Przemiana. Dziedzictwo Smoczego Serca - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
30.89 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

W wie­kach pra­sta­rych świat bogów, ludzi oraz Fey ist­niały rów­no­le­gle. W cza­sach pokoju i wojen, w latach tłu­stych i chu­dych te światy swo­bod­nie się prze­ni­kały.

Wraz z obro­tem koła czasu zna­leźli się tacy, któ­rym dąże­nie do zapa­no­wa­nia nad morzami i lądem na rzecz tego, co nazy­wali postę­pem, kazało odrzu­cić daw­nych bogów i zastą­pić ich bóstwami chci­wo­ści.

Strach i nie­na­wiść roz­kwi­tły na mierz­wie zachłan­no­ści, żądzy i ambi­cji. Nie­któ­rzy bogo­wie, roz­gnie­wani słab­ną­cym powa­ża­niem i bra­kiem hoł­dów, zmie­nili się w tyra­nów sie­ją­cych spu­sto­sze­nie. Jed­nak nie bra­ko­wało też mądrzej­szych, bar­dziej powścią­gli­wych bogów, któ­rzy widząc nie­uchron­ność obro­tów koła czasu, prze­pę­dzili tych, co uży­wali swo­jej potęż­nej wła­dzy do mor­do­wa­nia i cie­mię­że­nia.

Gdy świat ludzi zmie­nił bogów w mityczne postaci, ci, co okrzyk­nęli się świę­tymi, prze­śla­do­wali tych, któ­rzy posta­no­wili trwać w daw­nej wie­rze. Te repre­sje, liczne jak polne kwiaty na łące, ozna­czały morze tor­tur i męczeń­skich śmierci.

Bar­dzo szybko strach i nie­na­wiść wyce­lo­wały swoje sękate palce w lud Fey. Widzą­cych, daw­niej podzi­wia­nych za ich potęgę, przed­sta­wiano jako wcie­le­nie zła, Sidhe nie śmiały roz­wi­jać skrzy­deł ze stra­chu przed strzałą myśli­wego, Hybry­dów okrzyk­nięto potwo­rami żywią­cymi się ludz­kim mię­sem, a Syreny okrut­nymi isto­tami wabią­cymi żegla­rzy w odmęty.

W świa­tach sza­lały prze­śla­do­wa­nia wznie­cane przez strach i nie­na­wiść. W tam­tych bru­tal­nych, krwa­wych cza­sach kształ­to­wa­nych przez tych, któ­rzy twier­dzili, że trzy­mają się zasad, ludzie wal­czyli prze­ciwko sobie, tępili Fey, a Fey toczyli walki mię­dzy sobą.

I wtedy w Talamh, a także w innych świa­tach nad­szedł czas na doko­na­nie wyboru. Wódz Talamh przed­sta­wił go wszyst­kim ple­mio­nom Fey. Zapy­tał, czy chcą porzu­cić stare oby­czaje i przy­jąć zasady oraz prawa ludzi, czy wolą odciąć się od innych świa­tów i na­dal żyć zgod­nie ze swoim pra­wem i uży­wać magii.

Fey wybrali magię.

W końcu po burz­li­wych, a zara­zem rze­tel­nych nara­dach, jakich wyma­gały sporne kwe­stie, tao­ise­ach i Rada osią­gnęli kom­pro­mis. Spi­sano nowe prawa. Zachę­cano wszyst­kich do podróży w alter­na­tywne światy, do pozna­wa­nia i zgłę­bia­nia tam­tej­szych oby­cza­jów. Usta­lono, że ci, któ­rzy zde­cy­dują się osiąść poza Talamh, dosto­sują się do zasad panu­ją­cych w danym świe­cie i jed­no­cze­śnie nie będą łamać praw obo­wią­zu­ją­cych w Talamh.

Magii nie wolno wyko­rzy­sty­wać do czy­nie­nia zła. Może słu­żyć wyłącz­nie rato­wa­niu życia, jed­nak nawet w takich wypad­kach należy wcze­śniej wró­cić do Talamh i postą­pić zgod­nie z osą­dem sytu­acji.

I tak przez wiele poko­leń uda­wało się utrzy­mać pokój w gra­ni­cach Talamh. Nie­któ­rzy Fey prze­no­sili się do odle­głych świa­tów; a inni spro­wa­dzali współ­mał­żon­ków do Talamh. Zie­le­niły się pola, Trolle fedro­wali w głę­bo­kich jaski­niach, w gęstych lasach roiło się od zwie­rzyny, a nad wzgó­rzami i morzami świe­ciły dwa księ­życe.

Takie spo­kojne, zie­lone i żyzne kra­iny budzą pożą­da­nie w mrocz­nych ser­cach. Bóg, kie­dyś ska­zany na bani­cję, prze­nik­nął przez światy do Talamh w nie­cnych zamia­rach. Skradł serce mło­dziut­kiej tao­ise­ach, bo dziew­czyna widziała go takim, jakim chciał, by go postrze­gała. Przy­stoj­nym, dobrym i kocha­ją­cym.

Spło­dzili dziecko; to ono było jego celem. Dziecko, w któ­rego żyłach boska krew ojca mie­szała się z krwią mło­dej tao­ise­ach, Widzą­cych i Elfów.

Co noc, gdy matka spała odu­rzona zaklę­ciem, mroczny bóg wysy­sał moc z nie­mow­lę­cia, aby zwięk­szyć swoją potęgę. Na szczę­ście któ­rejś nocy matka się prze­bu­dziła i ujrzała praw­dziwe obli­cze swo­jego mał­żonka. Oca­liła syna i popro­wa­dziła Talamh do walki z upa­dłym bogiem.

Kiedy prze­go­niono go z Talamh wraz z garstką jego sprzy­mie­rzeń­ców i uszczel­niono cza­rami wszyst­kie por­tale, młoda tao­ise­ach oddała buławę i wrzu­ciła miecz z powro­tem do Jeziora Prawdy, aby pod­jął go stam­tąd nowy wódz.

Wycho­wy­wała syna, a kiedy nade­szła pora, on zgod­nie z wolą koła czasu wydo­był miecz z głę­bin jeziora i został kolej­nym tao­ise­achem.

Ten mądry przy­wódca przez wiele lat utrzy­my­wał pokój w Talamh. Podró­żu­jąc po świe­cie ludzi, zako­chał się w kobie­cie. Spro­wa­dził wybrankę do swo­jego świata, do swo­jego ludu i zamiesz­kał z nią na far­mie, od poko­leń nale­żą­cej do jego rodziny.

Para wio­dła szczę­śliwe życie, a dopeł­nie­niem ich szczę­ścia stało się przyj­ście na świat córki. Przez trzy lata to dziecko, wzra­sta­jąc pod czuj­nym okiem ojca, znało jedy­nie miłość, szczę­ście i spo­kój. Dziew­czynka była praw­dzi­wym cudem, bo z kolei w jej żyłach pły­nęła krew Widzą­cych, Elfów, bogów i kobiety.

Mroczny bóg z pomocą prze­wrot­nej wiedźmy prze­do­stał się przez por­tal do Talamh, porwał małą i uwię­ził w szkla­nej klatce na dnie bla­do­zie­lo­nej rzeki, żeby wyssać z dziecka całą magiczną moc, gdy ono nieco pod­ro­śnie.

Tym­cza­sem dziew­czynka miała wię­cej siły, niż on podej­rze­wał, niż sama się spo­dzie­wała. Jej krzyki przedarły się przez por­tal do Talamh. Ten gniew roz­trza­skał zacza­ro­wane szkło i prze­pę­dził boga, gdy Fey pod wodzą jej ojca i babki ruszyli do ataku.

Trzy­latce już nic nie gro­ziło, zamek boga został zbu­rzony, ochrona por­tali wzmoc­niona, jed­nak jej matka nie mogła odna­leźć spo­koju.

Zażą­dała, aby we troje wró­cili do świata ludzi, a mąż porzu­cił magię, która według niej sta­no­wiła źró­dło wszel­kiego zła. Z pamięci dziecka miały znik­nąć wszyst­kie wspo­mnie­nia ze świata, w któ­rym się uro­dziło.

Tao­ise­ach, roz­darty mię­dzy miło­ścią do rodziny a poczu­ciem obo­wiązku wobec swo­jego ludu, żył w obu świa­tach. Sta­rał się two­rzyć cie­pły dom dla córki i wra­cał do Talamh, żeby jako przy­wódca zapew­nić bez­pie­czeń­stwo jego ludowi i jed­no­cze­śnie swo­jemu dziecku. Mał­żeń­stwo tao­ise­acha się roz­pa­dło, a on sam zgi­nął w kolej­nej bitwie z ręki wła­snego ojca.

Dziew­czynka dora­stała w prze­ko­na­niu, że ojciec ją porzu­cił. Kształ­to­wana przez domi­nu­jącą matkę, która ze stra­chu o córkę umniej­szała jej wiarę w sie­bie, przez co mała nie miała poję­cia o drze­mią­cej w niej mocy.

W tym cza­sie kolejny młody chło­pak pod­jął miecz z jeziora.

*

I tak oboje dora­stali w swo­ich świa­tach. On zde­cy­do­wany bro­nić pokoju, ona zakom­plek­siona i nie­szczę­śliwa.

W Talamh wie­dziano, że zły bóg na­dal zagraża wszyst­kim świa­tom. Ude­rzy ponow­nie w poszu­ki­wa­niu krwi ze swo­jej krwi i gdy koło czasu się obróci, miesz­kańcy Talamh już nie zdo­łają go powstrzy­mać.

Ona, która jest mostem pomię­dzy świa­tami, musi wró­cić, prze­bu­dzić się i zde­cy­do­wać, czy jest gotowa wszystko poświę­cić i zary­zy­ko­wać, poma­ga­jąc znisz­czyć boga.

Przy­jazd do Talamh był dla dziew­czyny począt­kiem podróży w głąb sie­bie. Z czu­ło­ścią pro­wa­dzona przez babkę coraz wię­cej dowia­dy­wała się o sobie. I prze­bu­dziła się.

Tak jak wcze­śniej jej ojca, miłość i zobo­wią­za­nia łączyły młodą kobietę z oboma świa­tami. Miłość i zobo­wią­za­nia cią­gnęły ją do świata, w któ­rym dora­stała. W końcu wyje­chała z Talamh, ale obie­cała, że wróci.

Z roz­dar­tym ser­cem, zosta­wia­jąc za sobą wszystko, co znała, świa­doma ryzyka, jakie podej­muje, szy­ko­wała się do powrotu do świata, w któ­rym się uro­dziła. Cze­kali tam na nią tao­ise­ach i cały Talamh. W chwili sła­bo­ści opo­wie­działa o wszyst­kim naj­bliż­szemu przy­ja­cie­lowi, swo­jej brat­niej duszy.

Kiedy wcho­dziła do por­talu, on, lojalny jak zawsze, wsko­czył tam za nią. Zawie­szona pomię­dzy dwoma świa­tami, dwiema miło­ściami i zobo­wią­za­niami, zaczęła podróż ku swo­jej prze­mia­nie.

Roz­dział 1

Breen czuła, jak w wichu­rze sza­le­ją­cej w por­talu ręka Marco wymyka się z jej dłoni. Ośle­piało ją jaskrawe świa­tło, ogłu­szał ryk wia­tru. Wiro­wała niczym mio­tana hura­ga­nem. Keegan trzy­mał ją mocno za rękę, a ona roz­pacz­li­wie zaci­skała dłoń na pal­cach przy­ja­ciela.

Nagle runęła w dół. Natych­miast owio­nęło ją chłodne, wil­gotne powie­trze, świa­tło zła­god­niało, ucichł wiatr.

Przy zde­rze­niu z zie­mią usły­szała chrup­nię­cie kości. Domy­śliła się, że spa­dła na polną drogę wil­gotną od pada­ją­cej mżawki. Deszcz niósł zapach Talamh.

Zady­szana, prze­to­czyła się na bok i nachy­liła nad Marco. Prze­ra­żony, leżał nie­ru­chomo z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Nic ci się nie stało? Niech cię obej­rzę. Marco, ty idioto! - Prze­su­nęła dłońmi po jego ciele. - No, kości masz całe.

Pogła­dziła go po twa­rzy i obej­rzała się na Keegana.

- Co to, do dia­bła, było? - nasko­czyła na niego. - Nawet kiedy pierw­szy raz prze­cho­dzi­łam, nic podob­nego się nie działo.

Keegan prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Nie wzią­łem pod uwagę dodat­ko­wego pasa­żera. Ani two­jego cho­ler­nego bagażu. Nie­mniej prze­nio­słem nas, zga­dza się?

- Chyba sobie kpisz.

Marco się poru­szył. Breen odwró­ciła się do niego.

- Na razie nie pró­buj wsta­wać. Będziesz miał zawroty głowy i nogi jak z waty, ale to minie.

Wpa­try­wał się w nią brą­zo­wymi oczami. Sze­roko otwar­tymi i szkla­nymi ze stra­chu.

- Czy przez to całe sza­leń­stwo zosta­łaś rów­nież lekarką?

- Nie­ko­niecz­nie. Po pro­stu głę­boko oddy­chaj. Co pro­po­nu­jesz? - wark­nęła do Keegana.

- Na począ­tek spa­dajmy z tego desz­czu. - Wypro­sto­wał się wku­rzony i stał nad nimi wysoki, z ciem­nymi wło­sami skrę­co­nymi z wil­goci. - Celo­wa­łem w podwórko przed chatą. - Mach­nął ręką w stronę farmy. - Nie­da­leko nas znio­sło, bio­rąc pod uwagę, co się przy­cze­piło.

Teraz dopiero zauwa­żyła zarys kamien­nego domu po dru­giej stro­nie drogi, jakieś kil­ka­na­ście metrów od nich.

- Marco nie jest czymś.

Keegan przy­kuc­nął nad nim.

- Dobra, bra­cie, wsta­waj. Tylko powoli.

- Mój lap­top! - krzyk­nęła Breen na widok torby na dro­dze.

Zerwała się na równe nogi, puściła bie­giem i czym prę­dzej ją pod­nio­sła.

- Oto co się dla niej liczy - usły­szała.

Stała na dro­dze w desz­czu, z lap­to­pem przy­ci­śnię­tym do piersi.

- Dla mnie jest tak ważny jak dla cie­bie miecz.

- Jeżeli coś w tym pudle nawa­liło, to je napra­wisz - burk­nął Keegan do Marco. - A teraz się pod­nieś. Ostroż­nie i powoli, wła­śnie tak.

Spo­sób, w jaki instru­ował Marco - łagod­nie i spo­koj­nie - przy­po­mniał Breen, że Keegan potrafi być miły. Oczy­wi­ście, kiedy chce. Prze­wie­siła torbę przez ramię na pierś i dołą­czyła do nich.

- Będziesz miał zawroty głowy i poczu­jesz się zamro­czony - uprze­dziła przy­ja­ciela. - Ja za pierw­szym razem zemdla­łam.

