ROZDZIAŁ 3
16:53piątek, 15 grudniabudynek zachodni, Narodowa Galeria Sztuki, Waszyngton
Wysoki, siwy mężczyzna w granatowej marynarce usiadł obok chłopca.
- Zamykamy, kolego - powiedział. - Musimy znaleźć twoich rodziców.
Miał miły głos.
Chłopiec podniósł wzrok.
- Wiem - odpowiedział cichutko.
- Nazywam się Ken Johnson - dodał mężczyzna. Wyciągnął do chłopca rękę, którą ten uścisnął. - Jestem przewodnikiem w tym muzeum - wyjaśnił. - Strażnik powiedział mi, że siedzisz tu już dość długo. Twoi rodzice pewnie się zamartwiają.
http://www.wydawnictwo-widnokrag.pl/aktualnosci/edgar-degas/
Chłopiec odwrócił głowę i spojrzał na słynną rzeźbę dłuta Edgara Degasa - młodą tancerkę z wosku. Zamknięte oczy, uniesiony podbródek, ręce splecione za plecami. Nie odpowiedział. Nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Wiesz, gdzie są twoi rodzice? - spytał Johnson. Jego głos był łagodny i uspokajający.
- Nie - odparł chłopiec, nie odrywając wzroku od rzeźby.
- Słuchaj, zróbmy tak - zaproponował Johnson. - Powiedz mi, jak się nazywasz, a ja ich dla ciebie znajdę, zgoda?
- Jak się nazywam?
- Tak - potwierdził przewodnik. - Jak się nazywasz?
Chłopiec spojrzał na niego.
- Nie wiem, jak się nazywam.
19:07piątek, 15 grudniakomisariat policji, Waszyngton
Siedział na krześle i wpatrywał się w ekran telewizora ustawionego na zdezelowanej niskiej szafce. Pokój był mały i duszny. Chłopiec słyszał świst powietrza przeciskającego się przez otwór wentylacyjny w suficie. Jeden z detektywów przyprowadził go tutaj jakieś dziesięć minut wcześniej i kazał mu czekać. Nie miał nic do roboty poza gapieniem się w telewizor. SpongeBob Kanciastoporty skakał po ekranie w kompletnej ciszy. Chłopiec wyciszył dźwięk. Nie był w nastroju, by słuchać irytującego śmiechu SpongeBoba.
Pracownik opieki społecznej odebrał go z muzeum i zawiózł do szpitala. Lekarz z ostrego dyżuru był miły - mówił z ledwo wyczuwalnym jamajskim akcentem i miał grube dredy. Zadawał mnóstwo pytań, ale chłopiec na niewiele potrafił odpowiedzieć. Choć było mu z tego powodu głupio, naprawdę nic nie pamiętał. Nie miał pojęcia, kiedy dokładnie pojawił się w muzeum, dlaczego akurat tam, gdzie mieszka, kim jest, kim są jego rodzice. Doktor obejrzał go, szukając urazu głowy, który wyjaśniłby utratę pamięci. Bez skutku. Inny lekarz - chudy, łysy mężczyzna, który sprawiał wrażenie, że gdzieś się spieszy - odbył z nim krótką rozmowę. Nie był nawet w połowie tak miły jak lekarz z jamajskim akcentem i dredami. Ten nowy doktor, neurolog (czyli lekarz od mózgu, jak wyjaśnił chłopcu miły doktor), zdiagnozował amnezję wywołaną traumatycznym przeżyciem. Miły lekarz wyjaśnił, że niewiele mogą zrobić - pamięć wróci, kiedy on sam będzie na to gotowy. Poklepał go po ramieniu, życzył powodzenia i wyszedł.
Na ekranie do SpongeBoba dołączył właśnie Patryk Rozgwiazda. Pląsali w ciszy na dnie oceanu.
Mimo że w pomieszczeniu panował ukrop, chłopiec nie zdjął bluzy. Ten niebieski polar, w którym go znaleziono, był wszystkim, co miał. Na metce wewnątrz widniał napis: "Arthur". W szpitalu pytali, czy tak ma na imię, ale to nie brzmiało ani trochę znajomo. Bluza mogła być po kimś albo pożyczona. Albo znaleziona gdzieś po drodze.
Rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili kobieta o ciemnych, krótko obciętych włosach zajrzała do środka. Na jej szyi dyndały okulary zawieszone na specjalnym łańcuszku.
- Jestem detektyw Evans. Mogę wejść?
Chłopiec tylko pokiwał głową. Nie mógł przecież odmówić.
Detektyw przysunęła sobie krzesło z drugiego końca małego pokoju i usiadła dokładnie naprzeciwko. Otworzyła trzymaną na kolanach teczkę. Zobaczył w środku swoje zdjęcie przytwierdzone zszywaczem i dokumentację ze szpitala. I mimo że patrzył na teczkę do góry nogami, bez trudu odczytał słowo "uciekinier" ze znakiem zapytania, zanotowane ciemnym tuszem na wewnętrznej stronie okładki. Detektyw przyłapała go na przyglądaniu się i szybko zamknęła teczkę.
- Poproszono mnie, żebym trochę z tobą porozmawiała - powiedziała. Wydawała się całkiem sympatyczna, ale czuł, że bacznie go obserwuje. - Przypomniałeś sobie, jak się nazywasz?
Pokręcił głową.
- Nie.
- Mój syn ma blond włosy i zielone oczy, tak samo jak ty - oznajmiła. - Gdyby zniknął, strasznie bym za nim tęskniła. Wiesz, gdzie są twoi rodzice?
- Nie - odpowiedział chłopiec.
Kobieta nie spuszczała wzroku z jego twarzy.
- Wiesz, jak się nazywają? - spytała.
- Nie.
- Wiesz, gdzie mieszkasz?
- Nie.
- Jesteś z Waszyngtonu?
- Nie wiem.
- Ile masz lat?
Chłopiec zamilkł. Dobre pytanie.
- Dwanaście... tak mi się wydaje - odpowiedział. - Ale nie jestem pewien.
- Wiesz, w jaki sposób znalazłeś się w muzeum?
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Nie - odparł wreszcie. - Po prostu tam byłem.
Detektyw wskazała na telewizor.
- Co oglądasz?
- SpongeBoba Kanciastoportego.
- Mój syn uwielbia tę kreskówkę. Ja uważam, że jest dość głupia - przyznała. - A tobie się podoba?
- Jest w porządku.
- Wiesz, że SpongeBob to SpongeBob, ale nie wiesz, jak się nazywasz?
Pokręcił głową.
- Nie wiem - powiedział przepraszającym tonem.
Kobieta założyła okulary, otworzyła teczkę i coś zanotowała.
- Mogę zadać pani pytanie?
- Oczywiście. - Detektyw podniosła wzrok znad papierów.
- Wierzy mi pani?
Zamknęła teczkę i pochyliła się ku niemu.
- Będę z tobą szczera - zaczęła. - Komendant poprosił mnie, żebym cię przesłuchała, bo... cóż... jestem bardzo dobra w docieraniu do prawdy. Umiem odczytywać ludzi. Wyłapuję drobne sygnały świadczące o tym, że ktoś kłamie - brak kontaktu wzrokowego, częste mruganie, ruchy rąk, wiercenie się na krześle - wszystkie te rzeczy, które ludzie robią zupełnie bezwiednie.
- Mnie też pani odczytała? - spytał chłopiec.
- Zgadza się - odpowiedziała detektyw. Milczała przez dłuższą chwilę, by wreszcie dodać: - Sądzę, że mówisz prawdę. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc ci się dowiedzieć, kim jesteś.
Chłopiec tylko pokiwał głową. Polubił detektyw Evans.
*
Mary Sullivan zgłosiła swoją obecność u oficera dyżurnego, po czym usiadła w poczekalni. Już dawno się nauczyła, że cierpliwość jest niezbędną cechą każdego rodzica zastępczego. Praca Mary, redaktorki w jednym z nowojorskich wydawnictw, pozwalała na sporą elastyczność. Kobieta zawsze miała mnóstwo roboty, ale mogła pracować z domu i samodzielnie ustalać terminy - nawet jeśli miałoby to oznaczać ślęczenie nad maszynopisem do drugiej nad ranem.
Zdążyła się już przyzwyczaić do telefonów późno wieczorem i nagłych sytuacji wymagających zapewnienia komuś tymczasowego domu. Po pobycie u niej dzieci zazwyczaj wracały do swoich krewnych albo trafiały do rodzin adopcyjnych. Mary wyrobiła sobie opinię osoby, do której można się zwracać z tak zwanymi trudnymi przypadkami: dziećmi z głębokim upośledzeniem fizycznym, dziećmi, które doświadczyły przemocy ze strony rodziców, dziećmi, które porzucono na pastwę losu. Jednak dzisiejsza sytuacja była zupełnie inna od tych, z którymi miała dotąd do czynienia.
Jechała właśnie po córkę, kiedy zadzwonili do niej z opieki społecznej. Kolejna rzecz, której nauczyła się już dawno temu: telefon dzwoni, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Zapytali, czy mogłaby odebrać dziecko, które potrzebuje tymczasowej opieki. W pierwszym odruchu odmówiła - w domu na biurku czekał na nią stos maszynopisów domagających się zrecenzowania, a do Bożego Narodzenia zostały mniej niż dwa tygodnie. Ale pracownik opieki społecznej opisał jej całą sytuację i błagał o pomoc. W końcu zgodziła się niechętnie.
Drzwi prowadzące do pomieszczeń biurowych otworzyły się i stanęła w nich detektyw Brooke Evans. Towarzyszył jej chłopiec - jedenasto-, może dwunastoletni. Miał potargane blond włosy i zielone oczy.
- Dziękuję, że przyjechałaś - powiedziała detektyw Evans. - Dobrze znów cię widzieć.
Mary popatrzyła prosto w oczy chłopca. Był dokładnie jej wzrostu.
- Cieszę się, że mogę pomóc - odpowiedziała. Wyciągając rękę do chłopca, przedstawiła się: - Jestem Mary Sullivan.
Chłopiec ujął jej rękę i potrząsnął nią na przywitanie.
- Zabiera mnie pani do swojego domu, pani Sullivan? - spytał.
Mary się uśmiechnęła. Chłopiec wyglądał na dobrze wychowanego. Dobry znak.
- Tak - odparła - i proszę, mów mi: "Mary".
Kiwnął głową.
- Nie mam żadnych ubrań - powiedział. - Ani szczoteczki do zębów. Koniecznie muszę niedługo umyć zęby. Robi się późno.
- Nie martw się - odparła Mary. - Myślę, że uda mi się załatwić szczoteczkę i czyste ubrania. - To powiedziawszy, zwróciła się do detektyw Evans: - Coś już wiadomo?
Detektyw pokręciła głową.
- Jeszcze nic. Na filmie z monitoringu muzeum widać, że siedział w tej sali przez większość dnia. Zadzwonię do ciebie, jak tylko się czegoś dowiem. Jest okres przedświąteczny, więc podejrzewam, że niebawem zjawią się u nas jego rodzice.
Detektyw Evans odwróciła się do chłopca i położyła rękę na jego ramieniu.
- Bądź miły dla Mary - poprosiła.
- Będę - obiecał chłopiec.
Detektyw Evans patrzyła, jak wychodzą z komisariatu.
Cała ta sytuacja była bardzo dziwna.
Istniało oczywiście niewielkie prawdopodobieństwo, że dzieciak udaje. Nie mogła tego wykluczyć. Zdarzało jej się mylić - każdy detektyw popełnia czasem błędy. Ale wszystko wskazywało na to, że chłopiec mówi prawdę.
Wyglądało to tak, jakby w Narodowej Galerii Sztuki pojawił się znikąd.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki