśmy po prostu uciec - stwierdził Marcus. - Zrobić wszystko po
swojemu i nie przejmować się tradycjami i ceremoniami.
Jednakże wyboru powolnych, odmierzonych kroków również dokonali
wspólnie.
Ysabeau de Clermont, matriarchini rodu i babka Marcusa, ze zwykłą
klarownością przedstawiła wszystkie za i przeciw zwyczajowi wampirów.
Zaczęła od ostatnich rodzinnych skandali. Ojciec Marcusa, Matthew,
ożenił się z czarownicą, naruszając tysiąc lat zakazów dotyczących
związków między istotami innych gatunków. Potem omal nie zginął z rąk
swojego porzuconego, obłąkanego syna Benjamina. Tak więc Phoebe i Marcusowi zostawały dwa wyjścia. Mogli zachować jej transformację i ich
małżeństwo w tajemnicy najdłużej, jak to możliwe, zanim staną wobec
całej wieczności plotek i spekulacji. Mogli również przemienić Phoebe w wampira, zanim otwarcie i z całą należną pompą zwiąże się z Marcusem.
Gdyby wybrali to drugie, prawdopodobnie znosiliby niedogodności przez
rok, potem jedną albo dwie dekady złej sławy, a na koniec byliby wolni,
żeby cieszyć się nieskończonym życiem w relatywnym spokoju.
W decyzji Phoebe odegrała także swoją rolę reputacja Marcusa, znanego
wśród wampirów ze swojej impulsywności i z tego, że rzucał się do
naprawiania zła tego świata, nie dbając o to, co pomyślą inne istoty.
Phoebe miała nadzieję, że jeśli w kwestii małżeństwa postanowią
przestrzegać tradycji, Marcus zyska szacunek, a jego idealizm wkrótce
będzie widziany w bardziej pozytywnym świetle.
- Tradycja służy pożytecznemu celowi, pamiętasz? - rzekła twardo Phoebe.
- Poza tym nie trzymamy się wszystkich reguł. A tak przy okazji, Freyja
wie o twoim planie z telefonami.
- Zawsze istniało takie ryzyko. - Marcus westchnął. - Przysięgam na
Boga, że Freyja musi być w części posokowcem. Nic jej nie umknie. Nie
martw się. Ona nie będzie mieć nic przeciwko temu, że ze sobą
rozmawiamy. To Miriam jest służbistką.
- Miriam poluje na Montmartrze - powiedziała Phoebe, zerkając na
zegarek. Było trzydzieści minut po północy. Naprawdę musiała się
rozłączyć.
- Wokół Sacré Coeur są dobre łowy - skomentował Marcus.
- Tak powiedziała Freyja.
Zapadła cisza brzemienna tym, o czym nie mogli powiedzieć albo nie
wiedzieli jak. W końcu zostały tylko dwa słowa dostatecznie ważne, żeby
je wymówić.
- Kocham cię, Marcusie Whitmore.
- Kocham cię, Phoebe Taylor - odparł Marcus. - Nieważne, co postanowisz
za dziewięćdziesiąt dni, już jesteś moją partnerką. Mam cię pod skórą,
we krwi, w snach. I nie martw się. Będziesz świetnym wampirem.
Phoebe nie miała wątpliwości, że przemiana się uda, a ona będzie się
cieszyć z tego, że jest potężna i przestał mieć znaczenie jej wiek. Ale
czy ona i Marcus stworzą związek, który przetrwa tak jak małżeństwo
Ysabeau i Philippe'a?
- Będę o tobie myślał - zapowiedział Marcus. - W każdej chwili.
Phoebe trzymała telefon przy uchu, aż połączenie zostało zakończone.
Wtedy wyszła z wanny, roztrzaskała aparat pojemnikiem z solą do kąpieli,
otworzyła okno i wyrzuciła szczątki do ogrodu. Zniszczenie dowodów
występku było częścią planu Marcusa i Phoebe zamierzała wykonać go co do
joty, nawet jeśli Freyja wiedziała o ich zakazanych rozmowach. To, co
zostało z komórki, wylądowało z satysfakcjonującym pluskiem w małym
stawie z rybami.
Pozbywszy się obciążającego dowodu, Phoebe zdjęła sukienkę i odwiesiła
ją do szafy, a plastikową torbę w paski odłożyła na dawne miejsce.
Następnie otuliła się białym jedwabnym szlafrokiem, który Françoise
przygotowała dla niej na łóżku.
Potem usiadła na brzegu materaca i odważnie spojrzała w przyszłość,
czekając, aż odnajdzie ją czas.
Rozdział 2
Mniej niż zero
13 maja
Phoebe weszła na wagę.
- Mój Boże, ale jesteś drobniutka. - Freyja odczytała wynik, a Miriam
zapisała go na czymś, co wyglądało jak karta szpitalna.
- Mówiłam, żebyś przytyła trzy kilo, Phoebe - powiedziała karcącym tonem
Miriam. - Waga pokazuje, że zyskałaś tylko dwa kilogramy.
- Starałam się. - Phoebe nie rozumiała, dlaczego tłumaczy się przed
dwiema wampirzycami, które same były na diecie złożonej z surowego
jedzenia i płynów. - Jaką różnicę robi jeden kilogram.
- Chodzi o ilość krwi. - Miriam siliła się na cierpliwość. - Im jesteś
cięższa, tym więcej masz krwi.
- A im więcej masz krwi, tym więcej będziesz musiała jej dostać od
Miriam - dodała Freyja. - Chcemy mieć pewność, że ilość będzie się
zgadzała. Przy równej wymianie ludzkiej na krew wampira jest mniejsze
ryzyko odrzucenia. A chcemy, żebyś dostała jej tyle, ile tylko możliwe.
Obliczeń dokonywano od miesięcy. Ilość krwi. Pojemność minutowa serca.
Waga. Zużycie tlenu. Gdyby Phoebe nie wiedziała, pomyślałaby, że bierze
udział w naborze do narodowej drużyny szermierczej, a nie do rodu de
Clermontów.
- Jesteś pewna, jeśli chodzi o ból? - zapytała Freyja. - Możemy ci coś
podać. Nie ma potrzeby, żeby odczuwać dyskomfort. Ponowne narodziny nie
muszą być bolesne jak kiedyś.
To również był temat wielu dyskusji. Freyja i Miriam opowiedziały jej
swoje własne, jeżące włos na głowie historie przemiany po wypiciu krwi
nadnaturalnej istoty. Krew wampirów była agresywna, usuwała wszelkie
ludzkie ślady, żeby stworzyć idealnego drapieżnika. Wchłaniając ją
powoli, świeżo narodzony wampir mógł przystosować się do inwazji nowego
materiału genetycznego przy niewielkim albo żadnym bólu, istniały jednak
dowody, że organizm człowieka również jest w stanie odrzucić krew
stwórcy, bo woli raczej umrzeć niż zmienić się w coś innego. Szybka
transfuzja miała przeciwny skutek. Ból był potworny, ale osłabione
ludzkie ciało nie miało czasu ani sił, by zmontować kontratak.
- Nie martwi mnie perspektywa bólu. Po prostu miejmy już to za sobą. -
Ton Phoebe wskazywał na chęć zakończenia tych rozważań raz na zawsze.
Wampirzyce wymieniły spojrzenia.
- A co z miejscowym znieczuleniem w miejscu ukąszenia? - spytała Miriam.
- Na litość boską, Miriam. - Phoebe nie czuła się jak przyszła
olimpijka, ale była pewna, że przechodzi najbardziej szczegółowe badanie
lekarskie w życiu. - Nie chcę znieczulenia. Chcę czuć ukąszenie. Chcę
czuć ból. To jedyny proces narodzin, jaki mnie czeka. Nie przegapię go.
- W tej kwestii zawsze wyrażała się jasno. - Żaden akt tworzenia nigdy
nie był bezbolesny. Cuda powinny zostawiać ślad, żebyśmy pamiętali,
jakie są cenne.
- Więc dobrze - szybko i zdecydowanie powiedziała Freyja. - Drzwi są
zamknięte. Okna zamknięte. Françoise i Charles czuwają. Na wszelki
wypadek.
- Nadal uważam, że powinnyśmy zrobić to w Danii. - Nawet teraz Miriam
nie mogła darować sobie analizowania procedury wciąż od nowa. - W Paryżu
jest za dużo bijących serc.
- W Lejre jest o tej porze roku prawie piętnaście godzin światła
dziennego - sprzeciwiła się Freyja. - Phoebe nie byłaby w stanie od razu
wytrzymać takiej dawki.
- Tak, ale polowanie... - nie dawała za wygraną Miriam.
Phoebe wiedziała, że teraz nastąpi długie porównywanie fauny francuskiej
i duńskiej, rozważanie wartości odżywczej obu, różnic w wielkości i świeżości, przewagi naturalnego nad przetworzonym oraz
nieprzewidywalnego apetytu wampirycznego dziecka.
- Dość tego. - Phoebe ruszyła do drzwi. - Może Charles mnie zmieni. Nie
mogę przechodzić tych wszystkich uzgodnień kolejny raz.
- Jest gotowa - stwierdziły jednocześnie Freyja i Miriam.
Phoebe rozchyliła luźny dekolt białego szlafroka, odsłaniając grube żyły
i tętnice.
- Więc zrób to.
Ledwie te słowa wyszły z jej ust, poczuła ostry ból.
Odrętwienie.
Mrowienie.
Ssanie.
Kolana się pod nią ugięły, w głowie zakręciło się jej od szybkiej utraty
krwi. Umysł przyjął, że została zaatakowana i znalazła się w śmiertelnym
niebezpieczeństwie. Poziom adrenaliny skoczył.
Pole widzenia się zawęziło, świat pociemniał.
Chwyciły ją silne ramiona.
Phoebe zatonęła w fałdach ciszy, unosząc się w aksamitnej ciemności.
Spokój.
***
Palące zimno sprawiło, że odzyskała świadomość.
Marzła, płonęła.
Otworzyła usta w krzyku przerażenia, kiedy jej ciało zajęło się ogniem
od środka.
Ktoś podsunął jej nadgarstek mokry od czegoś, co pachniało...
rozkosznie.
Miedzią i żelazem.
Solą i słodyczą.
To był zapach życia. Życia.
Phoebe trąciła nosem czyjś nadgarstek, jak dziecko szukające piersi
matki; ciało znajdowało się drażniąco blisko jej ust, ale ich nie
dotykało.