- Faceci nie mdleją. - Głowa mu opa­dła, a brodę oparł na pod­cią­gnię­tych kola­nach. - My naj­wy­żej padamy bez czu­cia albo tra­cimy przy­tom­ność, ale nie mdle­jemy.

- No wła­śnie - poparł go rado­śnie Keegan. - Musimy cię posta­wić na nogi. Breen, mogła­byś pomóc?

- Muszę pójść po nese­ser.

- O bogo­wie, kobiety! - Keegan mach­nął dło­nią i nese­ser znikł.

- Gdzie on się podział? - wyją­kał Marco, wytrzesz­cza­jąc oczy. - Gdzie jest?

- Nie przej­muj się. Spró­buj wstać. Oprzyj się na mnie, jakoś się dowle­czemy.

- Nie czuję kolan. Na­dal je mam?

- Dokład­nie tam, gdzie powinny być.

Breen pod­bie­gła i objęła Marco ramie­niem z dru­giej strony.

- Spo­koj­nie. Dasz radę. To nie­da­leko, widzisz? Tam idziemy.

Posta­wił kilka nie­pew­nych kro­ków.

- Męż­czyźni nie mdleją, ale zda­rza im się puścić pawia. Chyba mnie to czeka.

Breen naci­snęła dło­nią na jego brzuch, żeby ewen­tu­al­nie mu ulżyć. Tro­chę ją zemdliło, ale powie­działa sobie, że musi wytrzy­mać.

- Lepiej?

- No, chyba tak. Mam wra­że­nie, że śni mi się jakiś zwa­rio­wany sen. Breen miewa dzi­waczne sny - rzu­cił beł­ko­tli­wie do Keegana. - Cza­sami dzi­waczne i prze­ra­ża­jące. Ten jest tylko dziwny.

Keegan mach­nął dło­nią i brama na podwórko otwo­rzyła się na oścież.

- O takie wła­śnie dziwy mi się śnią. Ale dobrze tu pach­nie. Jak w Irlan­dii. Prawda, Breen?

- Tak, ale nie­zu­peł­nie.

- To nie­sa­mo­wite. W jed­nej chwili sto­imy w miesz­ka­niu w Fila­del­fii, a w dru­giej leżymy plac­kiem na dro­dze w Irlan­dii. "Tele­por­tuj mnie, Sco­oty". Zupeł­nie jak w Star Treku.

- Nie­zła histo­ria - stwier­dził z uzna­niem Keegan. Ruchem nad­garstka otwo­rzył drzwi. - No, jeste­śmy na miej­scu. Wycią­gnij się na tap­cza­nie.

- Chęt­nie sobie poleżę. Zobacz, Breen, zna­lazł się twój nese­ser. Jak tu przy­tul­nie. Swoj­sko i w sta­rym stylu. Och, jak mi dobrze, Chry­ste, dzięki - mruk­nął, gdy uło­żyli go na tap­cza­nie.

- Widzi­cie, nie zemdla­łem. I nie puści­łem pawia. Na razie.

- Zapa­rzę ci her­baty - zapro­po­no­wała Breen.

Pokrę­cił głową.

- Wolę piwo.

- Kto by nie wolał? Zaraz przy­niosę. Posiedź przy nim - rzu­cił Keegan do Breen. - Wysusz go, uspo­kój.

- Powi­nien się napić tam­tej her­baty, którą mi dali­ście za pierw­szym razem.

- To, co jest w her­ba­cie, może rów­nie dobrze zna­leźć się w piwie.

- Dragi, tak? - upew­nił się Marco, kiedy Keegan wyszedł. - Bo on nam mnó­stwo tego pod­sy­pał, skoro jeste­śmy razem w tym porą­ba­nym śnie.

- Nie, Marco. To nie sen.

Wycią­gnęła rękę do led­wie żarzą­cych się polan w kominku i zapło­nęły trza­ska­ją­cym pło­mie­niem. Nie wsta­jąc z klę­czek przy tap­cza­nie, poza­pa­lała świece. Wysu­szyła ubra­nie Marco, prze­su­wa­jąc po nim dłońmi. Roz­dzie­liła mu war­ko­czyki i tak samo je wysu­szyła.

- Ja gło­suję za zwa­rio­wa­nym snem.

- Dobrze wiesz, że to dzieje się naprawdę. Po co za mną wsko­czy­łeś? Czemu chwy­ci­łeś się mnie i sko­czy­łeś?

- Nie mogłem pozwo­lić, żebyś beze mnie wle­ciała w tamtą świe­tli­stą dziurę w naszym salo­nie. Byłaś zde­ner­wo­wana. Pła­ka­łaś. Ty... - Pod­niósł oczy na sufit. - Sły­szę jakieś hałasy. Ktoś jesz­cze jest w tym domu?

- Har­ken, brat Keegana. Mieszka tutaj. Jest far­me­rem. To ich farma. Kie­dyś nale­żała do mojego ojca. Tutaj się uro­dzi­łam.

Prze­niósł spoj­rze­nie z powro­tem na nią.

- Tak ci powie­dział, ale...

- To prawda, wiem od babci. Przy­po­mi­nają mi się różne rze­czy, które wcze­śniej gdzieś mi ule­ciały. Wszystko ci wyja­śnię, obie­cuję, ale...

Prze­rwała, bo wła­śnie Har­ken z Moreną zeszli z góry. Nie­wąt­pli­wie musieli ubie­rać się w pośpie­chu, bo ona miała bluzkę na lewej stro­nie.

- Witaj w domu! - Morena z burzą potar­ga­nych pło­wych wło­sów pod­bie­gła do Breen, przy­kuc­nęła obok i zamknęła ją w gorą­cym uści­sku. - Jak dobrze cię widzieć. - Uśmiech­nęła się do Marco z weso­łymi iskier­kami w nie­bie­skich oczach. - Przy­wio­złaś przy­ja­ciela. Jesteś Marco, prawda? Bab­cia mówiła, że przy­stoj­niak z cie­bie, a ona ni­gdy się nie myli. - Chwy­ciła go za rękę i ener­gicz­nie nią potrzą­snęła. - Bab­cia to Finola McGill, a ja mam na imię Morena.

- Aha.

- Jestem Har­ken Byrne, miło cię widzieć. Przej­ście było cięż­kie, co? Szybko cię wyku­ru­jemy.

- Gotowe. - Keegan wró­cił z kuflem.

Marco powiódł spoj­rze­niem po twa­rzach obu męż­czyzn. Nie wypar­liby się pokre­wień­stwa. Byli bar­dzo do sie­bie podobni; takie same mocno zazna­czone kości policz­kowe, podobny wykrój ust.

- Piwo, tak? - Har­ken zer­k­nął na kufel. - Hmm, o ile pamię­ta­łeś, jak...

- To pod­sta­wowa mik­stura, Har­ke­nie. Radzę sobie z nimi nie gorzej od innych.

- Mik­stura? - Marco dźwi­gnął się na łok­ciu. Jego śniada cera lekko posza­rzała. - Nie zga­dzam się na żadne mik­stury.

- To coś w rodzaju lekar­stwa - uspo­ka­jała go Breen. - Od razu lepiej się poczu­jesz.

- Breen, może i cała wasza trójka robi dobre wra­że­nie, ale oni mogą cię wcią­gnąć do jakiejś sekty. Albo...

- Zaufaj mi. - Ode­brała kufel od Keegana. - Zawsze sobie ufa­li­śmy. Wiem, że trudno w to wszystko uwie­rzyć czy choćby pró­bo­wać ogar­nąć rozu­mem. Ale ze wszyst­kich zna­nych mi ludzi tobie powinno łatwiej to przyjść, prze­cież wie­rzysz w wie­lo­świat.

- A może ty jesteś jakąś pod­róbą, a nie moją praw­dziwą Breen.

- Czy pod­róba wie­dzia­łaby, że śpie­wa­li­śmy w duecie pio­senkę Lady Gagi, gdy dałeś sobie wyta­tu­ować irlandzką harfę w Gal­way? No, wypij łyczek. Albo czy spa­ko­wa­łaby różowy kubek w kształ­cie żaby, który ule­pi­łeś dla mnie w dzie­ciń­stwie.

- Zabra­łaś go? - Upił mały łyk, gdy przy­ło­żyła mu kufel do ust. - To wszystko nie­źle namie­szało mi w gło­wie.

- Znam to uczu­cie. Wypij jesz­cze tro­chę.

Kiedy się napił, objął spoj­rze­niem trzy sto­jące nad nim postaci.

- Zna­czy... jeste­ście jakby cza­row­ni­kami i cza­row­ni­cami?

- Ja nie. - Morena z uśmie­chem roz­wi­nęła fio­le­towe skrzy­dła o srebr­nych brze­gach. - Jestem wróżką. Breen też ma domieszkę krwi Sidhe, ale za mało, żeby uro­sły jej skrzy­dła. W dzie­ciń­stwie mi ich zazdro­ściła. - Przy­sia­dła na brzegu tap­czanu. - Bo widzisz, my bar­dzo się wtedy przy­jaź­ni­ły­śmy. Jesz­cze za młodu były­śmy dla sie­bie niczym sio­stry, tak jak ty po tam­tej stro­nie jesteś jej bli­ski jak brat.

Breen, sie­dząc w kucki na pod­ło­dze, pozwo­liła More­nie prze­jąć pałeczkę.

- Bar­dzo za tobą tęsk­niła latem - cią­gnęła pogod­nym tonem. - I bar­dzo prze­ży­wała, że prze­mil­czała przed tobą, swoim przy­ja­cie­lem, to wszystko. A teraz ty, jako ten dobry i silny przy­ja­ciel, będziesz ją wspie­rał, poma­gał jej i trwał przy niej. Tak jak my wszy­scy.

- Dobrze powie­dziane - pochwa­lił ją pół­gło­sem Har­ken, kła­dąc dłoń na jej ramie­niu. - Elik­sir uśmie­rzy zawroty głowy - pocie­szył Marco. - I zoba­czysz, zaraz zro­bisz się głodny. Taka podróż wzmaga ape­tyt.

- Powie­dział­bym, że to doty­czy nas wszyst­kich - wtrą­cił Keegan. - Nie prze­szli­śmy przez Powi­talne Drzewo. Musia­łem otwo­rzyć pro­wi­zo­ryczny por­tal, a na doda­tek obli­czy­łem go tylko na dwie osoby.

- Rany, w takim razie umie­ra­cie z głodu. Zostało sporo potrawki z kola­cji. Pójdę ją odgrzać.

- Czy wszy­scy tutaj są tacy bar­dzo, bar­dzo ładni? - zasta­na­wiał się na głos Marco.

Morena żar­to­bli­wie pac­nęła go w ramię.

- Tobie też nic nie bra­kuje. Hmm, w kuchni śred­nio sobie radzę, lepiej niech Har­ken się tym zaj­mie. Rozu­miem, że zosta­nie­cie tutaj do rana. Miej­sca wystar­czy.

- Wola­ła­bym oszczę­dzić Marco kolej­nego przej­ścia na drugą stronę w tak krót­kim cza­sie, dla­tego nie możemy wró­cić do chaty. I raczej nie chcia­ła­bym budzić babci i Sedrica. - Breen pod­nio­sła wzrok na Keegana. - Będę wdzięczna, jeśli nas prze­no­cu­je­cie.

- Oczy­wi­ście, czuj­cie się jak w domu. No i jak tam, Marco, docho­dzisz do sie­bie?

- Tak, już nie­źle się czuję. Nawet lepiej niż nie­źle. - Usiadł i marsz­cząc czoło, popa­trzył na kufel. - Co tam jest?

- To, czego ci było potrzeba. Dopij piwo, bra­cie, a potem Breen przy­pro­wa­dzi cię na kola­cję. Har­ken jest cał­kiem nie­złym kucha­rzem, nie pój­dziesz spać głodny.

- Słu­chaj, dziew­czyno, musimy odbyć długą, poważną roz­mowę - ode­zwał się Marco ze wzro­kiem utkwio­nym w kufel, kiedy Keegan zosta­wił ich samych.

- Wiem i tak zro­bimy. Wszystko znaj­dziesz na tam­tym pen­dri­vie, który ci dałam. Od samego początku, od tam­tego spo­tka­nia Moreny z jastrzę­biem w Drom­land.

- Ona była tą sokol­niczką?

- Tak.

- Dobra, w takim razie poży­czę twój lap­top i poczy­tam sobie, co napi­sa­łaś.

- Tutaj lap­top nie będzie dzia­łał. W Talamh nie korzy­sta się z tech­no­lo­gii.

Ten wiel­bi­ciel wszel­kich nowi­nek tech­nicz­nych zro­bił wiel­kie oczy.

- Robisz sobie jaja. Może­cie podró­żo­wać przez światy, na odle­głość zapa­lać świece, roz­wi­jać skrzy­dła, ale nie macie Wi-Fi?

- No wła­śnie. Wszystko ci wytłu­ma­czę, obie­cuję. Jutro przej­dziemy na drugą stronę, do naszej chaty, naszej chaty nad zatoką. Będziesz mógł poczy­tać i zadzwo­nić do Sally. Uprze­dzisz go, że przez kilka naj­bliż­szych wie­czo­rów nie będzie cię w barze. Powiemy... powiemy, że posta­no­wi­łeś poje­chać ze mną do Irlan­dii, zostać jakiś czas, pomóc mi się urzą­dzić. Marco, nie możesz nawet sło­wem wspo­mnieć o tym, co tu widzia­łeś.

Patrzył na nią prze­ra­żony.

- Musimy znowu przejść przez jeden z tych por­tali?

- Tak, ale tym razem będzie łatwiej, obie­cuję. Chodź, musisz pod­jeść i porząd­nie się wyspać. Jutro... resztą zaj­miemy się jutro.

- Dużo jest tej reszty?

- Dużo. - Pogła­dziła go po twa­rzy i sta­ran­nie przy­cię­tej koziej bródce. - Bar­dzo dużo.

- Bałaś się wró­cić. Widzia­łem. Czy to przez tę całą magię i skrzy­dlate wróżki? - Ski­nie­niem głowy wska­zał drzwi, za któ­rymi znik­nął Keegan i pozo­stali. - Bo tych tam się nie boisz. To też widzę.

- Nie, ich się nie boję. Marco, to długa histo­ria. Dziś wystar­czy, że ci powiem, że w grę wcho­dzi Wiel­kie Zło.

- Jak wiel­kie?

- Jak tylko może być. Oka­za­ła­bym się naiwna, gdy­bym się nie bała, ale jestem sil­niej­sza niż kie­dyś. I zamie­rzam jesz­cze bar­dziej się wzmoc­nić.

Pod­niósł się z tap­czanu i wziął ją za rękę.

- Zawsze byłaś sil­niej­sza, niż myśla­łaś. To miej­sce ma u mnie plus, skoro pomo­gło ci wszystko rozu­mieć.

- To miej­sce, ci ludzie i wielu innych. Chcę, żebyś ich wszyst­kich poznał, zanim wró­cisz do domu. - Uści­snęła mu rękę. - A teraz chodźmy jeść, bo skręca mnie z głodu na zapach potrawki.

Nie pró­bo­wał o nic wię­cej pytać, przede wszyst­kim dla­tego, że to, co zdą­żył zoba­czyć i usły­szeć, nie mie­ściło mu się w gło­wie. I cho­ciaż po kola­cji był prze­ko­nany, że nie zmruży oka, zasnął, gdy tylko padł na łóżko, które wska­zał mu Keegan.

Zdzi­wił się, że obu­dziło go pia­nie koguta. Na doda­tek zamiast we wła­snej sypialni leżał w pokoju z peł­ga­ją­cym ogniem w kominku i bla­dym słoń­cem sączą­cym się przez koron­kowe firanki w oknach.

Świa­do­mość, że to wszystko, co działo się wie­czo­rem, wcale nie było snem, wzmo­gła nie­po­kój.

Chciał zoba­czyć się z Breen, ale nie wie­dział, gdzie jej szu­kać. Musiał napić się kawy, wziąć długi, gorący prysz­nic, lecz nie miał poję­cia, czy trafi do kuchni i łazienki.

Pod­niósł się z łóżka i dopiero wtedy zoba­czył, że spał w ubra­niu. On, taki esteta! Może któ­ryś z tych braci przy­stoj­nia­ków poży­czy mu jakieś ciu­chy, gdy już weź­mie ten prysz­nic.

Spoj­rzał na zega­rek - który oprócz poka­zy­wa­nia godziny, moni­to­ro­wał dłu­gość snu oraz liczbę kro­ków - i skrzy­wił się na widok czar­nej tar­czy.

Po cichu wyszedł z pokoju - kto wie, która mogła być godzina - i na pal­cach zszedł na par­ter.

Usły­szał kobiece głosy i podą­ża­jąc za nimi, tra­fił do kuchni; tej samej, którą widział wczo­raj.

Breen z Moreną sie­działy przy nie­du­żym robo­czym bla­cie, słu­żą­cym jako sto­lik.

- Obu­dzi­łeś się. - Breen zerwała się z krze­sła. - Sądzi­łam, że dłu­żej pośpisz.

- Chyba sły­sza­łem koguta.

- No wiesz, jesteś na far­mie. Sia­daj, zro­bię ci her­baty.

- Kawy, Breen. Oddam życie za kawę.

- Hmm. Cóż...

Przy­ci­snął dłoń do oczu.

- Nie mów mi tego.

- Mie­szanka her­bat jest naprawdę mocna. Ide­al­nie sta­wia na nogi. Jesteś głodny?

- Muszę wziąć prysz­nic.

Ponow­nie posłała mu prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

- Hmm. Cóż...

Opadł na krze­sło i oparł głowę na rękach.

- Jak w ogóle można prze­żyć dzień bez poran­nej kawy i prysz­nica?

- Mamy toa­lety - wyja­śniła Morena. - I wygodne duże wanny.

- Marco nie lubi moczyć się w wan­nie.

- Bo sie­dzisz w bru­dach, które z sie­bie zmy­łeś.

- Ponie­kąd masz rację - przy­znała Morena. - Mogę ci zała­twić prysz­nic na zewnątrz.

- Poważ­nie?

- Wróżki mają powią­za­nia z żywio­łami. Chcesz kawa­łek miej­sca z cie­płym desz­czem? Pomogę ci. Oczy­wi­ście na zewnątrz.

- Jasne, pew­nie. Na zewnątrz. - Ode­brał kubek od Breen i dusz­kiem wypił her­batę. Zamru­gał zasko­czony. - Chyba roz­pu­ściła mi szkliwo na zębach. Jest jakaś szansa na poży­cze­nie świe­żych rze­czy?

- Masz mniej ciała od Har­kena, ale posta­ram się wybrać koszulę i jakieś spodnie dla cie­bie. Poszu­kajmy miej­sca na twój prysz­nic. - Się­gnęła po kostkę brą­zo­wego mydła z kre­densu. - Podo­bają mi się twoje dredy - zauwa­żyła, otwie­ra­jąc drzwi na podwó­rze. - Nie mia­ła­bym cier­pli­wo­ści zapla­tać tylu war­ko­czy. Chodźmy za mały silos. Nikt nie będzie cię tam widział.

- Dzięki.

- Przy­ja­ciel mojej przy­ja­ciółki jest moim przy­ja­cie­lem. Stań na tra­wie, bo ina­czej skoń­czysz po kostki w bło­cie. - Oparła dło­nie na bio­drach. - Jaka woda?

- Gorąca. Zna­czy, nie ma parzyć, ale niech będzie porząd­nie pod­grzana.

Morena w spodniach wsu­nię­tych w wyso­kie buty i w bluzce, tym razem na pra­wej stro­nie, unio­sła wysoko otwarte dło­nie. A potem zgięła palce, jakby chciała coś w nie chwy­cić.

Powierzch­nię mniej wię­cej jed­nego metra kwa­dra­to­wego zmo­czyły pierw­sze kro­ple; drobne, deli­katne jak piórka. Kiedy moc­niej zwi­nęła palce, deszcz przy­brał na sile.

Marco wie­dział, że stoi z otwar­tymi ustami i raczej wypa­da­łoby je zamknąć.

- Zobacz, czy taki stru­mień ci odpo­wiada, czy może wolisz cie­plej­szy.

Wycią­gnął rękę. Spraw­dził tem­pe­ra­turę, deszcz, ten cały cud.

- Tak, jest w porządku. Jezu... nie­sa­mo­wite. Nie wiem, jak to wszystko ogar­nąć.

- Uwa­żam, że cał­kiem dobrze ci idzie. - Morena cof­nęła się parę kro­ków. - Przy­niosę ci coś do ubra­nia i ręcz­nik.

- Dzięki. Ehm. Jak to zakrę­cić?

- Wyzna­czy­łam pięt­na­ście minut. Lepiej się pospiesz.

Znik­nęła, a on zmar­no­wał pra­wie minutę, gapiąc się na magiczny prysz­nic, zanim wresz­cie ścią­gnął ubra­nie i wszedł pod roz­koszny stru­mień desz­czu.

Kiedy prze­brał się w rze­czy, które zapewne ucho­dziły za szczyt wio­sko­wej ele­gan­cji, i wzmoc­nił grzanką ze sma­żo­nym jaj­kiem, poczuł się pra­wie nor­mal­nie.

- Wiem, że czeka nas roz­mowa - zaczęła Breen - i powrót do chaty, ale naj­pierw muszę zaj­rzeć do babci, no i ode­brać Fąfla.

- Chcę zoba­czyć tego psa i oczy­wi­ście, poznać twoją bab­cię.

- Mieszka nie­da­leko. Oka­zja do spa­ceru po ład­nej oko­licy.

- Niech ci będzie. Pró­buję to jakoś przy­jąć do wia­do­mo­ści. - Wyszedł za nią na dwór. - Tutaj wszystko wygląda jak w Irlan­dii. Oni mówią jak Irland­czycy. Jesteś pewna, że to...

- Tak. Chcia­łeś zadzwo­nić z komórki, prawda?

Pokle­pał się po kie­szeni poży­czo­nych spodni.

- No. I nic. Och, wła­śnie, przed godziną wzią­łem magiczny prysz­nic. Naj­lep­szy w życiu. Ale to wszystko wydaje się jakieś nie­rze­czy­wi­ste.

- Wiem.

- Niby jest zatoka, ale jakaś inna od tam­tej w pobliżu naszej chaty w Irlan­dii. W oddali widzę góry, ale one też się róż­nią. Dokoła rosną kwiaty, jest mnó­stwo owiec i krów. No i te konie. Konie na far­mie. Uczy­łaś się jeź­dzić na któ­rymś z nich?

- Taak. - Posta­no­wiła nie poka­zy­wać mu pla­cyku na far­mie, gdzie pod okiem nie­ugię­tego Keegana uczyła się, z mar­nym skut­kiem, wła­dać mie­czem. - Tutaj musisz jeź­dzić konno. Nie ma samo­cho­dów.

- Nie ma samo­cho­dów.

- Nie ma tech­niki, żad­nych mecha­nicz­nych urzą­dzeń. Wybrali magię.

- Nie ma tostera - przy­po­mniał sobie. - Opie­kają chleb na rusz­cie w pie­cyku na drewno. Wodę czer­pią ze studni albo zała­twiają ją wróżki. Dobrze ci z tym było?

- Po dru­giej stro­nie mia­łam chatę, którą znasz, i tam pra­co­wa­łam. A tutaj też można pisać - w magiczny spo­sób. Marco, to miej­sce jest takie nie­ska­lane, spo­kojne, bli­skie natury. Chyba się w nim zako­cha­łam.

- Pamięć sen­so­ryczna - koja­rzysz? Powie­dzia­łaś, że tutaj się uro­dzi­łaś. Czy ja dobrze widzę? Te dwa cia­cha, tam na polu?

- Cia­cha? Och! - zaśmiała się i wzięła go pod rękę. - Tak, to oni. Har­ken jest far­me­rem z krwi i kości, a Keegan raczej wojow­ni­kiem, ale nie stroni od pracy na far­mie. Spo­czywa na nim ogromna odpo­wie­dzial­ność, bo jest tao­ise­achem.

- Kim?

- Wodzem. Prze­wo­dzi Talamh i całemu ludowi Fey.

- Król Keegan, tak?

- Nie, nic takiego. - Jakie to dziwne, pomy­ślała, tłu­ma­czy Marco rze­czy, któ­rych sama się nauczyła czy też poznała zale­d­wie parę mie­sięcy wcze­śniej. - Tutaj nie ma żad­nych kró­lów ani wład­ców. On jest przy­wódcą. Wybra­nym i wybie­ra­ją­cym. To długa tra­dy­cja prze­ka­zy­wana z poko­le­nia na poko­le­nie. Mają tu jezioro... - prze­rwała, bo Marco chwy­cił ją wpół.

- Ja chrza­nię, Breen. Ucie­kajmy. Pędźmy do tam­tego lasu.

- Co jest? Och nie, nie, spo­koj­nie. To tylko smok Keegana.

- Jego, kurde, co?

- Ode­tchnij. Oni tutaj mają smoki, nie, nie takie, które w baj­kach poże­rają nie­winne księż­niczki. Na jed­nym nawet lecia­łam.

Na­dal trzy­mał ją w cia­snym uści­sku.

- Ni cho­lery, nie­moż­liwe.

- Moż­liwe i było wspa­niale. One są bar­dzo lojalne i oddane. A do tego piękne. Mój ojciec też miał smoka.

- Lepiej siądę. Nie będę na tobie wisiał, dziew­czyno, a czuję, że znowu mam mięk­kie kolana.

Zanim zdą­żył opu­ścić się na zie­mię, dobie­gło ich rado­sne szcze­ka­nie. Fąfel z kosma­tym czu­bem i brodą, podry­gu­ją­cymi w rytm susów, pędził ku Breen.

- Jesteś! Zna­la­złeś mnie. - Zato­czyła się roze­śmiana, kiedy z impe­tem wspiął się na nią przed­nimi łapami, cały roz­tań­czony od czuba na łbie po cienki ogon. - Jak ty uro­słeś. Jesteś pra­wie równy ze mną. Też za tobą tęsk­ni­łam. Bar­dzo tęsk­ni­łam.

Usia­dła na dro­dze i tuląc psa, pozwo­liła mu się cało­wać.

- To jest Fąfel.

- Domy­śli­łem się. Rze­czy­wi­ście, on ma fio­le­to­wawą sierść, tak jak mówi­łaś. Pur­ple Haze, jak ta pio­senka Hen­drixa. Może powin­naś nazwać go Jimi. Fajny jesteś, pie­seczku, fajny od czubka nosa po koniec ogona.

Przy­kuc­nął, zapo­mi­na­jąc o smoku. Fąfel, wachlu­jąc ogo­nem, nagro­dził go czu­łymi liź­nię­ciami.

- On mnie polu­bił!

- To naj­słod­szy pies pod słoń­cem. Bab­cia wie, że już jestem. Na pewno, skoro on wybiegł mi na spo­tka­nie. Chodźmy z nią się przy­wi­tać.

Fąfel pod­bie­gał do przodu, machał ogo­nem, cze­kał i wra­cał do nich.

- Szczę­śliwy psiak. A twoja bab­cia kim jest?

- Pocho­dzi z Widzą­cych. Jest cza­row­nicą z domieszką elfiej krwi. W prze­szło­ści była tao­ise­achem.

- Aha, czyli obo­wią­zują kaden­cje.

- Nie, ona zre­zy­gno­wała. Po niej był ktoś inny, potem mój tata, a teraz jest Keegan. Wyja­śnię ci przy oka­zji.

- A twój dzia­dek?

- Nie ma go tutaj i lepiej, żeby tak zostało. To on jest tym Wiel­kim Złem. - Skrę­ciła na drogę do chaty Mair­gh­read. - Mam ci tyle do opo­wia­da­nia.

- Coraz wię­cej się tego zbiera.

- Pozwo­liła mi wyje­chać, cho­ciaż bar­dzo cier­piała. Po śmierci taty przy­sy­łała tamte pie­nią­dze, które matka przede mną ukry­wała. I z pew­nych powo­dów, z któ­rych jeden już teraz mogę ci wyja­wić, spra­wiła, że je zna­la­złam, bo wie­działa, że czu­łam się nie­szczę­śliwa. Potem wybór już nale­żał do mnie. Mogłam rzu­cić pracę w szkole i przy­le­cieć do Irlan­dii. Wycza­ro­wała tamtą chatę nad zatoką i przy­słała Fąfla. To on mnie tutaj dopro­wa­dził.

Ona mnie kocha tak, jak kie­dyś tata, któ­rego ledwo pamię­tam. Tak samo jak ty, Der­rick i Sally mnie kocha­cie. Bez­wa­run­kowo. I otwo­rzyła mi świat.

- Już czuję, że też ją poko­cham.

Pośród morza kwia­tów, nad któ­rymi uno­sił się zapach jesieni, stała solidna chata z kamien­nych cio­sów, kryta strze­chą. Otwarte, jaskra­wo­nie­bie­skie drzwi zapra­szały do środka.

Mair­gh­read wyszła na próg ubrana w długą suk­nię w kolo­rze leśnej zie­leni. Ogni­sto­rude włosy miała uło­żone w koronę. Z zamglo­nymi ze wzru­sze­nia nie­bie­skimi oczami przy­ci­snęła dłoń do serca.

- Jeste­ście jak dwie kro­ple wody - wyszep­tał Marco. - A ona wcale nie wygląda na babkę.

- Wiem. Bab­ciu!

Marg otwo­rzyła ramiona, a Breen się w nie wtu­liła.

- Mo stor. Witaj w domu. Tak się cie­szę. Moja słodka dziew­czynka. Jesteś szczę­śliwa. - Ujęła w dło­nie jej twarz. - Czuję to i widzę. Moje serce prze­peł­nia radość.

