ALBIN
Siedzi, podpiera głowę dłońmi i gryzie słomkę. Wciąga resztkę roztopionej wody z dna szklanki, głośno przy tym siorbiąc. Woda nie ma nawet smaku coli, jakby pił ślinę kogoś, kto przed kwadransem wypił colę. Chichocze pod nosem. Lo spodobałby się ten dowcip. Ale Lo jeszcze tu nie ma.
Patrzy przez szyby na tych wszystkich obcych ludzi poruszających się po terminalu. Zauważa chłopaka ubranego w damskie ubrania, z twarzą umazaną szminką. Na jego szyi wisi kawałek kartonu z napisem "Całus za 5 koron". Koledzy nagrywają go na komórki, ale po ich śmiechu można poznać, że nie bawią się najlepiej, nie naprawdę. Albin znowu wciąga wodę przez słomkę, rozlega się głośne siorbnięcie.
- Abbe - mówi mama. - Proszę cię.
Patrzy na niego w sposób, który oznacza, że tata i bez tego jest mocno zirytowany. Nie pogarszaj tego. Albin odchyla się na krześle. Próbuje być spokojny.
Dobiega go czyjś śmiech, podobny do szczekania psa. Albin patrzy w tamtym kierunku i zauważa dwie grube dziewczyny siedzące kilka stolików dalej. Ta, która się śmieje, ma włosy spięte w kitki i coś różowego i puszystego wokół szyi. Odchyla głowę i wrzuca do ust garść orzeszków ziemnych. Kilka ląduje między jej piersiami, największymi jakie Albin kiedykolwiek widział na żywo. No i ta spódniczka... tak krótka, że prawie niewidoczna.
- Po co jej komórka, skoro i tak nigdy jej nie włącza? - syczy ojciec, z hukiem odkładając telefon na stolik. - Cała moja siostrzyczka.
- Spokojnie, M?rten - mówi łagodnie mama. - Przecież nie wiemy, dlaczego się spóźniają.
- No właśnie, nie wiemy. Tak jakby Linda nie mogła się odezwać, żebyśmy się, kurwa, nie musieli zastanawiać, gdzie są. To się nazywa brak szacunku. - Ojciec odwraca się do Albina. - Na pewno nie masz numeru do Lo?
- Nie mam, przecież mówiłem.
Przykro mu, że znów musi głośno się do tego przyznać. Lo nie podała mu swojego nowego numeru. Nie rozmawiali od prawie roku. Od kiedy przeprowadziła się do Eskilstuny, pisali do siebie zaledwie parę razy. Martwi się, że Lo jest na niego o coś zła, o coś, co musi być nieporozumieniem. Mama tłumaczy, że Lo ma pewnie dużo pracy w szkole, bo nauka nie przychodzi jej tak łatwo jak jemu, a w szóstej klasie jest tylko coraz trudniej i trudniej, ale tłumaczy to tym samym tonem, którego używała wtedy, kiedy próbowała mu wmówić, że w szkole dokuczają mu tylko z zazdrości.
Przecież on wie, jak jest naprawdę. Nie ma powodu, żeby ktoś mu czegoś zazdrościł. Możliwe, że w dzieciństwie był śliczny, ale nie teraz. Jest najniższy w klasie, wciąż ma głos cienki i piskliwy, nie odnosi sukcesów w żadnym sporcie ani w niczym innym, w czym powinni być dobrzy chłopcy, żeby stać się popularni. To fakt. Podobnie jak faktem jest, że Lo nie przestałaby się odzywać, gdyby coś się nie stało.
Lo jest nie tylko jego kuzynką. Kiedy jeszcze mieszkała w Skultunie, była jego najlepszą przyjaciółką. Potem jednak ciotka Linda postanowiła, że się przeprowadzą, i Lo nie miała wyboru, musiała z nią pojechać.
Nikt nie umiał rozśmieszyć go tak jak ona. Z jej żartów śmiał się tak, że dostawał napadu paniki, bo miał wrażenie, że nie będzie mógł przestać. Lo powiedziała mu też prawdę o śmierci babci. Płakali razem, bo przecież nie ma nic smutniejszego niż samobójstwo. I choć nigdy by się do tego nie przyznał, lubił płakać, kiedy była przy nim Lo. Nareszcie było coś, co mogli dzielić, w odróżnieniu od tego wszystkiego, o czym on nie potrafił rozmawiać nawet z Lo.
- Nie, Stello - dochodzi go gdzieś z tyłu zduszony głos mężczyzny. - Nie rób tak, Stello. Chcesz się położyć, kiedy wejdziemy na pokład? Chcesz, Stello?
Odpowiada mu pełne złości wycie.
- Przestań, proszę. To nie jest śmieszne. Stella! Nie, powiedziałem. Nie, Stello, nie rób tak. Stello, proszę cię.