- Wybieraj - powiedziała jej stwórczyni. - Życie? Czy śmierć?
Phoebe zużyła całą swoją energię, żeby przysunąć się do obietnicy życia.
W oddali ktoś stukał, wolno i równomiernie. Wtedy przyszło zrozumienie.
Bicie serca.
Puls.
Krew.
Phoebe z szacunkiem pocałowała zimną skórę nadgarstka stwórczyni,
dogłębnie świadoma daru, który jej ofiarowano.
- Życie - wyszeptała i wypiła pierwszy łyk krwi wampira.
Gdy potężna substancja pomknęła przez jej żyły, ciało Phoebe
eksplodowało bólem i tęsknotą: za tym, co zostało utracone, za tym, co
miało nadejść, za wszystkim, czym ona nigdy nie będzie, za wszystkim,
czym się stanie.
Jej serce zaczęło tworzyć nową muzykę, wolną i spokojną.
Jestem, zaśpiewało.
Niczym.
A jednak.
Teraz.
Na zawsze.
Rozdział 3
Powrót marnotrawnego
13 maja
Jeśli to duchy robią ten harmider, zabiję je - wycedziłam, czepiając się
snu w nadziei, że przedłużę go jeszcze o kilka chwil.
Nadal odczuwałam skutki zmiany czasu po naszym ostatnim locie z Ameryki
do Francji, a miałam stosy prac egzaminacyjnych do oceny na koniec
ostatniego semestru w Yale. Podciągnęłam kołdrę pod brodę, odwróciłam
się na bok i pomodliłam o ciszę.
Ciężkie dudnienie rozniosło się po domu, odbijając się od grubych
kamiennych murów i stropów.
- Ktoś jest przy drzwiach wejściowych. - Matthew, który bardzo mało
sypiał, stał przy otwartym oknie i wąchał nocne powietrze, żeby
wychwycić ślady zapachowe. - To Ysabeau.
- Jest trzecia rano! - jęknęłam, wsuwając stopy w kapcie. Byliśmy za pan
brat z kryzysami, ale to było coś niezwykłego.
Matthew w jednej chwili przemieścił się od okna sypialni na schody i zaczął po nich zbiegać.
- Mama! - zapłakała Becca w pokoju dziecięcym. - Aaa! Głośno. Głośno.
- Idę, skarbie. - Moja córka miała czuły słuch po swoim ojcu. Jej
pierwszym słowem było "mama", drugim "tata", a trzecim "Pip",
oznaczającym jej brata Philipa. "Krew", "głośno" i "piesek" pojawiły się
tuż po nich.
- Świetliku, świetliku, błyśnij latarką. - Nie włączyłam lampy, tylko
zainspirowana piosenką ze starego albumu, który znalazłam w komodzie,
prostym czarem sprawiłam, że mój palec wskazujący zajaśniał delikatnym
blaskiem. Wykorzystałam swoją gramarye, zdolność ubierania
skomplikowanej magii w słowa.
Becca siedziała w ciężkiej, średniowiecznej kołysce i przyciskała do
uszu drobne rączki, a jej twarz była wykrzywiona z bólu. Wokół łóżeczka
skakał Cuthbert, przerośnięty pluszowy słoń, którego podarował jej
Matthew, i drewniana zebra o imieniu Zee. Philip stał w swojej kolebce,
ściskając jej boki i z troską patrząc na siostrę.
Magia drzemiąca w bliźniętach, półczarownicy i półwampirze, ujawniała
się w czasie ich płytkiego snu i go zakłócała. Choć nocna aktywność
moich dzieci trochę mnie niepokoiła, Sarah radziła dziękować bogini, że
do tej pory ich dar ograniczał się do przestawiania mebli w pokoju
dziecięcym, robienia białych chmur z zasypki i konstruowania pojazdów z wypchanych zwierząt.
- Kuku - powiedział Philip, wskazując na siostrę. Już szedł w ślady
Matthew i dokładnie badał każde stworzenie w Les Revenants - dwunożne,
czworonożne, skrzydlate albo łuskowate - szukając zadrapań, skaz i ukąszeń owadów.
- Dziękuję, Philipie. - Ledwo uniknęłam kolizji z Cuthbertem, podchodząc
do córki. - Chcesz przytulaska, Becco?
- Cuthbert też. - Becca była zręczną negocjatorką dzięki spędzaniu czasu
ze swoimi dwiema babciami. Obawiałam się, że Ysabeau i Sarah mają na nią
zły wpływ.
- Tylko ty i Philip, jeśli chce się do nas przyłączyć - powiedziałam
twardo, masując plecy córki.
Urażone Cuthbert i Zee spadły z hukiem na ziemię. Nie dało się
stwierdzić, które z dzieci odpowiadało za latające zwierzęta ani
dlaczego magia je opuściła. Czy to Becca wprawiła je w ruch, a masowanie
po pleckach na tyle ją pocieszyło, że już nie potrzebowała maskotek? Czy
Philip, który też się uspokoił, bo jego siostra już nie była w potrzebie? A może stało się tak dlatego, że ja powiedziałam "nie"?
Bębnienie w drzwi ucichło. Ysabeau była w domu.
- Ba... - zaczęła Becca i dostała czkawki.
- ...bcia - dokończył Philip z rozradowaną miną.
Z niepokoju mój żołądek zacisnął się w supeł. Nagle uświadomiłam sobie,
że coś musiało się wydarzyć, skoro Ysabeau bez uprzedzenia przyszła do
nas w środku nocy.
Ciche głosy rozbrzmiewające na dole były zbyt słabe dla moich uszu
czarownicy, ale bliźnięta przekrzywiły głowy, co sugerowało, że są w stanie śledzić rozmowę między ich ojcem i babcią. Niestety były za małe,
żeby przekazać mi jej treść.
Posadziłam Beccę na jednym biodrze i wolną ręką podniosłam Philipa.
Schodząc po śliskich stopniach, normalnie trzymałam się liny, którą dla
bezpieczeństwa ciepłokrwistych Matthew przymocował do zaokrąglonej
ściany. Przy dzieciach ograniczałam używanie magii, z obawy, że będą
próbowały mnie naśladować. Dzisiaj musiałam zrobić wyjątek.
Chodź ze mną, wyszeptał wiatr, muskając moje kostki w pieszczocie
kochanka, a ja spełnię twoje pragnienie.
Wołanie żywiołu było irytująco wyraźne. Dlaczego więc wcześniej nie
przyniósł mi słów Ysabeau? Dlaczego chciał, żebym dołączyła do niej i do
Matthew?
Jednakże moc potrafi być jak sfinks. Jeśli nie zadasz jej właściwego
pytania, po prostu odmówi odpowiedzi.
Tuląc do siebie dzieci, uległam pokusie i moje stopy oderwały się od
stopni. Miałam nadzieję, że dzieci nie zauważą, że znajdujemy się kilka
centymetrów nad kamiennymi płytami, ale coś starożytnego i mądrego
zabłysło w szarozielonych oczach Philipa.
Srebrny promień księżyca przedostał się przez jedno z wysokich, wąskich
okien i padł na ścianę. Przyciągnął uwagę Bekki, kiedy płynęliśmy w dół
schodów.
- Ładne. - Moja córka sięgnęła do światła. - Ładne dzieci.
Przez chwilę blask nachylił się do niej, przecząc prawom fizyki w ludzkim rozumieniu. Na ramionach poczułam dreszcz, litery pod
powierzchnią mojej skóry zajaśniały czerwienią i złotem. Blask księżyca
miał w sobie magię, ale choć byłam czarownicą i tkaczką, nie zawsze
widziałam to, co potrafiły dostrzec moje dzieci mieszanej krwi.
Szczęśliwa, że zostawiłam promień księżyca za sobą, pozwoliłam, żeby
powietrze zniosło mnie na sam dół schodów. Gdy znaleźliśmy się na
twardym gruncie, moje stopy ciepłokrwistej pokonały ostatni odcinek do
frontowych drzwi.
Podmuch zimna na twarzy, wskazujący na spojrzenie wampira, oznaczał, że
Matthew dostrzegł nasze przybycie. Stał w otwartych drzwiach ze swoją
matką. Gra srebra i cienia podkreślała jego kości policzkowe, przez co
włosy wydawały się jeszcze ciemniejsze, natomiast ten sam blask sprawił,
że pod wpływem jakiejś dziwnej alchemii Ysabeau wyglądała na jeszcze
bardziej złocistą. Do jej piaskowych spodni przylepiło się błoto, biała
koszula była podarta w miejscu, gdzie zahaczyła o nią gałąź drzewa.
Teściowa powitała mnie skinieniem głowy. Oddech miała urywany. Biegła...
daleko i szybko.
Dzieci wyczuły, że chwila jest dziwna. Zamiast powitać babcię ze zwykłym
entuzjazmem, przywarły do mnie mocno i wtuliły głowy w moją szyję, jakby
chciały się ukryć przez tym, co przyniosła domowi tajemnicza ciemność.
- Rozmawiałam z Freyją. Zanim skończyłyśmy, Marcus oznajmił, że jedzie
do wioski - wyjaśniła Ysabeau z nutą paniki w głosie. - Alain się
martwił, więc ruszyliśmy za nim. Z początku wydawało się, że z Marcusem
wszystko w porządku. Ale potem nagle puścił się biegiem.
- Marcus uciekł z Sept-Tours?
Wydawało się to niemożliwe. Marcus uwielbiał swoją babcię, a ona
wyraźnie zażyczyła sobie, żeby został u niej na lato.
- Skierował się ścieżką na zachód, więc założyliśmy, że idzie tutaj, ale
coś mi powiedziało, żeby się go trzymać. - Ysabeau wzięła kolejny
urywany wdech. - Wtedy Marcus skręcił na północ w stronę Montluçon.
- Do Baldwina? - Mój szwagier miał tam dom, zbudowany dawno temu, kiedy
okolica była znana po prostu jako Góra Luciusa.
- Nie. Nie do Baldwina. Do Paryża. - Oczy Matthew pociemniały.
Ysabeau skinęła głową.
- Nie uciekał. On biegł... do Phoebe.
- Coś poszło źle - stwierdziłam zaskoczona. Wszyscy zapewniali mnie, że
Phoebe bez problemu przejdzie transformację z ciepłokrwistej w wampira.
Tyloma niezbędnymi rzeczami się zajęto, tyle przygotowań poczyniono.
Wyczuwając mój rosnący niepokój, Philip zaczął się wiercić i poprosił,
żebym go postawiła.