Ponow­nie przy­tu­liła Breen i ponad ramie­niem dziew­czyny uśmiech­nęła się do jej towa­rzy­sza.

- Ty jesteś Marco, prawda?

- Tak, pro­szę pani.

- Witaj, zawsze będziesz tu mile widziany. - Wycią­gnęła do niego dłoń. - Moje drzwi są dla cie­bie otwarte. Mia­łeś dziwną podróż. - Na moment przy­trzy­mała w uści­sku rękę Marco, obej­mu­jąc spoj­rze­niem jego twarz; ciemne oczy, schludną kozią bródkę i nie­śmiały uśmiech. - Jesteś dobrym przy­ja­cie­lem mojej Breen Sio­bhan i dobrym czło­wie­kiem. Widzę to i dzię­kuję bogom. Wejdźmy do środka i usiądźmy.

Prze­pro­wa­dziła ich do kuchni przez salon z ogniem jarzą­cym się w kominku i mięk­kimi kana­pami zarzu­co­nymi hafto­wa­nymi podusz­kami.

- Kuch­nie są dla rodziny. Napi­jemy się her­baty, a Sedric rano upiekł cytry­nowe cia­steczka.

- Gdzie on jest?

- Och, kręci się po oko­licy - wyja­śniła Marg.

- Nie, bab­ciu, ja zapa­rzę her­batę, a ty posiedź z Marco.

- Zgoda. - Marg usia­dła przy małym kwa­dra­to­wym stole i gestem dłoni zachę­ciła chło­paka, żeby do niej dołą­czył. - A więc jesteś muzy­kiem.

- Pró­buję nim być. - Teraz widział, że Breen odzie­dzi­czyła rysy po Marg i po swoim ojcu, czło­wieku, któ­rego poko­chał. - Opła­cam czynsz, pra­cu­jąc w barze.

- U Sally. Breen opo­wia­dała mi o nim, o Der­ricku i lokalu, który pro­wa­dzą. Sedric mówił, że ludzie dobrze się tam bawią.

- Zaj­rzał do nas?

- To ten srebr­no­włosy męż­czy­zna, który według cie­bie był wytwo­rem mojej wyobraźni - wtrą­ciła Breen, odmie­rza­jąc liścia­stą her­batę z jed­nego ze sło­jów na półce.

- Och, wybacz.

- Widzisz, my mar­twi­li­śmy się o Breen. Coraz bar­dziej w ostat­nim roku czy dwóch. Wbrew sobie cho­dziła do tam­tej szkoły, bo nie czuła powo­ła­nia do zawodu nauczy­cielki.

- Bo go nie mia­łam. - Breen wrząt­kiem z mie­dzia­nego czaj­nika na kuchni zalała liście her­baty w nie­bie­skim imbryku i spraw­dziła, czy opa­dły na dno.

- Może i nie mia­łaś, ale byłaś dobrą nauczy­cielką, po pro­stu nie doce­nia­łaś swo­ich umie­jęt­no­ści. I to wła­śnie mnie mar­twiło. - Prze­nio­sła wzrok na Marco. - Ona miała takie niskie mnie­ma­nie o sobie, takie skromne ocze­ki­wa­nia.

Ośmie­liło go podo­bień­stwo łączące babkę i wnuczkę. Jej słowa były mio­dem na jego serce.

- Nic dodać, nic ująć.

Marg przy­jęła ze śmie­chem jego uwagę i prze­chy­liła się kon­fi­den­cjo­nal­nie nad sto­łem.

- Far­bo­wała na brą­zowo te cudowne włosy, żeby przy­pad­kiem nikt ich nie zoba­czył, ukry­wała zgrabną figurę pod nie­mod­nymi ubra­niami.

- Tra­fiła pani w samo sedno.

Marg ponow­nie się roze­śmiała, a Breen prze­wró­ciła oczami.

- Może woli­cie zostać sami? - zapy­tała, sta­wia­jąc imbryk na stole.

- Matka tak na nią wpły­wała - ode­zwał się Marco, dopiero kiedy Breen poszła po białe kubki oraz tale­rzyki. - Pani Kelly zawsze była dla mnie miła, ale...

- Nie usły­szysz ode mnie złego słowa na jej temat. Matka to matka, a Breen była owo­cem miło­ści Jen­ni­fer i Eiana.

- Uwiel­bia­łem go. Szcze­rze mi żal, że odszedł. Dzięki niemu zają­łem się muzyką, to on nauczył mnie grać. Poda­ro­wał mi gitarę na dzie­wiąte uro­dziny i odmie­nił mój świat.

- Wspo­mi­nał o tobie.

- Naprawdę?

- Tak, i to czę­sto. Dzięki mojemu synowi zna­łam cię jako chłopca. Jaki talent, mówił, co za bły­sko­tli­wość. Twier­dził, że nie mógłby wyma­rzyć lep­szego przy­ja­ciela dla swo­jej córki. On cię kochał, Marco.

Ze łzami w oczach się­gnęła po jego dłoń i ser­decz­nie ją uści­snęła.

- Skoro tak się zło­żyło, że tutaj się zna­la­złeś, Breen pokaże ci, gdzie Eian spo­czywa. To święte miej­sce. Wiem, że twoja wizyta nie była pla­no­wana, ale szcze­rze mówiąc, jestem zado­wo­lona, że tu przy­by­łeś. Cie­szę się, że mam oka­zję poznać naj­droż­szego przy­ja­ciela Breen po tam­tej stro­nie.

- Jakoś nie potra­fię się tutaj odna­leźć.

- No cóż, tro­chę tego dużo, prawda?

- Wszystko działo się bły­ska­wicz­nie, nie zdą­ży­łam go uprze­dzić. - Breen posta­wiła paterę z cia­stecz­kami i zaczęła nale­wać im her­baty. - Przej­dziemy do chaty nad zatoką, jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu - zwró­ciła się do babki.

- Natu­ral­nie, że nie. Prze­cież należy do cie­bie. Finola wła­śnie zaopa­truje was w zapasy. I nie może się docze­kać, kiedy znowu zoba­czy przy­stoj­nego Marco.

Chło­pak lekko się zaru­mie­nił.

- Nie musiała tego robić. Mogli­by­śmy poje­chać na zakupy do wsi. Jezu, Breen, nie wymie­ni­li­śmy pie­nię­dzy. Nawet nie wiem, ile mam kasy przy sobie.

- W Talamh pie­nią­dze nie są potrzebne.

- No to skąd bie­rze­cie różne rze­czy?

- Wymie­niamy się towa­rami i usłu­gami - wyja­śniła Marg i upiła łyk her­baty. - I z rado­ścią zaję­li­śmy się przy­go­to­wa­niem Fey Cot­tage na wasz przy­jazd.

- Breen mówiła, że naj­pierw tata, a potem bab­cia wysy­łali jej pie­nią­dze.

- Tak było. Zawsze znaj­dzie się spo­sób na ich zdo­by­cie. Trolle fedrują pod zie­mią, no i nie bra­kuje u nas rze­mieśl­ni­ków. Po dru­giej stro­nie, w innych świa­tach mamy swo­ich ludzi zaj­mu­ją­cych się han­dlem.

- To odmie­niło jej życie. Nie same pie­nią­dze, ale świa­do­mość, że ojciec o niej pamię­tał. Mogła rzu­cić to, czego tak bar­dzo nie zno­siła, i sku­pić się na tym, co ją pociąga.

Spoj­rzał na Fąfla, chru­pią­cego przy­smak pod­su­nięty mu przez Breen.

- No i jest książka o tym łobu­ziaku. Kapi­talna. Czy­tała ją pani?

- Tak. Świet­nie napi­sana i zabawna, zupeł­nie jak jej boha­ter.

- Breen jest w trak­cie pisa­nia kolej­nej, tym razem powie­ści dla doro­słych. Nie pozwala mi jej prze­czy­tać.

- Ani mnie.

- Daleka droga do końca - ode­zwała się autorka. - Nie wiem, skąd wzięło się u mnie takie wra­że­nie, że powin­nam pójść na spa­cer i zosta­wić was samych.

- Mamy dużo do nad­ro­bie­nia, prawda, Marco?

- Tak, pro­szę pani.

- Och, mów mi Marg, tak jak wszy­scy. Albo jako brat mojej wnuczki nazy­waj mnie Bab­cią.

W chwili, gdy to mówiła, otwarły się kuchenne drzwi i Marco po raz pierw­szy zoba­czył srebr­no­wło­sego męż­czy­znę.

Breen zerwała się z krze­sła i rzu­ciła mu się na szyję. Marco widział, że to spon­ta­niczne powi­ta­nie nieco go zasko­czyło, ale i bar­dzo ucie­szyło.

- Witaj w domu, Breen Sio­bhan. Witaj, Marco Olse­nie.

- Pan naprawdę ist­nieje. Prze­pra­szam, że w to nie wie­rzy­łem.

- Och, cóż, nie jesteś jedyny.

- Sia­daj, pro­szę cię, usiądź - nale­gała Breen. - Przy­niosę krze­sło od biurka z mojego pokoju. Na­dal tam jest?

- Zawsze będzie - zapew­niła ją Marg.

Breen dosta­wiła jesz­cze jedną fili­żankę i tale­rzyk dese­rowy.

- Po powro­cie do Fila­del­fii poszłam poroz­ma­wiać z matką... Nie było łatwo.

- Wiem, kochana - ode­zwał się Marco.

- Kiedy od niej wyszłam, żeby się uspo­koić, kawał drogi poko­na­łam pie­szo. Zata­iła to wszystko przede mną, moje pocho­dze­nie, mój dar. Zamknęła mnie w pudełku. Rozu­miem, że robiła to ze stra­chu o mnie - zastrze­gła, zanim Marg zdą­żyła otwo­rzyć usta. - A kiedy w końcu usia­dłam na przy­stanku auto­busu, zoba­czy­łam Sedrica. Cze­kał na mnie, bo w tam­tej chwili bar­dzo potrze­bo­wa­łam wspar­cia. Ni­gdy tego nie zapo­mnę. I zawsze będę pamię­tać, co powie­dział mi Keegan. Że jej zacho­wa­nie świad­czyło o stra­chu przede mną. Kim jestem, co mam. I myślę, że wła­śnie dla­tego kie­dyś będę mogła matce wyba­czyć. Ech, lepiej pójdę po to krze­sło.

- Spad­nie jej kamień z serca, kiedy doj­rzeje do wyba­cze­nia - powie­działa z wes­tchnie­niem Marg, gdy Breen znik­nęła za drzwiami. Pod­nio­sła imbryk i nalała her­batę Sedri­cowi. - A teraz, Marco, pomyśl, czego potrze­bu­jesz w cza­sie pobytu tutaj, bo prze­cież nie mia­łeś czasu zabrać żad­nych rze­czy, no i może masz jakieś życze­nia? Zrób listę dla Sedrica, a on wszystko zała­twi.

- Może pan to zro­bić?

- Mogę, i z przy­jem­no­ścią się tym zajmę.

- Bo pan jest... czar­no­księż­ni­kiem? Magiem?

- Po tro­sze. Jestem Hybry­dem.

Ręka Marco zawi­sła nad paterą z cytry­no­wymi cia­stecz­kami.

- Wil­ko­ła­kiem?

- W żad­nym razie, cho­ciaż mam wśród nich paru zna­jo­mych. I zapew­niam cię, że oni wcale nie są żądni ludz­kiego mięsa i krwi w pełni księ­życa. Jestem koto­ła­kiem.

- Coś jakby lwem?

Marg zachi­cho­tała i mach­nęła ręką.

- No, Sedricu, zade­mon­struj to mło­dzień­cowi.

Sedric z uśmie­chem wzru­szył ramio­nami i zmie­nił się w kota. Fąfel pod sto­łem entu­zja­stycz­nie zama­chał ogo­nem, bijąc nim o pod­łogę.

Osłu­piały Marco znie­ru­cho­miał z wytrzesz­czo­nymi oczami.

- Och! - Breen wró­ciła z krze­słem. - Dotąd tego nie widzia­łam. Jak łatwo ci to przy­cho­dzi!

Kot na powrót stał się czło­wie­kiem i pod­niósł fili­żankę.

- Jeste­śmy jed­no­ścią; czło­wiek i duchowe zwie­rzę. Geny cza­row­ni­ków odzie­dzi­czone po przod­kach uła­twiają mi podróże pomię­dzy świa­tami. Powiedz, czego potrze­bu­jesz, a ja ci wszystko dostar­czę.

Marco pod­niósł palec.

- Na pewno przyda się dużo wina.

- Mamy tutaj nieco pysz­nego wina - zaczęła Marg.

- Dzięki, ale nawet po tym wszyst­kim dla mnie pora jest tro­chę za wcze­sna. Może póź­niej się napi­jemy. Czego potrze­buję, jesz­cze nie wiem, to zależy. Breen bała się wra­cać. Była cho­ler­nie zde­cy­do­wana, a jed­no­cze­śnie wystra­szona. Keegan coś powie­dział - to wszystko działo się tak szybko i bez­ład­nie - coś o tym, że może ją zwol­nić z obo­wiązku, z przy­rze­cze­nia.

- Tak było? - upew­niła się Marg.

- Taak. Wtedy ona mi powie­działa o Wiel­kim Złu i wszystko wyja­śniła. Ale nie będę wie­dział, czego potrze­buję, dopóki nie usły­szę, dla­czego ten ktoś chce skrzyw­dzić Breen.

- Nie powie­dzia­łaś mu o Odra­nie?

- Bab­ciu, nie wie­dzia­łam, że on wsko­czy za mną do por­talu, a póź­niej, jak się domy­ślasz, był wstrzą­śnięty i fatal­nie się czuł. Wszystko spi­sa­łam, chcę, żeby Marco naj­pierw to prze­czy­tał, a potem poroz­ma­wiamy.

- O naj­waż­niej­szych spra­wach powi­nien dowie­dzieć się tutaj i teraz, a parę łyków jabł­ko­wego wina nikomu nie zaszko­dzi, nie­za­leż­nie od pory.

Sedric poło­żył dłoń na ramie­niu Marg.

- Ja się tym zajmę.

Roz­dział 2

- Kiedy byłam młoda - zaczęła Marg - znacz­nie młod­sza od cie­bie, wydo­by­łam miecz z jeziora, prze­ję­łam buławę i zosta­łam tao­ise­achem. Odran przy­był do Sto­licy i zoba­czy­łam go takim, jakim chciał, żebym go widziała; przy­stoj­nym, szar­manc­kim, cza­ru­ją­cym i roman­tycz­nym. Zako­cha­łam się w ilu­zji i wyszłam za niego za mąż.

Opo­wia­dała o ich powro­cie na rodzinną farmę w doli­nie, o mie­sią­cach, kiedy oszu­ki­wał ją i jej bli­skich, o przyj­ściu syna na świat, rado­ści, jaką dawało jej dziecko.

