Prolog
Zagarniałam fale rękami i usiłowałam ignorować lekkie ukłucia w podbrzuszu. Morze było spokojne, a niewielkie bałwanki obmywały moją twarz, niosąc lekkie, zanurzone w wodzie ciało w kierunku horyzontu. Nigdy nie odpływałam zbyt daleko, w obawie przed morskim żywiołem, nawet tak niemrawym, jak dzisiejszego wrześniowego poranka.
Jeszcze tylko kilka metrów i zawracam w kierunku plaży, pomyślałam przy kolejnym skurczu.
Następny okazał się jeszcze silniejszy, a te, które przyszły po nim, wywołały bezwład lewej nogi.
Jezus, Maria, co się dzieje? Czy to już?, ogarnęła mnie panika.
Do porodu zostały trzy tygodnie, ale lekarz nie zabronił mi codziennych porannych kąpieli w morzu, bo nic nie wskazywało na przedwczesne rozwiązanie. Czułam się świetnie, byłam młoda, a o trudnych przeżyciach związanych z poprzednią ciążą już dawno zdążyłam zapomnieć. Dlatego nie odmawiałam sobie rozrywki o wschodzie słońca. O świcie.
Jak widać, ta dzisiejsza mogła zakończyć się inaczej. Sparaliżował mnie strach.
Próbowałam skierować się w stronę lądu. W panice szukałam wzrokiem ludzi, którzy, tak jak ja, upodobali sobie poranne kontakty z morzem i mogliby teraz pomóc.
Woda zalewała mi oczy. Nie dostrzegałam nikogo. Nie warto było krzyczeć.
Tylko spokojnie, żadnej paniki, powtarzałam jak mantrę, z trudem utrzymując się na wodzie. Dasz radę.
Dlaczego nie poprosiłam Marka, żeby mi towarzyszył?
Do plaży pozostało jeszcze pięćdziesiąt metrów. Bezwładna noga ciążyła, podwodny prąd oddalał od celu. Skurcze uaktywniły się tak, że w pewnym momencie przestałam stawiać im opór.
Poddałam się w chwili, gdy moja mała córeczka postanowiła przyjść na świat. Łzy wymieszały się z morską wodą. Zapamiętałam słony smak w ustach, a potem już tylko ciemność, czyjeś krzyki i głos wołający o koc.
Obudziłam się na piasku, na białym prześcieradle. Nad sobą zobaczyłam kilka wpatrzonych we mnie twarzy.
- Jest przytomna, można zaczynać. - Głos kudłatego faceta w opasce podtrzymującej bujną czuprynę dotarł z zaświatów. - Słyszy mnie pani?
Skinieniem dałam do zrozumienia, że tak, ale wkrótce sylwetka lekarza oddaliła się niebezpiecznie.
- A teraz? Czy pani mnie słyszy? - zagrzmiał, szarpiąc mnie za ramiona. - Musimy rodzić! Pani musi przeć! Proszę mi pomóc! Nie zasypiaj! - wrzasnął, kiedy zaczęły mi opadać powieki.
Nie wiem, w jaki sposób się ocknęłam, nie pamiętam, co robiłam. Bolało. Ale kiedy usłyszałam ten głos, głos noworodka, pociekły mi łzy.
Poczułam przemożną ochotę na sen.
- Ma pani córkę. - Kudłata głowa w opasce wyrwała mnie z otępienia. Nachyliła się nade mną, pokazując małe zawiniątko w czymś białym.
Zorientowałam się, że to pielucha. Z tetry. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego w tamtej chwili tak interesowało mnie, w co zawinięto moją córkę. Bo miałam córkę. Nie utonęłam, urodziłam i wszystko było dobrze. Już dobrze. Ona żyła i płakała, ja też.
Cud!
- Chce pani przytulić dziecko? - usłyszałam z daleka. - Dobrze się pani czuje?
- Tak. - Łkałam, przecierając zasłaniającą oczy mgłę. - Dziękuję.
Edytka była piękna.
Spoglądałam na niewielki pakunek, z którego wyłaniała się pomarszczona twarzyczka i malutkie rączki, których paluszki policzyłam w jednej chwili. Było po pięć u każdej dłoni. I te włosy! Ciemne, długie, posklejane.
- Moja Edytka, powstała z morskiej piany... - wyszeptałam, nadając jej imię.
Wcześniej wybrana z Markiem Ela musiała ustąpić miejsca Edytce. Marek musi zgodzić się na tę zmianę, w końcu mnie kocha. I jeszcze te morskie okoliczności... I skojarzenia z Afrodytą.
- Zabieramy obie panie do szpitala. - Lekarz zabrał mi małą, przerywając wzniosły akt.
- Wszystko z nią w porządku? - upewniłam się z troską.
- Jak najbardziej. Ale kąpiele morskie w dziewiątym miesiącu nie są zbyt rozsądne.
- Wiem. Dziękuję - dodałam, nie znajdując lepszych słów.
- Po raz pierwszy odbierałem poród na plaży.
- A ja pierwszy raz na plaży rodziłam - zdobyłam się na żart.
- No to jesteśmy w podobnej sytuacji. - Pan doktor nie tracił poczucia humoru.
- Drzwi naszego pensjonatu zawsze będą dla pana otwarte - zapewniłam go, kiedy pakowano mnie do karetki. - Jeszcze raz dziękuję.
Skinął mi ręką na pożegnanie i zasalutował rubasznie.
- Niech się dobrze chowa!
Kilka następnych dni minęło mi w całkowitym szczęściu. Leżałam w szpitalu, donoszono mi Edytkę do karmienia. Rosła w oczach. Marek zakochał się w niej bez pamięci, a ja po kilku latach zabiegania o dziecko rozkoszowałam się spełnieniem jako matka i żona. Nie dbałam o pomarańcze, mandarynki, kwiaty, i o rosół, który przynosili na zmianę Marek i mama, ważne były ochy i achy na temat rodziny, którą właśnie udało się ukształtować. Ulepić. I to właśnie ja, mimo że trochę nieodpowiedzialnie poszłam popływać, przyczyniłam się do tego, że teraz byliśmy razem. Rozpierała mnie duma, a mój mąż był dumny ze mnie.
- Kochanie, dzisiaj wracamy do domu - obwieścił, wkraczając do mojego przytulnego szpitalnego pokoju, obarczony gondolką do przewożenia niemowląt. - Spakuję cię.
A zatem rozpoczyna się normalne rodzinne życie, westchnęłam w duchu.
Bałam się. A co, jeżeli Edytka nie będzie chciała ssać piersi? A jeśli coś się będzie działo z pępuszkiem? A co, gdy zachoruje? Może zostać tutaj jeszcze jeden dzień? Pielęgniarka pomoże, wesprze...
Mama wprawdzie była w domu, ale zajmowali ją goście w pensjonacie. Mniej niż latem, bo wrzesień to już nie pełnia sezonu, niemniej jednak chętnych na Krynicę Morską nie brakowało. Nawet wczesną jesienią. Nasz pensjonat, wymuskany i wypielęgnowany grajdołek dla stałych gości, wymagał uwagi i czasu, ponieważ ci, którzy przyjeżdżali tu każdego roku, traktowali nas jak rodzinę. Nie było możliwości, aby "pani Danuta", czyli moja mama, nie powitała ich od progu, nie zaprosiła na kolację. Zawsze jej pomagałam, ale teraz, kiedy pojawiła się Edytka, będzie musiała radzić sobie sama. Oczywiście przez jakiś czas.
- Witamy w domu! - przeczytałam napis na fasadzie, gdy Marek zatrzymał samochód na podjeździe.
Mama czekała z chlebem i solą (co jej strzeliło do głowy?). A z nią pani Wiesia i pan Stefan, nasza domowa kochana gosposia i ogrodnik.
Wspięłam się po schodkach, trzymając główkę Edytki tak, żeby mogli się dobrze przypatrzeć.
- Ależ piękna! - wykrzyknęła pani Wiesia.
Pan Stefan wyciągnął rękę do Marka i wyszeptał gratulacje.
- Chodźcie, chodźcie! - komenderowała mama, ocierając łzy wierzchem dłoni. - Mamy tort. Kto zdmuchnie za Edytkę? - Podniosła paterę z bezą udekorowaną pojedynczą świeczką.
- To może ja? - odezwał się dumny tatuś. - Za moją dzielną żonę i za naszą córeczkę! - dodał, nalewając szampana do kieliszków i ani na chwilę nie spuszczając nas z oczu. - Za naszą córkę powstałą z morskiej piany! Niech jej życie będzie szczęśliwe!
- Tak jest! Niech ma szczęśliwe życie. Witamy w domu, Edytko - dodała mama.
Nie pragnęłam niczego innego, wszystko miałam tu i teraz. Pensjonat, mamę, Marka i Edytkę, niekoniecznie w tej kolejności. No i panią Wiesię, i pana Stefana. Czy można chcieć więcej?