Rozdział III "W Wrightsville zamieszkał słynny powieściopisarz"
- Zaraz powiem panu Wrightowi, że panowie przyszli - prychnęła ze złością Ludie, oddalając się w głąb domu. Wykrochmalone poły jej fartucha sterczały po bokach jak rogi holenderskiego czepka.
- Ludie od razu poznała, że przyszliśmy wynająć "przeklęty dom". - Pan Pettigrew się uśmiechnął.
- Czy właśnie dlatego spojrzała na mnie tak, jakbym był hitlerowskim gauleiterem? - zapytał pan Queen.
- Ludie na pewno uważa, że takim ludziom jak John F. Wright nie wypada wynajmować domów. Czasem się zastanawiam, która z nich jest większą snobką: Ludie czy Hermy?
Pan Queen rozejrzał się po pokoju. Odniósł bardzo przyjemne wrażenie. Kilka starych mahoniowych mebli było szczególnie pięknych, podobnie jak kominek z włoskiego marmuru. I co najmniej dwa olejne obrazy były doskonałego pędzla i przedstawiały dużą wartość.
J.C. dostrzegł uznanie w jego wzroku.
- To Hermione wytrzasnęła skądś te wszystkie obrazy - powiedział. - Zna się na sztuce... O, a to właśnie ona. I John.
Ellery wstał. Spodziewał się, że zobaczy potężną niewiastę o surowej twarzy. Zamiast niej ukazała się Hermy. Hermy zawsze wprowadzała obcych w błąd: była filigranowa, macierzyńska i słodka.
John Fowler Wright był niedużym, szczupłym mężczyzną, a jego opalona twarz zdradzała, że lubi przebywać na świeżym powietrzu. Ellery poczuł do niego sympatię od pierwszego wejrzenia. Pan Wright trzymał pod pachą album ze znaczkami z pieczołowitością długoletniego kolekcjonera.
- John, pozwól, że ci przedstawię pana Ellery'ego Smitha. Szuka umeblowanego domku do wynajęcia - nerwowo zaczął J.C. - Pan Wright, pani Wright, pan Smith. Ehem!
John F. oświadczył trochę piskliwym głosem, że czuje się zaszczycony, mogąc poznać pana Smitha, a Hermy wyciągnęła wyprostowaną rękę, mówiąc słodko:
- Miło mi pana powitać w naszym domu.
Ale pan "Smith" dostrzegł towarzyszący temu gestowi lodowaty błysk w jej ładnych niebieskich oczach i natychmiast zorientował się, że w tym stadle kobieta jest dużo twardsza od mężczyzny. Był więc dla niej niezwykle szarmancki. W rezultacie Hermy trochę złagodniała i nawet parokrotnie smukłymi palcami przesunęła po swoich lśniących siwych włosach, co miała zwyczaj robić, gdy była z czegoś zadowolona albo czymś podniecona, lub jedno i drugie.
- Oczywiście - z szacunkiem mówił J.C. - od razu pomyślałem o tym ślicznym sześciopokojowym domku, który tu wybudowałeś, John...
- Nie podoba mi się ten pomysł wynajęcia domu, John - zimno przerwała Hermione. - Naprawdę nie rozumiem... - zwróciła się do pana Pettigrew.
- Mam nadzieję, że zechce pani zmienić zdanie, gdy dowie się pani, kim jest pan Smith - szybko wtrącił J.C.
- A zatem słucham - ostrym tonem powiedziała Hermione. - Kim jest ten pan?
- Pan Smith - uroczyście oświadczył J.C. - to słynny pisarz, Ellery Smith!
- Słynny pisarz?! - Hermione zabrakło tchu. - Naprawdę nie spodziewałam się czegoś takiego! Proszę postawić tę tacę na stoliczku do kawy, Ludie.
Ludie z brzękiem postawiła tacę. W dzbanku cytrynowo-grejpfrutowego ponczu podzwaniały kostki lodu, a obok stały cztery puste kryształowe pucharki.
- Jestem pewna, że nasz domek będzie się panu podobał - szybko mówiła Hermione. - To po prostu marzenie. Sama go urządzałam. Czy pan czasem miewa odczyty? Nasze Stowarzyszenie Kobiet...
- Mam tu zupełnie niezłe tereny golfowe - wtrącił się do rozmowy John F. - Na jak długo chciałby pan wynająć ten dom?
- Pan Smith na pewno tak polubi Wrightsville, że w ogóle nie będzie chciał stąd wyjechać - przerwała mu Hermy. - Czy można nalać panu szklaneczkę ponczu? To sekret i specjalność Ludie...
- Trudność polega na tym - marszcząc brwi, powiedział John F. - że przy obecnym tempie rozwoju miasta zapewne bardzo szybko uda mi się znaleźć nabywcę...
- To naprawdę żaden problem, John! - zawołał J.C. - Możemy zaznaczyć w umowie, że gdyby znalazł się kupiec, pan Smith wyprowadzi się w odpowiednim terminie...