Póź­niej, kiedy ock­nęła się z nar­ko­tycz­nego snu, ujrzała praw­dziwe zamiary Odrana. Nocami wysy­sał moc z dziecka, żeby zwięk­szyć swoją potęgę. W Talamh roz­pę­tała się wojna z mrocz­nym bogiem, jego demo­nami, nie­wol­ni­kami i wszyst­kimi zbi­rami, któ­rzy ścią­gnęli tu za nim, i trwała do czasu porwa­nia dziecka. Tym dziec­kiem była Breen.

Marco poczuł przy­pływ wdzięcz­no­ści za wino.

- Breen oka­zała się cen­niej­sza od swo­jego taty, prawda? Jej matką była kobieta.

- Szybko koja­rzysz, Marco. Nasza Breen stała się mostem pomię­dzy świa­tami Fey, ludzi i bogów. Wła­śnie dla­tego ta zale­d­wie trzy­let­nia dziew­czynka potra­fiła oswo­bo­dzić się ze szkla­nej klatki. Oka­zała się sil­niej­sza, niż Odran przy­pusz­czał. Myślę, że ona na­dal nie zdaje sobie sprawy ze swo­jej mocy. I wtedy Eian, tao­ise­ach, popro­wa­dził Fey do ataku na Czarny Zamek. Znisz­czył twier­dzę Odrana, na nowo zablo­ko­wał por­tale mię­dzy naszymi świa­tami, zro­bił wszystko, co było moż­liwe.

- Mama chciała, żeby ojciec wybrał pomię­dzy nią i mną a Talamh - wtrą­ciła Breen. - Jak mógł to zro­bić? Ale prze­ka­zał farmę O'Bro­inom, czyli rodzi­nie Keegana. Ich ojciec poległ w walce w mojej obro­nie. Był ser­decz­nym przy­ja­cie­lem taty. Grał w Guśla­rzach - pamię­tasz tam­ten zespół? Jest na zdję­ciu, które dosta­li­śmy od Toma Swe­eneya, wła­ści­ciela pubu w Dooli­nie.

- Mie­li­śmy tam tra­fić. - Marco znowu wychy­lił parę łyków wina. - To jasne jak słońce, musie­li­śmy spo­tkać Toma, żeby nam opo­wie­dział, jak poznali się twoi rodzice.

- Oni naprawdę się kochali. Myślę, że zawsze tak było. Tata z miło­ści prze­niósł się do Fila­del­fii. Sta­rał się spro­stać ocze­ki­wa­niom mamy i zobo­wią­za­niom wobec swo­jego ludu.

- I tylko uda­wał, że wyjeż­dża na kon­certy?

- Tak. A ona, oczy­wi­ście, o tym wie­działa. Wzbie­rał w niej gniew, rosła fru­stra­cja i w końcu powie­działa mu to samo, co ja usły­sza­łam. Nazwała mój dar aber­ra­cją i ostrze­gła, że mam nie wno­sić tego do jej domu, jeśli chcę być w nim mile widziana.

Marco poszu­kał dłoni swo­jej przy­ja­ciółki i zamknął ją w ser­decz­nym uści­sku.

- Wie­rzyła, że roz­ta­cza nade mną ochronny para­sol, była o tym świę­cie prze­ko­nana, a w rze­czy­wi­sto­ści bro­niła sie­bie i takiego obrazu świata, jaki wolała widzieć.

- Tak mi przy­kro, Breen. - Marco cały czas ści­skał jej rękę.

- Mnie też.

- Myliła się. Nie miała racji. Jej rów­nież jest mi żal. Aber­ra­cja, jasna dupa! - gorącz­ko­wał się. - Oj, prze­pra­szam - zre­flek­to­wał się i zaże­no­wany spoj­rzał na Marg.

- Nie ma za co, zga­dzam się z tobą.

- Jesteś wyjąt­kowa, zawsze wie­dzia­łem, tylko nie wpa­dłem na to, że, no wiesz, mam do czy­nie­nia z bogi­nią i cza­row­nicą. - Obej­rzał się na Marg. - Jak zgi­nął Eian? Skoro znisz­czył twier­dzę Odrana i zamknął por­tale, jakim cudem ten gość na­dal zagraża Breen?

- Nie samej Breen, ale ona sta­nowi klucz. Odran zabił mojego syna. Po jakimś cza­sie usłużna wiedźma, bie­gła w czar­nej magii, pomo­gła mu odbu­do­wać siły i wtedy ponow­nie zaata­ko­wał Talamh. Podej­rze­wam, że uknuł ten pod­stęp, żeby przy­cią­gnąć Eiana i go zamor­do­wać. Zabić syna, który nie pod­po­rząd­ko­wał się woli ojca.

- A teraz wyciąga łapy po Breen. Przy­kro mi, że musi­cie pro­wa­dzić te wojny z jakimś sza­lo­nym bogiem, ale zapy­tam, z całym sza­cun­kiem, czy dla niej nie byłoby lepiej, gdyby jed­nak została w domu? Tam, gdzie ten oszo­łom nie może jej dopaść? Breen, ja nie zga­dzam się z twoją mamą. Bądź, kim chcesz, rób to, co kochasz, ale, dziew­czyno, żadna z cie­bie wojow­ni­cza księż­niczka.

- Tre­no­wa­łam całe lato, oczy­wi­ście nie mówię o roli księż­niczki. Uczy­łam się wal­czyć mie­czem.

Pac­nął ją w ramię.

- Aku­rat.

- Potra­fię się bro­nić. I, Marco, żadne miej­sce nie jest bez­pieczne. Ani dla mnie, ani dla nikogo.

- On nie odpu­ści - ode­zwała się Marg. - Doj­dzie do kolej­nej bitwy, poleje się krew, będą ofiary. Sta­wimy opór, do ostat­niego wojow­nika. Ale jeżeli nas pokona i obróci Talamh w perzynę, przyj­dzie kolej na twój świat. Znaj­dzie się wielu chęt­nych, goto­wych pójść za nim, żeby zabi­jać i palić. On będzie rósł w siłę, a wraz z nią jego ape­tyt na wię­cej.

- Chcesz powie­dzieć, że on znisz­czy zie­mię, całą pla­netę?

- Nasz świat, twój, wszyst­kie światy. Z każ­dym kolej­nym pod­bo­jem będzie rosła jego pew­ność sie­bie. Czy rozu­miem dąże­nie Jen­ni­fer do trzy­ma­nia Breen pod klo­szem? Ow­szem. Nie­stety, ona ni­gdy nie przy­jęła do wia­do­mo­ści, że jej córka jest naj­waż­niej­sza w tej spra­wie. Nie można jej sku­tecz­nie ukry­wać. Prę­dzej czy póź­niej on ją znaj­dzie; ją albo jej dziecko. Jako bóg dys­po­nuje nie­skoń­czo­nym cza­sem.

- Chcia­ła­bym kie­dyś mieć dzieci. Jed­nak wie­dząc to wszystko, ni­gdy się nie odważę.

- Jezu, Breen.

- Muszę go powstrzy­mać. To jest mój lud. Wiem, jak to brzmi, ale...

- Brzmi przy­zwo­icie.

- Będą wal­czyć. Jestem im potrzebna.

Poki­wał głową z prze­cią­głym wes­tchnie­niem.

- Widzia­łem Won­der Woman, wiem, o co cho­dzi.

- Cztery razy. Oglą­da­łeś ten film czte­ro­krot­nie.

Popra­wił ją, poka­zu­jąc pięć pal­ców.

- Tylko bóg może zabić boga, tak to działa, no nie?

- Córka syna jest mostem pomię­dzy świa­tami. - Breen poczuła wagę tych słów, tej myśli. Prawdy, która wraz z tymi sło­wami przez nią prze­pły­nęła. - Most wie­dzie do świa­tła albo ciem­no­ści. Droga ma trzy etapy. Prze­bu­dze­nie, prze­miana, wybór.

Marco zanie­mó­wił na moment.

- Co to było? Prze­po­wied­nia? Potra­fisz także prze­wi­dy­wać przy­szłość?

- Cza­sami. Ale na­dal jestem tą samą Breen, Marco.

- A kto mówi, że nie? Dobra, w takim razie, zaczy­nam mniej wię­cej ogar­niać, co mi się przyda. O ile zechce mi pan pomóc - zwró­cił się do Sedrica.

- Z przy­jem­no­ścią.

- Jest tego sporo, bo trudno prze­wi­dzieć, ile czasu tutaj zostanę. Nie ruszę się stąd, dopóki nie poślemy tego pie­prz­nię­tego boga do pie­kła.

- Marco...

- Ja też mam prawo wyboru, dziew­czyno, i wła­śnie go doko­na­łem.

- Bra­kuje ci mocy. Nie masz poję­cia, do czego Odran jest zdolny.

- Wystar­czy mi to, co usły­sza­łem, i boję się jak cho­lera. Ale zostaję. - Wypro­sto­wał i uniósł wska­zu­jące palce. - Koniec, kropka. Jeśli zamie­rzasz zrzę­dzić, popro­szę bab­cię o gościnę. Breen, popatrz mi pro­sto w oczy i powiedz, że gdy­bym ja był na twoim miej­scu, zosta­wi­ła­byś mnie i pole­ciała do Fila­del­fii.

- Jeżeli coś się tobie sta­nie...

- To samo doty­czy cie­bie. A więc temat zamknięty. Chyba muszę poży­czyć coś do pisa­nia i zro­bię listę.

Breen wie­działa, że nie ma sensu dłu­żej z nim się spie­rać. Po cichu liczyła, że za parę dni przej­dzie mu zapał. Dobrze wie­działa, że Marco był stu­pro­cen­to­wym miesz­czu­chem, przy­wy­kłym do nowo­cze­snych udo­god­nień.

Im dłu­żej będzie sie­dział w Talamh bez dostępu do tech­no­lo­gii i wygód, tym łatwiej będzie nim... mani­pu­lo­wać. Szcze­gól­nie, jeśli uda się jej go prze­ko­nać, że ma dla niego ważne zada­nie po dru­giej stro­nie.

W tej chwili nic takiego nie przy­cho­dziło jej do głowy.

Gdy wra­cali na farmę, poka­zała mu dwa smoki z jeźdź­cami sunące pod nie­bem.

- Zwia­dowcy.

- A więc te smoki są w róż­nych kolo­rach. A ludzie? Znajdę kogoś podob­nego do mnie?

- Tak, i o two­jej orien­ta­cji. Tutaj miłość jest miło­ścią.

- Miło sły­szeć. W tej chwili nie szu­kam przy­gód, ale dobrze wie­dzieć, że ludzie tu mają otwarte umy­sły.

- I serca. Nie­stety, jak wszę­dzie, tak i tutaj znaj­dziesz grupę kse­no­fo­bów. To Świę­to­bliwi - człon­ko­wie reli­gij­nej sekty. Na początku byli nie­szko­dliwi, ale stop­niowo scho­dzili na drogę ciem­no­ści. Nie­któ­rzy Fey poszli w ich ślady. Pamię­taj, że jeżeli chcesz zostać i swo­bod­nie się poru­szać, musisz nauczyć się jeź­dzić konno.

- Myślisz, że nie dam rady? - Zaha­czył kciuki za pasek spodni i kro­czył z dum­nie wypiętą pier­sią. - Chęt­nie spró­buję. A skoro ty nauczy­łaś się machać mie­czem, ja też mogę.

- Kiep­sko mi to wycho­dzi.

- Aku­rat.

- Zapy­taj Keegana. Tre­no­wał mnie i pierw­szy ci to powie.

Marco ją objął, Fąfel trzy­mał się bli­sko nich.

- Zamie­rzasz roman­so­wać z tym cia­chem?

- W tej chwili mnie także nie inte­re­sują romanse. I wąt­pię, aby on miał na nie ochotę. Coś wisi w powie­trzu.

- Idziesz na całość. - Zama­chał rękami.

- Cała w tym tkwię. - Powtó­rzyła jego gest. - Wyczu­wam coś w rodzaju napię­cia. O to mu wła­śnie cho­dzi. Nie ma go tutaj, ale się zbliża. - Wzdry­gnęła się. - Jesz­cze nie teraz. Zabie­rzemy moje rze­czy i prze­nie­siemy się do chaty. Chyba będzie łatwiej, jak prze­czytasz wszystko, co napi­sa­łam. Jeżeli będziesz miał jakieś pyta­nia, chęt­nie na nie odpo­wiem.

- Dobra, czyli przej­dziemy stąd do Irlan­dii? Przez któ­ryś z tych wietrz­nych tuneli?

- Tym razem będzie ina­czej, nie tak dra­ma­tycz­nie.

Fąfel z rado­snym szczek­nię­ciem odłą­czył się od nich. Zwin­nie prze­sko­czył murek i popę­dził do dwójki dzieci i pil­nu­ją­cej ich suczki wil­cza­rza irlandz­kiego.

- Te chło­paczki to Finian i Kavan. Widzisz tamtą kobietę w ogro­dzie? To Aisling, ich mama. Sio­stra Keegana i Har­kena.

- Wszy­scy tu są tacy uro­dziwi.

Prze­szli przez furtkę. Aisling, z ciem­nymi wło­sami zwi­nię­tymi w węzeł, wytarła ręce o spodnie i z dło­nią opartą na zaokrą­glo­nym brzu­chu zbli­żyła się do nich.

- Witaj, Breen Sio­bhan. Witaj. Wró­ci­łaś, tak jak obie­ca­łaś. Ni­gdy nie powin­nam w to wąt­pić. - Zamknęła Breen w obję­ciach. - Ogrom­nie mi wstyd.

- Nie­po­trzeb­nie. Wiem, jak bar­dzo się tym gry­złaś, i rozu­miem dla­czego. Poznaj Marco.

- Już sły­sza­łam o tobie. Podobno prze­ko­zioł­ko­wa­łeś do Talamh. Jak się czu­jesz?

- Już dobrze. Dzięki. Miło mi cię poznać.

- I wza­jem­nie. Napi­je­cie się her­baty? Mab popil­nuje chłop­ców, a my pój­dziemy do domu.

- Wra­camy od babci, pili­śmy tam i her­batę, i wino. Chcia­ła­bym zabrać moje rze­czy i prze­nieść je do Fey Cot­tage.

- Och, już zostały prze­nie­sione. Morena zajęła się twoją ele­gancką gar­de­robą. A Marco ma wyczysz­czone ubra­nie.

- Dzięki. Poży­czy­łem rze­czy od two­jego brata. Od Har­kena.

- To nie pro­blem. Ma ich sporo.

Star­szy z chłop­ców przy­ga­lo­po­wał do nich z toczą­cym się z tyłu młod­szym bra­tem.

- Nie­długo mam uro­dziny - ogło­sił Finian. - Będzie­cie tutaj wtedy.

- W Sam­hain. - Breen przy­kuc­nęła. - Pamię­tam. Skoń­czysz trzy lata.

- Fin, przy­wi­taj się z przy­ja­cie­lem Breen. Pan ma na imię Marco.

Chłop­czyk opu­ścił głowę.

- Dzień dobry.