- Freyja mówi, że wszystko poszło zgodnie z planem. Phoebe jest teraz
wampirem. - Matthew wziął ode mnie Philipa i postawił go na podłodze. -
Zostań z Dianą i dziećmi, maman. Ja pójdę za Marcusem i dowiem się, o co chodzi.
- Alain jest na zewnątrz - poinformowała Ysabeau. - Weź go ze sobą. Twój
ojciec uważał, że dobrze jest w takiej sytuacji mieć przy sobie drugą
parę oczu.
Matthew mnie pocałował. Jak w większości jego pożegnań w tym również
była surowa nuta, jakby przypominał mi, żebym nie traciła czujności,
kiedy go nie będzie. Pogłaskał włosy córki i o wiele delikatniej
przycisnął usta do jej czoła.
- Bądź ostrożny - wyszeptałam bardziej z nawyku niż z rzeczywistej
troski.
- Jak zawsze. - Matthew posłał mi ostatnie, długie spojrzenie, zanim się
odwrócił.
***
Z powodu zamieszania w związku z przybyciem babci minęła prawie godzina,
nim dzieci ponownie zasnęły. Ja też byłam rozbudzona. Dręczyły mnie
pytania bez odpowiedzi i niepokój. Poszłam do kuchni. Jak się
spodziewałam, zastałam tam Marthe i Ysabeau.
Zwykle ten ciąg pomieszczeń był jednym z moich ulubionych miejsc w domu.
Niezawodnie ciepły i przytulny, ze starym żeliwnym piecem gotowym do
pieczenia czegoś smakowitego, z misami świeżych owoców i produktów
czekających, aż Marthe przemieni je w ucztę smakosza. Tego ranka jednak
kuchnia wydawała się ciemna i zimna mimo zapalonych kinkietów i kolorowych duńskich płytek na ścianach.
- Ze wszystkich rzeczy, których nie lubię w małżeństwie z wampirem,
czekanie na wieści w domu jest najgorsze. - Opadłam na jeden ze stołków
otaczających ogromny, porysowany drewniany stół, który stanowił centrum
grawitacji w tej domowej kuli.
- Dziękować Bogu za komórki. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to było,
kiedy istniała tylko odręczna korespondencja.
- Nikt z nas tego nie lubił. - Marthe postawiła przede mną parujący
kubek herbaty i talerzyk z rogalikiem z kremem migdałowym, posypanym
cukrem pudrem.
- Boskie - powiedziałam, wdychając aromat czarnych liści i orzechowej
słodyczy.
- Powinnam pojechać z nimi. - Ysabeau nie zadała sobie trudu, żeby
poprawić włosy i usunąć smugę brudu z policzka. Było to niepodobne do
niej, zawsze nieskazitelnej.
- Matthew chciał, żeby pani została - odezwała się Marthe,
wypraktykowanym ruchem posypując stół mąką. Wyjęła kawał ciasta z misy i zaczęła je ugniatać.
- Nie zawsze możesz dostać to, czego chcesz - stwierdziła Ysabeau,
bynajmniej nie z ironią Micka Jaggera.
- Czy ktoś może mi powiedzieć, co właściwie się stało, że pobudziło
Marcusa do działania? - Upiłam łyk herbaty. Nadal miałam wrażenie, że
umyka mi coś istotnego.
- Nic. - Ysabeau, podobnie jak jej syn, potrafiła skąpić informacji.
- Coś musiało.
- Naprawdę nic się nie stało - powtórzyła moja teściowa. - Była kolacja
z rodziną Phoebe. Freyja zapewniła mnie, że wszystko poszło bardzo
dobrze.
- Co przyrządził Charles? - Ślinka napłynęła mi do ust. - Na pewno coś
pysznego.
Marthe znieruchomiała i łypnęła na mnie spode łba. Potem się roześmiała.
- Powiedziałam coś zabawnego? - Ugryzłam miękki rogalik. Było w nim tyle
masła, że stopiło mi się na języku.
- Phoebe właśnie została zmieniona w wampira, a ty chcesz wiedzieć, co
zjadła na ostatnią kolację - wyjaśniła Ysabeau. - Dla manjasang to
dziwny szczegół jak na taką doniosłą chwilę.
- Oczywiście, że to ważne - zaprotestowałam. - Nigdy nie jadłaś
pieczonych kurczaków Charlesa. Z całym tym czosnkiem. I cytryną. Boskie.
- Była kaczka - doniosła mi Marthe. - I łosoś. I wołowina.
- Czy Charles zrobił seigle d'Auvergne? - spytałam, przyglądając się
jej zręcznym ruchom. Ciemny chleb był jedną ze specjalności Charlesa i ulubionym pieczywem Phoebe. - A na deser pompe aux pommes?
Phoebe uwielbiała słodycze, a jedyny raz, kiedy zobaczyłam, że się waha,
czy zostać wampirem, był moment, kiedy Marcus zabrał narzeczoną do
cukierni w Saint-Lucien i wyjaśnił jej, że jeśli przeprowadzi swój plan
do końca, jabłecznik z wystawy przyprawi ją o mdłości.
- Jedno i drugie - odparła Marthe.
- Phoebe musiała być zachwycona. - Menu zrobiło na mnie wrażenie.
- Według Freyi ostatnio nie jadła dużo. - Ysabeau przygryzła dolną
wargę.
- Więc dlatego Marcus do niej popędził? - Zważywszy na to, że Phoebe już
nigdy miała nie zjeść normalnego ludzkiego posiłku, reakcja wydawała się
przesadzona.
- Nie. Phoebe do niego zadzwoniła, żeby się pożegnać. - Ysabeau
pokręciła głową. - Oboje są tacy impulsywni.
- Są nowocześni, to wszystko - skwitowałam.
Nie było zaskakujące, że Phoebe i Marcus zniecierpliwili się
bizantyjskim labiryntem wampirycznych rytuałów, nakazów i zakazów. Po
pierwsze, Baldwina, głowę klanu de Clermontów, poproszono o formalne
potwierdzenie zaręczyn Marcusa i Phoebe i jej woli przemiany w wampira.
Krok uznano za niezbędny, zważywszy na kolorową przeszłość Marcusa i skandaliczną decyzję Matthew, żeby się ze mną, czarownicą, ożenić. Tylko
z pełnym poparciem Baldwina ich małżeństwo mogło zostać uznane za
legalne.
Potem Marcus i Phoebe wybrali stwórcę z bardzo krótkiej listy
kandydatów. Nie mógł nim być członek rodziny, bo Philippe de Clermont
twardo sprzeciwiał się jakimkolwiek przejawom kazirodztwa wśród członków
swojego rodu. Rodzic Phoebe musiał być starym wampirem, obdarzonym
wystarczającą genetyczną siłą, żeby stworzyć zdrowe dziecko. A ponieważ
wybraniec miał być na zawsze związany z rodziną de Clermontów, jego
pochodzenie i reputacja musiały być nienaganne.
Gdy Phoebe i Marcus zdecydowali, kto przemieni ją w wampira, jej
przyszła stwórczyni i Baldwin ustalili termin, a Ysabeau z pomocą
demonicznego przyjaciela Marcusa, Hamisha Osborne'a zajęła się
praktycznymi szczegółami: mieszkaniem, finansami i pracą. Porzucenie
życia ciepłokrwistego było skomplikowaną rzeczą. Śmierć i zniknięcie
należało zaaranżować, podobnie jak zwolnienie z pracy z powodów
osobistych, które miało zakończyć się rezygnacją sześć miesięcy później.
Teraz, gdy Phoebe została wampirem, wśród jej pierwszych męskich gości
miał się znaleźć Baldwin. Z powodu silnych związków między fizycznym
głodem i seksualnym pożądaniem jej kontakt z innymi mężczyznami musiał
być ograniczony. I żeby zapobiec pochopnym działaniom przy pierwszym
wyrzucie wampirycznych hormonów, Marcus nie mógł zobaczyć narzeczonej do
chwili, aż Baldwin uzna, że Phoebe jest w stanie podjąć racjonalną
decyzję co do ich wspólnej przyszłości. Tradycyjnie wampiry odczekiwały
co najmniej dziewięćdziesiąt dni - średni czas potrzebny do tego, by
nowo narodzone niemowlę zmieniło się w osobnika zdolnego do pewnej
samodzielności - zanim przyszli partnerzy mogli się połączyć.
Ku zaskoczeniu wszystkich Marcus zgodził się na wszystkie skomplikowane
plany Ysabeau. Był rodzinnym rewolucjonistą. Spodziewałam się, że będzie
protestował, ale on nie powiedział ani słowa.
- Dwa dni temu wszyscy byli całkowicie pewni przemiany Phoebe -
zauważyłam. - Dlaczego teraz tak się o nią martwicie?
- Nie martwimy się o Phoebe, tylko o Marcusa - wyjaśniła Ysabeau. - On
nigdy nie potrafił czekać ani przestrzegać zasad ustalonych przez
innych. Jest zbyt skory do podążania za głosem serca, co zawsze
sprowadza na niego kłopoty.
Drzwi kuchni otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła zamazana smuga
błękitu i bieli. Rzadko widywałam wampiry poruszające się z niekontrolowaną szybkością, więc było zaskakujące, kiedy nieokreślona
plama zmieniła się w biały T-shirt, wyblakłe dżinsy, niebieskie oczy i czuprynę blond włosów.
- Powinienem być z nią! - krzyknął Marcus. - Przez większość życia
chciałem mieć poczucie przynależności, własną rodzinę. Teraz ją mam, a odwróciłem się do niej plecami.
Matthew zjawił się tuż za Marcusem niczym cień ścigający słońce. Pochód
zamykał Alain Le Merle, dawny giermek Philippe'a.
- Tradycyjnie, jak wiesz... - zaczął Matthew.
- A od kiedy obchodzi mnie tradycja?! - wykrzyknął Marcus.
Napięcie w kuchni jeszcze trochę wzrosło. Jako głowa rodziny Matthew
oczekiwał posłuszeństwa i szacunku od swojego syna, a nie kłótni.
- Wszystko w porządku? - W swoim życiu profesorki nauczyłam się
skuteczności pytań retorycznych, które dawały wszystkim szansę
zatrzymania się i zastanowienia. Moje pytanie oczyściło atmosferę,
choćby tylko z tego powodu, że było całkiem oczywiste, że nic nie jest w porządku.
- Nie spodziewaliśmy się, że nie śpisz, mon coeur. - Matthew podszedł
i mnie pocałował. Pachniał świeżym powietrzem, sosnami i sianem, jakby
biegł przez odkryte pola i gęste lasy. - Marcus martwi się o Phoebe, to
wszystko.
- Martwi się? - Marcus ściągnął brwi. - Odchodzę od zmysłów z niepokoju.
Nie mogę jej zobaczyć. Nie mogę pomóc...
- Musisz zaufać Miriam. - Ton Matthew był łagodny, ale na jego szczęce
drgał mięsień.
- Nigdy nie powinienem był się zgodzić na ten średniowieczny protokół. -
Zdenerwowanie Marcusa nie słabło. - Teraz jesteśmy rozdzieleni, a ona
nie ma na kim się oprzeć oprócz Freyi...
- Specjalnie prosiłeś, żeby to Freyja przy niej była - spokojnie
przypomniał Matthew. - Mogłeś postanowić, żeby ktoś inny z rodziny
służył jak wsparcie Phoebe w czasie przemiany. Sam ją wybrałeś.
- Boże, Matthew. Musisz być tak cholernie rozsądny przez cały czas? -
Marcus odwrócił się plecami do ojca.
- To wkurzające, prawda? - rzuciłam ze współczuciem, obejmując męża w pasie i przyciągając go do siebie.
- Tak, Diano, z pewnością tak - przyznał Marcus, podchodząc do lodówki i otwierając jej ciężkie drzwi. - A ja musiałem to znosić o wiele dłużej
niż ty. Jezu, Marthe. Co robiłaś przez cały dzień? W tym domu nie ma ani
kropli krwi.
Nie dało się stwierdzić, kto jest bardziej wstrząśnięty krytyką ogólnie
szanowanej Marthe, która dbała o potrzeby wszystkich członków rodziny,
jeszcze zanim je sobie uświadamiali. Było jednak jasne, kto jest
najbardziej wściekły: Alain, jej potomek.
Matthew i sługa wymienili spojrzenie. Potem Alain lekko skinął głową na
znak, że konieczność zdyscyplinowania syna ma pierwszeństwo przed jego
prawem do obrony matki. Mąż łagodnie zabrał dłoń z mojej ręki.
Błyskawicznie przeciął kuchnię i przyparł Marcusa do ściany. Ten ruch
wystarczyłby, żeby złamać żebra zwykłemu śmiertelnikowi.
- Dość tego, Marcusie. Spodziewałem się, że sytuacja Phoebe przywróci
wspomnienia twoich własnych powtórnych narodzin, ale musisz poćwiczyć
umiar. Nic byś nie zyskał, wpadając do domu Freyi.
- Przepraszam, Diano. - Marcus zerknął na mnie i zwrócił się do Marthe:
- Boże, nie chciałem...
Ysabeau położyła dłoń na ramieniu wnuka.
- Postaraj się nie zamartwiać, Marcusie. Nikt nie potrafiłby lepiej
zadbać o Phoebe niż Freyja.
- Ja bym potrafił. - Marcus odtrącił rękę babki i zniknął w spiżarni.
Marthe uniosła wzrok do nieba, jakby szukała wybawienia od zakochanych
wampirów. Ysabeau ostrzegawczym gestem uniosła palec, powstrzymując
Matthew od komentarza. Ale ja, jako jedyna obecna tu ciepłokrwista,
która nie miała wszczepionych stadnych reguł de Clermontów, zignorowałam
rozkaz teściowej.
- Właściwie nie sądzę, żeby to była prawda, Marcusie! - zawołałam w stronę sąsiedniego pomieszczenia i dolałam sobie herbaty.
- Co? - Marcus pojawił się w mgnieniu oka ze srebrnym kubkiem do julepu,
w którym, jak wiedziałam, nie ma ani burbona, ani cukru, ani wody, ani
mięty. Na jego twarzy malowało się oburzenie. - Oczywiście, że ja
najlepiej bym się nią zajął. Kocham ją. Phoebe to moja partnerka. Lepiej
niż inni wiem, czego ona potrzebuje.
- Lepiej niż Phoebe? - zapytałam.
- Czasami. - Marcus buntowniczo wysunął podbródek do przodu.
- Bzdury. - Zabrzmiałam jak Sarah, szczera i niecierpliwa, co
przypisałam raczej wczesnej godzinie niż genetycznym predyspozycjom
kobiet Bishopów. - Wy, wampiry, wszyscy jesteście tacy sami: myślicie,
że wiecie, czego my, biedni ciepłokrwiści, naprawdę pragniemy, zwłaszcza
kobiety. W rzeczywistości Phoebe chciała zostać wampirem w staroświecki
sposób. Twoim zadaniem jest dopilnować, żeby jej decyzja została
uszanowana i żeby plan się powiódł.
- Phoebe nie rozumiała, na co się zgadza. Nie do końca. - Marcus nie był
gotowy ustąpić. - Mogła dostać uczulenia na krew. Mogła mieć kłopoty z pierwszym zabijaniem. Ja umiałbym jej pomóc, wesprzeć ją.
Uczulenia na krew? Omal nie zakrztusiłam się herbatą. O czym on mówił,
do licha?
- Nigdy nie widziałam, żeby ktoś był tak dobrze jak Phoebe przygotowany
do tego, żeby zostać manjasang - zapewniła Ysabeau.
- Ale nie ma żadnych gwarancji. - Marcus nie potrafił wyzbyć się obaw.
- W tym życiu nie ma, moje dziecko. - Na twarzy Ysabeau odmalował się
ból na wspomnienie chwil, które niosły ze sobą obietnice szczęśliwego
zakończenia.
- Jest późno. Porozmawiamy po wschodzie słońca. Nie zaśniesz, Marcusie,
ale spróbuj odpocząć. - Matthew dotknął jego ramienia.
- Mógłbym zamiast tego pobiegać. Spróbować się zmęczyć. O tej porze nie
natknę się na nikogo oprócz rolników. - Marcus spojrzał na coraz
jaśniejsze światło wpadające przez okna.
- Rzeczywiście raczej nie ściągniesz na siebie uwagi - potwierdził
Matthew. - Chcesz, żebym pobiegł z tobą?
- Nie ma potrzeby. Przebiorę się i ruszam. Może wybiorę trasę na
Saint-Priest-sous-Aixe. Po drodze jest parę niezłych podbiegów.
- Mamy się ciebie spodziewać na śniadaniu? - Ton Matthew był zbyt
niedbały. - Dzieci wcześnie wstają. Będą chciały porządzić starszym
bratem.
- Nie martw się, Matthew. - Na wargach Marcusa zatańczył cień uśmiechu.
- Twoje nogi są dłuższe od moich. Nie zamierzam znowu uciekać, tylko
przewietrzyć głowę.
***
Zostawiliśmy drzwi naszego pokoju uchylone, na wypadek gdyby Philip albo
Becca się obudzili, i wróciliśmy do łóżka. Wpełzłam między prześcieradła
i w ten ciepły majowy poranek wdzięczna, że mój mąż jest wampirem,
wtuliłam się w jego chłód. Wiedziałam, w którym momencie Marcus wyruszył
na przebieżkę, bo wtedy ramiona Matthew całe przylgnęły do materaca.
Wcześniej leżał lekko podparty, gotowy wstać i pobiec synowi na pomoc.
- Chcesz za nim iść? - zapytałam.
Nogi Matthew rzeczywiście były dłuższe niż Marcusa i szybsze. Bez trudu
dogoniłby syna.
- Alain za nim podąża, tak na wszelki wypadek - odparł Matthew.
- Ysabeau powiedziała, że bardziej się martwi o Marcusa niż o Phoebe. -
Odsunęłam się, żeby w blasku świtu spojrzeć na twarz męża. - Dlaczego?
- Marcus jest jeszcze taki młody. - Matthew westchnął.
- Poważnie?
Marcus narodził się ponownie jako wampir w 1781 roku. Zdawałoby się, że
ponad dwieście lat w zupełności wystarczy, by dorosnąć.
- Wiem, co myślisz, Diano, ale kiedy człowiek staje się wampirem, musi
wciąż na nowo dojrzewać - wyjaśnił Matthew. - Może minąć dużo czasu, nim
stanie się niezależny. Potrafimy być omylni, kiedy po raz pierwszy
zaczyna w nas krążyć krew wampira.
- Ale Marcus już ma za sobą burzliwą młodość.
Rodzina nie omieszkała opowiedzieć mi o wczesnych latach Marcusa w Ameryce, o skandalach i tarapatach, w które popadał, o kłopotach, z których musiał być ratowany przez starszych członków rodu de Clermontów.
- I właśnie dlatego nie można pozwolić, by nadzorował przemianę Phoebe.
Marcus ma poślubić nowo narodzoną wampirzycę. To byłby poważny krok w każdych okolicznościach, a zważywszy na jego młodość... - Matthew umilkł
na chwilę. - Mam nadzieję, że postępuję właściwie, pozwalając mu wykonać
ten krok.
- Rodzina robi to, co Marcus i Phoebe chcieli. - Położyłam nacisk na
pierwsze słowo. - Są dostatecznie dorośli, czy to jako zimnokrwisty
wampir, czy ciepłokrwisty człowiek, by wiedzieć, czego pragną.
- Naprawdę? - Matthew zmienił pozycję, żeby spojrzeć mi w oczy. - Masz
bardzo współczesny pogląd, że mężczyzna zaledwie dwudziestoczteroletni i kobieta w mniej więcej tym samym wieku są dostatecznie doświadczeni, by
określić bieg swojego dalszego życia. - Drażnił się ze mną, ale
zmarszczone brwi wskazywały, że gdzieś w głębi mój mąż wierzy w te
słowa.
- Jest dwudziesty pierwszy wiek, a nie osiemnasty - odparowałam. - Poza
tym Marcus nie jest mężczyzną w wieku dwudziestu czterech lat, jak
raczyłeś stwierdzić, tylko ma ich ponad dwieście pięćdziesiąt.
- Marcus zawsze będzie dzieckiem z tamtego wcześniejszego okresu -
powiedział Matthew. - Gdyby był rok tysiąc siedemset osiemdziesiąty
pierwszy i to on przeżywał swój pierwszy dzień jako wampir, a nie
Phoebe, uważano by, że potrzebuje mądrej rady... i silnej ręki.
- Twój syn poprosił wszystkich członków rodu, i rodziny Phoebe również,
o radę - przypomniałam. - Czas pozwolić mu decydować o własnej
przyszłości.
