1
Mgła
Stary człowiek w podniszczonej marynarce stał na grobli i bezradnie omiatał przestrzeń wokół siebie pustym i nieobecnym wzrokiem. Nie było zresztą na co patrzeć. Wzdłuż wałów usypanych na obu brzegach rzeki Reno powoli sunęły ciężkie kłęby porannej mgły. Szarobura mokra wata szczelnie otulała rzekę i rosnące nad brzegami drzewa. Wilgotny listopadowy wiatr wciskał się w każdą nieosłoniętą ubraniami szczelinę ciała.
Massimo podniósł kołnierz płaszcza i walcząc z grząskim terenem, z trudem wspiął się na górę, aby zbliżyć się do starca, którego obserwował od dłuższej chwili. Mimo swoich czterdziestu pięciu lat, nie stracił jeszcze młodzieńczej ciekawości świata, a do niesienia pomocy innym nie zniechęciły go nawet traumatyczne przeżycia z przeszłości
Odwrócony w stronę niewidocznego koryta rzeki mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi. Massimo mógł mu się wreszcie lepiej przyjrzeć. Nędzę bijącą z potarganej i pobrudzonej rdzawymi plamami marynarki potęgował widok zabłoconych spodni i niegdyś eleganckich półbutów, z których jeden zgubił obcas, a drugi, pozbawiony sznurówki, cudem trzymał się jeszcze na stopie drżącego z zimna staruszka. Powiewy lodowatego wiatru targały jego zaniedbanymi siwymi włosami i powodowały szelest reklamówki, w której, jak domyślił się Massimo, mężczyzna trzymał cały swój żebraczy dobytek. Widoczna z profilu brudna i chuda twarz nosiła ślady długotrwałego niedożywienia.
Massimo wyjął z kieszeni płaszcza niewielką papierową torebkę. Odwinął z niej brzeg kanapki z mortadelą i podsunął starcowi pod nos.
- Signore! - powiedział, nie wywołując tym żadnej reakcji.
- Proszę pana! - powtórzył. - Pewnie pan jest głodny? Proszę, niech pan to weźmie, ja i tak nie mam apetytu - skłamał.
Mężczyzna obrócił się powoli, ale nie sięgnął po jedzenie. W jego nieobecnym dotąd spojrzeniu pojawił się przebłysk świadomości. Podniósł ciężką reklamówkę i wyciągając ją przed siebie, powiedział ochrypłym głosem:
- Musisz ją ocalić, chłopcze!
Massimo opuścił powoli rękę, w której trzymał kanapkę. Jeszcze przed sekundą myślał, że zdoła nawiązać ze starcem jakiś dialog. Był ciekaw jego historii i szczerze chciał mu pomóc. Jego nadzieje ulotniły się po usłyszeniu absurdalnej prośby. Porzucił zamiar porozumienia się z najwyraźniej niepełnosprawnym umysłowo biedakiem. Wciąż jednak było mu go żal.
- Nie bardzo wiem, o czym pan mówi - odpowiedział najłagodniej, jak potrafił. - Ale może jest ktoś, kogo mógłbym zawiadomić w pana imieniu? - zapytał z nadzieją w głosie. - Jeśli nie jedzenie, to może chociaż pieniądze pan ode mnie przyjmie? - Zaczął grzebać w obszernych kieszeniach płaszcza w poszukiwaniu portfela.
Starzec nie dawał jednak za wygraną.
- Weź to i ją uratuj! Jeszcze nie jest za późno! - Koścista dłoń mężczyzny, w której trzymał reklamówkę, naparła na Massima jak włócznia hoplity.
- Ale kogo mam ratować? - Szamocąc się z płaszczem, próbował podtrzymać tę surrealistyczną konwersację. - Ktoś jest chory? Pana żona? Znajoma? Gdzie ona mieszka? - Nie ustawał w próbach dowiedzenia się czegokolwiek sensownego.