Stella znów wyje. Słychać brzęk tłuczonego szkła. Albin widzi, że tata jest coraz bardziej zdenerwowany, a mama coraz bardziej wystraszona, że tata zaraz zrobi scenę. Zauważa dobrze mu znane drgnienie w kąciku oka. Skrzypnięcie w karku, kiedy tata opróżnia kufel z piwem i robi się jeszcze bardziej czerwony na twarzy.
- Może stoją w korku - zastanawia się mama. - O tej porze ludzie wracają z pracy.
Zastanawia się, dlaczego mama po prostu nie zamilknie. Kiedy tata jest w tym nastroju, nie da się go uspokoić. Można go tylko jeszcze bardziej zdenerwować.
- Powinniśmy byli po nie podjechać - mówi. - Choć pewnie wtedy Linda zrobiłaby wszystko, żebyśmy się spóźnili.
Obraca w dłoniach kufel z piwem. Ma gardłowy, lekko niewyraźny głos.
- Na pewno zdąży - stwierdza mama, zerkając na zegarek. - Nie chce zawieść Lo.
W odpowiedzi tata tylko parska. Mama nie odzywa się więcej, ale i tak jest za późno. Cisza między nimi gęstnieje, aż trudno oddychać. Gdyby byli w domu, Albin poszedłby na górę do swojego pokoju. Chce właśnie powiedzieć, że musi wyjść do toalety, kiedy tata odsuwa krzesło i wstaje.
- Abbe, chcesz jeszcze jedną colę? - pyta.
- Dziękuję.
Tata idzie do baru.
Mama odchrząkuje, jakby chciała coś powiedzieć. Może coś o dzisiejszej nocy. Że tata był po prostu wyjątkowo zmęczony. Ma dużo pracy. I że ona potrzebuje tyle pomocy, że on nigdy nie może odpocząć. Ale Albin nie chce tego słuchać. Zmęczony, nienawidzi słowa zmęczony, to ich słowo wytrych na określenie wszystkiego co trudne. Ojciec zawsze jest taki, zwłaszcza kiedy mają wyjechać albo zrobić coś innego, co powinno być przyjemne. Zawsze wszystko psuje.
Albin demonstracyjnie wyjmuje podręcznik do historii z plecaka, który przewiesił przez oparcie krzesła. Otwiera na rozdziale, z którego w przyszłym tygodniu będą mieć sprawdzian. Marszczy czoło. Próbuje udawać, że jest zajęty analizowaniem taktyki spalonej ziemi, choć umie prawie wszystko na pamięć.
- Dobrze, że uczycie się o czasach imperium, akurat kiedy jesteśmy na Bałtyku - mówi mama.
Nie odpowiada. Postanowił, że będzie niedostępny, żeby ją ukarać. Bo to na nią jest najbardziej zły. Mogłaby wziąć rozwód i wtedy nie musieliby mieszkać z ojcem. Ale ona nie chce. Nawet wie dlaczego. Wydaje jej się, że potrzebuje męża.
Czasem Albin żałuje, że w ogóle go adoptowali. Byłoby mu lepiej w domu dziecka w Wietnamie. Może wówczas trafiłby w jakieś inne miejsce. Do jakiejś innej rodziny.
- Patrzcie, kogo spotkałem - oznajmia ojciec i Albin podnosi wzrok.
Ojciec trzyma w ręku kufel z piwem. Biała piana spływająca po ściance dowodzi, że zdążył już wypić kilka łyków. Obok niego stoi ciotka Linda. Jej jasne rozpuszczone włosy spływają po pękatej kurtce różowej jak wypluta guma do żucia. Ciotka pochyla się i przytula Albina. Czuje na twarzy jej zimny policzek.
Tylko gdzie jest Lo?
Zauważa ją dopiero, gdy Linda okrąża stolik, żeby uściskać się z mamą. Słyszy, jak mama rzuca swój zwyczajowy żartobliwy tekst: "Wybacz, nie wstanę". Linda śmieje się, jakby słyszała go po raz pierwszy. Świat wokół Lo rozmywa się, aż w końcu Albin widzi tylko ją.
To jest Lo, ale to nie jest Lo. W każdym razie nie ta Lo, którą on zna. Nie może oderwać od niej oczu. Rzęsy pomalowała tuszem, więc jej oczy stały się większe i jaśniejsze. Jej włosy urosły i pociemniały, mają teraz kolor miodu. Nogi w obcisłych dżinsach i trampkach we wzór skóry leoparda wydają się strasznie długie. Lo zdejmuje szalik i skórzaną kurtkę. Pod spodem ma szary sweter, który zsunąwszy się z ramienia, odsłonił czarne ramiączko stanika.
Lo wygląda jak dziewczyny z jego szkoły, które nigdy w życiu nie powiedziałyby mu "cześć".
To jest dużo gorsze niż nieporozumienie. Nieporozumienie dałoby się wyjaśnić.
- Cześć - mówi Albin niepewnie i słyszy, jak dziecinnie zabrzmiał jego głos.
- Zakuwasz, co za niespodzianka - odpowiada Lo.
Pachnie pralinkami i ciepłą wanilią, a gdy mówi, z jej ust wydobywa się słodki miętowy powiew gumy do żucia. Pospiesznie przytula Albina, a on czuje dotyk jej piersi. Ledwo ma odwagę na nią spojrzeć, kiedy znów się prostuje. Ale Lo zdążyła odwrócić swoją nową, dorosłą twarz. Wsuwa za ucho kosmyk włosów. Ma paznokcie pomalowane na czarno.
- Jak ty urosłaś - wzdycha mama. - Ślicznie wyglądasz.
- Dziękuję, ciociu. - Lo ściska jej dłoń znacznie dłużej niż Albinowi.
Mama pochyla się do przodu na wózku, żeby objąć Lo.
- Bardzo zeszczuplałaś - zauważa ojciec.
- Przecież rośnie - mówi matka.
- Mam nadzieję, że to tylko dlatego. Chłopaki wolą mieć za co złapać, wiesz.
Albin chciałby, żeby ojciec zamilkł, teraz, natychmiast.
- Dzięki, że mi to wyjaśniłeś - ripostuje Lo. - Celem mojego życia jest, żeby lubili mnie chłopcy.
Zapada cisza, o pół sekundy za długa, po której wszyscy wybuchają śmiechem.
Linda zaczyna swoją opowieść o tym, którą dokładnie drogą jechały z Eskilstuny i jak dokładnie wyglądał każdy metr ich podróży. Ojciec bez słowa pije piwo, za to mama próbuje za wszelką cenę udawać zainteresowanie opowieścią Lindy. Lo ostentacyjnie wywraca oczami i wyjmuje telefon. Albin zerka na nią ukradkiem. W końcu Linda dochodzi do tego, jak szukała miejsca parkingowego blisko terminala, i wreszcie kończy.
- Na szczęście zdążyłyście - podsumowuje matka i zerka na ojca.
- Może powinniśmy stanąć w kolejce? - pyta ojciec, opróżnia kufel i stawia go na stoliku.
Linda podąża wzrokiem za kuflem. Albin wstaje, chowa podręcznik do historii i zakłada plecak.
Kolejka po drugiej stronie szklanej ściany puchnie i zaczyna posuwać się do przodu. Albin patrzy na zegar ścienny. Do wypłynięcia został tylko kwadrans. Ludzie przy stolikach obok również zaczynają zbierać swoje rzeczy, dopijają resztki napojów.
Matka zerka przez ramię i próbuje wycofać wózek, przepraszając na prawo i lewo. Kręci drążkiem kierowniczym na podłokietniku do przodu i do tyłu. Siedzący za nią muszą przesunąć swój stolik, żeby mogła wyjechać.
- Jakbym wyjeżdżała z zatoczki - żartuje, ale ma zduszony głos świadczący o zdenerwowaniu.
- Dasz radę? - pyta Lo.
- Tak, kochanie - odpowiada mama tym samym zduszonym głosem.
- Pewnie nie możesz się doczekać, kiedy już będziemy na promie? - mówi Linda i czochra Albinowi włosy.
- Tak.
- Dobrze, że chociaż ty. Myślałam, że będę musiała siłą wepchnąć Lo do samochodu, żeby ze mną pojechała.
Lo odwraca się do nich. Albin stara się nie pokazać po sobie, że zraniły go słowa Lindy. Czyli że wcale nie chciała się z nim spotkać.
- Nie chcesz płynąć?
- Nie no, skądże. Pływanie promem poleciłabym wszystkim. - Nawet nie mówi tak jak dawniej. Kolejny powiew gumy do żucia, kiedy wzdycha. - Nie pozwala mi nawet zostać samej w domu.
- Nie wracajmy do tego teraz, Lo - prosi Linda. - Cieszcie się, że chłopcy później dojrzewają. Zobaczycie, co was czeka - zwraca się do matki i ojca.
Lo znów wywraca oczami, ale na swój sposób wydaje się zadowolona.
- Niekoniecznie - mówi ojciec. - Dzieci są różne. Dużo zależy od tego, czy czują, że mają powody do buntu.
Linda nie komentuje, ale gdy ojciec się odwraca, kręci głową.
Przesuwają się w kierunku wyjścia. Mama jedzie pierwsza, kilka razy powtarza "tit-tit", gdy stoliki stoją zbyt blisko siebie albo gdy drogę zastawiają torby podróżne. Albin odwraca wzrok. Patrzy przez szybę na stanowisko kontroli biletów, gdzie dwoje strażników badawczo przygląda się pasażerom przechodzącym przez bramki.
- Uznała, że może włożyć miniówkę. No cóż... - szepcze Lo stanowczo zbyt głośno, kiedy mijają dziewczynę z czymś różowym i puszystym wokół szyi.
- Lo - upomina ją ciotka Linda.
- Może będziemy mieć szczęście i prom zatonie, kiedy te dwie na niego wsiądą. Unikniemy koszmaru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki