Przeklęte melodie - Connie Glynn

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

  Zanim rozpoczęła się nasza historia

W niezbyt odległej przeszłości, którą być może nawet byście rozpoznali, płonęła żywcem pewna bardzo ważna księga.

Młody mężczyzna stał nad jej stronicami, ponaglając fioletowe i niebieskie płomienie niczym pasterz kierujący stadem. To nic, że nie mogły spłonąć, przynajmniej nie tak do końca - celem zaklęcia nie było ich spalenie, a jedynie odebranie im mocy. Uczynić to, co ogień potrafił najlepiej, i je odmienić. Bo widzicie, ten ogień nie zrodził się z żaru, nie wznieciło go też żadne krzesiwo; pochodził z samego źródła magii - z muzyki.

Urok roztaczał swą moc, melodia wzbijała się wysoko wraz z kolejnymi dźwiękami - zaklęcie tak odwieczne, że mogło odmienić bieg historii. W każdym razie taką nadzieję miał mężczyzna.

Na dole panował harmider: stukot drewna o drewno, skrzypienie mebli przesuwanych po deskach podłogi, a potem krzyki gdzieś na schodach.

Przybyli.

Mężczyzna wyjrzał przez szparę między zasłonami, przez którą wpadała odrobina księżycowego blasku; pojedynczy promień kładł się smugą na podłodze. Księga nadal płonęła.

W oddali, na ścieżce wśród drzew, widać było postaci odziane w fioletowe szaty, ze światłem płonącym w dłoniach. Poruszały się powoli, jakby z namysłem; przypominały cienie rzucane przez chmury. Wiedział, po kogo przyszły, po co się zjawiły. Opiekunowie Biblioteki Cieni mają zabrać ich do samego króla, przed oblicze rady magistrów.

Nadeszła pora, by mężczyzna i jego towarzysze odpowiedzieli za swoje zbrodnie.

Zanim jednak trafią do Biblioteki Cieni - do miejsca, w którym przechowywano dawno zapomnianą wiedzę, zaklęcia i opowieści - by w końcu dopełnił się ich los, zanim staną przed Wielką Koterią w oczekiwaniu na wyrok, on musiał dokończyć zaklęcie.

Od tego zależała przyszłość świata.

Kiedy ogień strzelił po raz ostatni w powietrze i wreszcie zgasł, rozległo się pukanie do drzwi. Wraz z sykiem płomieni treść księgi zniknęła, szept atramentu na jej stronicach stał się mrocznym wspomnieniem. Wspomnieniem z odległej przeszłości, gdy Rupert Faymore pochylał się nad tymi wyblakłymi symbolami - potworami, smokami i znakami magii wykraczającej poza najbardziej szalone z jego wyobrażeń. Dawno temu, kiedy sam zadawał sobie to straszliwe pytanie:

"Cóż złego może wyniknąć z czytania jakiejś księgi?".

1 Bliźnięta

Czterdzieści lat później...

Astrid i Jonas wkroczyli do społeczeństwa dokładnie w taki sposób, w jaki mieli odtąd w nim żyć. Razem i w najbardziej oryginalny sposób.

Bo właśnie wtedy siostra Theresa znalazła na stopniach klasztoru nie jedno niemowlę, o nie... Znalazła dwoje. I to bliźnięta.

Nie były owinięte w pieluszki i wcale nie płakały, gdy tak leżały w plecionym koszyku. Kiedy Astrid i Jonas zostali znalezieni w tamtą mroźną lutową noc, każde z nich miało złocistą, mięciutką jak puch czuprynkę i pasujący do drugiego kawałek okrągłego jak moneta przedmiotu, zbielałego niczym stare kości. Leżeli obok siebie, nawet przez sen trzymając się za rączki, a za całe posłanie musiało im wystarczyć trochę mchu.

Co miało się stać z takimi maleństwami? Co mogło z nimi zrobić społeczeństwo?

To samo, co ze wszystkim, co niezwykłe i obce.

Zamknąć w więzieniu.

I właśnie to niełatwe dzieciństwo doprowadziło ich ostatecznie do tego momentu, w którym tak naprawdę rozpoczęła się ich historia - kiedy siedząca w dusznej klasie Astrid nagle poczuła przebiegający jej wzdłuż kręgosłupa dreszcz; taki sam, który zawsze zapowiadał, że ona za chwilę uczyni coś, czego absolutnie nie powinna robić.

Na drugim końcu sali trzy dziewczyny roześmiały się głośno.

- Duch? - prychnęła czwarta z nich. - Nie wygadujcie bzdur.

Astrid popatrzyła spod zmrużonych powiek na trzymane w dłoni karty, ale nie potrafiła się powstrzymać przed podsłuchiwaniem koleżanek.

Nie minęło nawet dziesięć minut od wyjścia nauczycielki, a już dzieci zebrane w tym obskurnym pomieszczeniu rzuciły się do walki z nudą, jaka ogarniała tu wszystkich zatrzymanych po lekcjach w kozie.

Astrid i dwóm chłopcom wystarczyła talia kart i parę błyskotek w ramach nagrody dla zwycięzcy. Dzisiaj na celowniku miała Grega, wysokiego chłopaka z klasy wyżej, bo biedak naiwnie podbijał stawkę, dorzucając kolejne przedmioty, na których im zależało. Tym razem była to czarna matowa zapalniczka w kształcie serca, podróbka Vivienne Westwood. Jak szczegółowo wyjaśnił jej Jonas, była to idealna kopia egzemplarza, który książę Theo­dore miał niedawno na szyi podczas udzielania wywiadu, dlatego stanowiła przedmiot pożądania połowy nastolatków w kraju.

Astrid nigdy nie rozumiała obsesji brata (a po prawdzie i reszty świata) na punkcie księcia, bo jej zdaniem członkowie rodziny królewskiej byli niczym więcej niż tylko celebrytami, mimo to postanowiła zdobyć tę zapalniczkę dla brata, zanim nauczycielka zjawi się z powrotem. Zawsze mogli liczyć tylko na siebie i zrobiliby wszystko, byle się wzajemnie uszczęśliwić.

- Żartujesz?

Tę akurat dziewczynę Astrid znała; głos należał do Esther. Po tym, jak wyrzucono ich z kolejnej szkoły, bliźnięta trafiły do Priory Park, i chociaż chodzili tu od zaledwie paru tygodni, Astrid wiedziała już, że Esther razem ze swoimi kumpelami często trafiają do kozy, najczęściej za wagary albo brak mundurków. Pozostałe dziewczyny mówiły zwykle szeptem, ale głos Esther brzmiał tak nosowo, że nie sposób było go nie słyszeć.

- Serio o tym nie słyszałaś?

Astrid aż ugryzła się w język. Oczywiście, że koleżanka Esther musiała o tym słyszeć - chyba wszyscy w całym okręgu o tym słyszeli.

Potwory, tajemnice.

Duchy.

I ta biedaczka, która twierdzi, że widziała je na własne oczy.

Astrid upomniała się w myślach, że nie powinna słuchać tej historii - właśnie takich rzeczy ona i jej brat "nie powinni robić".

- Jasne, że słyszałam - mruknęła dziewczyna. - Po prostu w to nie wierzę.

Machinalnie gładząc palcami fragment medalionu na szyi, Astrid rozejrzała się po klasie. Choć lato zbliżało się ku końcowi, a za oknem robiło się coraz bardziej ponuro, w sali panował zaduch. Było ich tylko ośmioro, siedzieli przy ławkach z twardego tworzywa, padało i jedyne okno zachodziło parą. Plastikowy zegar z uśmiechniętą buźką powoli odliczał minuty, które pozostały im jeszcze do końca kary. Jej brat Jonas leżał rozciągnięty na podłodze i wpatrując się w pochmurne niebo za oknem, przygryzał ołówek, zupełnie jakby głowił się nad rozwiązaniem zadania z matematyki. Wszystko to była jednak ściema, bo tak naprawdę gapił się na odbijające się w szybie karty Grega i poklepywał się po kieszeni: raz, kiedy Greg mówił prawdę, dwa, kiedy blefował.

Semestr zaczął się dwa tygodnie temu, a bliźnięta już po raz drugi trafiły do kozy. Za pierwszym razem chodziło o odpłatną pomoc w odrabianiu lekcji, którą zorganizowały (co najwyraźniej nie było tu mile widziane), a teraz za podwędzenie komunikantów (co prawda Jonas upierał się, że chodziło im tylko o nakarmienie głodnych wiewiórek w lasku za szkołą, ale dyrektor nawet nie chciał ich słuchać).

Ściany klasy obwieszono plakatami z różnymi motywującymi hasłami, papier drżał lekko w podmuchach zepsutego filtra powietrza.

"Częściej mów "potrafię" niż "nie mogę"".

"Wyobraź sobie, że jesteś zwycięzcą".

A z hasła "Uwierz w siebie" ktoś wykreślił dwa pierwsze słowa i zastąpił je krótkim "Zabij".

- To prawda - upierała się Esther. - Lizzy go widziała. Dlatego ostatnio nie chodzi do szkoły. Podobno zwabił ją na tę opuszczoną stację, na której zginęła dziewczyna w latach dziewięćdziesiątych. No wiecie, ta, co się utopiła! - Esther mówiła coraz głośniej, podekscytowanie nadawało jej głosowi wyższe tony. - Podobno to brzmi zupełnie jak jęk umierającego zwierzęcia, ale czasami kryje się w nim jakaś dziwna melodia, od której chce ci się płakać i cierpną zęby.

Astrid kątem oka dostrzegła, że nozdrza brata lekko drgnęły, bo najwyraźniej i on wyczuł ten sam kuszący zapach czegoś niesamowitego, jakby nie z tego świata. Ale naprawdę nie powinni, nigdy więcej, a już zwłaszcza nie dzisiaj. Matka przełożona powtarzała im bez końca, że mają wracać od razu po szkole, bo wieczorem ma przyjść pracownik socjalny. Gdyby się spóźnili albo zostali przyłapani na rozmowach o czymś w najmniejszym stopniu "niepokojącym", mogłoby się to skończyć wizytą u doktora Harrisa. A takie spotkanie oznaczałoby z kolei rozdzielenie ich, pobyt w pokoju bez klamek i ten szczególny rodzaj leczenia w izolacji, w którym tak lubował się stary, dobry pan doktor.

Dlatego teraz zrobili wszystko, co w ich mocy, by zapanować nad poczuciem, że właśnie na to powinni zwrócić uwagę, i zamiast tego próbowali skupić się na grze w karty.

- Podobno najgorsze ze wszystkiego są zębiska tego stworzenia - ciągnęła Esther. - Tyle że ono wcale nie próbuje cię pożreć, o nie. Chce tylko zostawić na tobie ślad, żeby klątwa ciążyła na tobie już zawsze.

Dziewczyna z uśmiechem przejechała palcem po wnętrzu swojej dłoni.

- Dwa rzędy zakrzywionych zębów, prawie jak u człowieka, tylko okropnie ostrych. Na tyle ostrych, że są w stanie przegryźć piłkę, którą ostatnio dziewczyny grały w nogę.

- A ja w to nie wierzę - prychnęła jej sceptyczna koleżanka.

Bliźnięta nie pamiętały jej imienia, ale rozpoznawały ją po mocnym makijażu i włosach ufarbowanych na kruczą czerń - ona też trafiała do kozy regularnie.

- Nazywasz Lizzy kłamczuchą? - obruszyła się Esther.

- A co, nie? No bo niby jak udało się jej uciec, skoro stwór podszedł do niej na tyle blisko, żeby zabrać jej piłkę? Poza tym przecież sama mówiła, że niewiele pamięta. - Dziewczyna skrzyżowała ramiona. - No więc któraś z was zmyśla: albo Lizzy, albo ty.

- Dwie królowe. - Astrid położyła królową i dziesiątkę awersami do dołu przed nosem Grega. Dyskusja na temat honoru Lizzy i Esther będzie musiała poczekać. Astrid miała wszystkie cztery królowe, ale wolała na razie je zatrzymać, aż ktoś postanowi ją sprawdzić przy znacznie wyższej stawce.

- Jedna królowa.

Aha!

Astrid uśmiechnęła się szeroko.

- Oszust!

Greg zerwał się z miejsca i uderzył dłońmi o blat ławki.

- To wy dwoje oszukujecie! - ryknął.

On też był starym bywalcem kozy. Miał piękne błękitne oczy, idealne kasztanowe włosy i wybuchowy temperament.

- No cóż, owszem, ale tak się składa, że właśnie na tym polega ta gra - rzucił drwiąco z podłogi Jonas.

- O nie, nie dam się znowu wkręcić. Wy naprawdę oszukujecie! - prychnął Greg.

Astrid poczuła nagle, że oczy wszystkich w sali zwróciły się w ich stronę.

- Nie pozwolę z siebie zrobić głupka.

- Och, daj spokój, Gregory, przecież coś takiego nawet nie przyszłoby mi do głowy - zapewniła.

Jonas pokiwał głową i z nieco drwiącym uśmieszkiem podniósł się z podłogi, by stanąć obok siostry.

- Zwłaszcza że sam doskonale sobie z tym radzisz.

Z głośnym burknięciem Greg chwycił wszystkie karty z ławki i cisnął je na drugi koniec pomieszczenia.

Astrid nie zamierzała ustępować.

- Wygrana jest nasza.

- Jak cholera! - warknął Greg.

- A ja mam rozwiązanie - rzuciła z kąta sceptyczna dziewczyna, spoglądając na nich spod pomalowanych błyszczącym cieniem powiek.

Wszyscy na moment zamarli, nawet bliźnięta. Mogli tak po prostu zgarnąć wygraną, ale było coś w słowach dziewczyny, w deszczu za oknem i w dziwnym mrowieniu skóry - Astrid i Jonas wiedzieli, że ten dzień okaże się wyjątkowy.

- Dawaj - rzucili jednocześnie.

- Po szkole spotkamy się w Priory Park przy tej dziurze w ogrodzeniu - powiedziała wciąż bezimienna dziewczyna. - Wygrywa ten, kto zejdzie na stację i odzyska piłkę Lizzy, proste.

Chwilę później rozległy się entuzjastyczne okrzyki "och!" i "ach!", więc było jasne, że Greg rozczarowałby wszystkich, gdyby teraz zaoponował.

- No dobra, podoba mi się ten pomysł - skłamał. Bliźniaki widziały, jak nerwowo poruszył palcami. - Ale jeśli wygram, chcę dostać coś równie fajnego.

Rodzeństwo wymieniło spojrzenia.

- Mów.

Greg uśmiechnął się paskudnie.

- Chcę jeden z waszych wisiorków.

Astrid z trudem powstrzymała się przed zaciśnięciem dłoni na nierównym kawałku metalu. To była próba sił, a ona nie chciała okazać najmniejszej słabości. Pomyślała o tym, co doktor Harris napisał w ich aktach na temat medalionów. Jeszcze gdy pozostawali pod jego opieką, którejś nocy zakradli się do jego gabinetu i przeczytali wszystkie złośliwe uwagi.

Bliźnięta mają zawieszone na szyjach fragmenty medalionu, wyryto na nich spiralne symbole i coś w rodzaju miecza. Ich zdaniem to białe złoto, ale nierówne krawędzie w miejscu przepołowienia dowodzą, że nie jest to żaden rzadki metal. Bliźnięta żywią przekonanie, że musi to być herb ich rodziny lub emblemat jakiegoś tajnego stowarzyszenia, ale wedle wszelkich fachowych wycen przedmiot ten nie ma żadnej historycznej wartości, ponieważ nie odzwierciedla żadnego realnie istniejącego godła. Chociaż bliźnięta zostały poinformowane o wynikach tych badań, nadal zdają się żywić niezdrowe przywiązanie do tych fragmentów, a to obsesyjne wręcz przekonanie o ich znaczeniu dowodzi występowania u nich poważnych urojeń wielkościowych. Choć zgodnie z prawem nie wolno nam odbierać pacjentom żadnych osobistych przedmiotów, o ile nie stwarzają one niebezpieczeństwa dla zdrowia czy życia samych zainteresowanych, jako lekarz jestem zdania, że te przedmioty należy im odebrać.

Było jasne, co próbuje osiągnąć Greg - starał się ich zmusić do ustąpienia. Ale co on mógł wiedzieć? A przecież chodziło o coś znacznie ważniejszego niż wygrana. Kusił ich już słodki posmak nieznanego, nieodparte pragnienie porwania się na coś, czego naprawdę nie powinni robić.

- To jak? Zgoda? - zapytała wciąż bezimienna dziewczyna.

Pozostawał tylko jeden problem...

- Kukułki nie mogą się nawet zbliżać do natury bez nadzoru. - Esther odsłoniła w uśmiechu dziąsła. - Wszystkie dzieciaki z Domu dla Młodzieży Sióstr Miłosierdzia są trochę dziwne, ale ta dwójka... no, oni są już nieźle pokręceni. Mają alergię na trawę czy coś takiego. W głowach im się od tego miesza. Dlatego po szkole muszą wracać od razu do domu, szlaban na wszystko.

- Czemu "kukułki"? - burknęła z niezadowoleniem inna z dziewczyn, a ze spojrzeń, jakie rzucała Esther, Astrid domyśliła się, że te dwie od dawna toczą wojnę podjazdową.

- No cóż, Steph... - Zgadza się, tak właśnie miała na imię. - Tak nazywali dziwne dzieciaki w tym starym horrorze. No bo... sama na nich popatrz.

Chociaż Esther nie ujęła tego zbyt taktownie, bliźnięta musiały przyznać, że ze swoimi jasnymi włosami i lalkowatymi rysami twarzy rzeczywiście świetnie pasowali do tego opisu.

Reszta uczniów przyglądała im się teraz wyczekująco - obrzucali ciekawskimi spojrzeniami ich dziwnie blade twarze i niemal białe włosy, idealnie dopasowane szare marynarki z białymi koszulami, no i oczywiście identyczne fragmenty medalionu na ich piersiach. Uważali ich za dziwadła, jak wszyscy zresztą, a nie znali nawet połowy prawdy na ich temat.

Esther w pewnym sensie miała rację co do szlabanu, chociaż nie chodziło o żadną alergię, ale o coś znacznie gorszego. Coś, czego z całą pewnością nie mogli opowiedzieć szkolnym kolegom.

Musicie zrozumieć, że Astrid i Jonas byli naprawdę dziwni, dziwniejsi, niż ktokolwiek w tej klasie mógł podejrzewać. I nie chodziło tu o ich eteryczną urodę czy irytującą mądrość, przez którą w dzieciństwie trzymano ich pod kluczem - ale o to, co byli w stanie usłyszeć. Bo widzicie, Astrid i Jonas ciągle powtarzali, odkąd tylko nauczyli się mówić, że cały wszechświat - każde drzewo, każda roślina, każde zwierzę - bezustannie śpiewa.

I tylko oni to słyszeli. To były tajemne wiadomości, przeznaczone wyłącznie dla ich uszu, niekończący się ocean melodii, w którym mogli się zanurzyć.

Po całej serii "incydentów" we wczesnym dzieciństwie wiele lat spędzili pod opieką doktora Harrisa, człowieka, który postawił sobie za punkt honoru naprawić bliźnięta i ich pokręcone umysły. Nawet teraz wciąż słyszeli jego słowa. "Pamiętajcie: to wszystko tkwi wyłącznie w waszych głowach", powtarzał, kiedy drzewa przywoływały ich do siebie.

A teraz mieliby rezygnować z powrotu do domu zaraz po szkole, żeby zakraść się na opuszczoną stację metra i zapolować na duchy!? Właśnie tego wszystkiego nie powinni robić. I to zanim jeszcze postawili choćby stopę na cudownie zielonej trawie?

Astrid zacisnęła palce na fragmencie medalionu, najdrobniejsze wgłębienie jego nierównej powierzchni było tak znajome jak jej własna skóra. Kiedy popatrzyła na brata, przekonała się, że Jonas robi dokładnie to samo.

Mogli dłużej obstawać przy swoim zwycięstwie - ostatecznie należało im się bezdyskusyjnie - ale żadne z nich nie myślało już teraz o tej czarnej zapalniczce w kształcie serca. Chodziło o coś więcej. Oto nadarzała się cudowna okazja, by ulec pokusie i podążyć za podszeptami natury, a potem móc stwierdzić, że to wszystko przez naciski szkolnych kolegów. Jak mogliby się temu oprzeć?

Astrid zobaczyła, że na twarz brata wypłynął uśmiech dokładnie taki sam jak jej.

- Zgoda - powiedział Jonas.

- Co takiego? - wydukał Greg, który najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.

Ten ktoś z opieki społecznej będzie musiał poczekać. Bliźnięta miały ochotę trochę zaszaleć.

Astrid z uśmiechem wyciągnęła do Grega rękę.

- Widzimy się na opuszczonej stacji o piątej po lekcjach. Wygrywa ten, kto pierwszy wyjdzie stamtąd z piłką.

Kiedy Astrid i Jonas dotarli w końcu do parku, okazało się, że wieść o ich zakładzie najwyraźniej już się rozeszła po szkolnych korytarzach, bo w zaroślach Priory Park czekał już na nich spory tłumek. Wystarczyło przedostać się przez dziurę w ogrodzeniu z siatki, a potem przedrzeć przez kolczaste krzewy i zdziczałe budleje, by wreszcie dotrzeć do opuszczonej stacji. Każdemu krokowi bliźniąt towarzyszyły podekscytowane szepty reszty nastolatków.

