Rozdział 1
- Bianco, skarbie. Czy byłabyś tak dobra i dolała mi farby? - spytała Phoebe, bezradnie rozkładając ręce umazane po łokcie białą mazią.
Lubiłam Phoebe, słodką niską blondynkę o szczerym, dobrodusznym uśmiechu, którym potrafiła zjednać sobie nawet największego mruka. Lecz gdy wpatrywała się we mnie z wyraźną nadzieją w błękitnych oczach, czułam presję, a wraz z nią rosnącą pokusę, by ją brutalnie zgasić.
- Jasne, ciociu - odparłam i wstałam z koca, na którym siedziałam z bliźniakami.
Kiedy szłam po stojącą na ganku puszkę z farbą, kątem oka dostrzegłam zawód malujący się na jej twarzy. Zignorowałam go, bo nie miałam sobie nic do zarzucenia. Wiedziałam, na co czekała przed chwilą, i na co cierpliwie czekała od lat, jednak ja... tej jednej rzeczy nie byłam w stanie jej dać.
- Właśnie dlatego powinnaś wkładać rękawiczki - zauważyłam ubawiona, kręcąc głową.
Phoebe rozchmurzyła się w ułamku sekundy. Wydęła usta i zacmokała niepocieszona.
- Ale trudno wtedy wyczuć fakturę farby. Poza tym i tak pobrudziłam się już na etapie otwierania puszki.
- Fakturę farby? - powtórzyłam. - Nie wiedziałam, że nasz płot maluje sam Monet.
- Jestem kobietą wielu talentów... choć w większości ukrytych - odrzekła z autoironią.
- Nie śmiem zaprzeczyć. - Wlałam odrobinę farby do korytka, po czym zerknęłam przez ramię na bliźniaki. - Mia i Leo zaraz skończą szlifowanie stolika. Ja idę do kuchni robić obiad.
Phoebe powiodła wzrokiem w kierunku dzieciaków, a na jej twarzy zagościł matczyny uśmiech. Gdy spojrzała na mnie, był jeszcze cieplejszy, a ponadto pełny dumy, uznania i bezmiernej miłości.
- Jesteś wspaniała, Bianco - wyszeptała i wyciągnąwszy rękę, odgarnęła kosmyk włosów z mojego czoła.
Czułam, że się spinam, i nie był to dobry znak. Chociaż pocieszające było to, że przynajmniej udało mi się zapanować nad odruchem odskoczenia poza zasięg ręki, która wystrzeliła do mnie znienacka.
- Drobiazg - odparłam, siląc się na uśmiech, i czym prędzej zmieniłam temat: - Masz ochotę na coś konkretnie, czy może być zapiekanka?
- Och, Bianco! Twoje zapiekanki są fantastyczne. No i dzieciaki za nimi przepadają.
- Więc zapiekanka - przytaknęłam zdecydowanie. Chciałam się odwrócić, ale Phoebe wykorzystała chwilę mojej nieuwagi.
- Obiecuję ci, kochanie - powiedziała, obejmując mnie w talii i przytulając - że będziemy tu szczęśliwi. To będzie nasze miejsce na ziemi. Nasz dom.
Serce praktycznie wyskoczyło mi z piersi. Albo umarło, opadając na dno żołądka.
Było ciepło, wręcz upalnie, sam środek lata, a ja trzęsłam się pod wpływem trudnych do opanowania emocji. W mgnieniu oka moja koszulka przykleiła się do pokrytej lodowatym potem skóry. Próbowałam rozluźnić zesztywniałe mięśnie, ale bez skutku. Wszystko na nic.
Jakimś cudem udało mi się posłać Phoebe cień uśmiechu, ale chyba nie poszło mi najlepiej, bo z miejsca zauważyłam w jej oczach ból.
- Oj, wybacz, kochanie! To był odruch! - zawołała przepraszającym tonem, który podziałał na mnie jak płachta na byka.
Nie chciałam być żałosna bardziej, niż jestem.
- Nic nie szkodzi. Kiedyś muszę się przyzwyczaić - odparłam, już mniej spięta.
Phoebe przytaknęła odruchowo, ale kiedy zauważyłam, że szykuje się do kolejnych wylewnych przeprosin, czym prędzej czmychnęłam do bliźniaków. Mogłam się założyć, że chciała zaproponować mi kolejny maraton z psychologiem, terapię, która i tak nie przynosiła żadnych efektów. Akceptacja emocji? Próba przeniesienia się w "bezpieczne miejsce"? A czym ono w ogóle było? Czy istniało? Skąd mogłam to wiedzieć, skoro nigdy takiego nie miałam?
I nie chciałam mieć.
Podeszłam do Mii i Leo, by skontrolować ich postępy w pracy. Całkiem nieźle sobie radzili. Byli jota w jotę jak ich mama - niesamowicie uzdolnieni i zafascynowani możliwością odrestaurowania nie tylko domu, ale i mebli, które Phoebe wynajdywała na internetowym targu staroci. Nim poszłam do domu, potargałam jasne włosy dziewczynki i połaskotałam chłopca.
Z kontaktem fizycznym z nimi, z ich bliskością, nie miałam najmniejszego problemu. W sierocińcu było za dużo dzieciaków, które potrzebowały miłego gestu lub chwili rozmowy, by zagłuszyć parszywe myśli. Ale i tak nic nie wymaże wspomnień. To był właśnie taki... "zagłuszacz". Coś, co sprawi, że na moment poczujesz się lepiej, by w nocy poddać się rozrywającemu duszę smutkowi i poczuciu osamotnienia.
Weszłam do kuchni, która po wielu dniach walki w końcu przestała cuchnąć na kilometr stęchlizną. Była pierwszym pomieszczeniem doprowadzonym do stanu używalności, jednak w jej przypadku nie obeszło się bez wezwania fachowców. Stan instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej przekraczał możliwości Phoebe i Petera.
Jednak gdyby nie ja, nie musielibyśmy się przeprowadzać aż z Seattle. Ale zrobiliby dla mnie wszystko i pewnie to miała na myśli Phoebe, gdy próbowała mnie na swój sposób pocieszyć.
"Miejsce na ziemi". "Nasz dom". "Będziemy szczęśliwi", co?
Nie wierzyłam w żadną z tych rzeczy z prostego powodu - to nie była moja rodzina i to nie był mój dom.
I nie byłam to też ja, bo nie nazywałam się Bianca Attwood. W każdym razie... To nie było moje prawdziwe nazwisko.
***
- Już jestem! - zawołał Peter od progu. Podszedłszy do sofy, na której siedziała Phoebe, przerzucił marynarkę przez oparcie i pochylił się, by pocałować żonę w czoło. - Przepraszam za spóźnienie, w ostatniej chwili wpadł mi klient, którego nie mogłem odprawić z kwitkiem. Co tak niebiańsko pachnie?
- Cóż mam powiedzieć, wszystko wskazuje na to, że nasza córka w przyszłości zostanie fenomenalną szefową kuchni - odparła kobieta i odłożywszy na stolik tablet, za pomocą którego przez ostatnią godzinę wynajdywałyśmy co lepsze eksponaty z internetowego targu staroci, spojrzała na mnie porozumiewawczo.
- Albo malarką. - Peter nie kryjąc zachwytu, obejrzał z bliska stolik. - Phoebe mówiła, że odmalowałaś te wzorki, ale... Wow, jak precyzyjnie! Jesteś pewna, że to twój pierwszy raz z pędzlem?
- Starałam się.
- I wyszło ci to obłędnie, Bianco. Już sam nie wiem, na jaki college odkładać.
- Na najlepszy, kochanie, na najlepszy!
Pojęcia nie miałam, jakim cudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem. Ja i college? Studia? Tylko w wyobraźni Phoebe i Petera.
- Proszę, nie, ja... - zaczęłam nieskładnie. - Nie chcę iść do college'u. Poza tym Mia i Leo bardziej na to zasługują...
Peter stanowczo pokręcił głową.
- Bianco, jesteś naszą córką - zaczął i usiadł obok mnie na sofie, nie zapominając o zachowaniu dystansu. - Naszym obowiązkiem jest dbać o twoją edukację. Jeśli postanowisz dalej się uczyć, pójść na studia, będziemy cię wspierać, choćbyś miała zgłębiać teorie fizyki kwantowej przez kolejne sześć czy dziesięć lat. Jednak jeśli wybierzesz inną drogę i zechcesz znaleźć pracę lub otworzyć własny biznes, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ci to ułatwić.
- I to nie z poczucia obowiązku - dodała Phoebe, łypiąc znacząco na męża. - Po prostu chcemy to zrobić dla ciebie.
W takich chwilach czułam, jak wzruszenie łapie mnie za gardło. Oni naprawdę byli mili i mnie kochali. A nie powinni.
- Sama nie wiem, co powiedzieć.
- Po prostu jesteś zbyt skromna - rzucił niby żartem Peter, by rozładować przytłaczającą atmosferę.
- I oczywiście nie musisz teraz o tym decydować ani mówić, co chcesz robić, gdy dorośniesz - dodała pospiesznie Phoebe. - Masz jeszcze dużo czasu.
Przytaknęłam i by uwolnić się od ich ciepłych spojrzeń, wymknęłam się do kuchni pod pretekstem podgrzania kolacji dla Petera. Nie lubiłam okazywania uczuć. Przez nie wszystko stawało się trudniejsze. Wolałabym, by mnie ignorowali, ale trafiłam do rodziny, która akceptowała moje wady, dawała mi przestrzeń i wspierała na każdym kroku. Kogoś takiego jak ja wylewna czułość doprowadzała do białej gorączki.
Jedno było pewne, nie zasłużyli sobie na taką córkę. Nie wiedzieli, że ta "grzeczna dziewczyna", to w rzeczywistości precyzyjnie wykreowana postać, zamierzająca zaskarbić sobie ich przychylność. I ich wykorzystać. Jeszcze rok czy dwa lata temu było mi znacznie łatwiej nimi manipulować, a teraz... Z dnia na dzień przychodziło mi to z coraz większym trudem.
Nie, nie powinnam tak myśleć - skarciłam się w duchu. Takie rozważania sięgają stanowczo za daleko i stawiają pod znakiem zapytania wszystko, co do tej pory mną kierowało. A nic nie powinno sprawić, że stracę z oczu prawdziwy cel.
Sprzątnęłam ze stołu w jadali projekty wystroju wnętrz i podałam kolację Peterowi. Gdy zajadał z apetytem, zjawiły się bliźniaki, które, przekrzykując się, opowiadały o swoim pełnym wrażeń dniu.
- Czy mogę wyjść na spacer? - spytałam Phoebe, ale to Peter zareagował pierwszy.
- Znowu do lasu?
- Oczywiście, że tak! - powiedziała natychmiast Phoebe i posłała mężowi karcące spojrzenie. - W środku miasta trudno o bliski kontakt z naturą. To niesamowite, że teraz mamy ją dosłownie na wyciągnięcie ręki i możemy z tego korzystać.
Peter, który nie był zwolennikiem wałęsania się bez celu, nieważne, czy po zatłoczonym mieście, czy na odludziu (zawsze raczył mnie wizją niebezpieczeństw, które mogłam napotkać na swojej drodze), tylko ciężko westchnął. Jeszcze się nie zdarzyło, by wygrał walkę z Phoebe.
- Tylko nie odchodź za daleko - upomniał mnie niemrawo. - I wróć przed zmrokiem.
Skwapliwie przytaknęłam. W tej chwili zgodziłabym się na wszystko, byleby jak najszybciej uciec z ich polukrowanego domku. Jednak kiedy Phoebe poradziła mi wziąć bluzę... Obudziła cerbera.
- Bianca idzie na spacer? - zawołała Mia znad rysunku jej nowego pokoju. Tym samym odciągnęła uwagę brata od książki, którą zaczął zaraz po obiedzie i miał niebawem skończyć. Dodam tylko, że to była gruba, ponad trzystustronicowa powieść historyczna. Ten dziesięciolatek mnie przerażał.
- Możemy iść z tobą? - spytał, obracając się na krześle tak szybko, że zaskrzypiało pod jego ciężarem.
- Dzieciaki... - westchnęła Phoebe i zaczęła kręcić głową, ale natychmiast ją powstrzymałam.
- Jasne, czemu nie. Może uda nam się spotkać jakieś zwierzątka w lesie?
- Byłoby super! Na przykład łosia!
Zerknęłam na Petera. Pobladł w mgnieniu oka.
- Wolałabym nie - odparłam, pomagając Mii włożyć bluzę z naszywką z brokatową gwiazdką. - Poza tym łosie chyba nie występują w tych rejonach. Ale sarenkę czy wiewiórkę na pewno spotkamy.
- A pumy? Niedźwiedzie?
Ponownie spojrzałam na Petera, który wyglądał, jakby miał zaraz zsunąć się z krzesła i wyzionąć ducha.
- Nie oddalajcie się, proszę - wymamrotał ledwo słyszalnie.
Phoebe roześmiała się dźwięcznie i podeszła do męża, by go pocieszyć. Albo powstrzymać, żeby w ostatniej chwili nie zamknął nas w domu. Najlepiej do końca życia.
Wyszłam z Mią i Leo za dom, a potem skręciliśmy w stronę rozległej łąki. W ciepłych promieniach zachodzącego słońca znaleźliśmy ścieżkę prowadzącą do niezbyt gęstego lasu.
Lubiłam dać Phoebe i Peterowi przestrzeń do swobodnych rozmów i chwili sam na sam. Wiedziałam, jak bardzo mi są za to wdzięczni, zwłaszcza gdy zabierałam ze sobą dzieciaki. To był rodzaj mojego prezentu dla nich i czegoś na wzór pokuty za rzeczy, które zrobię w przyszłości. Mimo wszystko nie chciałam łamać im serc, a by dobrze wspominali wspólnie spędzony czas. Zasłużyli na to.
Dla Petera, agenta nieruchomości, nietrudno było znaleźć pracę nawet na takim odludziu jak Columbia. Miał wszystko, co jest wymagane w tym zawodzie - dobrą gadkę i urok osobisty. I pomyśleć, że z jego znajomościami moglibyśmy zamieszkać w jakimś supernowoczesnym domu. Jednak Phoebe przyświecała wizja uroczego domku z ogródkiem i ten oto sposób wylądowaliśmy na obrzeżach Saint Louis.
Chociaż trudno było to nazywać domem. W moich oczach była to rudera, która ledwie trzymała się pionu. Attwoodowie wydali setki tysięcy dolarów, by doprowadzić ją do stanu używalności. Z pewnością o wiele taniej byłoby zburzyć i postawić nowy dom, ale... Peter był na każde skinienie Phoebe i bezdyskusyjnie spełniał każdą jej zachciankę. Przymykałam na to oko z dwóch prostych powodów - po pierwsze, bunt zniszczyłoby mój wizerunek, a po drugie... Phoebe była daleka od tego, by nazwać szczwaną lisicą wykorzystującą bogatego męża. Po prostu sama była obrzydliwie bogata. Odziedziczyła spadek po dziadkach ranczerach i chociaż wydawała się naiwna (i głupiutka), z powodzeniem inwestowała na giełdzie. Dlatego stać ich było na remont zdezelowanego domu i zakup rupieci, które w moich oczach miały rangę obiektów muzealnych.
Chyba nigdy nie zrozumiem dorosłych. I może nawet nie będę próbować.
Słuchając szczebiotania Mii, zerkałam ukradkiem na Leo, idącego daleko przed nami, jednak nadal w zasięgu wzroku. Był prawdziwym, zamkniętym w swoim świecie introwertykiem. Każde z nich wdało się w jednego ze swoich rodziców. Byli pomniejszonymi wersjami Phoebe i Petera.
- I jak? Cieszysz się na myśl o nowej szkole? - Zapał Mii wyraźnie przygasł i zauważyłam, że pospiesznie odwraca głowę. - Co jest?
- Mama prosiła... - zaczęła cichutko. - Prosiła, żebyśmy o tym z tobą nie rozmawiali. Żebyś się nie bała - dodała, wlepiając we mnie swoje ogromne niebieskie oczęta.
Phoebe była zapobiegliwa w każdym calu. Zabezpieczyła się na każdą ewentualność, włączając w to dzieciaki i ich naturalną prostolinijność. Mimo to nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach.
- Nie boję się - skłamałam gładko, a całość zamaskowałam pokrzepiającym uśmiechem. - Nie tym razem.
- Na pewno? Nie chcę, żeby było ci przykro.
Przyklęknęłam przy dziewczynce i wzięłam jej chłodne dłonie w swoje.
- To ja miałam problem w poprzedniej szkole, nie ty. Zresztą i tak mi głupio, że przeprowadziliśmy się właśnie z mojego powodu.
- Nieprawda! - zawołała zapalczywie. - Mama zawsze chciała mieszkać poza miastem. No i tata mówił, że tutaj ludzie są inni. Jak pan George ze sklepu. Mili i uśmiechnięci - dodała, jakby to przesądzało dosłownie wszystko.
- Ale i ty, i Leo mieliście przyjaciół, kolegów z klasy, nauczycieli... Nie tęsknisz?
- Trochę tak, ale piszemy do siebie, więc jest okej. No i zawsze mogę poznać nowych przyjaciół.
Mia zaskakiwała mnie na każdym kroku. Chyba nigdy nie spotkałam tak optymistycznej i pozytywne nastawionej osoby, a ta dziewczynka miała dopiero dziesięć lat! Chociaż może właśnie tak wygląda normalność. Dziecko nieskalane widokiem przemocy czy zbrodni rozgrywających się na jego oczach. Koszmarami, powracającymi każdej nocy, zabierającymi je w ciemną otchłań przeszłości.
- Zobaczysz, ty też znajdziesz przyjaciół - powiedziała, jakby czuła, że tonę w czarnych myślach. - A jeśli nie... To zawsze będziesz miała mnie! I Leo. I mamę, i tatę.
Uśmiechnęłam się blado, ale nawet dla mnie to był sztuczny uśmiech, od którego rozbolała mnie cała twarz. Z jednym mogłam się zgodzić - miałam miłość Attwoodów, ale kto wie, na jak długo. Zdawałam sobie sprawę, na jakich warunkach mnie pokochali. Byłam bezproblemową nastolatką, przynajmniej do momentu, w którym musieli zabrać mnie z poprzedniej szkoły. Ale to była placówka dla bogatych snobów, którzy nie akceptowali dzieciaków z szemraną przeszłością - zwłaszcza tych adoptowanych. Nawet nauczyciele odwracali głowę, udając, że niczego nie dostrzegają. Nikt nie chciał ingerować w czyjeś problemy, tym bardziej jeśli ta osoba była "chodzącym problemem". Przeprowadzając się tutaj, na odludzie, Phoebe zapewniała mnie o nowym początku, o tym, że w Columbii nikt nie będzie mnie osądzał ani wytykał palcami. Wierzyłam w to, przynajmniej do pewnego stopnia, chociaż... Ani Phoebe, ani Peter nie zdawali sobie sprawy, że to właśnie w Columbii chciałam się znaleźć.
Bo tu zaszył się mój cel. Człowiek, do którego musiałam się dostać, za wszelką cenę.
Ktoś, kto został wymazany z mojej przeszłości, a nadal istniał.
- Bianco!
Zaalarmowana okrzykiem Leo, spojrzałam w jego stronę. Stał na skraju stromej skarpy i wskazywał na coś palcem. Zerwałam się na równe nogi i obie z Mią podbiegłyśmy do niego.
- Co się stało? Oj...!
W głębokim dole dostrzegłam ruch. Biała kulka okazała się kilkumiesięcznym szczeniakiem, chyba labradorem. Wpadł do rowu i nie mógł z niego wyjść. Przyciśnięty do ściany trząsł się i skamlał przerażony.
- Zostańcie tu, dobrze?
Bliźniaki przytaknęły, a ja ostrożnie zsunęłam się na dół po skarpie.
- Hej, mały, wszystko w porządku? - wyszeptałam i wyciągnęłam rękę, by maluch ją obwąchał. Gdy trącił mokrym noskiem moje palce, pogłaskałam go po kudłatym, acz przybrudzonym łepku. Musiał spędzić w dole dobrych kilka godzin i sądząc po oblepionych ziemią łapkach, rozpaczliwie starał się wyjść na powierzchnię. - Biedaku, cały się trzęsiesz. No chodź, wskakuj pod bluzę.
Szczeniak zaufał mi bez oporów i umościł się pod moją bluzą. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jakie głupstwo popełniłam. O wiele łatwiej jest zejść, niż wspiąć się na stromą skarpę. Zwłaszcza z tylko jedną jedną wolną ręką, gdyż drugą trzymałam szczeniaka, na wypadek gdyby próbował wyskoczyć. Po kilku próbach Mia była bliska płaczu. Przecież nie mogłam jej odesłać do domu w takim stanie. Peter dostałby zawału.
- Trzymaj mocno!
Przed oczami zadyndał mi rękaw bluzy Leo. Spojrzałam w górę i zobaczyłam, że bliźniaki złączyły swoje bluzy, a rękaw jednej z nich przywiązały do pobliskiego drzewa. Spryciarze.
Nareszcie udało mi się wyjść na powierzchnię.
- Dzięki, Leo. - Potarmosiłam włosy chłopca, wiedząc, kto był autorem tego genialnego pomysłu.
Mia przytuliła się do mojego boku, a wtedy psiak zaczął popiskiwać.
- Ojej, jaki maluszek!
- Nie jest mały - odparł Leo tonem mądrali. - Może to nadal szczeniak, ale ma już kilka miesięcy.
- A ty niby skąd to możesz wiedzieć?
- Trevor miał podobnego.
Czyli kolega z kółka naukowego, na które Leo uczęszczał w poprzedniej szkole. Jednak Mia, jak przystało na siostrę, wywróciła oczami, po czym skupiła całą uwagę na szczeniaczku.
- Zabierzemy go do domu?
- Tu nie możemy go zostawić. W nocy przyjdzie jakieś zwierzę i... - Leo dramatycznie zawiesił głos i zainicjował gest podrzynania gardła, czym jeszcze bardziej nastraszył siostrę.
- Leo - upomniałam go, jednocześnie przytulając do siebie Mię. - Ale masz rację, tu nie może zostać. Tylko obawiam się, że wasi rodzice nie będą nim zachwyceni.
- Poczekajcie! Patrzcie! Ma obrożę!
- Jest tu tylko imię. Milano.
- Obejrzymy dokładnie w domu, może znajdziemy tam numer do właściciela - podpowiedziałam, bo wstyd przyznać, ale kiepsko sobie radziłam z czytaniem w półmroku. - A jeśli nie, to zrobimy mu zdjęcie i rozwiesimy plakaty w miasteczku. Jest mały, więc nie uciekł daleko. Ktoś z pewnością go rozpozna.
- Dobra! - bliźniaki zgodnie przytaknęły.
Jak się spodziewałam, Phoebe i Peter nie byli zachwyceni. Dom w remoncie to nie miejsce dla kilkumiesięcznego szczeniaka, ale udało się nam (właściwie bliźniakom) przekonać Attwoodów, że znalezienie jego właściciela jest lepsze od oddania go do schroniska.
Tym samym dorobiłam się nowego, nawet jeśli tylko tymczasowego, lokatora. Co było raczej oczywiste, gdyż dom, choć duży, w połowie nie nadawał się do użytku. Przykładowo pokój Mii był składowiskiem wszystkich gratów, począwszy od nieskręconych mebli, a skończywszy na sprzęcie sportowym Petera. W sypialni rodziców postawienie swobodnie stopy graniczyło z cudem. W moim nie było lepiej, jednak łatwiej było ominąć piętrzące się kartony niż stosy ubrań, które szczeniak mógłby obsikać.
Leo przeszedł samego siebie, improwizując posłanie dla psiaka z płaskiego wiklinowego kosza i koca. Ale zanim go tam wpuściliśmy, najpierw go wykąpaliśmy, co było jednym z głównych warunków pozostawienia go w domu. Peter wzdrygał się na samą myśl o kleszczu czy innym pasożycie przyniesionym z lasu. Bliźniaki dosłownie oszalały na punkcie psa. Chciały spędzić u mnie tę noc, lecz słabo widziałam możliwość dzielenia pojedynczego łóżka z dwoma dziesięciolatkami. Chociaż i tak tę noc z góry spisałam na straty, skoro musiałam doglądać rozdygotanego psiaka.
- Jak tak na ciebie patrzę, to widzę podobieństwo do mnie- wymruczałam, wychylając się ponad krawędź łóżka, by pogłaskać Milana po puszystej, lekko wilgotnej głowie. - Do mnie.
Wzięłam psiaka na ręce, by przyjrzeć mu się z bliska. Miał piękne szkliste oczy w kolorze kremu nugatowego. Ewidentnie nie był przyzwyczajony do samotności, bo uspokoił się, gdy położyłam go obok siebie. Nawet uraczył mnie mokrym całusem w policzek. Obróciłam się na plecy i po prostu pozwoliłam, by Milano zwinął się w kłębek przy moim boku. Głaskałam go i wspominałam.
- Pierwsza noc w sierocińcu była... czymś, czego nie da się opisać. Nie istnieje słowo, które całkowicie oddałoby to, co czuje pozostawione samemu sobie dziecko. Zwłaszcza takie, które widziało za dużo złych rzeczy. Tyle, że ty wrócisz do domu, do kogoś, kto cię kocha, a ja... Nie ma co, wspaniały z ciebie kompan - zachichotałam cicho, widząc, że szczeniak twardo zasnął.
Chcąc nie chcąc, zamknęłam oczy. Nie łudziłam się, że towarzystwo słodko śpiącego psiaka ześle na mnie spokojny sen.
Odkąd skończyłam osiem lat, czekały na mnie jedynie zimne objęcia koszmarów.