Matthew milczał, przesuwając dłonią po ledwo widocznych bliznach, które
zostały na moich plecach po spotkaniu z czarownicą Satu Järvinen. Często
wodził palcami po tych śladach żalu, przypominających mu wszystkie
chwile, kiedy nie udało mu się ochronić tych, których kochał.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniłam go, przysuwając się bliżej.
Matthew westchnął.
- Mam nadzieję.
***
Później tego dnia w Les Revenants zapanował cudowny spokój. Nie mogłam
doczekać się tych rzadkich chwil ciszy po przebudzeniu - często było to
zaledwie dwadzieścia minut, od czasu do czasu błoga godzina albo więcej.
Bliźnięta spały w pokoju dziecięcym. Matthew siedział w bibliotece i pracował nad artykułem, który pisał wspólnie z naszym kolegą z Yale
Chrisem Robertsem. Na jesiennej konferencji zamierzali ujawnić więcej
swoich odkryć i już szykowali się do publikacji w wiodącym czasopiśmie
naukowym. Marthe wkładała do słoików świeżą fasolę w zalewie, oglądając
jednocześnie Plus belle la vie w telewizorze, który Matthew
zainstalował w kuchni. Wprawdzie upierała się, że nie interesują jej
takie techniczne nowinki, ale szybko wciągnęły ją wyskoki mieszkańców Le
Mistral. Jeśli chodzi o mnie, unikałam sprawdzania prac, bo wolałam
badać związki między nowożytnym gotowaniem a praktykami laboratoryjnymi.
Niestety mogłam spędzić jedynie niewiele czasu nad rękopisami
alchemicznymi z XVII wieku.
***
Po godzinie pracy wezwała mnie wspaniała majowa pogoda. Zrobiłam sobie
zimny napój i poszłam na górę na drewniany taras, który Matthew
skonstruował na szczycie jednej z wież Les Revenants zwieńczonej
blankami. Rzekomo wzniesiono ją po to, by mieć widok na okolicę, ale
wszyscy wiedzieli, że jej pierwotny cel był obronny. Budowla stanowiła
dobry punkt obserwacyjny, z którego z dużym wyprzedzeniem widziano
zbliżanie się obcych. Z nowym apartamentem pod dachem i oczyszczoną fosą
Les Revenants stało się teraz bezpieczne i całkiem wygodne.
Marcus w ciemnych okularach leżał w południowym upale, a letnie słońce
malowało pasemka na jego blond włosach.
- Część, Diano - powiedział, odkładając cienki tomik oprawny w brązową
skórę, poplamioną i spękaną ze starości.
- Wyglądasz, jakbyś potrzebował tego bardziej niż ja. - Podałam mu swoją
szklankę z mrożoną herbatą. - Dużo mięty, żadnej cytryny, żadnego cukru.
- Dzięki. - Marcus pociągnął ostrożny łyk. - Pyszna.
- Mogę do ciebie dołączyć czy uciekasz przed wszystkimi? - Wampiry były
istotami stadnymi, ale zdecydowanie lubiły czas spędzany w samotności.
- To twój dom, Diano. - Marcus zdjął stopy z siedzenia krzesła, którego
używał jako zaimprowizowanego podnóżka.
- To dom rodzinny, a ty jesteś w nim mile widziany - zapewniłam
pośpiesznie. Rozłąka z Phoebe była dostatecznie ciężkim przeżyciem, żeby
jeszcze Marcus miał czuć się jak intruz. - Jakieś nowe wieści z Paryża?
- Nie. Grand-m?re powiedziała, żebym nie oczekiwał następnego telefonu
od Freyi wcześniej niż za trzy dni. - Marcus przesuwał palcami po
wilgoci gromadzącej się na zewnętrznej powierzchni zimnej szklanki.
- Dlaczego trzy dni? - Może chodziło o coś w rodzaju wampirycznej oceny
w skali Apgar.
- Bo tyle trzeba odczekać, zanim wampirycznemu noworodkowi poda się krew
niepochodzącą z żył jego stwórcy - wyjaśnił Marcus. - Odstawienie
wampira potrafi być trudne. Jeśli zbyt szybko przyjmie on za dużo obcej
krwi, może to spowodować śmiertelne mutacje genetyczne. Czasami takie
niemowlęta umierają. To będzie również pierwszy psychologiczny test, czy
Phoebe potrafi sama się wyżywić. Zaczynają oczywiście od czegoś małego:
ptaka albo kota.
- Uhm - mruknęłam, siląc się na aprobatę, choć żołądek podchodził mi do
gardła.
- Już wcześniej zadbałem o to, żeby Phoebe potrafiła zabić. - Marcus
zapatrzył się w dal. - Czasami trudniej jest odebrać życie, kiedy nie ma
się wyboru.
- Pomyślałabym, że wręcz przeciwnie - wtrąciłam.
Marcus pokręcił głową.
- Dziwne, ale kiedy to już nie jest kwestia rozrywki, można stracić
odwagę. Instynkt czy nie, przetrwanie kosztem innej istoty to samolubny
akt. - Nerwowo postukał książką w nogę.
- Co czytasz? - spytałam, żeby zmienić temat.
- Moją ulubioną lekturę. - Rzucił mi tomik.
Zwykle sposób obchodzenia się męskich członków rodu z książkami skłaniał
mnie do robienia im wykładów, ale ta najwyraźniej widziała gorsze
traktowanie. Coś odgryzło jeden róg. Skóra okazała się jeszcze bardziej
poplamiona, niż wydawało się na pierwszy rzut oka, okładkę znaczyły
kółka zostawione przez kieliszki, kufle i kubki. Na tłoczonych
dekoracjach zachowały się ślady złocenia, a ich styl wskazywał na to, że
książkę oprawiono na początku XIX wieku. Marcus czytał ją tak często, że
grzbiet pękł i widać było mnóstwo napraw, w tym jedną zrobioną pożółkłą
taśmą klejącą.
Tak ceniona rzecz kryła w sobie szczególną magię, która nie miała nic
wspólnego z jej wartością czy stanem, a wszystko z jej znaczeniem.
Ostrożnie uniosłam sfatygowaną okładkę. Ku mojemu zaskoczeniu książka w środku okazała się dziesiątki lat starsza, niż sugerowała oprawa.
Zdrowy rozsądek. Był to fundamentalny tekst rewolucji amerykańskiej.
Spodziewałam się, że Marcus czyta Byrona albo jakąś powieść, a nie
filozofię polityki.
- Służyłeś w Nowej Anglii w tysiąc siedemset siedemdziesiątym szóstym? -
spytałam, gdy zauważyłam datę bostońskiego wydania. Magnus był kiedyś
żołnierzem, a potem chirurgiem w armii kontynentalnej. Tyle wiedziałam.
- Nie. Wtedy jeszcze mieszkałem w domu. - Marcus wziął ode mnie książkę.
- Chyba pójdę się przejść. Dzięki za herbatę.
Wyglądało na to, że Marcus nie jest w nastroju do dalszych zwierzeń.
Zniknął na schodach, zostawiając za sobą ślad w postaci nieharmonijnych,
połyskujących nici: czerwonych i indygo splątanych z czarnymi i białymi.
Jako tkaczka potrafiłam dostrzec utkane pasma przeszłości,
teraźniejszości i przyszłości, które wiązały świat. Normalnie widoczne
były czyste tony błękitu i bursztynu, składające się na mocną osnowę, a kolorowe nici indywidualnego doświadczenia stanowiły jasne, nieregularne
wzory w wątku.
Tyle że nie dzisiaj. Wspomnienia Marcusa były tak silne i poruszające,
że zniekształcały tkaninę czasu, żłobiły w jej strukturze dziury, przez
które mógł się wydostać jakiś zapomniany potwór z przeszłości.
Chmury zbierające się na horyzoncie i mrowienie w kciukach ostrzegły
mnie, że zbliżają się burzliwe czasy. Dla nas wszystkich.
Rozdział 4
Jeden
13 maja
Phoebe siedziała w swojej sypialni przed rozsuniętymi śliwkowymi
zasłonami i nasycona krwią stwórczyni chłonęła rozległy widok Paryża za
oknem, głodna jedynie następnego objawienia, na które pozwalał jej nowy
zmysł wzroku.
Noc nie była zwykłą czernią, lecz tysiącem odcieni i faktur ciemności,
niektórych jak pajęczyna, innych aksamitnych, od najgłębszych fioletów i niebieskości po najbledsze szarości.
Życie nie zawsze miało być tak łatwe. Teraz rozlegało się pukanie do
drzwi, zanim głód zaczynał szarpać jej wnętrzności. Musiała w końcu go
poczuć, żeby zrozumieć, jak to jest pragnąć krwi innej istoty, i nauczyć
się sterować tym pragnieniem.
Jednakże teraz pragnęła jedynie malować. Nie robiła tego od lat, po
przypadkowej uwadze nauczyciela - uszczypliwej, lekceważącej - po której
zaczęła studiować historię sztuki, zamiast ją praktykować. Palce ją
świerzbiły, żeby chwycić pędzel, zanurzyć go w gęstej farbie olejnej
albo delikatnych wodnych pigmentach i nałożyć je na płótno albo papier.
Czy potrafiłaby uchwycić kolor dachówek po drugiej stronie ogrodu:
niebieskoszary z odcieniem srebra? Czy możliwe było oddanie atramentowej
czerni nieba i ostrego metalicznego połysku na horyzoncie?
Phoebe zrozumiała teraz, dlaczego praprawnuk Matthew Jack pokrywał
wszystkie dostępne powierzchnie obrazami swoich wspomnień i doświadczeń.
Gra świateł i cieni była niekończącym się pokazem, który mogłaby
obserwować godzinami i nigdy się nie znudzić.
Dowiedziała się tego dzięki jednej świecy, którą Freyja zostawiła
zapaloną w srebrnym świeczniku ustawionym na toaletce. Falujący blask i ciemność w sercu płomienia hipnotyzowały. Phoebe błagała o więcej świec,
bo chciała otoczyć się punkcikami jasności, która oślepiała.
- Jedna wystarczy - stwierdziła Freyja. - Nie chcemy, żebyś w swoim
pierwszym dniu doznała porażenia światłem.
Póki Phoebe żywiła się regularnie, największym niebezpieczeństwem dla
niej jako nowo narodzonego wampira był natłok bodźców. By zapobiec
nieszczęściu, Freyja i Miriam dokładnie sprawdziły jej otoczenie;
chciały zminimalizować groźbę zagubienia się w doznaniach.
Na przykład zaraz po transformacji Phoebe chciała wziąć prysznic. Freyja
uznała cienkie jak igła strumyczki wody za zbyt ostre, więc Françoise
przygotowała ciepłą kąpiel w wannie i pilnowała ściśle odmierzonego
czasu, żeby Phoebe nie dała się pochłonąć łagodnemu muskaniu wody na
skórze. Wszystkie okna w domu, nie tylko te w sypialni, zostały
zamknięte, żeby chronić ją przed kuszącymi zapachami ciepłokrwistych,
psów sąsiadów i zanieczyszczeń.
- Przykro mi, Phoebe, ale w zeszłym roku w Paryżu męskie niemowlę wpadło
w szał w paryskim metrze - wyjaśniła Freyja, zapytana, czy można uchylić
choć jedno okno, żeby wpuścić powietrze. - Dym ze starego układu
hamulcowego okazał się dla niego tak nieodpartą pokusą, że straciliśmy
go na ósmej linii. Spowodowało to niekończące się opóźnienia, zirytowało
porannych pasażerów i bardzo rozgniewało burmistrza. Baldwina też.
Phoebe wiedziała, że mogłaby z łatwością stłuc szybę, roztrzaskać
framugę, a nawet wybić dziurę w ścianie, gdyby ucieczka stała się
konieczna. Ale oparcie się tym pokusom stanowiło sprawdzian jej
samokontroli, posłuszeństwa i tego, czy nadaje się na partnerkę Marcusa.
Phoebe była zdeterminowana, żeby zdać test, siedziała więc w dusznym
pokoju i patrzyła, jak kolory migoczą i dryfują, kiedy chmura
przesłoniła księżyc, odległa gwiazda zgasła na niebie albo obrót ziemi
sprawił, że słońce odrobinę się przybliżyło.
- Chciałabym mieć farby. - Phoebe powiedziała to szeptem, ale dźwięk
rozbrzmiał echem w jej uszach. - I pędzle.
- Poproszę Miriam. - Odpowiedź Freyi przybyła z daleka.
Sądząc po skrobaniu, które lekko drażniło nerwy Phoebe, Freyja pisała
wiecznym piórem w swoim dzienniku. Od czasu do czasu jej serce uderzało
powoli.
Jeszcze dalej, w kuchni, Charles palił cygaro i czytał gazetę. Szelest.
Wypuszczenie dymu. Cisza. Stuk. Szelest. Zaciągnięcie się. Cisza.
Podobnie jak paryska noc miała własną paletę barw, tak każdą istotę
wyróżniał jej własny rytmiczny akompaniament, jak pieśń, którą serce
Phoebe zagrało, kiedy pierwszy raz piła krew Miriam.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze, Phoebe? - Pióro Freyi znieruchomiało.
W kuchni Charles zgasił cygaro w metalowej popielniczce. Oboje czekali w napięciu na jej odpowiedź. Phoebe czuła, że przyzwyczajenie się do
rozmów z ludźmi znajdującymi się w różnych pokojach, nie mówiąc o osobnych piętrach dużego domu, zajmie jej trochę czasu.
- Tylko Marcusa - odparła z tęsknotą. Przywykła do myślenia o sobie jako
o jednej połówce "my". Tyle chciała mu powiedzieć, podzielić się
wrażeniami z pierwszego dnia ponownych narodzin. Niestety dzieliły ich
setki kilometrów.
- Może poćwiczysz chodzenie? - podsunęła Freyja, zamykając pióro. Chwilę
później znalazła się pod jej drzwiami. Klucz lekko obrócił się w zamku.
- Pozwól, że ci pomogę.
Phoebe zamrugała, kiedy miękki blask domu oświetlonego świecami wsączył
się za próg i zmienił atmosferę pokoju.
- Światło to żywa rzecz - stwierdziła zachwycona tą myślą.
- Jednocześnie fala i cząstka. Zdumiewające, że odkrycie tego zajęło
ciepłokrwistym tak dużo czasu. - Freyja stanęła przed Phoebe z rękami
wyciągniętymi w pomocnym geście. - Pamiętaj, żeby nie naciskać na
krzesło dłońmi i na podłogę stopami. Dla draugr wstawanie to po prostu
kwestia rozprostowania się. Nie ma potrzeby się wysilać.
Phoebe była wampirem niecałe dwadzieścia cztery godziny, a już złamała
kilka krzeseł i wyszczerbiła wannę.
- Płyń w górę. Po prostu pomyśl "wstań" i to zrób. Spokojnie. Dobrze. -
Freyja cofała się jak pani od baletu z dzieciństwa Phoebe, równie surowa
postać, choć nie wzrostu Walkirii. To madame Olga pomogła swojej
uczennicy zrozumieć, że wielkość nie ma nic wspólnego z posturą.
Wspomnienie madame Olgi sprawiło, że Phoebe natychmiast wyprostowała
plecy i odruchowo chwyciła dłonie Freyi, jakby były drewnianym drążkiem
do ćwiczeń. Usłyszała chrupnięcie.
- Och, kochanie, już po palcu. - Lewy palec wskazujący mentorki wisiał
pod dziwnym kątem. Freyja nastawiła go szybkim szarpnięciem. - Gotowe.
Wszystko znowu działa. Do końca lata pewnie złamiesz niejedną kość. -
Freyja ujęła Phoebe pod łokieć. - Przejdźmy się po pokoju. Powoli.
Było jasne, dlaczego ciepłokrwiści uważają, że wampiry potrafią latać.
Wystarczyło, że manjasang pomyślał o celu, a trafiał do niego w mgnieniu oka, nie pamiętając o tym, żeby włożyć jakiś wysiłek w ruch.
Phoebe czuła się jak noworodek, którym zresztą była. Robiła jeden drżący
krok i zatrzymywała się, żeby odzyskać równowagę. Poza wszystkim miała
wrażenie, że jej środek ciężkości jest przesunięty. Już nie znajdował
się w miednicy, tylko w sercu, co sprawiało, że Phoebe czuła się
dziwnie, jakby wypiła za dużo szampana.
- Marcus mówił, że szybko się uczył, kiedy został wampirem. - Phoebe
zaczęła się rozluźniać i poddawać wolnym krokom Freyi. Wydawało się jej,
że nie idzie, tylko tańczy walca.
- Z pewnością. - W głosie Freyi brzmiała nuta żalu.
- Dlaczego? - Phoebe zmarszczyła brwi. Nagły obrót głowy, żeby przyjrzeć
się twarzy Freyi, sprawił, że się na nią zatoczyła.
- Przecież wiesz, kochanie. - Freyja delikatnie pomogła jej stanąć
prosto. - Musisz pytać Marcusa. Draugr nie plotkuje.
- Czy wampiry mają tysiąc nazw na siebie, tak jak Samowie mają tysiąc
określeń na renifera? - zastanawiała się Phoebe, odnotowując w pamięci
najnowsze słowo w jej poszerzającym się leksykonie.
- Myślę, że więcej - odparła Freyja, marszcząc czoło. - Mamy nawet nazwę
na gadatliwego wampira, który bez pozwolenia opowiada innym o jego
przeszłości.
- Naprawdę? - Phoebe była szczerze zaciekawiona.
- Oczywiście - odparła z powagą Freyja. - "Martwy wampir".
Phoebe była wyczerpana wysiłkiem, jakiego wymagało od niej poruszanie
się wolno jak ciepłokrwisty, bez robienia dziur w podłodze albo łamania
kości, choć tylko dwa razy okrążyła bezpiecznie sypialnię. Freyja
zostawiła ją, żeby odpoczywała w spokoju, i wróciła do siebie,
zamierzając do świtu pisać w swoim dzienniku.
Phoebe zgasiła świecę, by lepiej widzieć, jak noc ustępuje miejsca
dniowi, a jej zimne palce ledwo zarejestrowały żar płonącego knota.
Weszła do łóżka raczej z przyzwyczajenia niż w nadziei, że zaśnie.
Podciągnęła kołdrę pod brodę, rozkoszując się świeżością gładkiej,
wykrochmalonej tkaniny.
Leżała w miękkim łóżku, obserwując noc, słuchając melodii pióra Freyi i stłumionych dźwięków dochodzących z ogrodu i ulicy za murami.
Jestem.
Na zawsze.
Pieśń jej serca się zmieniła. Była wolniejsza i bardziej równomierna,
cały wysiłek ludzkiego organu ustąpił miejsca czemuś prostszemu,
bardziej fascynującemu, idealnemu. Jestem.
Na zawsze.
Phoebe zastanawiała się, jak będzie brzmiała muzyka serca Marcusa.
Melodyjnie i przyjemnie, była tego pewna. Tęskniła za tym, żeby ją
usłyszeć i zapamiętać.
- Wkrótce - wyszeptała, by sobie przypomnieć, że ona i Marcus mają cały
czas świata. - Wkrótce.
Rozdział 5
Grzechy ojców
14 maja
Był późny poranek, a ja siedziałam przy biurku i z cyfrowej wersji
rękopisu z Biblioteki Wellcome przepisywałam recepturę lady Montague na
leczniczy balsam - remedium, które stosowano na "krótki oddech" u człowieka albo u konia. Nawet nie mając przed sobą właściwego tekstu,
uwielbiałam śledzić pozornie bezsensowne esy floresy wykonane
siedemnastowiecznymi piórami. Stopniowo manuskrypt wyświetlony na moim
laptopie dostarczał dowody na ścisłe związki między gotowaniem a współczesną chemią, o czym zamierzałam pisać w swojej nowej książce.
Bez ostrzeżenia pracę zakłócił mi telefon z Wenecji, tak że mój rękopis
zwinął się w rogu ekranu. Gerbert z Aurillac, Domenico Michele, dwaj
przedstawiciele wampirów w Kongregacji, chcieli zamienić ze mną słowo.
Choć byłam czarownicą, zajmowałam trzecie przeznaczone dla wampirów
miejsce, które zgodnie ze zwyczajem należało do członka rodu de
Clermontów. Choć byłam zaprzysiężoną córką Philippe'a de Clermonta,
decyzja mojego szwagra Baldwina, żeby oddać je mnie, nadal budziła
kontrowersje.
- Jesteś, Diano - odezwał się Gerbert, kiedy przyjęłam połączenie. -
Zostawialiśmy wiadomości. Dlaczego nie odpowiadasz?
Zdusiłam jęk frustracji.
