20 kwietnia 1947 r.Mała wioska Kalina pod Gnieznem
Człowiek z natury jest zły,
bo stworzony, by walczyć.
Wszystko, co żyje,
walczy.
W obie dłonie chwyciłem dzierżak. Waliłem chłopca na oślep. Najprawdopodobniej po grzbiecie. Sam nie wiem - miałem zaciśnięte powieki. Końcówka cepa zaczepiona na grubym rzemieniu, odbijała się od jego zwiniętego ciała jak sprężyna. Ciepłe krople krwi obryzgiwały moją twarz. Strumieniem spływały po moim sfilcowanym zaroście. Jestem beznadziejny.
Gniada zaczęła parskać. Skuliła uszy, odwróciła się zadem - tak to sobie wyobrażam, bo doprawdy nie potrafię uchylić powiek.
Następna ofiara Edmunda - głupi szczeniak, który nie słuchał rodziców i oddalił się od swojego domu, bo... Bo...? Zapewne było całe mnóstwo powodów. Znam je z czasów, gdy też byłem dzieckiem.
Przesiedzieliśmy razem cały wieczór, gapiąc się na siebie. W mojej stodole, pod moim dachem. Potem, zupełnie niepotrzebnie dowiedziałem się, że chłopiec ma na imię Adaś i że ma dziesięć lat. Rozmawialiśmy. Nawet zrobiło się miło - choć ja wiedziałem, że niebawem zrobi się okrutnie. On być może tylko przeczuwał. Adaś podobnie jak ja kochał malować obrazy, szkicować grafiki i takie tam... Bzdury, jaki jest głupi, że wierzy w sławę. Ja też kiedyś wierzyłem, że zdobędę uznanie.
Niebawem Święta Wielkanocne, nawet nie doczeka upominków.
Też kiedyś miałem sumienie, byłem artystą - niezwykle wrażliwym na piękno przyrody, na ból i cierpienie. Nie potrafiłem skrzywdzić muchy, a nawet dokuczliwej osy. Wolałem malować...
Teraz jestem katem. Edmund zmienił mnie w groźną bestię.
Muszę zabijać małe dzieci, bo on jest ciągle głodny. Nakazuje mi lać bijakiem tak, żeby bolało, żeby wydusić z dzieciaka jak najwięcej cierpienia. Twierdzi, że emocje jak ból i strach powodują wydzielanie największej ilości adrenaliny. Szyszynka jest wtedy gorąca i najsmaczniejsza. Potrafi to ocenić już po pierwszym kęsie. Kiedy mu smakuje, czeka mnie nagroda, a kiedy zakręci wąsiskiem, kara.
To potwór nie człowiek, a ja zostałem jego prawą ręką.
Dzieciak zdążył wydobyć z siebie tylko jeden jęk, tylko tyle!
To dobrze, przynajmniej aż tak nie boli, ale mimo wszystko nadal uderzam go gwałtownie i z całej siły. Wyobrażam sobie, że to worek kartofli. Cały czas zaciskam mocno powieki - mam wrażenie, że zaraz sobie wduszę oczy do środka. Edmund jest zły, bardzo zły, a ja nie potrafię mu się sprzeciwić. Boję się, że skończę jak ci wszyscy chłopcy.
Przy trzynastym uderzeniu (dokładnie je liczę) chłopiec najprawdopodobniej wyzionął ducha. Jego ciało wnet zesztywniało. Odkładam młóckę na bok. Chcąc dać znak Edmundowi, trzy razy pukam w drewniane drzwi stodoły, słyszę kroki.
Wchodzi do środka, najpierw spogląda na chłopca, potem na mnie. Klepie mnie po ramieniu, chwaląc za dobrą robotę, choć jeszcze nie skosztował, ma dziś chyba dobry dzień. Potem odpycha mnie, zapędzając do kąta. Rzuca na moją głowę brudną szmatę. Bredzi coś po niemiecku. Potem tylko słyszę jak piłuje czaszkę, wali młotkiem i znowu piłuje. Następnie słyszę mlaskanie, oblizuje się.
- Gut, gut... - znowu gada po szwabsku te same słowa, urwane zdania.