- Ach, te interesy! - wesoło zawołała Hermy. - Pan Smith na pewno chciałby jak najprędzej zobaczyć domek. Panie Pettigrew, niech pan tu zostanie i dotrzyma towarzystwa Johnowi i tym jego okropnym znaczkom. A my chodźmy.
Przez całą drogę z wielkiego do małego domu Hermione szła wsparta na ramieniu Ellery'ego, jak gdyby bała się, że jej towarzysz ulotni się, gdy tylko go puści.
- Meble są teraz w pokrowcach - mówiła - ale naprawdę są bardzo ładne. We wczesnoamerykańskim stylu, z jasnego klonu i zupełnie nowe. Niech pan sam zobaczy. Prawda, jakie to śliczne?
Hermy zaciągnęła Ellery'ego na górę i na dół, pokazując mu cały domek od piwnic aż do mansardy. Zaprowadziła go do wielkiej udekorowanej kretonem sypialni i ukazała mu całe piękno salonu z jego klonowymi meblami, pełnymi bibelotów wnękami, szydełkowym dywanem i prawie pustymi półkami na książki...
- Tak, tak, rzeczywiście - słabym głosem potakiwał Ellery. - Bardzo tu ładnie.
- Postaram się znaleźć panu odpowiednią gosposię - szczebiotała Hermione. - O Boże! Gdzie pan będzie pracował? Moglibyśmy urządzić panu gabinet w drugiej sypialni na górze. Przecież pan musi mieć gabinet do pracy.
Pan "Smith" powiedział, że na pewno będzie się czuł doskonale bez żadnych zmian.
- Więc podoba się panu nasz domek? Jakże się cieszę! - Hermione ściszyła głos. - Oczywiście bawi pan tu incognito, prawda?
- To takie wielkie słowo...
- Może pan być spokojny, że dopilnuję, aby nikt poza kilku osobami z grona naszych najbliższych przyjaciół nie wiedział, kim pan naprawdę jest - mówiła rozpromieniona Hermy. - Co pan zamierza napisać, jeśli można wiedzieć?
- Powieść - słabym głosem odparł Ellery. - Zupełnie specjalnego rodzaju. Akcja jej będzie się toczyła w niedużym mieście.
- Więc przyjechał pan tutaj w poszukiwaniu lokalnego kolorytu! Bardzo mądrze! I wybrał pan nasze kochane Wrightsville! Musi pan koniecznie poznać moją córkę, Patricię. To bardzo inteligentna dziewczyna. Jestem przekonana, że Pat bardzo panu ułatwi poznanie Wrightsville...
W dwie godziny później pan Ellery Queen podpisał się "Ellery Smith" na umowie najmu, w myśl której zobowiązał się wynająć umeblowany dom pod numerem 460, Hill Drive, na okres sześciu miesięcy, poczynając od dnia 6 sierpnia 1940 roku, opłacając czynsz za trzy miesiące z góry w sumie siedemdziesiąt pięć dolarów za miesiąc, z jednomiesięcznym wypowiedzeniem, które właściciel zobowiązywał się doręczyć mu w przewidzianym terminie w razie sprzedaży nieruchomości.
- Muszę się przyznać - zwierzył się J.C, gdy opuścili dom Wrightów - że na chwilę wstrzymałem oddech, kiedy jeszcze tam byliśmy.
- Kiedyż to było?
- W momencie gdy wziął pan pióro od Johna F., żeby się podpisać.
- Wstrzymał pan oddech? - Ellery zmarszczył brwi. - Dlaczego?
J.C. parsknął śmiechem.
- Przypomniał mi się ten biedny stary Hunter, który padł trupem w tym domku. Przeklęty Dom! Strach pomyśleć! A pan jak gdyby nigdy nic - zdrów jak rybka!
Wciąż jeszcze trzęsąc się ze śmiechu, wsiadł do swego samochodu i pojechał do miasta po rzeczy zostawione przez Ellery'ego w hotelu Hollisa. Pan Queen został sam na środku drogi. Był lekko poirytowany.
*
Ellery wszedł do swego nowego mieszkania z dreszczem niepokoju.
Teraz, kiedy uwolnił się ze szponów pani Wright, doszedł do wniosku, że w tym domu jest mimo wszystko coś niezwykłego... jakaś pustka, coś nieskończonego, niby przestworze kosmosu. Ellery gotów już był powiedzieć "nieludzkiego", ale doszedłszy do tego punktu, wziął się mocno w garść. Przeklęty dom! Równie dobrze można by nazwać Wrightsville przeklętym miastem. Zrzucił marynarkę, podwinął rękawy koszuli i zabrał się do sprzątania.
- Panie Smith - usłyszał czyjś przerażony głos - co pan robi najlepszego!
Przyłapany na gorącym uczynku Ellery wypuścił z ręki pokrowiec w chwili, gdy do pokoju wpadła Hermione Wright. Miała wypieki na policzkach i jej siwe włosy nie były już gładko przyczesane.
- Niech się pan nie waży tknąć czegokolwiek! Chodź tutaj, Alberto. Pan Smith na pewno cię nie ugryzie. - Do pokoju wsunęła się zatrwożona dziewoja. - Panie Smith, to jest Alberta Manaskas. Jestem pewna, że będzie pan z niej bardzo zadowolony. Alberto, nie stój jak kołek. Zacznij sprzątać od góry! - Alberta uciekła.
Ellery wymamrotał kilka słów podziękowania i opadł na fotel w kretonowym pokrowcu, a pani Wright z przerażającą energią przystąpiła do ataku.
- Zaraz tu będziemy mieli wzorowy porządek! Coś panu powiem przy sposobności... mam nadzieję, że nie będzie mi pan miał tego za złe. Jadąc do miasta po Albertę, wstąpiłam przypadkiem do redakcji "Wiadomości"... uff! co za kurz!... i odbyłam poufną rozmówkę z Frankiem Lloydem. Jak pan zapewne wie, jest wydawcą i redaktorem tutejszej gazety.
Serce uciekło Ellery'emu w pięty.
- Pozwoliłam sobie także zamówić dla pana mięso i jarzyny u Logana. Dziś zje pan, oczywiście, kolację u nas. Zaraz, zaraz... czy ja o czymś nie zapomniałam? Elektryczność... gaz... woda... nie, pamiętałam o wszystkim. Och, telefon! Załatwię to jutro z samego rana. Jestem święcie przekonana, że gdybyśmy nie wiem jak starali się to ukryć, prędzej czy później wszyscy mieszkańcy Wrightsville dowiedzą się, że pan przyjechał do naszego miasta. Pomyślałam więc sobie, że skoro Frank, jako dziennikarz, będzie po prostu musiał napisać o panu parę słów, to poproszę go, aby okazał mi specjalną uprzejmość i nie wspominał w swoim artykule, że jest pan słynnym pisarzem. Patty, kochanie! Carter! Och, moi drodzy, mam dla was taaaką niespodziankę!
Pan Queen podniósł się z fotela, szukając po omacku swojej marynarki. Jedyną logiczną myślą, jaka przyszła mu do głowy, było, że jej oczy są jak połyskująca w słońcu woda w górskim strumieniu.
- Więc to pan jest tym słynnym pisarzem - powiedziała Patricia Wright, patrząc na niego z przechyloną na bok głową. - Kiedy tata powiedział nam przed chwilą, kogo mama złowiła, spodziewałam się, że zastanę tutaj zabiedzonego poetę o melancholijnych oczach, w spodniach z powypychanymi kolanami i z nieodłączną szklaneczką w ręku. Czuję się miło rozczarowana.
Pan Queen usiłował przybrać przyjemny wyraz twarzy i wymamrotał coś niezrozumiałego.
- Czy to nie cudowne, kochanie?! - wykrzyknęła Hermy. - Musi mi pan wybaczyć, panie Smith. Na pewno pomyśli pan, że jestem straszliwie prowincjonalna. Ale naprawdę nie mogę się uspokoić. Pat, kochanie, przedstaw panu Cartera.
- Och, Carter! Strasznie cię przepraszam. Pan Smith, pan Bradford.
Wymieniając uścisk dłoni z wysokim, inteligentnie wyglądającym, ale wyraźnie zatroskanym młodym człowiekiem, Ellery zastanowił się przez chwilę, czy młody człowiek nie trapi się ciągle, w jaki sposób utrzymać przy sobie pannę Patricię Wright. Natychmiast go polubił.
- Sądzę - powiedział uprzejmie Carter Bradford - że wszyscy wydajemy się panu okropnie prowincjonalni. Fikcja czy nie fikcja?
- Fikcja - odparł Ellery. A zatem wojna.
- Czuję się miło rozczarowana - powtórzyła Pat, przyglądając się Ellery'emu. Carter spochmurniał. Pan Queen tryskał zadowoleniem. - Doprowadzę ten pokój do porządku, mamo... Nie zrani pan moich uczuć, jeśli potem, gdy przestaniemy już mieszać się w pańskie życie, wszystko pan poprzestawia. Ale tymczasem...
Patrząc jak Pat Wright, podejrzliwie obserwowana przez Cartera Bradforda, porządkuje jego mieszkanie, Ellery pomyślał: Niechby święci pańscy co dzień zsyłali na mnie takie przekleństwa jak w tym błogosławionym dniu. Carter, drogi chłopcze, bardzo mi przykro, ale zamierzam wkraść się w łaski twojej Pat.
Jego pogodny nastrój nie prysł nawet wtedy, gdy pan J.C. Pettigrew przyjechał z miasta z jego bagażem i stanął w progu, wymachując ostatnim numerem "Wiadomości Wrightsville".
Frank Lloyd, wydawca i redaktor, tylko formalnie dotrzymał słowa danego Hermione Wright.
W treści artykułu nie wspomniał ani słowem o panu Smisie poza tym, że jest on "panem Ellerym Smithem z Nowego Jorku". Ale tytuł notatki brzmiał:
"W Wrightsville zamieszkał słynny powieściopisarz!".