Rozdział pierwszy
Będzie siniak.
Katelyn Loveland wcisnęła hamulec swojej hondy civic. Od siły uderzenia jej poduszka powietrzna mogła wybuchnąć i uderzyć ją w twarz, a wtedy na spotkaniu z rodziną swojego partnera Katie wyglądałaby jak potwór.
Skręciła gwałtownie w lewo.
- Nie, nie, nie! - Pisk opon zlał się z jej krzykiem.
Minęła jelenia na centymetry.
Dzięki Ci, Jezu!
Opony samochodu ześliznęły się za krawędź jezdni. Skręciła kierownicę, ale za mocno. Oddech uwiązł jej w płucach.
Zaczęła kręcić się w kółko, a świat zawirował zielenią, brązem i błękitem. Strach przeszył ją do szpiku kości.
Katie zesztywniała, szykując się na nieuniknione uderzenie o barierkę, drzewo albo skały. Szykując się na poduszkę powietrzną, ból, sińce.
Ale zamiast tego gałęzie złapały samochód w swoje szpony niczym niedźwiedź, drapiąc i skrzypiąc. Honda pochyliła się do przodu.
Krzyk.
A potem nagle auto stanęło.
Uniosła oczy, oddychając niespokojnie. Powoli rozluźniła palce na kierownicy i odchyliła się do tyłu na fotelu. Miała zawroty głowy. Czuła ból. Dotknęła skroni, a jej palce zrobiły się lepkie i czerwone. Musiała uderzyć się w kierownicę. Poduszka powietrzna jednak się nie otworzyła.
Nic mi nie jest.
Wzięła głęboki oddech i spróbowała ocenić sytuację. Pod maską syczało. Pod niebo unosił się dym. Silnik nie działał. Sięgnęła do stacyjki i przekręciła kluczyk.
Nic.
No dobrze, nie podjedzie pod dom zepsutym samochodem - znowu dotknęła czoła - i z urazem głowy. Ale będzie posiniaczona i spóźniona. Nie było mowy o zrobieniu dobrego wrażenia. Musiała zadzwonić do swojego chłopaka; będzie musiał po nią przyjechać.
Telefon miała w torebce, która była... Gdzie? Tam, na podłodze pod siedzeniem pasażera. Wszystko się z niej wysypało. Katie odpięła pas i sięgnęła po komórkę.
Samochód przechylił się jeszcze mocniej w przód.
Zastygła, a serce waliło jak oszalałe. Zapomnij o telefonie. Co się działo? Czy auto się chwiało? Czy mogła się poruszyć?
Powoli, nie oddychając, wyprostowała się na siedzeniu.
Dobry Boże, co się dzieje?
Wyjrzała przez przednią szybę. Ciemny błękit popołudniowego nieba zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Odważyła się pochylić o kilka centymetrów i wstrzymując oddech, szukała wzrokiem ziemi przed autem.
Ale jej tam nie było.
Cooper Robinson wziął zakręt, czując pod sobą silnik swojego triumpha street twin. Owiewał go gorący sierpniowy wiatr, niosący zapach sosen. Jazda przynosiła mu spokój, opanowanie i poczucie wolności. Dźwięk silnika i wibracje motocykla były dla jego duszy jak tlen. Jazda była jego terapią. Jego myśli krążyły dzisiaj wokół rodziny i raczej nie współgrały z tym spokojem, którego szukał.
Szczególnie trudne były myśli o jego bracie Gavinie, a te towarzyszyły mu często, odkąd brat rok temu się rozwiódł. A nawet jeszcze wcześniej - od śmierci jego synka. Te dwa tragiczne wydarzenia były jak ogniwa łańcucha - jedno doprowadziło do drugiego.
Kiedy Gavin przeprowadził się do domu rodzinnego, Robinsonowie otoczyli go wparciem i opieką. Chociaż niewiele to dało. Dopiero od niedawna Gavin dochodził do siebie - ale nie dzięki wysiłkom rodziny.
Cooper przyspieszył na kolejnym zakręcie, próbując się odprężyć. Zazwyczaj nic tak dobrze nie oczyszczało jego umysłu jak jazda po górach otaczających Riverbend, miasteczko ukryte głęboko w Appalachach.
Pokonawszy zakręt, wyprostował motocykl i zauważył ślady ostrego hamowania tuż przed sobą. Widywał je bez przerwy na tutejszych krętych drogach - turyści źle oceniali ostre zakręty pomimo znaków ostrzegawczych.
Ale te ślady były na prostej drodze i wyglądały na świeże; nie zgłoszono tutaj żadnego wypadku. Sądząc po śladach wytracania prędkości na poboczu, prawdopodobnie ktoś próbował wyminąć jelenia albo inne dzikie zwierzę.
Pomimo braku ciała zwierzęcia Cooper zwolnił, szukając wzrokiem pojazdu.
Coś zostawiło ślad na żwirze za krawędzią jezdni i na chodniku tuż za nim. Ktoś stracił panowanie.
A tam, kawałek dalej na lewo - dostrzegł wyrwę w zaroślach, mniej więcej na szerokość samochodu. Zwolnił jeszcze bardziej i podjechał do tego miejsca. Ślady opon prowadziły w zarośla. Niewielki samochód - pomyślał, zgadując na podstawie rozmiaru śladów w błocie. Poczuł ciężar w żołądku - tuż za krzakami zaczynało się strome urwisko.
Zjechał z drogi, by uniknąć kolejnego wypadku, zsiadł z motocykla i zdjął kask. Prawdopodobnie najgorsze już minęło i teraz pozostało tylko śledztwo i być może pogrzeb.
Wyjął telefon, przedzierając się przez krzaki. Brak sygnału. A ponieważ nie był na służbie, nie miał ze sobą radia.
Jego uwagę przykuł błysk czegoś srebrnego. Schował telefon do kieszeni, przeciskając się przez gęste zarośla. Gałęzie kłuły go w szyję i drapały w ręce, ale parł naprzód, zbliżając się do samochodu.
Honda civic ze zgaszonym silnikiem. Tablice z Karoliny Północnej. Tylne koła - o kurczę - kilka centymetrów nad ziemią.
- Halo? - Przedarł się przez niskopienny krzew rosnący przy boku auta. - Słyszysz mnie?
- T... tak, słyszę - odpowiedziała jakaś kobieta.
- Nie ruszaj się. Już idę. - Odsunął gałąź i przesuwał się naprzód, aż znalazł się obok samochodu. Potem ukląkł i ocenił sytuację.
Przednie opony zjechały za krawędź urwiska. Maska sedana była skierowana w dół, a auto balansowało na podwoziu. Pojazd i kierowca spadliby w przepaść - jakieś 15 metrów - gdyby nie samotne drzewo wyrastające ze zbocza urwiska. Jakiś czas temu się złamało i teraz miało półtora metra wysokości. Nie wyglądało na dość mocne, by utrzymać ciężar samochodu. Jeden drobny ruch mógł sprawić, że auto runie w przepaść.
- Nie ruszaj się. - Cooper wstał i podszedł do drzwi kierowcy.
Popatrzył przez otwarte okno. Drobna blondynka po dwudziestce. Przyjrzał się jej. Niewielka rana na czole. Gapiła się przerażona przez przednią szybę.
- Wszystko będzie dobrze. Mam na imię Cooper, a ty?
- Katelyn. Czy ty... Możesz mnie stąd wyciągnąć? - Głos jej drżał. - Nie umiem otworzyć drzwi.
- Jestem zastępcą szeryfa, Katelyn. Wyciągnę cię stąd, ale musisz mi pomóc. - Spojrzał na drzwi, którymi samochód wbił się w duży kamień. - Te drzwi są wgniecione. Masz telefon?
- Tak. Leży tam, na podłodze.
- Siedź spokojnie, dobrze? Przejdę na drugą stronę i go wezmę.
Miał nadzieję, że złapie sygnał, chociaż było to mało prawdopodobne, skoro sam nie miał zasięgu.
Obszedł auto tak szybko, jak umiał. Kiedy podszedł do drzwi pasażera, zauważył, że są sprawne.
- Otworzę teraz i wezmę twój telefon. - Ostrożnie złapał za klamkę i powoli uchylił drzwi. Jak na razie wszystko szło dobrze. Sięgnął po urządzenie, uważając, by nie wywierać żadnego nacisku na samochód. Kiedy je chwycił, spojrzał na ekran. Potem popatrzył na Katelyn, która wbijała w niego wzrok, jakby był jej ostatnią nadzieją. - Brak sygnału.
Nie był pewien, czy auto jest dość stabilne, by bezpiecznie ją z niego ewakuować, ale nie miał łańcucha ani nawet liny, żeby je zabezpieczyć. Musiał ją wyciągnąć, zanim drzewo się złamie.
- Okej, posłuchaj, zrobimy tak: bardzo powoli przejdziesz nad środkową konsolą.
W jej niebieskich oczach zobaczył paniczny strach.
- Boję się ruszyć. Kiedy sięgnęłam po telefon, auto się przechyliło.
- Tym razem przeniesiesz cały ciężar ciała na oparcie fotela. A gdy przejdziesz nad konsolą, złapię cię i wyciągnę. Dasz radę, Katelyn.
Wyraz jej twarzy się zmienił, w jej oczach błysnęła determinacja, zacisnęła zęby. Skinęła głową, a potem powoli podniosła nogę. Przełożyła ją nad dźwignią hamulca ręcznego i gałką skrzyni biegów. Powoli wypuszczając powietrze, opuściła stopę, aż zawisła z drugiej strony. Przełykała nerwowo ślinę.
- Dobra robota, Katelyn. Świetnie sobie radzisz. A teraz musisz się unieść nad konsolą. Ciężar ciała do tyłu.
- Do... dobra.
Położyła dłoń na konsoli i zastygła na chwilę. A potem zaczęła się podnosić, przyciskając plecy do oparcia fotela.
- Właśnie tak. Świetnie.
Jeszcze kilka centymetrów i uda mu się jej dosięgnąć. Załatwi to szybko i nawet jeśli auto...
Samochód zaskrzypiał i przechylił się do przodu.
Katelyn wrzasnęła.
Cooper rzucił się całym ciałem na bagażnik. Tył samochodu opadł o kilka centymetrów i ustabilizował się. Mężczyzna wypuścił powietrze. Pot zrosił mu kark.
- Halo? - usłyszał jej drżący głos. - Jesteś tam?
- Jestem. W porządku, wszystko będzie dobrze.
Mogłaby spróbować się ewakuować, podczas gdy on dociążałby tył auta. Ale nawet teraz tylne koła były zawieszone nad ziemią. Czuł, jak pojazd się pod nim kołysze.
Auto było w zbyt niebezpiecznej pozycji, by mogła się w nim przemieszczać. Potrzebna była lina zabezpieczająca. Co oznaczało, że potrzebował wozu strażackiego. Co z kolei oznaczało, że będzie musiał pojechać po pomoc.
- Podniosę się teraz z samochodu, dobrze, Katelyn? Może się trochę poruszyć, ale nie spadniesz. - Proszę, Boże.
- Okej. - Wiatr przyniósł dźwięk jej szeptanych modlitw.
Cooper opuścił się, aż w końcu dotknął stopami ziemi. Powoli uniósł ciężar ciała z samochodu. Podskoczył pod nim jak spławik wędkarski.
Katelyn wciągnęła głośno powietrze.
Proszę, Boże - powtórzył błagalnie w myślach, ostrożnie zdejmując resztki swojego ciężaru z auta. Pojazd lekko się zakołysał, a potem znieruchomiał jak równo zbalansowana waga.
Podszedł do drzwi kierowcy.
- Katelyn, jesteś ze mną?
- Tak. - Znowu siedziała na miejscu kierowcy, przyciskając się mocno do tyłu i gapiąc przez przednią szybę.
- Masz automatyczne szyby?
- Tak. Czy teraz jest dobry moment, żeby się przyznać, że mam lęk wysokości?
- Nie spadniesz, Katelyn.
- Jak... głęboko tam jest? To zwykły wąwóz, czy coś w stylu Half Dome?
- No wiesz, mogłabyś okazywać mi więcej wiary. Ranisz moje uczucia.
Zerknęła na niego i dostrzegł w jej oczach błysk rozbawienia.
- Zapniemy ci pas, dobrze? Pozwól mi. - Sięgnął do środka przez okno i chwycił klamrę. Potem przeciągnął ją przez jej ciało i pochylił się. Poczuł jej zapach - pomarańcze i słońce. Skupił się na swoim zadaniu, choć tak naprawdę miał ochotę przyjrzeć się jej twarzy. Klamra wsunęła się do zapięcia z kliknięciem.
Odchylił się i popatrzył jej w oczy.
- No i gotowe. Posłuchaj, Katelyn... Musisz posiedzieć tu bez ruchu, kiedy ja pojadę po pomoc.
- Nie. Nie jedź, proszę.
- Nie mamy telefonu - dodał spokojnie. - A ja nie mam możliwości zabezpieczyć samochodu.
Posłała mu takie spojrzenie, że poczuł, jak cały mięknie.
- Proszę, nie zostawiaj mnie.
- Pojadę tylko kawałek. Złapię kogoś na drodze i wyślę po pomoc. Nie będę się oddalać i zaraz wrócę.
Na drodze zwykle był spory ruch, ale dzień się kończył, a on nie słyszał ani jednego przejeżdżającego samochodu.
Kobieta zamknęła oczy, a jej ciemne rzęsy musnęły czubki policzków. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko, a palce zaciskały się do białości na bokach siedzenia.
- Katelyn. - Pochylił się, aż jego twarz znalazła się tylko kilka centymetrów od niej. - Musisz mnie posłuchać.
Otworzyła oczy i popatrzyła na niego z lękiem i bezradnością.
- Pozwól mi zrobić, co do mnie należy, dobrze? Tak się składa, że jestem w tym świetny. Wrócę zaraz, gdy tylko wyślę kogoś po pomoc. Dotrzymasz mi towarzystwa, prawda?
- Ja... Tak właściwie to nigdzie się nie wybieram. - Jej usta drgnęły w próbie uśmiechu.
- To mi się podoba. Zaraz wracam. - Skinął pewnie głową i wycofał się przez zarośla. - Pomyśl o tym wszystkim, co mi opowiesz. Chcę wiedzieć o tobie wszystko: pikantne szczegóły, trupy w szafie i wszystko, co dobre. Jasne?
- Okej - odparła, ale prawie jej nie słyszał.
Wyminął auto i poruszał się tak szybko, jak potrafił, cały czas myśląc o tym, że samochód wraz ze swoją słodką właścicielką może w każdej chwili runąć na dno przełęczy.