- Jest tro­chę nie­śmiały przy obcych. Nato­miast ten - dokoń­czyła Aisling, kiedy Kavan zrów­nał się z nimi i ucze­pił nóg Marco - wręcz prze­ciw­nie.

Marco wziął malu­cha na ręce.

- A ty jak masz na imię?

- To nasz Kavan - powie­działa Aisling, kiedy malec, gawo­rząc, opo­wia­dał coś Marco. - Pierw­szy raz widzi obcego.

Kavan, zaśmie­wa­jąc się, zamknął w pią­stce pęk war­ko­czy­ków.

- Cacy!

- Mnie też się podo­bają.

Potem, nie prze­sta­jąc gawo­rzyć, wycią­gnął ramionka do Breen.

- Kiedy masz ter­min? - Marco zwró­cił się do Aisling.

- Około święta Imbolc. Na początku lutego - zre­flek­to­wała się, widząc jego nie­pewną minę. - Jestem na pół­metku. Liczę, że tym razem będzie dziew­czynka, bo jak widzisz, mam już dwóch łobu­zia­ków.

- Tęsk­ni­łam za tymi urwi­sami - powie­działa Breen i poła­sko­tała Kavana nosem po policzku, zanim posta­wiła go na ziemi. - Jutro wra­camy. Będę tak samo jak wcze­śniej pra­co­wała z bab­cią. Prze­każ Keega­nowi, że jeśli chce, możemy zacząć tre­no­wać.

- Och, na pewno będzie chciał. On i mój mąż Mahon - wyja­śniła Marco - wrócą przed wscho­dem księ­życa. Zaglą­daj­cie do mnie, kiedy znaj­dzie­cie czas. Oboje jeste­ście mile widziani. Chodź­cie, dzieci. Czy obie­ca­li­śmy wuj­kowi Har­ke­nowi, że zro­bimy porządki w warzyw­niku? Bło­go­sła­wień­stwo dla was obojga - powie­działa na poże­gna­nie, odda­la­jąc się z chłop­cami.

- I dla cie­bie! - zawo­łała za nią Breen. - Fąfel, do nogi.

Kiedy wyszli za bramę, Breen wska­zała ręką pas ziemi za drogą.

- Por­tal jest w tam­tym drze­wie. Albo drzewo jest por­ta­lem, sama nie wiem.

Powiódł spoj­rze­niem za jej ręką. Po dru­giej stro­nie drogi wyra­stał kolejny kamienny murek, a za nim, aż po wzgó­rza, cią­gnęły się łąki z pasą­cymi się sta­dami owiec.

Drzewo z koroną o śred­nicy ponad sze­ściu metrów wyra­stało ze skal­nego usy­pi­ska. Grube konary zwi­sały ku ziemi, nie­które nawet jej doty­kały i w poło­wie dłu­go­ści z powro­tem wygi­nały się ku górze. Liście, które Breen zapa­mię­tała z lata jako soczy­ście zie­lone, miały teraz czer­wo­nawą barwę.

- Co to za drzewo?

- To Powi­talne Drzewo i por­tal, chyba ten główny, pomię­dzy Talamh i Irlan­dią.

Zapro­wa­dziła go pod drzewo. Fąfel wysfo­ro­wał do przodu, wdra­pał się na usy­pi­sko po sied­miu skal­nych wystę­pach, przy­cup­nął na kona­rze i szczek­nął, jakby ich pona­gla­jąc.

- No dobra. Jeżeli zemdleję, możesz odra­to­wać mnie tam­tym piwem albo tym czymś, co w nim było.

- Mogę, ale nie będzie takiej potrzeby. Sam zoba­czysz róż­nicę - uspo­ka­jała go, kiedy wspi­nał się za nią po skał­kach. - Będzie wiało, ale nie tak mocno jak wtedy. Zoba­czysz błysk i już znaj­dziemy się po dru­giej stro­nie. Nie zdziw się, jeżeli tra­fimy na deszcz. Ni­gdy nie wia­domo.

- Myślę, że mnie już chyba nic nie zdziwi. Ni­gdy.

Obej­rzała się i wycią­gnęła do niego rękę. Widziała, że się boi, jed­nak prze­wa­żała lojal­ność.

- Trzy­maj się mnie. Rusz się, Fąfel. Już idziemy. Postaw stopy na tym kona­rze. Pew­nie będziesz miał wra­że­nie, że spa­dasz, ale...

Bły­snęło świa­tło, powiew wia­tru wzbu­rzył jej włosy.

- Widzisz, nic się nie stało.

- Prze­szli­śmy? Poczu­łem jedy­nie szarp­nię­cie w oko­licy żołądka, ale... Na pewno jeste­śmy po dru­giej stro­nie?

- Tak, teraz czeka cię już tylko zej­ście w dół.

- Tro­chę trzęsą mi się nogi - wyznał. - Ale to pestka w porów­na­niu z tym, co było wtedy. I wcale nie pada.

- Mamy szczę­ście, nie zmok­niemy, chata stoi jakieś pół­tora kilo­me­tra stąd.

- Wszystko wygląda mniej wię­cej tak samo.

- Pozor­nie. Wczo­raj padało i byłeś w szoku, dla­tego nie widzia­łeś, że w Talamh są dwa księ­życe.

- Dwa?

- Gdy jeden jest w nowiu, dru­giego ubywa.

- Super. Koniecz­nie muszę je zoba­czyć. Wiesz co, Breen, prze­cho­dzi­łem przez ten las, kiedy pró­bo­wa­łem uczyć się irlandz­kiego w wio­sce, i ni­gdy nie widzia­łem tego drzewa. A prze­cież trudno je prze­oczyć. Jest potężne i wyra­sta ze skały. Zresztą może odwrot­nie, to skała wyra­sta z pnia.

- Nie mia­łeś go zoba­czyć. Spójrz na zega­rek.

Zer­k­nął i cicho się zaśmiał.

- No i pro­szę. Cho­dzi. - Wycią­gnął komórkę z kie­szeni poży­czo­nych spodni. - Też działa.

- Pierw­sza rzecz, tele­fon do Sally - zade­cy­do­wała. - Naj­le­piej, jak mu powiesz, że posta­no­wi­łeś mi towa­rzy­szyć i wczo­raj pole­cie­li­śmy samo­lo­tem. Chcesz posie­dzieć tu kilka dni i...

- Nie wiem, jak długo zostanę, i tak wła­śnie mu powiem. Nie sprze­czaj się ze mną, Breen. Jesteś na mnie ska­zana. Damy radę. Przej­dziemy przez to razem. I nauczę się jeź­dzić konno. Wio!

- Nie myśl, że to takie pro­ste. Przez wiele dni cho­dzi­łam z obi­tym tył­kiem. Jestem zła na sie­bie, że cie­szy mnie twoja obec­ność.

- I nie pozbę­dziesz się mnie. Słu­chaj, czy w tym, co napi­sa­łaś, jest coś o sek­sie z Gorą­cym Wodzem?

- Ja... cho­lera. Słu­chaj...

- Za późno. Obie­ca­łaś, że dasz prze­czy­tać całość. Może oboje nie jeste­ście teraz w nastroju na piesz­czoty, ale nie myśl, że nie widzia­łem, jak on na cie­bie patrzył.

- Jak­bym była dla niego kolej­nym wrzo­dem na tyłku?

- Nie. Chciał­bym, żeby na mnie ktoś tak kie­dyś patrzył. - Z roman­tycz­nej duszy Marco wydarło się ciche wes­tchnie­nie. - Nawet nie pró­bo­wał mi oddać, jak go ude­rzy­łem, gdy myśla­łem, że chce cię skrzyw­dzić. A prze­cież mógł mną wytrzeć pod­łogę albo zmie­nić mnie w kum­kwat czy jesz­cze co innego, a jed­nak tego nie zro­bił.

- Keegan sza­nuje lojal­ność i przy­jaźń.

- Sally twier­dzi, że on ma klasę.

- Pew­nie ma.

- Pamię­tam tę ścieżkę. Jasna dupa! Tędy można dojść do wsi. Zatoka jest po tam­tej stro­nie. Przy­naj­mniej była po tam­tej stro­nie. Wiesz co, to nie­sa­mo­wite!

Wcią­gnął głę­boko powie­trze.

- Czu­jesz? To chyba zapach zatoki. I... dymu.

- Napa­lili dla nas w komin­kach. - Wska­zała rzed­nie­jące drzewa. - Zobacz.

Chata stała na swoim miej­scu, strużki dymu z komi­nów wiły się nad dachem kry­tym strze­chą. Ogród, który Seamus nauczył ją pie­lę­gno­wać, na­dal mie­nił się kolo­rami. Buj­nie rosły kwiaty w donicz­kach, zasa­dzone pod jego okiem.

- To twój dom, Breen. Tak mówiła bab­cia, stwo­rzyła go dla cie­bie. Teraz bar­dziej to do mnie dociera. Ja też cudow­nie się w nim czu­łem.

- Wiem. - Obej­rzała się na psa, drep­czą­cego przy nich w miej­scu. - Bie­gnij, Fąfel.

Szcze­niak pod­sko­czył, puścił się galo­pem po zie­lo­nej tra­wie, zbiegł ze skarpy na łup­kową plażę i wpadł do wody.

- Mor­ski pies - pod­su­mo­wał Marco ze śmie­chem. - Jest nie­sa­mo­wity.

- Wejdźmy do środka. O, w tam­tym miej­scu zwy­kle sia­dy­wa­łam z her­batą. Boże, musisz skosz­to­wać lemo­niady Finoli. Czy­sta magia. Mam nadzieję, że pamię­tali, aby zro­bić zapas coca-coli.

To zupeł­nie jak powrót do domu, pomy­ślała, się­ga­jąc colę z lodówki. Wypiła parę łyków i rozej­rzała się po swo­jej ład­nie urzą­dzo­nej kuchni. Świeżo upie­czony chleb, przy­kryty ście­reczką, cze­kał na bla­cie w kolo­rze łup­ków. Na para­pe­cie obok wazonu z kwia­tami stała kamion­kowa misa ze świe­żymi owo­cami. To samo zastała tutaj za pierw­szym razem. Tak też wszystko wyglą­dało, kiedy stąd wyjeż­dżała.

- Zro­bię nam na kola­cję maka­ron - obwie­ścił Marco, prze­glą­da­jąc zawar­tość sza­fek. - Popatrz na te pomi­dory. Pierw­sza klasa. - Spoj­rzał na zega­rek, prze­li­czył czas. - Pocze­kam z godzinę i zadzwo­nię do Sally. O tej porze mogą jesz­cze spać. Lepiej, żeby zdą­żyli napić się kawy, zanim usły­szą, że dałem dyla.

- Spryt­nie - pochwa­liła. - Zor­ga­ni­zuję miej­sce do pracy dla sie­bie w sypialni na par­te­rze. - Prze­szła do pokoju z wido­kiem na ogród. - No pro­szę. Zro­bili to za mnie. - Pogła­dziła lap­top usta­wiony na małym biurku, w rogu zoba­czyła sta­ran­nie zwi­niętą matę do jogi. Zna­la­zła się tutaj, cho­ciaż Breen jesz­cze nie pomy­ślała, żeby ją przy­wieźć.

- Sedric już tu był i znik­nął - poin­for­mo­wała Marco.

- Co? Jak to?

- Z cza­sem do tego przy­wyk­niesz. - Poszła otwo­rzyć drzwi Fąflowi. Pies bez waha­nia ruszył pro­sto do salonu i po trzech rytu­al­nych obro­tach, z psim wes­tchnie­niem ulgi zwi­nął się w kłę­bek przed komin­kiem.

- Myślisz, że ja też znajdę swoje rze­czy w daw­nej sypialni?

- Zobaczmy. Chcę się roz­pa­ko­wać, a potem siąść do pisa­nia. Praw­do­po­dob­nie wrzucę też na blog post o powro­cie do chaty. A ty znajdź sobie jakieś wygodne miej­sce do czy­ta­nia.

Prze­szli przez salon z kana­pami z obi­ciem w kolo­rze leśnej zie­leni, ze świe­cami, krysz­ta­łami, kwia­tami w wazo­nach i oknami z wido­kiem na błę­kitną wodę.

Ogień syczał i potrza­ski­wał w kominku.

Pies pod­niósł się i podrep­tał za nimi na pię­tro. Na pode­ście Breen naj­pierw skrę­ciła do sypialni Marco.

Gitara stała oparta na sta­ty­wie, harfa wyjęta z fute­rału poły­ski­wała na stole obok key­bo­ardu.

Marco znie­ru­cho­miał, a ona zaj­rzała do szu­flady.

- Swe­try, koszule.

On dopiero po chwili otwo­rzył drzwi gar­de­roby.

- Wszystko na swoim miej­scu - stwier­dził.

- To coś w rodzaju powi­tal­nego gestu. Założę się, że nasze kurtki i pele­ryny wiszą w sza­fie w kory­ta­rzu.

- Naprawdę myślisz, że do tego przy­wyknę?

- Mam nadzieję. Widzisz, kim jestem - dodała z lek­kim ukłu­ciem w sercu.

- Zawsze będę cię kochać, nie­za­leż­nie od tego, kim jesteś. - Pod­szedł do stołu, trą­cił pal­cem struny harfy. - Chcę się nauczyć na niej grać. To naj­lep­szy pre­zent, jaki w życiu dosta­łem.

- Tata mnie kie­dyś uczył i co nieco jesz­cze pamię­tam. Mogę ci poka­zać, ale wiem, że sam świet­nie sobie pora­dzisz.

- Dobra, dobra. - Obszedł pokój, wyj­rzał przez okno. Wszystko wyglą­dało tak, jak zapa­mię­tał. - Może po kola­cji zro­bimy wie­czór muzyczny. Goto­wa­nie i muzyka mogą pomóc mi się odna­leźć. Zejdę do kuchni i zro­bię sos. Niech per­ko­cze na wol­nym ogniu i śle aro­mat do nieba. Wtedy zadzwo­nię do Sally. - Wycią­gnął rękę i wzbu­rzył pal­cami jej pło­mien­no­rude kędziory. - Jesteś, kim jesteś, Breen.

Umo­ściła się na łóżku, Fąfel zwi­nął się w kłę­bek obok niej. Naj­pierw zaj­mie się blo­giem, posta­no­wiła. Tylko krótki wpis. I wyśle go dopiero po tele­fo­nie Marco do Sally.

Jak zacząć? - dumała. Prze­cież nie napi­sze na blogu o tao­ise­achu Talamh i o tym, że przy­le­ciała razem z Marco przez por­tal.

Sie­działa przez chwilę, myśląc o tym, że znowu tu jest, że wró­ciła i czuje się u sie­bie. Wspo­mi­nała, jak latem cie­szył ją samotny pobyt w cha­cie i świa­do­mość, że naresz­cie żyła, jak chciała.

Z kuchni docho­dził głos Marco. Pod­śpie­wy­wał, przy­rzą­dza­jąc coś z tam­tych dorod­nych pomi­do­rów. Jego obec­ność była dla niej niczym cie­pły pled w chłodny pora­nek. Po pro­stu pod­no­siła na duchu, tak jak widok psa drze­mią­cego tuż obok czy kwia­tów tuż za drzwiami do ogrodu.

Zaczęła post od powrotu do Irlan­dii. Dopiero teraz napi­sała na blogu o spo­tka­niu z bab­cią, o śmierci ojca i o tym, jak smu­tek po tej stra­cie zre­kom­pen­so­wała radość z odna­le­zie­nia rodziny i przy­ja­ciół.

Zado­wo­lona zamknęła blog i otwo­rzyła plik z powie­ścią.

Sku­piła się na pisa­niu, zato­piła w fabule.

Roz­dział 3

W końcu ode­rwała wzrok od kla­wia­tury. Była jak wyrwana z transu. Ow­szem, w miesz­ka­niu w Fila­del­fii też nie­źle jej szło, ale nie tak, jak tu. Może po powro­cie do miej­sca, gdzie zaczęła podróż, obu­dził się w niej jakiś rodzaj szcze­gól­nej ener­gii. Napi­sała ciur­kiem dzie­sięć stron!

Dopiero teraz poczuła zapach sosu pomi­do­ro­wego, dostrze­gła zmianę świa­tła. Fąfel znik­nął.

Zamknęła kom­pu­ter i prze­szła do kuchni. Zna­la­zła Marco przy stole w czę­ści jadal­nej. Ze zmarsz­czo­nym czo­łem wpa­try­wał się w ekran lap­topa. Fąfel pod­niósł się z miej­sca przy pale­ni­sku i otarł o jej nogi.

- Sally? - zapy­tała.

- Zała­twione. Jest zado­wo­lony, że przy­je­cha­łem z tobą. - Ode­rwał wzrok od tek­stu i popa­trzył jej w oczy. - Breen, to, co tutaj wyczy­ta­łem, nie wygląda dobrze. Naprawdę. Ja pier­ni­czę, o mało nie zgi­nę­łaś. Dwu­krot­nie.

- Ale prze­ży­łam. Marco, on nie chce, żebym umarła. Szy­kuje coś gor­szego. - Prze­szła do kuchni i nasy­pała Fąflowi karmy do miski. - Mam wię­cej siły niż kie­dyś. I będę jesz­cze sil­niej­sza.

- Jak zamie­rzasz go poko­nać?

- W tej chwili nie znam odpo­wie­dzi. - Wybrała wino. - Ale przy­pusz­czam, że doj­dzie do poje­dynku mocy.

- On jest pie­przo­nym bogiem. Taki drugi Loki, tyle że pozba­wiony zabaw­nych cech.

- W moich żyłach jego krew mie­sza się z krwią pozo­sta­łych przod­ków. Mam prze­wagę. Nie pytaj mnie, czy się boję.

- Jasne, była­byś głu­pia albo sza­lona, gdy­byś się nie bała. Czy Keegan sam nie może go zała­twić? No, dobra. - Wstał i gesty­ku­lu­jąc, krą­żył po pokoju. - Rozu­miem, że zro­biłby to, gdyby mógł. Tro­chę go pozna­łem i dowie­dzia­łem się co nieco o ludziach po tam­tej stro­nie. Jesz­cze nie prze­czy­ta­łem cało­ści, ale mniej wię­cej wiem, jak wygląda sytu­acja. W każ­dym razie z two­jego punktu widze­nia.

- Mój ojciec usi­ło­wał go powstrzy­mać.

- Wiem, kochana. Wiem. A tamta wiedźma z dwu­gło­wymi wężami. - Wzdry­gnął się, zanim ode­brał od Breen kie­li­szek. - Panicz­nie ich się boję, zupeł­nie jak Indiana Jones.

- Raz mnie pode­szła. - Unio­sła kie­li­szek w geście toa­stu i upiła kilka łyków. - Wię­cej mnie nie zasko­czy.

Przez chwilę przy­glą­dał się jej z zacie­ka­wie­niem.

- Wczo­raj bar­dziej się bałaś.

- Może powrót tutaj obu­dził we mnie odwagę. Nie dla­tego, że jestem głu­pia czy sza­lona. Wiem, że nie­raz spa­ra­li­żuje mnie strach. Ale cze­goś o sobie się dowie­dzia­łam, a ile jesz­cze się dowiem? Im lepiej sie­bie poznaję, tym wię­cej czuję. Radzę sobie, będę bar­dziej się sta­rać, ale już teraz nie­źle mi idzie. I to mi daje satys­fak­cję.

Bałam się pisać, długo mnie musia­łeś nama­wiać, aż w końcu się odwa­ży­łam. I udało się. Będę się roz­wi­jać, ale już jest dobrze. Cie­szę się. Zamie­rzam zgłę­biać magię. Sporo umiem, a jesz­cze wię­cej się nauczę. To też spra­wia mi radość.

Prze­szedł do kuchni i pomie­szał sos.

- Pisa­nie nie budzi śmier­tel­nych snów - rzu­cił przez ramię.

- Prze­czy­ta­łeś tamtą wizję o chłopcu na ołta­rzu? Co Odran i jego demony z nim zro­bili?

- Osłu­pia­łem. To nie był film, gdzie wszystko jest na niby. To działo się naprawdę.

- Czy mam prawo odwró­cić się od nich, jeżeli jestem tą, która może posta­wić tamę złu?

- Niby jak, zapa­la­niem świe­czek? Fakt, to nie­sa­mo­wite, ale tym go nie powstrzy­masz.

- Zapa­la­nie ognia jest pod­sta­wową umie­jęt­no­ścią. - Odsta­wiła kie­li­szek i wypro­sto­wała dłoń. Wykwitł na niej czer­wony pło­mień. - Parzy. - Na dru­giej dłoni wznie­ciła nie­bie­ski ogień. - Albo chło­dzi.

Pod­rzu­ciła oba pło­mie­nie wysoko w górę. Zde­rzyły się z hukiem pio­runu, zaskwier­czały, syp­nęły iskrami i zga­sły.

- Można wpra­wiać powie­trze w ruch. - Pokrę­ciła pal­cem. - Masz cie­pły, łagodny wiatr. - Mach­nęła unie­sioną dło­nią. - Albo lodo­waty wicher.

Powiew pomie­sza­nych wia­trów potar­gał jej włosy i uniósł war­ko­czyki Marco. Potem Breen szybko otwo­rzyła drzwi i wyszła na dwór.

Nakryła dło­nią doniczkę.

- Zie­mia daje życie. - Zamknięte pączki otwarły się pod jej doty­kiem. - Albo je nisz­czy.

Grunt zadrżał.

- Woda karmi glebę i gasi pra­gnie­nie. - Unio­sła i opu­ściła ramię. Wysta­wiła dłoń na deszcz, który pokro­pił z chmur. - Albo staje się topielą. - Mach­nęła ręką. Zatoka zawi­ro­wała, słup wody wystrze­lił wysoko w górę i opadł. - Cztery żywioły łączą się we mnie z pią­tym. Z magią odzie­dzi­czoną po przod­kach. Wiem o tym, Marco. Mam wszystko, co posia­dał ojciec, i jestem też czło­wie­kiem. On, dla mojej matki, po tam­tej stro­nie sta­rał się funk­cjo­no­wać jak zwy­kły męż­czy­zna. Musiał czuć się roz­darty, roz­terki nad­wą­tliły mu ducha, a Odran zna­lazł spo­sób, żeby to wyko­rzy­stać. W końcu go zabił. Mam to coś, czego bra­ko­wało ojcu. Nie wiem, co to jest, jak tego użyć, ale wiem, że mam tego cze­goś wię­cej niż on.

- Dobra, wystar­czy. Muszę się napić. Doleję wina.

Wró­cił do kuchni. Nie mógł utrzy­mać butelki w trzę­są­cej się ręce.

Dołą­czyła do niego, nakryła dło­nią jego dłoń.

- Nie bój się mnie. Chyba pękłoby mi serce, gdy­byś zaczął się mnie bać.

- Nie. Możesz mi nalać? Nie boję się. Ja... osłu­pia­łem. To chyba naj­lep­sze słowo. - Dusz­kiem opróż­nił kie­li­szek. - Ty świe­ci­łaś. Jakby pło­nęło w tobie jakieś wewnętrzne świa­tło. Zdą­ży­łem prze­czy­tać co nieco o tym, czego się nauczy­łaś, ale oglą­da­nie tego...

Oto­czył ją cią­gle tro­chę drżą­cym ramie­niem i przy­tu­lił.

- Zawsze ci mówi­łem, że jesteś wyjąt­kowa. Po pro­stu na otrza­ska­nie się z tą czę­ścią two­jej wyjąt­ko­wo­ści potrze­buję wię­cej czasu.

- Ile tylko chcesz. Może zajmę się czymś nor­mal­nym i zro­bię surówkę do two­jego maka­ronu? Co ty na to?

- Jasne. Idę zamknąć lap­top. Resztę prze­czy­tam póź­niej. Chyba na razie mi wystar­czy. Włą­czę muzykę.

Zaj­mie się czymś nor­mal­nym, prze­mknęło jej przez głowę, gdy obie­rała i kro­iła warzywa. Czy wsu­nię­cie Marco pod poduszkę roz­ma­rynu i krysz­ta­łów na mocny sen będzie czymś nor­mal­nym?

Dla niej tak, a więc posta­no­wione.

Przy kola­cji będą roz­ma­wiać o zwy­kłych rze­czach. Potem pój­dzie do jego sypialni po harfę - przy oka­zji wsu­nie amu­let pod poduszkę - i pokaże mu parę akor­dów, które zapa­mię­tała. Może znie­sie też jego gitarę.

Kiedy wró­cił i nasta­wił wodę na maka­ron, pomy­ślała, że wszystko wygląda tak nor­mal­nie. Jak zwy­kle u nich. Marco spraw­dził, czy surówka gotowa i pomógł jej zro­bić dres­sing, zanim wrzu­cił maka­ron do wody.

- Jak w sta­rych, dobrych cza­sach - powie­dział, a ona się roze­śmiała.

- Wyją­łeś mi to z ust. Pomy­śla­łam dokład­nie to samo. Nakryję do stołu i będziemy uczto­wać.

Fąfel szczek­nął. Zabrzmiało to bar­dziej jak zapro­sze­nie niż ostrze­że­nie. Obej­rzała się aku­rat, gdy Keegan zapu­kał do prze­szklo­nych drzwi.

Mignął jej jesz­cze zło­to­zie­lony koniec ogona Crogi wzla­tu­ją­cego pod chmury.

Z tale­rzem w dłoni poszła otwo­rzyć drzwi.

- Prze­pra­szam - zaczął. - Widzę, że sia­da­cie do posiłku. Nie zajmę wam dużo czasu.

- Hej, wchodź śmiało! - zawo­łał Marco od kuchenki. - Jadłeś kola­cję?

- Ehm, nie. Wpa­dłem tylko...

- Dołącz do nas. Ugo­to­wa­łem mnó­stwo maka­ronu. Dziew­czyno, przy­nieś jesz­cze jeden talerz i nalej gościowi wina.

- Nie chcę prze­szka­dzać.

Breen cof­nęła się od drzwi.

- Nie prze­szka­dzasz. Marco naprawdę zro­bił furę jedze­nia.

- Miło z waszej strony. Ład­nie pach­nie.

- Mam nadzieję, że lubisz spa­ghetti mari­nara.

- Lubię. Dawno tego nie jadłem.

- Czeka cię miła nie­spo­dzianka. - Breen, już nie taka pewna, czy reszta wie­czoru upły­nie nor­mal­nie, nalała wina do jesz­cze jed­nego kie­liszka. - Marco świet­nie gotuje.

- Chcia­łem spraw­dzić, czy już się urzą­dzi­li­ście, i przy­po­mnieć ci, Breen, że jutro spo­ty­kamy się jak zwy­kle. A tym­cza­sem tra­fi­łem pro­sto na kola­cję.

- Zasłu­gu­jesz na nią. Zdej­mij tę piękną kurtkę. Wyznam, że na jej widok skręca mnie z zazdro­ści. Przy­nieś surówkę, dziew­czyno. Możesz po swo­jemu poza­pa­lać świece. Pra­wie się z tym oswo­iłem.

Breen sta­nęła za nim i objęła go ramio­nami.

- Marco się o mnie mar­twi - powie­działa do Keegana.

- Taki los przy­ja­ciół. Zde­cy­do­wa­nie lepiej wyglą­dasz. Morena mówiła, że dosze­dłeś do sie­bie. I pozna­łeś Marg i Sedrica.

- Sedric jest szczę­śli­wym męż­czy­zną. Czy kotem. Spo­tka­łem też twoją sio­strę i chło­pacz­ków. - Marco, jak zawsze w swoim żywiole w kuchni, wyrzu­cił maka­ron na cedzak. - Widzia­łem smoki. Jesz­cze nie wiem, co o tym myśleć. Breen podobno latała na twoim, przy­naj­mniej tak prze­czy­ta­łem w jej dzien­niku.

- Pro­wa­dzisz dzien­nik?

- Tak - odparła, sku­piona na nakła­da­niu sałatki do sala­te­rek.

- Przyda się wię­cej wina - oce­nił Marco. - Keega­nie, mógł­byś otwo­rzyć butelkę? A ja wymie­szam maka­ron z sosem i prze­łożę go do miski. - Cały czas krzą­tał się w kuchni. Pokroił chleb, zro­bił dip, posy­pał maka­ron posie­kaną bazy­lią.

Kiedy wszystko było gotowe, usiadł i uniósł kie­li­szek.

- Miło jeść kola­cję w towa­rzy­stwie. Nasze miesz­ka­nie w Fila­del­fii było za małe na podej­mo­wa­nie gości i naj­czę­ściej sie­dzie­li­śmy U Sally.

- Dobre miej­sce na spo­tka­nia towa­rzy­skie.

- Naj­lep­sze. - Marco nabrał tro­chę surówki na wide­lec i posma­ko­wał. - Wyszła ci, Breen - pochwa­lił. - Czyli Keega­nie, jesteś wielką szy­chą w oko­licy. Zna­czy po tam­tej stro­nie.

- Jestem tao­ise­achem.

- Prze­czy­ta­łem w dzien­niku, jak się nim zostaje. Wska­kuje się do jeziora i takie tam. Zna­la­złeś miecz, wyło­wi­łeś go, no i bum. A prze­cież mogłeś powie­dzieć: "nie, dzięki" i szybko odpły­nąć.

- To wybór.

- Założę się, że w twoim przy­padku nie­ła­twy. Byłeś mło­dym chło­pa­kiem.

Keegan wzru­szył ramio­nami.

- Wystar­cza­jąco doj­rza­łym. Od uro­dze­nia uczy się nas i wdraża do peł­nie­nia roli tao­ise­acha.

- Breen też teraz się uczy i wdraża. Ale nie zosta­nie od razu ważną figurą.

- Jeżeli pole­gnę, może wsko­czyć do jeziora i pod­jąć miecz.

- Nie mów o śmierci. - Zde­ner­wo­wany Marco omiótł nie­spo­koj­nym spoj­rze­niem jej twarz. - Mogłaby, mimo że jest na poły czło­wie­kiem, zie­mianką, czy jak wy tu mówi­cie? - drą­żył.

- Należy też do Talamh, w jej żyłach pły­nie krew Widzą­cych i Sidhe. Wszystko, co pocho­dzi od jej matki i dziadka, czyni ją wyjąt­kową. Spra­wia, że jest, jak wiesz...

- Kimś szcze­gól­nym. - Marco przy­tak­nął skwa­pli­wym ski­nie­niem głową. - Zawsze jej to powta­rzam. Jej mama usi­ło­wała wpę­dzić ją w kom­pleksy. Nic z tego nie wyszło. - Nie prze­sta­jąc mówić, nało­żył sporą por­cję spa­ghetti na talerz gościa.

- Szcze­rze mówiąc, cie­szę się, że wpa­dłeś, bo chcia­łem cię jutro odszu­kać. Hej, jak wła­ści­wie powi­nie­nem się do cie­bie zwra­cać? Sir, wasza wyso­kość czy jesz­cze jakoś ina­czej?

- Nic z tych rze­czy - zaopo­no­wał zmie­szany Keegan. - Abso­lut­nie nie.

- Marco, jedną trze­cią tego. Ożeż kurde! - jęk­nęła Breen, kiedy por­cja maka­ronu wylą­do­wała na jej tale­rzu. - Zawsze za dużo mi nakłada - poskar­żyła się Keega­nowi.

- Przy­było ci tkanki mię­śnio­wej, dziew­czyno. Mię­śnie potrze­bują węglo­wo­da­nów. Ty - zwró­cił się do Keegana - masz w tym swój udział.

- Ehm...

- Tre­nu­jąc ją. Byłem na cie­bie nie­źle wku­rzony, waż­niaku, za to obi­ja­nie mojej dziew­czyny i rzu­ca­nie nią o zie­mię.

- Marco, pro­szę. - Breen czuła, jak rumieńce (prze­kleń­stwo rudziel­ców) wypły­wają jej na policzki. - Zaj­mij się jedze­niem.

- Zaraz się zajmę. A potem przy­szło mi do głowy, że byłeś twardy, bo chcia­łeś, żeby ci się posta­wiła. Żeby obu­dzić w niej wolę walki. Mama Breen... nie zamie­rzam jej dys­kre­dy­to­wać... bo widzisz, kiedy się ujaw­ni­łem, rodzina mnie nie wsparła. Sio­stra była po mojej stro­nie, ale rodzice i bra­cia to już inna histo­ria. A pani Wil­cox oka­zała się życz­liwa, nie robiła z tego pro­blemu, i dla­tego nie mogę za mocno na nią najeż­dżać.

- Ujaw­ni­łeś się? A gdzie się ukry­wa­łeś?

Marco par­sk­nął śmie­chem.

- W sza­fie, chło­pie. Jestem gejem.

- No tak, Breen mówiła, że gej to ktoś, kto woli seks z męż­czy­znami. W Talamh nie mamy takich szaf.

Marco się uśmiech­nął. Keegan nawi­nął spa­ghetti na wide­lec i wsu­nął go do ust.

- Uhm, wyśmie­nite. Chyba lepiej dopra­wione niż tamto, które zapa­mię­ta­łem z Włoch.

- Byłeś we Wło­szech? - Marco wyce­lo­wał w niego dłoń z widel­cem. - Zaraz cię o to zapy­tam, ale naj­pierw dokoń­czę wcze­śniej­szy wątek.

- Kończ, jak chcesz. Ja tym­cza­sem zajmę się jedze­niem.

- Chcę przez to powie­dzieć, że wcale nie jest łatwo się prze­ciw­sta­wiać, wal­czyć o sie­bie, skoro przez więk­szość życia, a w zasa­dzie przez całe, sły­szysz, że masz być potulna. Co wię­cej, wma­wia ci się, że nie wygrasz, bo jesteś za słaba.

Keegan, sku­piony na jedze­niu, przy­ta­ki­wał mu głową.

- Matka Breen się myliła - stwier­dził. - Bez względu na motywy, jakimi się kie­ro­wała, błęd­nie ją oce­niała. - Spoj­rzał pro­sto na Breen zie­lo­nymi oczami w złote cętki. - A teraz już sie­bie znasz. Jed­nak nie myśl, że cię nie położę na łopatki albo nie nabiję ci kilku guzów na tre­nin­gach.

- Bo chcesz widzieć ją żywą - pod­su­nął Marco.

- Taa, chcę ją widzieć żywą.

- I dla­tego posta­no­wi­łem nie wku­rzać się na cie­bie. Poza tym ura­to­wa­łeś ją. Dwu­krot­nie.

- Jej życie nie było aż tak zagro­żone.

- Spró­buj ten dip. Mój wła­sny prze­pis. Spi­ko­wa­łeś z nieba na swoim smoku, kiedy jakiś wal­nięty Elf chciał ją porwać.

- Smaczny. Cie­ka­wie dobrane skład­niki.

- A gdy pogry­zły ją węże tam­tej pod­łej wiedźmy, usu­ną­łeś jad z jej krwi.

- W dużej mie­rze sama ją oczy­ściła.

- Ina­czej to przed­sta­wia, ale skła­niam się ku two­jej wer­sji. Tak czy owak, ona jest dla mnie całym świa­tem i cokol­wiek zro­bisz, nie będę na cie­bie bar­dzo się wku­rzał. Ale pamię­taj, nie wolno ci jej skrzyw­dzić. Chyba powi­nie­nem trzy­mać się z daleka od miej­sca, gdzie ćwi­czy­cie.

- Dobrze wybie­rasz sobie przy­ja­ciół, Breen Sio­bhan.

- Potrak­tuję to jako kom­ple­ment. Marco, lepiej, żebyś dzi­siaj już o tym nie myślał. Mia­łeś ciężki dzień.

- Pra­wie skoń­czy­łem. Chcę, żeby ktoś, może nawet ty, mnie pod­szko­lił. Poza przy­pad­ko­wymi cel­nymi cio­sami, jestem do niczego.

- Twier­dzi, że zostaje - wyja­śniła Breen, kiedy Keegan spoj­rzał na nią pyta­jąco.

- Nie twier­dzę, tylko posta­no­wi­łem. Ta dziew­czyna jest całym moim świa­tem - przy­po­mniał Keega­nowi. - Nie wyjadę, dopóki ona tu będzie.

- W takim razie, bra­cie, odpo­wied­nio cię wyszko­limy, cho­ciaż nie wiem, czy będziesz mi za to wdzięczny. Powi­nie­neś nauczyć się wal­czyć na tyle, aby móc obro­nić sie­bie i innych. Ale zamiast wal­czyć na pię­ści i mie­cze, możesz ina­czej nam poma­gać.

- Niby jak? Nie potra­fię ziać ogniem jak nie­któ­rzy z tu obec­nych.

- Wła­śnie mia­łem popro­sić o dokładkę. Tylko nałóż mniej­szą por­cję niż za pierw­szym razem, bo nawet Croga nie da rady dowieźć mnie do domu.

- Masz na myśli goto­wa­nie?

- Wojow­nicy muszą jeść, solid­nie się odży­wiać. Zor­ga­ni­zuję ci tre­ningi. - Obej­rzał się na Breen. - Na począ­tek naj­le­piej go oddać pod skrzy­dła More­nie. Jest zdy­scy­pli­no­wana i sta­now­cza, ale ma wię­cej cier­pli­wo­ści ode mnie.

- Czy ktoś może mieć jej mniej?

- Nie spo­tka­łem nikogo takiego - odparł swo­bod­nie. - Widać, że masz talent do goto­wa­nia i szkoda go zmar­no­wać. I potra­fisz wypro­wa­dzić porządny cios, co spraw­dzi­łem na wła­snej skó­rze, może więc, tak jak to było z Breen, stać cię na wię­cej, niż myślisz.

Marco oparł pod­bró­dek na pię­ści.

- Ty, taki przy­stojny i wspa­niale zbu­do­wany facet, mówisz mi takie rze­czy? I jak tu się w tobie nie zako­chać?

Keegan par­sk­nął śmie­chem pomię­dzy kęsami maka­ronu.

- Gdy­bym lubił robić te rze­czy z męż­czy­znami, na pewno zale­cał­bym się do cie­bie, choćby ze względu na samą kuch­nię.

- Nikt nie zabra­nia marzyć. No to opo­wiedz nam o Wło­szech. Gdzie byłeś, co widzia­łeś, co tam robi­łeś?

Poro­zu­mieli się, ucie­szyła się Breen. Sie­działa zapo­mniana i patrzyła, jak rodzi się i roz­kwita ich przy­jaźń, gdy Keegan opi­sy­wał dzieła sztuki we Flo­ren­cji, opo­wia­dał o fon­tan­nach w Rzy­mie, dro­gach wiją­cych się wzdłuż wybrzeży i wąskich wiej­skich ulicz­kach.

Kiedy roz­mowa zeszła na rów­niny i góry Mon­tany, pod­nio­sła się i zaczęła sprzą­tać ze stołu.

- Nie, zostań­cie - powie­działa, gdy obaj zerwali się z miejsc.

- Ty goto­wa­łeś, a ty posiedź z Marco i jesz­cze coś opo­wiedz.

Opo­wia­dał. Myła naczy­nia, słu­cha­jąc histo­rii o odle­głych świa­tach. O zło­tych pia­skach, gigan­tycz­nych wydmach i soczy­sto zie­lo­nych oazach. O tęt­nią­cych życiem mia­stach z lata­ją­cymi wysoko samo­lo­tami i dra­pa­czami chmur.

I o świa­tach, gdzie kwit­nie magia, ludzie wiodą pro­ste życie, budują chaty z gliny i słomy, a męż­czyźni polują z oszcze­pami.

Ude­rzyła ją myśl, że takiego Keegana nie znała. Był roz­luź­niony i roz­mowny.

- Ile ich jest? - zapy­tał Marco. - Ile jest tych świa­tów?

- Kto to zgad­nie? My wiemy o dwu­dzie­stu, ale być może jest ich znacz­nie wię­cej.

- Dwa­dzie­ścia? Byłeś we wszyst­kich?

- Nie, gdzie tam. Obo­wiązki nie pozwa­lają mi swo­bod­nie podró­żo­wać. Poza tym ist­nieją miej­sca, do któ­rych prawo zaka­zuje nam jeź­dzić, bo tam jesz­cze trwa ewo­lu­cja. Są tam wody o nie­prze­wi­dy­wal­nym nur­cie i groźne góry. Czynne wul­kany.

- Ha. I dino­zaury?

- Sły­sza­łem histo­rie o tych wiel­kich bestiach.

Breen zosta­wiła ich samych. Poszła na górę i wsu­nęła Marco amu­let pod poduszkę.

Kiedy wró­ciła z harfą, Keegan pod­niósł się z krze­sła.

- Tro­chę się zasie­dzia­łem. - Pod­szedł do Breen i obej­rzał instru­ment. - Praw­dziwe dzieło sztuki.

- Breen mi ją przy­wio­zła.

- Mówiła, że muzy­ku­jesz. Wspa­niały instru­ment.

- Muszę nauczyć się na niej grać. A ty umiesz?

- Tro­chę.

Marco klep­nął go w ramię.

- Poważ­nie? Pokaż nam.

- Powi­nie­nem wra­cać.

- Sły­sza­łam, jak gra­łeś na skrzyp­cach - wtrą­ciła Breen.

- Kiedy? - Zer­k­nął na nią, ścią­ga­jąc brwi.

- Tuż przed moim wyjaz­dem.

- Na pewno uczył cię Eian. Ten czło­wiek wyci­snąłby muzykę z wydrą­żo­nej trzciny - zauwa­żył Marco.

- Ow­szem, ale bar­dzo dużo już zapo­mnia­łem. Przy­jem­nie byłoby posłu­chać kogoś, kto ma lep­szą pamięć. - Keegan jesz­cze się wahał.

Marco dźgnął go pal­cem w ramię.

- Hej, wyobraź sobie, że śpie­wasz przy kola­cji. Następ­nej wspól­nej kola­cji.

- Trudno nie ulec takiej zachę­cie. No dobrze, jedna melo­dia i zni­kam.

Usiadł w salo­nie z harfą na kola­nach, trą­cił smu­kłymi pal­cami każdą ze strun po kolei.

- Dobrze nastro­jona - orzekł.

Odcze­kał moment i zaczął grać.

Dźwięki zda­wały się spły­wać pła­czem ze strun. Piękna, nostal­giczna melo­dia wypeł­niła pokój.

- Znam tę pio­senkę - wyszep­tała Breen. - Pamię­tam ją.

- Powin­naś. To jeden z utwo­rów Eiana. Nazwał ją Serce we łzach. Posmut­nia­łaś. - Keegan prze­stał grać.

- Nie, to nie tak. Pamię­tam, jak ją grał. Sie­dział w ogródku za naszym małym domem. Póź­nym wie­czo­rem, sam. Obser­wo­wa­łam go z okna mojej sypialni, wyda­wał się taki samotny. Wysła­łam mu motyle. - To wspo­mnie­nie przy­wo­łało uśmiech na jej twarz. - Ścią­gnę­łam je myślami i one przy­le­ciały, krą­żyły wokół taty. A wtedy on zadarł głowę, zoba­czył mnie, uśmiech­nął się i posłał mi całusa. Grał w księ­ży­cową let­nią noc, oto­czony wiru­ją­cymi moty­lami. Zasnę­łam z głową opartą na para­pe­cie, a rano obu­dzi­łam się w łóżku. To wszystko było jak sen.

- Pro­szę cię, zagraj to jesz­cze raz.

Keegan powtó­rzył kawa­łek pio­senki, a następ­nie dla zmiany nastroju zastą­pił ją jakąś pogodną i skoczną melo­dią. A potem podał harfę Marco.

- Spró­buj.

- W skle­pie muzycz­nym, gdzie pra­co­wa­łem, mie­li­śmy sporą kolek­cję instru­men­tów, ale takie rary­tasy do nas nie tra­fiały.

Powiódł pal­cami po stru­nach, usta­wił harfę i jesz­cze raz spraw­dził ich ton. I odtwo­rzył coś, co grał na pia­ni­nie U Sally w dniu Świę­tego Patryka.

- No pro­szę. - Keegan obda­rzył go sze­ro­kim uśmie­chem. - Albo masz wielki talent, albo chcia­łeś nas nabrać, mówiąc, że wcze­śniej na tym instru­men­cie nie gra­łeś.

- To miała być Black Velvet Band, tra­dy­cyjna pio­senka irlandzka, ale pogu­bi­łem melo­dię. Muszę wejść na YouTube.

- Mówi o instruk­tażu - wyja­śniła Breen Keega­nowi. - Demon­stra­cji chwy­tów w Inter­ne­cie, którą obej­rzy na kom­pu­te­rze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki