Prolog
- No to jesteśmy w czarnej dupie!
Kostka odłożyła telefon i umościła się wygodniej w fotelu. Była w ciąży i nie znosiła tego najlepiej. Tak po prawdzie, to nic jej nie dolegało poza tym, że czuła się niczym czołg, ciężarówka albo galera. Nigdy nie należała do małych i drobnych osóbek, ale teraz jej gabaryty zdecydowanie uległy rozdęciu. Wszystko dlatego, że gdy tylko czuła się niedojedzona, to natychmiast robiło się jej niedobrze, więc zażerała ten głód i tyła. Babcia Mania pocieszała ją na początku, że to niemiłe uczucie wkrótce powinno minąć, jednak zaprzestała po jakimś trzecim miesiącu. Potem zmieniła śpiewkę na po porodzie szybko zrzucisz nadprogramowe kilogramy, a teraz tylko tuliła rozhisteryzowaną przyszłą matkę, kiedy ta płakała jej w mankiet, bo jestem taka utyta, że już chyba bardziej nie można. Okazało się, że jednak można, z każdym miesiącem dawała radę i rutynowo odbierała z pokorą połajankę od swojego ginekologa. Najbardziej bała się, gdy lekarz straszył ją porodem. Urodzisz giganta, mówił. Popękasz. Nie pochłaniaj tylu kalorii. Bała się, ale nie mogła się opanować z jedzeniem. Na szczęście Wiktor patrzył na nią jak na ósmy cud świata.
- Możesz jaśniej? - spytał jej rudowłosy wiking.
- Mogę. Patrycja była u ginekologa i potwierdziła to, o czym rozmawiałyśmy w ubiegłym tygodniu.
- To znaczy?
- Jest w drugim miesiącu ciąży, więc rezygnuje z pracy u nas i bierze ślub. Chyba w odwrotnej kolejności. - Kostka przygryzła końcówkę długopisu, którym dotychczas nerwowo wymachiwała.
- To chyba dobrze, co?
- Dobrze, ale babcia Mania zostanie bez pomocy.
- To nic. - Wiktor uśmiechnął się ciepło i przysunął się do dziewczyny. - Wprawdzie mamy dopiero początek sezonu, ale ona pewnie popracuje jeszcze trochę. Potem, po wakacjach, ruch na pewno zmaleje, a jak Patrycja definitywnie odejdzie, rozejrzymy się za kimś do kuchni. A może my też... - Mężczyzna zająknął się, bo nie bardzo wiedział, jak sformułować myśl.
- Co: my też?
- A może my też poszlibyśmy w ślady Patrycji - szepnął nieśmiało.
- Zwariowałeś? Przecież to ona poszła w nasze ślady! Ja jestem w czwartym, a ona w drugim miesiącu!
- Nie o to mi chodziło. Znaczy o to też, ale powiedziałaś, że ona będzie brała ślub... więc pomyślałem... No wiesz, fajnie by było...
- Czy ty mnie prosisz o rękę? - Konstancja wyprostowała się w fotelu i spojrzała z błyskiem w oku na przymilającego się Wiktora.
- No wiesz... ja tylko tak sobie dywaguję... Nie denerwuj się, kochanie! Jak nie chcesz, to...
- A pierścionek gdzie? - przerwała mu ostro. - Myślisz, że się wymiksujesz z wydatków? - niemal wysyczała, a potem uśmiechnęła się słodko i wyszeptała: - Pewnie, że chcę!
- O matko! - Wiktor odetchnął z ulgą, bo atak Kostki naprawdę go przestraszył.
- Ale nie myśl, że wymigasz się od pierścionka!
***
Gospodarstwo agroturystyczne "U Wiktora" działało całkiem sprawnie. Choć współwłaściciele, czyli Wiktor, Kostka i babcia Mania, obawiali się początkowo, czy ich pomysł na ośrodek, gdzie można wypoczywać z psami, wypali, okazało się, że mają stuprocentowe obłożenie na okres wakacji. Reklama szeptana i internetowa spełniły swoje zadanie. Ci, co zaliczyli kilkudniowy pobyt z pupilem, rekomendowali miejsce oraz obsługę przyjaciołom i znajomym. Liczba chętnych na lipiec i sierpień przekroczyła ich możliwości - z przykrością musieli odmawiać. Niektórzy dali się namówić na termin późniejszy, dlatego o wrzesień również nie musieli się martwić. Zresztą miała na to wpływ również pogoda: długoterminowe prognozy przewidywały ciepłą jesień zroszoną od czasu do czasu deszczem, a to gwarantowało bogate grzybobrania.
Konstancja rozsiadła się na tyłach domu babci Mani. Córka Wiktora, Klara, była w szkole, więc wszystkie psy zgromadziły się u jej stóp. Kobieta machinalnie gładziła podstawiane łby i popatrywała z podziwem na okolicę. Znała to miejsce od blisko trzech lat, na stałe mieszkała nieco krócej, ale nigdy nie przestała się zachwycać. I wtedy, gdy panowała jesień, a brzozy rosnące w ogrodzonym wybiegu dla psów i zaraz za płotem przy najlżejszym podmuchu wiatru sypały liśćmi niczym konfetti. Nasłuchiwała wówczas, bo gdzieś daleko żurawie zbierały się do odlotu, oznajmiając to całej okolicy donośnym klangorem. Wpatrywała się w żeglujące po niebie obłoki, a czasem na ich tle pojawiał się klucz dzikich kaczek. W zimie, gdy pod stopami chrzęścił bielutki śnieg, a mróz szczypał w nos i malował srebrzyste kwiaty na szybach. Czy tak jak teraz, gdy wiosna rozkładała wokół swą bladozieloną suknię, a zewsząd dobiegały głosy podekscytowanych ptaków, które, nie zważając na obecność ludzi, zalecały się na całe gardło do swoich wybranek. Kostka odwróciła się, żeby móc lepiej obserwować ten koncert i dzięki temu kątem oka zauważyła wyglądającą zza rogu Zosię.
- Pani Zofio! - krzyknęła. - Zapraszam do mnie na herbatkę!
Przez chwilę wyglądało, że kobieta ma zamiar się cofnąć, ale zachęcona okrzykiem ruszyła w stronę pracodawczyni. Była niewysoka, drobna, z blond włosami związanymi w koński ogon. Z daleka - ubraną w dżinsowe ogrodniczki, granatowy T-shirt, który przyrzuciła flanelową koszulą w kratę z podwiniętymi rękawami - można ją było wziąć za dziewczynkę. Z bliska widać było, że nie jest już taka młoda. Musi być między trzydziestką a czterdziestką, pomyślała Kostka. Bliźniaki mają chyba już po piętnaście...
- Bo ja chciałam pogadać - zaczęła Zosia nieśmiało i stanęła przed Konstancją niczym gamoniowata uczennica przed srogim nauczycielem. Międliła w palcach brzeg koszuli, a gest ten potęgował wrażenie zagubienia kobiety.
- Niech pani siada - poprosiła Konstancja. - Babcia Mania miała mi potowarzyszyć, ale znowu coś tam pichci w kuchni i nie ma dla mnie czasu.
Gospodyni nalała herbatę i podsunęła w stronę stremowanej pracownicy cukier oraz cytrynę.
- O co chodzi? - spytała, gdy gość się obsłużył.
- Bo widzi pani - zaczęła Zosia - przyszła mi do głowy taka myśl, znaczy pomysł... W sprawie domków, tylko nie wiem...
- No niech pani mówi, jestem bardzo ciekawa - rzuciła życzliwie Kostka, choć w duchu ciężko westchnęła. Nie spodziewała się specjalnych rewelacji, w końcu pani Zofia zajmowała się sprzątaniem i praniem, generalnie rzecz biorąc, obsługą kwater.
- Bo ja tak sobie pomyślałam, że te nasze domki to takie bezosobowe są. - Kobieta zawstydziła się swojej bezpośredniości. - Znaczy nie są złe, ludzie chwalą, że wygodnie się mieszka - tłumaczyła zawstydzona. - Ale one takie nijakie - zaczerwieniła się, ale ciągnęła dalej - ludziom to się nawet czasem myliło, kto w którym mieszka.
- I co w związku z tym? - spytała spokojnie Kostka, chociaż te uwagi nieco ją uraziły. - Zarzuty rozumiem i przyjmuję do wiadomości, tylko chciałabym wiedzieć, co dalej?
Zosia przygryzła wargi. Dotarło do niej, że naraziła się szefowej. W duchu żałowała, że się wychyliła z uwagami. W żadnym wypadku nie chciała stracić tej pracy. Odkąd zaczęła sprzątać w ośrodku u Wiktora i Kostki, zdecydowanie poprawiła się jej sytuacja.
- Bo ja... - próbowała wydukać, ale strach ją paraliżował.
- Niechże to pani w końcu z siebie wydusi! - Kostka nieco podniosła głos. - Powiedziała pani, że ma jakiś pomysł, a na razie słyszę tylko, że jest źle. - Na szczęście zauważyła, jak bardzo stremowana jest Zosia i uwagę złagodziła uśmiechem.
- Dobrze. - Zosia odetchnęła głęboko. - To ja już powiem. I to nie będzie dużo kosztować - zastrzegła od razu, żeby uprzedzić ewentualne zastrzeżenia.
- OK, grunt przygotowany - zażartowała Kostka. - Możemy przejść do konkretów. Na czym ma polegać ten pomysł?
- Chodzi o to, że domki mogłyby się różnić kolorami - zaczęła Zosia i widząc, że szefowa chce zaprotestować, szybko wyjaśniła: - Nie chodzi o malowanie elewacji, a tylko o wystrój wnętrza. Każdy domek miałby swój kolor: niebieski, zielony, żółty i tak dalej. Można uszyć zasłonki, obrusiki na stół, do tego dobrać ręczniki, koce i pościel. A na oknach kwiatki w kolorowych osłonkach. A te okropne drewniane gruszki przy kluczach pomalować albo zmienić na jakieś breloczki w odpowiedniej barwie.
Kostka siedziała, przypatrując się w zdumieniu swojej niepozornej pracownicy. Zosia wierciła się na krześle, sądząc, że szefowa za chwilę wyśmieje ją i zwyczajnie każe wracać do roboty.
- Pani Zosiu - odezwała się w końcu Konstancja. - To naprawdę fantastyczny pomysł. Jak pani na to wpadła? Proste i genialne!
Zosia zarumieniła się, pochwała była miła, jednak uznała, że musi powiedzieć prawdę.
- To nie moja zasługa - wyznała. - Ja czasem oglądam taki program w telewizji o remontach. No i stamtąd wzięłam ten pomysł...
- Nieważne skąd, ważne, że przełożyła to pani na nasze podwórko. Zajmie się pani tym? Bo trzeba kupić materiały, zlecić komuś szycie. No i ręczniki, pościel, te doniczki!
- Pewnie! - Zosia uśmiechnęła się szeroko i postanowiła pójść za ciosem. - Ale mam jeszcze jedną sprawę...
- Słucham! - Wizja kolorowych domków bardzo pozytywnie nastawiła Kostkę do pomysłów kobiety.
- Bo jak już zmiany, to po całości. Widzi pani, mnie się wydaje, że powinniśmy zmienić pościel. - Widząc minę szefowej, natychmiast dodała: - Nie całą naraz oczywiście, ale ta, co mamy teraz, to tylko roboty i kosztów przysparza.
- Jak to?
- Tę starą trzeba prać w wysokiej temperaturze albo oddawać do pralni i do prasowania lub maglowania. A gdyby kupić takie śliczne kompleciki z kory w odpowiednim do każdego domku kolorze, to można by je prać na miejscu i bez maglowania czy prasowania oblekać. I roboty mniej, i koszt zdecydowanie mniejszy.
Kostka patrzyła przez chwilę na kobietę.
- Rany gościa, pani Zosiu, ja nie wiedziałam, że mam taki skarb u boku - wyraziła swój zachwyt.
Kobieta jeszcze bardziej zaczerwieniła się z zadowolenia. Dopiła herbatę i podniosła się z krzesła.
- To ja już pójdę. Dzisiaj zwalnia się czwórka, lecę posprzątać.
- Jasne. Pani Zosiu, to może jutro pojedziemy do Nidzicy? Będzie pani miała czas?
- Oczywiście!
Kiedy po południu wszyscy domownicy zeszli się na obiad, Kostka opowiedziała o propozycji Zosi i o tym, w jakie zdumienie wprawiły ją słowa prostej wiejskiej dziewczyny.
- Bo ona to taka zupełnie wsiowa nie jest - powiedziała babcia Mania, stawiając na stole półmisek z ziemniakami posypanymi koperkiem. - Ona to taki element napływowy, nie przymierzając jak ty, Kosteczko.