Oszust - do perfekcji opanował język polski, ale wie, że słowa niemieckie ranią mnie najbardziej. Chyba jeszcze bardziej niż morderstwa, które dla niego popełniam.
Mam ochotę schwycić cep i go zatłuc, tak samo jak zatłukłem tego chłopca. Kajdanki, którymi skute są moje ręce, zaczepione są do coraz krótszych łańcuchów. Nie mam szans z uzbrojonym Niemcem, ale pocieszający jest fakt, że jednak się mnie obawia. To głupie, jestem słaby i głodny. Mogę poruszać się tylko po stodole, od lat nie widziałem słońca.
Mlaskanie ucichło, chyba już zjadł!
Słyszę też, jak podnosi się z drewnianego taboretu. Domyślam się, że grzebie w kieszeni. Wiem, że szuka bawełnianej chusteczki. Ostatnim razem szmata zsunęła mi się z głowy i wtedy zobaczyłem, jak wyciąga z kieszeni białą, złożoną w równy kwadracik, wykrochmaloną chusteczkę i wyciera sobie kąciki ust, potem brodę, a na końcu przeciera całą twarz.
Widziałem, wszystko widziałem. Widziałem, jak żre chłopięcy mózg. Na Boga, pragnę swojej śmierci. Lecz nawet ona się mnie boi.
Po całej uczcie rzuca w kąt łyżeczkę, byle jak złożoną chustkę chowa do kieszeni. Mówi, żebym posprzątał. Wychodzi ze stodoły, śmiejąc się w głos . Wojna zamieniła ludzi w potwory. Broniłem się jak mogłem, ale zło i mnie dopadło.
Adaś, szczupły chłopiec z jedwabną apaszką na szyi, miał takie ładne oczy. Oczy w kolorze orzecha, a włosy jak kasztany jesienią. Miał delikatne rysy twarzy i tak samo delikatny głos. Kazałem mu zamknąć te piękne orzechowe oczy, ale on nie patrzył na mnie. Miał zbłąkany wzrok. Jakby do końca nie rozumiał, albo jakby dopiero zrozumiał, co go czeka.
Mały gzub1! Po co z nim rozmawiałem? Po co poznałem jego imię, jego historię? Tyle mi opowiedział o matce i ojcu. On też miał siostrę, tak ja kiedyś.
Żadnych więzi. To wszystko utrudnia.
Edmund jest zły, to bardzo zły człowiek.
Musiałem to zrobić, ponieważ nie chciałem stracić kolejnego palca. Czuję tylko jak zimne, skrzepnięte krople krwi plączą się w moim zaroście. Przecieram brodę rękawem, wiem, że i mój koniec się zbliża.
Z pierwszą ofiarą wcale nie było tak prosto, chłopiec był nad wyraz waleczny. Tak płakał, że w uszach po dziś dzień mi brzęczy. Czasem mam koszmary - śnią mi się ojciec i matka, moja siostra Kazia, brat Sylwek. Patrzą na mnie karcącym wzrokiem. Wstyd mi przed nimi za to, co robię, a jednak robię to. Zostałem sam, uwięziony w stodole, którą w pocie czoła budował mój dziadek Zenek.
To był prawy człowiek, wzór do naśladowania. A może jednak nie?! Ktoś już przeklął tę ziemię, więc i ja ją przeklinam!
Zrobiło mi się gorąco, pot zgromadził się na moim czole i spływał po brudnej od krwi twarzy.
Moje myśli mnie zmęczyły. Nachylam się nad zwłokami Adasia. Delikatnie uchylam swoje powieki, żeby uchronić się od nagłego, paskudnego widoku. Chłopczyk jest zwinięty w pałąk. Najważniejsze, że już go nie boli. Nie widać jego twarzy, jest poszarpana, pokryta brunatną cieczą.
Znowu słyszę kroki Edmunda, uciekam do kąta, na głowę nakładam sobie szmatę.
Chce sprawdzić, czy posprzątałem? A może to nie Edmund? Może to śmierć się zlitowała i wreszcie po mnie przyszła?
Znowu za dużo myślę, znowu tracę cenny czas.
Słyszę jego charkotliwy głos.
- No... mordo nieprzegnojona... - przemówił do mnie po polsku.
Uszczypnął mój policzek przez materiał. Milczę.