Esther trzymała w ręku telefon, który miał posłużyć za stoper. Greg trochę się popisywał, truchtając w miejscu i rozciągając się, zresztą niewłaściwie, co od razu zauważył Jonas, który mruknął do siostry:

- Nabawi się kontuzji, zanim w ogóle zaczniemy.

Astrid rzuciła swoją torbę na stos szkolnych plecaków, który stopniowo wyrastał przy jednym z krzewów.

- Sama powiedz, jak ktoś tak seksowny może być jednocześnie tak głupi?

- Obawiam się, braciszku, że to właśnie jego głupota czyni go tak atrakcyjnym w twoich oczach.

Jonas podszedł do ogrodzenia i naciągnął rękawy na dłonie, by przytrzymać drut kolczasty i pomóc w ten sposób Gregowi bezpiecznie przecisnąć się na drugą stronę - oczywiście jak na prawdziwego dżentelmena przystało.

- Nie chcemy przecież, żeby coś stało ci się w tę śliczną buźkę - rzucił przy tym.

Greg nie ucieszył się z komplementu.

- Czubek - mruknął, zanim uklęknął, żeby przeczołgać się na drugą stronę.

- Zostanę tutaj i zapiszę, kto wygrał - oznajmiła Esther, notując coś na ostatnich stronach zeszytu, po czym zatknęła ołówek za ucho.

Teraz wystarczyło już tylko, żeby bliźnięta przeszły za Gregiem na drugą stronę ogrodzenia, i wyścig mógł się rozpocząć - tyle że najpierw trzeba się było przedrzeć przez gęste, kolczaste zarośla. Zarośla, do których oboje nie powinni się zbliżać, a co dopiero ich dotykać. Astrid uświadomiła sobie, że dłonie się jej pocą.

Za to Jonas odwrócił się w jej stronę i rzucił, wzruszając ramionami:

- Wszystko będzie okej.

Na pewno wcale tak nie uważał, Astrid poczuła mrowienie między łopatkami, zupełnie jakby to z jej ust padło to bezczelne kłamstwo. Oboje przyklęknęli i ruszyli między krzewy.

Zbliżała się jesień, wiatr od strony londyńskich doków przyjemnie chłodził skórę. Smętne szare mundurki bliźniąt nie chroniły od zimnego błota, od którego błyskawicznie przemokły im ubrania na kolanach, a jednak oboje poczuli spokój, gdy tylko przedostali się na drugą stronę ogrodzenia. Ostre kolce zdawały się uchylać przed nimi, pokrzywy nie parzyły swoim dotykiem, zupełnie jakby przyroda chętnie ich tu witała.

- To znowu się dzieje... - szepnął Jonas, odwracając się w stronę siostry.

Astrid potaknęła cichym mruknięciem. Oboje czuli słodki zapach chłodnej ziemi, żywej, nucącej tak cichutko, że można by to uznać za złudzenie. Ale oni to słyszeli i ten pomruk był jak balsam na ich dusze.

Zarośla wreszcie się rozstąpiły, a oni znaleźli się w czymś na kształt groty; kamienie porośnięte były mchem, ze szczelin i spękań wyrastały niezapominajki, a kołyszące się na wietrze głogi i olchy zdawały się cicho szeptać nad ich głowami.

Wszystko wokół wydawało im się teraz z lekka zamglone i spowolnione, zupełnie jak wtedy, gdy człowiek nagle otworzy oczy pod powierzchnią wody. Wiatr stracił na sile - teraz ledwie szeleścił wśród gałęzi drzew, które rzucały na rodzeństwo cień i były tak gęste, że prawie nie dostrzegali nieba. Za to zapach ziemi stał się tutaj jeszcze intensywniejszy.

Dziwne miejsce. Dziwne tak jak i oni.

- Słyszysz? - szepnął Jonas.

Słyszała. Wszędzie wokół nich unosił się świetlisty pył, który śpiewał teraz do nich, jasno i wyraźnie. Melodia była tak delikatna i niezwykła, że oboje mieli ochotę zamknąć ją w buteleczce.

"To wszystko dzieje się tylko w waszych głowach" - pamięć podsunęła jej natychmiast znajome słowa doktora, które zabrzmiały teraz niczym alarm. Zastanawiała się, czy Jonas czuje to samo, ale potem oboje wymienili spojrzenia i jednocześnie parsknęli śmiechem.

Chcieli usłyszeć więcej, więc ostrożnie ruszyli naprzód, ale zaraz Astrid zawadziła o coś stopą - była to zniszczona ozdoba z gliny, liści i pędów roślin w kształcie... twarzy. Jej wklęsłe oczy, odciśnięte w ziemi, zdawały się wpatrywać prosto w nich.

- Interesujące - mruknął Jonas, przykucając, by lepiej przyjrzeć się temu niekompletnemu wizerunkowi.

- O co chodzi?

- Hej! - Głos Grega bezceremonialnie przywołał ich do rzeczywistości.

Gdy tylko odwrócili się w jego stronę, wiatr znów szarpnął koronami drzew, popychając opadające liście w kierunku wielkiej czarnej dziury za plecami chłopaka - wejścia do opuszczonej stacji metra. Otaczały je zwisające pnącza, a nieustępliwe rośliny i muchomory o czerwonych kapeluszach wyrastały spomiędzy kamiennych stopni prowadzących w dół, prosto w ciemność.

Czarci krąg? Bliźniętom bardziej przypominało to portal, na dodatek oboje nie mieli już najmniejszej wątpliwości, że słyszą dobiegającą stamtąd cichą, melancholijną melodię.

- Och! - Astrid z zachwyconym uśmiechem otrzepała ubranie. Już nie mogła się doczekać, by zbadać to miejsce dokładnie, przesunąć palcami po ziemi, przycisnąć ucho do każdego listka, usłyszeć opowieść o tej wyjątkowej, mrocznej grocie.

- To jak, wszyscy gotowi? - odezwał się Jonas.

W luce między zaroślami pojawiła się twarz Esther, a zaraz potem dziewczyna uniosła kciuk.

- Zaczynam odliczanie.

- Dobra, miejmy to już za sobą - mruknął Greg i aż się wzdrygnął. - To miejsce przyprawia mnie o dreszcze.

Bliźnięta stanęły tuż obok niego u szczytu schodów i z sercem w gardle czekały na rozpoczęcie wyścigu.

- Trzy! - krzyknęła Esther.

Kiedy Astrid i Jonasa znaleziono piętnaście lat temu w mroźną lutową noc na stopniach klasztoru, otulone mchem rodzeństwo trzymało się za ręce nawet przez sen.

- Dwa!

Przez całe dzieciństwo mieli tylko trzy rzeczy: identyczne fragmenty medalionu, które nosili na szyjach, łączącą ich nierozerwalną więź i przemożne pragnienie poznania prawdy o swoim pochodzeniu.

- Jeden...!

Jonas chwycił siostrę za rękę i mocno ścisnął, a potem oboje popatrzyli prosto w otwierającą się przed nimi ciemność...

I ruszyli biegiem.

2 Dziwne zęby

Mroczne wnętrze było zalane zielonkawą wodą cuchnącą pleśnią. Trójka nastolatków zmąciła jej nieruchomą taflę.

- Matko Boska! - zapiszczał Greg, gdy tylko poczuł na skórze zimne krople.

Wyprzedzające go o zaledwie kilka kroków rodzeństwo widziało już, że tunel przed nimi rozgałęzia się na dwie odnogi, obie wypełnione równie śmierdzącą wodą.

Bliźnięta nie potrafiły niestety pływać. Nikt ich tego nigdy nie nauczył.

- Jeśli zrobi się za głęboko... - rzucił Jonas.

- Wtedy zawracamy - dokończyła za niego Astrid.

Serca waliły im teraz w piersiach jak młoty.

W półmroku ledwie dało się dostrzec dawną kasę biletową, czy też raczej to, co z niej zostało. Im dalej się zapuszczali, tym ciemniej się robiło, a poziom wody wzrastał. A jednak się nie zatrzymywali.

- W lewo - mruknął Jonas.

Astrid ufała mu bezgranicznie. Brat był jedyną osobą na całym świecie, którą w ogóle darzyła zaufaniem.

- Czekajcie! Dokąd idziecie? - Głos Grega odbił się echem od zwilgotniałych ścian, gdy Astrid i Jonas znikali już za rogiem. - Przecież piłka nie mogła się potoczyć tak daleko!

Rodzeństwo przystanęło, w ciemnościach ledwie widzieli teraz kłęby pary unoszącej się z ich ust.

- Patrz - szepnęła Astrid.

Porastający ściany mech zdawał się lśnić w półmroku niczym niewygasły żar, niebieskawo-złocisty blask jakby przeskakiwał z jednej kępki na drugą, oświetlając drogę w głąb mrocznego tunelu niczym cicho nucona melodia.

Oboje doskonale ją teraz słyszeli - dalekie wspomnienie perlistego śmiechu, a może raczej wiekowej, dobrze im znanej pieśni.

- Dziwnie się czuję - mruknął Jonas, na co Astrid tylko pokiwała głową.

Bolały ją zęby.

Światła było tu jak na lekarstwo, ale te nieliczne okruchy blasku pozwalały im dostrzec w ciemnościach swoje niebieskie tęczówki i rozszerzone czarne źrenice.

- Wracajcie! - dobiegł ich gdzieś z oddali głos wystraszonego Grega.

Nawet jeśli nie słyszał melodii, to najwyraźniej też musiał coś wyczuć, tak przynajmniej uznały bliźnięta, zdecydowały się jednak zignorować jego wołanie i skupić z powrotem na nowych doznaniach. Podążali dalej połyskującym w ciemnościach szlakiem, znacznie wolniej, bo lodowata woda sięgała im już ud.

- Tam jest za ciemno, wracajcie! - Greg sprawiał teraz wrażenie mocno wystraszonego, choć zaraz potem jego strach zamienił się w złość, kiedy chłopak krzyknął jeszcze: - To wcale nie jest śmieszne!

Tu akurat ma rację, pomyślała Astrid. Nie potrafiła się jednak oprzeć mocy tej melodii.

- Mam nadzieję, że nie łazimy tu na próżno - prychnęła.

Drżała na całym ciele, zęby jej szczękały, a lodowata woda sięgała im już prawie do bioder.

Nie chodziło o znalezienie tamtej piłki czy o wygraną, a o coś znacznie ważniejszego, choć sami nie potrafiliby tego wyjaśnić. W tej wodzie kryła się tajemnica, którą mogli odkryć tylko oni dwoje.

- Tutaj. - Jonas pociągnął siostrę za rękę, by się zatrzymała.

Stanęli blisko siebie, lekko drżąc, próbując nawzajem osłonić się przed chłodem.

Wokół nich panowała martwa cisza, jeśli nie liczyć plusku kropel spadających powoli jedna za drugą ze sklepienia.

- Boisz się? - zapytał Jonas, przykładając palec do nadgarstka siostry, jakby chciał sprawdzić jej puls.

- Jeszcze nie.

Zaciekawieni, oboje unieśli ręce i dotknęli porośniętych mchem ścian. Błękitnawe światełko zalśniło jaśniej pod opuszkami ich palców, jakby zbudzone do życia. Tutaj melodia stawała się lekka, niemal radosna, na podobieństwo fanfar powitalnych.

Niosła ukojenie - Astrid czuła się podobnie, gdy zaciskała palce na swoim odłamku medalionu. Tutaj, otulona tymi dziwnymi dźwiękami, miała wrażenie, jakby znalazła się wreszcie na swoim miejscu. Tak musiało się stać; ich przeznaczeniem było się tu znaleźć, teraz nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

To nie było złudzenie czy omam, o nie.

Oboje z bratem próbowali teraz zrozumieć sens tej melodii, przeniknąć umysłem tajemnice miejsca, do którego trafili. Nie słyszeli żadnych słów - te nigdy się nie pojawiały - a jednak rozumieli dźwięki niczym sekretny język. Tu, pod powierzchnią ziemi, muzyka okazała się głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Mogliby godzinami delektować się tymi dźwiękami, chłonąć kapryśną melodię i próbować pojąć, co może oznaczać. To wszystko było tak realne, żadne tam złudzenie płatających im figle zmysłów. Realne, niemal na wyciągnięcie ręki... Tyle że kryło się w niej też jakieś zepsucie, zapowiedź rozkładu, wkradająca się między kolejne tony niczym choroba. Nie, raczej ostrzeżenie.

Coś było nie w porządku.

Uwaga!

Oboje odskoczyli od ściany akurat w momencie, gdy gdzieś nieopodal rozległ się głośny plusk. Woda chlupotała, wzburzana czyimiś krokami. Coś się do nich zbliżało.

Astrid pomyślała natychmiast o dziewczynie, która utonęła tu przed laty, by potem stać się bohaterką mrożących krew w żyłach opowieści, powtarzanych przez dzieci w szkole. Astrid zastanawiała się, co biedaczka czuła w tamtym momencie; co myślała, gdy pojęła, że za chwilę umrze.

To coś było coraz bliżej.

Strach zacisnął lodowate palce na karku Astrid, przebiegł dreszczem wzdłuż kręgosłupa, więc by się z nim czym prędzej rozprawić, zrobiła krok w kierunku dźwięku i zapytała całkiem rozsądnie:

- Czym jesteś?

Szczur.

Stworzenie spojrzało na nich osobliwie i poruszyło wąsikami, wydając z siebie całą serię cichych pisków, po czym odwróciło się i popłynęło z powrotem w ciemność.

- Czy mi się tylko wydaje, czy ten szczur się z nas nabijał? - odezwał się Jonas.

Spotkanie może i okazało się absurdem, ale Astrid wciąż nie mogła pozbyć się tego paskudnego uczucia ucisku w żołądku, które nawiedzało ją zawsze na zmianę pogody. A zaraz potem dźwięki w ich głowach rozbrzmiały dysonansem, jakby ktoś trącił fałszywą nutę.

To było naprawdę okropne: cicha, natrętna melodia złożona z kakofonicznych dźwięków, która nie milkła, nawet kiedy rodzeństwo przyciskało dłonie do uszu.

Oboje z trudem łapali oddech.

- To słychać naprawdę? - zapytała Astrid szeptem. - Czy tylko w naszych głowach?

Zanim Jonas zdążył odpowiedzieć, coś wynurzyło się na powierzchnię z głośnym pluśnięciem, aż bliźnięta zatoczyły się do tyłu.

- Jonas! - Astrid przyskoczyła do brata i chwyciła go za rękę, podczas gdy to coś zakołysało się na wodzie.

Natychmiast ruszyli w stronę najbliższej ściany, porośniętej świecącym w ciemnościach mchem, a serca tłukły im o żebra jak szalone.

Wczepieni w siebie nawzajem, wreszcie odważyli się spojrzeć w dół.

- Och. - Astrid roześmiała się z ulgą i wyciągnęła rękę po unoszącą się na powierzchni sflaczałą piłkę. - Wszędzie cię szukaliśmy... - dodała, a jej szept odbił się echem od wilgotnych murów.

Obróciła przedmiot w dłoniach, by przyjrzeć się mu uważniej, i dostrzegła w materiale dwie zakrzywione linie. Czy to... ślady po zębach?

Ktoś musiał rzucić im tę piłkę - tylko skąd?

Jonas tkwił w miejscu jak skamieniały.

- Co się dzieje? - zaniepokoiła się Astrid.

- No cóż, skoro to jest piłka... - wydusił z trudem Jonas, wskazując gdzieś przed siebie prosto w ciemność. - To co takiego...?

W mroku lśniło teraz dwoje zimnych, okrągłych oczu, które wpatrywały się w nich nieruchomo. Poniżej widać było coś jakby rozciągnięte w szerokim uśmiechu usta. Ten dziwaczny łeb porastały długie, czarne jak smoła kosmyki, które unosiły się złowróżbnie na powierzchni wody.

Najgorsze było jednak to, że Astrid wciąż słyszała w głowie tę fałszywą melodię, kakofonię dźwięków, od której aż piekły ją oczy. Chociaż właściwie teraz pozostał już tylko jeden spanikowany dźwięk, którego znaczenie było jasne: "Uciekaj!".

Bliźnięta otrząsnęły się i zrobiły dokładnie to, co nakazywała im muzyka.

Astrid gwałtownie szarpnęła brata za ramię i pociągnęła go do tyłu akurat w momencie, gdy dziwne stworzenie zaskrzeczało, najwyraźniej szykując się do ataku. Ale oni już pędzili z powrotem dokładnie tą samą drogą, którą tu dotarli, rozchlapując wodę tak gwałtownie, że po chwili byli mokrzy od stóp do głów.

Za ich plecami wciąż niósł się ten dziwny skrzek, który odbijał się od ścian podziemnego tunelu niczym upiorna kołysanka. Brzmiał jak śmiech, potem krzyk, a kiedy znaleźli się już daleko, niczym kobiecy szloch.

- Co to, do cholery, było? - wydyszał Jonas, gdy tylko dotarli do wody na tyle płytkiej, by dało się w niej biec.

- Nie mam pojęcia, ale nie oglądaj się! - odkrzyknęła Astrid i znów pociągnęła go za rękę.

Popędzili co sił w nogach w kierunku schodów, a kiedy wreszcie wyszli na zewnątrz, przemoczeni i brudni jak nieboskie stworzenia, usłyszeli dobiegające zza krzaków odgłosy sprzeczki.

- Tam są! - krzyknął ktoś, potem głośno zaszeleściły liście, a z zarośli wychylił się Greg. Miał taką minę, jakby mu... ulżyło?

Czyjeś ręce rozgarnęły gałęzie krzewów, robiąc drogę bliźniętom, które pospiesznie prześliznęły się na drugą stronę, ubłocone od stóp do głów, z patykami wystającymi z włosów.

- Co się tam, do licha, stało? - zapytał ktoś, gdy przystanęli na moment, by nadstawić ucha. Żadnej muzyki, żadnych potworów.

Serca nadal waliły im jak szalone, więc chwilę trwało, zanim zdołali przekonać samych siebie, że nic im już nie grozi.

Byli bezpieczni.

No i wygrali.

Astrid cisnęła piłkę, aż zadudniło.

- Wygraliśmy - wydyszał Jonas.

A potem oboje padli na ziemię, wyczerpani, ale szczęśliwi niczym zwierzyna, której w ostatniej chwili udało się umknąć przed myśliwymi.

Wciąż oddychali ciężko, jednak z zadowoleniem przyjęli poruszenie wśród pozostałych dzieciaków, które właśnie z zainteresowaniem oglądały pozbawioną powietrza piłkę.

Mimo wszystko coś było nie w porządku. Spojrzeli po twarzach wokół. Grupka mocno się przerzedziła, zostali tylko Greg, Esther, Steph i jeszcze jakaś dwójka.

- Gdzie są wszyscy? - wydyszał Jonas, obracając się na brzuch.

- Żartujesz?! - krzyknęła Steph. - Siedzieliście tam na dole ponad dwie godziny! Już chcieliśmy dzwonić na policję!

Astrid zawahała się lekko, bo przecież to nie mogła być prawda... A jednak kiedy się rozejrzała, dostrzegła, że rzeczywiście zaczyna się zmierzchać. Nie mogło być później niż wpół do ósmej, ale słońce zachodziło już za horyzont.

- Widziałeś to? - zapytał Grega Jonas.

- Co miałem widzieć? - zdziwił się chłopak. - Zawróciłem, jak tylko zaczęliście śpiewać, bo aż mnie przechodziły ciarki. Bardzo śmieszne - dodał tonem ociekającym sarkazmem.

Astrid popatrzyła na brata. Żadne z nich nie śpiewało. A to oznaczało, że Greg też to słyszał - tamto przerażające stworzenie, które czaiło się pod wodą. Czyli to nie było złudzenie, ono istniało naprawdę!

Astrid otworzyła szeroko oczy, nie odrywając wzroku od brata, bo chyba nagle do obojga dotarła powaga sytuacji. Raptem zakręciło się jej w głowie. Czuła narastający gdzieś w jej wnętrzu śmiech, łaskoczący ją w brzuchu niczym bąbelki musującego napoju.

Zanim jednak którekolwiek z nich zdążyło cokolwiek powiedzieć, Greg wskazał przed siebie.

- A to kto?

Wszyscy odwrócili się w kierunku dwóch postaci zmierzających w ich stronę przez park.

- Ojej - zdołała jedynie westchnąć Astrid, po czym pociągnęła brata za rękę.

Otrzepali się pospiesznie, Jonas pomógł siostrze osuszyć mokre od brudnej wody włosy, a potem odchrząknął i wyciągnął rękę po zapalniczkę w kształcie czarnego serca, jednak przejęty Greg tylko pokręcił głową.

- Ja... ją zgubiłem tam na dole - wydukał i chwycił się za głowę, jakby nagle zdjął go żal. - Próbowałem sobie nią przyświecić, ale wpadła mi do wody.

- Na litość boską - sapnął Jonas, obrzucając chłopaka wściekłym spojrzeniem. - Twoje szczęście, że mamy teraz większe problemy na głowie.

Astrid pokiwała głową, bo i do niej dotarła ponura prawda. Wcale nie miała pewności, czy ci zmierzający w ich stronę ludzie nie są gorsi od wszystkich potworów, jakie mogły się kryć w tunelach opuszczonej stacji metra.

Za chwilę przyjdzie im stanąć twarzą w twarz z pracownicą opieki społecznej i ich największym wrogiem.

Doktorem Harrisem.