- Czy jest możliwe, żebyście zajęli się tą sprawą beze mnie?
- Gdyby to było możliwe, już byśmy to zrobili. - Gerbert mówił z rozdrażnieniem. - Musimy konsultować się z tobą w kwestiach, które
dotyczą naszego ludu... choć jesteś czarownicą i ciepłokrwistą.
Naszego ludu. To była istota problemu, z którym demony, wampiry,
czarownice i ludzie musieli się zmierzyć. Praca Matthew i Chrisa wraz z zespołem badaczy z Oksfordu i Yale dowiodła, że na poziomie genetycznym
wszystkie cztery gatunki hominidów są bardziej do siebie podobne, niż
się różnią. Ale trzeba było czegoś więcej niż naukowych dowodów, żeby
zmienić nastawienie, zwłaszcza starych wampirów przywiązanych do
tradycji.
- Te węgierskie i rumuńskie klany od wieków toczyły wojnę w Kriszanie -
wyjaśnił Domenico. - Tamte tereny zawsze były sporne. Ale najnowszy
wybuch przemocy jest niespodzianką. Zadbałem o to, by prasa
zinterpretowała go jako po prostu kolejną eskalację przestępczości
zorganizowanej.
- Przypomnij mi, kto podsunął tę wersję? - zapytałam, szukając na
zaśmieconym biurku swojego notesu ze sprawami Kongregacji. Kartkując go,
nie znalazłam żadnej wzmianki o kimś związanym z mediami. Gerbert i Domenico znowu nie raczyli mnie poinformować o istotnych rzeczach.
- Andrea Popescu. Jest jedną z nas, a jej obecny mąż, niestety człowiek,
to reporter polityczny Evenimentul Zilei. - Oczy Gerberta rozbłysły. -
Chętnie pojadę do Debreczyna i będę nadzorował negocjacje, jeśli chcesz.
Ostatnim, czego potrzebowaliśmy, jest Gerbert na Węgrzech, zaspokajający
swoje ambicje w już i tak burzliwej sytuacji.
- Może posłać Albrechta i Eliezerea do stołu negocjacyjnego? -
podsunęłam, wymieniając dwa najbardziej postępowe wampiry w tej części
świata. - Klany Corvinus i Székely będą musiały wypracować rozsądne
rozwiązanie. A jeśli tego nie zrobią, do czasu rozwiązania problemu
Kongregacja przejmie sporny zamek.
To, dlaczego ktoś miałby chcieć tę ruinę, przekraczało zdolność mojego
rozumienia. Nie można było wejść w te puste mury z obawy, że zostanie
się przygniecionym przez spadające cegły. Pojechaliśmy tam z misją
dyplomatyczną w marcu, w czasie wiosennej przerwy na Yale. Spodziewałam
się okazałego pałacu, a nie stosu omszałych kamieni.
- Nie jest to spór o nieruchomość, który można by rozwiązać według
waszych współczesnych zasad sprawiedliwości - rzekł protekcjonalnym
tonem Gerbert. - Za dużo krwi przelano, za dużo wampirów straciło życie.
Zamek Hollo jest dla tych klanów uświęconym terenem, a założyciele są
gotowi za niego umrzeć. Nie rozumiesz, jaka jest stawka.
- Musisz przynajmniej spróbować pomyśleć jak wampir - włączył się
Domenico. - Nasze tradycje muszą być szanowane. Kompromis to nie nasz
sposób postępowania.
- Zarzynanie się nawzajem na ulicach Debreczyna też nie przyniosło
rezultatu - zauważyłam. - Spróbujmy dla odmiany mojego sposobu.
Porozmawiam z Albrechtem i Eliezerem i zdam wam relację.
Gerbert otworzył usta, żeby zaprotestować. Bez ostrzeżenia przerwałam
połączenie wideo. Ekran mojego komputera pociemniał. Z jękiem odchyliłam
się na oparcie krzesła.
- Kiepski dzień w biurze? - Marcus opierał się o futrynę, trzymając w ręce książkę.
- Czy wampiry przegapiły Oświecenie? - zapytałam. - Jakbym utknęła w jakiejś średniowiecznej fantazji o zemście, w której nie ma szansy na
rozwiązanie nieobejmujące całkowitego zniszczenia przeciwnika. Dlaczego
wampiry wolą zabijać się nawzajem, zamiast odbyć cywilizowaną rozmowę?
- Bo oczywiście to nie jest takie zabawne. - Matthew wszedł do pokoju i mnie pocałował, powoli i słodko. - Na razie niech Domenico i Gerbert
zajmą się wojną klanową, mon coeur. Ich kłopoty jutro nie znikną... i pojutrze również. To jedyne, czego możesz być pewna, jeśli chodzi o wampiry.
***
Po lunchu zabrałam bliźnięta do biblioteki i posadziłam je przed pustym
kominkiem z dostateczną ilością zabawek, żeby zająć je na kilka minut,
podczas gdy ja trochę popracuję. Miałam przed sobą roboczą transkrypcję
przepisu lady Montague i notowałam, jakich składników używano (olejek
terpentynowy, kwiat siarczany, siano), jaki sprzęt był potrzebny (duża
szklana kaczka, głęboka patelnia, dzban) i jaki proces przeprowadzano
(mieszanie, gotowanie, odtłuszczanie), żebym mogła porównać je z innymi
nowożytnymi tekstami.
Biblioteka w Les Revenants należała do moich ulubionych pomieszczeń.
Zbudowana w jednej z wież mieściła ciemnoorzechowe regały sięgające od
podłogi do sufitu. W nieregularnych odstępach znajdowały się drabinki i schody, co nadawało pokojowi szalony wygląd jak z rysunku Eschera.
Książki, gazety, fotografie i inne memorabilia, które Philippe i Ysabeau
zgromadzili przez wieki, wypełniały każdy skrawek przestrzeni. Ledwo
poskrobałam po powierzchni tych zbiorów. Matthew zbudował kilka
drewnianych szaf na dokumenty - pewnego dnia miałam znaleźć czas na ich
posortowanie - a ja zaczęłam przeglądać tytuły książek, szukając grup
tematycznych, jak mitologia i geografia.
Jednakże większość rodziny uważała atmosferę tego pokoju z dużą ilością
ciemnego drewna i pamiątek po Philippie za przytłaczającą. Jedynymi
istotami, które spędzały tutaj ze mną dużo czasu, było kilka zamkowych
duchów. Dwa z nich obecnie niweczyły moje wysiłki, żeby stworzyć dział
mitologii, i przestawiały książki, okazując konsternację i dezaprobatę.
Marcus wszedł do biblioteki, pogwizdując, z egzemplarzem Zdrowego
rozsądku wetkniętym pod pachę.
- Patrz! - Becca pomachała plastikową figurką rycerza.
- Rety! Rycerz w lśniącej zbroi. Jestem pod wrażeniem. - Marcus usiadł
na podłodze obok bliźniąt.
Philip, który nie zamierzał dzielić się z siostrą uwagą starszego brata,
przewrócił swoją wieżę z klocków, tak że narobiły rumoru. Bliźnięta
uwielbiały gładkie sześciany, które Matthew wystrugał dla nich z kawałków drewna zebranych z różnych domów rodzinnych. Były wśród nich
klocki z jabłoni i grabu z okolic domu Bishopów w Madison; francuskiego
dębu i lipy z Sept-Tours; brzozy i jesionu ze Starej Chaty. Trafiło się
też kilka łaciatych z konarów platana rosnącego w pobliżu domu
Clairmontów w Londynie, zebranych, kiedy rozrastające się miasto
wymusiło obcięcie jego dolnych gałęzi, żeby mogły pod nim przejechać
piętrowe autobusy. Klocki subtelnie różniły się od siebie fakturą i barwą, co fascynowało Bekkę i Philipa. Podstawowe kolory, które
przyciągają uwagę większości dzieci, zupełnie nie interesowały naszych
mieszanych bliźniąt o bystrym wzroku odziedziczonym po ojcu. Oboje
uwielbiali wodzić drobnymi paluszkami po wzorach, jakby uczyli się
historii drzewa.
- Wygląda na to, że twój rycerz będzie potrzebował nowego zamku, Becco -
stwierdził ze śmiechem Marcus. - Jak myślisz, koleżko? Zbudujemy go
razem?
- Okej - zgodził się Philip, sięgając po pierwszy klocek.
Ale uwaga jego starszego brata (chwilowo) skupiła się na książkach
przemieszczanych po półkach widmowymi rękami, których nawet wampiry nie
mogły zobaczyć.
- Widzę, że duchy znowu tu są. - Marcus się zaśmiał, obserwując, jak
tomy przesuwają się na lewo, potem na prawo, a na koniec znowu w lewo. -
Ale zdaje się, że nie robią żadnych postępów. Nie znudziło się im
jeszcze?
- Najwyraźniej nie - odparłam tonem kwaśnym jak ocet. - I możemy
podziękować za to bogini. Jeśli chodzi o zjawy, te dwie nie są zbyt
silne... nie tak jak tamte, które nawiedzają pokój przy wielkiej sali.
Dwaj zakuci w kolczugi rycerze kroczący z brzękiem po tamtym małym,
ciemnym pomieszczeniu okazali się prawdziwym utrapieniem: ciskali
meblami, wykradali różne rzeczy z sąsiednich pokojów, żeby udekorować
swoją przestrzeń. Niematerialne widma z biblioteki były tak ulotne, że
nadal nie miałam pewności, kim albo czym są.
- Wygląda na to, że zawsze wybierają tę samą półkę. Co na niej jest? -
zainteresował się Marcus.
- Mitologia. - Podniosłam wzrok znad notatek. - Twój dziadek uwielbiał
tę tematykę.
- Dziadek mawiał, że lubi czytać o wyczynach starych przyjaciół -
powiedział Marcus z lekkim uśmiechem.
Philip podał mi klocek w nadziei, że dołączę do zabawy. Spędzanie czasu
z dziećmi rzeczywiście było dużo bardziej pociągające niż zapiski lady
Montague. Odłożyłam notatki i ukucnęłam przy bliźniętach.
- Domek. - Budowanie uszczęśliwiało Philipa.
- Jaki ojciec, taki syn - skomentował Marcus. - Lepiej na niego uważaj,
Diano, bo za kilka lat znajdziesz się w samym środku potężnej renowacji.
Roześmiałam się. Philip zawsze konstruował wieże. Tymczasem Becca
porzuciła swojego rycerza i wznosiła wokół siebie coś, co wyglądało jak
fortyfikacja. Marcus, jak zwykle chętny pomocnik w grach i zabawach,
podawał obojgu klocki.
Philip włożył mi kawałek drewna do ręki.
- Jabłko.
- "J" jak jabłko. Mądry chłopiec - pochwaliłam go.
- Mówisz, jakbyś czytała z jednego z tych elementarzy, które miałem jako
chłopiec. - Marcus podał Becce klocek. - Dziwne, że nadal uczymy dzieci
alfabetu w taki sam sposób jak kiedyś, podczas gdy wszystko inne tak
bardzo się zmieniło.
- Na przykład? - zapytałam.
- Dyscyplina. Ubrania. Dziecięce piosenki. "Jak wspaniały jest nasz
niebiański król/Który panuje w niebie". - Marcus śpiewał cicho. - "Jak
dziecko ma chwalić śpiewem/Jego wspaniały majestat". To była jedyna
pieśń w moim podręczniku.
- Niezupełnie "Kółka się kręcą..." - przyznałam z uśmiechem. - Kiedy się
urodziłeś, Marcusie?
Moje pytanie było niewybaczalnym naruszeniem etykiety wampirów, ale
miałam nadzieję, że Marcus mi je wybaczy, gdyż pochodziło od
czarownicy... nie wspominając o tym, że historyczki.
- W sierpniu tysiąc siedemset pięćdziesiątego siódmego. - Głos Marcusa
był beznamiętny i rzeczowy. - Dzień po tym, jak fort William Henry
został zburzony przez Francuzów.
- Gdzie? - spytałam, choć ryzykowałam tym wścibstwem.
- W Hadley. Małym miasteczku w Massachusetts nad rzeką Connecticut. -
Marcus skubnął luźną nitkę na kieszeni swoich dżinsów. - Urodziłem się
tam i wychowałem.
Philip wdrapał się Marcusowi na kolana i podał mu następny klocek.
- Opowiesz mi o tym? - spytałam. - Niewiele wiem o twojej przeszłości, a poza tym łatwiej będzie czekać na wieści od Phoebe.
Co ważniejsze, wspominanie swojego życia mogło pomóc Marcusowi.
Wiedziałam, że się szamocze, sądząc po zdumiewającej plątaninie czasu,
która go otaczała.
I nie tylko ja widziałam kłębowisko nici. Philip jedną pulchną rączką
chwycił czerwoną nić wiszącą z przedramienia Marcusa, a białą palcami
drugiej, zanim zdążyłam go powstrzymać. Jego usta się poruszyły, jakby
wypowiadał ciche zaklęcie.
"Moje dzieci nie są tkaczami". Powtarzałam to sobie ciągle, w chwilach
niepokoju, w środku nocy, kiedy spały spokojnie w kołyskach, i w czasach
wielkiej rozpaczy, kiedy bezlik naszych codziennych zajęć był tak
przytłaczający, że ledwo miałam czas zaczerpnąć tchu.
Ale jeśli to była prawda, jak Philip mógł zobaczyć gniewne nici
otaczające Marcusa? I jak udało mu się chwycić je z taką łatwością?
- Co, u licha? - Twarz Marcusa stężała, kiedy wskazówki starego zegara,
pozłacanego okropieństwa, które tykało ogłuszająco, przestały się
ruszać.
Philip przyciągnął piąstki do brzucha, wlokąc nimi czas. Niebieskie i bursztynowe nici zatrzeszczały w proteście, kiedy materia świata się
naciągnęła.
- Pa, pa, kuku - powiedział Philip, całując swoje ręce i nici. - Pa, pa.
Moje dzieci są w połowie czarownikami, a w połowie wampirami,
przypomniałam sobie. Moje dzieci nie są tkaczami. To oznaczało, że nie
są zdolne do...
Powietrze wokół mnie zadrżało i zgęstniało, kiedy czas nadal opierał się
czarowi, który Philip utkał, próbując ukoić ból Marcusa.
- Philipie Michaelu Addisonie Sorleyu Bishop-Clairmont. Zostaw czas.
Natychmiast. Słysząc mój ostry ton, synek puścił nici. Po jeszcze jednej
pełnej napięcia sekundzie bezruchu wskazówki zegara ruszyły. Usta
Philipa zadrżały.
- Nie wolno bawić się czasem. Nigdy. Rozumiesz? - Wzięłam go z kolan
Marcusa i spojrzałam mu w oczy, w których prastara wiedza mieszała się z dziecięcą niewinnością.
Wystraszony moim tonem Philip wybuchnął płaczem. Choć znajdował się
daleko od swojej wieży, ta z hukiem runęła na podłogę.
- Co się stało? - Marcus był zdezorientowany.
Rebecca, która nie mogła znieść, kiedy brat płakał, przepełzła po
rozrzuconych klockach, żeby go pocieszyć. Wyciągnęła prawy kciuk. Lewy
tkwił w jej ustach, ale wyjęła go, zanim się odezwała.
- Świeci, Pip. - Od jej kciuka ciągnęła się fioletowa nić magicznej
energii. Już wcześniej widywałam szczątkowe ślady magii wokół bliźniąt,
ale zakładałam, że nie pełnią one żadnej szczególnej funkcji w ich
życiu.
Moje dzieci nie są tkaczami.
- Cholera - wyrwało mi się, nim zdążyłam ugryźć się w język.
- Rany! To było dziwne. Widziałem cię, ale nie słyszałem. I nie mogłem
mówić. - Marcus nadal przetwarzał niedawne przeżycie. - Świat zaczął się
rozmywać. Potem zabrałaś ode mnie Philipa i wszystko wróciło do normy.
Podróżowałem w czasie?
- Niezupełnie.
- Cholera - uroczyście powtórzyła Becca, klepiąc brata po czole. -
Świeci.
Przyjrzałam się czołu synka. Czyżby między jego oczami widniała plamka
chatoiement, jaśniejącej sygnatury tkacza?
- O, Boże! Zaczekajcie, aż wasz ojciec się dowie.
- Czego się dowie? - Matthew stał w drzwiach, zrelaksowany po naprawie
miedzianych rynien nad kuchennymi drzwiami. Promiennie uśmiechnął się do
córki, a ona posłała mu całusa. - Cześć, kochanie.
- Myślę, że Philip właśnie opracował... a raczej utkał swój pierwszy
czar - powiedziałam. - Próbował wygładzić wspomnienia Marcusa, żeby
przestały go boleć.
- Moje wspomnienia? - Marcus zmarszczył brwi. - I co masz na myśli,
mówiąc, że Philip utkał czar? On nawet nie potrafi mówić całymi
zdaniami.
- Kuku - wyjaśnił Philip ojcu głosem lekko drżącym od szlochu. - Lepiej.
Na twarzy Matthew odmalował się szok.
- Cholera - powtórzyła Becca, widząc dziwną minę ojca.
Philip uznał ją za potwierdzenie powagi sytuacji i jego kruche
opanowanie rozpłynęło się w powodzi łez.
- Ale to znaczy... - Marcus przeniósł wzrok z Bekki na Philipa, najpierw
wystraszony, potem zdumiony.
- Jestem winna Chrisowi pięćdziesiąt dolarów - stwierdziłam. - Miał
rację, Matthew. Bliźnięta są tkaczami.
***
- Co zamierasz z tym zrobić? - zapytał Matthew.
Udaliśmy się - Matthew, ja i bliźnięta - do amfilady prywatnych pokojów:
sypialni, łazienki i rodzinnego salonu. Średniowieczny zamek nie
grzeszył przytulnością, ale udało się nam stworzyć całkiem wygodny i ciepły apartament. Duży główny pokój był podzielony na kilka różnych
przestrzeni: w jednej dominowało nasze siedemnastowieczne łoże z baldachimem, w drugiej stały głębokie fotele i sofy do wypoczynku przy
ogniu, w trzeciej stało biurko, przy którym Matthew mógł pracować, kiedy
ja spałam. Małe pomieszczenia po lewej i po prawej zostały przerobione
na garderoby i łazienkę. Ze sklepionego sufitu zwisały ciężkie żelazne
żyrandole, dzięki czemu pokoje nie wydawały się przepastne w ciemne
zimowe noce. Wysokie okna, niektóre nadal ze średniowiecznymi witrażami,
wpuszczały blask letniego słońca.
- Nie wiem, Matthew. Zostawiłam kryształową kulę w New Haven.
Sytuacja w bibliotece całkiem mnie zaskoczyła, ale swoją opóźnioną
reakcję przypisywałam raczej zatrzymaniu czasu niż ogłupiającej panice.
Zamknęłam drzwi sypialni. Drewno było solidne, a nas od reszty domu
dzieliło dużo grubych kamiennych murów. Mimo to włączyłam muzykę jako
dodatkowe zabezpieczenie przed wyczulonym słuchem wampirów.
- I co zrobimy z Rebeccą, kiedy zacznie wykazywać magiczne talenty? -
Matthew z frustracją przeczesywał włosy palcami.
- Jeśli je wykaże - poprawiłam go.
- Kiedy - nie ustępował Matthew.
- A co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? - odbiłam piłeczkę.
- Ty jesteś czarownicą! - przypomniał mi Matthew.
- Ach, więc to moja wina! - Wściekła położyłam dłonie na biodrach. - I to już nie są twoje dzieci?
- Nie to miałem na myśli. - Matthew zacisnął zęby. - One potrzebują,
żeby matka była dla nich przykładem, to wszystko.
Osłupiałam.
- Nie mówisz poważnie. Są za małe, żeby uczyć je magii.
- Ale najwyraźniej nie za małe, żeby ją uprawiać - odparował Matthew. -
Nie będziemy ukrywać przed dziećmi tego, kim jesteśmy, pamiętasz? Ja
dotrzymuję słowa. Zabrałem je na polowanie. Patrzyły, jak się posilam.
- Dzieci są za małe, żeby zrozumieć, czym jest magia - oświadczyłam. -
Kiedy zobaczyłam, jak moja matka rzuca czar, byłam przerażona.
- I dlatego sama nie uprawiałaś magii. - Matthew wziął głęboki wdech,
gdy w końcu zrozumiał. - Próbujesz chronić Rebeccę i Philipa.
W rzeczywistości uprawiałam magię, tyle że nie wtedy, gdy ktoś mógł to
zobaczyć, lecz w samotności, pod osłoną nocy, z dala od ciekawskich,
nierozumiejących oczu, kiedy mąż sądził, że pracuję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki