2.
23 STYCZNIA 1959MISZA I WIKTOR
Powiedział, że ma trzydzieści osiem lat, choć przez zmęczoną twarz, częściowo przesłoniętą potężnymi wąsami, wydawał się starszy. Śniada cera mogła świadczyć o tym, że pochodzi z południa albo pracuje głównie na powietrzu. Mówił szybko i często się uśmiechał. Może nawet zbyt często. Ale dzięki temu roztaczał wokół siebie tak pozytywną aurę, że nikt nawet nie zwrócił uwagi na pojedyncze blizny na czole, które parokrotnie wysunęły się spod jego potarganych włosów.
Misza Klimienko był niezły w przełamywaniu lodów. Kiedy rozsiedli się w pociągu, obwarowani z każdej strony bagażami, zmęczeni po całym dniu pakowania i załatwiania spraw związanych z wyjazdem, nie czekał, aż zostanie zasypany pytaniami, tylko przejął inicjatywę. Próbował dowiedzieć się czegoś o każdym uczestniku wyprawy. Był dociekliwy, uprzejmy, empatyczny. Jak nauczyciel, który stara się poznać nowych uczniów, zanim zdążą go znienawidzić.
Dopiero po serii jego pytań przyszedł czas na zamianę ról.
- Jak się poznałeś z Wiktorem? - zapytała Klara, najbardziej gadatliwa z całej grupy.
- Przez przypadek - odparł Misza. - Miałem jechać w te rejony z inną grupą. Ale kilka dni temu jej lider przełożył wyjazd na koniec lutego, co nie całkiem mi odpowiadało. Na szczęście wtedy dowiedziałem się o waszej wyprawie. Kolega z pracy poznał mnie z Wiktorem, on mi zaufał i tak wylądowałem tutaj.
- A czym się zajmujesz?
- Właśnie tym. Jestem przewodnikiem górskim. Jeżdżę na wycieczki z młodzieżą, która nie ma takich umiejętności i doświadczenia jak wy.
- Nie musisz nam słodzić, żebyśmy cię polubili.
- Nie słodzę, taka jest prawda. Czasem pracuję z dzieciakami, które ledwo jeżdżą na nartach. Gdybym zostawił je same na odludziu, umarłyby z głodu.
- My zabraliśmy tyle żarcia, że pewnie połowę przywieziemy z powrotem - odezwał się Leon, który stroił mandolinę. - Chyba że Klara z Danielą wszystko zeżrą.
Klara uderzyła chłopaka w ramię, czym tylko wzbudziła w grupie jeszcze większą wesołość.
- Nie znasz moich możliwości. - Misza pogładził się po wąsach i uśmiechnął do Leona. - Myślicie, że dlaczego się z wami wybrałem? Darmowa wyżerka ufundowana przez Klub Sportowy Politechniki Niestierowskiej. Takich okazji się nie marnuje.
Kiedy się rozkręcił, zaczął opowiadać o wyprawach w góry, oprowadzaniu turystów i urządzaniu polowań. Zarzucał kompanów anegdotami i ciekawostkami, nie dając im czasu na refleksję i zadawanie właściwych pytań: o jego przeszłość, rodzinę, blizny. O to, dlaczego tak naprawdę postanowił wyjechać na jakiś wygwizdów z dzieciakami, dla których właściwie mógłby być ojcem.
Wiktor po raz pierwszy zaczął się nad tym zastanawiać dopiero w trzeciej godzinie podróży. Ale przerwał nagle swoje rozważania, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
- Bileciki do kontroli, piękny kawalerze.
Odwrócił się. Zaraz potem poderwał się z miejsca i serdecznie powitał kolegę. To był Denis Kalinin, student trzeciego roku na Politechnice Niestierowskiej. Podobnie jak Wiktor walczył o najwyższe stopnie i był chlubą lokalnego klubu sportowego. I podobnie jak on lubił być królem stada.
- Nie wiedziałem, że jedziemy w tym samym kierunku - powiedział Wiktor.
- Chcieliśmy znaleźć miejsce, które o tej porze roku będzie najsroższe - wyjaśnił Denis.
- My też. - Nie było to prawdą, ale Kalinin nie musiał o tym wiedzieć. - Ilu was jedzie?
- Osiem osób. Ale tylko szóstka ma bilety.
- Nas jest dziesięcioro, a mamy osiem biletów.
- Nie ma głupich. W takim tłumie schowanie jednej czy dwóch osób to pestka.
Kalinin omiótł wzrokiem kolegów Wiktora, witając uśmiechami tych, których kojarzył ze szkoły. Chwilę później przeszedł z Wiktorem na drugi koniec wagonu. Po drodze minęli kilka osób, które - sądząc po ich minach - już na samym początku wielogodzinnej podróży do Kiercowa miały serdecznie dość hałaśliwej bandy gówniarzy.
- Fajne te wasze piczki - powiedział Kalinin.
Wiktor, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, odpowiedział najgłupiej, jak się da:
- Dzięki.
- Wolne?
- Jedna chyba tak, druga na pewno nie.
- Która jest wolna?
- Daniela. Blondynka.
- Szkoda. Czarna jest lepsza. U nas współczynnik jest taki, że możemy się co najwyżej pozapinać wzajemnie w dupę. - Denis stłumił własny rechot. - Wpadnij na jednego. Poznasz chłopaków.
- Nie mogę.
- A co, jesteś w ciąży?
- Umówiliśmy się, że nie będziemy pić podczas wyjazdu.
- Jeszcze nie jesteście w górach.
Wiktor ciężko wypuścił powietrze.
- Dzięki, ale naprawdę nie mogę. Przyjdę do was później. Pogadamy. Sprawdzimy mapy.
- Byle nie za późno. Chłopaki narzucają ostre tempo. Może się okazać, że za chwilę nie będziesz miał z kim gadać.
Kiedy Wiktor wrócił do grupy, zauważył, że atmosfera jeszcze bardziej się rozluźniła. Leon rozsiadł się z mandoliną na środku korytarza i zaczął wygrywać melodie, do których śpiewał wspólnie z Emilem. Głównie sprośne piosenki. Takie, od których niektórym ze współpasażerów mogły więdnąć uszy. Z czasem dołączyli do nich pozostali, w tym Misza, który musiał się wykazać przed grupą znajomością wulgarnych przyśpiewek. Okazało się, że zna ich całe multum.
Dopiero grubo po północy Leon przestał grać i turyści zaczęli układać się do snu. W ciasnym wagonie leżeli praktycznie jeden na drugim. Wiktor zajął miejsce przy nieszczelnym oknie. Przykryty ubraniami wsłuchiwał się w hałas dobiegający spod szyn i wpatrywał w pustkę, która rozlewała się za szybą. Niemal fizycznie czuł, jak oddalają się od cywilizacji.