- Synu, musisz iść w górę tak długo, aż dojdziesz do Świętego Łukasza. Możesz ją jeszcze uratować! I Bóg jeden wie, kogo jeszcze! - Głos nędzarza robił się coraz bardziej natarczywy.
Massimo walczył z myślami. Nie potrafił ocenić, czy miał do czynienia z wariatem i czy powinien się przejąć jego dziwnymi słowami. Udało mu się jednak wydobyć portfel. Widząc, że starzec nie miał najmniejszego zamiaru przestać popychać go reklamówką, której ciężka zawartość obijała mu się boleśnie o kolana, postanowił zakończyć polubownie tę dziwną sytuację. Wyjął z portfela dwa banknoty. Zawahał się i opróżnił portfel całkowicie. Wcisnął wszystkie swoje pieniądze w naderwaną kieszeń marynarki nędzarza i odebrał mu siatkę. Zdziwił się, bo ważyła z dobrych pięć kilo. Skąd wycieńczony staruszek miał siłę, żeby to wszystko ze sobą taszczyć?
- Umówmy się, że kupuję to od pana, dobrze? - powiedział. - Albo nie - poprawił się - może pan będzie chciał odzyskać te rzeczy. Powiedzmy, że biorę je w zastaw. Razem z pieniędzmi zostawiłem panu wizytówkę z adresem, mieszkam niedaleko. Jakby pan czegoś potrzebował, to proszę się nie krępować. Nawet pomieszkać pan może u mnie przez chwilę. U nas - poprawił się znowu.
- Zrozumiał pan? - Bezskutecznie próbował dojrzeć w oczach mężczyzny coś na kształt potwierdzenia. - Biorę tę torbę, tak jak pan chciał! Proszę skorzystać z tej kasy. Coś do jedzenia niech pan sobie kupi. I jakieś palto albo czapkę, bo z tą pogodą będzie jeszcze gorzej! I niech pan przyjdzie po te rzeczy, zapraszam!
Naprawdę bardzo chciał pomóc, ale sytuacja go już przerastała. Przecież nie mógł uprowadzić mężczyzny siłą. O wezwaniu jakichkolwiek służb też mógł tylko pomarzyć. Zanim ktokolwiek dojechałby na to pustkowie, starzec umarłby z zimna i głodu.
Zaczął powoli schodzić z grobli. Nagle coś przyszło mu do głowy. Obrócił się w stronę mężczyzny i zawołał:
- Signore! Jak się pan nazywa? Proszę, niech mi pan powie!
Staruszek zamiast odpowiedzi machnął w jego kierunku ręką, jakby chciał ponaglić jego odejście. Massimo wyjął telefon. Zanim przygarbiona postać zniknęła we mgle, zdążył wykonać kilka zdjęć.
Zszedł ostrożnie z namokniętego deszczem i wilgocią wału i po chwili dotarł do ubłoconego po dach terenowego defendera. Auto miało prawie tyle samo lat co on sam, ale żadne inne nie dowiozłoby go tak daleko po grząskich polnych drogach. Otworzył skrzypiące drzwi i rzucił reklamówkę na tylne siedzenie. Usiadł i spojrzał na zdjęcia, które przed chwilą zrobił. Tylko jedno było ostre i do czegokolwiek się nadawało. Otworzył aplikację ze swoim blogiem i wpisał treść nowego postu:
Zjawa na grobli. Takie rzeczy tylko między Bolonią a Ferrarą. Ktokolwiek widział/zna człowieka, pisać na priv.
Pod postem dodał kilka hasztagów: #grobla #mgła #reno #bolonia #dziwnytyp #poszukiwany i zakończył nazwą bloga #prometheusdark. Dodał zdjęcie, nacisnął "opublikuj" i usłyszał dźwięk potwierdzający pojawienie się postu w sieci. Nagle przypomniał sobie o siatce.
Odwrócił się i zamarł.
Z głębi przewróconej na bok reklamówki patrzyło na niego pozbawione źrenicy, wyrzeźbione w kamieniu oko.